Jestem gotowa - Paula Wieczorek

Kup ebooka

27.99 zł
22.39 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Dziś jest pierwszy dzień, kiedy mama przyprowadziła mnie do nowej szkoły, zostawiła mnie tuż za progiem dużego budynku, przy portierni, gdzie siedzi pani woźna. Nie wiem, dokąd pójść, bo nikt nigdy mi niczego nie tłumaczy, ani mama, ani tata, zupełnie jakbym była niezauważalna.

Mam zaledwie dziewięć lat i dziś mam rozpocząć trzecią klasę szkoły podstawowej. W poprzedniej szkole często mi dokuczano, bo źle ubrana, bo włosy nieuczesane, bo cała nie taka. Jedyne, co dobre, to tamta szkoła była bliżej domu, a teraz nie wiem, dlaczego muszę codziennie dojeżdżać do Poznania.

Nie mam koleżanek ani kolegów, nie rozumiem tego, ale nikt nie chce się ze mną przyjaźnić. Nie wiem, dokąd mam iść. Stoję w miejscu, w którym zostawiła mnie mama.

- Dziecko, co tak stoisz? - Pani woźna podeszła zainteresowana tym, że za długo podpieram ścianę.

- Jaaaa, ja nie wiem, gdzie mam iść - odpowiedziałam i zaraz spuściłam wzrok w podłogę.

- Jak się nazywasz i do której klasy chodzisz? - pytała już nieco spokojniej pani woźna.

- Jestem Rozalia Nowak z trzeciej klasy. Mama mnie przyprowadziła tutaj pierwszy raz - odpowiedziałam, nadal patrząc w swoje czerwone, przybrudzone trampki.

- Ach, tak, mama nic ci więcej nie powiedziała?

Na to pytanie pani woźnej odpowiedziałam tylko, kręcąc przecząco głową.

- Dobrze, zaraz coś na to poradzimy.

Pani woźna na chwilę zniknęła za jakimiś drzwiami i wróciła, by zaprowadzić mnie do sali.

Pani wychowawczyni wywołała mnie na środek klasy i przedstawiła, ja się tylko lekko uśmiechnęłam. Nie wiedziałam, gdzie usiąść, przecież jestem tu nowa i czuję się obco. Dlatego by nikomu nie wadzić, poszłam na tył sali i zajęłam ostatnią wolną ławkę, sama.

Lecz, jak się potem okazało, nie był to zwykły dzień.

- Cześć, Rozalia! - Na przerwie podeszła do mnie dziewczynka uczesana w dwa warkocze, ubrana w jasne jeansy i białą bluzkę. Wyciągnęła do mnie rękę, by się przywitać. - Jestem Michalina.

Wyciągnęłam nieśmiało rękę i zauważyłam, że pod moimi paznokciami chował się brud. Ze strachem, ale odwzajemniłam uścisk.

Michalina zaczęła normalnie ze mną rozmawiać, pytała, skąd jestem i co lubię robić. Powiedziałam, że jestem z małej miejscowości tuż za Poznaniem i że w sumie nie mam pojęcia, dlaczego mama mnie zapisała tutaj do szkoły. Opowiedziałam też, że najczęściej to lubię chodzić na plac zabaw, jedyny w naszej miejscowości.

Michalina opowiedziała mi, że mieszka w dzielnicy Winogrady i nie ma rodzeństwa, jak ja. Lubi bawić się lalkami, najlepiej Barbie, i - jak to ujęła - uwielbia szyć im ubranka choćby ze starych skarpetek. Michalina to wesoła, dziewięcioletnia dziewczynka, ja raczej zamknięta w sobie i chyba ponura.

Tak się rozpoczęła nasza przyjaźń, dlatego dzień, który mógł się wydawać zwykłym, ponurym dniem z życia Rozalii Nowak, stał się dniem najszczęśliwszym.

Wstydziłam się często, że pochodzę z raczej biednej rodziny, że nie mogę choćby jeździć na wycieczki szkolne, ponieważ mama zawsze mówi: "Nie ma na to pieniędzy, idź do siebie". Lecz mimo że nie miałam nowych, ładnych ubrań, Michalina chciała się ze mną kolegować.

Polubiłam dzięki temu chodzenie do szkoły. A kiedy miałam wracać do domu, gdzie nikt się mną nigdy nie zajmował, nie zagrał ze mną choćby w statki, do czego potrzebne są tylko dwie kartki i dwa długopisy, robiłam się przygnębiona i smutna.

Nie rozumiałam, dlaczego tak jest, że nie interesuję rodziców.

Dziewięć lat później

- Ale z ciebie nudziara, chodź ze mną na tę imprezę - naciskam na swoją przyjaciółkę. Uwielbiałam imprezować. Często nie miałam za co, ale to nie problem.

Leżałam na kanapie w pokoju Michaliny i cały wieczór próbowałam namówić ją, byśmy razem poszły na imprezę do Bartka, naszego kolegi z liceum.

- Daj już spokój, nie chcę tam iść - odmówiła Michalina.

