Rozdział 3
Rano mężczyzna znów stanął w progu. Przewiercał mnie wzrokiem tak, jakby chciał wyczytać, czy już się złamałam.
- Jak spałeś? - Uśmiechnęłam się słabo.
- Chcesz najpierw do łazienki? Zaraz przyniosę kawę i śniadanie.
- Odpowiadasz czasem na pytania?
Podniosłam się z materaca, poprawiając spódnicę. Chciałam przejść obok niego, ale w ostatnim momencie chwycił mnie za przedramię i zacisnął na nim palce. Jego mrożący wzrok ostrzegał, żebym słuchała uważnie.
- Wierzę, że naczytałaś się bzdur, że trzeba zbliżyć się do napastnika, żeby trudniej mu było cię skrzywdzić. Nie ze mną te numery. Nie zaprzyjaźnimy się, Scarlett. Wbij to sobie do tej rudej główki.
- Nie szkodzi, Nie Twoja Sprawa. - Wzruszyłam ramionami. - Ludzie mnie nie lubią, a ja ich. Dla mnie to żadna nowość, naprawdę. Różnica polega na tym, że na wolności śpię w droższej pościeli i mam połączenie z Internetem.
Odwrócił się do mnie, gdy skręciłam w lewo. Znałam już drogę do łazienki, ale musiałam poczekać, aż łaskawca zechce otworzyć drzwi. O nic nie poprosiłam, chociaż chyba na to czekał. W końcu się ruszył.
Odświeżyłam się na tyle, na ile było to możliwe w niewielkim pomieszczeniu, przy umywalce i z pomocą mydła. Gdy wróciłam, nie otworzył drzwi do nory, tylko wskazał schody przed sobą.
- Chodź, jesteś gotowa. Jeden zły ruch i wrócisz do piwnicy.
- Na co jestem gotowa? - Zerknęłam niepewnie we wskazaną stronę.
- Zjemy śniadanie, przebierzesz się i jedziemy. To było chwilowe i nie jest bezpieczne na dłuższą metę.
- Dlaczego mnie przetrzymujesz? Czego chce twój zleceniodawca?
- Żebyś żyła - odparł, lekko popychając mnie na schody. - Ktoś inny dostał zlecenie, żeby cię zabić. Weszli do twojego mieszkania pięć minut po naszym zniknięciu, więc masz wiele szczęścia.
- Kto chce mnie zabić? A kto ratować? Dziadek? To dziadek, prawda?
- Idź przed siebie i nie zadawaj pytań. - Znów ten okropny ton. Przewróciłam oczami. Naprawdę trudno było wyciągnąć z niego cokolwiek.
Pokonaliśmy schody i pchnąwszy stare, ciężkie drzwi, zrobiłam krok naprzód w stronę światła. Deska wydała dźwięk pod naporem mojej gołej stopy. Pomyślałam, że to nie przypadek. Uszkodził ją specjalnie. Gdybym jakimś cudem wydostała się na powierzchnię, właśnie usłyszałby, że chodzę po domu.
- Chodź. - Spojrzał na mnie surowo, kładąc dłoń na moich plecach. - Ostrzegam. Narozrabiasz, to wylądujesz w piwnicy i nie przyjdę, żeby dać ci jeść.
- Dieta piwniczanka?
Nie odpowiedział, gdy weszliśmy do otwartej kuchni. Nie była duża, a część jadalną oddzielał blat z krzesłami barowymi. Zajęłam jedno z nich.
- Koktajl czy bułka z czymś?
Jednym ruchem ściągnął z siebie kominiarkę i rzucił ją na stół. Moim oczom ukazały się potargane czarne włosy, mocna żuchwa okraszona krótkim, ciemnym zarostem i idealne usta. Otworzył lodówkę, jakby nie wydarzyło się nic ciekawego.
- Co się gapisz? Zadałem pytanie.
- Nie boisz się, że cię teraz rozpoznam?
Zaśmiał się złowrogo. Powolnym ruchem zamknął drzwiczki i podszedł do mnie w skupieniu niczym skradający się drapieżnik. Przeszedł mnie dreszcz, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nachylił się, niemal z psychopatycznym namaszczeniem łapiąc kosmyk moich włosów.
- Co zrobisz? Podasz policji mój rysopis? - Jego usta dotknęły płatka mojego ucha i musiałam przełknąć ślinę, żeby nie zacząć krzyczeć. - Zrób to, a wrócę i cię zabiję. Na własne zlecenie. - Zostawił mnie w spokoju. Klasnął w dłonie i jakby nigdy nic podszedł z powrotem do lodówki. - Rozumiemy się, skowronku?
