Napoleon
Coś strasznego stało się z Michaelem, gdy dostał do ręki mapę. Cleo
powierzyła mu zadanie wyznaczenia trasy. Powinna być trudna, ale nie
mordercza, malownicza, ale nie turystyczna. W zamian miała zająć się
noclegami (ścisła zasada: żadnych namiotów) i zebrać grupę kilku miłych
osób, których nie trzeba się obawiać. Długie, jasne dni na górskim
szlaku, a wieczorem pub. Przyjemna i łatwa miniprzerwa wiosenna: tak
wyglądał plan.
No cóż, pomyślał, zastanówmy się. Mapa przeobraziła go w generała, gdy
stał przy biurku, oparty na zaciśniętych pięściach, pogardzając
amatorami, którzy wciąż będą mieli metki na butach. Niczym zdobywca
planujący podbój przeanalizował ukształtowanie i stopień nachylenia
terenu, ale wszystko wydawało mu się zbyt błahe, zbyt łatwe, za krótkie;
bagna i moczary to tylko kilka kresek, a mile to zaledwie centymetry.
Trzy dni to zdecydowanie za mało i zaświtała mu kusząca myśl, czy nie
powinien po prostu zostawić innych za sobą i pomaszerować dalej? Jak
daleko mógłby dotrzeć, nim przyjdzie pora nieuchronnego powrotu do domu?
Gdyby zaczął na zachodnim wybrzeżu, mógłby dojść do wschodniego,
szlakiem biegnącym w szerokim paśmie wciśniętym poniżej wybrzuszenia
Szkocji, pokonując Krainę Jezior, potem Penniny i dalej przez Yorkshire
Dales, Moors, aż wreszcie zszedłby na wybrzeże Yorkshire, żeby zanurzyć
palce w Morzu Północnym. To była sławna trasa opracowana przez Alfreda
Wainwrighta, sto dziewięćdziesiąt mil, na które zwykle przeznaczano
dwanaście, trzynaście dni, choć czuł, że jemu z pewnością wystarczyłoby
dziesięć, gdyby się nie zatrzymywał ani nie odpoczywał.
Ta już ukształtowana myśl okazała się nieodparta, niczym obsesja na
punkcie jakiegoś projektu, która ogarnia mężczyzn w średnim wieku, coś
jak bieganie maratonów czy ciesielka. Co więcej, nawet gdy już
uświadomił sobie jej charakter, nie stała się przez to mniej pociągająca
i miał pewność, że gdyby udało mu się taką trasę pokonać, poczułby... co?
W odróżnieniu od pielgrzymki brakowało jakiegoś duchowego celu, ale miał
nadzieję, że przynajmniej da mu poczucie sukcesu, zadowolenia z siebie,
zamknięcia pewnego etapu. Głębokie zanurzenie się w świecie natury z pewnością przynosi spokój umysłu, może nie uczucie szczęścia, ale pogodę
ducha. A do tego po drodze czekały go piękne widoki, trochę niewygód i oczywiście inni ludzie, ale jedynie przez kilka pierwszych dni, a potem
znikną i znów będzie mógł pogrążyć się w milczeniu i rozmyślaniach nad
zdarzeniami ostatnich kilku lat. Przynajmniej się wyśpi, wzgórza i wrzosowiska będą naturalnym środkiem uspokajającym, i nawet gdyby padało
przez cały czas, bez wątpienia będzie to lepsze niż siedzenie przez
dziesięć dni w domu nawiedzanym przez jej ducha. Czuł się w nim po
prostu samotny. Kiedy wychodził na zewnątrz, to poczucie osamotnienia
zamieniało się w rodzaj szlachetnej samotności, stan pozwalający o wiele
lepiej zachować poczucie godności, ponieważ wynikał z jego własnego
wyboru. Wyobrażał sobie, jak pojawia się na wybrzeżu w Robin Hood's Bay,
szczupły i ogorzały od zmiennej aury, brudny, ale oczyszczony i przeobrażony w sposób, jakiego nie potrafił do końca określić.
Spoglądając na mapę, zauważył również, że planowana trasa przebiegała
blisko nowego domu Natashy, choć tę scenę już trudno było mu sobie
wyobrazić.
Nieprzemakalna
Wybrała się na zakupy, żeby wyposażyć się w, jak to nazwała,
"ekwipunek". Jej londyńska garderoba, czyli ubrania, które nosiła
wychodząc na miasto: kryjące rajstopy, długi, czarny płaszcz, spódnica
midi i jakaś góra z dzianiny, wszystko w szarościach i czerniach, z dodatkiem ciemnego błękitu, przypominała rodzaj szkolnego uniformu dla
dorosłych i nie nadawała się na wędrówkę po górach. Zamiast tego będzie
potrzebowała rzeczy z nylonu, polaru, a także odzieży technicznej,
słowem, wszystkiego, co było niezbędne, aby mogła czuć się w górach
wygodnie, ciepło i sucho. Krótko mówiąc, aby dawało jej poczucie, że
nadal jest pod dachem.
W sklepie z ubraniami wieszaki połyskiwały czerwienią, ostrą żółcią,
purpurą i pomarańczą. Marnie wolała jednak kamuflaż i kupiła
oliwkowozieloną kurtkę przeciwdeszczową, która składała się niemal
wyłącznie z kieszeni i suwaków. Do tego parę nieprzemakalnych spodni,
które można było zwinąć w kulkę wielkości jabłka, skarpety termiczne
oraz czerwoną włóczkową czapkę, bo czyż dziewięćdziesiąt procent ciepła
nie ucieka przez głowę? Zaopatrzyła się w bieliznę termiczną na wypadek
śniegu i krem z filtrem na wypadek ostrego słońca, a do tego w mapy i przejrzystą wodoodporną torebkę na mapy i plecak, który miał specjalną
kieszeń na torebkę na mapy. Jego pojemność czterdzieści litrów ubrań
trudno jej było sobie wyobrazić. Co to znaczy czterdzieści litrów ubrań.
Ponieważ podstawowe znaczenie miała kwestia nawodnienia, kupiła gumowy
bukłak z rurką, choć wydawał się złowrogi i makabryczny, jak coś, co
wisi nad człowiekiem leżącym na szpitalnym łóżku.
Będzie także potrzebowała kompasu, bo co gdyby zabłądziła we mgle albo
została wykluczona przez grupę? W dzieciństwie zawsze zakładała, że
kompas nieodmiennie pokazuje dokładnie kierunek, w jakim człowiek musi
iść, ale życie było bardziej skomplikowane. Marnie nie potrafiła pojąć,
w jaki sposób to zaawansowane technologiczne płaskie urządzenie z plastiku z symbolami i skalami mogło jej pomóc w znalezieniu drogi. Ale
wyobraźmy sobie zażenowanie, gdyby ocalona przez służby ratunkowe, nie
miała czegoś takiego przy sobie. Noszenie kompasu podczas wędrówki było
wyraźnym znakiem: "Popatrzcie, staram się, prawda? Robię co mogę".
Kupiła także nowe buty. W idealnym przypadku sklep z takim asortymentem
powinien zatrudniać wytrawnych wędrowców o posturze niedźwiedzia,
ubranych w kraciaste flanelowe koszule. Natomiast chłopiec pracujący w dziale z butami okazał się bladym, gorliwym fanatykiem i upierał się, że
buty są najważniejsze, złe buty cię wykończą, nigdy nie oszczędzaj na
butach, więc wybór odpowiedniego obuwia wydawał równie ważny jak zakup
dobrego konia. Kupisz za małe, będziesz miała pęcherze, kupisz za duże,
także będziesz miała pęcherze, a do tego połamane paznokcie, odciski i bliznowce. Dlatego świadoma tych wszystkich zagrożeń pozwoliła się
zaprowadzić na niewielki sztuczny mostek wybrukowany polakierowaną
kostką, który miał imitować wędrówkę w nierównym terenie. Ten fałszywy
mostek był ewidentnie żałosny.
- Naprawdę chcesz, żebym przeszła po czymś takim?
- Jeśli możesz.
- Czy tu jest jakiś sklepowy troll? Wiesz, nonsens? Sprzedawca popatrzył
na nią z taką zaciekłością, że nie miała innego wyjścia, jak truchtać
tam i z powrotem, tupiąc na kiepskim mostku, podczas testowania
kolejnych modeli butów trekkingowych. Marszcząc brwi w skupieniu,
unosiła głowę, jakby chciała nawiązać telepatyczną więź ze swoimi
stopami, aż wreszcie miała ochotę rzucić się z tego mostka. Zdecydowała
się na rujnująco kosztowną parę z połyskliwej, brązowej skóry, a także
na coś w sprayu, co miało konserwować buty, i na wosk, który należało w nie wcierać. "Musisz je rozchodzić - oświadczył sprzedawca -
przyzwyczaić je do siebie". Zapakowała więc do plecaka swoje pantofle na
płaskim obcasie i powędrowała Charing Cross Road. Na myśl o pieniądzach,
jakie wydała na buty, zrobiło jej się niedobrze, ale starała się
usprawiedliwić ten wydatek przed głosami nieistniejących krytyków.
W domu włożyła na siebie zakupione ubranie i popatrzyła w lustro. Metki
zwisały jak świecidełka na choince, pokój zdawał się kurczyć, podczas
gdy ona zyskiwała na wadze. W zielonej kurtce z kapturem i w czerwonej,
włóczkowej czapce wyglądała jak wielka wypchana oliwka. Hałas
ocierających się o siebie materiałów doprowadzał ją do szaleństwa, ryk
nylonu ocierającego o goreteks. A do tego, czy sobie to wyobraziła, czy
te buty rzeczywiście nie były trochę za ciasne? Kiedy stanęła z profilu
i przytrzymała się pasków plecaka, zwisająca nisko z tyłu bryła
sprawiała, że Marnie wyglądała jaki tyranozaur. Stojąc przodem, aż
nazbyt zdawała sobie sprawę z tego, jak paski plecaka eksponują jej
piersi, wypychając je do przodu, niczym dziób łodzi podwodnej. Czy
powinna zabrać ze sobą coś eleganckiego na wieczory, poświęcić jeden
albo dwa z czterdziestu litrów na ładną sukienkę? Czy będą jakieś
imprezy? Czy powinna wydepilować nogi? Poczuła jak pot spływa jej po
kręgosłupie.
Cztery samotne osoby, jedna para małżeńska i nastolatek. To aż nadto
przypominało klasyczny kryminał. Choć miała nadzieję, że tak daleko
sprawa nie zajdzie.
Orgia w Wigan
To naprawdę wstyd, że nie odjeżdżała z bardziej romantycznej stacji,
spod wiktoriańskich łuków Waterloo albo szklanego sklepienia Kings Cross
czy Paddington lub chociaż czarno-białej ażurowej siatki Marylebone.
Jednak podróż w kierunku północno-zachodnim oznaczała wizytę w posępnym
czarnym pudle Euston. Budynku, którego zewnętrzna fasada jest w jakiś
sposób ukryta - do tego stopnia, że żaden londyńczyk nie potrafi jej
narysować - podobnie jak jego funkcja, jakby pociągi odjeżdżały chyłkiem
z tylnego pokoju. Nawet w jasny i rześki kwietniowy poranek stacja
sprawiała wrażenie posępnej, niczym z jakiejś dystopii. Wymyślny strój
wydawał jej się teraz absurdalny, sportowy stanik był jak opaska
uciskowa, ciepłą bieliznę włożyła zdecydowanie za wcześnie, a czterdzieści litrów ubrań ciążyło na plecach tak bardzo, że całkiem
realne wydało się ryzyko zemdlenia w kolejce po kawę, gdy poleci do tyłu
i wyląduje na plecaku, wymachując bezradnie rękami i nogami, jak owad w pudełku po butach.
Nieco lepiej poczuła się w pociągu, zajmując miejsce przy oknie, twarzą
do kierunku jazdy: po prostu marzenie. Teraz, jak kobieta biznesu,
wyjęła laptop, położyła obok pisak i notatnik i zupełnie niepotrzebnie
podłączyła urządzenia do ładowarki. Ale w końcu to był klucz do
przetrwania na łonie natury: naładowane urządzenia i korzystanie z toalety za każdym razem, kiedy nadarzy się okazja. Zabrała ze sobą
zniszczony egzemplarz Wichrowych wzgórz, książkę, która, jak sądziła,
wprawi ją w odpowiedni nastrój, i wyglądając przez okno, obserwowała,
jak pociąg wytoczył się na światło, wyłoniwszy się zza szeregowych domów
w okolicach Mornington Crescent. Adresu, który wciąż zachował aurę
starych filmów z początku lat sześćdziesiątych, z nurtu społecznego
realizmu, smutnych, obskurnych historii miłosnych, do jakich aspirowała,
gdy po raz pierwszy przeniosła się do miasta. Widziała zamknięte
okiennice i brudne zasłony i wyobrażała sobie dzisiejszych kochanków
śpiących w wynajętych pokojach. A potem, nagle, ponad rzędami
szeregowych domów pojawiło się ostrze jasnego błękitu i zrobiło jej się
żal tych wszystkich ludzi, którzy wciąż leżą w łóżkach.
Miasto powoli znikało i pojawiły się przedmieścia. Widziała mijane
zbiorniki gazu, konie na podwórkach stajni, ludzi wyprowadzających psy
na spacer na oszronionych terenach rekreacyjnych, tiry na obwodnicach,
wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, jak w książce Richarda
Scarry'ego. Tak bardzo przyzwyczaiła się do widoku znad swojego stołu w kuchni i krótkiego obiektywu londyńskiego życia. A teraz rozpościerała
się przed nią prawdziwa Anglia, niczym powiększony do rzeczywistych
rozmiarów model. Popatrz, łodzie na kanałach! O, zakład recyklingu!
Farma wiatrowa! Infrastruktura, tak to się chyba nazywało? Przedmieścia
zniknęły, w rowach i zagłębieniach unosiły się opary mgły. Na łąkach
pasły się krowy! Marnie obserwowała mnóstwo rzeczy, uświadamiając sobie,
jaką moc ma podróż pociągiem, a zmieniający się za oknem krajobraz był
symbolem nadchodzących zmian. Czemu nie zrobiła tego wcześniej? Czego
bała się tak bardzo? Czy mogła się czymś przejmować? Przejmowała się
wszystkim.
Zgodziła się przyjechać na trzy noce w ramach pierwszego etapu wędrówki
Od Wybrzeża do Wybrzeża, co najwyraźniej stanowiło jakąś wielką sprawę.
Wydawało się przejawem słabości ograniczenie się do jednego wybrzeża,
ale jeśli nawet wyprawa będzie czymś nieznośnym, a jej uczestnicy nie
dogadają się albo zabraknie im tematów do rozmowy, z pewnością zdoła
przetrwać te trzy noce. Zobaczy Atlantyk i niektóre ze sławnych jezior,
a we wtorek pogna z powrotem z Penrith, popołudniami zaś znajdzie jakieś
spokojne miejsce i będzie pracować, ponieważ za całą tę przygodę trzeba
będzie zapłacić.
Otworzyła nowe zlecenie. Pokręcona noc, taki tytuł nosiła kontynuacja
niezwykle poczytnego erotycznego thrillera Ciemna noc, w którym autor
uchylał rąbka tajemnicy spowijającej świat prywatnych seksklubów w Hollywood. "Bardzo pieprzne, ale przypuszczalnie rzecz została napisana
trochę za szybko", oświadczył wydawca. Nawet tytuł, jak się wydawało,
wymagał komentarza na marginesie, ponieważ noc może być ciężka, gorąca
albo niekończąca się, ale w jakim sensie miałaby być pokręcona?
Wkrótce Marnie zorientowała się dlaczego. Już opis orgii na wstępie
książki zajął jej całą drogę przez Cotswolds do West Midlands i nigdy
nie czuła się tak wdzięczna losowi za to, że miejsce obok niej jest
puste. Akcja wydawała się tak dezorientująca, że musiała zrobić notatki
na serwetce, aby ustalić kto i gdzie się znajduje, złożony układ
strzałek i inicjałów, niczym plan bitwy pod Austerlitz. Czy "S" znajduje
się na górze "B" w tym momencie, czy z tyłu, a jeśli tak, to gdzie
znajduje się "L" i co właściwie trzyma w dłoni? Wibrator przeskakiwał z lewa na prawo i znowu na lewo, niczym mikrofon śpiewaczki w nocnym
klubie, a do tego autor nieustannie używał zamiennie słów "lateks" i "PCV", jakby były synonimami. Marnie była prawie pewna, że tak nie jest,
choć gdy usiłowała to sprawdzić za pomocą wi-fi w wagonie, otrzymała
komunikat, że "lateks" i "PCV" to terminy zabronione.
Usunęła historię wyszukiwania i postanowiła sprawdzić później. Na razie
i tak miała pełne ręce roboty, zajmując się obłąkaną interpunkcją,
przecinkami porozrzucanymi jak płatki róż, lasem wykrzykników i zdaniami
długości całego akapitu, nadającymi tekstowi swego rodzaju halucynacyjną
modernistyczną intensywność. Marnie nigdy nie uczestniczyła w orgii, ale
redagowała wiele opisów takich imprez i chociaż to nie było to samo, nie
mogła zaprzeczyć, że autor zręcznie oddawał w swojej prozie poczucie
paniki i dezorientacji związanej z grupowym seksem. Naprawdę nie sposób
było stwierdzić, co kto robił i z kim, a raczej "komu" czy też "komu co
jest robione przez kogo". Orgia przypominała próbę pogłaskania się po
głowie i jednocześnie pocierania brzucha, z tym, że głowa i brzuch
należały do dwóch różnych osób. Czy to gorący język "S" znajduje się na
słonej skórze "L", czy ostry sutek "B" znajduje się w miękkich ustach
"L", oraz czy "ostry" to naprawdę właściwe słowo?
Jako czytelniczka przypuszczalnie mogłaby poczuć podniecenie, mimo że
książka była powierzchowna i oślizła, ale wymagano pewnego
profesjonalnego dystansu, więc Marnie pracowała metodycznie,
zastanawiając się, czy organ płciowy jednej z postaci naprawdę mógł mieć
smak oceanu i jeśli rzeczywiście tak było, czy to było coś dobrego? Może
sprawa zależała od tego, o który ocean chodzi. Nikt przecież nie chciał
poczuć w ustach smaku kanału La Manche.
Marnie od czasu do czasu upijała łyk herbaty. Nie dzieliła z nikim łóżka
od - Boże, co za straszna arytmetyka - sześciu lat. Wiedziała, że nie ma
w tym nic niezwykłego i że celibat jest akceptowalnym wyborem, ale kiedy
wypróbowała tę statystykę na Cleo, usłyszała jedynie "O rany". Jej
przyjaciółka zawsze roztaczała wokół aurę pewności siebie w sprawach
seksu, rodzaj leniwego spojrzenia spod ciężkich powiek i potrząsania
gęstymi lokami i nigdy nie chwaliła się wprost, ale dawała do
zrozumienia, że jest "w tych sprawach" zadowolona. Marnie starała się
nie czuć urazy, ale to "O rany" zabolało. To jak jazda autostradą,
wyjaśniła Cleo. Nie możesz unikać tego zbyt długo, ponieważ w końcu
zaczynasz się bać, i Marnie poczuła kolejne małe ukłucie, ponieważ
zawsze lubiła jeździć autostradą, była chwalona za technikę jazdy i chętnie znowu znalazłaby się w drodze. Nawet małżeństwo nie wybiło jej
tego z głowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wyobrażone fotografie
We wszystkich młodzieńczych wizjach przyszłości, pracy, którą mogłaby
wykonywać, miasta i domu, w których mogłaby mieszkać, oraz otaczających
ją członków rodziny i przyjaciół, Marnie nigdy nie sądziła, że będzie
samotna.
Kiedy była nastolatką, ujmowała tę przyszłość jako serię wyobrażonych
fotografii, pełnych ludzi, przyjaciół splatających się ramionami, gdy
siedzieli w jakiejś knajpie, uwiecznieni z czerwoną plamką w oczach od
błysku flesza, albo gdzieś na plaży, oświetleni blaskiem płomieni
ogniska rozpalonego na brzegu morza, i tam, w samym środku grupy,
widziała własną roześmianą twarz. Późniejsze zdjęcia były mniej
określone, twarze stawały się bardziej niewyraźne, ale z pewnością
powinien znaleźć się na nich jakiś partner, a może nawet dzieci, oraz
grono przyjaciół, których, tego była pewna, będzie znała i kochała przez
całe życie.
A jednak już od sześciu lat nie zrobiła zdjęcia drugiej osobie. Ostatnia
fotografia, jaką zrobiono jej samej, powstała w biurze paszportowym,
gdzie poinstruowano ją, aby starała się nie uśmiechać. Gdzie się
podziali wszyscy inni? Marnie, w tym momencie trzydziestoośmiolatka,
dorastała w złotej epoce przyjaźni, gdy posiadanie wokół siebie grupy
wspierających i kochających ją ludzi było znacznie ważniejsze niż
skazane na nieuchronne kompromisy życie rodzinne czy pełne napięć
romanse albo ponure obowiązki związane z pracą. Rozmowy telefoniczne do
późna w noc, SMS-y, wyjścia na miasto i gry planszowe - to wszystko było
o wiele bardziej ekscytujące i dawało jej głębsze poczucie spełnienia
niż chaotyczne życie miłosne, i czyż nie była kiedyś w tym wszystkim
całkiem dobra? Osoba stanowiąca przyjemne uzupełnienie grupy, nawet
jeśli nienależąca do jej jądra, lubiana, choć może niekoniecznie
podziwiana czy uwielbiana. Nie była jedną z tych dziewcząt, które
wynajmują cały klub nocny na swoje urodziny, ale bez trudu wypełniła
salę na piętrze pubu na dwudzieste pierwsze urodziny oraz długi stół we
włoskiej restauracji z okazji trzydziestki. Obawiała się, że
czterdzieste urodziny spędzi na długim spacerze po parku w towarzystwie
jednego albo dwojga przyjaciół niczym popularny niegdyś zespół rockowy
zmuszony do grania w coraz mniejszych salach.
Z każdym rokiem traciła kolejnych przyjaciół, pochłoniętych przez
małżeństwa i obowiązki rodzicielskie dzielone z partnerami, za którymi
nie przepadała albo którzy nie przepadali za nią, i oddalających się do
swoich nowych, bardziej przestronnych domów w Hastings lub Stevenage,
Cardiff lub Yorku, gdzie zanurzali się w swoje coraz bardziej
uporządkowane życie, podczas gdy ona uparcie starała się utrzymać na
powierzchni w Londynie. Jeszcze inni odpadali w następstwie apatii albo
przez brak uwagi, przyjaźnie niczym kartki z podziękowaniami, które
szczerze zamierzała napisać, ale odkładała to na później, aż wreszcie
rzecz stawała się jedynie powodem do zakłopotania. Ale, być może, takie
rozchodzenie się dróg jest czymś normalnym. Prawdziwe życie rzadko
przypomina siedzenie przy ognisku na plaży czy podsycaną alkoholem grę w twistera, i jej rezygnacja z fantazji o ciągłych uściskach i głębokich
rozmowach stanowiła naturalny element dorastania.
Tyle że nikt nie pojawił się w miejsce utraconych przyjaciół i Marnie
musiała teraz zmodyfikować swoją wizję przyszłości, umieszczając w jej
centrum samowystarczalność i niezależność, wieczorną herbatę w ładnym
kubku, gry słowne na telefonie, pilota do telewizora, książki na półkach
i łóżko w sypialni. Chodziło o to, aby jeść, pić, czytać, ignorować
tykanie zegara i żyć, nie narażając się na wtykanie swoich trzech groszy
i krytyczne uwagi ze strony drugiej osoby. Słowem, fantazja o byciu
ostatnią kobietą na ziemi. Nie potrafiła powiedzieć, czy drzewo padające
w głębi lasu wydaje jakiś dźwięk, ale żadna wibracja powstająca pod
wpływem jej poczynań nie uderzała w bębenki czyichś uszu i z czasem
zaczęła rozmawiać z otaczającymi ją przedmiotami. No nie, tylko znowu
nie ty, żartowała, mówiąc do wilgotnej plamy w łazience. Ładne i świeże,
komplementowała kupione jajka. No i proszę, przekomarzała się z korkociągiem wymachującym ramionami w powietrzu. W jakimś filmie
telewizyjnym zobaczyła postać samotnej bohaterki wdającej się w długie
rozmowy ze swoim odbiciem w szybie. Przecież nikt tak się nie zachowuje,
oświadczyła, kierując swoje słowa w stronę ekranu telewizora.
Ale samotne rozmowy przypominały granie ze sobą w scrabble: trudno było
liczyć na element zaskoczenia albo prawdziwe wyzwanie. Czasami nie
kłopotała się nawet o wyrzucanie z siebie słów, ograniczając się do
dźwięków prywatnego języka, rozmaitych "ba" "fu" czy "ha", które
obdarzała nieustannie zmieniającymi się znaczeniami. Pewną pomoc
przynosiło radio, wprowadzając stały rytm w jej dni, choć pod wpływem
docierających do niej wiadomości z każdą godziną czuła coraz większy
skurcz czystego, nagiego lęku albo wściekłości i w końcu pospiesznie
szukała wyłącznika. Słuchała muzyki na rozmaitych playlistach noszących
tytuły w rodzaju Prawdziwa Kawiarnia albo Fortepian w Deszczowy Dzień.
Jednak nikt jeszcze nie ułożył playlisty pasującej do tych sennych
niedzielnych popołudni w jej mieszkaniu z jedną sypialnią, gdy
bezwiednie przeglądała media społecznościowe, oznaczając przy różnych
postach polubienia bez jakiejś szczególnej konsekwencji, obecna, ale
anonimowa, jak osoba bijąca brawo w tłumie na stadionie. Nasze poczucie
czasu zmienia się w zależności od tego, gdzie się znajdujemy i przeklęte
godziny między trzecią a piątą w lutowe popołudnie ciągnęły się w nieskończoność, podobnie jak te same godziny nad ranem, momenty, w których nie miała nic lepszego do roboty oprócz krążenia myślami wokół
tych samych powracających obaw i żalów. Chwile, gdy musiała pogodzić się
z prawdą.
Ja, Marnie Walsh, lat trzydzieści osiem, zamieszkała w Herne Hills, w Londynie, jestem samotna.
Nie chodziło o chwilowe odosobnienie, świadomy wybór samotniczego życia,
czy wrażenie osamotnienia, nie, to była prawdziwa samotność, i świadomość tego stanu rzeczy prowadziła nieuchronnie do poczucia wstydu,
ponieważ jeśli popularność jest nagrodą za to, że jesteś inteligentna,
wyluzowana, atrakcyjna i odnosisz sukcesy, to wyrazem czego jest
samotność? Marnie nigdy nie była osobą specjalnie wyluzowaną, ale nie
była także kimś bez pojęcia. Często słyszała, że jest zabawna, choć gdy
uświadomiła sobie, że to może być pułapka, starała się nie zachowywać
sarkastycznie albo złośliwie i zamiast szydzić z innych, wolała szydzić
z samej siebie. Być może na tym polegał problem - jej były mąż z całą
pewnością umieszczał to wysoko na swojej liście - lecz była także osobą
życzliwą, myślała o innych i zawsze starała się, o ile mogła, dzielić
się z innymi. Nie była nieśmiała. Raczej, jeśli już o to chodzi, starała
się, może za mocno, zadowalać innych, choć wydawało się, że nikt nigdy
nie jest zbytnio zadowolony.
Cóż, nie licząc tego, kim chcielibyśmy być, swoje znaczenie ma także to,
kim jesteśmy, myślała. I w miarę upływu lat ta pierwsza postać ustępuje
drugiej, może więc właśnie kimś takim teraz jestem, osobą, która lepiej
czuje się w swoim towarzystwie. Może nie jest szczęśliwsza, ale czuje
się z tym lepiej. Nie jest introwertyczką, ale ekstrawertyczką, która
wyszła z wprawy.
Jednak jej samotność nie była także romantyczna, co najwyżej czasami.
Marnie zdążyła przed trzydziestką wyjść za mąż i się rozwieść, jedynie
pod tym względem wyprzedzając innych, i to wielkie, podstawowe
nieszczęście jej życia zdołało nieco stępić tego rodzaju emocje, nawet
jeśli blizna od czasu do czasu dawała o sobie znać. Od chwili rozwodu w jej życiu nie było nikogo, w każdym razie na poważnie, choć myślała o tym czasami, że byłoby całkiem przyjemnie poczuć ciepło drugiego ciała
obok siebie w łóżku albo dostać SMS-a, który nie byłby kodem
potwierdzającym transakcję lub próbą wyłudzenia. Jednak ryzyko związane
z miłością romantyczną, sama możliwość bycia zranioną i zdradzoną oraz
ewentualne upokorzenie, o wiele bardziej przeważały potencjalne radości.
Najczęściej po prostu tęskniła za towarzystwem innych, ogólnie i w szczególności. Nawet jeśli perspektywa kontaktu z ludźmi czasami
wydawała jej się onieśmielająca, wyczerpująca i nie do przebycia, nadal
wydawała się lepszym rozwiązaniem niż ograniczone i coraz skromniejsze
życie, jakie wiodła na powierzchni pięćdziesięciu czterech metrów
kwadratowych swojego mieszkania na ostatnim piętrze.
Czasami, myślała, łatwiej pozostać osobą samotną, niż przedstawiać się
jako osoba samotna światu, ale wiedziała, że ten sposób myślenia także
jest pułapką i że jeśli czegoś nie zrobi, ten stan może nabrać cech
trwałości, jak niewytarta w porę plama wilgoci, która wsiąkła w drewno.
To nie wróżyło nic dobrego. Musiała wyjść na zewnątrz.
Potężne siły pod waszymi stopami
- Cała sztuka polegała na tym, aby zmienić sposób, w jaki myślicie o czasie. Nie ma sensu mówienie o minutach, godzinach czy dniach, a nawet
pokoleniach. Musicie zmienić skalę i myśleć w kategoriach tysiącleci.
Wtedy wszystko wokół was stanie się tymczasowe, jeziora, rzeki, góry
wszystko w ruchu, zmieniające położenie w trakcie milionów lat. Ta
dolina nie zawsze rozciągała się tutaj: ona kiedyś powstała, została
wyżłobiona przez potężny lodowiec, ponieważ powłoka lodowa jest czymś,
co się porusza. Choćby kilka stóp dziennie, szorując po podłożu i torując sobie drogę za pomocą ogromnych zębów w postaci głazów, które
wyrywa z podłoża i zabiera ze sobą, w procesie, który nazywamy... który
nazywamy?
Może ktoś? Tak, słusznie, erozją lodowcową, która polega na...? Obudźcie
się, ludzie, przecież wiecie to. Tak, ścieraniu i szarpaniu! Co jest w tym takiego zabawnego, Noah? Znasz jakiś powód, dla którego słowo
"szarpanie" jest takie zabawne? Powiedz wszystkim. Nie? Tak myślałem.
A zatem, taka powłoka lodowa jest nieprawdopodobnie gwałtowna, o wiele
bardziej gwałtowna niż ogień. Niszczy, ale także tworzy, jak choćby te
zagłębienia nazywane... Tak, słusznie, misami, albo cwms tutaj w Walii, te
górskie jeziorka, w których ludzie tacy jak ja i pani Fraser pływają, w odróżnieniu od was tchórze. Odłóżcie telefony, proszę, chyba, że robicie
zdjęcia do waszego projektu. Żadnych selfie. Czy zostałaś poddana erozji
przez lodowiec, Chrissy? Nie? A więc żadnych selfie.
- Jeśli sięgniemy dalej w przeszłość, jakieś czterysta osiemdziesiąt
milionów lat temu, okaże się, że nie ma tutaj nawet tej góry, najwyższej
w Walii. Została ukształtowana w okresie zwanym ordowikiem. Nie, tego
nie będzie na egzaminie, ale to nie znaczy, że nie powinniście o tym
wiedzieć. O-r-d-o-w-i-k. Na długo przed dinozaurami... Nie, znacznie
dawniej. Ale tak, w jakimś momencie tu także były dinozaury... Nie, nie ma
ich już, nie bądź głupi. Dinozaury są świetne, Ryan, ale to jest o wiele
bardziej niesamowite, te siły, te potężne siły...
Słuchajcie, proszę, jeśli chcecie znaleźć drogę do domu! Kiedy zderzają
się kontynenty, płyty tektoniczne wybrzuszają się i wznoszą ponad
powierzchnią wody, wtedy powstają wulkany, tutaj też były wulkany. Czy
potraficie w to uwierzyć? Zamknijcie oczy i popatrzcie. Wiecie, co mam
na myśli. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie... Tak, możecie sobie
wyobrazić dinozaury, jeżeli chcecie, to nie będzie trafne
chronologicznie, ale możecie je dorzucić. Chodzi o to, aby zapamiętać,
że ten proces nie zatrzymuje się tylko dlatego, że na Ziemi pojawili się
ludzie. Toczy się także w tej chwili i będzie się toczył dalej, gdy już
zniknie ostatni człowiek. Potężne siły pod waszymi stopami. Nie ma nic
stałego, wszystko się zmienia. Sarah Sanders, nie ziewaj tak
ostentacyjnie, proszę. Dobra, idziemy dalej. Tak, możesz najpierw
otworzyć oczy, jeśli ci to pomoże.
Ruszyli drogą w dół doliny. Podobnie jak rzeki, wszystkie dowcipy mają
swój początek i czasami zastanawiał się, kto pierwszy wpadł na pomysł,
że nauczyciele geografii są nudni. Czy to się wzięło z jakiejś książki,
czy rzucił to jakiś niezadowolony dzieciak albo zawistny nauczyciel
fizyki? Jemu nigdy nie przyszłoby do głowy krytykować przedmiotu,
którego uczy kolega, ale czy nauczyciele historii naprawdę są tacy
interesujący, gdy przeskakują tam i z powrotem od Tudorów do Republiki
Weimarskiej? Żaden anglista nie skacze po ławkach, a matematycy, żeby
nie wiem co mówili na temat piękna liczb, nie przekonają nikogo, że ich
zagadki to coś innego niż rodzaj sudoku. A jednak pogląd, że geografia
to jakiś żart pojawił się na świecie i teraz to on, pan Bradshaw,
Michael, musiał stawić czoło przesądom i zainspirować uczniów. Poszedł
przodem - pani Fraser, czyli Cleo zaganiała maruderów - opowiadając
uczniom o osadach aluwialnych.
- Zaledwie osiemnaście tysięcy lat temu, co jest naprawdę niczym, to po
prostu wczoraj w skali czasu geologicznego, lodowce ustąpiły,
zostawiając po sobie ten wspaniały dar. - Zatrzymał się i tupnął w ziemię, a wszyscy posłusznie popatrzyli pod nogi i zobaczyli ten dar:
błoto. - Ta gleba, ta piękna ciemna gleba, pochodzi ze spodu lodowca,
niczym ziarno zmielone na mąkę, i została spłukana tutaj na dno doliny,
tworząc ten bogaty i żyzny... Aluwialny osad. Aluwialny, co za wspaniałe
słowo. Minerały rozprzestrzeniły się i dotarły z czasem w głąb drzew,
krzewów i roślin uprawnych, a nawet jabłek, które zjedliście, w każdym
razie powinniście, z waszych zestawów śniadaniowych. Czy to nie
zdumiewające? Śmieci pozostawione przez pradawny lodowiec są teraz w głębi waszego ciała, wapń w waszych kościach, żelazo w waszej krwi... -
Michael w tym momencie przerwał i przez chwilę zastanawiał się, czy
powinien to pociągnąć, przechodząc płynnie do kwestii narodzin tych
pierwiastków i całego wszechświata, opowiedzieć im, że wszyscy są
dziećmi gwiazd. Nastoletni umysł tak łatwo ulega ekscytacji, ale to było
zadanie dla chemii i fizyki, a poza tym jabłka, które zjedli, i tak
pochodziły z Afryki Południowej.
- Jakieś pytania? - Spojrzał w stronę trzydzieściorga nie całkiem
uformowanych twarzy o przetłuszczonej cerze, z których część spoglądała
teraz posępnie w jego stronę z głębi swoich kapturów, inne szeptały coś
albo chichotały ze swoich prywatnych żartów. Michael był nauczycielem
namiętnie oddanym swojej pracy i starał się jak najlepiej przebić przez
tę nastoletnią obojętność, ale nie miał nic ciekawego do powiedzenia w sprawach, które nade wszystko zajmowały myśli tych dzieciaków. Kto
potrafi rozpoznać stratocumulusa, gdy jego myśli krążą wokół małpki z alkoholem, elektronicznego papierosa albo nieśmiertelnej kwestii: Czy
jej się podobam? Jak jakaś góra może rywalizować z pryszczem na
policzku? Wieczorem w schronisku młodzieżowym rozegra się kolejna
odsłona zabawy w kotka i myszkę, patrole z latarką o trzeciej w nocy.
Będę udawał, że tego nie widziałem. Odłóż to. Wracaj do swojego pokoju.
Jutro wielki dzień, koniec wycieczki, wróci do domu przygarbiony i blady
z wyczerpania. Tyle że wolałby raczej do domu nie wracać.
Michael był nauczycielem, ale sam nie miał dzieci. Próbowali, lecz
pojawiły się komplikacje i przeszkody i teraz starał się sobie
wyobrazić, jakby to było. Nie można porównywać roli rodzica i nauczyciela, które pokrywają się jedynie bardzo powierzchownie: rodzic
może czegoś dziecko nauczyć, ale jeśli nauczyciel stara się odgrywać
wobec ucznia rolę rodzica, popełnia błąd. Mimo to czasami miał wrażenie,
jakby cały zamęt i wszystkie niepokoje wieku dojrzewania pojawiały się
skumulowane w ciągu tych pięciu dni wycieczki w ramach lekcji geografii,
i to nie tylko złośliwości i lekceważenie, ale także towarzyszące im
emocje. Można było nie martwić się o dzieciaki powszechnie lubiane i pewne siebie, które i tak rozgrywały swoje zwykłe gry i intrygi. Zamiast
tego pan Bradshaw postanowił skupić uwagę na tych bardziej nerwowych i niepewnych siebie, które jak się wydawało zwisały niepokojąco bezradnie
na końcu liny wspinaczkowej. Spoglądając na ich pełne napięcia,
niespokojne twarze, miał wrażenie, że to mało prawdopodobne, aby były
dziećmi gwiazd, ale odczuwał wobec nich pewną zawodową czułość.
- Krajobraz to życie - oświadczył. - Kiedy przyjrzycie mu się uważnie,
zamiast wpatrywać się swoje telefony, Sarah Sanders, ostrzegałem cię już
wcześniej, że wrzucę go do najbliższego jeziora rynnowego, wtedy uda wam
się dostrzec jego piękno, a także je odczytać. Z jakiego powodu mamy
tutaj tyle gospodarstw rolnych? Dlaczego gleba ma taki kolor? Czemu
chmury rozciągają się nad górami, a nie nad doliną? O czym to świadczy,
że ta skała połyskuje w słońcu w taki sposób? Popatrzcie, jakie to jest
wspaniałe! Popatrzcie!
Zauważył, że ramionami chłopców stojących z tyłu, tych z kapturami
ściągniętymi ciasno jak maski do nurkowania, wstrząsa tłumiony śmiech.
Lubili go jako nauczyciela, bardziej niż zdawał sobie z tego sprawę,
choć nie potrafił już wykrzesać z siebie radosnej buntowniczości,
niezbędnej, aby być nauczycielem uwielbianym. Nie ukrywał zaangażowania,
z jakim podchodził do swojej pracy, jednak szczerość zachęca do
szyderstwa, a im silniej w jego słowach brzmiała namiętność, tym
bardziej się śmiali. Tak jak śmiali się wtedy, gdy pani Bradshaw się
wyprowadziła i kilku chłopców widziało go jak płacze w samochodzie.
Naprawdę, te dzieciaki potrafią się śmiać ze wszystkiego, absolutnie ze
wszystkiego.
Zgoda na wszystkie zmiany
Praca także nie stanowiła odpowiedzi. Marnie, samozatrudniona i samotna,
pracowała jako redaktorka i korektorka w swoim domu, w którym jedynym
odpowiednikiem biurowego automatu z napojami chłodzącymi była jej własna
lodówka. Płacono jej kiepsko, myśl o wakacjach wydawała się zbytkiem, a lęk przed zachorowaniem czymś aż nazbyt realnym, ale lubiła swoją pracę,
była w niej dobra, szybka i precyzyjna, i bardzo ceniona na rynku.
Wydawcy, z którymi współpracowała, zachowywali się lojalnie, zaś autorzy
prosili o jej usługi mniej więcej w taki sam sposób, w jaki mogliby
domagać się, aby obsłużył ich konkretny fryzjer albo chirurg. W zamian
Marnie dobrze zdawała sobie sprawę z dziwactw i słabostek swoich
klientów; u jednego autora wszystko było "mgliste", inny nie mógł obyć
się bez takich słów jak "eponimiczny" czy "drugoroczny", jeszcze inni
budowali ciągi trzysylabowych przymiotników lub nie potrafili uwolnić
się od konstrukcji zdaniowych typu "albo-albo" i wciskali trzy "ale" do
jednego zdania. Czy to były błędy, czy kwestia stylu? Marnie znała
różnicę i choć nie mogła w żaden sposób zmienić źle napisanej książki w coś przyzwoitego, potrafiła wygładzić nierówności, jakby zasypywała
dołki na drodze, ratując czytelnika przed potknięciem. Autorzy
najczęściej wyrażali wdzięczność i wielu po prostu pisało "zgoda na
wszystkie zmiany", nie zerkając ponownie do tekstu. Ich zaufanie jej
pochlebiało i czuła się jak mądra doradczyni, dyskretna, ale nieodzowna,
która dotykając lekko ramienia autorki czy autora, zwraca im uwagę, że
mają szpinak między zębami.
Oczywiście w tej pracy nieunikniona była pewna doza pedanterii - w pewnym sensie to wszystko polegało na pedanterii - choć starała się być
otwarta i nastawiona na współpracę. Zauważyła, że młodsi autorzy często
zapominali o znaku zapytania i w trakcie swojej kariery kilkakrotnie
obserwowała przemijanie i powroty mody na pisanie różnych słów małą
literą. Ale z tym wszystkim nie miała kłopotu, chociaż odnosiła
wrażenie, że w ostatnich czasach w tekstach pojawiało się za dużo
średników sprawiających, że lektura przypominała bieg z przeszkodami, i dobrze zdawała sobie sprawę z różnic między brytyjską i amerykańską
angielszczyzną. Kiedyś wdała się w intensywną wymianę mejli z pewnym
wojowniczo nastawionym autorem o prawicowych poglądach, który napisał
thriller szpiegowski i upierał się, że wszystko musi być "na górze
czegoś", ser na górze burgera, złoczyńca na górze bohatera. Żaden
Brytyjczyk nie powiedziałby w ten sposób, a już na pewno nie szef MI5,
który kładzie pistolet na górze kominka. I podobnie jak dentysta nie
będzie leżał bezsennie, zastanawiając się, czy jego pacjenci używają
nici dentystycznej, Marnie rzadko sprawdzała, czy autorzy słuchają jej
porad. Kilka miesięcy później zauważyła na witrynie księgarni powieść
tamtego faceta i oczywiście wszystko leżało "na górze" czegoś. No cóż,
pomyślała, to jeden z tych, którzy mają szpinak między zębami. Położyła
kolejną książkę na górze jego utworu i nie przejmowała się nim więcej.
Mimo to czuła się tak, jak gdyby ktoś wbił jej nóż w serce, gdy zamiast
"czyjego" widziała "którego". Cieszyła się uznaniem i zabiegano o jej
usługi, więc zawsze z przyjemnością otwierała wiadomość od redaktora
wydawnictwa, który błagał, żeby przyjęła kolejne zlecenie, niczym
zawodowy zabójca namawiany do podjęcia się ostatniego zadania. W rezultacie od trzech lat nie miała wakacji, a podczas tamtej samotnej
wyprawy do Grecji pracowała nieprzerwanie w pokoju hotelowym i wróciła
mniej opalona niż była przed wyjazdem.
Podobnie jak wiele osób samozatrudnionych, miała kłopoty z oddzielaniem
pracy od życia prywatnego. Pewnego razu w barze jej mąż zamówił "wódkę i tonik". "Wódka z tonikiem", powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Mąż zacisnął powieki i zrobił głęboki wydech. "Marnie - syknął - proszę,
kurwa, nawet nie próbuj mnie redagować", więc była naprawdę zadowolona,
gdy w końcu sobie poszedł.
Umowa
- Myślę - powiedziała pani Fraser, czyli Cleo, jego stara przyjaciółka -
że spędzasz za wiele czasu samotnie.
Rozmawiali podczas długiej drogi powrotnej do Yorku ze szkolnej
wycieczki geograficznej. Zgodnie z przywilejem przysługującym
nauczycielom usiedli z przodu, podczas gdy dzieciaki objadały się
przekąskami ze stacji benzynowej albo odsypiały całonocną grę w karty. W stojącym powietrzu niemal nie dało się oddychać od zapachu mokrych
trampek i tanich dezodorantów.
- Z największą przyjemnością spędzam czas w swoim towarzystwie -
odparował Michael, starając się przebić przez dźwięki trzydziestu
telefonów komórkowych. - Czy sama nie pragniesz czasem rozpaczliwe
odrobiny samotności?
- To nie to samo. Przyjdź do nas na lunch w niedzielę.
- Przykro mi, ale nie ma mnie w mieście.
- Przez cały weekend?
- Wędruję.
Zmrużyła oczy.
- Z kimś?
Wzruszył ramionami.
- Wolę być sam.
Nie licząc godzin pracy, zawsze spędzał czas samotnie. Natasha
wyprowadziła się z powrotem do domu rodziców, niedaleko Durham, dziewięć
miesięcy wcześniej, korzystając z okazji między kolejnymi lockdownami,
jak gdyby przeturlała się w ostatniej chwili pod opadającą metalową
żaluzją zamykanego sklepu. Od jej odejścia czuł, że nie potrafi
wytrzymać w domu przez dłuższą chwilę. W ich schludnym i przyjemnym
szeregowym domu z dwiema sypialniami i nowym bocznym wejściem zostało
wystarczająco wiele jej rzeczy, by mógł podtrzymywać iluzję, że nic się
nie stało. Ale i tak nie potrafił nigdy oprzeć się wrażeniu, że coś
zniknęło, zupełnie jak gdyby odwiedzili go jacyś schludni i kulturalni
włamywacze.
Oczywiście coś zniknęło i chociaż teraz mieszkał sam, zawsze czuł jej
obecność. Szczególnie trudne były weekendy i święta, więc nabrał
zwyczaju wyruszania o świcie w jakieś odległe miejsce, aby się zmęczyć.
Cleo i inni koledzy z pracy widzieli w tych niemal średniowiecznych
ekspedycjach przejaw masochizmu, gdy z pochyloną głową brnął przed
siebie mimo deszczu, wiatru i mgły.
- Wydaje mi się, że to jest dziwaczne - oświadczyła Cleo. - Dokąd
właściwie chodzisz?
- Zwykle chodzę w kółko. Parkuję samochód. Oddalam się od auta. Kiedy
jestem wystarczająco daleko, zawracam do samochodu.
Cleo zanuciła melodię piosenki Chic, Good Times i Michael się
roześmiał.
- Ale ja to lubię. Wyrzucam z głowy zbędne myśli.
- Tak, porządek w głowie, to mi się podoba. Sama bym tak chciała -
oświadczyła. - Powinnam wybrać się z tobą.
- Może - przytaknął ostrożnie.
- Mogłabym też wziąć Sama i Anthony'ego. - Anthony był synem Cleo i Sama, obecnie trzynastoletnim. Michael obserwował jak chłopiec dorasta.
- To mogłaby być wspaniała wycieczka!
- Zapewne tak - powiedział, mając nadzieję, że na tym się skończy,
ponieważ w przypadku innych ta metoda nie działa. Chodziło o samotność,
a dokąd by nie doszedł, zawsze w końcu pojawiali się jacyś ludzie. Może
Cleo zapomni o całej sprawie. Już odwróciła się i krzyknęła w głąb
autokaru:
- Proszę, nie stawajcie na tylnych siedzeniach. I zostawcie kierowców
ciężarówek w spokoju!
Miał nadzieję, że na tym cała sprawa się zakończy. Udało mu się
przetrwać bezlitosną przerwę zimową, gdy za namową rodziców odwiedził
ich na święta i obserwował, jak starają się go pocieszyć idealną repliką
Gwiazdki 1997: to samo suche jedzenie w przegrzanych pokojach, te same
ozdoby i te same filmy w telewizji, taka sama butelka adwokata, może
nawet ta sama co wtedy. Jeśli chodzi o nieobecność jego żony, niepisana
zasada głosiła, że się o tym nie mówi, więc święta przebiegły im w jakiejś równoległej rzeczywistości, w której nigdy się nie ożenił. Nie
chodziło o brak sympatii. Jego rodzice bardzo kochali Natashę,
obserwowali, jak wnosi radość w życie ich syna, ale nie potrafili o tym
rozmawiać. Może i dobrze, pomyślał, leżąc na tym samym łóżku z czasów
swojej nastoletniości. Z pewnością trafił na jakiś Festiwal Melancholii
i sam czuł się jak nastolatek, gdy pod najmniejszym pretekstem wymykał
się z domu, aby się przejść i chodził długo, nie zważając na deszcz.
- Mogę pójść z tobą? - zapytał ojciec. - Mam swoje buty. - Michael wolał
jednak wędrować samotnie.
Pierwszego dnia w nowym semestrze został wezwany do gabinetu Cleo.
Chociaż zaczęła pracować w szkole po nim, zawsze była ambitna i teraz
przemawiała do niego zza biurka wicedyrektorki szkoły.
- Jak przeszły święta? Zaszalałeś?
- Pasterka o północy, sherry, przemowa królowej...
- Znowu dałeś z siebie wszystko. Nic dziwnego, że wydajesz się
wykończony.
- Dziękuję. Ty też.
- Niestety nie możesz zwracać się do mnie w ten sposób - oświadczyła,
stukając w blat oddzielającego ich biurka. - To kwestia pozycji.
Mieliśmy nadzieję, że przyjdziesz do nas w sylwestra.
- Tak, wybierałem się, ale w telewizji zawsze dają coś dobrego.
- Michael...
- Przepraszam, ale dla mnie to nie są wielkie święta.
- A jakie są wielkie święta w życiu Michaela?
Znał ten ton aż za dobrze, głos, jakim przemawiała do obiecującego
dzieciaka, który nie wykorzystywał swojego potencjału. Tyle że on miał
czterdzieści dwa lata. Cleo była jego przyjaciółką, wspólnie jeździli na
wakacje, najpierw we czwórkę, a potem w piątkę, gdy na świat przyszedł
Anthony, i choć poczucie, że ktoś się o ciebie troszczy było
poruszające, czuł się także upokorzony. Popatrzył w stronę okna,
przysłuchując się krzykom i wrzaskom dobiegającym z boiska.
- Nic mi nie jest. Miałem bardzo przyjemne ferie, ciche i spokojne.
W drugi dzień świąt przeżył gwałtowny atak paniki i musiał ukryć się w szopie ojca, żeby zapanować nad swoim oddechem.
- Rozmawiałeś z Natashą?
- Tak, chwilę, w pierwszy dzień. Mieliśmy miłą pogawędkę.
- Mówiła, że to przypominało rozmowę podczas odwiedzin w więzieniu.
Przez jedną z tych szyb.
- Cóż, tak wyglądają moje rozmowy.
- No dobra. Zwyczajnie chciałam się upewnić, że wszystko u ciebie w porządku.
Nie wszystko było w porządku, ale ludzie nie powinni się tym
interesować.
- Czuję się absolutnie świetnie. Po prostu nie mam jeszcze ochoty na
towarzystwo innych. To chyba nie jest zabronione, prawda?
Cleo westchnęła.
- Przyjdź do nas na kolację w sobotę.
- Nie mogę, przepraszam...
- W piątek...
- Nie mogę, w piątek zaczynam wcześnie.
- Samotna wędrówka?
- Tak, wyruszam na kilka dni.
- No dobrze, możemy pójść z tobą!
Roześmiał się.
- Nie.
- Nie pójdę w tych butach, nie będziemy jedli twoich okropnych kanapek...
- Lubię własne towarzystwo.
- Świetnie, pójdziemy za tobą. Będziemy rozmawiali, wołając w stronę
twoich pleców. Zaprosimy innych ludzi!
- Nie jestem jeszcze gotowy.
- Myślę, że jesteś.
- Nie możesz tak po prostu... zignorować tego, jak ktoś inny się czuje.
- To tylko troska. Martwię się.
Znowu popatrzył w okno.
- Jestem wdzięczny, ale nie tym razem.
Pochyliła się.
- Aha, więc innym razem, tak!
- Może.
- Po przerwie wielkanocnej, drugi tydzień wakacji, przyjemna długa
wyprawa.
- Kto wie.
- W porządku. A więc umowa stoi.
- Czy na tym polega umowa? Mimo że ja tego nie chcę?
- Tak. Pójdziemy wszyscy razem, dużą grupą, będzie zabawnie.
- Jesteś tylko zastępczynią dyrektora.
- To jedynie kwestia czasu. Zatem postanowione.
Na tym polegała istota sprawy. Dla Cleo rozwiązanie problemu sprowadzało
się do obecności innych ludzi, a tymczasem Michael trzymał się na
powierzchni tylko dzięki ich nieobecności i chociaż troska i opiekuńczość przyjaciółki była czymś bezcennym, czuł także, że został
przymuszony.
- No dobrze - westchnął. - Kiedy dzień będzie dłuższy.
Kąt nachylenia osi Ziemi, jej orbita wokół Słońca, gwarantowały, że
nieuchronnie tak się stanie, ale miał jeszcze dość czasu, aby wymyślić
jakiś pretekst i się wykręcić.
Pokaz slajdów
Z czasem uzależniła się od rozkosznej świadomości zaniechanych planów. I nawet jeśli ta ekscytacja była nieduża i ulotna, nikt w końcu nie
spogląda z czułością na chwilę, w której udało mu się od czegoś
wykręcić, żadne słowa nie brzmiały dla Marnie słodziej niż: "Przykro mi,
ale nie dam rady". Zupełnie jak gdyby zwolniono ją z egzaminu, którego,
jak się spodziewała, na pewno nie zda.
W idealnym przypadku ta druga osoba odwoływała spotkanie jako pierwsza,
ale Marnie była dobrze przygotowana na to, że w razie czego ona przejmie
inicjatywę. I niczym aktorka w scenie wymagającej silnych emocji,
chętnie odwoływała się do jakiejś prawdy z życia osobistego. Kiedy więc
obudziła się rankiem w przeddzień Nowego Roku - najstraszniejszy dzień -
i poczuła lekkie drapanie w gardle, pomyślała od razu: Mogę to
wykorzystać. Jej przyjaciółka Cleo, zastępczyni dyrektora szkoły
średniej w Yorku, zaprosiła ją na sylwestrowe przyjęcie, ale podróż w tym stanie byłaby przejawem nieodpowiedzialności - i tak nie nadawała
się do zabawy, a czekałaby ją długa jazda pociągiem. Nie, Marnie
zamierzała zostać w domu i wypocić chorobę. Położyła się na sofie, aby
nadać głosowi brzmienie osoby przykutej do łóżka, nieco chrapliwe, jak u dziecka opętanego przez demony, i zadzwoniła.
- Wiedziałam, że tak będzie - oświadczyła Cleo. - Wiedziałam!
- Wiedziałaś, że zachoruję?!
- Każdy potrafił udawać głos chorego, Marnie.
- Mam temperaturę!
- Normalną temperaturę.
- Cała się trzęsę. Ja... Czemu chcesz, żebym przyjechała skoro nie
zamierzam być zabawna?
- Zapraszamy cię nie dlatego, że jesteś zabawna.
- Aha.
- Zapraszamy cię dlatego, że cię kochamy i ważne jest, żeby się widywać
z ludźmi. Spędzasz zbyt wiele czasu samotnie.
- To nie moja wina, że...
- Siedzisz tam jak... jakaś pieprzona Eleanor Rigby.
- Cleo!
- Przepraszam, ale naprawdę chciałabym się z tobą zobaczyć. Anthony też.
- Anthony był chrześniakiem Marnie i kolejną osobą, którą zaniedbywała.
- Ja też chciałbym go zobaczyć, i ciebie. Ale po prostu wolałbym być w jak najlepszej formie.
- Nie musisz być w najlepszej formie. Nikt nie jest zainteresowany twoim
byciem w najlepszej formie. Chcemy cię zobaczyć dokładnie taką, jaką
jesteś.
- To miłe.
- Naprawdę? Mam ochotę się wyrzygać.
- Ja też - powiedziała Marnie - i dlatego nie mogę przyjechać.
- No dobra. Szczęśliwego Nowego Roku, jak przypuszczam.
Rozłączyła się i w pokoju zrobiło się bardzo cicho. Marnie kochała Cleo,
która była dobrą i niezawodną przyjaciółką, bardzo lojalną, ale też
wymagającą, i choć reprymenda z jej strony była czymś upokarzającym,
Marnie wiedziała, że to uczucie minie, a jego miejsce zajmie ogromne
poczucie ulgi. Przygotowała sobie kąpiel i otworzyła butelkę wina. Na
użytek mediów społecznościowych przygotowała kilka zabawnych postów o swojej dzikiej nocy spędzonej w łóżku, ale już wcześniej przekonała się,
że dowcipy, jakie zamieszczała w sieci, prowokowały znajomych do
wiadomości z pytaniem, czy wszystko w porządku. Zamiast tego sprawdziła,
zerkając ostrożnie, co pojawiło się na jej profilu, z nieodpartym
wrażeniem, jakby podglądała przez okno jakieś przyjęcie, stojąc pod
latarnią.
Z tak głębokim przekonaniem uwierzyła w udawaną chorobę, że naprawdę
poczuła się źle i miała wrażenie, jakby coś utkwiło jej w gardle,
poczuła słodko-metaliczny smak i ból w całym ciele. Przyjemność z odwoływania planów zależała od przekonania, że bawi się lepiej niż
głupcy, którzy nie dali za wygraną, jednak w jej przypadku to już nie
działało. Wzniosła toast na swoją cześć szklanką wody, łyknęła dwa
paracetamole i tabletkę nasenną i kwadrans po dziesiątej wsunęła się pod
kołdrę obciążeniową, która zamieniała jej łóżko w ogromną prasę do
suszenia kwiatów.
O północy londyńskie fajerwerki przebiły się przez jej sen i pierwsze
godziny nowego roku spędziła w gorączkowej malignie, wyobrażając sobie
gdzie mogłaby być, gdyby powiedziała "tak" zamiast kolejnego "nie".
Wyobrażała sobie, że w świecie tej alternatywnej rzeczywistości siedzi w rogu kuchni Cleo i ożywiona rozmawia z przystojnym mężczyzną o zmrużonych ciemnych oczach i nieidealnych zębach, ale tym lepiej dla
niej. "Wyjdziemy na zewnątrz?" - powiedziałby. "Tu jest zbyt jasno", i może wyżebraliby u kogoś papierosa i podzielili się w banalny sposób. "O której godzinie masz jutro pociąg?" - spytałby. "Nie muszę się
spieszyć", odparłaby (choć miała już wykupiony bilet powrotny i nie
mogła z go zmienić. Nawet w swoich fantazjach martwiła się o koszty
rezygnacji). "A zatem, jak to się stało, że zostałeś chirurgiem leczącym
drzewa?" - zapytałaby, i w tym momencie on nachyliłby się, żeby ją
pocałować.
Kłopot z alternatywną rzeczywistością polegał na tym, że roiło się w niej od naprawdę upokarzających bzdur. Wracając do rzeczywistości, w której zdecydowała się pozostać, zobaczyła, że budzik wskazuje kwadrans
po drugiej i przesunęła rozgorączkowane ciało na chłodną stronę łóżka. W jakimś filmie dokumentalnym o działaniu służb ratunkowych obejrzała
historię starszego mężczyzny, który umarł pod kocem elektrycznym i gotował się powoli przez kilka dni. Co mogłaby zrobić jej kołdra
obciążeniowa po dłuższym czasie? Czy rozprasowałaby ją na gładko,
rozciągniętą niczym archeopteryks? Czy strażak zwinąłby ją w rulon jak
matę do jogi i wyniósł, trzymając pod pachą?
W pierwszym dniu nowego roku, trzęsąc się na sofie, włączyła telewizor i przekonała się, że dekoder do streamingu skompilował sarkastyczny pokaz
slajdów złożony z jej fotografii, nadając mu tytuł: "Co za rok!". Na
ekranie mignęły obrazy: przepalona żarówka w piekarniku, przepis na
bardzo pożywną zupę z soczewicy, zbliżenie wrastających włosków, numer
ubezpieczenia zdrowotnego, oderwana podeszwa buta, znamię na ramieniu,
odczyt licznika gazu, rachunek z pralni chemicznej, kawałek zielonego
szkła, który znalazła w sałacie, znowu żarówka z piekarnika, wszystko z towarzyszeniem piosenki Carole King You've Got a Friend.
A więc postanowienie. W tym roku jej zdjęcia będą inne. Koniec z udawanymi chorobami, przytulności, ze świecami wysysającymi tlen z pokoju, koniec z nieubłaganą troską o siebie samą. Zamiast tego zacznie
troszczyć się o innych, ożywi stare przyjaźnie, nawiąże nowe i zanurzy
się na powrót w chaotyczny i kłopotliwy świat innych ludzi.
Noworoczne postanowienia zwykle z czasem blakną, ale to pozostało, więc
gdy Cleo zadzwoniła z kolejnym zaproszeniem, Marnie zawahała się,
zawieszona między pragnieniem zmiany a potrzebą, aby wszystko pozostało
po staremu. Trzy dni wędrówki w towarzystwie nieznanych jej ludzi. To
było potencjalnie okropne doświadczenie, którego jednak potrzebowała i w myślach uznała, że powinna się nad tym zastanowić. W świecie realnym
wymknęło jej się krótkie "tak".