FRANEK
Nie wierzę!
Oniemiały patrzyłem, jak ta gówniara zastosowała typowe uderzenie w splot słoneczny. Koleś się zatoczył - a miało co się zatoczyć, bo był wysoki i potężny - po czym na chwilę wstrzymał oddech. Widać uderzenie okazało się trafne, choć niezbyt silne, bowiem szybko wrócił do pionu.
- Spadaj. I nie zbliżaj się do mnie więcej - wysyczała, spoglądając mu prosto w oczy.
Myślałem, że typ jakoś zareaguje, może zacznie jej grozić, lecz on zawstydzony spuścił głowę i odszedł. Stałem jak wmurowany. A potem się odwróciła i zobaczyłem jej twarz. Zjawiskowo piękną twarz! Poczułem w płucach żar, jakby wepchnięto mi do wnętrza płonącą maczugę. Ta dziewczyna mnie poraziła. Ona nie była ładna, była zniewalająca i w tym momencie tak waleczna, jakbym oglądał scenę z Aryą Stark. Oczy jej płonęły, usta przygryzła ze złości. Podczas zadawania natrętowi ciosu burza jej falujących, ciemnych i sięgających pasa włosów omiotła powietrze, zahaczając o twarze kilku osób w pobliżu. W tym moją. Poczułem na policzku ich uderzenie, a w zasadzie muślinową miękkość i cudowną woń. Jednak przede wszystkim były prawdziwe! Na pewno nie stanowiły sztucznej atrapy, która przy tak gwałtownym ruchu zapewne leżałaby już na podłodze.
Mateusz i ta druga panna spoglądali na nią ze zdumieniem, tak samo jak ja i jeszcze kilka innych osób.
Niewiele myśląc, podjąłem wyzwanie i zagaiłem:
- Nieźle! - Pokiwałem głową z uznaniem. - Znasz go czy jesteś taka odważna w stosunku do wszystkich? - Próbowałem być błyskotliwy.
Spojrzała przenikliwie prosto w moje oczy, a mnie przeszył dziwny prąd. Co z nią jest nie tak? Jeszcze nigdy na nikogo tak nie zareagowałem. Może to jakaś wiedźma? Opamiętaj się, chłopie! Ile ty masz lat! - skarciłem się w myślach. Spojrzenie jej niesamowicie niebieskich oczu przeszyło mnie na wskroś, chociaż światło w klubie było stłumione. Mimo to wyraźnie widziałem ich niezwykłą barwę i okalający je wachlarz rzęs. Gapiłem się na dziewczynę niczym zahipnotyzowany idiota. Boże, czy można mieć tak długie i wywinięte rzęsy? Sięgały niemal brwi! Czarny tusz tylko dodawał im zalotności. Nagle zaczęła nimi trzepotać jak złapany w pułapkę motylek skrzydełkami. Zorientowała się, że jestem pod wrażeniem jej urody, i zrobiła to specjalnie.
- A co, chcesz się przekonać? - odezwała się spokojnie, choć kpiarsko.
Szydziła ze mnie, gówniara! Ile ona mogła mieć lat? No nie wierzę! Czy ona naprawdę się ze mnie podśmiewa? Kolejne pytania męczyły moje i tak już nadwyrężone szare komórki. Tymczasem zuchwała małolata otworzyła usta, bezczelnie udając zdziwienie. Parodiowała mnie, symulując, że opada jej szczęka - tyle że naprawdę mi opadła, gdy ukazała swoje uzębienie.
Chryyyste! To niemożliwe, żeby ktoś miał tak perłowobiałe i równe zęby! Chyba jednak są sztuczne? Daj spokój! Z wrażenia przełknąłem ślinę, bo nie mogłem oderwać wzroku od jej wilgotnych warg. Chcąc zminimalizować osłupienie, bo jeszcze w życiu nie widziałem równie pięknego zjawiska, starałem się dostrzec ewentualne skazy. Przecież nie ma ideałów! A jeśli ona nim jest?