- To pójdę bez ciebie. Początek imprezy zbliża się wielkimi krokami, a ja mam ochotę się dziś zabawić - oznajmiłam, a moja przyjaciółka tylko na mnie krzywo spojrzała.

- Powiedz lepiej, kiedy ty nie masz ochoty się zabawiać? - Michalina ma rację, odkąd spróbowałam imprez, picia, palenia, spodobało mi się to.

- Zawsze mam ochotę - stwierdziłam entuzjastycznie. Wstałam z kanapy i dodałam, patrząc Michalinie zimno w oczy i mając jednocześnie nadzieję, że ten argument zadziała: - Ja przynajmniej korzystam z przywilejów młodości, a ty to najlepiej złóż już papiery na emeryturę, babuniu.

Udało się. Jupi!

Impreza była gruba, Bartek się postarał. Była to jego osiemnastka, zorganizował ją w domu, starzy zostawili mu wolną chatę, by mógł świętować pełnoletniość. Byli tutaj ludzie z naszej klasy, ale i tacy, których widziałam pierwszy raz na oczy. Michalina nigdy nie pije na imprezach nic oprócz soku czy coli. U niej rozsądek rządzi.

Ja nabombana, Michalina trzeźwa - opuszczamy najlepszą imprezę tego tygodnia. Rozmyślam jednak, czy nie żałować, że mnie stąd wyciągnęła, bo zaczęło się między mną a Bartkiem coś dziać; pocałunki, dotyk, hmm...

- Zobaczysz, głupia, kiedyś będziesz żałować tego straconego czasu na ciągłe chlanie. Wstyd ci będzie w poniedziałek w szkole spojrzeć Bartkowi w oczy. - Michalina suszyła mi głowę, ja byłam jednak innego zdania.

- Dajże spokój, jaki wstyd.

***

Przekroczyłam próg swojego domu, po drodze zdążyłam trochę wytrzeźwieć, na tyle, że jestem świadoma. Nie dziwi mnie bałagan i chaos, jaki tutaj panuje. Matka leży z wiadrem przy swoim łóżku, co może oznaczać, że jest nawalona, ojciec na kanapie, chrapie, a telewizor wydaje z siebie szum i szary obraz.

Kładę się spać.

Rozdział 1 Rozalia

Około dwa lata później

Kolejny upalny, lipcowy dzień. Słońce zagląda przez okno do mojego pokoju. Leżę z okropnym bólem głowy. Boję się otworzyć oczy, bo wiem, że promienie słoneczne zaraz uderzą w mój mózg z potężną siłą.

- WOW!!! Wody, gdzie jest woda? Wody, wody, wody...

Czym prędzej biegnę do kuchni i wlewam w siebie co najmniej litr pysznej, zimnej czystej H2O. Jest już czternasta, czas się ogarnąć. Zmierzam do łazienki, pokonując burdel tego mieszkania. Mam zamiar wziąć kąpiel. Czekając, aż wanna się napełni, szczotkuję zęby, bo w buzi nadal mam posmak wódki i fajek.

Zeszły wieczór spędziłam gdzieś na mieście z obcymi mi ludźmi, chlejąc, co popadło, popalając fajki i trawkę. Dziś łeb mi pęka. Nigdy nie wiem jak, ale zawsze trafiam na takie towarzystwo i szybko się tam klimatyzuję. Zresztą od takich ludzi dużo się nie wymaga i zawsze chodzi o to samo.

Patrzę w lustro na swoją twarz i zadaję sobie pytanie: "Kim ty, dziewczyno, do cholery, jesteś?"

Mieszkam na obrzeżach Poznania, nadal z rodzicami. Moja rodzina jest nijaka, niby starzy chodzą do pracy, ale po niej nie robią nic ze swoim życiem. Alko też lubią chyba za bardzo. Wszystko tu wokół mnie jest nijakie, łącznie ze mną, nijaką Rozi. Nigdy nie byłam na wakacjach i oprócz mojego miasta nie widziałam nic. Skończyłam dwadzieścia lat, cudem XVII Liceum Ogólnokształcące, nie interesuję się niczym, choć czasem miewam olśnienia i myślę nad sensem swego istnienia i że gdybym chciała, to mogłabym do czegoś dojść. Hmm, tylko do czego?

Biorę kąpiel, myję włosy, jestem teraz świeża - w tym looku nawet nie jest ze mną tak źle, myślę, ale w miarę szybko wracam do rzeczywistości. Spoglądam w lustro i patrzę w swoje duże, zielone oczy. Mój mózg właśnie miewa olśnienie. Sama siebie pytam: "Tego chcesz? Chcesz być nijaka? Chcesz dalej pieprzyć sobie życie? Chcesz pić przy każdej lepszej okazji? Palić trawę dla fanu? Jesteś młoda, możesz jeszcze dużo osiągnąć...!".

Tylko trudno zostać kimś bez znajomości, z pospolitego domu, gdzie nie przelewało się nigdy. W ogóle nawet nie znając siebie do końca, nie wiedząc, w którą stronę pójść. Nie mam żadnych zainteresowań. Jestem zwykłą Rozi mającą mnóstwo kompleksów, bez wiary w siebie. Moja rodzina jest patologiczna, to jaka mam być, kiedy przykład zawsze idzie z góry? Zawsze będę z nimi w jednym worku.

