Rozdział 3
Anastazja
Całą noc nie zmrużyłam oka. Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że nie było tu ludzi mojego ojca. Wychodziło na to, iż nie byłam taka odważna, za jaką się uważałam. Kiedy biegłam uliczkami Hawany, moje serce ze strachu waliło z zawrotną prędkością, a ciało oblał pot, lecz nie ze zmęczenia tylko z przerażenia. Po wbiegnięciu do mieszkania, zamknęłam je na wszystkie możliwe zamki i przesunęłam komodę z korytarza, blokując nią drzwi.
Najgorsze jednak było to, że nie miałam pojęcia, kto mnie śledził. Podejrzewałam tego faceta z baru, ale powody mogły być różne. Co, jeżeli wiedzieli, kim naprawdę jestem? Gdyby mnie porwali, mogliby zagrozić całej mojej mafijnej rodzinie. Ufałam w to, że ojciec, choć tego nie okazywał, kochał mnie nad życie i zrobiłby wszystko, by mnie uratować, gdyby zaszła taka potrzeba. Mogli też należeć do jednego z tutejszych gangów, które porywały kobiety, by sprzedać je do burdeli na całym świecie. Albo był psychopatą, któremu się spodobałam, i chciał ze mną robić rzeczy, na które nie miałam najmniejszej ochoty. Jego piękna buźka mnie nie przekonała. Charakter miał paskudny, a to właśnie wnętrze człowieka było najważniejsze.
Miałam ochotę zadzwonić do taty i błagać go o pomoc i wybaczenie. Musiałabym przyznać się do tego, że wszystkich robiłam w chuja i okłamywałam. Za to by mnie zabił. Dobra, przesadzam, ale już nigdy by mi nie zaufał i na pewno nie wypuściłby z domu. Dla niego nie było ważne to, że jestem pełnoletnia. Byłam córką mafioza. W tej sytuacji moje zdanie, opinie, pragnienia i marzenia się nie liczyły, nikogo nie obchodziły. Miałam być posłuszną ozdobą swojego pana, którym na razie był mój ojciec. Przynajmniej obiecał nie wydać mnie za mąż, jeżeli bym się na to nie zgodziła.
Wypiłam pół butelki różowego wina i troszkę się rozluźniłam. Chyba zbytnio spanikowałam, ktokolwiek to był, raczej sobie odpuścił, gdy udało mi się uciec.
Właśnie chciałam pójść do łazienki i wziąć prysznic, gdy zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz, bladź1! Dzwonił ojciec. Zazwyczaj przysyłał SMS-a, prosząc, bym w wolnej chwili ja się odezwała. Coś się chyba stało, zlękłam się. Bałam się odebrać, choć dziesięć minut temu marzyłam o rozmowie z nim.
Drżącą ręką chwyciłam smartfon i jednak odebrałam połączenie. Przyłożyłam go do ucha i nim zdążyłam się odezwać, usłyszałam przerażająco zagniewany głos mojego taty.
- Anastazjo Tatiano Ignatiev! - Oho, tak się do mnie zwracał zawsze, kiedy coś przeskrobałam. - Gdzie ty, do cholery jasnej, jesteś?! - krzyczał tak głośno, że musiałam odsunąć komórkę od ucha.
- Tatusiu, przecież wiesz, że jestem w Paryżu - odpowiedziałam mu miłym głosem, starając się jakoś uspokoić, by nie słyszał mojego zdenerwowania.
- W pokoju w akademiku? - zapytał jakby ironicznie.
- Tak...
- Nie kłam!! Nie ma cię tu!!! - Bladź jego pierdolona mać! Byłam skończona.
Milczałam. Nie miałam nawet pojęcia, jak zacząć się tłumaczyć, by nie pogorszyć sytuacji. W moich oczach zbierały się łzy. Słyszałam jego ciężki, chrapliwy oddech.
- Najpóźniej pojutrze widzę cię w domu! - warknął nieprzyjemnie. - I lepiej zrób, co mówię, bo twoja przyjaciółeczka, która cię udawała, będzie mieć nieprzyjemności - dokończył i rozłączył się bez pożegnania.
Był brutalnym człowiekiem i nie cofnąłby się przed niczym, byleby osiągnąć swój cel. Musiałam wrócić do domu, bo bałam się o L?ę. Miałam nadzieję, że nic jej nie zrobił ani on, ani jego ludzie.
Teraz strach zastąpiły złość, wściekłość i bezradność. Nienawidziłam swojego życia! Dlaczego nie urodziłam się w zwyczajnej rodzinie? Czemu ojciec, zamiast pragnąć mojego szczęścia, narzucał mi sposób, w jaki miałam żyć i podejmował za mnie najważniejsze decyzje?! Nie chciałam tego! Gdybym była bardziej bezduszna, spierdoliłabym teraz na koniec świata i miała wszystko w dupie. Nie mogłam jednak pozwolić, by mojej jedynej przyjaciółce stała się krzywda. Zbytnio ją naraziłam. Nawet te pieniądze, które jej płaciłam, nie wynagrodzą jej tego, co na nią sprowadziłam.
Zmuszona byłam pożegnać się z piękną Hawaną. Do zobaczenia, wspaniali ludzie. Czas wracać do koszmaru, który inni uważają za bajkę. Pora znów udawać księżniczkę, będąc niewolnicą. Czekało mnie smutne życie, pełne fałszywych uśmiechów, gdzie dziwki udawały damy, a alfonsi dżentelmenów. Gdzie książę był bezdusznym skurwielem, a żebraczka była więcej warta od króla. Pora odegrać rolę życia w pięknej, szczęśliwej, ale fikcyjnej rzeczywistości, w której zakamarkach czuć tylko zgniliznę, smród, cierpienie i śmierć. To mnie tam czekało, nawet nie mogłam tego nazwać złotą klatką, tylko ciasnym chlewem, piwnicą, bezdenną studnią, bez dostępu choćby jednego promienia słońca. Dobra, użalaniem się nic nie zdziałam. Magicznie nie wyczaruję sobie cudownej przyszłości.
Nie spałam całą noc. Ocknęłam się z zawieszenia, kiedy dotarły do mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca. Chwyciłam znów za telefon i zadzwoniłam do szefa. Długo mu tłumaczyłam, że nie powinien się o mnie martwić, mimo że muszę wyjechać tak nagle. Powiedziałam, że nie pojawię się w barze nawet, by pożegnać wszystkich. Pieniądze za tych kilka dni mojej pracy miał zachować. Ustaliliśmy, że jeśli uda mi się znów tu kiedyś zawitać, to będę pić całą noc za darmo. Gdy zakończyłam połączenie, kilka łez spłynęło po moim policzku. Wszystko się oficjalnie kończyło. Myślałam, że mam jeszcze troszkę czasu, by nacieszyć się tą przygodą.
Później załatwiłam sprawę z mieszkaniem. Spakowałam większość rzeczy i udałam się na lotnisko, nie patrząc za siebie. Wchodząc na pokład samolotu, prawie dostałam ataku paniki. Tak bardzo bałam się tego, co czekało mnie w domu, który był jak więzienie, że ledwo mogłam złapać oddech.
Nim samolot wzbił się w powietrze, wysłałam ojcu wiadomość, że za jakieś osiem godzin będę na miejscu. Niestety, nie było bezpośredniego połączenia i musiałam się przesiąść. Gdyby nie to, moja podróż trwałaby krócej.
Przymknęłam powieki i starałam się zdusić w sobie tęsknotę, którą już teraz zaczęłam odczuwać. Przez moją głowę przewinęła się głupia myśl, że gdyby samolot rozbił się po drodze, wcale by mi nie było smutno. Miałam wrażenie, że to początki depresji.
Gdy znalazłam się na płycie lotniska w Los Angeles, od razu dostrzegłam czekającego na mnie Chrisa. Prawie pięćdziesięcioletniego ochroniarza, który był jedną z niewielu normalnych osób w tym popieprzonym mafijnym świecie. To bardziej on mnie wychowywał, bo rodziców często nie było w domu. On mi ich zastępował. Dał mi więcej ciepła, zrozumienia i miłości niż ktokolwiek inny. Kiedy tylko mnie zauważył, ruszył w moją stronę, szeroko się uśmiechając. Odpowiedziałam mu tym samym. Ten człowiek wydawał się zbyt pozytywny, bym mogła przy nim czuć smutek. Zamknął mnie w mocnym uścisku, a ja z całych sił wtuliłam się w jego szeroką klatę.
- Zawsze byłaś piękna, ale teraz to już przesadziłaś. - Złapał moje policzki w dłonie, dokładnie przyglądając się twarzy. - Będę mieć utrudnione zadanie. Szczególnie po balu - powiedział łagodnie. - Jak tu ochronić taką piękność przed tabunem facetów?
- Jakim balu? Ja się nigdzie nie wybieram - zabrzmiałam jak naburmuszona, mała dziewczynka.
Szczerze, to powinnam zawsze się tak zachowywać, skoro traktowali mnie jak głupiutkie dziecko, niezdolne do podejmowania samodzielnych decyzji.
- Po tej akcji lepiej nie denerwuj ojca. Właśnie wraca prywatnym odrzutowcem i jest wkurzony jak sam diabeł - tłumaczył mi spokojnie, z lekkim uśmiechem na ustach. - Co ci strzeliło do głowy? Gdzie się podziewałaś? Wiesz na jak wielkie naraziłaś się niebezpieczeństwo? - Teraz brzmiał trochę ostrzej, jednak bardziej był zmartwiony niż zły.
- Jak widzisz, jestem cała i zdrowa. Nic mi tam nie groziło - odpowiedziałam i ruszyłam w stronę wyjścia.
Zrozumiał, że nie chciałam dalej o tym rozmawiać, więc nie drążył tematu.
Moją walizkę mieli dostarczyć później, bo przecież jeszcze bym sobie paznokieć złamała podczas ściągania bagażu z taśmy. Mówiłam, że moja rodzina była popierdolona. Jakbym im powiedziała, że pracowałam jako kelnerka, to pewnie zeszliby na zawał. Jak mogłam się zadawać z plebsem? Niestety, zwykłych ludzi traktowali jak śmieci, a tymczasem sami byli nic nie warci.
W samochodzie jechaliśmy w ciszy. Pogrążyłam się w myślach, które z minuty na minutę stawały się coraz bardziej depresyjne. Może powinnam pójść do psychiatry po jakieś psychotropy? Skoro będę tonąć w szambie, one pomogą mi wyobrazić sobie, że to jednak kosmetyczne błoto, a nie śmierdzące gówno.
Gdy wjechaliśmy na podjazd mojego ogromnego, rodzinnego domu, nie chciałam nawet wyjść z auta. Wydawało mi się, że każdy kolejny krok zbliżał mnie do koszmaru, agonii, bolesnego trwania w zepsutym życiu, bez szans na światełko nadziei.
- Ana, twoja matka na ciebie czeka, chodź - prosił Chris, otwierając drzwi samochodu i wyciągając w moją stronę pomocną dłoń.
Chwyciłam jego rękę i mocno ją ścisnęłam, jednocześnie niemo prosząc go o wsparcie. On zawsze stawał po mojej stronie, zawsze mi pomagał. Posłał mi uśmiech mówiący, że wszystko będzie dobrze.
Wspięłam się po marmurowych schodach, drzwi otworzył przede mną Edward, nasz wieloletni lokaj. Niby zawsze sztywny jakby miał kij w dupie, ale prywatnie to świetny facet. Uśmiechnął się szeroko, a jego oczy zamigotały radośnie.
- Witam w domu, panienko Anastazjo - powiedział oficjalnie, mając radosny wraz twarzy.
Zaraz za nim zauważyłam moją rodzicielkę, która patrzyła na mnie z naganą, złością i żalem.
- Zawiedliśmy się z ojcem na tobie. Liczę, że szczegółowo wyjaśnisz wszystko, jak tylko wróci Ivan. - Przewróciłam oczami i prychnęłam pod nosem.
Tak, nie byłam idealną, posłuszną córeczką, więc byłam zła, najgorsza.
- Ciebie też cudownie widzieć, mamusiu - odpowiedziałam głosem przesyconym ironią.
Ruszyłam w głąb pomieszczenia, minęłam ją bez słowa i udałam się do kuchni. Potrzebowałam kawy, papierosa i strzelenia sobie w łeb. Całe szczęście, że akurat nikt nie kręcił się przy przygotowywaniu posiłku. Korzystając z chwili samotności, sięgnęłam do szafki, w której od zawsze znajdowało się wiele rodzajów kawy. Moją ulubioną była ta najzwyklejsza i najtańsza.
Z kubkiem w ręku wyszłam na tyły rezydencji, usiadłam na pięknej huśtawce, wyrzeźbionej z drewna, z żelaznymi elementami. Choć miała już wiele lat, nie była zniszczona, nie odcisnęło się na niej piętno minionej dekady.
Dlaczego wcale nie czułam się tutaj jak w domu? Powinnam się cieszyć, radować i oddychać pełną piersią. Zamiast tego moje gardło było ściśnięte, do oczu cisnęły się łzy, a ciało drżało z niepokoju. Uch... Tu nawet kawa traciła smak.
Poszłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Chciałam spać. Najlepiej zasnąć i obudzić się w jakimś alternatywnym świecie, gdzie po prostu wszystko jest normalne, dobre i piękne.
Rozmyślałam tak długo, że nawet nie zauważyłam, kiedy zmorzył mnie sen.
***
Obudziły mnie krzyki dochodzące z parteru. Kiedy odzyskałam pełną świadomość tego, gdzie się znajduję i co się dzieje, wyskoczyłam z łóżka i przygotowywałam się na najgorsze - spotkanie z wściekłym ojcem.
Docierał do mnie odgłos jego ciężkich kroków. Z każdą sekundą był coraz wyraźniejszy i głośniejszy. Wszedł do mojej sypialni bez pukania, z takim impetem otwierając drzwi, że klamką zrobił dziurę w ścianie.
- Anastazjo! Obyś miała dobre wytłumaczenie, bo nie ręczę za siebie! - wrzasnął tonem, którym zawsze zwracał się do swoich przeciwników i zdrajców.
Przecież ja nic złego nie zrobiłam! Chciałam choć trochę poznać normalne, zwykle i proste życie, bez wszechogarniającej mnie przemocy i brutalności.
- Chciałam wolności. Ty mi jej nie dałeś, więc wzięłam ją sobie sama - odpowiedziałam hardo, trzymając głowę wysoko i patrząc nieustępliwie w jego zimne, błękitne tęczówki.
Chociaż wewnętrznie trzęsłam się ze strachu, bo w tym momencie mnie przerażał, nie dałam po sobie tego poznać. Musiałam być twarda, by przeżyć w tym świecie. Nie chodziło o fizyczną śmierć, tylko o zagładę duszy, osobowości i tego wszystkiego, co mnie definiowało, co tworzyło mnie taką, jaką byłam.
- Mam nadzieję, że zdążyłaś się nią nacieszyć! - wypluł z pogardą te słowa i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami tak mocno, że wypadły z zawiasów.
Opadłam na moje wielkie łoże i wypuściłam drżący oddech.
Obiecałam sobie, że kiedyś stąd ucieknę, nie znajdzie mnie nikt. Stanę się niewidoczna. Choć teraz czułam się podobnie. Niby wszyscy mnie widzieli, ale nie umieli lub nie chcieli dostrzec prawdziwej mnie.
Uwolnię się z tego piekła. Znajdę ścieżkę, która zaprowadzi mnie do samych bram Edenu.
1 Spolszczone rosyjskie przekleństwo, którego znaczenie jest równoznaczne z polskim wulgaryzmem "kurwa".