Dalej wodziłem wzrokiem po twarzy dziewczyny, aż zaskoczyłem, że ze mnie kpi. Jedynie parsknąłem zduszonym śmiechem, choć przez ułamek sekundy rozważałem, czy nie zagrać pewnej siebie smarkuli na nosie. Zaraz jednak odrzuciłem ten absurdalny pomysł. Sam nie wiem czemu, pewnie w obawie, aby jej do siebie nie zrazić.
Przysunąłem się bliżej, pragnąc wycharczeć wprost do jej ucha: "Podobasz mi się", ale na szczęście opamiętanie przyszło w porę. Poczułem, że przez taki idiotyczny banał mogę polec.
- Chodź, zatańczmy. Widziałem, że to lubisz - powiedziałem zamiast tego.
- O proszę! - Próbowała opanować drżenie ust w stłumionym uśmiechu, a potem rzuciła z przekąsem: - Obserwowałeś mnie i teraz zapewne myślisz, że zejdę z tobą na dół, żebyś mógł poocierać się o mnie swoim sterczącym fallusem? - odrzekła, a potem znowu otworzyła usta, ponownie parodiując opadającą szczękę. Oczywiście moją szczękę.
Zdębiałem. Wariatka! To jakaś gra? Faktycznie opadła mi szczęka, zaryła o szklaną podłogę i tam pozostała. Nie pamiętam już, kiedy prosiłem kobietę do tańca. Wystarczy, że znalazłem się na parkiecie, a same mnie dopadały. Tymczasem ona po prostu odwróciła się ode mnie i zaczęła sączyć swoje mojito. Nie, niemożliwe, żeby to się tak skończyło, żebym odszedł ze spuszczoną głową jak ten palant, któremu przywaliła. O nie... Zaraz ją okiełznam. Może i jest wyjątkowa, ale nie pozwolę sobie na tego typu akcje. Odwiedziłem klub w konkretnym celu, jestem sam i ona jest sama, a chyba nie przyszła tu machać swoim pięknym, jędrnym tyłeczkiem na próżno. Jeżeli wylądowała w piątkowy wieczór w klubie, to po to, by kogoś wyrwać. I tym kimś będę ja.
Stojąc tuż za zjawiskową i cholernie niepokorną istotą, czułem jej subtelny, cudowny zapach. Rozkoszowałem się nim. Była zmysłowa i kompletnie niedostępna. Może ma kogoś, a do klubu przyszła jedynie zabawić się i potowarzyszyć tej drugiej w łowach? - kombinowałem w myślach.
Wyjrzałem znad jej ramienia i zobaczyłem, że opróżniła szklankę.
- Jeżeli nie chcesz tańczyć, to może chociaż postawię ci kolejnego drinka, bo widzę, że zasmakował? Tylko proszę, nie reaguj jak na tego poprzedniego typka. - Chwila zawahania, ale odważyłem się ponownie pochylić nad uchem dziewczyny, a potem, na wszelki wypadek, odsunąłem się gwałtownie i uśmiechnąłem.
- Hmm... Ten poprzedni typek, jak raczyłeś go nazwać, zaproponował mi coś innego niż drink i naruszył moją prywatność - odparła, zataczając po sali triumfalnym spojrzeniem.
Parsknąłem śmiechem, nie mogłem się powstrzymać. To naruszenie prywatności było zabawne. Nie wytrzymam, coraz bardziej mnie intryguje to cudo! - pomyślałem. Nie pamiętałem, żebym już jako dojrzały facet, trzydziestoletni, reagował tak w obecności kobiety. Byłem dla nich raczej gburowaty, robiłem swoje i czasami nawet nie potrzebowałem rozmowy. Zresztą z żadną z przygodnych panienek nie za bardzo miałem o czym gawędzić.
