Rozdział 2
Siedziałam do późnej nocy, przygotowując referat, więc darowałam sobie kolację. Zamiast niej uraczyłam się butelką czerwonego wina i tabliczką gorzkiej czekolady z solą morską - moim ulubionym zestawem od niepamiętnych czasów. W końcu na ostatnich nogach i lekko zawiana dotarłam do łóżka.
Gdy się nagle obudziłam kilka godzin później, w pierwszej chwili pomyślałam, że mam zwidy. Nad moim łóżkiem krążyło coś czarnego, rzucając dziwne cienie na ściany rozświetlonej księżycowym blaskiem sypialni. Co u diabła...
Nagle obiekt zwolnił i wylądował na jednej z szyn lampy zwisającej z sufitu. Zmrużyłam oczy, żeby mu się lepiej przyjrzeć i w tym samym momencie zobaczyłam, że to coś rozkłada skrzydła. Nietoperz!
Wydałam z siebie przeraźliwy wrzask i skoczyłam na równe nogi, pośpiesznie wyplątując się z pościeli, a potem wypadłam z sypialni i zatrzymałam się dopiero na ganku. Serce waliło mi jak młotem.
Spojrzałam na swoje bose stopy i dotarło do mnie, że stoję na zewnątrz w środku nocy odziana jedynie w obcisłą czarną koszulkę i różowe szorty. To nie było zbyt rozsądne. Dobiegające z oddali szczekanie psa przywróciło mi świadomość. Zaczęłam się zastanawiać, co robić.
Było za późno, żeby dzwonić do właściciela domu. Moje koty też były kompletnie bezużyteczne - nie można się było po nich spodziewać, że upolują pająka, a co dopiero nietoperza. Może powinnam pójść na górę i poprosić seksownego sąsiada, żeby pomógł mi coś zrobić z tym paskudztwem? Ostatecznie sam zaoferował pomoc...
Nie mogłam jednak zapukać do niego tak jak stałam, czyli praktycznie goła, więc wzięłam głęboki oddech, a potem wpadłam jak strzała do mieszkania. Błyskawicznie wygrzebałam dżinsy ze stojącego w przedpokoju kosza na pranie i natychmiast pognałam z powrotem na ganek, pośpiesznie zatrzaskując za sobą drzwi. Szybko wbiłam się w spodnie, podciągnęłam je i zapięłam guzik, zakrywając kuse szorty, a potem wyprostowałam się i zaczęłam się wspinać po zewnętrznych schodach do mieszkania Cohena. Noc była dość chłodna, więc stąpając bosymi stopami po drewnianych stopniach, czułam dreszcze. Nie ma co, świetny pomysł: budzić kompletnie obcego człowieka w środku nocy i prosić go o przysługę... Ale przecież nie miałam innego wyjścia. Ani przez moment nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym wrócić do mieszkania, nie mówiąc o tym, że miałabym spać z wiszącym nad głową nietoperzem.
Drzwi na poddaszu były zrobione z tego samego ciemnego drewna co moje, z ozdobną brązową kołatką pośrodku. Zapukałam dość głośno, żeby mieć pewność, że Cohen się obudzi, bo nie wiedziałam, jak mocny ma sen. Zazwyczaj czułam się w swoim mieszkaniu bezpiecznie, ale dzisiejsze nocne przeżycia - nagłe wyrwanie ze snu przez potwora i samotny pobyt na zewnątrz o tak późnej porze - sprawiły, że ze strachu dostałam gęsiej skórki.
Już miałam zastukać ponownie, gdy drzwi się otworzyły i stanął w nich zaspany i goły do pasa Cohen.
- Liz? - wychrypiał.
- Mogę wejść?
Odsunął się od drzwi, żeby mnie wpuścić do środka.
- Coś się stało?
Pokiwałam twierdząco głową i weszłam do ciasnego saloniku.
- Tam jest nietoperz. Na dole.
- Gdzie? W twoim mieszkaniu?
Przytaknęłam.
- O Jezu - rzucił i przeciągnął dłońmi po twarzy. - No dobra. Poczekaj tu, pójdę zobaczyć.
Odwrócił się i zniknął w pokoju, który - jak się domyślałam - był sypialną. Chwilę później wrócił ubrany w dżinsy i obcisłą szarą koszulkę. Wciąż jeszcze miał rozczochrane włosy i wyglądał przeuroczo.
