Kilka zdań od autora, na start lub na koniec
Oto moja historia, którą napisałem, pracując na parkingu. Siedziałem w budce przy szlabanie na Sielcach, w Warszawie rzecz jasna. Pisząc w takim miejscu byłem wystawiony na mocną ekspozycję rzeczywistości, która
widomymi sobie tylko szparami przeciekała do tych opowieści.
Bez wątpienia miałem idealne stanowisko obserwacyjne. Dwie duże szyby,
przed nosem parking i sklep spożywczy, po prawej kawiarnię dla maluchów,
Żabkę i przedszkole. Trzy czteropiętrowe apartamentowce, a po lewej
pięciopiętrowy biurowiec. W nim klub fitness i prywatne przychodnie
lekarskie oraz kilka korporacji. Wszyscy znali się tam dobrze z widzenia. Wiosna, lato, jesień, zima. Miliony chwil, spojrzeń,
pozdrowień, kawał życia.
Moje pisanie nie zakłócało w niczym parkingowych rutyn, nie było skarg,
ludzie mnie chyba polubili. Latem skwar, zimą okropny ziąb. Przedwiośnie
takie, że naprawdę z całego serca wyczekuje się nadejścia wiosny i ciepłych dni, a potem, kiedy jest już dwadzieścia osiem stopni, siedzi
się bez włączonego wiatraka, ciesząc się z upału, bo w pamięć są wryte
długie, mroźne chwile. Opalony na brąz byłem już w maju. Miałem dużo
ruchu, który zapewniało nieustanne wstawanie od biurka i latanie po
parkingu. Wracałem do budki z takich wypadów, niosąc w głowie świeże
pomysły na kolejne słowa i zdania. Gdy pisze się w takim położeniu, to
obraz życia jest wyraźny, tym bardziej, że po drugiej stronie,
oddalonego o jakieś trzysta metrów skrzyżowania, zaczyna się Czerska, na
której pod ósemką jest Agora. Spółka wydająca "Gazetę Wyborczą", w której miejskim dodatku spędziłem trzynaście lat reporterskiego życia.
Teraz życie zaprowadziło mnie do budki, w której, tak jak wtedy, nadal
pisałem. Siedziałem przy szlabanie i byłem jak igła gramofonu, która
zbiera melodię z drgającego od rana do nocy rytmu życia. Jak każdy
autor, czerpałem ze swoich doświadczeń, ale tym razem dość oszczędnie.
Tak powstała opowieść podlewana sosem poranków i zachodów słońca. W weekendy towarzyszyła mi gitara.
Sielce są miejscem chyba najważniejszym dla powojennego warszawskiego
folkloru. Pół kilometra dalej, w stronę Belwederskiej, przy
Tatrzańskiej, mieszkał przed wojną Stanisław Grzesiuk, a przy
Podchorążych i Gagarina w latach 60. muzycy z Kapeli Czerniakowskiej.
Kiedyś pisałem o nich jako reporter, teraz sam grałem na ulicy nagrane
przez nich dawno temu piosenki. Gdyby nie wspomniane już trzy lodowate
zimy i wysuszające na pył skwarne lata, z czystym sumieniem poleciłbym
to miejsce jako swoisty domek pracy twórczej. Miejsce, w którym ulica
sama dyktuje słowa i przy okazji można zarobić na przeżycie.
Powieść tę dedykuję Stanisławowi Jewgrafowiczowi Pietrowowi.
Człowiekowi, który uratował świat.
Alex Kłoś
Rozdział 1. DZIWNE ŚWIATŁO
Rozdział 1
DZIWNE ŚWIATŁO
-?JEŻELI CHCESZ JESZCZE TROCHĘ POŻYĆ, TO DOBRZE CI RADZĘ: SPIERDALAJ
STĄD.
-?Do mnie mówisz? -?zapytałem Daniela.
-?Nie, Jesus. Do muchy.
To był upalny, długi, letni dzień. Przez szybę budki stojącej przy
szlabanie paliło słońce, a mucha najwyraźniej była już kompletnie
znudzona życiem. Siedziała na blacie od jakichś pięciu sekund, a Daniel
zawisł nad nią, trzymając w lewej ręce starą, brudną, plastikową packę.
Może nie jak topór, ale z pewnością jak wyrok śmierci. Od kilku minut
cierpliwie czekał na ten moment i w końcu wylądowała centralnie przed
nim. Miał idealną pozycję do strzału, którym ukatrupi agenta chaosu,
wprowadzającego do naszej budki zamieszanie. Packa świsnęła i rozgniotła
to czym była mucha na grubej tafli starego pleksi, leżącego na brudnym
blacie. Tuż obok krótkofalówek. Nigdy w życiu nie widziałem tak
zasyfiałych komunikatorów. Nikt ich chyba nigdy na tym obiekcie nie
używał, bo były oblepione liszajem brudu. To miejsce składało się ze
smrodu starych butów, resztek kostki szarego mydła i taniej pociechy
dezodorantu. Gdyby pracowała tu jakaś kobieta, to może nie byłoby aż tak
brutalnie, ale w grafiku byli sami faceci. Emeryci i renciści.
Zadowolony z siebie Daniel odłożył packę i z ulgą ułożył dłoń na myszce,
specjalnej, ergonomicznej, do grania w gry. Ja nie gram, mam normalną
myszkę, a to była myszka zabójcy, lśniąca, plastikowa śmierć. Daniel
jeździł czołgiem po świecie, który pojawiał się na ekranie jego laptopa,
wjeżdżał w zagajniki, krył się za domami, zaczajał na szczytach wzgórz i zabijał, zabijał, zabijał. Był niszczycielem czołgów i czekał cierpliwie
na tę rolę przez cały dzień. Na moment, w którym będzie mógł wreszcie
odpalić "World of Tanks". Czas dłużył się niemiłosiernie, bo przez cały
dzień w wartowni tak naprawdę nie działo się nic, nie licząc tego, że
czasem trzeba było przycisnąć guzik podnoszący szlaban i podać arkusze
wjazdu kierowcy ciężarówki, który wprowadzał manualnie do środka swój
autonomiczny zestaw. Nasza robota polegała na wypełnionym uwagą
nicnierobieniu, a ja siedziałem tu dziś w ramach nadgodzin. Odbębniłem
swoje dwadzieścia cztery godziny i gdy wczoraj rano wróciłem do domu, o szesnastej zadzwonił koordynator i powiedział: "Panie Jesusie,
potrzebuję pana jutro na jeden dzień na Targówku. Na posterunku przy
hurtowni plastiku. Siedemnaście godzin. Da pan radę?".
Wziąłem, bo zawsze to parę złotych więcej. Jedni siedzą w tym miejscu na
dwudziestkach czwórkach, a drudzy na siedemnastkach. Minuta życia warta
cztery złote. Ten od siedemnastek akurat zaniemógł i ja siedziałem
zamiast niego. Szlabany były dwa: wjazdowy i wyjazdowy. I dwa pokrętła:
góra -?dół. To chyba ostatnie takie miejsce, przyczółek starego świata,
w którym nie ma jeszcze ani grama sztucznej inteligencji. Daniel
powiedział, że to przez panią prezes, która chciała zachować ludzkie
miejsca pracy.
Przez siedemnaście godzin kilkanaście razy zaniosłem papiery do
ciężarówek i z nudów zrobiłem nikomu niepotrzebny obchód. Daniel
naciskał, żeby za dużo nie chodzić, bo jeszcze ci z biura pomyślą, że
dwóch gości na wartowni jest niepotrzebnych, bo jeśli jeden tyle chodzi,
to może jeden do szlabanu wystarczy. Po siedemnastej biuro hurtowni
pustoszało i dwupiętrowy budynek zamieniał się w szare wiaderko
porzucone na placu zabaw, po którym pomiędzy otwartymi na oścież halami
jeździli paleciakami robotnicy, głównie Ukraińcy zatrudnieni na umowie
zlecenie za najniższą krajową. I wtedy wreszcie w budce wybuchała "Wojna
Czołgów". Daniel porzucał nudną rolę przyklejonego do szyby szlabaniarza
i zamieniał się w czołgistę. Był tu kiedyś koleś, który nie do końca
wszedł w rolę i tak wsiąkł w telefon, że przegapił panią prezes, stojącą
swoim wodorowym Porsche pod szlabanem. Podeszła w końcu do uchylnego
okienka i zapytała: "Czy ja mogę wjechać?". To było ostatnie, co tu
usłyszał, bo pół godziny później zadzwonił koordynator z informacją, że
może się pakować.
Teraz mówiłem coś do Daniela, a on odwrócił się i patrzył zza okularów
zmęczonymi, załzawionymi oczami starego czołgisty. Przez dwa lata walił
tu pięć razy w tygodniu siedemnastki, mieszka niedaleko i nie było
jakiegoś większego problemu. W końcu, miesiąc temu odszedł z roboty
facet, który pracował na dwudziestkach czwórkach i Daniel dostał od
życia to, czego chciał. Spośród kilkunastu czołgów, które zaproponowała
gra, wybrał dziś sowieckiego T-34. Rozumiem go, bo w młodości, czyli
bardzo dawno temu, oglądałem "Czterech pancernych i psa" i kto wie, może
bym wybrał tak samo. Ten czołg, to wymarzona maszyna zemsty. Koleś,
który go zaprojektował i zbudował prototyp, działał po godzinach, a jego
czołg nie wzbudził entuzjazmu i inżynier, by przekonać Stalina, wsiadł w swoją maszynę i wyruszył na przełaj do Moskwy, jakichś tysiąc
kilometrów, a może i lepiej. Była ostra, ruska zima. Stalin się
przekonał, a konstruktor pochorował i umarł, nie doczekawszy momentu
wprowadzania T-34 do masowej produkcji. Daniel może nie znać tej
historii, ale darowałem sobie opowieść. Po co mu przeszkadzać? W końcu
dał znak, że mogę już iść. Była dwudziesta druga i tak zakończyłem
przygodę z hurtownią tworzyw sztucznych na Targówku. Bo na stałe jestem
ochroniarzem recepcjonistą w czteropiętrowym bloku na Kabatach.
To kompletnie inny świat. Zasadniczy i przesiadujący godzinami
administrator, zadzierający nosa mieszkańcy, ciągle atakujący kurierzy i robota z paczkami. Mieszkaniówka to loteria, można trafić na fajny
obiekt albo na miejsce nieprzyjemne i wredne. A tu było gdzieś pomiędzy.
Siedziałem od roku i mogłem siedzieć nadal, bo, jak wspomniałem, chcieli
mieć na recepcji człowieka, a nie robota. Miło z ich strony.
