Jesteś wyzwaniem - Kendall Ryan

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (26,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jak­by na to nie spoj­rzeć, by­cie pią­tym ko­łem u wozu za­wsze jest do bani. Prze­su­nę­łam się na dru­gi ko­niec koca, żeby zna­leźć się jak naj­da­lej od Ash­lyn i Aide­na, mig­da­lą­cych się na oczach wszyst­kich. Moja cier­pli­wość się wy­czer­pa­ła, gdy Aiden na­chy­lił się nad moją przy­ja­ciół­ką i za­czął ją kar­mić tru­skaw­ka­mi, raz po raz ca­łu­jąc jej peł­ne owo­ców usta.

Za­raz pusz­czę pa­wia...

Mi­nął rok od cza­su, gdy po­zna­li się pod­czas ba­dań Ash­lyn nad amne­zją. On był pa­cjen­tem, ona dok­to­rant­ką. Ry­zy­ko­wa­li, kie­dy po­sta­no­wi­li być ra­zem, ale ko­niec koń­ców wszyst­ko się uło­ży­ło. Ow­szem, cza­sem trud­no było wy­trzy­mać w ich to­wa­rzy­stwie, ale ja­koś to zno­si­łam, bo ko­cha­łam Ash­lyn jak sio­strę, a ona wy­glą­da­ła na bar­dzo szczę­śli­wą. Nie chcia­łam jed­nak, żeby ich pu­blicz­ne czu­ło­ści za­prze­pa­ści­ły moje szan­se na pod­ryw, tym bar­dziej że upa­trzy­łam so­bie cel. Przy­stoj­ny fut­bo­li­sta i jego rów­nie atrak­cyj­ny kum­pel.

Rzu­ci­łam wi­no­gro­nem w za­ję­tą Aide­nem przy­ja­ciół­kę, by zwró­ci­ła na mnie uwa­gę. Wi­no­gro­no od­bi­ło się od jej gło­wy i wy­lą­do­wa­ło na kocu. Od­wró­ci­ła się zdez­o­rien­to­wa­na.

- Hej, spójrz na to cia­cho na dru­giej...

Ash­lyn zer­k­nę­ła we wska­za­nym kie­run­ku i uśmiech­nę­ła się.

- Blon­dyn, nie­bie­skie szor­ty?

Przy­tak­nę­łam. Wła­śnie po­dał ide­al­nie pod­krę­co­ną pił­kę pro­sto do rąk swo­je­go kum­pla.

- Wy­glą­da dość mło­do - za­uwa­ży­ła Ash­lyn.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Jego kum­pel też ni­cze­go so­bie... Ja i oni, mo­gło­by być faj­nie.

- Uwa­żaj na sie­bie. - Ash­lyn wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, jed­no­cze­śnie pusz­cza­jąc do mnie oko. - Ata­kuj, my po­cze­ka­my.

Nie zdą­ży­łam na­wet prze­my­śleć stra­te­gii, gdy pił­ka Pana Sło­dzia­ka wy­lą­do­wa­ła u mo­ich stóp. To bę­dzie dużo ła­twiej­sze, niż my­śla­łam... Kasz­ka z mlecz­kiem.

Wsta­łam i otrze­pa­łam dżin­sy, a po­tem niby od nie­chce­nia schy­li­łam się i ją pod­nio­słam. Trzy­ma­jąc pił­kę pod pa­chą, uda­łam się nie­śpiesz­nie w ich kie­run­ku. Przy­glą­da­li mi się z da­le­ka. Kum­pel Pana Sło­dzia­ka uśmie­chał się do mnie, jed­nak on sam był bar­dziej po­wścią­gli­wy.

- To chy­ba wa­sze - po­wie­dzia­łam i rzu­ci­łam pił­kę w jego kie­run­ku, a on zręcz­nie ją zła­pał. Po­tra­fi­łam cał­kiem nie­źle rzu­cać - na­uczył mnie tego star­szy brat. Spo­dzie­wa­łam się, że za­pro­si mnie do wspól­nej gry lub wy­gło­si ja­kąś bły­sko­tli­wą uwa­gę na te­mat mo­ich pił­kar­skich umie­jęt­no­ści, ale on się tyl­ko uśmiech­nął.

- Dzię­ki - rzu­cił, a po­tem od­wró­cił się i po­dał pił­kę do kum­pla, któ­ry jed­nak nie zdą­żył jej zła­pać, bo wciąż wga­piał się we mnie.

Tyl­ko tyle? Jaja so­bie ro­bisz?

Zde­gu­sto­wa­na bra­kiem cią­gu dal­sze­go wró­ci­łam do przy­ja­ciół i cięż­ko opa­dłam na koc.

Ash­lyn wy­czu­ła mój kiep­ski na­strój i przy­su­nę­ła się do mnie, od­kle­ja­jąc się na chwi­lę od Aide­na.

- Spo­ty­kasz się dziś z pro­fe­so­rem Gib­so­nem? - spy­ta­ła, wcią­ga­jąc mnie w roz­mo­wę.

Do­ce­nia­łam jej wy­sił­ki. Chcia­ła od­wró­cić moją uwa­gę od po­raż­ki, któ­ra mnie przed chwi­lą spo­tka­ła.

- Nie. Dziś jest u nie­go syn. I mów o nim Stu. Pro­fe­sor Gib­son pa­skud­nie brzmi...

- Po­zna­łaś już jego syna? - spy­tał Aiden.

- W ży­ciu! Prze­cież nie cho­dzi­my na rand­ki, tyl­ko upra­wia­my seks - wy­ja­śni­łam.

- Aha! - ro­ze­śmia­ła się Ash­lyn, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. - Je­steś jesz­cze bar­dziej po­krę­co­na, niż my­śla­łam.

- Mnie to pa­su­je - rzu­ci­łam i wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Nie za­le­ża­ło mi na związ­ku, a Stu, świe­żo po roz­wo­dzie, z całą pew­no­ścią też nie był nim za­in­te­re­so­wa­ny. Ide­al­ny układ. Miał trzy­dzie­ści sześć lat, czte­ro­let­nie­go syna i był pro­fe­so­rem w wyż­szej szko­le han­dlo­wej, więc na­sze ścież­ki na­uko­we się nie prze­ci­na­ły, co mia­ło same za­le­ty i chro­ni­ło przed nie­po­trzeb­ny­mi kom­pli­ka­cja­mi. Łą­czył nas uda­ny seks, tyle. Po­zna­łam go mie­siąc temu na im­pre­zie cha­ry­ta­tyw­nej spon­so­ro­wa­nej przez uczel­nię i od tego cza­su spo­ty­ka­łam się z nim kil­ka razy w ty­go­dniu. Miły, re­gu­lar­ny seks z faj­nym fa­ce­tem, bez unie­sień i ja­kich­kol­wiek ocze­ki­wań, wy­łącz­nie chwi­lo­wa przy­jem­ność. Może i była to dość po­kręt­na wi­zja uda­ne­go związ­ku, ale w tej chwi­li nie było mnie stać na nic wię­cej.

