Na macie i na kozetce. Zamiast wstępu
Pani Paulino! Proszę o polecenie miejsc odosobnienia, medytacji i aśram w Azji!"; "Proszę o polecenie szkoły jogi w Warszawie, Rzeszowie, Poznaniu". Takie wiadomości znajduję w swojej skrzynce mailowej każdego dnia. To fakt, że odwiedziłam w życiu sporo miejsc medytacji i odosobnienia, a także kilka aśram i niezłych szkół jogi w różnych częściach świata. I właśnie dlatego... żadnego z tych miejsc nie polecam!
Chociaż gorąco zachęcam, by znaleźć czas i gotowość na praktykę duchową i jogę - lub inną formę aktywności fizycznej niebędącej czystym sportem, tylko formą medytacji w ruchu. W etycznie i profesjonalnie prowadzonych aśramach, szkołach jogi i ośrodkach medytacyjnych nawet bardzo poturbowani przez los ludzie zdrowieją. Zyskują narzędzia, by lepiej radzić sobie z życiem, być spokojniejszymi, przyjaźniej nastawionymi, bardziej współczującymi. Po prostu szczęśliwszymi. Wiem to z własnego doświadczenia. A jednak nie polecam.
Dlaczego?
Po prostu uważam, że ścieżka duchowa jest czymś, czego trzeba doświadczyć samodzielnie i momentami samotnie. Jest wyprawą w nieznane, pełną nagłych zwrotów akcji i gorzkich rozczarowań. Jest grą pomyłek i labiryntem pełnym krzywych luster. To, co w nich oglądamy, nie jest przepiękne. Ja mogę, co najwyżej, podzielić się adresami miejsc, które znam i które mi posłużyły. Czynię to dyskretnie na swojej stronie internetowej. Kto poszuka, ten znajdzie. Jednak nie mogę niczego rekomendować ani tym bardziej polecać.
W prośbach o polecenie właściwego miejsca lub mistrza/mistrzyni pobrzmiewa nutka pragnienia, abym to ja, jako osoba polecająca, wzięła na siebie ewentualne rozczarowanie, porażkę czy inne niekoniecznie miłe emocje, które mogą się pojawić u osoby pytającej.
Tymczasem w miejscach, gdzie pracuje się nad rozwojem duchowym, ZAWSZE pojawiają się trudne emocje. Łatwo je ukryć pod złością i frustracją, że niby standard za niski, cena za wysoka, instruktor beznadziejny, podłoga brudna, zajęcia nudne i tyłek boli od siedzenia godzinami na macie. A w ogóle jaka durna ta osoba, co mi to poleciła!
Widziałam w życiu dziesiątki awantur, jakie uczestniczki kursów jogi i odosobnienia urządzały prowadzącym i organizatorom, tylko dlatego że najłatwiej im było wyładować się w ten sposób. Bo właśnie się zrozumiało, co się koncertowo spaprało. Że się jest/było obiektem nadużyć. Że samemu się nadużywa kogoś/czegoś. Że w samym środku serca nosi się niezagojoną ranę, która uniemożliwia odczuwanie miłości. Że się jest w czarnej dupie itd. My, kobiety, z racji doświadczanej na wielu polach dyskryminacji, często nie widzimy dla siebie innej możliwości, niż skryć się w roli wiecznie pokrzywdzonej ofiary. Wyjście z niej wymaga radykalnej uczciwości wobec samej siebie, co jest cholernie trudne.
To nie hollywoodzki film z Julią Roberts, w którego ostatniej scenie aktorka rzuca się w objęcia kochającego, ciepłego facia, a potem żyją sobie długo i szczęśliwie na celuloidowej taśmie w metalowym pudelku. W realu początki praktyki jogi i medytacji bywają nużące, a efekty mało spektakularne. Leją się łzy, pojawia się zniechęcenie. Trzeba przetrwać i przyswoić wiele brutalnych lekcji pokory. Dlatego nie polecam.
Mimo tych trudności trzymam kciuki, żebyś wytrwała na swojej ścieżce rozwoju duchowego i dbania o stan ciała - jeśli się na nią zdecydujesz. Wiem, że warto. Chociaż gdybym miała wcześniej świadomość, jak będzie ciężko i ile razy będę musiała podać w wątpliwość wszystko, w co wierzę i co wydawało mi się, że wiem, chybabym wymiękła. Na szczęście nikt mi niczego nie obiecywał ani nie polecał. Księgę uwag i zażaleń noszę we własnym plecaku. Na okładce nieodmiennie widnieje moje nazwisko.
Dałam tej książce tytuł Jesteś spokojem, ponieważ w natłoku informacji, w hałasie, w całym tym przebodźcowaniu, jakie funduje nam współczesna rzeczywistość, trochę nie mamy wyjścia - musimy same, i sami, stać się dla siebie źródłem spokoju i wyciszenia. Przynajmniej jeżeli nie chcemy oszaleć z nadmiaru wrażeń. Ja niemal oszalałam!
Przez długie lata towarzyszyło mi dojmujące poczucie, że jeszcze trochę i to wszystko po prostu pieprznie. Dostanę wylewu albo zawału - i wreszcie będzie spokój. Już nie mam siły. Nie daję rady odbierać maili, parkować, wysyłać SMS-ów i zdążać po dziecko, jednocześnie czując, jak czas przelewa mi się przez palce, a ręce wciąż pełne roboty. Końca nie widać. Psychiczna zadyszka. Myślę, że jeżeli jesteś aktywną zawodowo i rodzinnie osobą, doskonale wiesz, o czym mówię. Jest też dobra wiadomość: możemy w sobie "zainstalować" urządzenie, które będzie emitowało ciszę i spokój do naszego wnętrza. Wewnętrzna mądrość - ta prawdziwa, nieustraszona, kryształowa, szczodra i odważna oraz mająca poczucie humoru (sic!) - przemawia głosem bardzo cichym, ledwie słyszalnym. W medytacji jednak można go usłyszeć.
Ludzie z różnych powodów zaczynają praktykować jogę. Dla wielu coś, co nazywają jogą, jest po prostu formą dość forsownego i spektakularnego fizycznego treningu. Innych motywuje dążenie do wejścia w posiadanie bardzo giętkiej sylwetki, którą można pokazywać w mediach społecznościowych. Większość trafia na matę z powodu bólu kręgosłupa i trzyma się ćwiczeń, które przynoszą upragnioną ulgę. Mało kto ma jednak czas i chęci, by zgłębiać odpowiedzi na pytanie, dlaczego to właściwie joga (pod warunkiem że zajęcia prowadzi kompetentna osoba) tak skutecznie uwalnia nasze ciało od napięć, stresu i zmęczenia, które uważamy za przyczyny naszego bólu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Od Autorki
To może na początek kilka słów o sobie...
Na macie i na kozetce. Zamiast wstępu
Fiona i jogin w góralskich kapciach
Gdzie jest mistrzyni?
Ciało analogowe
Przepis na śavasanę
Demon tańczy dla mnie
Na koniec lekcja od żony jogina
Suplement