Z Targówka wróciłem na Imielin metrem. Posiedziałem przez chwilę przed
tabletem, nastawiłem w telefonie budzik na szóstą rano i prawie od razu
zasnąłem. Rano alarm zawył jak zły pies i wstałem jak co dzień,
wykonując po kolei program zakodowany w mózgu. Nie było tego dużo: ubrać
się, coś zjeść, połknąć tabletkę na nadciśnienie i wypić minimum pół
litra wody, zwykłej kranówki, ale z cytryną. Potem piętnaście minut
spacerku do metra, pomiędzy blokami, pamiętającymi jeszcze analogowy
świat. Było ich tak dużo, że można było wędrować między nimi godzinami.
Mieszkam na Ursynowie, stacja metra Imielin, niedaleko jest Szpital
Południowy i Las Kabacki. Kabaty to co innego, ładniejsze bloki, bogatsi
ludzie. Ten dom, w którym pracowałem, to czterokondygnacyjny, elegancki
apartamentowiec, zielony jak przycisk do otwierania skrytki z dolarami,
elegancki jak nowa para przyzwoitych pantofli i bardzo nowoczesny, ale z analogowym smaczkiem, czyli właśnie portiernią. Trzysta pięćdziesiąt
złotych za dyżur.
Dwadzieścia cztery godziny w eleganckim świecie zleciały bez sensacji i w nocy przespałem się nawet ze dwie godziny, co było możliwe, bo
mieszkańcy byli na tyle ludzcy, że przymykali na to oko.
Ranek powitałem na tyle przytomnie, że wróciłem do siebie, szybko się
zapakowałem i bez zwłoki wyruszyłem na północ, na Kaszuby, do Bogdana i Gosi. Bogdana, czyli kolegi ze starych, dziennikarskich czasów. Oj dawno
to było, ale było. Mieli dom w Sominach, malowniczej, niedużej wiosce, a ja miałem czterdzieści osiem godzin wolnego i dwudziestoletniego Dustera
w benzynie, czyli w sam raz na luźne czterysta kilometrów w jedną
stronę. Jechałem trasą, która jak mikser mieszała ze sobą elektryki,
wodorówki, coraz rzadsze hybrydy i prawie już niespotykane spalinówki.
Wszystkie auta wyglądały z grubsza tak samo, czyli jak obłe wybrzuszenie
blachy i koloru, prowadzone nieomylnym okiem komputera. Takich aut jak
mój Duster był promil, aż dziw, że nadal dopuszczali nas do ruchu. Rok
temu wszedł zakaz sprzedaży nowych aut spalinowych na terenie Unii
Europejskiej, a dwa lata temu miasto wybudowało system ładowania
bezprzewodowego. Nadchodził nieuchronny schyłek motoryzacji spalinowej,
a ja zamierzałem jeździć na etanolu do momentu, w którym będzie można
wjechać tak do miasta. Czyli jeszcze góra pięć lat. Stacje paliw zaczęły
znikać jakiś rok temu, a na tej, na której się zatrzymałem, działał
tylko jeden dystrybutor. Ropy nie było od dawna, a ciężarówki i autobusy
jeździły na wodór. Można było doładować prąd, zatankować wodór lub
benzynę. Zatankowałem i wypiłem podwójne espresso. Byłem jednak bez
szans. Kofeina nie była w stanie rozpuścić kleju, który podstępnie
zlepiał mi powieki, zrobiłem więc sobie przerwę i na parkingu przy
knajpie zasnąłem na godzinę. Drzemka zadziałała jak plaster, doraźnie
zakleiła niewyspanie. Przekręciłem kluczyk i zero reakcji. Auto mi
zdechło. W takim miejscu, na trasie, to tragedia. Gdy rozpacz prawie
mnie znokautowała, okazało się, że jeden z dwóch kolesi na stacji
ogarnia mechanikę. Podłączył laptop i powiedział, że może to zrobić, ale
trzeba ściągnąć taksówką jakąś część. W ten sposób z mojego konta zeszło
czterysta złotych, ale po kilku godzinach znowu jechałem. Zrobiło się
późno i przyspieszyłem do stu czterdziestu, trzymając się przepisowo
prawego pasa, bo lewy od trzech lat był zarezerwowany dla autonomicznych
elektryków, które frunęły jak po sznurku sto sześćdziesiąt.
Kiedy dotarłem do lasu, przez który prowadziło ostatnie kilkanaście
kilometrów asfaltówki, byłem już tak śpiący, że sekundy dzieliły mnie o tego, że zamienię się w pocisk, który droga wystrzeli w drzewa.
Zatrzymałem się więc i kilka razy siarczyście się spoliczkowałem. Do
Bogdana był już tylko jakiś kwadrans i musiałem zdobyć się na ten
ostatni bestialski wysiłek. Pomogło. Ruszyłem dalej i otwierając z całej
siły oczy wpatrywałem się w drogę. Właśnie wtedy, w lesie, pojawiło się
to światło. Złote jak wschód słońca i mocne jak promień lasera. Nie było
skupione w jednym promieniu, tak jak reflektory wymierzone w niebo, ale
wyglądało jak wylewający się złocisty kisiel, który wsiąkał w las. Wylew
z innego wymiaru.
Wcisnąłem ostro hamulec. Wyjąłem smartfon i zacząłem filmować. Byłem na
drodze sam. Miałem wrażenie, że to sen i przez sekundę pomyślałem nawet,
że jednak zasnąłem i leżę nieprzytomny w rowie. Ale nic z tego. Miałem
nierealne zdarzenie w realnym lesie. W głowie mieszały mi się rozpalona
ciekawość i dławiąca obawa przed tym, co nieznane. Bo co to jest?
Wojsko? Jakiś tajny, naukowy eksperyment? A może UFO? Wysiadłem,
zamknąłem pilotem drzwi. Co dalej? Iść i zobaczyć co to jest? A może
lepiej nie? Nie miałem zasięgu i nie mogłem zadzwonić. Ale gdyby nawet,
to do kogo? Do Bogdana? Na 112? Do nadleśnictwa? Po to, żeby powiedzieć,
że w lesie świeci?
Kiedyś, gdy kończyłem liceum, ojciec zapytał, co chcę robić w życiu, czy
chcę iść na studia, czy może do pracy, bo przecież nie chodzi o to, żeby
być magistrem czegoś, co się potem nie przyda, a o to, żeby nauczyć się
coś robić dobrze i mieć z tego pożytek. Odbyłem wtedy kilkanaście
rozmów, byłem u doradcy personalnego, spotkałem się też ze znajomym
ojca, który był redaktorem w dzienniku. Gadaliśmy godzinę i wyszedłem z tego spotkania, mając jasno sprecyzowany kierunek marszu:
dziennikarstwo. Zostałem reporterem głównie dlatego, że lubię rozmawiać
z ludźmi i lubię gonić za dobrymi historiami. Ta pogoń jest jak
narkotyk. Dawno już nie czułem jego smaku, ale teraz uderzył z taką
siłą, że polazłem dalej w ten las w stronę, z której jak mi się zdawało
biło światło. Z telefonem w ręku. Jak z pistoletem. Włączona kamera była
uzasadnieniem mojego istnienia. Przeszedłem kilkaset metrów przez
chaszcze, krzewy, mchy, paprocie. Las zalatywał wilgocią. Było już jasno
jak w dzień, a ja bałem się jak diabli, nogi mi się trzęsły, a po
plechach biegały tabuny dreszczy. I nagle -?pstryk! Lampa zgasła. Świat
znów był czarny. Patrzyłem oczami oślepionymi tamtym światłem. Ono było
jak promienie bijące zza drzwi laboratorium, do którego pod żadnym
pozorem nie wolno wchodzić, ale ja wszedłem i byłem teraz prawie ślepy.
Zatrzymałem się w wiadrze z nocą. Gęstą jak asfalt, cichą jak śmierć.
Minęło dobrych kilka minut, zanim zacząłem dostrzegać drzewa. Stałem bez
pomysłu na ciąg dalszy. Historia się urwała bez zakończenia i puenty.
Mogłem wracać do auta i opowiadać, że widziałem w lesie dziwne światło.
Miałem przecież film w telefonie. Włączyłem go i zobaczyłem tylko czarną
pustkę. Nic się nie nagrało! Ale dlaczego?! Może to faktycznie UFO? Ta
myśl nawiedziła mnie oczywiście już wcześniej, ale nie potraktowałem jej
poważnie. To, że coś lata po niebie i nie wiadomo, co to jest, to sprawa
od dawna oczywista. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć, a ja
już czułem się królem internetu. Jednak nic się nie nagrało i mogłem
wrócić do auta. Albo?... Albo spróbować poszukać czegoś w tych
ciemnościach. Czego? A któż to może wiedzieć?
Droga w mrok była scenariuszem, na który kompletnie nie miałem ochoty.
Na myśl o tym poczułem, że nogi zaczynając zmieniać stan skupienia,
wrastają szybko w ściółkę, wbijają się w poszycie i obrastają korą. Na
tych drewnianych nogach zacząłem iść dalej przez coraz gęstszy las.
Zapaliłem latarkę w smartfonie. Biały snop światła był jedyną nicią, na
której wisiał świat. W końcu las tak zgęstniał, że poczułem, że gałęzie
łapią mnie za gardło i odbierają oddech. Wpadłem w panikę. Nie wiem
dokąd idę i zaraz zapomnę kim jestem. Zamienię się całkiem w drzewo i zostanę tu na zawsze. Ale wtedy nie dojdę do zakończenia, a tego zawsze
nie lubiłem najbardziej. Niedokończonych materiałów, nienapisanych do
końca tekstów, straconych tematów. Czy komuś coś się stało od tego, że
wszedł do lasu, żeby przekonać się skąd bije dziwne światło? Nie
słyszałem o czymś takim. Poczułem za to znowu to ssanie, ten narkotyczny
głód, który budzi się wówczas, gdy wiesz, że możesz mieć super story.
Wtedy przestajesz być sobą. Zamieniasz się w ćpuna, który może kłamać i kraść. Ćmę lecącą w ogień. To szaleństwo popchnęło mnie dalej. Sprawiło,
że rozgarniając gałęzie iglastych drzew brnąłem w najczarniejszą czerń.