Po kil­ku mi­nu­tach, nie mo­gąc już dłu­żej znieść osten­ta­cyj­nych czu­ło­ści przy­ja­ciół i kom­plet­ne­go bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny chło­pa­ków z pił­ką, oznaj­mi­łam Ash­lyn i Aide­no­wi, że się zbie­ram. Ich je­dy­ną re­ak­cją było zdaw­ko­we mach­nię­cie na po­że­gna­nie.

Dro­ga do domu nie za­ję­ła mi dużo cza­su -miesz­ka­łam za­le­d­wie kil­ka prze­cznic od par­ku. Wy­naj­mo­wa­łam duży na­roż­ny sze­re­go­wiec w atrak­cyj­nej dziel­ni­cy, w któ­rym mia­łam do dys­po­zy­cji par­ter i pierw­sze pię­tro. Jego wła­ści­ciel stop­nio­wo od­na­wiał pod­da­sze, sta­ra­jąc się przy­wró­cić bu­dyn­ko­wi stan świet­no­ści z lat dwu­dzie­stych.

Na­gle za ple­ca­mi usły­sza­łam od­głos szyb­kich kro­ków. Obej­rza­łam się - w moją stro­nę biegł przy­stoj­niak z par­ku.

A więc jed­nak chciał się zre­ha­bi­li­to­wać! Pew­nie uznał, że le­piej się mną nie dzie­lić ze swo­im kum­plem...

Do­tar­łam już do ku­tej bra­my mo­je­go domu, więc przy­sta­nę­łam i opar­łam dłoń na bio­drze, przy­glą­da­jąc się, jak po­ko­nu­je kil­ka ostat­nich me­trów.

Mu­siał wcze­śniej zdjąć pod­ko­szu­lek, bo miał na so­bie tyl­ko zsu­nię­te ni­sko na bio­dra szor­ty i buty do bie­ga­nia. Jego klat­ka pier­sio­wa i brzuch były tak gład­kie i ide­al­nie umię­śnio­ne, że sko­ja­rzy­ły mi się z ma­te­ra­cem do pły­wa­nia.

Zwol­nił, a po­tem za­trzy­mał się w miej­scu, zgi­na­jąc się wpół i opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach. Wi­dok jego klat­ki pier­sio­wej uno­szą­cej się i opa­da­ją­cej przy każ­dym głę­bo­kim od­de­chu do­słow­nie mnie za­hip­no­ty­zo­wał.

Już ukła­da­łam so­bie w gło­wie, jak bły­sko­tli­wie za­ga­ić roz­mo­wę, gdy Pan Sło­dziak uniósł gło­wę i spoj­rzał na mnie. Jego oczy mia­ły nie­sa­mo­wi­ty od­cień głę­bo­kie­go błę­ki­tu, a na skó­rze na­dal utrzy­my­wa­ła się let­nia opa­le­ni­zna. Pod pa­chą trzy­mał pił­kę, a w ręku zwi­nię­ty pod­ko­szu­lek. Z po­wo­dze­niem mógł­by pra­co­wać jako mo­del dla Ral­pha Lau­re­na.

Nie­czę­sto zda­rza­ło mi się czuć skrę­po­wa­nie, jed­nak tym ra­zem, za spra­wą jego im­po­nu­ją­cej fi­zycz­no­ści, aż się za­czer­wie­ni­łam.

Uniósł gło­wę i wy­pro­sto­wał się. Był wyż­szy co naj­mniej o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Uśmiech­nę­łam się do nie­go, bio­rąc głę­bo­ki od­dech i po­wo­li od­zy­sku­jąc rów­no­wa­gę.

- Śle­dzisz mnie?

- A, tak... Je­steś tą dziew­czy­ną z par­ku.

Co ty nie po­wiesz...

- Miesz­kam tu­taj - do­dał, wciąż gło­śno dy­sząc.

- Tu­taj, czy­li gdzie? - za­py­ta­łam.

Prze­cież sta­li­śmy pod moim do­mem.

- Na gó­rze - wska­zał pal­cem pię­tro mo­je­go sze­re­gow­ca ze spa­dzi­stym da­chem i ośmio­bocz­nym okien­kiem.

- Ktoś w ogó­le jest w sta­nie tam miesz­kać?

Na mo­jej twa­rzy mu­sia­ło po­ja­wić się zdzi­wie­nie, bo zrze­dła mu mina i było wi­dać, że po­czuł się ura­żo­ny.

- Nie ktoś, tyl­ko ja. Na­praw­dę tam miesz­kam. Może i nie ma dużo miej­sca, ale jest czy­sto i mnie wy­star­czy.

Nie mia­łam po­ję­cia, że pod­da­sze było prze­zna­czo­ne do wy­na­ję­cia. Nikt tam nie miesz­kał przez ostat­nie dwa lata, czy­li od kie­dy tam za­miesz­ka­łam.

- Aha - zre­flek­to­wa­łam się. - W ta­kim ra­zie je­ste­śmy są­sia­da­mi! Zaj­mu­ję dwa dol­ne pię­tra.

Spoj­rzał na sze­re­go­wiec, tak­su­jąc wzro­kiem sze­ro­ki ga­nek i ma­syw­ne drew­nia­ne drzwi.

- Ty sama?

Ski­nę­łam gło­wą. Lu­bi­łam prze­strzeń, a po­nie­waż za­rów­no mat­ka, jak i oj­ciec za­si­li­li moje kon­to po­kaź­ną kwo­tą, mo­głam po­zwo­lić so­bie na to, by miesz­kać tam, gdzie mi się po­do­ba. Ume­blo­wa­łam dom ze sma­kiem pro­sty­mi, lecz sty­lo­wy­mi me­bla­mi, któ­re uda­ło mi się upo­lo­wać w oka­zyj­nych ce­nach. Wnę­trze wy­glą­da­ło jak z ka­ta­lo­gu.

- Idę wziąć prysz­nic. Miło cię było po­znać...

- Liz.

Uśmiech­nął się.

- Co­hen. Sko­ro je­ste­śmy są­sia­da­mi, daj znać, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła.

- Ja­sne. Ty też.

Od­wza­jem­ni­łam jego przy­ja­ciel­ski uśmiech, a po­tem od­pro­wa­dzi­łam wzro­kiem jego sek­sow­ny ty­łek, gdy ob­cho­dził dom, kie­ru­jąc się do pro­wa­dzą­cych na górę bocz­nych scho­dów.

Nie mo­głam do­cze­kać się dnia, kie­dy będę po­trze­bo­wać jego po­mo­cy.