- Taa... - Odchrząknęłam. - Obiecałeś mi kawę.
Bez komentarza zaczął przygotowywać kanapki i podał mi kubek z parującym płynem. Dostawił obok mleko i cukier. Przez cały ten czas przyglądałam się w skupieniu jego sylwetce.
Nagie przedramiona napinające się, gdy coś chwytał. Dłonie, silne i duże, delikatnie oplatały kruchego pomidora. Wyprostowane plecy, które z każdym ruchem współgrały z materiałem czarnej koszulki. I całkiem zgrabne pośladki ukryte pod dżinsami. Raczej nie był byle jakim przeciwnikiem i już wiedziałam, że niełatwo wydostanę się z jego rąk. Musiałam improwizować. Jakoś zbić go z tropu.
- Jak już uratuje mnie policja, opowiem im, że nic nie pamiętam poza tym, że na pewno miałeś świetny tyłek.
Parsknął śmiechem, ale nie odwrócił się w moją stronę, nadal skupiając się na krojeniu warzyw.
- Ty nie jesteś normalna.
Zaśmiałam się odrobinę głośniej, żeby nie usłyszał, jak przesuwam jeden z noży w swoją stronę. Pisnęłam, gdy rzucone przez niego ostrze wbiło się centymetr koło mojego kciuka. Podniosłam gwałtownie głowę, napotykając lodowate niebieskie spojrzenie.
- Ostrzegałem. Koniec śniadania. Wracasz do piwnicy.
- Rzuciłeś we mnie nożem?!
- A ty się kwiatów spodziewałaś? - wycedził wściekle. Obszedł blat, chwycił mnie za łokieć i powlókł za sobą. - Dostałaś szansę i ją zmarnowałaś.
- Ja tylko się bronię. Wolałbyś, żebym łkała, błagała i klęczała, co?
- Nie. - Przerzucił mnie przez ramię, po czym zbiegł po schodach. Z kopa otworzył drzwi mojej nory i zostawił mnie na materacu. Nachylił się, sycząc mi w twarz: - Wolałbym, żebyś się słuchała. Ty za to wolisz kraść noże z kuchni.
Drzwi się zatrzasnęły, klucz przekręcił, kłódka też wydała dźwięk. Byłam w dupie.
- Więc nie dostanę kanapki? - Uśmiechnęłam się krzywo w stronę kamery.
Igrałam z ogniem, pogrywając z płatnym zabójcą, ale skoro śmierć czekała za rogiem, mogłam wjechać w zakręt z piskiem opon.
Nadchodził wieczór. Brzuch burczał z głodu, pęcherz dokuczał, a ciało stawało się wiotkie. Chociaż nie zmęczyłam się fizycznie, psychika zaczynała płatać figle. A mój niby-ochroniarz nie przyszedł ani razu. Wiedziałam jednak, że mnie podgląda.
- No dobra. Przepraszam - powiedziałam przez ściśnięte z pragnienia gardło. - Nie będę już kombinowała, ale wypuść mnie do łazienki.
Nic.
- Powiedziałam: przepraszam! - krzyknęłam trochę głośniej.
Nagle usłyszałam, że schodzi po schodach. Więc jednak pomogło. Zamek zachrobotał i po chwili mężczyzna wszedł do środka z talerzem w dłoni.
- Zjedz coś. - Postawił posiłek na podłodze.
Głodna jak wilk spojrzałam na to, co mi przyniósł, ale nie zamierzałam się rzucać do jedzenia. Kanapka i kostka czekolady. KOSTKA!
- Resztę zżarłeś sam?
Postawił obok małą butelkę wody, mierząc mnie groźnym wzrokiem.
- Na tyle zasłużyłaś. A teraz słuchaj uważnie. Gdyby nie ja, byłabyś już martwa. Dopóki twoi wrogowie nie znikną, mam cię pilnować i utrzymać przy życiu. Bądź posłuszna i rób, co mówię, a przeżyjesz.
- Jak długo? - Uniosłam brew, przełykając zimną wodę. - Po wszystkim oddasz mnie w czyjeś ręce, prawda?
- Prawda.
- Kim on jest?
- Nie mogę ci powiedzieć.
Specjalnie powiedziałam "on", sprawdzając jego wyraz twarzy. Domyśliłam się, że zleceniodawcą był mężczyzna.
- To ktoś z rodziny?
Milczał.
- Ktoś, kto później zabawi się moim kosztem? Chodzi o majątek, prawda?
Milczał.
Wypuściłam ciężko powietrze, opadając z sił.