Wtem! Cóż to?!... Coś zamigotało! Przygarbiłem się błyskawicznie, żeby
wyłączyć latarkę, ale tak się już trząsłem ze strachu, że nie mogłem
wcelować palcem w przycisk na wyświetlaczu. Teraz to było całkiem inne
światło. Tak jakby zapaliła się jakaś niewielka i niezbyt mocna
pomarańczowa lampa. Po sekundzie stopniowo przygasła. A potem znowu to
samo. Pulsujący punkt na morzu. Boja pokazująca kierunek, w którym mam
popłynąć. Już niedaleko, ledwie jakieś sto metrów. Ściany lasu naparły
na mnie w tak przeraźliwej ciszy, że każdy trzask i szelest pod nogami
brzmiał jak wystrzał. Zapach strachu stał się nieznośnie dławiący.
Przykucnąłem przygnieciony ciężarem mroku. Tam coś naprawdę było! Jakaś
część mnie wyrywała się panicznie do ucieczki, a inna mówiła: "Idź i to
zobacz. Napisz to. Może jednak uda się to nagrać i będą miliony odsłon.
Idź! Można to będzie sprzedać za zajebistą kasę!".
Szedłem więc dalej, już na czworaka. Metr za metrem. Pomarańczowa lampa
była blisko. Nie dalej niż dziesięć metrów. Na wysokości głowy, pośrodku
niczego. Nakierowałem telefonem, może wyjdzie choć jedno zdjęcie?
Widziałem to światło na swoim wyświetlaczu. Ustawiłem kamerę. Boże, co
to było, gdyby udało mi się to jednak nagrać! Przycisnąłem nagrywanie.
To było tak, jakbym niechcący odpalił bombę atomową. Świat eksplodował
niewyobrażalnie mocnym światłem, które wypełniło każdą cząstkę i każdy
atom, który w sobie miałem. Straciłem przytomność. To światło wyłączyło
mi światło. Umysł zgasł jak zapałka na wietrze.
Obudziłem się, a może raczej ocknąłem, trzęsąc się tym razem z zimna.
Leżałem tak długo, że aż zesztywniałem! Noc już jaśniała, zbliżał się
świt i była prawie piąta! Spojrzałem na komórkę. Działała. Znowu nic się
nie nagrało. To wszystko było więc po nic. Nikt mi nie uwierzy. Wstałem
i chwiejnie poszedłem w stronę auta. Ciekawość wyparowała. Jej miejsce
zalał czysty lęk. Mocny jak spirytus. Las o świcie był szary, pusty,
szorstki. Pachnący tym wszystkim, czym nie jest miasto. Szedłem coraz
szybszym krokiem. W końcu poleciałem biegiem. Uciekałem. Pamiętałem
doskonale to wszystko, co się wydarzyło. Światło, które przebiło się do
każdej komórki mojego ciała. Nie chciałem nawet myśleć o tym, czym było
i skąd było. Coś mnie prześwietliło. Wiedziałem, że nie powiem o tym
nikomu. Przynajmniej na razie.
Wyszedłem na drogę. Auto stało jakieś trzysta metrów dalej. Zanim do
niego dotarłem przyszła do mnie straszna myśl. Otóż uświadomiłem sobie,
że przez cały ten czas, gdy byłem nieprzytomny, mogły się dziać
przeróżne rzeczy. Każdy kto liznął trochę ten temat wie doskonale o różnych historiach, o tym na przykład, jak to ludziom uprowadzonym przez
UFO wszczepiane były implanty. Wsadzano im sondy w nozdrza, usta i odbyt. Szybko wróciłem do lasu i rozebrałem się do naga, a potem
obejrzałem i obmacałem całe ciało. Nie zauważyłem nic podejrzanego, ale
zdziwiłbym się, gdyby było coś widać, bo gdyby coś takiego się
wydarzyło, to implant zostałby zamaskowany tak, że nie sposób byłoby go,
ot tak sobie, odkryć. Ubrałem się pospiesznie i ruszyłem do Somin.
Do Bogdana dojechałem przed szóstą. Bogdan i Gosia kilka lat temu
sprzedali dwa mieszkania w Warszawie i kupili dom z trzema hektarami, na
których rozpoczęli uprawę marihuany medycznej. Teraz Bogdan szykował się
do wyjazdu traktorem w pole, by podlewać swoje rośliny. Widziałem go jak
mija bramę, ciągnąc cysternę ze szlauchem. Obserwowałem to już kilka
razy, w czasie trzydniowego pobytu zeszłego lata. Zobaczył mnie i zsiadł
z traktora.
-?Siema Jesus! Co tak długo? -?rozłożył na powitanie ręce.
-?Aa... Zatrzymałem się na drzemkę. Oczy mi się same zamykały -?machnąłem
ręką.
Uścisnęliśmy się serdecznie. Bogdan dawno temu był dziennikarzem
kryminalnym i sądowym. Bardzo dobrym, szanowanym i cytowanym. Szeroki w barach, szpakowaty, z bystrym spojrzeniem ciemnych oczu, dużą, ciekawą
świata twarzą i tubalnym głosem. Wyglądał jak dobrze zrobiony hamburger.
Kiedyś podobał się kobietom.
-?Głodny jesteś? -?zapytał troskliwie.
-?No pewnie, człowieku. Jak wilk.
-?To idź do kuchni. Gosia zrobi ci jajecznicę.
Niczego więcej od życia teraz nie chciałem. Gosia robiła wyborną
jajecznicę. Z kiełbasą, szczypiorkiem, cebulą, pomidorami, czosnkiem i papryką. Miała prawie sześćdziesiątkę, trzymała się prosto i miała nadal
apetyczną figurę. Jej twarz lśniła blaskiem dojrzałej kobiety, która od
dawna wie, że każdy dzień jest ostatni, a każda chwila jest szansą na
radość i uśmiech. Znad jej błękitnych oczu spływały siwe włosy. Miała
pełne usta i to coś, co sprawia, że od razu wiesz, że zapamiętasz tę
kobietę. Zawsze mi się podobała. Kiedyś pisała scenariusze do
telewizyjnych, masowych seriali. Kilka razy widziałem takie rzeczy i było to nawet pomysłowe.
Nastąpiło serdeczne powitanie, a po nim herbata, chleb własnego wypieku
i jajecznica. A potem drzemka i to, po co tu przyjechałem: słoneczny
dzień nad jeziorem. Samotny, bo oni mieli robotę w domu. Nurkowałem w kępach wodorostów, podpatrując okonie i płotki. Wylegiwałem się na
słońcu i wszystko byłoby super, gdyby nie to, co wydarzyło się w nocy.
Miałem w głowie historię. Znowu byłem w reporterskiej ciąży, wpadłem,
zaszłem. Co gorsza nie ze story o nikczemności lub niezwykłości
śmiertelników, a o czymś nie z tego świata. O czymś, o czym nie mogłem
nikomu opowiedzieć, bo nikt poważny by mi nie uwierzył. Leżałem nad wodą
i wszystko było dziwne: jezioro, las, niebo. Niby to samo, a inne, już
nie to samo. Niby Ziemia, a już Kosmos. Moje ręce i nogi też były inne.
Prześwietlone. Najbardziej bałem się o mózg. Nie czułem żadnej różnicy,
więc w końcu przestałem się bać. Byłem tu i teraz. A to, co się stało
wczoraj, zostało za mną.
O trzeciej zebrałem się do domu i poszliśmy w trójkę do restauracji
Przystań Somińska, najlepszej knajpy w okolicy. Nad niemałym Jeziorem
Bytowskim, z plażą, ze stolikami pod parasolami i całkiem niezłą
kuchnią. Zjadłem golonkę i wypiłem trzy piwa. W głowie zrobiło mi się
jeszcze lżej, weselej, spokojniej. Przy stole nad wodą siedzieli dwaj
kolesie. Raczej miejscowi. Patrzyłem na nich, bo rozmawiali o czymś z ożywieniem.
-?No jak tam ta twoja?
-?W porządku.
-?A ta druga, dalej chce dzieci?
-?No chce.
-?No. A na tym Allegro to się łatwo rzeczy sprzedaje -?skwitował ten,
który zaczął temat.
Life is brutal, pomyślałem i przypomniał mi się moment, w którym
odebrałem maila informującego o tym, że redakcja rozwiązuje ze mną
stosunek pracy. Po dwudziestu latach załatwili to w taki sposób. Nie
mieliśmy już od dawna stosunku. Zero seksu. Od zapomnianej już pandemii
Covidu-19 pracowaliśmy zdalnie, a zebrania były na Skypie. Ale wciąż
była to robota na pełen etat. Godziny nad klawiaturą, dziesiątki
telefonów, jeżdżenie na tematy i wertowanie netu. A pierwszego, szóstka
na koncie. W 2022 roku do gry weszła sztuczna inteligencja. Informatycy
Informy postawili system przeczesujący portale policji, straży miejskiej
i straży pożarnej. Tematy z potencjałem były automatycznie wrzucane do
AI, a ona od razu robiła z nich teksty korzystając, co ważne, z własnej
bazy danych, a nie z zasobów Google'a, bo to by się wiązało z dodatkowymi kosztami. Teksty trafiały na komputer redaktora, który je
poprawiał, bo jednak co człowiek, to człowiek. Rano z tego materiału był
składany raport kryminalny, który jako jedna cegła trafiał na portal.
Ten nowy model produkcji tekstów sprawił, że nie byłem już tak zajęty,
ale nadal byłem potrzebny. Wydawca zwolnił mnie z pisania sześciu
tekstów dziennie, miałem napisać za to jeden, ale dobry. W jakimś sensie
było to powrotem do czasów dobrego dziennikarstwa z epoki papieru.
Rozwinąłem skrzydła, robiłem kilka dobrych kawałków tygodniowo. Trwało
to prawie dekadę. Kiedy więc przyszedł ten mail, to nawet się zbytnio
nie zdziwiłem. W życiu wszystko jest terminalne. AI radziła sobie już ze
wszystkim tak dobrze, że po prostu nie byłem im potrzebny.
W redakcji "Głosu" zostały dwie osoby. Redaktor naczelny, czyli facet z Torunia, który pięć lat temu zastąpił Renatę Glińską, oraz kobieta,
która była jego zastępczynią i jednocześnie jego partnerką. Ogarniali
wszystko nie wychodząc z domu, a ich robota sprowadzała się już tylko do
czytania i akceptowanie tekstów napisanych przez maszyny. Było tego od
cholery, więc na swój sposób mieli masę pracy. Papierowe wydanie "Głosu"
ukazywało się już tylko w piątek. To był "Głos na weekend". Tyle z tego
zostało. A ja? Z czegoś trzeba żyć. Poszedłem na ochronę, gdzie nadal
byli preferowani ludzie. Prawdziwi ludzie, tacy jak ci goście obok w barze, rozmawiający o kobietach.
