Jestem tuż za tobą - Georgia McVeigh

Reflow text when sidebars are open.
W takich sytuacjach trzeba działać szybko, bo nie zdarzają się zbyt często. Zbieg okoliczności z datą jest zbyt znaczący, żeby go zignorować - ktoś gdzieś dał mi drugą szansę na miłość i zdecydowanie zamierzam ją wykorzystać. Wyciągam telefon, przemierzając autobusem ciche ulice w kierunku domu. Znalezienie profilu Jacka na Facebooku zajmuje mi tylko chwilę. Ponad tysiąc followersów i ani jednego wspólnego znajomego. Szkoda. Dałoby nam to jakiś punkt zaczepienia, ale trudno, będę musiała pracować z tym, co mam. Powstrzymuję się od kliknięcia "Dodaj znajomego" - nie jestem creepem - ale przeglądam zdjęcia, które są publicznie dostępne.
Pochodzi z zamożnej rodziny, to jasne. Można się tego domyślać po garniturze szytym na miarę i eleganckiej wymowie, a zdjęcia to potwierdzają. Opowiadają historię sprzed lat, za pomocą bolesnego zestawienia koszul marki Jack Wills, skręcania tytoniu i szarych spodni dresowych opuszczonych tak, aby niby przypadkiem odsłonić bieliznę Calvina Kleina. Facet ewidentnie lubi imprezy. I kobiety. Na każdym zdjęciu z nastoletnich czasów wygląda na nawalonego alkoholem i Bóg wie, czym jeszcze, i na każdym z nich obejmuje inną dziewczynę - wszystkie mają zaczesane do tyłu blond włosy, rozmazany eyeliner i szerokie uśmiechy pełne wybielonych zębów, które musiały kosztować fortunę.
Trzeba przyznać, że jego profil aktualnie wygląda na porzucony. Ostatnie zdjęcie profilowe, które zamieścił, pochodzi z 2012 roku, co było wątpliwym okresem nawet dla tych z nas, którzy nie uczęszczali do szkoły z internatem za pięćdziesiąt tysięcy funtów rocznie.
Jego prywatny profil na Instagramie ujawnia jeszcze mniej,choć miniaturka u góry - zdjęcie, na którym stoi na szczycie klifu w outficie trekkingowym - sugeruje, że przynajmniej przestał pozować z dziewczynami i szampanem w obskurnych klubach nocnych. Ani śladu żony. Nie wiem, czy to dobry, czy może zły znak.
Nie potrafię sobie przypomnieć jej imienia. Byłam tak skupiona na jego bezbłędnej prezentacji, że zupełnie mi umknęło. Zaczynało się chyba na literę A. Anna? Może. Alice? Tak, to jest to.
Szybkie wyszukiwanie jej imienia i nazwiska - Alice Reynolds - nie przynosi żadnych wyników, a potem autobus dociera na mój przystanek i muszę kilkakrotnie nacisnąć przycisk STOP, żeby zdążyć do wyjścia, zanim odjedzie. Na chodniku szukam ręką płynu do dezynfekcji i nakładam go obficie, czując mdłości. Próbuję nie myśleć o przycisku pełnym zarazków. Dopiero gdy płyn o skuteczności 99,9% wysycha na mojej skórze, czuję się lepiej i ruszam do domu.
Mój dom - jeszcze tylko przez dwanaście godzin - to mieszkanie na parterze imponującego budynku z czerwonej cegły. Patrząc na niego z zewnątrz, można by przyjąć, że ja również miałam szczęśliwe dzieciństwo. Byłoby to jednak błędne założenie. Być może dawniej - jakoś w epoce wiktoriańskiej - budynek ten był okazały, ale obecnie zdecydowanie widać po nim upływ czasu. Przez ostatnie sześć lat codziennie zmagałam się ze słabym ciśnieniem wody w starych rurach, czarną pleśnią w łazience i lubieżnym właścicielem Barrym, który prawie codziennie "zaglądał do mnie" pod pretekstem wykonania jakiejś zupełnie niepotrzebnej naprawy, choć oboje wiemy, że robił to w nadziei przyłapania mnie w różnych stadiach negliżu.
Nie jest więc zaskoczeniem, że czai się w korytarzu, gdy przekraczam próg drzwi wejściowych. Jakikolwiek smutek z powodu mojej rychłej wyprowadzki szybko mi przechodzi. Barry jest mężczyzną, którego spojrzenie nie jest - i nigdy nie będzie - przyjemne.
Kiedy Barry mnie widzi, przyjmuje najbardziej uwodzicielską - tak sądzi - pozę ze swojego repertuaru. Opiera jedną rękę na framudze drzwi do swojego mieszkania i wciąga brzuch, który wylewa się spod poplamionego, o trzy rozmiary za małego T-shirtu.
- Jeszcze nie jest za późno, jakby co.
Nie stoję na tyle blisko, żeby poczuć, jak cuchnie mu z ust, ale na wszelki wypadek robię krok do tyłu.
- Nie trzeba, Barry. Ale dzięki za propozycję.
- Nie musimy iść na całość. Możemy wybrać metodę małych kroków. Decydować się z tygodnia na tydzień. To dobra oferta, no nie? Godzinka dobrej zabawy za tydzień darmowego zakwaterowania?
Z bólem przyznaję, że poważnie rozważałam tę propozycję. Barry śmierdzi, dłubie w nosie i podejrzewam - bardzo serio - że ostatni raz umył genitalia trzy miesiące temu, kiedy poprosił mnie o możliwość skorzystania z mojego prysznica z powodu nagromadzenia kamienia w swoim. Delikatnie mówiąc, na samą myśl o jego penisie zbiera mi się na wymioty. Jestem więc, jak to się mówi, między młotem a kowadłem. Alternatywa jest bowiem prawie tak samo przerażająca jak owrzodzenie narządów płciowych i trzymiesięczna ilość smegmy.
Zawsze szczyciłam się tym, że jestem osobą ostrożną do przesady. Żałoba zniweczyła to całkowicie. Po śmierci Freddiego i niefortunnej utracie pracy stałam się dość niefrasobliwa w kwestii moich perspektyw. Pracowałam już wtedy od pięciu lat i wiodąc zerowe życie towarzyskie, zbudowałam sobie poduszkę finansową. Miałam nadzieję, że pewnego dnia Freddie i ja wykorzystamy ją jako zaliczkę na mieszkanie, ale on umarł, a ja zostałam sama jak palec. Nie od razu zaczęłam szukać nowej pracy. Po trochu stopniowo naruszałam oszczędności, aż zdałam sobie sprawę, że zarówno pieniądze, jak i niezależność przepadły. Wtedy pojęłam, że wpadłam w tarapaty.
Zrobiłam więc to, co zrobiłaby każda szanująca się młoda profesjonalistka. Poszłam do Barry'ego z podkulonym ogonem, mając nadzieję, że zlituje się nad pogrążoną w żałobie kobietą. Na swój sposób to zrobił.
- Serio, nie trzeba, Barry. Dzięki.
Wypuszcza powietrze, rozluźniając mięśnie, którymi wciągał brzuch. T-shirt podjeżdża mu o kolejnych kilka centymetrów w geście porażki.
- Przeprowadzasz się do mamy, prawda?
Wolę o tym nie myśleć, więc kiwam głową, mając nadzieję, że pojmie aluzję. Nie pojmuje.
- Mieszka w pobliżu?
Jeśli myśli, że naprowadzę go w jakimkolwiek stopniu na adres mojej matki, to grubo się myli.
- Nie.
- Będziesz wpadać w odwiedziny?
- Pewnie nie, Barry - odpowiadam tonem lekarza przekazującego złe wieści nieuleczalnie choremu pacjentowi. - Dbaj o siebie, dobrze?
Robi krok w moją stronę, żeby mnie przytulić, więc zgrabnie się odsuwam, zatrzaskuję mu drzwi przed nosem i opieram się o nie plecami. Kiedy słyszę, jak zamyka drzwi do swojego mieszkania - z większą siłą niż to konieczne - włączam światło i blokuję zamek. Po sprawdzeniu, czy jestem bezpieczna, odwracam się i obrzucam wzrokiem mieszkanie.
Na przypadkowym obserwatorze nie robi wielkiego wrażenia. Tym bardziej że teraz brakuje tu większości moich rzeczy. Głębokie pęknięcie przecina przedpokój od kuchni do sypialni. Sufit w salonie niepokojąco się obniża. Wilgotna plama rozprzestrzenia się od narożnika łazienki i niemal artystycznie łączy z czarną pleśnią wypełzającą na środku pokoju. Dla mnie jednak to bezpieczeństwo. Nawet pleśń stała się częścią wyposażenia, choć przyznaję, że nie z powodu braku starań z mojej strony. Nie przeszkadza mi to tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Miejsce, w którym dorastałam, bardziej przypominało chlew niż dom rodzinny, kiedy je opuszczałam. Być może właśnie z tego powodu mam obsesję na punkcie czystości. Codziennie odkurzam, dwa razy w tygodniu piorę pościel, myję podłogi i szoruję prysznic, aż powietrze wypełnia się zapachem cytryny i odrobiną wybielacza.
Nie zatrzymuję się w przedpokoju. Jutro muszę stąd wcześnie wyjechać. Większość pakowania mam już za sobą, ale jest jedna rzecz, którą odkładam od czasu podjęcia niełatwej decyzji, aby zaryzykować wprowadzenie się do matki, zamiast narażać się na nieco mniej pożądane zagrożenie chorobą weneryczną.
Rzeczy Freddiego znajdują się w pudełku po butach na dnie szafy. Freddie zaśmiałby się, gdyby zobaczył, że obchodzę się z tym pudełkiem, jakby zawierało materiał wybuchowy. Minęły tygodnie, zanim zebrałam się na odwagę, żeby na nie spojrzeć, i jeszcze więcej, zanim byłam w stanie podnieść wieko wszystkich wspomnień, które kryło. Ale teraz jestem silniejsza. Ostrożnie kładę pudełko na podłodze, zaglądam do środka. Serce ściska mi się z bólu. Jest tam szylkretowy grzebień z pojedynczymi kropeczkami łupieżu pomiędzy ząbkami, para nigdy nie upranych spodni od piżamy w czerwoną kratę, klucz do mieszkania Freddiego. Naszyjnik, który zawsze wywołuje we mnie mieszankę emocji. Nie wszystkie z nich są pozytywne, ale pewnie tak właśnie działa żałoba.
Podnoszę piżamę i zanurzam w nią nos. I oto jest - wyraźna nuta piżma i drzewa sandałowego nadal pozostaje dobrze wyczuwalna na materiale - zapach Freddiego.
Kiedy spał, zawsze wyglądał tak spokojnie. Te długie noce należą do moich ulubionych wspomnień. Uwielbiałam przyglądać się, jak śpi. Te ciche, gardłowe westchnienia. Czasami kładłam dłoń na jego klatce piersiowej i czułam tak silny przypływ pożądania, że naprawdę myślałam, iż nigdy nie poczuję tego do innej osoby. Dzisiejszy wieczór dowiódł, że się myliłam. Czasami to możliwe.
Jeszcze raz zaciągam się głęboko zapachem Freddiego, a potem starannie składam spodnie od piżamy i delikatnie umieszczam je z powrotem w pudełku. Po zamknięciu ostrożnie odstawiam je na jeden z trzech plastikowych pojemników, które zabieram ze sobą do mamy. Dezynfekuję dłonie.
A potem, ponieważ myśl o mojej matce i powrocie do tego domu wywołuje dreszcz odrazy, postanawiam skupić się na przygotowaniu prezentu pożegnalnego dla Barry'ego.
Przyznaję, że spędziłam więcej czasu, niż to było zdrowe, główkując nad tym konkretnym prezentem. Wyobraziłam sobie, że dwie minuty po moim wyjściu węszy po mieszkaniu jak świnia truflowa, szukając zagubionej pary bielizny, w którą mógłby zanurzyć swoją dziobatą twarz. Serio rozważałam pozostawienie pod kanapą majtek pokrytych wszelkiego rodzaju niehigienicznymi substancjami. Ale jestem osobą na poziomie i szczerze mówiąc, nie byłam pewna, czy nawet moje bardziej niegodziwe pomysły wystarczyłyby, aby go zniechęcić. Zamiast tego zdecydowałam się na książkę.
Zostawiłam egzemplarz reportażu O mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet autorstwa Laury Bates - w kuchni, tak by na pewno rzucił mu się w oczy. Aby nie miał żadnych wątpliwości co do adresata, na stronie tytułowej napisałam dedykację:
Barry,
pomyślałam, że może Ci się to przydać.
Iris x
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Kiedy wracam myślami do początku, widzę krzesła ustawione w kole. Niskie, twarde i plastikowe, w kilku podstawowych kolorach; plamy wymuszonej radości w ponurej, przygnębiającej przestrzeni. Podłogi pokryte linoleum z gumą do żucia tu i ówdzie rozdeptaną w nieregularne krążki, zniszczona tablica korkowa z odklejającymi się plakatami. Sala ma tylko dwa okna, a przez zabrudzone, poplamione szyby widać parking.
To świetlica, która pełni wiele funkcji. Kurs szydełkowania, klubik dla dzieci, zajęcia sportowe. Zwykle krzesła stoją ustawione jedno na drugim przy ścianie. Wieże z kontrastujących czerwieni i błękitu usunięte na bok, aby zrobić miejsce dla pełnych radości zajęć.
Z tego, co wiem, okrąg jest zarezerwowany dla wtorkowych wieczorów. Wyłącznie dla naszej grupy. Okrąg jest symbolem wielu rzeczy. Reprezentuje początek, reprezentuje koniec. To oczywiste, że nasza grupa jest zainteresowana tym drugim.
Żałuję, że mojego wejścia nie zagłuszają żadne odgłosy, jak choćby szelest płaszcza czy ciche rozmowy. Drzwi wahadłowe zamykają się za mną ze zgrzytnięciem, a podeszwy moich butów skrzypią przy każdym kroku. Tutaj grobowa cisza to nie tylko powiedzenie, ale mantra.
Kiedy zmierzam do swojego miejsca, Fiona zaciska usta. Raczej wyczuwam, niż widzę, że gromi mnie spojrzeniem, więc tym bardziej niespiesznie zdejmuję płaszcz i siadam na twardym plastikowym krześle. Nie chodzi o to, że celowo się spóźniam, ale dziwnym trafem często mi się to zdarza. Zauważyłam, że dobrze trzymać ją w napięciu.
Dopiero gdy skończyłam wcierać płyn dezynfekujący w dłonie, Fiona sięga po plik papierów, a na jej twarzy rysuje się dziwne zarozumialstwo, nietypowe dla kobiety, której największym osiągnięciem jest śmierć męża. W powietrzu czuć ostry zapach alkoholu.
- Skoro wreszcie jesteśmy w komplecie, możemy zaczynać.
Nie mam nic do Fiony. Pod wieloma względami podziwiam jej gorliwość. Niewiele osób ma odwagę czerpać zysk z cudzego cierpienia, a ona robi to z zapałem graniczącym z rozkoszą. Ma nosa do interesów i odpowiednią osobowość. Gdyby nie było to antyfeministyczne, porównałabym ją do wojennego topora, ale jest, więc tego nie zrobię. Jest w niej jednak coś z Agaty Pałki, dyrektorki szkoły tytułowej Matyldy Roalda Dahla. Wszystko to sprawia, że dziś szczególnie niepokoi mnie sposób, w jaki wypina obfity biust, który można by niemal opisać jako zalotny, a rumieniec rozprzestrzenia się na jej już i tak zaczerwienionych policzkach.
- Jak pewnie zauważyliście - mówi z niepokojącą słodyczą w głosie - do naszego grona dołączyła dziś nowa osoba.
Wskazuje mężczyznę po przeciwnej stronie. Jak to możliwe, że wcześniej go nie zauważyłam? Nieczęsto na spotkaniach pojawiają się nowi członkowie i za każdym razem jest to ekscytująca odmiana od zwyczajowej kolejności ruchów w naszej grze - łez i długich, chaotycznych monologów, które większość uczestników słyszała już piętnaście razy wcześniej. Osobiście lubię trochę urozmaicać swoje wypowiedzi. To kluczowe, aby utrzymać zainteresowanie słuchaczy.
Powód obrzydliwej zmiany w zachowaniu Fiony jest oczywisty. Nieznajomy jest bardzo atrakcyjny. Mimo że siedzi, widać, że jest wysoki. Ma też ładną symetrię twarzy i gęste włosy (co, w przypadku mężczyzn, którzy doświadczyli straty, nie jest oczywiste). Gdybym nie znalazła się tu w tak tragicznych okolicznościach, sama mogłabym ulec pokusie.
Facet wydaje się całkowicie odporny na to, że wszyscy się na niego gapią, co nie zawsze się zdarza. Wydaje mi się, że jako grupa możemy być dość onieśmielający, i bywały sytuacje, gdy nowi członkowie załamywali się pod ciężarem naszych spojrzeń pozbawionych uśmiechu. Nie wygłupiamy się na tych spotkaniach. To poważna grupa dla osób, które poniosły poważną stratę.
Mężczyzna jednak podnosi rękę w niemal leniwej reakcji na naszą uwagę. Muszę przyznać, że żałoba mu pasuje. Trzydniowy zarost nadaje mu surowego, nieposkromionego wyglądu, a garnitur układa się luźno, podkreślając jego smukłą sylwetkę. Założę się, że pod spodem ma same mięśnie...
Zabraniam sobie kontynuować tę myśl. Łatwo jest dać się ponieść emocjom w takich sytuacjach, a ja muszę się skupić na tym, co najważniejsze: na Freddiem.
- To jest Jack - mówi Fiona i uśmiecha się słodko. Chryste, czerwień przeniosła się z jej policzków nawet na dekolt.
- Cześć, Jack - odpowiadamy chórem niemal apatycznie, ale to tylko dowód naszej powagi.
Fiona wygląda, jakby chciała poprosić nas, żebyśmy powtórzyli to jeszcze raz, ale z życiem.
- Czy czujesz się na siłach, żeby podzielić się z nami tym, kogo straciłeś, Jack? - pyta.
Mężczyzna odchrząkuje - to szorstki, głęboki pomruk. Boże, ależ on jest przystojny. Rita też to zauważa. Wpatruje się w niego, wciągając policzki, przez co wygląda jak dziwny, wychudzony chomik, ale ona przynajmniej zadbała o to, żeby się umalować. Ja wyglądam okropnie. Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich miesięcy trochę się zaniedbałam.
- Jasne - odpowiada Jack, a my wszyscy siadamy prosto.
Ma w sobie coś, co w naszej grupie dostrzegli nawet mężczyźni - Charlie i Matt. Jednym słowem przyciągnął naszą uwagę w sposób, którego można mu niemal pozazdrościć. Obserwuję mowę jego ciała. Pochyla się lekko do przodu, jakby chciał podzielić się z nami swoją pewnością siebie. Dłonie z mocno splecionymi palcami ułożył na kolanach i zmarszczył brwi na znak powagi.
- Jestem tu - ciągnie - ponieważ straciłem żonę Alice. W tym roku zmarła na raka. Szóstego czerwca.
Dobrą chwilę zajmuje mi zrozumienie znaczenia jego słów. Tak bardzo skupiam się na jego wypowiedzi i tonie głosu, że data nie od razu do mnie dociera. Ale kiedy to się dzieje, moje serce podskakuje z ekscytacji.
- Powiedziałeś: szóstego czerwca? - Nie jestem w stanie powstrzymać entuzjazmu - to niedobrze - więc natychmiast przywołuję się do porządku. - Przepraszam. - Odchrząkuję. Tak jest lepiej. Głucho, martwo. - Chodzi o to, że tego samego dnia straciłam mojego partnera, Freddiego. Szóstego czerwca tego roku.
Jack po raz pierwszy patrzy prosto na mnie, a ja odczuwam gwałtowny przypływ intensywnego pożądania.
- Bardzo mi przykro - mówi, po czym odwraca wzrok, a ja czuję się tak, jakby słońce schowało się za chmurą.
- Dziękuję, Iris. - Fiona przestaje silić się na uprzejmość. Właśnie złamałam podstawową zasadę, żeby pod żadnym pozorem nie przerywać innemu członkowi grupy, kiedy przemawia. Spoglądam na Jacka. Jest nowy. Nie zorientuje się.
Fiona próbuje odzyskać fason, ale wypada to mizernie.
- Świetnie ci poszło, Jack. To wymagało sporej odwagi. - Wyczuwam lodowaty ton w jej głosie. - Teraz pokrótce omówię, jak działa nasza grupa wsparcia dla osób w żałobie, a potem każdy po kolei się przedstawi. Mam na imię Fiona i jestem liderką grupy. Jeśli macie jakieś pytania, zwracajcie się bezpośrednio do mnie, dobrze? - Kiedy uwaga wszystkich ponownie skupia się na niej, Fiona nabiera wiatru w żagle. Lubi nowych członków grupy prawie tak samo jak ja.
Dziesięć lat temu straciła męża i po jego śmierci napisała poradnik, którym otarła się o sukces i który wręcza wszystkim nowym członkom grupy, jakby był od dawna wyczekiwaną księgą Nowego Testamentu. Obecnie zarabia na życie, opowiadając o swoim procesie zdrowienia, a ja zaczynam się zastanawiać, czy utrata męża nie była czymś najlepszym, co jej się przydarzyło.
- To jest bezpieczna przestrzeń. Chcę, abyście mogli wyrażać myśli, niezależnie od tego, jakie one są, nie obawiając się krytyki. Należy zaznaczyć, że jesteśmy grupą wsparcia dla osób w żałobie. Nie jest to terapia grupowa i nie ma takiego charakteru. Celem jest zgromadzenie osób, które doświadczyły straty, ale należy pamiętać, że każdy inaczej radzi sobie z żałobą. Prosimy tylko o cierpliwość. Doświadczenia innych ludzi mogą się różnić od naszych, ale to nie oznacza, że ich uczucia są mniej ważne. W porządku? - Mówi to wszystko bardzo szybko, jakby była lektorką w radiowej reklamie i próbowała zmieścić zasady promocji w ośmiosekundowym przedziale czasowym.
Jack kiwa głową, a Fiona zwraca się do mnie.
- Iris, skoro nie mogłaś się powstrzymać, to może zaczniesz?
Nagle czuję, że wiele zależy od tego, co teraz powiem. Po pierwsze, jestem nieco poirytowana świetnym wystąpieniem Jacka. Zrobił to perfekcyjnie i niełatwo będzie go przebić. Po drugie, chcę, żeby znów mnie zauważył. To spojrzenie, którym obdarzył mnie wcześniej, sprawiło, że rozbudził we mnie coś uśpionego. I to nawet nie poruszając tematu, dla którego wszyscy tu jesteśmy. Jego żona zmarła dokładnie tego samego dnia, co Freddie. Serio, jak często coś takiego może się zdarzyć? To brzmi jak przeznaczenie.
Więc oczywiście to, co zaraz powiem, będzie kluczowe. Mam tylko jedną szansę, żeby zrobić na nim wrażenie. Żeby przekonać go, że jestem kimś więcej niż tylko przelotnym spojrzeniem.
Pochylam się do przodu. To dobra sztuczka, którą zachowam na przyszłość, jeśli dziś się sprawdzi. Czekam, aż szuranie nogami ucichnie i oczy wszystkich skupią się na mnie. Wydaję głębokie, ciężkie westchnienie. Tylko po to, żeby przypomnieć zgromadzonym, dlaczego tu jesteśmy.
- Mam na imię Iris - mówię tonem, który stanowi idealne połączenie smutku i hartu ducha. - Jak wspomniałam przed chwilą, wybacz, Fiono, ja również straciłam partnera, Freddiego, szóstego czerwca tego roku. - Śmieję się krótko i ze smutkiem, jakbym nie mogła uwierzyć w zbieg okoliczności, co zresztą jest prawdą. Jack raptownie prostuje się na krześle.Jak dotąd wszystko idzie zgodnie z planem, muszę tylkozakończyć z przytupem. - Nie wspomniałam jedynie, że... - Kolejna pauza, nieco dłuższa, aby zbudować napięcie. - Freddie był nie tylko moim chłopakiem. Był moim narzeczonym. Kilka dni przed śmiercią poprosił mnie o rękę.
Czy jest coś bardziej tragicznego niż przedwcześnie urwana miłość? To oczywiste, że utrata żony jest straszna, ale w momencie śmierci wszystkie te drobne dziwactwa, które na początku wydawały się tak urocze, zaczynają człowiekowi działać na nerwy. Ale zaręczyny zakończone przedwczesnym odejściem? To szczyt tragedii. To śmierć samej nadziei.
Inni najwyraźniej też tak uważają. Zaskoczona Rita zakrywa usta dłonią. Wydaje mi się, że w jej oczach widzę łzy, choć trzeba przyznać, że nie jest to dla niej niczym niezwykłym. Jack marszczy brwi w geście współczucia. Wtedy podejmuję ryzyko: mocno przyciskam język do podniebienia i uśmiecham się do niego najbardziej czarująco, jak potrafię. Nie pamiętam, żebym uśmiechnęła się choć raz w ciągu minionych sześciu miesięcy, ale teraz wszystko wraca do normy. W odpowiedzi Jack uśmiecha się do mnie niepewnie, ale przynajmniej nadal na mnie patrzy.
Tylko Fiona wygląda na nie do końca przekonaną.
- Ale... nie nosisz pierścionka zaręczynowego? - pyta.
- Pierścionek to patriarchalny konstrukt, Fiono. Potwierdza ideę, że mężczyzna jest właścicielem kobiety.
Ale pierścionek był.
I zdecydowanie bym go nosiła.
Staram się ograniczać myślenie o Freddiem do minimum. Nie chodzi o to, że mi nie zależy. Zależy. Po prostu nie widzę sensu w roztrząsaniu tego, jak blisko byłam szczęścia. Blisko związku. Tego uczucia, że nie jestem sama. On zawsze wydawał się wyczuwać, kiedy miałam gorszy dzień, jakby łączyła nas niewidzialna nić. Kładł mi opiekuńczo rękę na ramieniu, żeby pokazać, że jest przy mnie, albo wysyłał troskliwą wiadomość: "Wszystko w porządku?".
Jestem jednak boleśnie świadoma, że roztrząsanie każdego wzlotu i upadku związku nie pomaga ruszyć dalej. W ten sposób popada się w zgorzknienie. Ogólnie rzecz biorąc, jestem mistrzynią w powstrzymywaniu wspomnień o Freddiem. Staram się być stale zajęta i ciężko pracuję. Unikam ciszy. Kiedy robi się naprawdę ciężko, sprzątam.
Pewnie nie jest to szczególnie zaskakujące, że jedynym miejscem, w którym zmagam się z myślami o Freddiem, są spotkania grupy wsparcia, choć nie z oczywistych powodów. To raczej kwestia tempa niż głęboko ukrytych emocji wywołanych melancholijnymi wypowiedziami innych osób. Bywały sytuacje, w których nie miałam wątpliwości, że zwłoki dotarłyby do sedna szybciej.
Niektórzy członkowie są bardziej rozmowni niż inni, ale Charlie - aktualnie na gorącym krześle - jest niestety jednym z naszych mniej elokwentnych uczestników. Po moim szokującym wyznaniu następuje nagły powrót do normalności i - sądząc po nieobecnym wzroku niektórych - nie jest to powrót szczególnie mile widziany.
Jednak jeśli chodzi o mnie, dziś to nie Freddie zajmuje moje myśli, a Jack. Moja mała przemowa wypadła lepiej, niż zakładałam. Co jakiś czas nasze spojrzenia się krzyżują. Jack zawsze pospiesznie odwraca wzrok, ale dopiero kiedy zdołam to zauważyć. Minęła godzina od rozpoczęcia sesji, a on spojrzał na mnie już dwadzieścia razy. To musi coś znaczyć.
Ostatnio czułam takie podekscytowanie na początkuzwiązku z Freddiem. Wtedy też marniałam, utknąwszy w piekielnej normalności codziennego życia. Patrząc wstecz, myślę, że byłam trochę zagubiona. Dryfowałam w oceanie wczesnej dorosłości bez celu i sensu. Freddie to zmienił. On zmienił wszystko.
Teraz to zaczyna do mnie wracać jak zardzewiałe koło zębate, które nasuwa się na oś, trafiając w swoje miejsce. Uśmiech, który wcześniej skierowałam do Jacka, był przesadzony. Nie popełnię tego błędu ponownie. Bardzo ważne jest, aby nie sprawiać wrażenia zbyt nachalnej. "Jeśli jesteś zbyt nachalna, facet natychmiast traci zainteresowanie". Mała rada, którą mój mózg przechowywał przez minione miesiące, jakby przewidując, że może mi się jeszcze przydać. Tak, teraz to wszystko do mnie wraca.
Udaję, że nie zauważam, jak Jack mnie obserwuje. Walczę z pragnieniem, żeby zakryć czymś głowę. Nie myłam włosów od trzech dni, a moje odrosty to masakra. Muszę coś z tym zrobić do przyszłego tygodnia. Siadam prosto, ściągam łopatki, dłonie kładę delikatnie na kolanach. Przechylam głowę, wpatruję się w Charliego i udaję, że chłonę jego ciszę, co nie jest łatwym zadaniem.
Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać wpływ, jaki może wywrzeć męska uwaga. Tego wieczoru czuję się bardziej żywa niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu minionych tygodni, chociaż zdaję sobie sprawę, że to prawdopodobnie nie jest najlepsze miejsce, aby chwalić się swoją witalnością. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem fanką opierania poczucia własnej wartości na męskim spojrzeniu, ale wiadomo, że to miłe uczucie, nawet jeśli nie wypada się do tego przyznawać. Miło jest znów być obiektem zainteresowania. Szczególnie kogoś takiego jak Jack. Kogoś takiego jak Freddie.
Kiedy poznałam Freddiego, nie znałam jeszcze zasad tej gry. Utknęłam w beznadziejnej pracy, z której desperacko chciałam odejść, i wciąż cierpiałam z powodu etykietek, które przypisano mi na uniwersytecie cztery lata wcześniej: dziwna, uciążliwa, samotniczka. To ostatnie bolało najbardziej, ponieważ sugerowało mój współudział. Zanim Freddie zwrócił na mnie uwagę, zachodziłam w głowę, czy to naprawdę ja jestem problemem. Okazało się, że nie ja, a cała reszta.
Spotkaliśmy się w kawiarni. Natychmiast wpadł mi w oko - był najbardziej atrakcyjnym mężczyzną w lokalu i nie tylko ja to zauważyłam. Baristka rzucała mu ukradkowe spojrzenia, które mogłyby podziałać na niczego niepodejrzewającego mężczyznę. Musiałam szybko znaleźć sposób na zwrócenie jego uwagi, więc podchodząc do lady, potknęłam się i chwyciłam go za ramię, aby się nie przewrócić.
- Uwaga! - zawołał. - Ostrożnie. Wszystko w porządku?
Zaczerwieniłam się uroczo (co zazwyczaj nie przychodzi mi łatwo, ale wszyscy w kawiarni się na mnie gapili) i spojrzałam na niego spod rzęs.
- Tak. Bardzo przepraszam. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Uśmiechnął się. I choć był to szeroki, pogodny i szczery uśmiech, wydawało mi się, że dostrzegam w nim coś jeszcze, coś smutnego, co starał się ukryć. I było to coś, co dostrzegałam także w sobie.
- Ja też budzę się na dobre dopiero po wypiciu porannej kawy - powiedział.
Był taki miły. Pełen empatii. To między innymi kochałam w nim najbardziej. Nie przyznałam się, że weszłam do kawiarni tylko po to, żeby zabić czas przed tajną rozmową kwalifikacyjną do pracy, która miała szansę poprawić moje fatalne perspektywy. Że moim zdaniem kawa smakowała jak błoto.
- No właśnie - zaśmiałam się, próbując naśladować jego swobodne zachowanie.
A ponieważ był dżentelmenem, przepuścił mnie w kolejce. Wiedziałam, że słucha, więc zamówiłam cappuccino, ale kiedy zamierzałam zapłacić, uprzedził mnie, przyłożył swoją kartę do terminala i mrugnął do mnie. Pociąg, jaki poczułam do niego wtedy, był tak silny, że czuję go nawet teraz.
- Mój dobry uczynek na dziś - oświadczył. Mężczyźni uwielbiają odgrywać bohaterów.
Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy później tamtego ranka weszłam do pomieszczenia, w którym odbywała się rozmowa kwalifikacyjna - o pracę projektantki w czasopiśmie - a on siedział w komisji. To był tak dziwny zbieg okoliczności, że po prostu musiał być istotny. Dowiedziałam się, że jeśli dostanę tę pracę, będzie moim przełożonym.
- Jaki ten świat jest mały! - powiedział ze śmiechem na mój widok.
Podbudowana jego obecnością, dobrze wypadłam na rozmowie kwalifikacyjnej, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to nasze spotkanie w kawiarni zadecydowało o wszystkim. Zaproponowano mi stanowisko w magazynie kobiecym, a miesiąc później rozpoczęłam pracę.
Widzicie? Tak to już jest, że grupa często zabiera mnie w radosną podróż sentymentalną. Sesja dobiega końca. Jack rzuca w moją stronę ostatnie spojrzenie. Jeśli dobrze to rozegrałam, spróbuje ze mną porozmawiać na koniec, zmotywowany moją stanowczą odmową nawiązania kontaktu. To cudowna myśl, gra, w którą potrafię grać doskonale. Czasopisma Marcie nauczyły mnie zasad tej gry: "Aby wzbudzić zainteresowanie, zachowuj się swobodnie. Niech to on podejmie inicjatywę". Mam tylko nadzieję, że nie jestem zbyt toporna w konwersacji. Zalotne spojrzenia to jedno. Rozmowa to zupełnie inna sprawa.
Ale Jack nie próbuje ze mną rozmawiać na koniec. Pierwszy podnosi się z krzesła i kieruje się w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie. Przez chwilę jestem oszołomiona i tylko patrzę za nim z otwartymi ustami. Byłam pewna, że zrobiłam wszystko jak należy. Postępowałam zgodnie z zasadami: wzbudziłam jego zainteresowanie, a potem udawałam obojętność na jego reakcję. Rozegrałam partię bezbłędnie, ostrożnie ustawiając figury na szachownicy, ale teraz to on odmawia dalszej gry.
To musi być kwestia moich włosów. Są w naprawdę katastrofalnym stanie. Cienkie, przetłuszczone i łamliwe. Umówię się do fryzjera. Wtedy zobaczymy, czy zdoła się oprzeć mojemu urokowi.
Wychodzę ostatnia. Biorę płaszcz i ruszam do drzwi prowadzących do holu, gdzie dostrzegam księgę wpisów.
Fiona naciska, abyśmy wpisywali się przy wejściu i wyjściu, zgodnie z przepisami przeciwpożarowymi oraz bezpieczeństwa i higieny pracy, ale większość z nas nie zawraca sobie tym głowy. To z naszej strony mały akt buntu, ale Jack o tym nie wie. Przesuwam palcem po liście. I tam, w okienku tabelki na samym dole, widnieje imię i nazwisko nabazgrane w pośpiechu.
Jack Reynolds