Tak szybko, jak pomyślałam o tym, że mogę... tak szybko zapanował mrok w mojej głowie. Prawie do końca dnia leżałam na swojej kanapie, dumając i drzemiąc na przemian.

Wieczorem spotkałam się na mieście z Michaliną, moją jedyną przyjaciółką. Szczerze? Nie wiem, jak taka normalna dziewczyna może się przyjaźnić z takim kimś jak ja. Już dawno powinna kopnąć mnie w dupę.

Miśka jest niewysoką, piękną, szczupłą, długowłosą szatynką o ciemnobrązowych oczach. Faceci zawsze się za nią uganiali, ale Miśka wie, czego chce od życia. Chce projektować modę. Mówi, że na miłość jeszcze przyjdzie czas. Pracuje na Starym Rynku jako kelnerka w jednej z restauracji, mówi, że z czegoś musi mieć na studia i swoje potrzeby. Miśka to kompletne przeciwieństwo mnie. Nie wiem, jak ta przyjaźń przetrwała od czasów ukończenia podstawówki. Ona - optymistka z wiarą w lepsze jutro, z celem na życie. Ja, hmm, szarobura dziewczyna, która niczym się nie interesuje i wszystko jej obojętne, która słynie z tego, że lubi sobie wypić, zapalić i się zabawiać.

Miśka, widząc mnie w stanie "wczorajszego upojenia alkoholowego", nawrzeszczała na mnie:

- Rozi, weź ty się w końcu ogarnij, znowu zabalowałaś. Z kim tym razem? Znasz chociaż tych ludzi, czy jak zwykle chlałaś i tańcowałaś z kim popadnie? Dziewczyno, jeśli w końcu nie zrozumiesz tego, w którą stronę idziesz, skończysz pod mostem!

- Daj spokój, głowa mi pęka od samego rana, nie znam tych ludzi i nie mam zamiaru poznawać. Zabalowałam, bo się nudziłam, nie miałam nic innego do roboty - odpowiedziałam, ale Michasia była na mnie totalnie zła, gorzej niż moi starzy, im nic nie przeszkadzało. Już dawno powinna znaleźć sobie inną kumpelę.

- Do jasnej cholery, Rozalio Nowak, nic z nieba nie spada, jak tak dalej będziesz imprezować, to koniec z naszą przyjaźnią - postawiła mi ultimatum. - Weź w końcu poszukaj sobie jakiejś roboty, od czegoś musisz zacząć. Napisz CV, popytaj w różnych miejscach, gdzieś na pewno znajdziesz. Pomogę ci, będę cię wspierać.

Miśka nie dawała mi spokoju i suszyła mi głowę. Nie chciało mi się, ale wiedziałam gdzieś w głębi duszy, że muszę coś zrobić ze swoim życiem. Miała rację, wstępuję w życie dorosłe i z czegoś muszę się utrzymywać. Tak więc pojechałyśmy tramwajem do niej na Winogrady i zaczęłyśmy tworzyć moje skromne CV, żadnej praktyki zawodowej nie mam, więc trudno nie było. Napisałyśmy też coś na wzór listu motywacyjnego, jaka to ja chętna do pracy jestem. Michalina zaproponowała, że zapyta jutro szefa, czy nie potrzebuje kolejnej pary rąk do pracy. Tak mnie zmotywowała tym wszystkim, że nawet zapaliła się we mnie jakaś iskierka nadziei, że jeszcze wyjdę na ludzi i z tych moich czarnych szat wyłoni się choć ciut słońca.

Pojechałam do siebie. Gdy widzę mury tego domu, odzywają się we mnie demony, ale żeby ich nie budzić, idę spać. Nie mam żadnych miłych wspomnień związanych z domem. Może dzieciństwo i brak zainteresowania rodziców moją osobą spowodowały to, że sama siebie nie lubię.

***

Minęło kilka dni. Dzień w dzień roznosiłam swoje CV, wszyscy mówili, że rozważą moją kandydaturę albo dziwili się, że brakuje mi doświadczenia zawodowego. Gdzie ja niby owo doświadczenie miałam zdobyć, skoro dopiero co skończyłam szkołę średnią? "Durnie" - marudziłam pod nosem. Miśka mówi, że się uda, tylko potrzeba trochę czasu. Tak minęły dwa tygodnie, a ja nadal nie miałam roboty, chęci też mi się skończyły. Właśnie zauważyłam, że przez cały ten czas nie imprezowałam, próbowałam być "ułożona". Postanowiłam coś z tym zrobić i pojechać na Stary Rynek. Nie potrzebowałam nikogo, żeby się umawiać, zawsze można się do kogoś dołączyć. Tak też się stało. Lekko upojona alkoholowym szaleństwem tańczyłam w jednym z poznańskich klubów, kiedy nagle zadzwoniła moja komórka. Nie widzę, kto to, ale odbieram. What the fuck?

- Tak? - powiedziałam.

- Rozi, mam dla ciebie wiadomość. Gdzie jesteś? - usłyszałam głos w słuchawce.

- Yyy... yyy... yyy... Nie wiem, na Starym.

- Jesteś pijana? - Wyczułam wściekłość. - Gdzie jesteś, do jasnej cholery? - Chwila ciszy i znów usłyszałam głos w słuchawce. - Zapytaj kogokolwiek, co to za klub.

Rozejrzałam się i postąpiłam zgodnie z sugestią.

- CM, klub CM! - wrzeszczałam do słuchawki niby poprawną nazwę miejsca, w którym się znajduję.

- Zaczekaj tam na mnie, za dziesięć minut będę.

Zakończyłam rozmowę i bawiłam się dalej. Tańczyłam z jakimś gościem od jakiegoś czasu, nieważne, co to za jeden, ważne, że stawiał drinki. Próbował mnie macać, ale nic z tego. Mogę być nawalona, ale na pewno nie puszczalska.

Poczułam szarpanie, ciągnięcie za rękę. Obraz miałam zamazany. "Ale muszę być pijana" - pomyślałam.

Obraz mi się zamazywał, a w głowie czułam wirowanie. Gdzieś się przemieszczałam, ale gdzie i z kim, nie miałam pojęcia. Film zaczynał się urywać.

***

Z deszczownicy leje się na mnie lodowata woda, ocknęłam się.

Gdzie ja jestem? Zaczynam się rozglądać, wszystko widzę jak za mgłą.

W głowie mi pulsuje, ale obraz się stabilizuje. Nigdy więcej nie będę pić, nigdy więcej.

Jasna cholera.

Poznaję...

Bez pukania wchodzi moja wybawicielka z czystym ręcznikiem w rękach i jakimiś ciuchami.

- MIŚKA!!!! - wrzasnęłam.

- Cicho bądź, babo, rodziców pobudzisz. Lepiej, żeby nie oglądali cię w takim stanie. Teraz posłuchaj: bierzesz się w tempie pendolino w garść, weź kąpiel, ogarnij się. Jutro zaczynasz pracę o dwunastej. Szef potrzebuje kogoś, dałam słowo, że jutro stawisz się ze mną do roboty. Dziś się poświęcę i użyczę ci skrawka mojego łóżka, przynajmniej będę miała pewność, że nie nawalisz na kacu gigancie. No, raz, raz! - powiedziała i wyszła.

Dopiero teraz dostrzegam, jak Michalinie zaczyna przeszkadzać moje imprezowanie, choć chyba przede wszystkim chlanie. Analizowałam powoli i kilkakrotnie każde słowo, które udało mi się zrozumieć.

Zrobiłam, jak kazała. Wiem, że na nią mogę liczyć, co by się nie działo, Miśka zawsze jest. Po co jej taka przyjaciółka jak ja, pytam się, nie mając pojęcia, który to już raz, ale wiem, że zawieść jej nie mogę.

Poszłam grzecznie spać, w myślach użalając się nad sobą i swoim losem.

***

- Wstawaj, już dziesiąta, ruszaj dupę! - Budzi mnie hałas. - Ogarnij się, pożyczę ci jakieś ciuchy, żeby siary nie było. Śniadanie czeka - nakazała Miśka.

Gorzej jak moja matka, tę to moje istnienie w ogóle nie obchodzi.

Kolejny raz jak grzeczne dziecko zrobiłam wszystko, co kazała moja przyjaciółka.

Czekała na mnie, żebyśmy razem zjadły. Posiliłyśmy się w milczeniu i ruszyłyśmy na podbój pracy - o matko, jak to brzmi!

Niby nie byłam jakoś superprzejęta, pewnie przez fakt, że wprowadzi mnie tam Miśka i że z góry chyba założyłam, że długo tam nie zabawię. Czułam, że Michalina mnie wspiera, ale była też na mnie zła, bo znowu poszalałam, dlatego odzywała się dziś do mnie, gdy tylko było trzeba. Sama nie rozumiem swojego zachowania i postępowania.

Kiedy weszłyśmy do restauracji Polanka, panowały w niej ład i porządek. Pracowali tam ludzie w przedziale wiekowym od dwudziestu do czterdziestu lat. Miśka wprowadziła mnie do pokoju dla personelu i przedstawiła tamtejszym pracownikom. Wszyscy mówili sobie po imieniu, atmosfera była miła, co mnie dziwiło. Nie wiem sama dlaczego. Nie odczuwałam, aby ktoś był jakoś źle do mnie nastawiony.

Czy wszyscy muszą być źle nastawieni do innych? Wychodzi na to, że nie; a ja będę musiała się do tego przyzwyczaić. "Wchodzę tutaj z czystą kartą, mogę wszystko" - pomyślałam.

Miśka pokazała mi, jak się obsługuje ekspres do kawy - ta gigantyczna maszyna to kombajn w świecie przyrządzania różnorodnych kaw. Myślę, że jak tu dłużej pobędę, to może uda mi się to ogarnąć. Dziś miałam obserwować i próbować wykonywać pracę kelnerki.

Ochoczo podeszłam do zadania i starałam się, jak mogłam, pomagałam, gdzie się dało, zbierać ze stolików brudną zastawę, próbowałam witać gości i skrupulatnie zapisywać, kto co zamówił. Miałam poczucie, że nie zależy mi ze względu na siebie, tylko na Michalinę, by nie miała przeze mnie nieprzyjemności. Naprawdę się wczułam.

Manager Polanki, Sebastian, z grubsza wytłumaczył mi warunki pracy i moich obowiązków, nazwijmy to, stałych. Zapewniał, że umowę dostanę w najbliższych dniach, jak tylko pojawi się szef. Powiedział mi też, czego mogę się spodziewać w umowie. Jeśli tak rzeczywiście będzie, będę zadowolona.

W ten sposób przeleciało mi dziesięć aktywnych godzin pracy. Widziałam, że Miśka jest zadowolona, więc i ja byłam z siebie dumna.

Kiedy po dwudziestej drugiej opuściłyśmy Polankę z radością i podekscytowaniem, że jutro też będę częścią tego natłoku zadań, podziękowałam Michalinie i przeprosiłam za swój wczorajszy stan. Po tym dniu wiem, że ona mi pomoże, tak na serio pomoże mi wyjść na ludzi.

- Nie wiem, po co ci taka przyjaciółka jak ja, ale bardzo jestem ci wdzięczna za wstawienie się za mną, obiecuję ci, że nie zawiodę i dam z siebie wszystko. Przepraszam za wczoraj. Nie wiem, gdzie bym skończyła, gdybyś mnie nie wytargała z tego klubu - powiedziałam z pokorą.

- Dobra, dobra, widziałam, że dziś się starasz, ale nadal mam cię na oku. Jak zawalisz tę robotę, to przez samą siebie. Radzę ci nie szaleć i dużo odpoczywać, początek będzie najtrudniejszy, ale poradzisz sobie, jesteś bystra. TYLKO O TYM NIE WIESZ. - Michalina się uśmiechnęła.

Ruszyłyśmy w stronę tramwajów, by wrócić do domu. Każda do swojego. Michalina szybciej dotrze, mnie zaś zostanie jeszcze przesiadka do autobusu.

Nachodzi mnie myśl, że coraz bardziej nienawidzę miejsca, w którym mieszkam.

***

Kolejne dwa tygodnie mijały na poznawaniu Polanki. Dawałam z siebie wszystko i zaczynało mi się to podobać. Z szefem uzgodniliśmy płacę i obowiązki, podpisaliśmy umowę. Jest to pierwszy krok, bym do czegoś dążyła, może nawet pomyślę o studiach. W tym momencie w mojej głowie pojawia się myśl: "Dobra, dziewczyno, ze spokojem, wszystko ma swój czas, nie szalej tak".

Od kilku tygodni nie sięgnęłam po żaden alkohol ani po fajki czy trawę. Mój organizm potrzebował detoksu, wiem, że wszystko jest dla ludzi i widzę, że bez takich rozrywek mogę żyć, aczkolwiek najgorzej jest w sytuacjach nerwowych lub kryzysowych. Jednakże nie ma co o tym myśleć, trzeba tylko spiąć tyłek i iść naprzód.

Lato dobiega końca. Dziś sobota, po pracy umówiłyśmy się z Miśką, że pójdziemy do knajpy obok. Zjemy coś innego niż to, co podają w naszej restauracji, pogadamy. W końcu dostałyśmy wypłatę, moją pierwszą, więc nawet czułam się zobowiązana, by choć w taki sposób odwdzięczyć się mojej kochanej przyjaciółce.

Siedziałyśmy w letnim ogródku, gawędziłyśmy, jadłyśmy i popijałyśmy prosecco. Było miło, wesoło i sympatycznie. Nawet przez moment pomyślałam, jakbym to nie była ja - taka uśmiechnięta i pełna życia. Czułam się obca sama dla siebie, ale podobało mi się to. Bardzo podobało. "Tak mogę żyć" - pomyślałam.

Miśka namierzyła stolik, przy którym siedzieli dwaj faceci. Jeden miał ciemne włosy, był elegancko ubrany, miał nienaganną sylwetkę i hipnotyzujące spojrzenie czarnych oczu; drugi to przystojny, zielonooki blondyn. Robili dokładnie to, co my - dobrze bawili się w swoim towarzystwie. Nie miałyśmy śmiałości zagadać, zostało nam tylko spoglądać i napawać się widokiem. Aż nie wierzyłam w to, że zachowuję się tak przyzwoicie.

W dobrym nastroju spędziłyśmy miło czas i umówiłyśmy się na jutro, żeby pojechać do galerii po kilka ciuchów. Przyda mi się coś nowego, może coś kolorowego, zdecydowanie. Trzy czwarte zawartości mojej szafy to ubrania w kolorze czarnym.

***

- Trzeba wyglądać. Look jest bardzo ważny. Mówi ci to przyszła projektantka gwiazd - przywitała mnie z uśmiechem Miśka. Spotkałyśmy się przed galerią.

Widzę, że i ona dostrzega zmiany we mnie i cieszy się z nich tak samo jak ja. Nasza relacja też teraz działa w obie strony, dobrze. Zaczynam być lepszym człowiekiem dzięki niej, dlatego też chcę, by w końcu poczuła, że na mnie również może liczyć.

Włóczyłyśmy się od butiku do butiku. Nie lubię zakupów, chodzenie po sklepach to zdecydowanie nie moja bajka, ale znalazłam dla siebie spodnie jeansowe, bluzę i kilka uniwersalnych białych koszulek. Z Michaliną był gorszy problem z tego względu, że trudno dogodzić komuś, kto chce zostać projektantką mody. Zazwyczaj jak już kupi coś gotowego, to i tak przerabia albo zwyczajnie kupuje materiał i szyje według swojej wizji. Czasem znajdzie coś prędzej w lumpeksie niż w galerii.

Jutro do pracy, więc nie chciałyśmy za długo szaleć, a takie zakupy to nie lada wysiłek. Zaliczyłyśmy jeszcze kino. Zaczęli grać ostatnio jakąś polską komedię, sala nie była jakoś superzatłoczona, film całkiem fajny. Muszę przyznać, że polska kinematografia poprawia się z roku na rok. Siedziałyśmy na samym szczycie, w pewnym momencie zauważyłam, że na sali byli ci sami goście, których widziałyśmy wczoraj na Starym.

Oczywiście powiadomiłam o tym fakcie Michalinę, która od razu jęknęła coś w stylu, że to chyba przeznaczenie, że ich tak spotykamy. Fakt był taki, że wzrok ciemnych oczu jednego z nich działał tak hipnotyzująco, że facet pewnie wyrywał laski na samo spojrzenie.

Po seansie ruszyłyśmy w stronę wyjścia, chciałyśmy złapać tramwaj i pojechać do domów. Nie umknęło nam, że ci sami faceci przepuścili nas w przejściu. Spojrzenia moje i pana czarującego spotkały się w pół drogi. Przeszedł mnie dreszcz, chłopak się uśmiechnął.

Jak na filmie - prawie upadłam, lecz nagle poczułam dotyk jego delikatnej jak kaszmir ręki na swoim ramieniu. Dreszcze przeszły moje całe ciało, zaniemówiłam, nigdy nie czułam czegoś takiego. "Co się ze mną dzieje?" - pomyślałam. Wybełkotałam tylko skromne i ciche "dziękuję". Czarujący facet uśmiechnął się i skinął delikatnie głową.

O mało co ponownie nie potknęłam się o własne nogi.

***

- ...i wtedy cię złapał. Czy ty w ogóle mnie słuchasz? Siedzisz w tym tramwaju jak jakaś kura na grzędzie, co z tobą, Rozi? Hallooooooo. - Miśka ciągle do mnie mówiła.

Ocknęłam się. Co to było, do jasnej cholery?

- Co, co mówiłaś? Przepraszam, jakoś tak dziwnie się poczułam. Głowa mnie rozbolała. Zamyśliłam się. Chryste, Michalina, sparaliżowało mnie na widok tego gościa, to spojrzenie, jego delikatna dłoń. Nadal przed sobą mam jego ciemne, wesołe oczy. Jaka ja ślamazara, prawie upadłam na prostej powierzchni, potykając się o własne nogi - bełkotałam.

Miśka tylko poklepała mnie i wspomniała o przeznaczeniu.

- Kto wie, Rozi, kto wie, może to ten. - Uśmiechnęła się i ciągnęła dalej: - Już, ocknij się, jutro powrót do Polanki, praca czeka, to na razie ma cię pochłaniać.

Wracam do domu, mieszkanie przypomina pobojowisko. Pewnie znowu matka i ojciec chlali do upadłego, a później się pokłócili, tak sądzę. Lecz tym razem nic z tego, nie będę sprzątać tego syfu. Jak rano wstaną, niech zobaczą, jaki majdan tu zrobili. Zaczynam czuć się tu coraz bardziej obco.

Przed snem wspomnienie czarnych oczu wróciło, nie mogłam zasnąć. Wiele razy zdarzały mi się podobne sytuacje ze względu na moje pijaństwo, ale jeszcze nikt tak zwyczajnie samą małą uprzejmością nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Zazwyczaj ciemna strona mnie odburknęłaby jeszcze coś. Fakt jest też taki, że nie ma tu czego przeżywać, tylko skąd te dreszcze, to uczucie dziwne za mostkiem, jakby klatka piersiowa zaraz miała wybuchnąć?

Stwierdzam, że jest coś ze mną nie tak.

W pracy cały tydzień z mnóstwem zadań do wykonania. Lubiłam taką pogoń, czas się nie wlókł, a ja uczyłam się nowych rzeczy. Praca stała się moim sposobem na życie, kontakt z ludźmi zaczął sprawiać mi przyjemność. Gdzieś z tej mojej ciemności zaczęło wychodzić słońce, coś jednak dawało mi chęć działania i powód, by rano wstać z łóżka. Tutaj jestem tym kimś, kogo im pokażę, kim chcę być, mam czystą kartę, tylko Michalina wie o mojej przeszłości. Reszta myśli, że naprawdę jestem spoko.

Dziecko jednej z kelnerek zachorowało pod koniec tygodnia, i szef zaproponował, żebym wolne odroczyła na inny termin i przyszła na zastępstwo. Zgodziłam się, nie mam dzieci, nie sprawiało mi to problemu. Podzieliłyśmy się nadgodzinami z Michaliną, bo obu nam zależało na dodatkowej kasie, choć z napiwków też szło uzbierać niezłą kwotę.

W piątek naprawdę był niezły młyn, nóg nie czułam. Zazwyczaj w weekendy jest co robić. Polubiłam to.

- Rozalia, idź na siódemkę, przyjmij zamówienie -poprosił Kamil, jeden z kelnerów.

- Okej, lecę - odparłam i ruszyłam do stolika numer siedem.

- Dobry wieczór, czy mogę przyjąć zamówienie? - Młody facet uniósł głowę, paraliżując mnie swym czarnym spojrzeniem i uśmiechem.

O matko!

- Hej, miło cię widzieć. - Chyba zauważył mój paraliż i zawstydzenie. - Poprosimy na początek dwa razy kaczkę pieczoną po polsku i czerwone wino. Jakie polecasz?

- Yyy... wino. Cabernet Sauvignon zdecydowanie najlepsze - wyjąkałam.

- Dobrze, skoro najlepsze, to poprosimy - odpowiedział. Jego oczy aż lśniły tą czernią.

Czym prędzej poszłam złożyć zamówienie na kuchnię i przygotować wino dla przeprzystojnych panów.

Kiedy szykowałam kieliszki, nadarzyła się okazja, żeby zagadać z Miśką, czy nie zamieniłaby się i wzięła ten stolik, a ja nawet dwa inne jej. Widziała całą sytuację, jak zamarłam na samo jego spojrzenie, więc zaśmiała się tylko i powiedziała:

- Dasz radę. - Po czym zniknęła.

"Dasz radę" - tak, oczywiście, jasne jak słońce. Po co w ogóle tu przyszli.

Oddychaj, powtarzałam sobie w duchu, oddychaj i nie zrób z siebie idiotki. W ogóle co ja sobie wyobrażam, do jasnej cholery, żeby sam człowiek z pięknymi oczami robił ze mnie ślamazarę?

Głowa do góry. Poprawiłam swój strój i poszłam zanieść wino i aperitif.

- Za dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut kucharz będzie miał gotowe zamówienie panów - poinformowałam.

- Dziękujemy, w takim razie nie możemy się doczekać, umieramy z głodu - odpowiedział blondyn o zielonych oczach. Uśmiechnęłam się i wróciłam do swoich obowiązków.

***

- Nie rób tego, jesteś w pracy. Słyszysz? Odłóż to paskudztwo. - Głos Miśki spowodował, że nie popełniłam gafy stulecia i nie wypiłam pięćdziesiątki czystej, dla odwagi. - Chcesz stracić tę robotę? - kontynuowała.

- Nie, w życiu. Widzisz, nie pomyślałam o tym. Jestem taka głupia. Chciałam dla odwagi. Chryste, co ja w ogóle sobie myślę - użalałam się nad sobą. Dlaczego akurat tę knajpę, cholera, wybrał!? Mało wokół jest innych?

- Ty, on cię kręci. - Miśka oczywiście wiedziała, co powiedzieć.

- Jak będę szła z tą kaczką, to nie zdziwię się, jeśli wyleci mi z rąk. Zdajesz sobie sprawę, jakie on ma piękne oczy i w ogóle jest jak z bajki o księżniczkach i książętach? Jak w ogóle obcy facet może powodować takie migotanie serca? Jak ktoś, kogo nie znam i widziałam przelotem dwa razy, działa na mnie paraliżująco? - brnęłam dalej.

- Dobra, pogadamy o tym po robocie, a teraz zepnij dupę i rób, co do ciebie należy, jak zawsze. Robota sama się nie zrobi - odpowiedziała delikatnie uniesionym głosem.

Nie rozczulając się już nad sobą, ruszyłyśmy do obowiązków.

- Kaczka dwa razy na siódemkę. - Głos z kuchni.

Okej, Rozalio Nowak, zepnij dupę i idź.

Tak też się stało. W drodze do stolika obserwowałam chłopaków. Widać, że dobrze się czuli w swoim towarzystwie, pewnie dobrzy z nich przyjaciele, a może to coś więcej. Hmm...

- Kaczka po polsku dla panów, proszę i życzę smacznego. - Podeszłam do stolika numer siedem.

- Dziękujemy, wygląda pysznie - odpowiedział tym razem ciemnooki.

Zostawiłam, co trzeba i obróciłam się na pięcie.

Kiedy odchodziłam od stolika, w moich uszach brzmiał jego cudowny głos, delikatny, spokojny, aksamitny.

Robiłam swoje, nie miałam problemu, by podejść do innych ludzi, wymienić z nimi kilka zdań, natomiast on mnie paraliżował, onieśmielał, stawałam się przy nim jak posąg. Ciągle o nim myślałam, spoglądałam i przyglądałam się jego twarzy - uśmiechniętej i promieniującej. Trzeba to przyznać - kręci mnie. Miśka ma rację, zauroczyłam się w gościu, którego nie znam, widziałam dwa czy trzy razy i nawet nie wiem, jak ma na imię.

- Co za żenada. To się leczy - powiedziałam sama do siebie.

Jednym ruchem przywołał mnie - kelnerkę - do stolika. Ruszyłam, zauważywszy gest.

- Tak, słucham panów. Podać coś jeszcze? - mówiąc to, próbowałam zachować zimną krew.

- Poprosimy jeszcze deser, szarlotka z lodami brzmi świetnie - poprosił czarnooki.

- Dobrze, już się robi - odpowiedziałam i poszłam po deser do kuchni. Po chwili podeszłam do stolika ze słowami: - Proszę, deser dla panów. Życzę smacznego. - Byli tak zajęci rozmową i przeżywaniem czegoś radosnego, że nawet nie zauważyli, w którym momencie deser znalazł się przed nimi.

Byłam padnięta po przeżyciach tego dnia, chyba najbardziej ścięły mnie z nóg emocje, które wywołał we mnie on. Naszła mnie ochota na papierosa, lecz chwilowo nie mogłam sobie pozwolić na przerwę. Jeszcze trzy godzinki i do domu, do łóżka - chcę spać.

Panowie dość szybko zjedli deser, w sumie się nie dziwię, bo jest to najpyszniejsze ciasto w okolicy, na sam widok ślinka cieknie. Blondyn poprosił o rachunek. Przygotowałam go i podeszłam zanieść.

- Gotówką czy kartą? - zapytałam blondyna.

- Gotówką - odparł szatyn. - Naprawdę miło było cię zobaczyć, Rozalio. Jestem Maksymilian, a to Patryk - ciągnął, patrząc mi prosto w oczy i wskazując najpierw na plakietkę przypiętą do mojej koszuli, a później na swego kolegę.

- Yyy, miło mi, Maksymilianie, miło mi, Patryku. - Czy ja od dziś zaczęłam się jąkać? Skinęłam delikatnie głową. Po co mi się przedstawiają, przecież nie muszę znać imion klientów.

- Bardzo tu u was pysznie, na pewno wrócimy - kontynuował Maksymilian. Wstając od stolika, rzekł: - Do zobaczenia, Rozalio. - Uśmiechnął się i wyszli, a ja zostałam zahipnotyzowana. Dreszcz przeszedł po moim ciele i stałam jak słup soli, nie rozumiejąc, co do mnie mówi.

O co mu chodzi, co to w ogóle znaczy, nic nie rozumiem.

Otrząsnęłam się. Sprzątnęłam stolik, rozmyślając ciągle o tej sytuacji. W uszach ciągle słyszałam: "Do zobaczenia, Rozalio".

Do zamknięcia lokalu wykonywałam swoją pracę.

***

- Coś chcesz mi powiedzieć, o czymś pogadać? - zapytała Michalina, gdy tylko opuściłyśmy Polankę.

- Przedstawił mi się. Szatyn to Maksymilian, a blondyn to Patryk. Powiedział, że jeszcze do nas wrócą, bo bardzo tu pysznie. Miśka, ja nigdy nie czułam czegoś takiego, tym bardziej do obcego faceta, dużo myślałam o tym wszystkim i jestem zagubiona. Ciągle słyszę w uszach: "Do zobaczenia, Rozalio". Jego głos jest taki delikatny i podniecający, a ten uśmiech... Ach! - Przeżywałam dość emocjonująco dzisiejsze zajście. Jaka ja głupia.

- Rozi, otwórz się, pozwól sobie na te uczucia. Nieważne, co cię czeka jutro. Ugaś te czarne demony, które siedziały w tobie tyle lat, bądź szczęśliwa, daj sobie radość. Skąd możesz wiedzieć, czy los może właśnie nie zaczął ci sprzyjać? - tłumaczyła mi moja przyjaciółka.

Może i ma rację, ale na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy z dwóch różnych światów.

Kładąc się do łóżka, przed oczyma miałam pięknego Maksymiliana, a w uszach słowa Miśki. Przecież to, że przez całe swoje dotychczasowe życie byłam czarnym charakterem, nijakim człowiekiem, nie musi mnie kształtować przez resztę mojego życia. Nie wyniosłam żadnych pozytywnych wartości z domu, nikt nie uczył mnie miłości, nikt mi jej nie dawał. Dlaczego miałabym być chodzącym demonem? Matko, brzmię jak moja psiapsi, ale to mądre przemyślenia.

Mam dwadzieścia lat, wszystko przede mną. To, jaka będę i co osiągnę, zależy ode mnie, TYLKO ODE MNIE.