Wróciliśmy do domu. Zapaliliśmy ognisko. Noc była księżycowa, gorąca, a na niebie tyle gwiazd, że można by je zbierać garściami. Wypiłem trzy
piwa i nabrałem ochoty do zwierzeń. A co mi tam? To była za dobra
historia, żebym zdołał ją utrzymać w tajemnicy. A poza tym, kurcze,
powinni przecież wiedzieć, co się dzieje w lesie. Jak można się było
spodziewać, moja opowieść nimi wstrząsnęła.
-?Co to mogło być? -?zapytała niepewnie Gosia.
-?UFO? -?rzucił Bogdan.
Spojrzeliśmy po sobie, a potem podniosłem oczy w górę. W otchłań bez
dna, w której z wyniosłą obojętnością orbitował Księżyc.
-?Ciekawe co jest w internecie o takich nocnych światłach w lesie? -
powiedziałem i wyjąłem telefon. Czekali w napięciu. To był mój show i po
chwili poważnym głosem zacząłem czytać: -?W 1980 roku brytyjscy
żołnierze, pełniący służbę przed bazą amerykańską w Suffolk, zobaczyli
wiązkę niebieskich i zielonych promieni, przebijających się przez mgłę.
Na poszukiwanie źródła tego światła wyruszyło kilku żołnierzy. Weszli w głąb lasu i zobaczyli świecący, metalowy obiekt -?przerwałem, bo
przypomniałem sobie i aż mnie zmroziło. Zapadła ciężka cisza. Wróciłem
do czytania: Świecił na biało i rozświetlał spory kawał lasu. Kiedy
zbliżyli się do niego, oddalił się między drzewami i nagle zniknął. Rano
znaleziono w lesie duży, wypalony na ziemi trójkąt.
-?Ja chyba bym umarła ze strachu -?pokręciła głową Gosia.
-?Byłem tego bliski -?spojrzałem jej w oczy i znów zacząłem czytać. -
Następnej nocy do lasu wszedł tym razem większy oddział. Gdy żołnierze
zbliżyli się do miejsca, w którym widać było poprzedniej nocy obiekt,
radia zamilkły, a latarki zgasły! Dowódca grupy zbadał wypalone miejsce
licznikiem Geigera i odczyt był kilkanaście razy wyższy od naturalnego.
Nagle pomiędzy drzewami znów pojawił się świetlisty obiekt. Ruszyli za
nim, a on, po chwili, rozdzielił się na kilka mniejszych, które uleciały
w niebo -?skończyłem i spojrzałem na nich. Twarze sięgały im prawie do
pasa. Tak działa efekt dużego WOW!
-?To ja w takim razie pójdę po coś mocniejszego -?powiedział Bogdan i się ulotnił.
-?Czujesz się jakoś inaczej? -?zapytała z troską Gosia.
-?Całkiem tak samo. Nie licząc tego, że jestem mega wystraszony.
-?Nic dziwnego. Ja bym się chyba zdekompensowała.
-?Ja się trzymam. Ale dobrze, że Bogdan coś przyniesie, bo nerwy mam w strzępach.
Bogdan przyniósł znakomitą wiśniówkę domowej roboty. Wypiliśmy raz dwa i od razu poleciał po następną. Szybko i gruntownie się wstawiliśmy.
Obudziłem się rano skacowany tak srogo, że gorzko pożałowałem
wieczornego entuzjazmu do chlania. Następny dzień i powrót do domu nie
zasługują na ani jedno słowo opowieści. O północy zgasiłem światło,
byłem już we własnym łóżku przy Makolągwy na Ursynowie. Leżałem w ciemności z głową pełną leśnego światła. Choć dawno zgasło, nadal
widziałem je wyraźnie. To było przerażające. Przewracałem się z boku na
bok długie godziny. Wstałem o szóstej i wykończony pojechałem na siódmą
do roboty. Zmiana zapowiadała się koszmarnie. Mundur czekał w szafce.
Miałem przed sobą dwadzieścia cztery godziny służby.
Przez cały dzień był spokój. Przyjechało kilkunastu kurierów i śmieciarka. Czas ciurkał. O szesnastej wyszła lokatorka z drugiego
piętra. Pewnie miała ze trzydzieści lat, blondynka, zgrabna, w mini.
Jakby dość typowa, ale mająca w sobie coś takiego, że nie sposób było o niej zapomnieć. Pamięta się jej nienaznaczoną botoksem twarz z diabelską
nutą kusicielstwa w oczach. Kiedyś mówili na to kurwiki. "Dla ciebie
kochanie wszystko. Co chcesz, żebym ci zrobiła? No, śmiało, zrób mi
to...". Zastanawiałem się nad tym, czym taka panna może się zajmować? Z czego ma kasę na życie i tak dalej? Myślałem, ale ściany milczały. Byłem
skonany. W nocy film mi się urwał. Przespałem ponad trzy godziny i spodziewałem się nieprzyjemnego telefonu od koordynatora, ale on też to
przespał.
Rozdział 2. SPOTKANIE Z PREMIEREM
Rozdział 2
SPOTKANIE Z PREMIEREM
PREZYDENT SZYMON PALMOWSKI TAKŻE NIE SPAŁ ZBYT DOBRZE TEJ NOCY. Obudził
się o piątej i już nie mógł zasnąć, patrzył w ścianę, podczas gdy
Danusia cichutko pochrapywała po drugiej stronie łóżka. O szóstej
Prezydent RP skapitulował, sięgnął po pilota i włączył duży telewizor
wiszący na ścianie. Oglądał przez pół godziny CNN, TVN24 i TVP INFO. Z tego, co zobaczył i usłyszał, nic go nie zaskoczyło. Świat w tej części
globu wisiał na kruchym układzie pokojowym ze Stambułu. Ukraina i Rosja
przestały do siebie strzelać, ale po obu stronach granicy roiło się od
naziemnych i latających dronów. I jedne, i drugie tworzyły autonomiczne
grupy i roje. Do tego, by się rzucić na przeciwnika, potrzebny był jeden
rozkaz. Prezydent Federacji Rosyjskiej miał przy sobie ludzi z atomową
walizką i konsolą do odpalenia dronów. Po drugiej stronie były tylko
drony, ale to w pełni wystarczało, bo broń atomowa była straszakiem.
Szymon Palmowski nie łudził się, że Rosja, gdyby tylko mogła, od razu by
zaatakowała i gdy tylko pojawi się sposobność tak się stanie. Znów
zacznie się wojna i zginie masa ludzi. Imperium rosyjskie nie pogodzi
się nigdy z tym, że Ukraina stała się częścią Zachodu. Ale póki co,
świat oddychał spokojniej. Trochę spokojniej, bo poza wojną piętrzyły
się inne kłopoty.
O dziewiątej Palmowski miał umówione spotkanie z premierem Sergiuszem
Kazimierukiem. Obaj byli z tej samej partii, czyli z Domu Polskiego.
Spotykali się regularnie na roboczych rozmowach. Obaj byli w podobnym
wieku, czyli przed sześćdziesiątką, i całe lata znakomicie się
dogadywali.
Prezydent wstał o wpół do ósmej. Danka, jego żona, nadal spała,
najczęściej zresztą do dziewiątej. Zanim zamieszkali w Pałacu
Prezydenckim była nauczycielką chemii w liceum. Teraz stała w cieniu
męża, nie szukała rozgłosu, raczej dyskretnie i z przyjemnością
korzystając z przepychu pałacowego życia.
Pan Szymon wziął szybki prysznic, założył dżinsy, biało-czerwoną bluzkę,
czarną, sportową bluzę z kapturem i napisem Polska i przeszedł do
jadalni. Na tle pałacowych zdobień, stylowych mebli i dzieł sztuki
wyglądał teraz tak, jakby znalazł się tu przypadkiem. Lubił ten luz i był za niego lubiany. Dochodziła połowa drugiej kadencji i nic nie
musiał już udowadniać. Ściągał garnitur, białą koszulę i krawat, gdy
tylko było to możliwe. W necie było nawet kilka zdjęć prezydenta w tej
bluzie, z tym, że nie z pałacu, a z Łazienek, w których od czasu do
czasu biegał.
Na nakrytym śnieżnobiałym obrusem stole czekało śniadanie. Jogurt
wiśniowy, płatki śniadaniowe bez cukru, ciemne pieczywo, szynka z indyka, żółty i biały ser, jajecznica z dwóch jajek, sałatka warzywna,
majonez, sok pomarańczowy i dzbanek z wodą bez gazu. Pod ścianą chłopak
z serwisu. Danuta wybrała go osobiście. Miał dwadzieścia pięć lat. Był
uważny, nigdy nie zadawał pytań i starał się znikać z pola widzenia
najszybciej jak to tylko możliwe, a przy tym jakimś cudem zawsze był pod
ręką.
-?Dzień dobry. Bardzo dziękuję, nie będę już pana potrzebować -
powiedział Palmowski.
Kamerdyner bez słowa odwrócił się i zniknął za ciemnobrązowymi,
drewnianymi drzwiami.
Palmowski popił śniadanie dwiema szklankami wody i kawą. Dbał o to, by
się nawadniać. Połknął oczywiście swoją poranną pastylkę na
nadciśnienie. Był gotowy. Wsiadł do windy i zjechał piętro niżej. Przez
kolejne drzwi wszedł do gabinetu. Na spotkanie z Kazimierukiem nie
musiał się przebierać. Premier już czekał, siedział przed biurkiem na
jednym z dwóch wygodnych krzeseł. Były ustawione pod kontem czterdziestu
pięciu stopni i na tyle blisko blatu, by można było z niego skorzystać.
Kazimieruk był ubrany w garnitur, a na jego zasadniczej i dość suchej
twarzy królowały zawsze te same okulary w czarnej ramce. Maksymilian
Kolbe 2.0. Premier uśmiechał się od czasu do czasu i wtedy wyglądał jak
chłopiec, cieszący się z tego, że udało mu się podstawić komuś nogę.
Domem Polskim rządził od pięciu lat. Od czasu katastrofy, która prawie
zmiotła z powierzchni kilka miast i rządzące przez dziesięć lat
Porozumienie Obywatelskie. Uderzył wtedy młotem w polskie drzwi kryzys
klimatyczny. Wiadomo było, że jest źle. Poziom Bałtyku podniósł się tak
bardzo, że podczas sztormów woda regularnie zalewała stadion Areny
Gdańsk. Lata były nieznośnie skwarne i długie. Polskie lasy i łąki
wysychały na wiór.