- Dobra, z nim rozliczę się później. Co teraz powinnam zrobić?
- Zjedz i w końcu zrozum, jak ważna jest nasza współpraca. Wrócę i porozmawiamy.
- Łazienka.
- Później. - Wstał już i próbował odejść.
- Ale ja muszę...
- Wrócę za kilka minut. - Odszedł, ale nie przekręcił klucza. Sprawdzał mnie.
Postanowiłam udawać, że zaczęłam współpracować. Wolałam, żeby mi zaufał i pozwolił wyjść z piwnicy. Wtedy miałabym więcej możliwości. Grzecznie zjadłam posiłek, popiłam łykiem wody, żeby nie nadwyrężać pęcherza, po czym włożyłam do ust kostkę czekolady. Aż przymknęłam oczy, bo pocieszyła mnie ta odrobina przyjemności. Po chwili mężczyzna wrócił i choć nadal był podejrzliwy, wyglądał także na nieco zadowolonego.
- Świetnie. Teraz pójdziesz do łazienki. Zaraz przyniosę ci świeże ciuchy. Wykąpiesz się, a później zetniesz i zafarbujesz włosy.
- Co? - Zabrał mi ostatnie sekundy pociechy w postaci czekolady. Smak na języku od razu zniknął.
- Ta krwista czerwień rzuca się w oczy.
- To wściekła wiśnia.
- Jakoś mnie to nie dziwi. - Uśmiechnął się wrednie i rzucił coś na materac.
Wzięłam do ręki kartonik, oglądając go z każdej strony. Zszokowana uniosłam głowę i popatrzyłam na mężczyznę jak na idiotę.
- Blond? Serio? Wiesz, jaki mi wyjdzie z tego kolor?
Skrzyżował ramiona na torsie, opierając się nonszalancko o ścianę.
- Gówniany?
- Zrobiłeś to specjalnie?! - krzyknęłam ze zdumieniem.
- Ty chciałaś ukraść nóż, a później przy pierwszej lepszej okazji mnie zadźgać. Brzydkie włosy to niewielka kara. Chociaż... dla kogoś tak próżnego jak ty...
- Co ty niby o mnie wiesz?
- Wiem, że przyda ci się nauczka - burknął, skinieniem głowy wskazując na wyjście. - Idziemy.
Podniosłam się ze wściekłością i poszłam grzecznie na górę. Zaprowadził mnie do schludnej, przytulnej i o wiele większej łazienki. Od razu po wejściu poprawił mi się humor, gdy zerknęłam na sporą wannę, w której mogłabym zamoczyć ciało, dopieszczając je zapachami, gorącą wodą... i maszynką do golenia.
- Gotowa?
Odwróciłam się za siebie przywołana dziwnym dźwiękiem. Mój porywacz bawił się dużymi, ciężkimi nożyczkami.
- Dasz mi do ręki nożyczki? - Uniosłam kpiąco kącik ust.
Zbliżał się powoli. Jego postawa i lód w tęczówkach nakazywały się cofnąć. Nie zamierzałam tego robić. Niemal na mnie wszedł, a ja wojowniczo uniosłam głowę, żeby nie tracić kontaktu wzrokowego. Nie uciekałam, nie chciałam się poddawać. Nauczyłam się być suką, za jaką mieli mnie wszyscy.
- Skowronku? - wyszeptał, po czym przełknął głośno ślinę.
- Mam imię.
- Scarlett... - wymówił niczym poemat i oblizał ponętne usta.
Podniósł rękę, ale się nie cofnęłam, choć kosztowało mnie to wiele silnej woli. Zatrzymałam w płucach powietrze, walcząc z potrzebą wzdrygnięcia się, gdy poczułam, jak odsuwa mi włosy z karku. Złapał w garść czerwony pukiel i pociągnął lekko w tył, zmuszając mnie do odchylenia głowy. Zimna stal nożyczek przejechała po szyi i zatrzymała się ostrzem w miejscu pulsu. Jego usta znalazły się tak blisko, że zakręciło mi się w głowie. Siła i przewaga, jakie miał nade mną ten mężczyzna, otumaniały jak silne uderzenie.
- Naprawdę chcesz wykorzystać te nożyczki przeciwko mnie?
- Nie zabijesz mnie - odpowiedziałam, specjalnie lekko dotykając jego warg swoimi. Skoro on prowokował, nie pozostawałam dłużna. - Nie takie dostałeś zlecenie.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, lecz ten uśmiech był podszyty grozą.