Niby nic takiego nie powiedziała, ale czułem, że trochę sobie drwi z całej sytuacji. Była przeświadczona, że zachowała się właściwie - po prostu koleś ją wkurzył, powiedział coś niestosownego, dotknął bez uprzedzenia i dostał strzał. Ciekawe, czy odpuściłbym tej małej, gdybym był na jego miejscu? Tyle że nie mógłbym być na jego miejscu, bo w tej konkretnej sytuacji nie uległbym pokusie palnięcia chamskiej propozycji. Swoją drogą ciekawe, co jej zaproponował, bo na pewno nie taniec. Tym bardziej się należało idiocie. Dobrze, że ja już dawno przyjąłem zasadę czekania na wyraźne sygnały. Najczęściej kobiety same upraszczały sprawę, nie owijając w bawełnę. Wtedy albo odcinałem kupon i czerpałem korzyści, albo pasowałem i czekałem na korzystniejszą ofertę.
Spostrzegłem, że odwróciła się w moją stronę, a w kącikach jej ust zarysował się delikatny uśmiech. Chyba chwyciła przynętę; przyjęła wybuch śmiechu za wstęp do nawiązania znajomości. Nawet przelotnie, niby od niechcenia, zatrzymała wzrok na moich ustach. Wtedy znowu poczułem ten prąd. O co chodzi?
Przecież nie byłem jakimś smarkaczem! I wtem spłynęło na mnie olśnienie, że stojące przy mnie zjawisko diabelsko mnie podnieca. Tyle że był to inny rodzaj podniecenia niż ten, który znałem. Nie myślałem, żeby tę małą wykorzystać do jednego wiadomego celu. Naprawdę miałem ochotę z nią zatańczyć, poprzytulać się, poczuć jej piękny zapach. Może nawet pierwszy raz od wielu lat miałem ochotę pobyć z kobietą, zwyczajnie rozmawiać, podziwiając naturalny powab, jaki roztacza.
- To co, zamówić tego drinka? - zaryzykowałem ponownie, mając kolejną sposobność zbliżenia się do jej ucha. I włosów. Zatrzymałem się na chwilę, oczekując na odpowiedź.
- Możesz, tylko to był koktajl, bezalkoholowe mojito - odparła wciąż z tym samym, lekko skrywanym w kącikach ust uśmieszkiem, delikatnie odchylając głowę, aby uniknąć przypadkowego kontaktu ze mną. I cały mój sprytny plan zbliżenia naszych twarzy runął w gruzy.
- Nie pijesz alkoholu? Jesteś uczulona? - Kolejny raz głupkowato parsknąłem śmiechem. Naprawdę nie kontrolowałem się przy tej kobiecie.
Spojrzała na mnie złowrogo, a jej lazurowe oczy zapłonęły żywym ogniem.
- Z tego, co czuję i widzę, ty też dzisiaj nie pijesz? Jesteś uczulony? - wypaliła, wyszczerzając swoje piękne zęby.
Nie wiedziałem, czy należy do tych bystrych, czy raczej złośliwych, lecz odnosiłem wrażenie, że od początku ze mnie kpi. Odwykłem od niezobowiązujących pogawędek z kobietami, a przy tej wręcz czułem skrępowanie, które pozbawiło mnie dotychczasowej pewności siebie. Postanowiłem, że nie pozwolę wyprowadzić się z równowagi, choć ta jej niedostępność pomału zaczynała mnie wkurwiać. Nie tańczy, nie pije alkoholu... To po groma tu przylazła? Tylko mnie wkurza i marnuje mój czas! Nie wytrzymam, jak zaraz chociaż nie zatańczymy. Co ze mną było nie tak? Oczywiście w jej oczach, bo tylko ona postanowiła prowadzić ten podejrzany eksperyment pod hasłem "ironiczna i nieugięta". Cholernie mąciła mi tym w głowie. Może lepiej dać sobie spokój? - zastanowiłem się. Poszukać innego obiektu, który zaciągnie mnie na parkiet albo do samochodu, do domu, dokądkolwiek, byle tylko zatrzymać mnie przy sobie.
Przez sekundę tkwiłem w zawieszeniu, ale czułem latające wokół nas iskry. Dlatego błyskawicznie podjąłem decyzję - nie pozwolę jej się wywinąć, dopóki nie wygram tej rundy. W myślach już gratulowałem sobie zwycięstwa.
- Nie mam uczulenia. Przyjechałem samochodem, a nie wsiadam za kierownicę po alkoholu, taką mam zasadę. - Zaznaczyłem to z dumą jak jakiś chłoptaś z podstawówki.
- Wow! No widzisz, ja wyznaję tę samą zasadę. A poza tym karmię. - I znowu ten szyderczy, ale zalotny uśmieszek.
- Karmisz? Jak karmisz...? Kogo karmisz? - Chyba nie zrozumiałem dowcipu i właśnie robiłem z siebie pajaca.
- Piersią. Normalnie. Dziecko - odpowiedziała i ponownie spiorunowała mnie wzrokiem.
Musiałem zrobić debilną minę, bo parsknęła, a jej brwi szybko podjechały do góry. Ale równie szybko odzyskała panowanie nad sobą. Jej twarz wykrzywił grymas, a w oczach pojawił się zbolały smutek. Uznałem, że to kolejna poza aktorska.
Złośliwiec! Zołza! Cały czas ze mnie kpi - powtarzałem w myślach.
- Zawsze tak się natrząsasz z ludzi?
- Ja? Nie, coś ty. Tylko z facetów! - Zmarszczyła czoło, wpatrując się we mnie podejrzliwie.
- Dobre. Ale na mnie nie działa.
- Co na ciebie nie działa? Ja czy moje żarty? - Wydała się zaciekawiona odpowiedzią, bo posłała mi wymowne spojrzenie.
- Ani jedno, ani drugie. Chociaż nie nazwałbym tego żartami, raczej zwykłą szyderą - odparłem.
- Nazywaj, jak chcesz. Ważne, że rozmawiamy, a nie myślisz tylko o tym, żeby mnie przelecieć i sobie ulżyć. Jeśli nie szukasz kogoś na szybki numerek, to może po prostu oświeć mnie, czego tak naprawdę chcesz - wyskoczyła ni z gruszki, ni z pietruszki.
O ironio! Raczej wyczuła moją desperację, bo wypowiadając tę zuchwałą uwagę, uśmiechnęła się bezwzględnie. Co za bezczelna istota! Przelecieć! Też wymyśliła! Dobra, może na początku miałem taki zamiar, ale teraz kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować, co odpowiedzieć na jej bezpośredniość. Była zuchwała, a to sprawiało, że jeszcze bardziej mnie kręciła.
Poczułem silne drgnięcie w spodniach. Natychmiast musiałem ochłonąć, aby się nie skompromitować. Tymczasem bystre lazurowe oczy wymierzały mi sierpowy w brzuch. Ja pierdolę! Skanowała mnie wzrokiem niczym wykrywacz kłamstw. Teraz naprawdę przegięłaś, mała! Prędzej piekło zamarznie, niż ci odpuszczę! Weszłaś w zasięg działania mojego radaru, klamka zapadła i nawet się nie zorientujesz, kiedy będziesz moja - poprzysiągłem jej w duchu.
- Nie działasz na mnie nic a nic. - Wbrew swoim postanowieniom palnąłem jak ostatni kretyn, a z gardła wydarł mi się pełen niedowierzania śmiech. I właśnie teraz mój mózg pracował na pełnych obrotach, starając się rozkminić, co tu się, u licha, stało. Po co ja to powiedziałem?
Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczami, a lekkim ruchem głowy wprawiła długie włosy w ruch. Wyglądała jak modelka, ale sprawiała wrażenie, że ma to gdzieś, że znalazła się w klubie przypadkowo, wcale nie przyszła szukać faceta, omamić kolejnego frajera. Wreszcie uzmysłowiłem sobie prawdę, jednak zanim udało mi się otrząsnąć z mgły, która na początku spowiła mój umysł, palnąłem jeszcze gorszą głupotę:
- Kobiety na mnie nie działają... - Chciałem kontynuować wątek, że zwłaszcza takie złośliwe jak ona, ale weszła mi w zdanie:
- Jesteś gejem? Nie wierzę! To dlatego zachowujesz dystans i nie przykleiłeś się jak rzep? W takiej sytuacji możemy zatańczyć!
Wyraźnie podekscytowana swoim odkryciem, złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę schodów. Ponownie zdębiałem. Gdyby nie trzymała mojej wielkiej łapy w swojej drobnej dłoni i nie ciągnęła gorliwie na parkiet, gdyby nie była taką piękną nimfą, wyjątkowym zjawiskiem, pewnie stanąłbym i popukał ją w czoło. Co ja wyczyniam? Dałem z siebie zrobić geja! I po co? Żeby potrzymać tę nieziemską istotę za rękę, poczuć jej bliskość w tańcu. Cholera, jaką bliskość! Przecież będę musiał trzymać dystans, bo czuję, że stoi mi od samego trzymania jej delikatnej łapki. To mnie zdruzgocze, zniszczy!
W głowie huczało mi od natłoku myśli. Czułem, jak dziko wali mi serce, niemal łamiąc żebra. Puls dudnił mi w uszach - i nie tylko w nich. Może tak bardzo przywykłem do tego, że kobiety padają mi do stóp, i dlatego jej opór natychmiast mnie zaintrygował. A teraz pokonam siebie własnym debilizmem. W jej oczach kryła się tajemnicza iskra, coś na kształt uwięzionego smutku. Ona nie tylko była w moim typie, lecz interesowała mnie jej historia. Dlaczego ktoś tak niewiarygodnie piękny stał się tak cyniczny i jednocześnie lękliwy?
Miała takie drobne dłonie, delikatne i bardzo zimne, choć przecież było lato. Zapragnąłem je ogrzać. Ale musiałem się powstrzymać, w końcu byłem gejem. W co ja pogrywam? Ja, Franciszek, gejem! Dobre!
Gdy znaleźliśmy się na parkiecie, nie wiedziałem, jak się zachować. Jak z nią tańczyć jako gej? Kuuurwa! - krzyczałem w myślach. Jaki gej? Jestem stuprocentowym heterykiem, a ty, kobieto, działasz na mnie jak żadna inna. W co ja się dałem wrobić? Jak zniosę ten taniec? Jak zniesie go mój fallus? Godząc się na ten absurd, odkryłem w sobie masochistyczne skłonności.
Musiałem zachować naprawdę wielki dystans, żeby nic nie zauważyła. I wtedy rozbrzmiały rytmy piosenki Dance Monkey. Lubiłem jej słuchać, a jeszcze bardziej podśpiewywać ją podczas jazdy samochodem, lubiłem też kołysać się w jej rytm. Zawsze sprawiała, że się uśmiechałem, pozytywnie mnie nakręcała. Widać, że na nią działała identycznie. Śmiała się radośnie jak dziewczynka, która zobaczyła klauna z głupią miną. Tańczyła zupełnie swobodnie, trzymaliśmy się za ręce, a ona raz po raz okręcała się wokół mnie. Jej zachowanie było spontaniczne, nie prowokowała, po prostu cieszyła się zabawą. Miała piękne, zwinne ciało - dosłownie nie mogłem oderwać od niego wzroku. W końcu tańczyliśmy razem. Byłem blisko niej, może nie na tyle, na ile liczyłem, ale czułem, jak zatapia w mych łapach swoje drobniutkie rączki, a z każdym ruchem muskały mnie jej piękne, długie włosy. Pragnąłem tego od samego początku, gdy tylko z antresoli pożerałem ją wzrokiem. Teraz czułem się jak w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Odpłynąłem w tańcu, śmiałem się do niej i z nią. Uraczeni chwilą, nie zauważyliśmy, kiedy piosenka dobiegła końca, a w jej energiczne brzmienie wkradły się nowe, łagodne dźwięki. Puścili wolny, melancholijny utwór.
I wtedy ona raptem wyrwała dłoń, jakby wiedziona jakimś nieokreślonym impulsem. Gwałtownie się cofnęła i storpedowała mnie wzrokiem. Gdyby tylko spojrzenie mogło zabić... Nie pozwoliłem na to. Delikatnie, ale stanowczo przytrzymałem ten kruchy kawałek lodu, przyłożyłem do ust i chuchnąłem gorącym powietrzem. Spojrzała na mnie, a w jej oczach dostrzegłem zdziwienie. Skubana! Miała tak bogatą mimikę, że z jej twarzy można było wyczytać wszystko.
- Nie wypada zatańczyć wolniejszego kawałka z gejem? - zapytałem, chcąc rozładować atmosferę, uspokoić ją i zatrzymać w tańcu. - Masz bardzo zimne dłonie - dodałem, po czym wstrzymałem oddech, bo miałem wrażenie, że słyszy, jak nerwowo drży moja klatka piersiowa.
Pozwoliła, żebym delikatnie ją objął i przyciągnął do piersi. Czułem się wspaniale, chociaż nigdy nie przepadałem za przytulaniem. Udało się! Zatrzymałem ją, została i była naprawdę blisko mnie. Tylko jakim kosztem? Robiłem z siebie ciotę! Wiedziałem, że ona w to uwierzyła. Było mi dobrze, bo trzymałem moją nimfę w objęciach, niezbyt jednak silnych. Na pewno nie był to uścisk, na jaki naprawdę zasługiwała - i na jaki sam miałem ochotę. Musiałem pilnować swoich odruchów i odsuwać od niej dolną partię ciała. Myślałem o tym, co mi powiedziała - że chciałbym ocierać się o nią swoim sterczącym fallusem. Dlaczego? Pewnie na większość facetów tak działała. Jeśli nie na wszystkich. Musiała mieć tego dosyć. Dlatego ucieszyło ją odkrycie, że jestem gejem. Potrzebowała spokoju, tańca bez nachalnych umizgów.
Eureka! Barwo, Franko! Cóż za wnikliwa psychoanaliza kobiecych emocji.
Rozmarzyłem się, czując bijący blask tego słońca. Nagle pomyślałem, jakim darczyńcą jest Słońce. To dzięki niemu istnieje cały Układ Słoneczny. To jedna z miliarda gwiazd we Wszechświecie, ale to na niej Ziemia i inne planety skupiają całą uwagę, krążąc wokół. To nasze życiodajne światło. Dlaczego pomyślałem o zupełnie obcej kobiecie jak o najważniejszej z gwiazd? Pewnie dlatego, że jej bliskość przekazała mi mnóstwo pozytywnej energii, identycznie jak przechwytywanie tej, którą wytwarza Słońce.
Wtedy się odezwała, raptownie sprowadzając mnie na ziemię:
- Zastanawiam się, co taki facet jak ty robi w tym klubie.
- To samo, co taka dziewczyna jak ty - odparłem z lekkim uśmiechem, nie pozwalając zbić się z tropu.
- Ale ja nie jestem...
Odchrząknąłem.
- Gejem?
- Raczej lesbijką. - I znów ten kpiący uśmieszek. Tyle że już mnie nie drażnił. Zaczął fascynować i zrozumiałem, że ona po prostu taka jest. Naturalna, spontaniczna i konkretna. Wyrażała swoje odczucia prosto z mostu, miała cięte riposty i nie zależało jej, żeby dobrze wypaść. Była sobą, ale przede wszystkim była normalna. Czego nie można powiedzieć o mnie - w końcu dałem z siebie zrobić homoseksualistę.
- Przyszedłem tu z Mateuszem. To mój kolega z pracy - odparłem jakby nigdy nic. - Tyle że on o mnie nie wie i... wolałbym, żeby tak zostało.
- Niemożliwe! Powiedz, że żartujesz? - Zatrzymała się, cofnęła o krok i spojrzała na mnie. W jej oczach zobaczyłem błysk podekscytowania. A już myślałem, że to koniec tej farsy, że przejrzała moją grę. Ale ona dalej w to brnęła: - Nie wyglądasz mi na kogoś, kto wstydzi się swojej orientacji. Chyba akceptujesz siebie takim, jaki jesteś? - Zalotnie odgarnęła kosmyk włosów z twarzy, by założyć go za ucho, wytrzeszczając na mnie te swoje ogromne oczy.
Kurrrwaa! Od niemego bluzgania i zaciskania szczęki aż rozbolały mnie zęby. Nie wytrzymam! Jasne, że akceptuję. Szczególnie w tej chwili, w tym momencie, przy tobie! - darłem się do siebie bezgłośnie.
Dobra, na dziś muszę się poddać. Nie mam już u niej szans. Nie poniosłem takiej porażki od czasów Nataszy. Nagle dotarło do mnie, że nie poczułem ukłucia na samo wspomnienie jej imienia. Może moim dzisiejszym osiągnięciem nie będzie zaliczenie panienki, tylko zapomnienie na zawsze o tej, która kiedyś była dla mnie jedyna.
Dosyć tego. Idę szukać Mateusza i wychodzimy. Mam po uszy tej farsy. Miałem się rozerwać, rozładować, a osiągnąłem odwrotny efekt.
Wtedy ona wyszeptała:
- Przepraszam, nie powinnam pytać o takie intymne sprawy. - I oparła głowę na moim ramieniu.
- Nic nie szkodzi - odparłem, niby przypadkowo muskając ustami płatek jej ucha. - Nie jestem typem wrażliwca, szlochanie do poduszki mi nie grozi.
Zastanawiałem się, dlaczego tak nagle zmieniła front. Czy nadal mnie sprawdza? Zanim doszedłem do jakichkolwiek wniosków, postanowiłem się opanować i skończyć z tą debilną analizą. I, o dziwo, wszystko puściło. Całe napięcie ze mnie zeszło. Mogłem ją przytulić, ba!, nawet tego pragnąłem, tak zwyczajnie. Poczułem, że chciałbym ją chronić. Nie wiem przed czym czy może przed kim, jednak miałem wewnętrzną potrzebę ochronienia tej kruchej istotki. Przysunąłem się i ciaśniej objąłem ją w pasie. Była taka drobna, taka kobieca i delikatna. Fascynowała mnie. Pragnąłem jej już nie tylko fizycznie. Musiałem kontynuować tę znajomość. Trudno, na razie jako kumpel gej. Potem jakoś z tego wybrnę i zaczniemy normalnie...
Nagle zaczęła się żegnać. Prosiłem, żeby jeszcze trochę została, ale przecież nie mogłem być nachalny. Wyszliśmy z klubu. Chciałem odwieźć ją do domu, ale przypomniała mi, że przyjechała własnym samochodem. Czekaliśmy na zewnątrz na jej towarzyszkę. Po chwili się pojawiła - oczywiście z Matim. Oboje byli lekko wstawieni.
- O, Franio! Widzę, że los ci sprzyja! - Mateusz puścił do mnie oko. - Marta, poznaj, to mój przyjaciel Franek. - Wskazał na mnie, a potem spojrzał znacząco na Martę i zapytał: - A to twoja...?
- A to moja siostra Marcelina - odparła.
- Siostra? - Byłem szczerze zdziwiony. - Marcelina! Piękne imię. - Chciałem dodać: "jak cała ty", ale ugryzłem się w język.
- Bawicie się pół wieczoru, a ty nawet nie wiesz, jak dama ma na imię? - spytał skonsternowany Mati.
- Faktycznie, przepraszam. - Puknąłem się w czoło i wyciągnąłem rękę do Marceliny. - Jestem Franko.
Uśmiechnęła się, ujęła moją dłoń i wyszeptała z tym swoim zawadiackim uśmieszkiem:
- Marcelina.
Gdy odprowadziliśmy dziewczyny na parking, znów nogi się pode mną ugięły. Marcelina podeszła do czarnego sportowego porsche. Patrzyłem, jak wsiada do tego cacka i wycofuje. Niewiele myśląc, zostawiłem Mateusza i wskoczyłem do swojego wozu. Doznałem olśnienia. Musiałem za nią pojechać!
- Co za kretyn, bałwan! Nawet numeru telefonu nie wziąłem... - syczałem pod nosem.
Marcelina jechała przepisowo, nie szarżowała. Prowadziła porsche jak zwykłe auto. W Kamiennym Potoku zatrzymała się pod jakimś domem jednorodzinnym. Otworzyła bramę i wjechała na podwórko. Obserwowałem ją z pewnej odległości. Jeśli ta druga to naprawdę jej siostra, może najpierw ją odwiozła? Albo mieszkają razem? W mojej głowie powstawało coraz więcej scenariuszy. Skąd taka panna ma taki samochód? W dupę! Udaje cnotliwą, a pewnie ma nadzianego gacha! Wszystkie są takie same, tylko forsa i forsa...
Siedziałem w aucie jak ostatni idiota i czekałem, aż wyjedzie. Ona jednak nie wyjeżdżała. Wtedy znów doznałem olśnienia - przecież gdyby miała tylko odwieźć siostrę, nie wjeżdżałaby na podjazd!
Przejechałem obok domu, ale samochodu nie było widać na podjeździe. Schowała go do garażu. Bingo! Czyli musi tu mieszkać. Dom był stary, choć może raczej stylizowany na stary, taki średniej wielkości pałacyk. Pewnie to nie żaden gach, tylko bogaci rodzice. Jak na złość musiała się okazać księżniczką. Nie, to nie dla mnie. Tylko czekać, aż zacznie stroić fochy i oczekiwać luksusów... Chociaż w sumie jeżeli jest tego warta, to czemu nie?
Rozpierała mnie złość. Na groma jasnego polazłem do tego klubu? Nie potrafiłem myśleć o niczym innym jak tylko o ostatnich godzinach. A przed oczami ciągle miałem ją, Marcelinę.
Swoją drogą fajne imię - pomyślałem, odjeżdżając nieco uspokojony spod domu jej rodziców, takie nietuzinkowe. Nie znałem dotąd żadnej Marceliny. Uśmiechnąłem się do siebie, stwierdzając, że nawet jej imię jest jedyne w swoim rodzaju. Zupełnie jak ona. Już wiedziałem, że nie przypomina innych kobiet, które zwykle nie wzbudzały mojego zainteresowania.
Gdy godzinę później leżałem w swoim łóżku, cały czas ją widziałem - w tym jej zwiewnym, cieniutkim futerku. Przejąłem z rąk szatniarza fatałaszek, a ona odwróciła się i wyciągnęła ręce, bym mógł jej go założyć. Krótkie, sięgające do pół uda czarne futerko, czarne szorty i wysokie czarne espadryle ze złotymi wiązaniami. Dopiero na dworze mogłem porządnie zlustrować ją całą. Widok dosłownie powalił mnie na kolana. Wyglądała subtelnie, elegancko, a przy tym wyrafinowanie. Pod spodem miała bluzkę opuszczoną na ramiona, jej biel pięknie kontrastowała z oliwkową karnacją Marceliny.
Gdy zamykałem oczy, żeby zatrzymać jej obraz pod powiekami, przeszywał mnie dziwny prąd. Moje ciało reagowało jak ciało trzynastolatka. Byłem już wyczerpany wręcz bolesną erekcją, którą prowokowały przetaczające się przez moją głowę obrazy.
Przewracałem się z boku na bok, analizując wszelkie możliwe scenariusze. Nie wiedziałem jeszcze, co będzie dzisiaj, co będzie jutro, w niedzielę. Wiedziałem jedno: muszę ją zobaczyć. To pragnienie stawało się palące, dokuczliwe.
Usnąłem, gdy za oknem już świtało.