Oby jak naj­szyb­ciej.

Rozdział 2

Sie­dzia­łam do póź­nej nocy, przy­go­to­wu­jąc re­fe­rat, więc da­ro­wa­łam so­bie ko­la­cję. Za­miast niej ura­czy­łam się bu­tel­ką czer­wo­ne­go wina i ta­blicz­ką gorz­kiej cze­ko­la­dy z solą mor­ską - moim ulu­bio­nym ze­sta­wem od nie­pa­mięt­nych cza­sów. W koń­cu na ostat­nich no­gach i lek­ko za­wia­na do­tar­łam do łóż­ka.

Gdy się na­gle obu­dzi­łam kil­ka go­dzin póź­niej, w pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że mam zwi­dy. Nad moim łóż­kiem krą­ży­ło coś czar­ne­go, rzu­ca­jąc dziw­ne cie­nie na ścia­ny roz­świe­tlo­nej księ­ży­co­wym bla­skiem sy­pial­ni. Co u dia­bła...

Na­gle obiekt zwol­nił i wy­lą­do­wał na jed­nej z szyn lam­py zwi­sa­ją­cej z su­fi­tu. Zmru­ży­łam oczy, żeby mu się le­piej przyj­rzeć i w tym sa­mym mo­men­cie zo­ba­czy­łam, że to coś roz­kła­da skrzy­dła. Nie­to­perz!

Wy­da­łam z sie­bie prze­raź­li­wy wrzask i sko­czy­łam na rów­ne nogi, po­śpiesz­nie wy­plą­tu­jąc się z po­ście­li, a po­tem wy­pa­dłam z sy­pial­ni i za­trzy­ma­łam się do­pie­ro na gan­ku. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem.

Spoj­rza­łam na swo­je bose sto­py i do­tar­ło do mnie, że sto­ję na ze­wnątrz w środ­ku nocy odzia­na je­dy­nie w ob­ci­słą czar­ną ko­szul­kę i ró­żo­we szor­ty. To nie było zbyt roz­sąd­ne. Do­bie­ga­ją­ce z od­da­li szcze­ka­nie psa przy­wró­ci­ło mi świa­do­mość. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co ro­bić.

Było za póź­no, żeby dzwo­nić do wła­ści­cie­la domu. Moje koty też były kom­plet­nie bez­u­ży­tecz­ne - nie moż­na się było po nich spo­dzie­wać, że upo­lu­ją pa­ją­ka, a co do­pie­ro nie­to­pe­rza. Może po­win­nam pójść na górę i po­pro­sić sek­sow­ne­go są­sia­da, żeby po­mógł mi coś zro­bić z tym pa­skudz­twem? Osta­tecz­nie sam za­ofe­ro­wał po­moc...

Nie mo­głam jed­nak za­pu­kać do nie­go tak jak sta­łam, czy­li prak­tycz­nie goła, więc wzię­łam głę­bo­ki od­dech, a po­tem wpa­dłam jak strza­ła do miesz­ka­nia. Bły­ska­wicz­nie wy­grze­ba­łam dżin­sy ze sto­ją­ce­go w przed­po­ko­ju ko­sza na pra­nie i na­tych­miast po­gna­łam z po­wro­tem na ga­nek, po­śpiesz­nie za­trza­sku­jąc za sobą drzwi. Szyb­ko wbi­łam się w spodnie, pod­cią­gnę­łam je i za­pię­łam gu­zik, za­kry­wa­jąc kuse szor­ty, a po­tem wy­pro­sto­wa­łam się i za­czę­łam się wspi­nać po ze­wnętrz­nych scho­dach do miesz­ka­nia Co­he­na. Noc była dość chłod­na, więc stą­pa­jąc bo­sy­mi sto­pa­mi po drew­nia­nych stop­niach, czu­łam dresz­cze. Nie ma co, świet­ny po­mysł: bu­dzić kom­plet­nie ob­ce­go czło­wie­ka w środ­ku nocy i pro­sić go o przy­słu­gę... Ale prze­cież nie mia­łam in­ne­go wyj­ścia. Ani przez mo­ment nie do­pusz­cza­łam do sie­bie my­śli, że mo­gła­bym wró­cić do miesz­ka­nia, nie mó­wiąc o tym, że mia­ła­bym spać z wi­szą­cym nad gło­wą nie­to­pe­rzem.

Drzwi na pod­da­szu były zro­bio­ne z tego sa­me­go ciem­ne­go drew­na co moje, z ozdob­ną brą­zo­wą ko­łat­ką po­środ­ku. Za­pu­ka­łam dość gło­śno, żeby mieć pew­ność, że Co­hen się obu­dzi, bo nie wie­dzia­łam, jak moc­ny ma sen. Za­zwy­czaj czu­łam się w swo­im miesz­ka­niu bez­piecz­nie, ale dzi­siej­sze noc­ne prze­ży­cia - na­głe wy­rwa­nie ze snu przez po­two­ra i sa­mot­ny po­byt na ze­wnątrz o tak póź­nej po­rze - spra­wi­ły, że ze stra­chu do­sta­łam gę­siej skór­ki.

Już mia­łam za­stu­kać po­now­nie, gdy drzwi się otwo­rzy­ły i sta­nął w nich za­spa­ny i goły do pasa Co­hen.

- Liz? - wy­chry­piał.

- Mogę wejść?

Od­su­nął się od drzwi, żeby mnie wpu­ścić do środ­ka.

- Coś się sta­ło?

Po­ki­wa­łam twier­dzą­co gło­wą i we­szłam do cia­sne­go sa­lo­ni­ku.

- Tam jest nie­to­perz. Na dole.

- Gdzie? W two­im miesz­ka­niu?

Przy­tak­nę­łam.

- O Jezu - rzu­cił i prze­cią­gnął dłoń­mi po twa­rzy. - No do­bra. Po­cze­kaj tu, pój­dę zo­ba­czyć.

Od­wró­cił się i znik­nął w po­ko­ju, któ­ry - jak się do­my­śla­łam - był sy­pial­ną. Chwi­lę póź­niej wró­cił ubra­ny w dżin­sy i ob­ci­słą sza­rą ko­szul­kę. Wciąż jesz­cze miał roz­czo­chra­ne wło­sy i wy­glą­dał prze­uro­czo.

- Co masz za­miar zro­bić? - spy­ta­łam, li­cząc w du­chu, że ma do­świad­cze­nie w po­zby­wa­niu się nie­to­pe­rzy.

- Nie wiem...

Pod­szedł do sto­ją­cej przy drzwiach wej­ścio­wych sza­fy i wy­jął z niej ra­kie­tę te­ni­so­wą.

- Po­cze­kaj! - Wbie­głam do kuch­ni i zła­pa­łam rę­ka­wi­ce i le­żą­cą na bla­cie re­kla­mów­kę. - Weź to!