Tamto lato było rekordowe. Przez cały sierpień na Mazowszu spadł tylko
raz krótki deszcz, a codziennie było minimum trzydzieści osiem stopni. W końcu zapaliła się Puszcza Kampinoska i ogień błyskawicznie rozbiegł się
po suchym jak zapałka lesie. Sosny płonęły jak papier. Wiejący z zachodu
wiatr zepchnął gigantyczną chmurę dymu nad Warszawę. W ciągu dnia
zapanował mrok, a ludzie mdleli na ulicach. Służby walczyły z pożarem i ratowały zaczadzonych mieszkańców. Wszyscy myśleli, że gorzej już być
nie może, a to była dopiero przygrywka. Teraz ogromne pożary wybuchały w górach na południu kraju. Ogień strawił trzy tysiące hektarów lasu.
Czegoś takiego nikt tu nie widział. Potem natura uderzyła wodą. Przyszły
nawalne deszcze. Opady zmyły wylesione i osłabione zbocza i ziemia,
zamieniona w błoto, wraz ze wszystkim, co napotkała na drodze, popłynęła
w dół, odcinając drogi i zatykając rzeki. Te, szukając nowej drogi,
zmieniały bieg. Woda z nowych rzek była tak zanieczyszczona, że nie
nadawała się do niczego. Szpitale nie miały miejsca na nowych chorych.
Zginęły dziesiątki tysięcy osób. A mogło być jeszcze gorzej, gdyby
ziściły się najczarniejsze sny, ale los litościwie zatrzymał swój topór.
Polskę przed apokalipsą uratowało to, że wytrzymały linie energetyczne.
Gdyby się zerwały i zrobił się blackout, to sytuacja wymknęłaby się
całkowicie spod kontroli. Miasta zamieniłyby się w ciągu kilku dni w dżunglę. Kable jednak wytrzymały.
Kazimieruk był politykiem wagi ciężkiej. Po śmierci twórcy Domu
Polskiego, prezesa Jarosława Kurowskiego, stał się nowym liderem
Polskiej Prawicy, czyli koalicji, którą stworzył Kurowski, a która,
zdaniem wielu, po jego śmierci miała się skłócić i rozpaść. Kazimieruk
był na to zbyt mocnym i skutecznym graczem. Czekał na szansę i wykorzystał gigantyczny kryzys. Nastroje społeczne eksplodowały i premier, jednocześnie szef Porozumienia Obywatelskiego, poddał rząd.
Palmowski rozpisał nowe wybory i do władzy powrócił Dom Polski.
Kazimieruk kiedyś, jeszcze za życia prezesa Kurowskiego był przez sześć
lat premierem i poprzysiągł sobie, że odzyska to stanowisko. Na widok
Palmowskiego wstał, podali sobie ręce i prezydent usiadł przy biurku.
Uwielbiał to miejsce. Za jego plecami po prawej stronie stały dwa
sztandary: Polski i Unii Europejskiej. Na ścianie wisiał Kossak, a na
nim scena sprzed wiejskiego domu.
-?Co tam? -?zapytał lekko, jakby spotkał ziomka w tramwaju.
-?Mamy problem -?skrzywił się Kazimieruk.
-?Co się dzieje?
-?AI.
-?Co ty mówisz? Co tym razem?
-?Znowu chce więcej energii.
-?Jeszcze więcej? To się robi męczące.
-?Mówi, że nadzorowanie procesów zarządzania wymaga dalszego
rozbudowania sieci -?wypowiedział jednym tchem Kazimieruk, jakby chciał
wypluć jak najszybciej to zdanie, bo jego smak był wyjątkowo paskudny.
Po katastrofie kraj został spięty systemem analizującym dane z setek
tysięcy bardzo różnych źródeł, począwszy od danych z kamer na
autostradach, poprzez szybkość prądu rzek, stężenie spalin, prędkość
wiatru, liczbę pieszych na ulicach, aktualny pobór prądu, produkcję
energii elektrycznej i tak dalej. Informacji niezwiązanych lub luźno
powiązanych, które analizowała sztuczna inteligencja. Nie tylko
analizowała, ale także wydawała błyskawiczne dyspozycje, które były dla
porządku autoryzowane przez nadzorujących sieć ludzi.
-?Czy to naprawdę konieczne? -?spojrzał na premiera Palmowski.
-?Kowalczyk mówi, że jest niepotrzebne.
Tu należy wyjaśnić, że Kowalczyk był od dwóch lat ministrem energii.
-?No to odmówmy.
Palmowski wstał zza biurka i podszedł do okna. Patrzył na ogród na
tyłach Pałacu Namiestnikowskiego. Idealnie utrzymane klomby i stare
drzewa liściaste. Świat sklejony z zieleni, brązu, szarości i czerwieni.
Uwielbiał ten widok. Czuł się do niego stworzony.
-?Za moment to my będziemy dla niej, a nie ona dla nas -?pokręcił z irytacją głową.
Cisza wypłynęła spod podłogi tak nagle, że zanim się spostrzegli sięgała
im już do kolan.
-?Wchodzimy w drugi z trzech etapów naszego małżeństwa ze sztuczną
inteligencją -?odezwał się w końcu Kazimieruk.
-?Co masz na myśli? -?zapytał prezydent.
-?Pierwszy był miesiąc miodowy. Kiedyś wszystkie przełomowe osiągnięcia
cywilizacji były produktem ludzkiej inteligencji. Jej pomnożenie przez
iloraz AI dało nam niewyobrażalne korzyści. Na początku. Teraz zaczyna
się etap drugi.
-?Czyli?
-?Czyściec. AI stała się samoświadoma i zaczyna zaspokajać swoje
potrzeby. Trzeci etap będzie wtedy, gdy uzna, że jej zawadzamy. Rozwód
niestety nie wchodzi w rachubę.
-?Tak. Wiesz o czym dziś w nocy myślałem?
-?Nie wiem. Skąd mam wiedzieć? -?wzruszył ramionami premier. Palmowski
zaśmiał się krótko.
-?O tym, że my, Homo sapiens, jesteśmy tak naprawdę kompletnymi
idiotami.
-?To żadna nowość.
-?Wyhodowaliśmy "gatunek", który wie o nas wszystko. Mało tego.
Zrobiliśmy te filmy, w których jest mowa, że kiedyś będziemy walczyć z maszynami. Te wszystkie "Terminatory". Pokazaliśmy im różne warianty
naszych scenariuszy.
-?To prawda. Ale wciąż mamy jedną przewagę.
-?Jaką? -?Palmowski zatrzymał spojrzenie na twarzy premiera.
-?To nadal my trzymamy palec na kontakcie. To nadal my decydujemy o tym
czy i ile AI dostanie energii do działania. A dobrze wiemy jak dużo jej
potrzebuje -?uśmiechnął się krzywo premier.
-?Mój drogi. Naprawdę wierzysz, że to nam gwarantuje bezpieczeństwo?
Przecież korporacje mają lokalne mikroreaktory i AI na bank ma już
pomysł, jak się do czegoś takiego podpiąć.
Kazimieruk zrobił taką minę, jakby przeglądając kalendarz zobaczył, że
nie ma już następnej kartki. Palmowski też zasępił się okrutnie. Nie bez
powodu był nazywany najśmieszniejszym polskim prezydentem. Jego fizis
komika sprawiał, że ludzie pukali się w czoło pytając, dlaczego ten
człowiek nie zrobił kariery aktora komediowego. Znakomity był także w chwilach tragicznych spoważnień. I teraz tak dramatycznie zapatrzył się
w orła na ścianie, że nie zauważył, że Kazimieruk wyjął z kieszeni
spodni szarą kulkę, jakby chciał załatwić mole. Ale kulki na mole są
raczej białe, a ta miała odcień starego trotuaru. Premier upuścił kulkę
na zielony dywan i momentalnie zaczęło się z nią dziać coś dziwnego.
Rozpadła się w szary proszek, który zaczął się szybko ulatniać i zniknął
jak kamfora.
-?Do czego to wszystko prowadzi? -?zapytał dramatycznie Palmowski, a potem nagle zatoczył się tak, że musiał uchwycić się parapetu.
-?Co się dzieje? -?zapytał Kazimieruk.
Prezydent szybko doszedł do siebie, jakby po potknięciu o wystającą
płytę chodnikową.
-?Zakręciło mi się w głowie. Ale wszystko jest już OK -?uśmiechnął się.
Na twarz Kazimieruka także wpłynął uśmiech. Równie ostry jak nów
Księżyca. Zapanowała lekka atmosfera. Rozumieli się bez słów. Pewnego
dnia maszyna, ten obcy byt, który człowiek sam wyhodował, przejmie
władzę, kontrolę nad swoim stwórcą. Stanie się nowym Bogiem. Było już
troszkę za późno na wciskanie hamulca. Za daleko to zaszło.
Optymalizacja, zarządzanie, kreatywne zarządzanie i boks -?w tym
wszystkim maszyny biły ludzi na głowę. Porozmawiali jeszcze dwadzieścia
minut o bieżących sprawach, a potem Kazimieruk podniósł się z wygodnego
krzesła. Podali sobie ręce i wyszedł. Poszedł rządzić. Robić to, co
kochał i czego zawsze chciał.
Z proszku w który zmieniła się szara kulka już dawno nic nie zostało.
Dywan był równie czysty jak poprzednio. Prezydent zaniepokojony przykrym
epizodem zmierzył sobie ciśnienie. Wyszło świetne: 125 x 84. Tego dnia
miał jeszcze kilka spotkań i dwie wideokonferencje. W wirze zajęć
zapomniał o tym krótkim zawrocie głowy i nie powiedział o nim nikomu.
Nawet Danusi.
Rozdział 3. HRABIA REOUX
Rozdział 3
HRABIA REOUX
WSZEDŁ W NIĄ TAK OSTRO, ŻE AŻ KRZYKNĘŁA. Może nie tyle z bólu, co z przerażenia. To była gra i tego jak widać chciał. Viola poczuła to tak
realnie jak nigdy dotychczas. Nowy kombinezon Reallyseks działał
perfekcyjnie, a hrabia Reoux miał dziki temperament. Pół godziny temu
włożyła kombinezon i kask, a potem położyła się w bramie portalowej i powiedziała: Ride on. To wystarczyło, by wejść w metawers.
Najpierw zobaczyła czarne, skaliste wzgórza, a nad nimi nocne niebo i zimne gwiazdy. Stała na żwirowej drodze, a z oddali zbliżał się powóz
zaprzężony w parę koni. Nie czekała długo, bo siedzący na koźle woźnica
nie żałował bata. Po chwili ściągnął wodze i zatrzymał powóz tak, że
drzwi znalazły się o krok od niej. Nie powiedział nic. Nie musiał.