- Co masz zamiar zrobić? - spytałam, licząc w duchu, że ma doświadczenie w pozbywaniu się nietoperzy.
- Nie wiem...
Podszedł do stojącej przy drzwiach wejściowych szafy i wyjął z niej rakietę tenisową.
- Poczekaj! - Wbiegłam do kuchni i złapałam rękawice i leżącą na blacie reklamówkę. - Weź to!
Wsunął rękawice kuchenne na dłonie, a potem w jednej uniósł rakietę, a drugą chwycił reklamówkę.
- W porządku. Możesz iść...
Wyglądał tak komicznie, że oboje prawie jednocześnie się roześmialiśmy.
- Siedź spokojnie. Panuję nad sytuacją.
Uśmiechnęłam się, podniesiona na duchu jego pewnością siebie.
- Dzięki.
Skinął głową i zniknął za drzwiami.
Przygryzłam wargę, mając nadzieję, że nie jest na mnie wściekły za nocną pobudkę. Przed wyjściem sprawiał wrażenie szczerze rozbawionego. Usiadłam na sofie i cierpliwie czekałam.
Jego mieszkanko było niewielkie, ale czyste i umeblowane prostymi, funkcjonalnymi meblami. W salonie stała tylko wytarta skórzana sofa, a przed nią pełniąca funkcję stolika sfatygowana skrzynia. Kącik jadalny składał się z okrągłego stołu zawalonego stosami podręczników, wokół którego stało kilka różnych krzeseł nie do kompletu. Było domowo i przytulnie.
Cohen wrócił kilka minut później.
- I co?
Pokręcił głową.
- Nie mogłem znaleźć gnojka...
Przebiegło mi przez myśl, że nietoperz mógł mi się przyśnić, ale zaraz doszłam do wniosku, że to wykluczone. Byłam pewna, że go widziałam.
Cohen zsunął rękawice i schował rakietę do szafy.
- Podejrzewam, że żadne z nas już nie zaśnie - wymamrotał, pocierając dłonią kark.
- Przepraszam za to całe zamieszanie...
- Nie przejmuj się. Przecież mówiłem, żebyś w razie czego przyszła.
Gdy incydent z nietoperzem miałam już za sobą, poczułam, jak spada mi poziom adrenaliny. Potarłam palcami skronie, uświadamiając sobie, jak fatalnie się czuję.
Cohen podszedł bliżej.
- Wszystko dobrze?
- Chyba wcześniej wypiłam trochę za dużo wina. Już dobrze.
Wyszedł do kuchni i po chwili wrócił, niosąc szklankę wody i dwie białe tabletki, które położył mi na dłoni.
- Proszę. Na ból głowy.
- Dzięki.
Zażyłam lekarstwo, wypiłam wodę i oddałam mu pustą szklankę. Woda nie była schłodzona i sądząc po smaku, pochodziła prosto z kranu, ale nie miałam zamiaru tego złośliwie komentować. To był z jego strony miły gest. Jak dotąd nie utrzymywałam prawie żadnych kontaktów z sąsiadami, więc dobrze było mieć świadomość, że w pobliżu mieszka ktoś, na kogo mogę liczyć.
Zauważyłam przewieszoną przez oparcie krzesła bluzę uniwersytecką i wskazałam na nią brodą.
- Studiujesz w okolicy?
Uniwersytet DePaul był usytuowany niedaleko stąd, na tej samej ulicy, więc nie powinnam być zdziwiona, jednak naszą dzielnicę rzadko wybierali studenci.
- Tak. Jestem na trzecim roku. A ty?
- Na drugim doktoranckich.
Wbił we mnie wzrok, jakby zobaczył mnie po raz pierwszy w życiu. Mogłabym przysiąc, że w myślach próbuje obliczyć, w jakim jestem wieku. Dobrze wiedziałam, że nie wyglądam na dwadzieścia pięć lat, a informacja, że jestem doktorantką, zwykle działała lekko odstraszająco. Ale Cohen nie wyglądał na zbitego z tropu, tylko... zaciekawionego. Spodobała mi się jego szczera reakcja. Sam musiał mieć dwadzieścia albo dwadzieścia jeden lat.
Zastanawiałam się, co mam zrobić. Po moim mieszkaniu latał sobie w najlepsze nietoperz, a było za wcześnie - albo za późno, zależy jak na to spojrzeć - żeby zadzwonić do właściciela domu.
Cohen stał w milczeniu, mierząc mnie wzrokiem, aż zaczęłam się niepokoić o swój wygląd. Zasnęłam w pełnym makijażu, więc na pewno miałam pod oczami rozmazany tusz, a moje włosy musiały wyglądać jak bocianie gniazdo. Idealny moment, żeby po raz drugi próbować zrobić na nim wrażenie...
- Liz? Od Elizabeth? - spytał miękko.
- Nie, od Elizy. Ale wszyscy nazywają mnie Liz.
- Eliza - powtórzył w zamyśleniu, a w jego ustach zabrzmiało to jednocześnie obco i znajomo, jak wspomnienie z dalekiej przeszłości.
- Mów do mnie Liz - rzuciłam.
Cohen przez chwilę się nie odzywał, a potem złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzwi.
- Chodź, Eazy-E. Trzeba wyleczyć cię z kaca...
Eazy-E1)? No, nieźle...
1) Eazy-E - pseudonim popularnego amerykańskiego rapera, uznawanego za prekursora gangsta rapu (przyp. tłum.).
- Dokąd?
- Na śniadanie. Bez gadania. Przez to polowanie strasznie zgłodniałem.
Złapał w przelocie cienką bluzę i wciągnął ją przez głowę.
Zanim wyszliśmy, przypiął sobie coś do szlufki od spodni. Kiedy podeszłam bliżej, okazało się, że to pager.
Zeszłam za nim po schodach, a potem ramię w ramię pomaszerowaliśmy w dół naszej ulicy.
- Lubisz stare gadżety? - zapytałam i spojrzałam wymownie na przyczepiony do jego pasa pager.
Zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową.
- Potrzebuję go do pracy - powiedział i obciągnął bluzę, żeby ukryć pod nią urządzenie.
- Jesteś alfonsem?
- Nie - zaprzeczył z uśmiechem.
- Dilerem?
- Nie, no skąd... Działam jako ochotnik w straży pożarnej.
- Jesteś strażakiem?
- Uhm.
No, no... To by tłumaczyło te boskie muskuły.
- Jak często...
- ...mnie wzywają?
Przytaknęłam.
- Jestem zawsze w pogotowiu, a co poniedziałek mam dwugodzinne nocne ćwiczenia.
Interesujące. Nie znałam żadnego strażaka. Ciekawe, jak godzi to z nauką i studiami.
Dotarliśmy do niewielkiego baru na rogu. Mimo iż mieszkałam w tej okolicy od ponad dwóch lat, nigdy wcześniej w nim nie byłam, bo zawsze wydawał mi się trochę obskurny. Migający neon oznajmiał, że mają czynne przez całą dobę. Kiedy Cohen pchnął drzwi i przytrzymał je, puszczając mnie przodem, rozległ się dźwięk zawieszonego nad nimi dzwonka. Przechodząc obok Cohena, poczułam przyjemny aromat płynu do płukania z domieszką jego męskiego zapachu. Miałam ochotę przystanąć i wtulić nos w jego klatkę piersiową, ale oczywiście tego nie zrobiłam. Tabliczka informowała, żeby samodzielnie zajmować miejsca, więc wybrałam przytulny skórzany boks przy oknie.
Cohen wślizgnął się do środka i usiadł naprzeciw mnie, a potem wyjął dwie karty ze stojaka na serwetki i podał mi jedną.
- Jesteś głodna? - spytał.
- Jasne. Chętnie coś zjem.
Tak, mogłam jeść zawsze i wszędzie. Nie należałam do dziewczyn, które udają, że żyją powietrzem. Uwielbiałam jedzenie. Podejrzewam, że gdyby ich o to spytać, większość facetów odpowiedziałaby, że woli, jak kobieta ma tu i ówdzie niewielkie krągłości. Poza tym kolacja w postaci wina w połączeniu z czekoladą nie była szczególnie sycąca.
- Podają tu rewelacyjne racuchy.
Cohen zamknął menu i wsunął je z powrotem do stojaka.
- Dobrze, mogą być.
Chwilę później podeszła do nas kelnerka, obdarzając mojego towarzysza promiennym uśmiechem. Poprosił o dwie porcje racuchów, a potem zwrócił się do mnie z pytaniem, czy chcę kawę. Kiedy przytaknęłam, zamówił ją dla nas obojga.
Był uroczy i mimo iż dopiero go poznałam, czułam się w jego towarzystwie zaskakująco swobodnie.
W pewnej chwili jego wzrok ześlizgnął się na moje piersi, a wtedy zaczął się wiercić na krześle i odwrócił twarz w stronę okna z dość niewyraźną miną. Czyżbym zrobiła coś nie tak?
Spojrzałam w dół, uświadamiając sobie, że nie mam na sobie stanika. Cholera jasna! Chłodne powietrze z klimatyzacji sprawiło, że moje sutki bezwstydnie i zachęcająco wyprężyły się pod cienką koszulką. Na dodatek była tak kusa, że niewiele zakrywała. Poprawiłam ją na tyle, ile się dało. W tym samym momencie mój wzrok padł na odbicie twarzy Cohena w szybie. Na jego wargach igrał uśmieszek.
Kelnerka postawiła na naszym stoliku dwa kubki czarnej kawy.
- Zimno ci? - zapytał i uśmiechnął się lekko, przysuwając kawę.
Syknęłam ostrzegawczo, biorąc od niego kubek, po czym wsypałam do niego szczodrą porcję cukru i zamieszałam znacznie energiczniej, niż to było konieczne.
- Proszę - powiedział Cohen, zdejmując bluzę przez głowę i zostając w samym podkoszulku.
- Dzięki - rzuciłam i wślizgnęłam się w nią, wdychając jej charakterystyczny zapach - zapach wyjątkowo atrakcyjnego chłopaka, tego samego, który wczoraj już raz dał mi kosza. No nic, więcej nie będę mu się narzucać.
Podwinęłam rękawy bluzy, starając się powstrzymać od wdychania jej cudownego zapachu.
Chwilę później przy naszym stoliku ponownie pojawiła się kelnerka, stawiając przed nami racuchy. Były wielkie jak talerze i ułożone jeden na drugim w sporą piramidę, na wierzchu której roztapiał się kawałek masła. W powietrzu rozszedł się aromatyczny zapach wanilii.
- Jejku! Ale to wielkie!
Cohen przysunął do mnie syrop.
- Myślisz, że ci się nie zmieści? - spytał z łobuzerskim uśmieszkiem.
Czy on musi być aż tak seksowny?
- Poradzę sobie jak profesjonalistka.
Momentalnie poczułam zażenowanie. Co ja gadam?!
Cohen zaśmiał się, po czym zgarnął roztapiające się masło z wierzchu racuchów i przełożył na leżący obok spodek. No tak... Takiego ciała nie da się wypracować, napychając się tłuszczem.
Na szczęście to nie było moje zmartwienie. Uwielbiałam masło. Wzięłam do ręki nóż i starannie rozsmarowałam maślaną kałużę po swoich racuchach.
- Masz dziewczynę? - spytałam, przełykając pierwszy kęs.
Kiwnął potakująco głową, biorąc do ust kolejny kawałek.
- Spotykam się z kimś.
- Ale nie było jej dziś u ciebie.
- Nie zostaje na noc - wyjaśnił, wycierając usta serwetką.
To było dość dziwne. Czyżby był typem faceta, który nie chce, żeby dziewczyna została na noc? Wydawał mi się coraz bardziej zagadkowy.
- A ty? Masz chłopaka?
- Nie - zaprzeczyłam, chyba odrobinę zbyt ochoczo.
- Widzę, że coś się za tym kryje - rzucił i się roześmiał.
Wzruszyłam ramionami.
- Nic specjalnego, po prostu nie zależy mi na związku. Kiedy za rok czy dwa zrobię doktorat, pewnie stąd wyjadę. Na razie chcę się dobrze bawić i nie angażować w nic poważnego.
- Hm...
Cohen spuścił wzrok i zaczął się bawić serwetką. Czyżbym powiedziała coś niewłaściwego?
Zajęłam się z powrotem śniadaniem, jeśli tak można nazwać posiłek jedzony o trzeciej nad ranem.
- Co studiujesz?
- Psychologię - odpowiedziałam, wysuwając czubek języka, żeby zlizać syrop z dolnej wargi. - A ty?
Podążył wzrokiem za moim językiem i głośno przełknął ślinę.
- Ekonomię. Doszedłem do wniosku, że to na tyle szeroka dziedzina, że zawsze będę mógł znaleźć jakąś pracę.
Kiwnęłam głową. Potem skubałam małymi kęsami racuchy, podczas gdy Cohen opowiadał o sobie. Dowiedziałam się, że studiuje zaocznie i oprócz tego, że jest strażakiem, pracuje jako bramkarz w jednym z barów w centrum.
Po śniadaniu odprowadził mnie pod drzwi mieszkania. Księżycowa poświata i granie świerszczy tworzyły bajkową scenerię.
Staliśmy zwróceni twarzami do siebie. Padające cienie sprawiły, że wydał mi się jeszcze przystojniejszy, o ile to w ogóle możliwe. Wysoki, szczupły i wysportowany, nie miał na ciele ani grama zbędnego tłuszczu. Chłonęłam wzrokiem jego kwadratową szczękę, pełne usta, nieprzyzwoicie błękitne oczy i krótko przycięte włosy.
- Dzięki za śniadanie - wymamrotałam.
Skinął głową.
- Nie ma za co.
Zdjęłam bluzę i podałam mu ją. Jego wzrok ześlizgnął się na moje piersi, ale mimo że nie trwało to dłużej niż ułamek sekundy, zdołałam dostrzec, że bardzo mu się spodobało to, co tam zobaczył.
Cóż mogę powiedzieć? Nie da się ukryć, że pod tym względem natura obdarzyła mnie wyjątkowo hojnie. Duże C, jędrne i sterczące. I na dodatek znów ze stwardniałymi sutkami!
O kurczę...
Tym razem nie miało to nic wspólnego z chłodnym powietrzem - głównym powodem była wymowna mina Cohena. Najwyraźniej miał obsesję na punkcie cycków.
Odchrząknął.
- Dasz sobie radę?
No tak... Przecież w moim mieszkaniu czai się cholerny nietoperz! A to nie była żadna randka, tylko sąsiedzka pomoc. Nic poza tym. Cholera... Zejdź na ziemię, Liz.
- Ja tam nie śpię... Nie ma mowy. Muszę odczekać kilka godzin, zanim będę mogła ściągnąć właściciela domu.
Cohen zmarszczył brwi.
- Co masz zamiar robić do tego czasu? Jest jeszcze cholernie wcześnie.
Roześmiałam się.
- Jestem dużą dziewczynką. Poradzę sobie. Jeszcze raz dzięki...
Zrobiłam krok w kierunku swoich drzwi, a wtedy Cohen złapał mnie za nadgarstek.
- Daj spokój. Idziesz do mnie na górę.
- Co?
Położył drugą dłoń w dole moich pleców i pchnął mnie lekko w kierunku schodów.
- No dalej, wchodź.
Wzdrygnęłam się w duchu, zaskoczona jego bezceremonialnością, ale posłusznie zaczęłam się wspinać po schodach, czując ulgę, że nie muszę czekać sama na dole.
Kiedy dotarliśmy na poddasze, Cohen otworzył drzwi i przepuścił mnie przodem. Jego mieszkanie było naprawdę maleńkie. Gdy już opadły emocje z powodu przygody z nietoperzem, dostrzegłam jego ciasnotę. Skosy może i są ciekawym rozwiązaniem architektonicznym i dobrze się prezentują, ale w niektórych miejscach utrudniały mu swobodne poruszanie. Drewniana podłoga skrzypiała przy chodzeniu. - Aż dziwne, że nigdy wcześniej tego nie słyszałam u siebie na dole.
Cohen cisnął na oparcie sofy bluzę, którą mu oddałam.
- Zmęczona?
- Powinnam się trochę przespać, inaczej jutro wszystkich pozagryzam.
Zaśmiał się.
- Szczera jesteś. To mi się podoba.
- Dzięki?
Nie byłam do końca pewna, ale to chyba był komplement. Rozejrzałam się po ciasnym mieszkanku, zastanawiając się, gdzie miałabym się położyć.
- Czy twoja dziewczyna nie będzie wściekła, że się tu prześpię?
Wzruszył ramionami.
- To nie moje zmartwienie.
Przygryzłam mocno wargę, żeby powstrzymać uśmiech.
Odwrócił się i wyszedł do sypialni, podczas gdy zastanawiałam się, czy mam pójść za nim. Zanim się jednak zdecydowałam, pojawił się z powrotem z naręczem koców i poduszek, które rzucił niedbale na sofę.
- Możesz spać w moim pokoju. Położę się tutaj.
Szybko zmierzyłam go wzrokiem.
- Ile ty masz wzrostu?
- Prawie metr dziewięćdziesiąt. Dlaczego pytasz?
Syknęłam z dezaprobatą.
- Tak myślałam... Wykluczone.
Nie było szans, żeby mógł się wygodnie rozłożyć na sofie.
- Dam sobie radę.
- Bzdura. Wracaj do łóżka. Ja się tu położę.
Mówiąc to, zabrałam się do rozkładania na sofie koców, ale złapał mnie za ręce.
- Jesteś moim gościem. Powinienem oddać ci swoje łóżko.
Jego głos był ciepły i pełen powagi.
Nie potrafiłam się oprzeć, żeby nie dotknąć dłonią jego klatki piersiowej. Była dokładnie taka, jak się spodziewałam - ciepła i twarda.
- Nie jestem żadnym gościem, kotku, tylko upierdliwą sąsiadką od nietoperza, która wyrwała cię z łóżka w środku nocy. A teraz marsz do łóżka!
Spojrzał mi w oczy.
- Masz charakterek...
- Dobrze kombinujesz.
- A skąd pewność, że nie jestem seryjnym mordercą?
- Stąd, że seryjni mordercy raczej nie używają rękawic kuchennych, żeby kogoś załatwić, i nie kupują swoim ofiarom racuchów przed położeniem ich do swojego łóżka.
- To jest argument! - Odwrócił się w stronę sypialni. - Daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała albo... gdybyś znów zobaczyła jakiegoś nietoperza. Trzymam rękawice w pogotowiu...
Nagle z drugiego pokoju dobiegł jakiś odgłos, a Cohen zrobił minę, jakby sobie właśnie o czymś przypomniał.
- Jest problem...
Spojrzałam pytająco, zastanawiając się, o co mu chodzi. Może jego dziewczyna jednak postanowiła wpaść?
- Zwykle śpi tu Bob.
Zanim zdążyłam spytać, kim jest Bob, do przedpokoju wpadł wielki pies i pogalopował prosto na mnie.
- Chce spać ze mną w łóżku, ale zwykle mu nie pozwalam, bo ściąga ze mnie kołdrę.
- A cóż to, u diabła, jest?!
Cofnęłam się nieco, żeby znaleźć się poza zasięgiem psiego ogona. Pokryte kręconą sierścią koloru brzoskwiniowego psisko przypominało ogromną włochatą kulę.
- Labradoodle. Nieliniejący.
- Co takiego? Labrapudel?
Bob wskoczył na sofę i usadowił się na kocach, które przed chwilą starannie rozłożyłam.
Cohen się roześmiał.
- Radzę ci jednak pójść do mnie, chyba że tak kochasz psy, że wolisz spać z tym facetem...
Nie miałam ochoty kłaść się na kanapie, która służyła za psie legowisko, więc posłusznie kiwnęłam głową.
Cohen zaprowadził mnie do sypialni, która okazała się duża i schludna. Na środku stało podwójne łóżko. Nie było tam żadnych innych mebli, nie licząc wąskiej komody i stolika nocnego, na którym leżała garść drobniaków i stał budzik.
Na niezaścielonym łóżku leżały ciemnopopielate prześcieradło i biała pikowana kołdra. Wyglądało to wszystko bardzo zachęcająco.
Cohen zmierzył mnie wzrokiem.
- Chcesz... coś do przebrania? - zapytał i spojrzał wymownie na moje dżinsy.
- Nie, nie... Dzięki.
Przypomniałam sobie, że mam pod spodem szorty od piżamy, więc zaczęłam rozpinać spodnie.
Spuścił wzrok, wyraźnie skrępowany tym, że się rozbieram w jego obecności. Złożyłam dżinsy starannie w kostkę i odłożyłam je na podłogę obok łóżka. Już chciałam się położyć, gdy nagle chwycił mnie za łokieć.
- Nie ta strona.
Aha. Przesunęłam się bliżej ściany.
Szybkim ruchem ściągnął koszulkę przez głowę i zdjął spodnie, zostając tylko w czarnych bokserkach. Zanim zdążył się wślizgnąć do łóżka tuż obok mnie i przykryć kołdrą, mignęła mi przed oczami jego opalona skóra.
Wyczułam, że coś się między nami zmieniło. Niespodziewanie atmosfera zrobiła się ciężka i napięta.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że zajmuję twoją połowę - wyszeptałam w ciemnościach.
- W porządku. Wolę spać jak najbliżej drzwi. Gdyby ktoś się włamał, najpierw będzie miał do czynienia ze mną...
Dość dziwnie to zabrzmiało, ale spodobało mi się. Co za uroczy chłopak! Może dlatego, że jest strażakiem. Rzadko miałam z takimi do czynienia.