- Nie muszę cię zabijać. Znam całe mnóstwo innych sposobów na sprawianie bólu. - Znów oblizał usta. Mruknął pod nosem, kręcąc głową, ale mnie nie puścił. - Różne już miałem roboty. Czysta śmierć, samobójstwa, nieszczęśliwe wypadki, dostarczenie osoby do innej osoby, więźniów też już pilnowałem, ale ty...
- Jestem wyjątkowa?
- Jesteś moim wrzodem na dupie. A mogłem wziąć zlecenie drugiej strony i patrzeć, jak twoje piękne, długie, czerwone włosy leżą rozsypane wokół ciała.
Serce przestało mi bić i obleciał mnie strach, ale tylko na chwilę. Mógł. Jednak przyjął zlecenie chronienia mnie, a wyglądał na takiego, co nie spieprzył żadnej roboty.
- Teraz musisz o mnie dbać, karmić i zabawiać. Jesteś moją nianią. - Tym razem to ja uśmiechnęłam się szeroko prosto w jego twarz.
Zrobił krok w tył. Odłożył nożyczki na blat obok umywalki. Z pełnym opanowaniem przeszył mnie spojrzeniem, po czym wskazał jedną z szafek.
- Tam znajdziesz nowe szczoteczki do zębów. Masz trochę nieświeży oddech.
Zaśmiał się cicho, widząc wypływający na moją twarz szok. Nucąc pod nosem, zamknął za sobą białe drzwi łazienki.
- Dupek.
Odkręciłam gorącą wodę nad wanną. Chwyciłam krawędzie umywalki, patrząc w smutne odbicie w lustrze. Po dwóch dniach spędzonych w piwnicy wyglądałam okropnie. Prychnęłam sobie w twarz. Byłam naiwna, sądząc, że z takim wyglądem mogłabym jakkolwiek wywrzeć na nim wrażenie i przeciągnąć go na swoją stronę albo za pomocą wrodzonego uroku wyszarpać z niego jakieś informacje. Nie było na to szans. Im dłużej na siebie patrzyłam, tym bardziej się poddawałam. Odepchnęłam ciało od ceramiki ze złością skierowaną na samą siebie. Nie było mowy o poddaniu się. Nie mogłam tego zrobić. Taki już miałam charakter. Otworzyłam łazienkową szafkę. Faktycznie znalazłam w niej szczoteczkę do zębów, waciki, maszynki, a nawet... podpaski i tampony.
- Przygotował się chłopak. - Zaśmiałam się pod nosem, układając potrzebne przybory na blacie.
Dolałam do wanny płynu do kąpieli, którego zapach cudownie rozszedł się po pomieszczeniu. Zakręciłam wodę i zrzuciłam z siebie zmięte, brudne ubrania. Gdy zobaczyłam nieszczęsną kupkę na podłodze, niemal wzdrygnęłam się z obrzydzeniem. Wrzuciłam wszystko do pralki, chociaż ciuchy zapewne miały zostać spalone. Zamoczyłam stopę w gorącej wodzie. Przymknęłam oczy, czując drobne szczypanie. Powoli zanurzałam się cała, napawając się odprężeniem, które wędrowało po ciele i docierało aż do ducha.
Nie poddam się.
Odświeżona i naładowana nową siłą owinęłam ciało ręcznikiem. Drugim wycierałam włosy. Myśl, że będę musiała je ściąć i przefarbować na jakiś ohydny kolor, sprawiała mi ból. Lubiłam je. Ciche pukanie wyrwało mnie z zamyślenia.
- Wejdź.
- Przyniosłem ci ciuchy, wybierz coś. - Położył na kafelkach worek, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. - Włóż, co chcesz. A z włosami żartowałem. - Wyszedł na sekundę i wrócił z pudłem. - Tu są peruki. Jeśli coś wymyślisz, nie musisz ścinać swoich płomieni.
- I mam uwierzyć, że nagle jesteś taki miły?
- Może chcę czegoś w zamian? - Uniósł brew wyzywająco.
- Jeśli tego, żebym zrzuciła ręcznik, to jednak musisz mnie zabić.
Zaśmiał się ponuro, przypominając mi, że tak naprawdę jest zimnokrwistym zabójcą.
- Nie ja zapłaciłem za ciebie sporą sumę. Dla mnie jesteś tylko zleceniem.
Wyszedł, zostawiając mnie na środku łazienki, z rozrywającym się sercem. Dobrze, że tego nie widział, ale właśnie mnie pokonał. Przyznał, że jest ktoś, kto za mnie zapłacił, i ten ktoś upomni się o swoje, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Jaką cenę będę musiała ponieść za uratowanie życia?
Przestałam być Scarlett Davies, stałam się zleceniem. Tylko zleceniem...