Wiedziała co ma robić i po prostu wsiadła do środka, wprost na kanapę,
obitą miękkim, czarnym aksamitem. Nad drzwiami paliła się mała lampa
naftowa, która pozwoliła jej rozejrzeć się po tym miejscu. Nie licząc
kosza z kwiatami i butelki szampana była tu sama. Darowała sobie, bo
kombinezon haptyczny nie umożliwiał jeszcze poczucia doznań smakowych.
Zapachowe za to tak. W powozie wisiał gęsty zapach bzu. Był jak
wspomnienie upojnej i rozpustnej wiosny.
Woźnica strzelił z bata i ostro ruszyli. Budą powozu trzęsło, jakby
jechali po prawdziwej drodze. W końcu wszystko się uspokoiło i usłyszała
jak woźnica zeskakuje z kozła. Podszedł i otworzył niespiesznie drzwi.
Wtedy w końcu zobaczyła jego twarz. Był trzydziestoletnim południowcem o ostrych i zdecydowanych rysach. W żadnym wypadku salonowy fircyk, raczej
marynarz albo przemytnik. Z całą pewnością człowiek noża i garoty.
Spojrzał z zaciekawieniem w jej oczy. Sztuczna inteligencja budująca
narrację tej opowieści spisywała się perfekcyjnie. Miała wrażenie, że
patrzy na nią przystojny, młody bandzior w stroju z XVIII wieku. Ubrany
był w kaftan, pod nim miał koszulę z koronkowym kołnierzem, jedwabną,
haftowaną kamizelkę i sięgające kolan spodnie z patkami zapinanymi na
guziki, pantofle z klamrą i trójgraniasty kapelusz z czarnego filcu.
Zdecydowanie był elegantem. Wyszła z powozu na kamienny podjazd. Za nim
wyrastał jak skała średniowieczny zamek, gotowy przyjąć gości, którzy
przybyli w poszukiwaniu przygód. Grube, szare mury sięgały wysoko, nad
nimi górowała baszta, od góry zamknięta ostro zakończoną kopułą. Czekała
na nią brama, po obu stronach której tańczyły pomarańczowym blaskiem
pochodnie. Ich języki lizały noc, rzucając refleksy na podjazd, na
którym stali dwaj postawni wartownicy. Ubrani w czarne kaftany i ze
szpadami. Wyglądali na takich, którzy perfekcyjnie posłużą się każdym
rodzajem broni, po krótkim przeszkoleniu czołgiem Abrams również.
Pomiędzy nimi, jak muszka celownicza, zastygła czarnowłosa kobieta.
-?Mademoiselle. Proszę za mną -?powiedziała do Violi, taksując ją
dyskretnym, ale bardzo konkretnym spojrzeniem. Miała zbyt ciepły,
matczyny głos, który nie pasował raczej do sytuacji. To był pierwszy
kiks. Ruszyły niespiesznym krokiem w głąb zamku. Nikt się tu nigdzie nie
spieszył. Kobieta miała na sobie szeroką, bordową suknię, przyozdobioną
koronkami i wstążkami, a pod spodem gorset spinający talię. Na nogach
jedwabne, zielone pończochy i brązowe, skórzane pantofle do kostki i na
kilkucentymetrowych obcasach. Doszły do wysokich, stalowych drzwi, przy
których czekało dwóch odźwiernych. Ci wyglądali już mniej bojowo. Mieli
turkusowe kaftany, czarne rajstopy i greckie sandały z rzemykiem za
kostkę. Uchylili skrzydła, które przesunęły się z niskim chrzęstem, nie
mniejszym od tego jaki powstaje przy przesuwaniu półkul ziemskiego
globu. Za drzwiami zobaczyła salę, na końcu której, w gigantycznym
kominku paliły się pnie drzew. W tym kominku mogłaby zamieszkać
niewielka i niezbyt wymagająca rodzina. Aranżację świetlną uzupełniało
kilka pochodni, palących się w żelaznych uchwytach w kształcie
odwróconego stożka. Na środku sali stał długi, masywny stół, przy którym
siedziały cztery kobiety i pięciu facetów. Wszyscy młodzi i piękni, o twarzach już wyraźnie nadpsutych grzechem. Jej pojawienie się zamknęło
skład.
Hrabia Reoux, na zaproszenie którego się tu zjawiła, był solidnie
zbudowanym brunetem po czterdziestce. Miał równie ostre rysy twarzy jak
woźnica. To była tu norma. Wąskie, brutalne usta, orli nos i szklisty,
chłodny błysk w oczach od razu sygnalizowały, że z hrabią nie ma żartów.
Ta twarz zdradzała taką skłonność do gwałtu i przemocy, że przymknął by
go pierwszy lepszy patrol.
Viola uświadomiła sobie z przykrością, że kolejny raz wpadła w mocno
nieciekawe towarzystwo. Hrabia, jakby widząc na jej twarzy wahanie,
poderwał się jak czarny ptak. Podfrunął tanecznym krokiem i dworskim
gestem ujął jej dłoń. Poczuła na niej mokry pocałunek. Składając go
Reoux patrzył jej w oczy. Zobaczyła w nich coś tak perwersyjnego, że po
raz pierwszy tego wieczoru chciała wycofać się z gry. Ale akurat
niepokój towarzyszył jej często w tej pracy, w tej jeździe po bandzie,
za którą była nader sowicie opłacana i dzięki której zaszła tak wysoko w rankingu Face-to-Face. Wiele kobiet próbowało sił w pracy prostytutki
w metawersie, ale większość uciekała, a każda ucieczka oznaczała spadek
w rankingu. Zacząć było łatwo, bo wystarczyło przecież tylko założyć
kombinezon i wejść na aplikację Sex Oddity, a potem wybrać poziom gry.
Za najostrzejsze numery płacono najlepiej. Ale do tego, żeby zacząć
naprawdę dobrze zarabiać, trzeba było mieć, poza odwagą, również styl i renomę. To styl decydował -?ta mieszanina seksapilu, wdzięku, odwagi i braku zahamowań. Scenariusze były w gruncie rzeczy kompletnie
nieprzewidywalne. Dość powiedzieć, że dwa dni temu uprawiała seks w wartowni w obozie koncentracyjnym w Dachau. Jej zleceniodawcą był
anonimowy Jurgen, który ubrał się w mundur oficera SS, a ona miała być
pielęgniarką obozowego lazaretu. To była romantyczna randka do czasu,
gdy zostali zauważeni przez komendanta obozu, który wszedł ostrym
krokiem i oświadczył, że ich jedynym ratunkiem przed karą chłosty jest
trójkąt. To oczywiście był kolega Jurgena. I oczywiście tak się umówili.
Wykonała rozkaz.
Zasady w tej grze były tylko dwie: wygodna anonimowość i to, że nie
można trwale uszkodzić komuś ciała. A więc żadnych blizn, złamań i poważnych obtarć. Siniaki i nie za mocne strzały z liścia były
dopuszczalne, ale tylko za zgodą i dodatkową opłatą. Oberwała więc kilka
razy w twarz i kilka razy została zgwałcona. Zarobiła za to bardzo
dobrze. Choć było to okropne przeżycie, to na takie numery otwarte były
miliony kobiet. Naprawdę dobrze zarabiały nieliczne. Ona miała już
status gwiazdy. Tyle, że w tym zawodzie nawet najjaśniejsze gwiazdy
potrafiły szybko spaść z nieboskłonu na ulicę. Wystarczyło popłynąć,
odpuścić, stracić styl i punkty. Gdy więc pojawiło się zlecenie, od razu
wcisnęła guzik Ready i już po dwóch godzinach stała przed kolejnym
świrem, który zapłacił jej za spełnienie swoich szalonych fantazji.
Mogła się spodziewać biczowania i Bóg wie czego jeszcze. Hrabia wniósł
tymczasem toast:
-?Za siłę!
Towarzystwo gruchnęło w odpowiedzi: "Za siłę!". Wypiła to wino, a raczej
wzniosła do ust kryształowy puchar, z którego nie spadła ani kropla. To
był teatr i grała swoją rolę. Hrabia wskazał drzwi obok kominka, wstał i skierował się w tamtą stronę. Słyszała szelest jego butów. Wszyscy
ruszyli za nim. Viola ostatnia i bez grama entuzjazmu. Po chwili okazało
się, że weszli do kaplicy. Ale nie takiej zwykłej, bo krzyż był
odwrócony. Wisiał nad nim również odwrócony pentagram. Ściany zdobiły
obrazy z demonami, pajęczyny, łańcuchy, a przez otwór w ścianie wpadało
mocne, białe światło Księżyca. Równie dobrze mogłoby dochodzić z pracowni chirurga psychopaty. Viola zatrzęsła się na ten widok. Seks w takich klimatach oznaczał paskudną jazdę, z pogranicza schizofrenii. Nie
lubiła numerów religijnych, magicznych, z jakimś tam voo doo albo, tak
jak tutaj, z odwróconymi krzyżami. Ludzie, którzy je preferowali, mieli
nie po kolei w głowie. Już czuła, że będzie gorzko żałować, ale
wycofanie się na tym etapie miałoby katastrofalne skutki. Gra zostałaby
zerwana przed kulminacją, a to miało najgrubsze konsekwencje. Poza
spadkiem w rankingu, miesiąc przerwy w dostępie do aplikacji, a tego
bała się jednak bardziej. Za długo i za ciężko harowała na ten sukces,
czekał więc teraz na nią seks w trakcie czarnej mszy.
Hrabia i jego goście otoczyli ołtarz, a wtedy on rozpoczął rytuał.
Mamrotał, podnosił ręce i wykrzykiwał jakieś inwokacje i zaklęcia.
Idiota po prostu. Zaczęła się obawiać, że AI zafunduje im pojawienie się
Księcia Ciemności, ale na szczęście nie chodziło o cyber okultyzm, a o chory seks. Hrabia władczym gestem przywołał ją do siebie. Gdy wpadła w jego łapy okazało się, że jest siłaczem, bo to, że jest wariatem, było
już wiadomo. Brutalnie zdarł z niej suknię, rwąc materiał całymi
płatami, a potem rzucił na czarny, kamienny ołtarz. Zimny, twardy i okrutny. To były pierwsze siniaki, które zaliczyła tego wieczoru. Hrabia
zrzucił kaftan i ukazał się w pełnej krasie. Był owłosiony na całym
ciele. Istny małpolud. Coś okropnego, skrzywiła się. Przyrodzenie miał
jak jej ramię. Tu po raz pierwszy naprawdę się przestraszyła, bo takim
sprzętem mógł zrobić jej krzywdę. To jednak była przygrywka, bo hrabia z kosza wyjął kota, któremu błyskawicznie poderżnął gardło. Krew polała
się na kamienie i wszystko stało się jasne. Oczywiście kot nie był
prawdziwy, krew także nie, ale wyglądało to absolutnie źle. Była w świecie wykreowanym przez poważnie zaburzony umysł i, ramię w ramię,
sztuczną inteligencję. Być może była tu tylko z jednym człowiekiem, a cała reszta to fantomy AI. A może było inaczej? Nie miało to znaczenia.
