Rozdział VI. Jestem najlepszy
Jestem najlepszy
WCZORAJ BYŁEM NAJLEPSZY W KLASIE. Jak bum-cyk-cyk!
Pani zrobiła nam dyktando i miałem siedem błędów. Po mnie był Ananiasz, który miał siedem i pół - przecinki liczą się jako połówka, a Ananiasz nie postawił przecinka przed słowem "gdzie", gdzie trzeba było go postawić.
Ponieważ Ananiasz jest najlepszym uczniem w klasie i pupilkiem naszej pani, okropnie mu się nie spodobało, że nie jest najlepszy z dyktanda. Powiedział pani, że to niesprawiedliwe i że właśnie miał postawić ten przecinek, ale mu przeszkodzono. Pani kazała mu być cicho, a wtedy Ananiasz się rozpłakał, powiedział, że poskarży się swojemu tacie, że jego tata pójdzie na skargę do dyrektora, że nikt go nie kocha i że to straszne, a kiedy pani powiedziała, że postawi go do kąta, Ananiasz się rozchorował.
Wyszedłem ze szkoły z moim dyktandem, na którym pani zaznaczyła czerwonym atramentem: "Mikołaj napisał dyktando najlepiej z całej klasy. Bardzo dobry".
Chłopaki chciały, jak zawsze, żebym poszedł z nimi do piekarni obejrzeć wystawę i kupić czekoladę, ale im powiedziałem, że muszę szybko wracać do domu.
- Co ty - powiedział Alcest, mój dobry kumpel - dlatego że jesteś najlepszy z dyktanda, nie chcesz się już z nami bawić?
Nawet nie odpowiedziałem Alcestowi, który zrobił dwadzieścia osiem i pół błędu. I pobiegłem do domu.
- Jestem najlepszy! - zawołałem od progu.
Kiedy mama zobaczyła moje dyktando, pocałowała mnie, powiedziała, że jest ze mnie bardzo dumna i że tata też się ucieszy.
- Dostanę tort czekoladowy na deser? - spytałem.
- Dziś wieczór? - zdziwiła się mama. - Ależ kochanie, nie starczy mi czasu, muszę jeszcze uprasować tacie koszule.
- To było dyktando z niesamowitymi słowami - powiedziałem - i pani pochwaliła mnie przy wszystkich.
Mama spojrzała na mnie i westchnęła:
- No dobrze, kochanie, w nagrodę dostaniesz swój tort czekoladowy.
I poszła do kuchni. No bo co w końcu!
Kiedy tata otworzył drzwi do domu, pobiegłem do niego z dyktandem.
- Popatrz tato, co pani napisała na moim dyktandzie! - krzyknąłem.
Tata popatrzył i powiedział:
- To świetnie, chłopie.
Zdjął marynarkę, usiadł w fotelu w salonie i zaczął czytać gazetę.
- Jestem najlepszy! - pochwaliłem się tacie.
- Uhm - odpowiedział tata.
Więc poszedłem do kuchni i powiedziałem mamie, że to niesprawiedliwe, że tata nie chce patrzeć na moje dyktando, i odstawiłem scenę złości z tupaniem nogami i krzyczeniem bez otwierania ust.
- Mikołaj - powiedziała mama - uspokój się. Tatuś przyszedł z pracy zmęczony i pewnie dobrze nie zrozumiał. Wytłumaczymy mu i na pewno cię pochwali.
I wróciliśmy z mamą do salonu.
- Kochanie - powiedziała mama. - Mikołaj świetnie się dzisiaj spisał w szkole. Myślę, że powinieneś go pochwalić.
Tata uniósł głowę znad gazety, zrobił zdziwione oczy i powiedział:
- Przecież już go chwaliłem, powiedziałem mu, że to świetnie.
I poklepał mnie po głowie, a mama wróciła do kuchni.
- Chcesz przeczytać moje dyktando? - zapytałem. - Jest niesamowite!
- Później, kochanie, później - odpowiedział tata i z powrotem zaczął czytać gazetę.
Wróciłem do kuchni i powiedziałem mamie, że tata nie chce przeczytać mojego dyktanda, że nikt się mną nie zajmuje i że ucieknę z domu i będą mnie żałowali, szczególnie teraz, kiedy jestem najlepszy.
Poszedłem za mamą do salonu:
- Uważam - powiedziała mama do taty - że mógłbyś poświęcić małemu trochę uwagi, odniósł dziś taki sukces.
Mama poprosiła, żeby jej więcej nie przeszkadzać, bo nigdy nie skończy tego tortu. I sobie poszła.
- To co - spytałem - przeczytasz moje dyktando?
Tata wziął dyktando i powiedział:
- Ho, ho, ho! Ale trudne! No, tak. Ho, ho, ho... Brawo!
I znowu wziął gazetę.
- A dostanę wrotki? - spytałem.
- Wrotki? Jakie wrotki? - zdziwił się tata.
- No przecież wiesz - powiedziałem. - Obiecałeś mi wrotki, jak będę najlepszy w klasie.
- Słuchaj, Mikołaj - powiedział tata - porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze?
No i masz! Obiecują mi wrotki, piszę najlepsze dyktando w klasie, pani mnie przy wszystkich chwali, a potem mówią, że porozmawiamy o tym kiedy indziej! Usiadłem na dywanie i zacząłem walić w podłogę pięściami.
- Chcesz klapsa? - spytał tata, a ja się rozpłakałem i przybiegła mama.
- Co znowu? - spytała.
Więc wytłumaczyłem jej, że tata powiedział, że da mi klapsa.
- Ciekawy sposób zachęcania dziecka do nauki - powiedziała mama.
- Tak - powiedziałem. - Jak nie dostanę wrotek, to będę strasznie zniechęcony.
- Jakich wrotek? - spytała mama.
- Podobno - powiedział tata - mam zapłacić za to dyktando parą wrotek.
- Wysiłek powinien być nagrodzony - powiedziała mama.
- Mikołaj ma szczęście, że jego ojciec jest milionerem - stwierdził tata - więc z radością podaruję mu parę wrotek ze złota w nagrodę za siedem błędów ortograficznych.
Nie wiedziałem, że mój tata jest milionerem. Będę musiał powiedzieć o tym Gotfrydowi, bo on wciąż opowiada o swoim tacie, który jest bardzo bogaty. A chłopaki zemdleją z wrażenia, jak na przerwie zobaczą mnie na wrotkach ze złota!
- Dobrze - powiedziała mama - jeśli chcecie dostać kolację, dajcie mi spokojnie wrócić do kuchni.
- Pospiesz się - powiedział tata. - Wiesz, że po kolacji muszę iść do szefa, który przyjmuje klientów.
- O Boże! - krzyknęła mama - przez ten tort Mikołaja nie wyprasowałam ci koszuli.
- Brawo! - powiedział tata. - Brawo! No cóż, skoro się w tym domu nie liczę, pójdę w tej, którą mam na sobie. Brawo!
Wtedy mama się rozpłakała i tata ją pocałował, a ja byłem bardzo smutny, bo zawsze mi okropnie przykro, kiedy mama ma jakieś zmartwienie.
Przy kolacji nikt nic nie mówił i nawet nie miałem ochoty na dokładkę tortu.
Za to dzisiaj było naprawdę super. Wróciłem ze szkoły z pałą z arytmetyki, a tata, zamiast mnie skrzyczeć, powiedział:
- To jest mój duży chłopiec.
I zabrał nas z mamą do kina.
Tak jak mi powiedział Alcest w piekarni, gdzie poszliśmy po szkole kupić czekoladę: "Rodziców nie da się zrozumieć".