Wsu­nął rę­ka­wi­ce ku­chen­ne na dło­nie, a po­tem w jed­nej uniósł ra­kie­tę, a dru­gą chwy­cił re­kla­mów­kę.

- W po­rząd­ku. Mo­żesz iść...

Wy­glą­dał tak ko­micz­nie, że obo­je pra­wie jed­no­cze­śnie się ro­ze­śmia­li­śmy.

- Siedź spo­koj­nie. Pa­nu­ję nad sy­tu­acją.

Uśmiech­nę­łam się, pod­nie­sio­na na du­chu jego pew­no­ścią sie­bie.

- Dzię­ki.

Ski­nął gło­wą i znik­nął za drzwia­mi.

Przy­gry­złam war­gę, ma­jąc na­dzie­ję, że nie jest na mnie wście­kły za noc­ną po­bud­kę. Przed wyj­ściem spra­wiał wra­że­nie szcze­rze roz­ba­wio­ne­go. Usia­dłam na so­fie i cier­pli­wie cze­ka­łam.

Jego miesz­kan­ko było nie­wiel­kie, ale czy­ste i ume­blo­wa­ne pro­sty­mi, funk­cjo­nal­ny­mi me­bla­mi. W sa­lo­nie sta­ła tyl­ko wy­tar­ta skó­rza­na sofa, a przed nią peł­nią­ca funk­cję sto­li­ka sfa­ty­go­wa­na skrzy­nia. Ką­cik ja­dal­ny skła­dał się z okrą­głe­go sto­łu za­wa­lo­ne­go sto­sa­mi pod­ręcz­ni­ków, wo­kół któ­re­go sta­ło kil­ka róż­nych krze­seł nie do kom­ple­tu. Było do­mo­wo i przy­tul­nie.

Co­hen wró­cił kil­ka mi­nut póź­niej.

- I co?

Po­krę­cił gło­wą.

- Nie mo­głem zna­leźć gnoj­ka...

Prze­bie­gło mi przez myśl, że nie­to­perz mógł mi się przy­śnić, ale za­raz do­szłam do wnio­sku, że to wy­klu­czo­ne. By­łam pew­na, że go wi­dzia­łam.

Co­hen zsu­nął rę­ka­wi­ce i scho­wał ra­kie­tę do sza­fy.

- Po­dej­rze­wam, że żad­ne z nas już nie za­śnie - wy­mam­ro­tał, po­cie­ra­jąc dło­nią kark.

- Prze­pra­szam za to całe za­mie­sza­nie...

- Nie przej­muj się. Prze­cież mó­wi­łem, że­byś w ra­zie cze­go przy­szła.

Gdy in­cy­dent z nie­to­pe­rzem mia­łam już za sobą, po­czu­łam, jak spa­da mi po­ziom ad­re­na­li­ny. Po­tar­łam pal­ca­mi skro­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, jak fa­tal­nie się czu­ję.

Co­hen pod­szedł bli­żej.

- Wszyst­ko do­brze?

- Chy­ba wcze­śniej wy­pi­łam tro­chę za dużo wina. Już do­brze.

Wy­szedł do kuch­ni i po chwi­li wró­cił, nio­sąc szklan­kę wody i dwie bia­łe ta­blet­ki, któ­re po­ło­żył mi na dło­ni.

- Pro­szę. Na ból gło­wy.

- Dzię­ki.

Za­ży­łam le­kar­stwo, wy­pi­łam wodę i od­da­łam mu pu­stą szklan­kę. Woda nie była schło­dzo­na i są­dząc po sma­ku, po­cho­dzi­ła pro­sto z kra­nu, ale nie mia­łam za­mia­ru tego zło­śli­wie ko­men­to­wać. To był z jego stro­ny miły gest. Jak do­tąd nie utrzy­my­wa­łam pra­wie żad­nych kon­tak­tów z są­sia­da­mi, więc do­brze było mieć świa­do­mość, że w po­bli­żu miesz­ka ktoś, na kogo mogę li­czyć.

Za­uwa­ży­łam prze­wie­szo­ną przez opar­cie krze­sła blu­zę uni­wer­sy­tec­ką i wska­za­łam na nią bro­dą.

- Stu­diu­jesz w oko­li­cy?

Uni­wer­sy­tet De­Paul był usy­tu­owa­ny nie­da­le­ko stąd, na tej sa­mej uli­cy, więc nie po­win­nam być zdzi­wio­na, jed­nak na­szą dziel­ni­cę rzad­ko wy­bie­ra­li stu­den­ci.

- Tak. Je­stem na trze­cim roku. A ty?

- Na dru­gim dok­to­ranc­kich.

Wbił we mnie wzrok, jak­by zo­ba­czył mnie po raz pierw­szy w ży­ciu. Mo­gła­bym przy­siąc, że w my­ślach pró­bu­je ob­li­czyć, w ja­kim je­stem wie­ku. Do­brze wie­dzia­łam, że nie wy­glą­dam na dwa­dzie­ścia pięć lat, a in­for­ma­cja, że je­stem dok­to­rant­ką, zwy­kle dzia­ła­ła lek­ko od­stra­sza­ją­co. Ale Co­hen nie wy­glą­dał na zbi­te­go z tro­pu, tyl­ko... za­cie­ka­wio­ne­go. Spodo­ba­ła mi się jego szcze­ra re­ak­cja. Sam mu­siał mieć dwa­dzie­ścia albo dwa­dzie­ścia je­den lat.

Za­sta­na­wia­łam się, co mam zro­bić. Po moim miesz­ka­niu la­tał so­bie w naj­lep­sze nie­to­perz, a było za wcze­śnie - albo za póź­no, za­le­ży jak na to spoj­rzeć - żeby za­dzwo­nić do wła­ści­cie­la domu.

Co­hen stał w mil­cze­niu, mie­rząc mnie wzro­kiem, aż za­czę­łam się nie­po­ko­ić o swój wy­gląd. Za­snę­łam w peł­nym ma­ki­ja­żu, więc na pew­no mia­łam pod ocza­mi roz­ma­za­ny tusz, a moje wło­sy mu­sia­ły wy­glą­dać jak bo­cia­nie gniaz­do. Ide­al­ny mo­ment, żeby po raz dru­gi pró­bo­wać zro­bić na nim wra­że­nie...

- Liz? Od Eli­za­beth? - spy­tał mięk­ko.

- Nie, od Eli­zy. Ale wszy­scy na­zy­wa­ją mnie Liz.

- Eli­za - po­wtó­rzył w za­my­śle­niu, a w jego ustach za­brzmia­ło to jed­no­cze­śnie obco i zna­jo­mo, jak wspo­mnie­nie z da­le­kiej prze­szło­ści.

- Mów do mnie Liz - rzu­ci­łam.

Co­hen przez chwi­lę się nie od­zy­wał, a po­tem zła­pał mnie za rękę i po­cią­gnął w stro­nę drzwi.

- Chodź, Eazy-E. Trze­ba wy­le­czyć cię z kaca...

Eazy-E1)? No, nie­źle...

1) Eazy-E - pseudonim popularnego amerykańskiego rapera, uznawanego za prekursora gangsta rapu (przyp. tłum.).

- Do­kąd?

- Na śnia­da­nie. Bez ga­da­nia. Przez to po­lo­wa­nie strasz­nie zgłod­nia­łem.

Zła­pał w prze­lo­cie cien­ką blu­zę i wcią­gnął ją przez gło­wę.

Za­nim wy­szli­śmy, przy­piął so­bie coś do szluf­ki od spodni. Kie­dy po­de­szłam bli­żej, oka­za­ło się, że to pa­ger.

Ze­szłam za nim po scho­dach, a po­tem ra­mię w ra­mię po­ma­sze­ro­wa­li­śmy w dół na­szej uli­cy.

- Lu­bisz sta­re ga­dże­ty? - za­py­ta­łam i spoj­rza­łam wy­mow­nie na przy­cze­pio­ny do jego pasa pa­ger.

Za­śmiał się pod no­sem, krę­cąc gło­wą.

- Po­trze­bu­ję go do pra­cy - po­wie­dział i ob­cią­gnął blu­zę, żeby ukryć pod nią urzą­dze­nie.

- Je­steś al­fon­sem?

- Nie - za­prze­czył z uśmie­chem.

- Di­le­rem?

- Nie, no skąd... Dzia­łam jako ochot­nik w stra­ży po­żar­nej.

- Je­steś stra­ża­kiem?

- Uhm.

No, no... To by tłu­ma­czy­ło te bo­skie mu­sku­ły.

- Jak czę­sto...

- ...mnie wzy­wa­ją?

Przy­tak­nę­łam.

- Je­stem za­wsze w po­go­to­wiu, a co po­nie­dzia­łek mam dwu­go­dzin­ne noc­ne ćwi­cze­nia.

In­te­re­su­ją­ce. Nie zna­łam żad­ne­go stra­ża­ka. Cie­ka­we, jak go­dzi to z na­uką i stu­dia­mi.

Do­tar­li­śmy do nie­wiel­kie­go baru na rogu. Mimo iż miesz­ka­łam w tej oko­li­cy od po­nad dwóch lat, ni­g­dy wcze­śniej w nim nie by­łam, bo za­wsze wy­da­wał mi się tro­chę ob­skur­ny. Mi­ga­ją­cy neon oznaj­miał, że mają czyn­ne przez całą dobę. Kie­dy Co­hen pchnął drzwi i przy­trzy­mał je, pusz­cza­jąc mnie przo­dem, roz­legł się dźwięk za­wie­szo­ne­go nad nimi dzwon­ka. Prze­cho­dząc obok Co­he­na, po­czu­łam przy­jem­ny aro­mat pły­nu do płu­ka­nia z do­miesz­ką jego mę­skie­go za­pa­chu. Mia­łam ocho­tę przy­sta­nąć i wtu­lić nos w jego klat­kę pier­sio­wą, ale oczy­wi­ście tego nie zro­bi­łam. Ta­blicz­ka in­for­mo­wa­ła, żeby sa­mo­dziel­nie zaj­mo­wać miej­sca, więc wy­bra­łam przy­tul­ny skó­rza­ny boks przy oknie.

Co­hen wśli­zgnął się do środ­ka i usiadł na­prze­ciw mnie, a po­tem wy­jął dwie kar­ty ze sto­ja­ka na ser­wet­ki i po­dał mi jed­ną.

- Je­steś głod­na? - spy­tał.

- Ja­sne. Chęt­nie coś zjem.

Tak, mo­głam jeść za­wsze i wszę­dzie. Nie na­le­ża­łam do dziew­czyn, któ­re uda­ją, że żyją po­wie­trzem. Uwiel­bia­łam je­dze­nie. Po­dej­rze­wam, że gdy­by ich o to spy­tać, więk­szość fa­ce­tów od­po­wie­dzia­ła­by, że woli, jak ko­bie­ta ma tu i ów­dzie nie­wiel­kie krą­gło­ści. Poza tym ko­la­cja w po­sta­ci wina w po­łą­cze­niu z cze­ko­la­dą nie była szcze­gól­nie sy­cą­ca.

- Po­da­ją tu re­we­la­cyj­ne ra­cu­chy.

Co­hen za­mknął menu i wsu­nął je z po­wro­tem do sto­ja­ka.

- Do­brze, mogą być.

Chwi­lę póź­niej po­de­szła do nas kel­ner­ka, ob­da­rza­jąc mo­je­go to­wa­rzy­sza pro­mien­nym uśmie­chem. Po­pro­sił o dwie por­cje ra­cu­chów, a po­tem zwró­cił się do mnie z py­ta­niem, czy chcę kawę. Kie­dy przy­tak­nę­łam, za­mó­wił ją dla nas oboj­ga.

Był uro­czy i mimo iż do­pie­ro go po­zna­łam, czu­łam się w jego to­wa­rzy­stwie za­ska­ku­ją­co swo­bod­nie.

W pew­nej chwi­li jego wzrok ze­śli­zgnął się na moje pier­si, a wte­dy za­czął się wier­cić na krze­śle i od­wró­cił twarz w stro­nę okna z dość nie­wy­raź­ną miną. Czyż­bym zro­bi­ła coś nie tak?

Spoj­rza­łam w dół, uświa­da­mia­jąc so­bie, że nie mam na so­bie sta­ni­ka. Cho­le­ra ja­sna! Chłod­ne po­wie­trze z kli­ma­ty­za­cji spra­wi­ło, że moje sut­ki bez­wstyd­nie i za­chę­ca­ją­co wy­prę­ży­ły się pod cien­ką ko­szul­ką. Na do­da­tek była tak kusa, że nie­wie­le za­kry­wa­ła. Po­pra­wi­łam ją na tyle, ile się dało. W tym sa­mym mo­men­cie mój wzrok padł na od­bi­cie twa­rzy Co­he­na w szy­bie. Na jego war­gach igrał uśmie­szek.

Kel­ner­ka po­sta­wi­ła na na­szym sto­li­ku dwa kub­ki czar­nej kawy.

- Zim­no ci? - za­py­tał i uśmiech­nął się lek­ko, przy­su­wa­jąc kawę.

Syk­nę­łam ostrze­gaw­czo, bio­rąc od nie­go ku­bek, po czym wsy­pa­łam do nie­go szczo­drą por­cję cu­kru i za­mie­sza­łam znacz­nie ener­gicz­niej, niż to było ko­niecz­ne.

- Pro­szę - po­wie­dział Co­hen, zdej­mu­jąc blu­zę przez gło­wę i zo­sta­jąc w sa­mym pod­ko­szul­ku.

- Dzię­ki - rzu­ci­łam i wśli­zgnę­łam się w nią, wdy­cha­jąc jej cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach - za­pach wy­jąt­ko­wo atrak­cyj­ne­go chło­pa­ka, tego sa­me­go, któ­ry wczo­raj już raz dał mi ko­sza. No nic, wię­cej nie będę mu się na­rzu­cać.

Pod­wi­nę­łam rę­ka­wy blu­zy, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać od wdy­cha­nia jej cu­dow­ne­go za­pa­chu.

Chwi­lę póź­niej przy na­szym sto­li­ku po­now­nie po­ja­wi­ła się kel­ner­ka, sta­wia­jąc przed nami ra­cu­chy. Były wiel­kie jak ta­le­rze i uło­żo­ne je­den na dru­gim w spo­rą pi­ra­mi­dę, na wierz­chu któ­rej roz­ta­piał się ka­wa­łek ma­sła. W po­wie­trzu roz­szedł się aro­ma­tycz­ny za­pach wa­ni­lii.

- Jej­ku! Ale to wiel­kie!

Co­hen przy­su­nął do mnie sy­rop.

- My­ślisz, że ci się nie zmie­ści? - spy­tał z ło­bu­zer­skim uśmiesz­kiem.

Czy on musi być aż tak sek­sow­ny?

- Po­ra­dzę so­bie jak pro­fe­sjo­na­list­ka.

Mo­men­tal­nie po­czu­łam za­że­no­wa­nie. Co ja ga­dam?!

Co­hen za­śmiał się, po czym zgar­nął roz­ta­pia­ją­ce się ma­sło z wierz­chu ra­cu­chów i prze­ło­żył na le­żą­cy obok spodek. No tak... Ta­kie­go cia­ła nie da się wy­pra­co­wać, na­py­cha­jąc się tłusz­czem.

Na szczę­ście to nie było moje zmar­twie­nie. Uwiel­bia­łam ma­sło. Wzię­łam do ręki nóż i sta­ran­nie roz­sma­ro­wa­łam ma­śla­ną ka­łu­żę po swo­ich ra­cu­chach.

- Masz dziew­czy­nę? - spy­ta­łam, prze­ły­ka­jąc pierw­szy kęs.

Kiw­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą, bio­rąc do ust ko­lej­ny ka­wa­łek.

- Spo­ty­kam się z kimś.

- Ale nie było jej dziś u cie­bie.

- Nie zo­sta­je na noc - wy­ja­śnił, wy­cie­ra­jąc usta ser­wet­ką.

To było dość dziw­ne. Czyż­by był ty­pem fa­ce­ta, któ­ry nie chce, żeby dziew­czy­na zo­sta­ła na noc? Wy­da­wał mi się co­raz bar­dziej za­gad­ko­wy.

- A ty? Masz chło­pa­ka?

- Nie - za­prze­czy­łam, chy­ba odro­bi­nę zbyt ocho­czo.

- Wi­dzę, że coś się za tym kry­je - rzu­cił i się ro­ze­śmiał.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Nic spe­cjal­ne­go, po pro­stu nie za­le­ży mi na związ­ku. Kie­dy za rok czy dwa zro­bię dok­to­rat, pew­nie stąd wy­ja­dę. Na ra­zie chcę się do­brze ba­wić i nie an­ga­żo­wać w nic po­waż­ne­go.

- Hm...

Co­hen spu­ścił wzrok i za­czął się ba­wić ser­wet­ką. Czyż­bym po­wie­dzia­ła coś nie­wła­ści­we­go?

Za­ję­łam się z po­wro­tem śnia­da­niem, je­śli tak moż­na na­zwać po­si­łek je­dzo­ny o trze­ciej nad ra­nem.

- Co stu­diu­jesz?

- Psy­cho­lo­gię - od­po­wie­dzia­łam, wy­su­wa­jąc czu­bek ję­zy­ka, żeby zli­zać sy­rop z dol­nej war­gi. - A ty?

Po­dą­żył wzro­kiem za moim ję­zy­kiem i gło­śno prze­łknął śli­nę.

- Eko­no­mię. Do­sze­dłem do wnio­sku, że to na tyle sze­ro­ka dzie­dzi­na, że za­wsze będę mógł zna­leźć ja­kąś pra­cę.

Kiw­nę­łam gło­wą. Po­tem sku­ba­łam ma­ły­mi kę­sa­mi ra­cu­chy, pod­czas gdy Co­hen opo­wia­dał o so­bie. Do­wie­dzia­łam się, że stu­diu­je za­ocz­nie i oprócz tego, że jest stra­ża­kiem, pra­cu­je jako bram­karz w jed­nym z ba­rów w cen­trum.

Po śnia­da­niu od­pro­wa­dził mnie pod drzwi miesz­ka­nia. Księ­ży­co­wa po­świa­ta i gra­nie świersz­czy two­rzy­ły baj­ko­wą sce­ne­rię.

Sta­li­śmy zwró­ce­ni twa­rza­mi do sie­bie. Pa­da­ją­ce cie­nie spra­wi­ły, że wy­dał mi się jesz­cze przy­stoj­niej­szy, o ile to w ogó­le moż­li­we. Wy­so­ki, szczu­pły i wy­spor­to­wa­ny, nie miał na cie­le ani gra­ma zbęd­ne­go tłusz­czu. Chło­nę­łam wzro­kiem jego kwa­dra­to­wą szczę­kę, peł­ne usta, nie­przy­zwo­icie błę­kit­ne oczy i krót­ko przy­cię­te wło­sy.

- Dzię­ki za śnia­da­nie - wy­mam­ro­ta­łam.

Ski­nął gło­wą.

- Nie ma za co.

Zdję­łam blu­zę i po­da­łam mu ją. Jego wzrok ze­śli­zgnął się na moje pier­si, ale mimo że nie trwa­ło to dłu­żej niż uła­mek se­kun­dy, zdo­ła­łam do­strzec, że bar­dzo mu się spodo­ba­ło to, co tam zo­ba­czył.

Cóż mogę po­wie­dzieć? Nie da się ukryć, że pod tym wzglę­dem na­tu­ra ob­da­rzy­ła mnie wy­jąt­ko­wo hoj­nie. Duże C, jędr­ne i ster­czą­ce. I na do­da­tek znów ze stward­nia­ły­mi sut­ka­mi!

O kur­czę...

Tym ra­zem nie mia­ło to nic wspól­ne­go z chłod­nym po­wie­trzem - głów­nym po­wo­dem była wy­mow­na mina Co­he­na. Naj­wy­raź­niej miał ob­se­sję na punk­cie cyc­ków.