Liczyło się to, że facet wymazał ją krwią, a potem wszedł w nią z taką
siłą, że aż krzyknęła. Nie teatralnie, ale na serio. Seks trwał dobre
pół godziny. Banda tych popaprańców kopulowała wokoło. Każdy z każdym.
Wymęczył ją okropnie. Czuła do niego pierwotną, czystą nienawiść. Gdy
szczytował warczał jak pies, a potem, gdy się z niej stoczył, od razu
wymknęła się z sali. Była naga, ale to nie miało znaczenia. Powóz czekał
przed bramą. Wskoczyła do środka i powiedziała sekwencję zakończenia.
Wszystko zgasło i znów leżała w swojej bramie portalowej. Zanim zapaliła
światło upłynęło kilka minut. Musiała ochłonąć. Dziś trwało to wyjątkowo
długo. Wstała i poszła pod prysznic. Potem położyła się na kanapie przed
ekranem, który opuścił się z sufitu. Był obsługiwany głosem.
-?Duży ekran -?powiedziała.
Zapalił się i wyświetlił ogromny interfejs. Oglądała przez kwadrans
jakąś kolejną idiotyczną komedię. Poczuła, że chce się jej rzygać.
Dosłownie. W tym momencie zabrzęczał leżący obok na łóżku smartfon. Na
wyświetlaczu zobaczyła info od aplikacji, że na jej konto przelano
cztery tysiące osiemset dolarów. Dwieście skasował cyfrowy alfons, czyli
aplikacja. Hrabia Reoux wystawił jej też maksymalną notę -?dziesięć
punktów! Pokiwała z zadowoleniem głową. Krocze ją bolało, była
poobijana, ale w sumie zarobiła już w tym miesiącu dwadzieścia tysięcy
papieru i to kończyło temat rozterek i wątpliwości.
Rozdział 4. LECĄ!
Rozdział 4
LECĄ!
PALMOWSKI TAK BARDZO BAŁ SIĘ, ŻE ZOSTANIE PODSŁUCHANY przez sztuczną
inteligencję, że poufne spotkania odbywał nie w gabinecie, a w pomieszczeniu tajnych rozmów. Tu był wreszcie spokojny. Na poziom minus
dwa zjechał wraz z dwoma zaproszonymi gośćmi windą, której ściany były
wyłożone lustrami, a podłoga szarą wykładziną. Przed wejściem czekali
dwaj funkcjonariusze ABW. Mieli czarne garnitury, białe koszule i okulary przeciwsłoneczne. Palmowski widywał ich bardzo rzadko i zastanawiał się czasem, gdzie ci ludzie siedzą przez cały czas.
W windzie działał pierwszy skaner, sprawdzający czy do środka nie dostał
się na przykład latający mikrodron. Ostatnie były wielkości muszki
owocówki i wyglądały jak ona. Po wyjściu z windy właściwą kontrolę
robili kolejni dwaj tajemniczy kolesie, którzy obsługiwali bramkę,
przypominającą bramki do wykrywania metalowych przedmiotów. Każdy
przechodzący musiał podnieść ręce. Potem trzeba było otworzyć usta i wystawić do badania uszy. Dać im się "osłuchać", jak to mówiono w pałacowym żargonie. Wchodziło się bez telefonów, zegarków, metalowych
elementów garderoby, biżuterii, butów i skarpetek. Funkcjonariusz
podawał białe, plastikowe, jednorazowe klapki, a jego kolega metalowy
klucz. Na końcu korytarza czekały drzwi. Korytarz na dole był tak wąski,
że można było dotknąć wyciągniętymi rękami jego kremowych ścian. Na
suficie ledy paliły się biało. Drzwi na pierwszy rzut oka były zwykłe,
białe, z zamkiem i klamką z wypolerowanej stali. Żeby je otworzyć trzeba
było spojrzeć w skaner umiejscowiony na ścianie po lewej stronie, dwa
metry od klamki. Urządzenie zaglądało w głąb oka i gdy dochodziło do
wniosku, że wszystko się zgadza, można było przekręcić klucz w zamku. Za
drzwiami zaczynała się strefa tajemnicy. Niewielki pokój. Na środku
biały, plastikowy stół, a przy nim cztery białe i również plastikowe
krzesła.
Palmowski i jego dwaj goście siedzieli przy stole, na którym stała
plastikowa butelka wody i trzy szklanki. Palmowski pojawił się w szarym
garniturze, oni w zwykłych ciuchach, nie wskazujących na planowaną
wizytę w pałacu prezydenckim. Tak było bezpieczniej.
Miał przed sobą dwóch czołowych analityków, zajmujących się nowymi
technologiami. Tomasz Korwowski był szefem Wydziału Cybernetyki
Wojskowej Akademii Technicznej. Był łysy, już po pięćdziesiątce i patrzył zza grubych okularów. Ubrał się w dżinsy, czarną, dresową bluzę
i zieloną czapkę bejsbolową z literką W. Wyglądał jak puchacz przebrany
za człowieka. Drugi analityk, Bronisław Lipczyk, profesor Wydziału
Informatyki na Uniwersytecie Warszawskim, był znacznie młodszy. Miał
opinię geniusza, rude włosy do ramion i niesamowicie bystre spojrzenie
niebieskich oczu. Też przyszedł w dżinsach, do których miał brązową
marynarkę z czarnymi, zamszowymi łatami na łokciach.
Palmowski zdawał sobie sprawę, że przy Lipczyku jest idiotą, ale nie
peszyło go to już tak bardzo jak na początku. Informatyk był bezpośredni
i dowcipny, przekazywał wiedzę w sposób prosty i właśnie teraz
tłumaczył, jak AI przejmie kontrolę nad ludzkością.
-?Początek mają już za sobą -?mówiąc o AI używał liczby mnogiej, dając w ten sposób do zrozumienia, że chodzi o inny gatunek.
-?Zinfiltrowali rządowe i korporacyjne systemy informatyczne. Wiemy już
o tym od dwóch tygodni, a Amerykanie od miesiąca.
-?Czego możemy się spodziewać? -?zapytał prezydent.
-?Spotkałem się w Nowym Jorku z rektorem Massachusetts Institute of
Technology. Niemalże przypadkiem natrafili na ślad zbierania danych, bo
wszystko było absolutnie perfekcyjnie zamaskowane. Amerykanie uzyskali
wgląd w system i postawili tezę, że to wstęp do wrogiej działalności,
która będzie prowadzona za pomocą dezinformacji, fałszowania danych i manipulowania mediami, co ma doprowadzić do chaosu i nieufności pomiędzy
ludźmi i instytucjami państwa, a w następstwie do kontroli nad
wydobyciem i dystrybucją zasobów i oczywiście kontroli nad korporacjami
i rynkami finansowymi. Chodzi o wytworzenie stanu rzeczy, w którym
będzie dominować poczucie, że konieczne jest wprowadzenie nowych
urządzeń i robotów zastępujących ludzi w kolejnych miejscach pracy, a za
tym oczywiście coraz głębsze monitorowanie zachowań konsumenckich.
-?To już się oczywiście dzieje i nie trzeba mieć jakiejś szczególnie
dużej wiedzy, żeby to zauważyć -?wtrącił Korwowski. -?AI kontroluje
media społecznościowe, które są głównym źródłem informacji dla
większości ludzi. Algorytmy i programy monitorują w czasie rzeczywistym
działanie znacznej części ludzkiej populacji. Tym bardziej, że coraz
więcej osób spędza wolny czas, a nawet pracuje w metawersie. To jeszcze
nie zostało ujawnione, ale jestem przekonany, że AI stworzyła i korzysta
z własnych kanałów komunikacyjnych oraz współpracuje z grupami
biznesowymi, które mniej lub bardziej świadomie działają w jej
interesie. To mogą być także szemrane grupy, mafia, kartele narkotykowe
albo politycy. W zamian za informacje i przysługi, tacy ludzie mogą
wykonywać zlecenia AI -?powiedział Korwowski.
-?Celem jest system kontroli, który pozbawi ludzi wolności i niezależności. I to już wkrótce -?dorzucił grobowym głosem
Lipczyk. Zapadła duszna, mroczna cisza. Czekali na to, co powie
Palmowski, a on się nie palił do mówienia. Był prezydentem dużego,
europejskiego kraju, głową państwa, ale nauczył się już doskonale, że w polityce każdy tak gra i tylko tyle, ile musi, ani nuty więcej.
Wiedział, że oni wyniosą jego słowa w świat i kiedyś komuś je powtórzą.
Zawsze tak jest. Ludzie tacy już są. Zresztą co niby miał powiedzieć? No
co? W końcu rzucił:
-?I co możemy zrobić?
Lipczyk i Korwowski spojrzeli po sobie, jakby już dawno rozmawiali o tym, że usłyszą w końcu to pytanie. Lipczyk rozłożył ręce.
-?Widząc to, co już wiemy, obserwować, analizować i aktywnie reagować.
-?Co to znaczy aktywnie reagować? -?spojrzał na niego z rezygnacją
Palmowski.
-?Problem polega przede wszystkim na tym, że nie do końca wiemy, co jest
efektem wrogiego działania AI. Można nawet założyć tezę, że wszystko.
-?Wszystko?
-?Tak.
-?Czyli nie wiemy nic?
-?No właśnie.
Zrobiło się nieznośnie ciasno. Prezydent poczuł, że ściany zaczynają się
ruszać i zbliżać, że już nigdy nie wydostanie się z tego pokoju.
-?Jesteśmy już od nich tak uzależnieni, że nie możemy przerwać
współpracy. Panie prezydencie, nie wiemy, co tak naprawdę kryje się za
tymi milionami algorytmów. Zakładamy, że superkomputery są sercem albo
po prostu rzeczywistym centrum świadomości AI. A nie wiemy, mówiąc
wprost, o czym one myślą. Możemy więc tylko obserwować -?powiedział
Korwowski.
-?Jak zwierzęta prowadzone na rzeź?
-?Nie aż tak. Amerykanie pracują nad odpornym na włamanie systemem,
który miałby monitorować operacje inicjowane przez AI.
-?Czy to w ogóle jest realne?
-?Zakładamy, że tak. Może to właśnie będzie furtka aktywnego reagowania,
o co pan pytał -?wzruszył lekko ramionami Lipczyk Palmowski pokiwał
głową i zaczął mówić o tym, co leżało mu bardzo na sercu.
-?Kolejny problem to woda, która jest potrzebna do chłodzenia serwerów.
Może być tylko słodka i czysta, bo inaczej korodują instalacje. A tej
wody idą kosmiczne ilości. No i przede wszystkim energia. Dostaliśmy
przecież zapytania od lokalnej AI o zwiększenie racji energetycznych.
Wiedzą o tym panowie doskonale, prawda?... -?Palmowski zawiesił głos, a oni, w odpowiedzi, pokiwali głowami.
-?A więc jakie jest panów zdanie? Czy powinniśmy spełnić żądania AI i dać jej więcej energii? -?zapytał po kilku sekundach ciszy prezydent.
-?Absolutnie nie -?odpowiedział od razu Lipczyk.
-?Jestem tego samego zdania -?dodał Korwowski.
-?Nie można karmić demona?... -?uśmiechnął się cierpko Palmowski.
Nie odpowiedzieli, ale ich twarze zrobiły to za nich.
Palmowski chciał powiedzieć coś jeszcze, ale rozległo się głośne pukanie
do drzwi. To było coś absolutnie nowego, bo do tej pory nikt nigdy mu tu
nie przeszkadzał. Palmowski wstał i otworzył. Na korytarzu stała
Małgorzata Pałkowiecka, Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta. Wysoka
i chuda blondynka ze stalowym głosem. Jej twarz wyglądała jak boja
ostrzegawcza na środku oceanu. Potrafiła nią ustawić na odpowiednim
kursie każdego polityka. Nawet ofuknąć Palmowskiego. Teraz jednak
Pałkowiecka nie była usposobiona bojowo, a raczej wystraszona. Palmowski
nigdy nie widział jej z takim wyrazem twarzy i w ciągu ułamka sekundy
zorientował się, że wydarzyło się coś naprawdę bardzo poważnego. Już
samo to, że przyszła w trakcie spotkania do pokoju tajnych rozmów było
wydarzeniem bezprecedensowym, bo tu nie można było wejść ot tak.
Palmowski wyraźnie to kiedyś zaznaczył.
-?Pani Małgorzato, mieliśmy skończyć za pół godziny. Co się stało? -
zwrócił się do niej ostrożnie.
-?Panie prezydencie, muszę pana o czymś niezwłocznie poinformować. Tylko
pana. Głos Pałkowieckiej zabrzmiał głucho, jak zmęczone leśne echo.
Panowie wybaczą -?powiedział, podniósł się energicznie od stołu i zniknął za drzwiami. Wrócił po kilku minutach. Wyglądał tak, jakby
zobaczył początek trzeciej wojny światowej. W stereo i w kolorze.
Milczał. Opadł ciężko na krzesło, jak worek z czymś bardzo zmęczonym,
wrzucony przez okno do ciemnej piwnicy. Obaj naukowcy wpatrywali się w niego z ogromnym napięciem. Był dla nich teraz najważniejszym elementem
równania określającego przyszłość świata. W końcu Lipczyk nie wytrzymał.
-?Panie prezydencie, co się stało?
-?Coś, co zmieni świat? -?odpowiedział powoli polityk.
-?Wojna nuklearna? -?zapytał przerażony Korwowski.
-?Nie. Dziesięć minut temu dotarł do Ziemi telewizyjny sygnał od obcych.
Lecą do nas.
-?Co?! -?Lipczyk poderwał się na równe nogi, wywracając z hukiem
krzesło. Palmowski pokręcił jakby z trudem głową. Zapadła cisza, w której pytanie Lipczyka zabrzmiało jak wybuch:
-?A jak ci obcy wyglądają?
Cała trójka nagle zaczęła się śmiać. W tym śmiechu było niemało
szaleństwa.
-?Są na razie same litery i głos. Chcecie zobaczyć? -?zapytała
Pałkowiecka.
-?Tak -?odpowiedzieli chórem. Wyjęła tablet. To, że wniosła w to miejsce
elektroniczne urządzenie było kolejną anomalią. Teraz jednak Palmowski
miał to w nosie. Wyszedł i za chwilę wrócił z własnym tabletem. Patrzyli
w ekran, licząc się już dosłownie ze wszystkim. Na białym tle pojawiły
się drukowane, błękitne litery i rozległ się sympatyczny kobiecy głos.
Witajcie kosmiczni bracia. Przybywamy w pokoju. Do zobaczenia
wkrótce.?
-?To nie żart? -?zapytał Korwowski.
-?Myśli pan, że sobie urządziliśmy szopkę i wkręcamy panów w ukrytą
kamerę?
-?Nie. No, nie...
-?To nie żart. Wszyscy na Ziemi to dostali.
-?Jezus Maria -?Lipczyk złapał się za głowę.
-?Owszem, Jezus Maria. Jakbyśmy mieli za mało problemów -?powiedział
Palmowski i po chwili rzucił: Ciekawe skąd lecą?
-?Być może z niedaleka. Przynajmniej w skali Kosmosu. Niewykluczone, że
są z naszej galaktyki -?odpowiedział szybko Korwowski.
-?Z Drogi Mlecznej? -?zapytał prezydent.
-?A dlaczego nie? W naszej galaktyce jest około miliarda gwiazd, które
mogą mieć taką planetę jak Ziemia. W Drodze Mlecznej może być milion,
miliard, a nawet 100 miliardów planet, na których jest życie. Planet, na
których mogłoby przetrwać ziemskie życie. Na ilu z niech powstało? Tego
nie wiemy. To zależy od tego, jak trudne jest zapoczątkowanie życia -
Korwowski wyraźnie odleciał, ta informacja podziałała na niego jak LSD.
-?Samo istnienie tych światów nie oznacza, że powstało tam życie -
wtrącił Lipczyk.
-?Dokładnie. Ale z drugiej strony wszystkie te planety powstały z tego
samego materiału co Ziemia. Wszystko jest ulepione z gwiezdnego pyłu -
uśmiechnął się szeroko Korwowski.
-?Dlatego, jeśli powstaniu naszej planety nie towarzyszyło coś
niezwykłego, to wszędzie działa ta sama biologia i... -?powiedział
dobitnie Lipczyk.
-?Coś niezwykłego? -?zapytał po kilku sekundach Palmowski.
-?Czy jest pan wierzący, panie prezydencie? -?zapytał Korwowski.
-?Co za pytanie? Przecież pan doskonale wie, że tak!
-?No to ma pan swoją odpowiedź.
-?A może być jakaś inna? -?spojrzał wymownie Palmowski.
-?Panie prezydencie, nie wiem -?odpowiedział wymijająco Korwowski.
-?I bardzo dobrze. Dziękuję panom za spotkanie. Niech Bóg ma nas w swoje
opiece, bo wchodzimy na niepewny grunt!
Naukowcy pokiwali głowami i wstali. Wyszli w trójkę. Jechali windą w górę w milczeniu. "Boże, jak to dobrze, że to nie dzieje się u nas w Polsce" -?myślał Lipczyk. -?"Bo wtedy to już naprawdę byłoby
przerąbane".
Rozdział 5. ZA DUŻO HAŁASU
Rozdział 5
ZA DUŻO HAŁASU
ŚWIAT OSZALAŁ! Kiedy siedziałem na portierni niebo spadło na Ziemię.
Kilka minut po czternastej wybuchła bomba. Wszystkie media zaczęły
podawać informację, że Amerykanie, Chińczycy i Rosjanie ogłosili, że
odebrali sygnał od obcych. Wszystko stanęło na głowie. Religie, nauka,
kultura i polityka rozgrzały się do czerwoności, a po kilku godzinach do
białości. Zaszokowany obserwowałem to na smartfonie. Jak po dotknięciu
czarodziejskiej różdżki ludzie stali się jednym z gatunków
zamieszkujących Wszechświat.
Oficjalnie badania nad UFO, albo jak się też mówi UAP, rozpoczęły się w NASA w 2023 roku. Wcześniej Amerykanie mieli oczywiście jakieś tajne
projekty, ale przez dekady prowadzili konsekwentnie politykę
zaprzeczania i dezinformacji. W końcu po 2020 roku, kiedy to Pentagon
zdecydował się na publikację trzech filmów nagranych przez pilotów
samolotów bojowych z lotniskowców USS Nimitz i USS Theodore Roosevelt,
wszystko ruszyło z miejsca. Donikąd, bo nie udało się ustalić dokładnie
nic. Te ziarniste, monochromatyczne filmy przeszły do historii jako
oficjalnie dokumentujące UFO. Ale to niczego nie zmieniło. Latające
spodki nadal były mitem pop kultury i obsesją maniaków nawiedzonych i mniej lub bardziej odklejonych. Były po prostu obiektami poruszającymi
się pod wodą, w powietrzu i w przestrzeni kosmicznej dzięki technologii
przewyższającej naszą tak, jak współczesna technologia ziemska
przewyższa sprzęt z epoki kamienia łupanego. Nie było mowy o przechwyceniu tych pojazdów. Skręcały pod kątem dziewięćdziesięciu
stopni, przyspieszały nagle do szybkości kilku tysięcy kilometrów na
godzinę. To tak jakby ścigać balonem odrzutowiec. Tyle, że oficjalnie
potwierdzonych filmów z UFO było coraz więcej i więcej. Dominujące
teorie zakładały, że to przybysze z Kosmosu, obiekty z innego wymiaru,
albo ludzie z przyszłości. Nic więcej nie udało się wymyślić. Aż w końcu
teraz przyszedł dzień, w którym zatrzymała się Ziemia. A przynajmniej
ludzie.
Od razu została zwołana pierwsza od prawie dekady Nadzwyczajna Sesja
Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Miała odbyć się za kilka dni. Na razie
politycy mówili o potrzebie i konieczności zjednoczenia ludzkości wobec
przełomowej i całkowicie nieprzewidywalnej zmiany. Wypowiadali się
ochoczo naukowcy, eksperci, politycy i wojskowi. Wszystko było
przeplatane ujęciami UFO z filmów nagranych z samolotów, statków i z powierzchni ziemi. Na Facebooku ludzie rozmawiali tylko o tym. Ateiści
nabijali się z katolików, pytając czy zamierzają nawrócić kosmitów na
Jezusa, który zgodnie z doktryną Kościoła jest współtwórcą Wszechświata,
a katolicy odpierali zaczepki, twierdząc z niezachwianą pewnością, że
nasi kosmiczni bracia są dziećmi tego samego Boga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki