ROZDZIAŁ 2
BITTER WINE
LENA
- Mimoza na śniadanie? Kim jesteś i co zrobiłaś z moją przyjaciółką?
Uśmiecham się do Nissy, mojej sąsiadki. Zarówno ona, jak i jej mąż Mark są naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Ponieważ ani Nate, ani ja nie mamy zbyt wielu żyjących krewnych, w dodatku z żadnymi nie jesteśmy zżyci (nie jesteśmy blisko ani pod względem geograficznym, ani emocjonalnym), sąsiedzi są naszą rodziną. Odkąd zamieszkaliśmy w domu obok, Nissa jest moją najlepszą i jedyną przyjaciółką. Kupiliśmy tę posiadłość dwa lata po ślubie, kiedy Nate podjął pierwszą pracę jako analityk finansowy w banku w Charlotte w stanie Karolina Północna. Trzeciego wieczoru spędzonego w nowym domu Nissa stanęła w tylnych drzwiach, jakbyśmy znały się od lat, trzymając na rękach naczynie z zapiekanką, którą każda szanująca się mieszkanka Południa potrafi przygotować. Różniłyśmy się jak dzień od nocy, mimo to przylgnęłyśmy do siebie, jak pszczoły lgną do miodu. Albo, jak mówi Nissa, niczym muchy do gówna. Choć nigdy nie określiła, kto w naszej relacji jest rzeczoną kupą.
- Co? Dziewczyna może chyba świętować, prawda?
- Oczywiście - odpowiada, entuzjastycznie wypijając całą zawartość kieliszka. - Ale chciałabym wiedzieć, co świętujemy. Skoro drink zawiera szampana, domyślam się, że nie zaprosiłaś mnie, by ogłosić, że w końcu jesteś w ciąży. Choć, wnosząc po twoim ostatnim dziwnym zachowaniu, wcale bym się nie zdziwiła, gdybyś była. - Z trudem przełykam ślinę, upewniając się, że dam radę zachować spokój i przyglądam się przyjaciółce. - No to o co chodzi? Wykrztuś to.
Patrzę w niebieskie oczy Nissy, zapisując w pamięci, jak się czuję - siedząc w kuchni w ten cichy poranek, rozmawiając z przyjaciółką z taką łatwością, z jaką liście spadają jesienią z drzew.
Tak łatwo byłoby jej powiedzieć. Nasza relacja zawsze taka była - otwarta, szczera, bez barier - ale ta sytuacja zupełnie się różni. Nie zrzucę na przyjaciółkę takiego ciężaru - jest wielki, a za bardzo kocham Nissę, by tak ją krzywdzić. Większość życia spędziłam, ochraniając bliskich przed cierpieniem. Niektóre rzeczy pozostają niezmienne, nawet gdy tak desperacko pragnę, by ktoś pomógł mi dźwigać ten ciężar.
- Nate przyniósł go wczoraj, byśmy mogli świętować. Po prostu nie wypiliśmy za wiele.
W mojej głowie odtwarzają się wspomnienia naszej nocy, łagodząc napięcie w moim ciele, zmieniając uśmiech w wyraz prawdziwej radości.
- Co świętować?
- Odszedł z banku - mówię ostrożnie, przeskakując spojrzeniem od zmrużonych oczu przyjaciółki do nietkniętej mimozy i z powrotem.
Wiedziałam, że Nissa będzie miała tysiąc pytań - zbyt dobrze nas zna, by ich nie zadać - ale myślałam, że jestem na nie przygotowana. Mam zaledwie kilka dni do wyjazdu, więc stwierdziłam, że na pewno utrzymam przez ten czas prawdę z dala od Nissy. Jednak może się myliłam.
Nigdy nie umiałam kłamać. Chociaż ta sprawa jest ważna...
- Odszedł? Rzucił pracę czy wziął wolne na lunch?
Śmieję się. Trzy miesiące to sporo jak na lunch.
- Zwolnił się. Rzucił pracę. Odszedł na stałe.
- Dlaczego? - pyta Nissa, sekundę później wytrzeszcza oczy, domyślając się prawdy. - O Boże, chyba nie jest chory?
Przełykam żółć, która podchodzi mi do gardła, i kręcę głową.
- Nie. Zabiera mnie do Europy. Na trzy miesiące.
Usta przyjaciółki rozciągają się w uśmiechu, oczy pozostają szeroko otwarte, gdy piszczący dźwięk dobywa się z jej ust. Jest na tyle głośny, że zaraz szczeka Radley - pies pana Johnsona.
- Ciii... - Uciszam ją, nie umiejąc się nie uśmiechać. - Obudzisz całą okolicę.
Aby zrozumieć Nissę, trzeba wiedzieć, że jest żywiołowa, wygadana i do szpiku kości przesiąknięta Południem. I zachowuje się głośno. Naprawdę głośno. Jest osobą, według której jeśli ona nie śpi, nikt inny również nie powinien. Choć na co dzień pilnuje siły swojego głosu, by nie budzić dzieci, ale niekiedy po prostu nie może się powstrzymać. Jak w tej chwili - kiedy dowiedziała się o zbliżającej się podróży naszych marzeń.
- Mam to gdzieś! - woła. - Jeśli my jesteśmy na nogach, wszyscy inni też powinni.
Śmieję się głośno. Powiedziała dokładnie to, co zakładałam.
Właśnie taka jest Nissa, ale kocham ją jak siostrę.
Obie od lat cierpimy na bezsenność. Wypracowałyśmy zwyczaj obserwowania, czy światło świeci się w którejś z naszych kuchni. To bezgłośne zaproszenie do wspólnego spędzenia bezsennych godzin. Zmieniamy się, a dziś wypadła moja kolej. I dobrze, choć wahałam się przed włączeniem światła. Gdybym miała pójść dzisiaj do Nissy, najpewniej bym stchórzyła, ale u siebie włączyłam światło. Pstryknęłam włącznikiem i wyszłam jej dzielnie na spotkanie, ponieważ wycofywanie się nie leży w mojej naturze. Zawsze byłam wojowniczką. Cichą, zrównoważoną, niezłomną wojowniczką.
- Wylatujemy w piątek.
- Ale piątek jest pojutrze.
- Taka kolej rzeczy po środzie - mówię, wyliczając na palcach. - Jutro jest czwartek, co oznacza, że pojutrze musi być piątek. Jeden, dwa, trzy... - droczę się.
Nie jestem zaskoczona, gdy przyjaciółka klepie mnie lekko w wyciągniętą rękę.
- Nie wymądrzaj się - prycha oburzona, chociaż uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Jeśli już, to jeszcze poszerza się z ekscytacji. Zawsze przeżywałyśmy nawzajem swoje wydarzenia. Już w szkole średniej Nissa pragnęła pracować i podróżować, jednak wczesna ciąża przekreśliła jej plany i przyjaciółka nigdy później nie była w stanie ich zrealizować. Z drugiej strony, ja cieszyłam się właśnie takim życiem. Zrobiłam magistra z pielęgniarstwa i stałam się najbardziej doświadczoną pracownicą w Centrum Leczenia Nowotworów Franklina Osborne'a, z czego byłam dumna. Biorąc pod uwagę życie prywatne, niewiele byłam w stanie zrobić dla siebie, więc to, czego dokonałam, sprawia, że czuję się spełniona. Kompletna.
Podróże były do tego bonusem. Cieszyliśmy się z Nate'em, mogąc podróżować po kraju, polecieliśmy nawet na Wyspy Dziewicze, jednak ani razu nie odwiedziliśmy Europy, choć oboje bardzo chcieliśmy ją zwiedzić. Po prostu nigdy nie była priorytetem. Mimo że cieszyłam się podróżowaniem, nie było to dla mnie ważne. W przeciwieństwie do Nissy moim nadrzędnym celem było doczekanie się dzieci z moim cudownym mężem. A przynajmniej posiadanie dzieci, los jednakże nigdy nas nimi nie obdarował, nigdy w tym nie pomógł. Ani nowoczesna medycyna z leczeniem niepłodności, ani zapłodnienie in vitro. Nic nie działało.
Rozmawialiśmy o adopcji, ale postanowiliśmy się z tym wstrzymać do mojej czterdziestki. Będąc pielęgniarką, wiedziałam o wzrastającym ryzyku wad wrodzonych u płodu. Sądziłam, że będę wtedy gotowa zgodzić się na obranie innej drogi. "Dopiero wówczas - mówiłam wielokrotnie Nissie - z przyjemnością odkryję tajniki adopcji". Do tego czasu jednak nie chciałam porzucić marzenia o urodzeniu własnego dziecka, które w moich oczach miało być cząstką mojej duszy - posiadać po mnie ciemnoblond włosy i wesołość, a po Nacie zielone oczy i bystry umysł. Jednak mając w tej chwili już czterdzieści lat, żałuję, że nie wybrałam mądrzej.
Gdybym tylko wiedziała...
- Europa. Boże, to wielka wyprawa, Leno. Europa?
Kiwam głową, odsuwając od siebie melancholijne myśli. Cieszę się, że entuzjazm mojej przyjaciółki gasi mój smutek. A przynajmniej niweluje go do tolerancyjnego poziomu, wpychając w tło każdej myśli. Wiem, że nie mogę od niego uciec, więc muszę go przysłaniać, jak tylko mogę.
Rozmawiamy o planach, Nissa kończy większość z butelki Dom Perignon rocznik '81 kupionej przez Nate'a wraz z dwoma litrami soku pomarańczowego, podczas gdy ja nie potrafię dopić pierwszego kieliszka. Jest ledwie dziewiąta, gdy Nate wchodzi do kuchni, jego zaczynające siwieć włosy sterczą w każdym kierunku. Jest doskonałą, zaspaną wersją mężczyzny, którego kocham przez ponad pół życia.
- Spałaś tu? - pyta Nissę głosem wciąż ochrypłym od snu. Zawsze uwielbiałam ten dźwięk. Jest seksowny, intymny i charakterystyczny dla Nate'a, co mnie rozczula. Kiedy mąż na mnie patrzy, unosi się jeden kącik jego ust, przez co wspomnienia ubiegłej nocy przeganiają chłód poranka.
- Nie. Nie spałam. Przecież o tym wiesz.
- A Mark jest w domu?
- Nie. Dlaczego pytasz?
Nate wzrusza ramionami.
- Zgaduję, że masz tam czekającą armię głodomorów.
Nissa gwałtownie wciąga powietrze.
- O Panie, moje dzieci! Spalą dom, próbując uruchomić toster!
Nissa podrywa się tak szybko, że niemal wywraca stół. Odruchem charakterystycznym dla matek, w jakiś sposób udaje jej się utrzymać oba nasze kieliszki w pionie, tak jak i niemal pustą butelkę szampana.
- Och, było blisko! - krzyczy, zdejmując okulary, gdy pochyla się, by pocałować mnie w policzek. - Wrócę później, by pomóc ci z pakowaniem.
- Powiedziałaś jej? - pyta Nate zza moich pleców, gdy powoli przekopuje lodówkę, unosząc wieczka plastikowych pojemników i wąchając ich zawartość.
- Powiedziała mi - woła Nissa z korytarza. - Zostaw to mnie. Przypilnuję, by spakowała coś seksownego. Każdy będzie się za nią oglądał.
- Jedziemy zwiedzać Europę, nie włóczyć się po klubach dla swingersów.
- Nie ma nic złego w spojrzeniach obcych mężczyzn, to pomaga mężowi docenić własną żonę.
Na te słowa Nate obraca się i piorunuje Nissę ostrym wzrokiem.
- Doceniam ją. Bardziej niż ktokolwiek na tym świecie.
Nissa kiwa głową.
- Docenisz ją nago, gdy zobaczysz, co przygotuję. Wyciągnę coś z własnej szafy.
- Przyniesiesz mi ubrania? - pytam zaskoczona.
Nissa spędza na zakupach wiele czasu, nabywając rzeczy, w których nie ma się gdzie pokazać. Moja przyjaciółka jest piękna i seksowna nawet w szlafroku, jednak Mark nigdy nie wydaje się nią tak oczarowany, jak wszyscy inni. Wydaje mi się, że Nissa kupuje te wszystkie ciuchy w nadziei, że mąż spojrzy na nią jak niegdyś, lecz do tej pory to nie zadziałało. Przynajmniej tak sądzę. Nissa jest zdesperowana, a Mark jak zawsze nieświadomy jej starań.
- Tak. Nie wygląda na to, bym kiedykolwiek je nosiła, a ktoś powinien. Wolę zobaczyć je na jakimś ciele niż na wieszaku, nim zginą samotną śmiercią w mojej szafie. Masz z tym jakiś problem? - pyta Nate'a, puszczając do niego oko.
Znudzony dotychczasową rozmową mąż wzrusza ramionami i wraca do przyrządzania śniadania.
- O co mu chodzi? - Nissa wskazuje palcem na Nate'a.
Tym razem to ja wzruszam ramionami.
- Jest nie w humorze, chyba się nie wyspał.
Nissa mruży oczy.
- Dźgnę go nożem, jeśli był dla ciebie niedobry.
Parskam śmiechem. Nie wydaje mi się, by wiedziała, jak bardzo się myli.
- Przyjęłam do wiadomości.
- Słyszałem - mamrocze Nate z głową w szafce przy wyspie.
Szuka zapewne patelni.
Nissa pokazuje mu język, po czym puszcza do mnie figlarnie oko, nim wychodzi tylnymi drzwiami. Wymyka się, zanim pada kolejna uwaga.
Obserwuję, jak przemierza niewielki trawnik rozdzielający nasze patia, a następnie znika we wnętrzu swojego domu.
- Postanowiłaś jej o wszystkim powiedzieć? - pyta Nate, stając przy kuchence z niewielką patelnią w dłoni.
- Nie. Powiem jej po powrocie. Do tego czasu...
Spoglądam na okno, przez mój umysł przebiega milion myśli, lecz wszystkie kończą się w tym samym miejscu - na diagnozie.
Nate ociera się delikatnie zarośniętym policzkiem o mój, wyrywając mnie z zamyślenia. Mąż obejmuje mnie, przez co otula mnie jego zapach, troska i miłość.
- Kocham cię - mówi czule tuż przy skórze mojego policzka.
- Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz? Muszę być stuprocentowo przekonana, Nate. Wiesz, że zrobię, co sobie zażyczysz.
- Tego właśnie chcę. Przyrzekam.
Zamykam oczy i pozwalam, by ukoiły mnie jego zapewnienia i stanowczość. Cóż, przynajmniej na tyle, na ile cokolwiek jest w stanie tego w tej chwili dokonać.