Listopad. Rozdział 1. Pierwszy śnieg
Jestem Wandzia. Wandzia Wilk. Mieszkam w Nowej Lipie z mamą, tatą i braćmi - Filipem, Kubą i Mikołajem. Mam siedem lat i tej zimy wypadł mi kolejny ząb. Nie sam.
Ale po kolei.
Najpierw spał śnieg. W pewien listopadowy poranek ktoś usiadł na puszystej, szarej chmurze, która zawisła nad Nową Lipą, i rozsypał go jak cukier puder na szarlotkę.
Obudziłam się tego dnia pierwsza z całej rodziny Wilków. Nakarmiłam Kotleta, mojego chomika, i usiadłam na parapecie. Białe drobinki opadały na trawę i znikały. A może to był tylko sen? Uszczypnęłam się z całej siły w ramię.
- Auć.
Jednak to prawda.
- Śnieg! Śnieg! Śnieg! - Wybiegłam na korytarz i obudziłam moje wilcze stado.
- Wandziu, jest piąta rano - jęknął tata.
- Czyli środek nocy - dodał Kuba.
- Mmmm - mruknął Mikołaj jak niedźwiedź w gawrze.
- Śnieg? - Filip, najmłodszy z moich braci, wynurzył się ze swojego pokoju, włożył okulary i zszedł ze mną na dół.
Przykleiliśmy nosy do szyby okna w salonie. Chociaż według Kuby był środek nocy, w ogrodzie trwało już wielkie śniadanie. Wiewiórka zbierała ostatnie orzechy spod leszczyny, a wróble walczyły o znalezione w ziemi robale. Koty pani Honoraty, mojej sąsiadki, którą kiedyś wzięłam za czarownicę, usadowiły się na murowanym ogrodzeniu. Nie spuszczały wzroku z ptaków i oblizywały się jak ja na widok lodów jagodowych.
- Uciekajcie, bo zaraz same zostaniecie śniadaniem! - Zastukałam w szybę, a małe szare ptaszki wzbiły się w powietrze.- Co tu się dzieje? - Mama szła w stronę ekspresu do kawy.
Po drodze potknęła się o deskorolkę Kuby i moją torbę ze strojem na wuef. Mruknęła coś pod nosem.
- Śnieg! Śnieg się dzieje! - zawołałam.
- Śnieg? - Mama zmrużyła oczy i wycelowała palcem w czerwony guzik, dzięki któremu z ekspresu zaczęła się lać kawa.
- Śnieg. Odśnieżanie. Korki. Ślizgawica. I wymiana opon. - W kuchni pojawił się tata.
- O co tyle hałasu? Przecież pada co roku. - Kuba zszedł do nas zaraz za tatą. Poprawił górę od piżamy i usiadł na krześle przy kuchennej wyspie. - Poza tym co z tego, że pada, skoro zaraz znika.
- Ale to pierwszy śnieg w tym sezonie i pierwszy śnieg w naszym nowym starym domu! - powiedziałam, bo właśnie to do mnie dotarło. - Czy Mikołaj do nas trafi? Wie, że się przeprowadziliśmy? - spytałam.
- Mhm. - Mama upiła łyk espresso.
- Oczywiście, Wandziu. - Tata włączył gofrownicę i wbił do srebrnej miski cztery jajka.
- Mikołaj? - parsknął Kuba.
- Ja? - Do kuchni wszedł mój najstarszy brat.
Też Mikołaj.
- Nie ty. Ten prawdziwy. - Wspięłam się na krzesło obok Kuby.
- A ja jestem plastikowy? - Mikołaj usiadł z drugiej strony i poczochrał mi włosy.
- Wanda dalej wierzy... w sam wiesz kogo. - Kuba zarechotał.
Uważał, że ani Mikołaj, ani wróżka zębuszka, ani nawet yeti nie istnieją.
- Gofry podano! - Tata zaserwował chrupiące śniadanie, zanim zdążyłam strącić któregoś z braci z krzesła.
Wiedziałam, że Święty Mikołaj istnieje. Przecież miałam dowody. Co roku, szóstego grudnia, ktoś zostawiał prezenty pod moją poduszką.
- Chłopcy. - Mama usiadła z drugiej strony kuchennej wyspy i założyła soczewki kontaktowe. - Zamiast dokuczać Wandzi, zjedzcie śniadanie i szykujcie się do szkoły.
Tata nie musiał nawet mówić "Szybko, bo się spóźnimy". Dojedliśmy gofry i rozpoczął się codzienny bieg z przeszkodami w domu Wilków. Kuba zapomniał, że ma kartkówkę z biologii, Filip zgubił zeszyt do polskiego, Mikołaj rozkopał stertę ubrań w poszukiwaniu ulubionych dżinsów, a mama pobiegła do sypialni ubrać się w sekundę. Ja w tym czasie znalazłam w szufladzie pod regałem nową kremową kopertę. Schowałam ją do plecaka i ruszyłam do przedpokoju. Sięgnęłam do wnęki pod schodami, tej, w której mieszkają długonogie pająki, i wyjęłam śniegowce.
- Cześć - powiedziałam.
Nie odpowiedziały, bo były to bardzo nieśmiałe śniegowce, ale wiedziałam, że cieszą się na tę zimę. Prawie tak jak ja.