MARCELINA
Otworzyłam oczy, jednak zaraz moje powieki znowu opadły. Spróbowałam ponownie, tym razem na dłużej - zdążyłam zobaczyć jakieś okno, jednak nie rozpoznałam w nim żadnego, które znałam. Nie było to okno w moim domu. Nie kojarzyłam go też z domu rodziców.
Żyłam. Czułam, jak moje serce bije. Usta miałam wysuszone, a zmęczone, ciężkie powieki znowu zakryły gałki oczne. Gdy spróbowałam podnieść rękę, poczułam na niej coś ciężkiego i miękkiego zarazem. Poruszyłam nią, a wtedy miękkość się przesunęła, delikatnie łaskocząc moją dłoń.
- Maleńka, wybudziłaś się. - W uszach zawirował mi znajomy, ukochany głos. - Tak się cieszę... Przepraszam, przygniotłem twoją rękę, musiałem przysnąć...
Ta cudowna miękkość to były włosy Franka. Pomału docierały do mnie zdarzenia ostatnich godzin. Samolot, ból, szpital, operacja. Tak, byłam w szpitalu, a mój ukochany czuwał przy mnie. Ścisnęło mi się serce, a po policzkach popłynęły łzy.
- Kochanie... Marcyś moja... wszystko jest już dobrze... - uspokajał mnie niezwykle ciepłym tonem, starając się wyciszyć moje obawy. - Zabieg się udał. Wiem, że jest ci przykro, mnie również... Uwierz, gdybym mógł, cofnąłbym czas, ale stało się. Jestem pojebem, tak strasznie cię pragnąłem... - kontynuował coraz bardziej łamiącym się głosem. Zerknął w bok, mimo tego spostrzegłam, że po jego zaczerwienionych policzkach płyną łzy, które szybko otarł rękawem koszuli.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi i do sali weszła jakaś kobieta.
- Witam, widzę, że się pani wybudziła. Jak samopoczucie? - zapytała.
Od razu ją poznałam po nietuzinkowej, rasowej urodzie. Mimo że pytanie kierowała do mnie, przenikliwe spojrzenie utkwiła we Franku.
- Dobrze. W zasadzie to dopiero się ocknęłam - odrzekłam zachrypniętym głosem. Miałam podrażnione gardło. To zapewne efekt usuniętej niedawno z tchawicy rurki intubacyjnej. Tak bardzo chciało mi się pić.
Franek najwyraźniej błyskawicznie odgadł moją potrzebę, bo podsunął mi szklankę z wodą, lecz pozwolił wziąć zaledwie jeden łyk. Potem, jakby na pocieszenie, wilgotną chusteczką higieniczną zwilżył moje wargi.
- Maleńka, na razie tyle musi ci wystarczyć. - Pogłaskał mnie po policzku.
- Zabieg był skomplikowany - kontynuowała lekarka beznamiętnym głosem, przy czym nie omieszkała obrzucić Franka gradowym spojrzeniem. - Ale udało nam się oczyścić jajowód bez jego usuwania. Na szczęście podczas rozrastania się jajeczko nie zdołało nieodwracalnie uszkodzić jajowodu, mimo obfitego krwawienia udało się go uratować.
- Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść, przecież... - To zaledwie cztery dni temu, dodałam w myślach. - Mniejsza o to. Ale proszę mi wytłumaczyć, skąd te komplikacje? - Przeniosłam spojrzenie na Franka, który do tej pory głaskał moją dłoń. Teraz zamarł i opuścił głowę, a jego szyja i uszy przybrały nienaturalnie bordowy kolor.
- Cóż... - zaczęła lekarka. - Jeżeli zapłodniona komórka jajowa nie może sama się przemieścić, pozostaje osadzona w jajowodzie, tam zaczyna wzrastać, ale ze względu na brak miejsca, bo wyłącznie macica może pomieścić rosnący zarodek, dochodzi do krwotoku i pęknięcia ścianek jajowodu. U pani na szczęście udało się oczyścić jajowód i go uratować.
- Pff... - Wypuściłam powietrze z płuc. - To niesamowite, że organizm tak szybko zareagował. Od zapłodnienia i niewłaściwego zagnieżdżenia zarodka minęło raptem kilka dni i...
- Marcyś, wyjaśnię ci to później, proszę... - wszedł mi w słowo Franek. W jego oczach przerażenie mieszało się z błagalną prośbą.
Kiwnęłam tylko głową i posłałam mu najczulszy uśmiech, na jaki potrafiłam się zdobyć. Czułam bijący od niego strach. Wiedziałam, że całą winą obarcza siebie, podczas gdy tak naprawdę był to kolejny brutalny prztyczek w nos od fatum, które uwielbiało siać chaos w moim życiu. A skoro Franek stał się jego częścią, zwyczajnie oberwał rykoszetem. Było mi go szkoda. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że wpisał się w moje przeznaczenie. W moje życie, w którym wciąż brakowało fragmentów układanki z przeszłości.
- Kilka tygodni - poprawiła mnie lekarka z ironicznym uśmieszkiem. - Zarodek po zapłodnieniu dociera do macicy dopiero na trzeci dzień, by tam wzrastać. Nie rośnie w zatrważającym tempie, miejsca w jajowodzie zaczyna brakować po około sześciu tygodniach. Pani Marcelino, to była ciąża sześciotygodniowa. - Utkwiła ciemne źrenice w oczach mojego ukochanego. - Może wtedy, Franek, nie zadbałeś o odpowiednie zabezpieczenie? - Bezpardonowo skierowała do niego pytanie, nie kryjąc przy tym braku zażenowania.
Otworzyłam oczy równie szeroko jak buzię.
- Chyba się pani przejęzyczyła - natychmiast wyjaśniłam naiwnie. - Nasze niezabezpieczone zbliżenie miało miejsce cztery dni temu. I to by się zgadzało, że po trzech dniach od niewłaściwego zagnieżdżenia doszło do pęknięcia... - Słowa boleśnie drażniły mój przełyk, tak że musiałam odchrząknąć.
Franek podał mi butelkę z wodą i upiłam kolejny łyk. Tylko na moment doznałam ulgi.
- Powtarzam i wiem, co mówię. - Lekarka położyła szczególny nacisk na wypowiadane słowa. - Zarodek zamiast w macicy rośnie w jajowodzie, a nie mieści się w nim dopiero po około sześciu, ośmiu tygodniach. Sądząc po jego wielkości, u pani był sześciotygodniowy.
- To niemożliwe... - Zaprzeczałam, nie mogąc złapać tchu. - To niemożliwe... - Spojrzałam na Franka, który pochylił głowę i kręcił nią jak w transie. - Franek, wytłumacz pani doktor, że to niemożliwe. Przecież wiesz, że z nikim nie byłam! - oświadczyłam, poważnie wzburzona, ze łzami w oczach, próbując wytłumaczyć, że to pomyłka. - Pani się myli! To niemożliwe, z nikim nie współżyłam od dwóch i pół roku! Dopiero cztery dni temu...
- Przykro mi, ale tę kwestię musi pani wytłumaczyć Frankowi osobiście, bo z medycznego punktu widzenia, a o tym na pewno ma on pojęcie, była to ciąża sześciotygodniowa. - Powiedziała to tak wyniosłym tonem, akcentując ostatnie słowo, że niemal zmroziło mi krew w żyłach.
- Możesz się zamknąć? - wycedził Franek, wyraźnie nie panując nad emocjami, czym wprowadził mnie w zażenowanie. - To nasze sprawy. Jestem ci wdzięczny za opiekę medyczną, ale edukację możesz sobie darować. - Jego ton był ostry, ale na nią podziałał tylko jak płachta na byka.
- Nie życzę sobie takiego zachowania - odparowała Natasza. - Nawet jeżeli kiedyś byliśmy sobie bliscy, nie masz prawa odzywać się do mnie w tak prostacki sposób. To nie moja wina, że kolejny raz przyprawiono ci rogi! Widać takie twoje przeznaczenie...
Zwrot "byliśmy sobie bliscy" uderzył we mnie niczym rozbujane wahadło. Zaraz? To oni byli parą? Wszystko jasne! Czyli nie znali się wyłącznie ze studiów.
We Franku zabuzował taki gniew, że aż zacisnął pięści, jakby miał ochotę ją walnąć.
- Franek, kochanie, uspokój się. Pani najwidoczniej ma ochotę nam dopiec, a ze mnie zrobić kogoś, kim nie jestem i nigdy nie byłam. Wierzysz mi, prawda? - wydobyłam z siebie te słowa zduszonym, ledwo słyszalnym głosem, bo wysuszone gardło wciąż mnie paliło.
- Nikogo z pani nie robię. Każdy ma własne sumienie. Tak czy owak, medycyny pani nie oszuka. A czy zdoła pani oszukać jego... - lekarka zawiesiła głos i wskazała głową na Franka - to już wasza sprawa.
- Jesteś stukniętą hipokrytką! - wrzasnął mój ukochany. - Ty śmiesz mówić o sumieniu? A gdzie było twoje, kiedy pieprzyłaś się z doktorkiem, będąc moją dziewczyną? - Zmarszczył brwi i zmierzył Nataszę nienawistnym spojrzeniem.
Podobał mi się w tej odsłonie, chociaż ujawniona przed chwilą prawda o ich związku podobała mi się zdecydowanie mniej. Mimo tego poczułam satysfakcję.
- Wydaje mi się czy naprawdę uczestniczę w tanim melodramacie? - skwitowała z uśmiechem Natasza, po czym spojrzała na nas triumfalnie.
Na swój naiwny sposób chciałam podjąć następną próbę przekonania jej, że spotkało mnie niepokalane poczęcie, ale gdy chciałam zabrać głos, Franek pogłaskał mnie po czole i powiedział:
- Ciii, maleńka, to nie jest twoja wina. Jesteś moim skarbem, a to było moje dziecko. Wszystko sobie wytłumaczymy, tylko nie teraz, nie... przy niej. - Kucnął przede mną i dodał szeptem: - Przepraszam, że byłem takim palantem.
- Co ty mówisz? O czym...? Jak twoje dzie...? Jezu, Franek! - Zakryłam usta dłonią, a gdy chciał coś jeszcze powiedzieć, przerwałam mu ostro: - Przestań! - Potem już szeptem dodałam: - Proszę, to nie może być prawda... Powiedz, że tego nie zrobiłeś...
Nie musiałam czekać na odpowiedź. Po jego spojrzeniu widziałam, że nie zaprzeczy. Zaczęłam się telepać jak osika. Złapałam się za włosy i wpadłam w znany sobie rytm bujania się w przód i w tył. Wiedziałam, że to już koniec, że zaraz się zacznie i nie zdołam już tego powstrzymać, a przez głowę jak meteory przelatywały mi słowa: "On mnie wykorzystał, a potem w żywe oczy zaprzeczył!".
Ale dlaczego kłamał? Przecież mogliśmy to wyjaśnić zaraz po. Nawet jeśli nie od razu następnego dnia, to we Francji była doskonała okazja. Co go powstrzymywało? Może stawiałam wtedy opór? Może zrobił to wbrew mojej woli? Może mnie... Boże, tylko nie to!
Próbowałam krzyknąć, ale byłam w stanie jedynie wydać z siebie skrzekliwy pisk:
- Wykorzystałeś mnie... Wtedy po winie, gdy spałeś w moim domu, a ja byłam nieprzytomna... - Bujanie się nasilało, a drgawki przeszły w silne wstrząsy. Zaczęłam wrzeszczeć, wydawałam z siebie jakieś niezrozumiałe dźwięki.
Franek zbliżył się do mnie, chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam go z całej siły, gwałtownie szarpiąc kroplówkę, która z impetem wylądowała na podłodze wraz ze stojakiem, wyrywając mi z ręki wenflon.
- Marcyś, uspokój się... To nie tak... Pozwól mi sobie wyjaśnić... - Bezskutecznie próbował się ze mną szamotać, ale byłam w takim amoku, że na oślep kopałam go gdzie popadło. Wiedziałam, że nikt i nic nie jest w stanie mnie uspokoić.
- Wynoś się stąd, oszuście! Nie chcę cię znać! Wynocha! - Patrzyłam na niego dzikim wzrokiem. - Wypierdalaj! - wyplułam znienawidzony, często wykrzykiwany przez moją matkę do Rafika wulgaryzm. To nie może być prawda. Czyżbym zaszła w ciążę, będąc totalnie pijana? Płakałam nad sobą coraz żałośniej. - Co się gapisz?! - wrzasnęłam na lekarkę, krztusząc się własnymi łzami. - Wynoście się oboje! Natychmiast! - Chwyciłam za kabel wiszący przy łóżku i wcisnęłam czerwony guzik, uruchomiając alarm.
Już po chwili w sali pojawiła się pielęgniarka.
- Pani doktor, co się tu dzieje? Wezwać pomoc? - Kobieta wbiła w lekarkę wystraszony wzrok.
- Proszę zadzwonić na psychiatrię, potrzebna pilna konsultacja. Pacjentka jest w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego, potrzebne są środki uspokajające.
- Telefon, chcę mój telefon, natychmiast... - wyszeptałam ochryple, będąc już na skraju wyczerpania.
Pielęgniarka ominęła Nataszę i Franka i podała mi telefon.
- Jest zakodowany? - zapytała, a gdy kiwnęłam głową i wyciągnęłam w jej kierunku kciuk, przyłożyła go do czytnika.
Osunęłam się na poduszkę, ale drgawki nie ustąpiły. Ogarnął mnie przeszywający chłód. Chciałam zasnąć i obudzić się z przekonaniem, że to wszystko było tylko przerażającym koszmarem. Że dwa razy człowieka nie spotyka identyczne nieszczęście, przynajmniej nie w tak krótkim odstępie czasu. Drugi facet, któremu bezgranicznie zaufałam, perfidnie mnie oszukał, wykorzystał. Chciał mnie tylko przelecieć. To nie miało nic wspólnego z uczuciem.
- Do kogo zadzwonić? - dopytywała pielęgniarka.
- Marta. Jest w ulubionych. Proszę powiedzieć, żeby przyjechała natychmiast. Proszę, żeby razem z mamą tu... - Nagle zaniosłam się histerycznym płaczem.
Franek pochylił się nade mną. Jak przez mgłę widziałam, że on też ma mokrą od łez twarz. Ale nie było we mnie współczucia. Wyciągnęłam przed siebie ręce w geście obronnym, próbując się podnieść.
- Kochanie, chciałem tylko powiedzieć, że twoja mama jest już w szpitalu, w bufecie... - Franek pociągnął nosem. - Poszła tylko po kawę dla nas.
No tak. Przypomniałam sobie, że jeszcze z lotniska zatelefonował do Marty, a moja siostra na pewno dalej przekazała, że...
Pielęgniarka była szybsza i chyba najbardziej trzeźwa z całego towarzystwa, bo natychmiast odsunęła Franka i delikatnie pchnęła mnie na poduszkę.
- Nie wolno wstawać! Pewnie szwy i tak już puściły, bo kołysała się pani jak dziecko w chorobie sierocej. - Posłała naganne spojrzenie lekarce, że w ogóle na to pozwoliła.
Ta na chwilę oprzytomniała i stanowczym gestem wyprosiła Franka z pokoju. O dziwo, posłusznie się poddał, a ja poprzysięgłam sobie już nigdy w życiu nie przebywać z nim sam na sam. Nie wysłucham jego tłumaczeń, nigdy więcej nie pozwolę, by się do mnie zbliżył. Nie zapomnę mu wszystkich jego oszustw, bo tego typu kłamstw się nie wybacza, takich ran czas nie uleczy.
A potem do sali wkroczyła Julianna Szafrańska, moja mama. I oniemiała na mój widok, jakbym była zjawiskiem nadprzyrodzonym, a nie jej córką.