Od­chrząk­nął.

- Dasz so­bie radę?

No tak... Prze­cież w moim miesz­ka­niu czai się cho­ler­ny nie­to­perz! A to nie była żad­na rand­ka, tyl­ko są­siedz­ka po­moc. Nic poza tym. Cho­le­ra... Zejdź na zie­mię, Liz.

- Ja tam nie śpię... Nie ma mowy. Mu­szę od­cze­kać kil­ka go­dzin, za­nim będę mo­gła ścią­gnąć wła­ści­cie­la domu.

Co­hen zmarsz­czył brwi.

- Co masz za­miar ro­bić do tego cza­su? Jest jesz­cze cho­ler­nie wcze­śnie.

Ro­ze­śmia­łam się.

- Je­stem dużą dziew­czyn­ką. Po­ra­dzę so­bie. Jesz­cze raz dzię­ki...

Zro­bi­łam krok w kie­run­ku swo­ich drzwi, a wte­dy Co­hen zła­pał mnie za nad­gar­stek.

- Daj spo­kój. Idziesz do mnie na górę.

- Co?

Po­ło­żył dru­gą dłoń w dole mo­ich ple­ców i pchnął mnie lek­ko w kie­run­ku scho­dów.

- No da­lej, wchodź.

Wzdry­gnę­łam się w du­chu, za­sko­czo­na jego bez­ce­re­mo­nial­no­ścią, ale po­słusz­nie za­czę­łam się wspi­nać po scho­dach, czu­jąc ulgę, że nie mu­szę cze­kać sama na dole.

Kie­dy do­tar­li­śmy na pod­da­sze, Co­hen otwo­rzył drzwi i prze­pu­ścił mnie przo­dem. Jego miesz­ka­nie było na­praw­dę ma­leń­kie. Gdy już opa­dły emo­cje z po­wo­du przy­go­dy z nie­to­pe­rzem, do­strze­głam jego cia­sno­tę. Sko­sy może i są cie­ka­wym roz­wią­za­niem ar­chi­tek­to­nicz­nym i do­brze się pre­zen­tu­ją, ale w nie­któ­rych miej­scach utrud­nia­ły mu swo­bod­ne po­ru­sza­nie. Drew­nia­na pod­ło­ga skrzy­pia­ła przy cho­dze­niu. - Aż dziw­ne, że ni­g­dy wcze­śniej tego nie sły­sza­łam u sie­bie na dole.

Co­hen ci­snął na opar­cie sofy blu­zę, któ­rą mu od­da­łam.

- Zmę­czo­na?

- Po­win­nam się tro­chę prze­spać, ina­czej ju­tro wszyst­kich po­za­gry­zam.

Za­śmiał się.

- Szcze­ra je­steś. To mi się po­do­ba.

- Dzię­ki?

Nie by­łam do koń­ca pew­na, ale to chy­ba był kom­ple­ment. Ro­zej­rza­łam się po cia­snym miesz­kan­ku, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie mia­ła­bym się po­ło­żyć.

- Czy two­ja dziew­czy­na nie bę­dzie wście­kła, że się tu prze­śpię?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- To nie moje zmar­twie­nie.

Przy­gry­złam moc­no war­gę, żeby po­wstrzy­mać uśmiech.

Od­wró­cił się i wy­szedł do sy­pial­ni, pod­czas gdy za­sta­na­wia­łam się, czy mam pójść za nim. Za­nim się jed­nak zde­cy­do­wa­łam, po­ja­wił się z po­wro­tem z na­rę­czem ko­ców i po­du­szek, któ­re rzu­cił nie­dba­le na sofę.

- Mo­żesz spać w moim po­ko­ju. Po­ło­żę się tu­taj.

Szyb­ko zmie­rzy­łam go wzro­kiem.

- Ile ty masz wzro­stu?

- Pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt. Dla­cze­go py­tasz?

Syk­nę­łam z dez­apro­ba­tą.

- Tak my­śla­łam... Wy­klu­czo­ne.

Nie było szans, żeby mógł się wy­god­nie roz­ło­żyć na so­fie.

- Dam so­bie radę.

- Bzdu­ra. Wra­caj do łóż­ka. Ja się tu po­ło­żę.

Mó­wiąc to, za­bra­łam się do roz­kła­da­nia na so­fie ko­ców, ale zła­pał mnie za ręce.

- Je­steś moim go­ściem. Po­wi­nie­nem od­dać ci swo­je łóż­ko.

Jego głos był cie­pły i pe­łen po­wa­gi.

Nie po­tra­fi­łam się oprzeć, żeby nie do­tknąć dło­nią jego klat­ki pier­sio­wej. Była do­kład­nie taka, jak się spo­dzie­wa­łam - cie­pła i twar­da.

- Nie je­stem żad­nym go­ściem, kot­ku, tyl­ko upier­dli­wą są­siad­ką od nie­to­pe­rza, któ­ra wy­rwa­ła cię z łóż­ka w środ­ku nocy. A te­raz marsz do łóż­ka!

Spoj­rzał mi w oczy.

- Masz cha­rak­te­rek...

- Do­brze kom­bi­nu­jesz.

- A skąd pew­ność, że nie je­stem se­ryj­nym mor­der­cą?

- Stąd, że se­ryj­ni mor­der­cy ra­czej nie uży­wa­ją rę­ka­wic ku­chen­nych, żeby ko­goś za­ła­twić, i nie ku­pu­ją swo­im ofia­rom ra­cu­chów przed po­ło­że­niem ich do swo­je­go łóż­ka.

- To jest ar­gu­ment! - Od­wró­cił się w stro­nę sy­pial­ni. - Daj znać, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła albo... gdy­byś znów zo­ba­czy­ła ja­kie­goś nie­to­pe­rza. Trzy­mam rę­ka­wi­ce w po­go­to­wiu...

Na­gle z dru­gie­go po­ko­ju do­biegł ja­kiś od­głos, a Co­hen zro­bił minę, jak­by so­bie wła­śnie o czymś przy­po­mniał.

- Jest pro­blem...

Spoj­rza­łam py­ta­ją­co, za­sta­na­wia­jąc się, o co mu cho­dzi. Może jego dziew­czy­na jed­nak po­sta­no­wi­ła wpaść?

- Zwy­kle śpi tu Bob.

Za­nim zdą­ży­łam spy­tać, kim jest Bob, do przed­po­ko­ju wpadł wiel­ki pies i po­ga­lo­po­wał pro­sto na mnie.

- Chce spać ze mną w łóż­ku, ale zwy­kle mu nie po­zwa­lam, bo ścią­ga ze mnie koł­drę.

- A cóż to, u dia­bła, jest?!

Cof­nę­łam się nie­co, żeby zna­leźć się poza za­się­giem psie­go ogo­na. Po­kry­te krę­co­ną sier­ścią ko­lo­ru brzo­skwi­nio­we­go psi­sko przy­po­mi­na­ło ogrom­ną wło­cha­tą kulę.

- La­bra­do­odle. Nie­li­nie­ją­cy.

- Co ta­kie­go? La­bra­pu­del?

Bob wsko­czył na sofę i usa­do­wił się na ko­cach, któ­re przed chwi­lą sta­ran­nie roz­ło­ży­łam.

Co­hen się ro­ze­śmiał.

- Ra­dzę ci jed­nak pójść do mnie, chy­ba że tak ko­chasz psy, że wo­lisz spać z tym fa­ce­tem...

Nie mia­łam ocho­ty kłaść się na ka­na­pie, któ­ra słu­ży­ła za psie le­go­wi­sko, więc po­słusz­nie kiw­nę­łam gło­wą.

Co­hen za­pro­wa­dził mnie do sy­pial­ni, któ­ra oka­za­ła się duża i schlud­na. Na środ­ku sta­ło po­dwój­ne łóż­ko. Nie było tam żad­nych in­nych me­bli, nie li­cząc wą­skiej ko­mo­dy i sto­li­ka noc­ne­go, na któ­rym le­ża­ła garść drob­nia­ków i stał bu­dzik.

Na nie­za­ście­lo­nym łóż­ku le­ża­ły ciem­no­po­pie­la­te prze­ście­ra­dło i bia­ła pi­ko­wa­na koł­dra. Wy­glą­da­ło to wszyst­ko bar­dzo za­chę­ca­ją­co.

Co­hen zmie­rzył mnie wzro­kiem.

- Chcesz... coś do prze­bra­nia? - za­py­tał i spoj­rzał wy­mow­nie na moje dżin­sy.

- Nie, nie... Dzię­ki.

Przy­po­mnia­łam so­bie, że mam pod spodem szor­ty od pi­ża­my, więc za­czę­łam roz­pi­nać spodnie.

Spu­ścił wzrok, wy­raź­nie skrę­po­wa­ny tym, że się roz­bie­ram w jego obec­no­ści. Zło­ży­łam dżin­sy sta­ran­nie w kost­kę i odło­ży­łam je na pod­ło­gę obok łóż­ka. Już chcia­łam się po­ło­żyć, gdy na­gle chwy­cił mnie za ło­kieć.

- Nie ta stro­na.

Aha. Prze­su­nę­łam się bli­żej ścia­ny.

Szyb­kim ru­chem ścią­gnął ko­szul­kę przez gło­wę i zdjął spodnie, zo­sta­jąc tyl­ko w czar­nych bok­ser­kach. Za­nim zdą­żył się wśli­zgnąć do łóż­ka tuż obok mnie i przy­kryć koł­drą, mi­gnę­ła mi przed ocza­mi jego opa­lo­na skó­ra.

Wy­czu­łam, że coś się mię­dzy nami zmie­ni­ło. Nie­spo­dzie­wa­nie at­mos­fe­ra zro­bi­ła się cięż­ka i na­pię­ta.

- Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łam, że zaj­mu­ję two­ją po­ło­wę - wy­szep­ta­łam w ciem­no­ściach.

- W po­rząd­ku. Wolę spać jak naj­bli­żej drzwi. Gdy­by ktoś się wła­mał, naj­pierw bę­dzie miał do czy­nie­nia ze mną...

Dość dziw­nie to za­brzmia­ło, ale spodo­ba­ło mi się. Co za uro­czy chło­pak! Może dla­te­go, że jest stra­ża­kiem. Rzad­ko mia­łam z ta­ki­mi do czy­nie­nia.

Rozdział 3

Rano Co­hen stał ofiar­nie na stra­ży, pod­czas gdy ja wpa­dłam do swo­je­go miesz­ka­nia po czy­ste ubra­nia i lap­to­pa. Nie­to­pe­rza nie było ni­g­dzie wi­dać, ale i tak by­łam wdzięcz­na no­we­mu zna­jo­me­mu za to, że przy­szedł ze mną.

Po­dzię­ko­wa­łam mu za po­moc i wy­ru­szy­łam na od­da­lo­ną o dwa­dzie­ścia mi­nut spa­ce­rem uczel­nię. Mimo że ze­szłej nocy prze­spa­łam za­le­d­wie kil­ka go­dzin, a wcze­śniej tro­chę prze­sa­dzi­łam z wi­nem, czu­łam się wy­po­czę­ta. Łóż­ko Co­he­na było bar­dzo wy­god­ne. Nie ba­łam się sa­mot­no­ści, ale i tak od cza­su do cza­su bu­dził mnie w nocy ja­kiś od­głos. Po­tem dłu­go nie mo­głam za­snąć.

Mój są­siad oka­zał się stu­pro­cen­to­wym dżen­tel­me­nem - ani na mo­ment nie opu­ścił swo­jej stro­ny łóż­ka, w ogó­le nie zwra­ca­jąc na mnie uwa­gi. Zo­sta­łam u nie­go do rana, co było dość za­ska­ku­ją­ce, bo mia­łam że­la­zną za­sa­dę, że nie zo­sta­ję u fa­ce­tów, z któ­ry­mi sy­piam. Cza­sa­mi zda­rza­ło mi się przy­snąć po sek­sie, ale za­wsze bu­dzi­łam się w nocy i wy­my­ka­łam ukrad­kiem z łóż­ka.

Może w to­wa­rzy­stwie Co­he­na czu­łam się tak do­brze dla­te­go, że nie łą­czy­ły nas in­tym­ne re­la­cje? Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, od­pę­dza­jąc od sie­bie tę myśl.

Spę­dzi­łam cały dzień w czy­tel­ni, pra­cu­jąc nad re­fe­ra­tem. Zro­bi­łam so­bie prze­rwę tyl­ko na kawę i na ka­nap­kę ku­pio­ną w de­li­ka­te­sach na­prze­ciw. O szó­stej wie­czo­rem znów po­czu­łam głód, a do tego na­bra­łam ocho­ty na go­rą­cą ką­piel w swo­jej wan­nie z hy­dro­ma­sa­żem.

Prze­ło­ży­łam tor­bę z lap­to­pem przez ra­mię i ru­szy­łam w stro­nę domu. Po dro­dze za­bra­łam się za spraw­dza­nie wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dę wśród nich in­for­ma­cję od wła­ści­cie­la domu w spra­wie nie­to­pe­rza. Prze­glą­da­łam SMS-y je­den po dru­gim, gdy na­gle wpa­dłam na coś wiel­kie­go. Stęk­nę­łam, uno­sząc po­śpiesz­nie gło­wę, żeby spraw­dzić, kto - lub co - sta­nął mi na dro­dze.

To był...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej