- To moje najgorsze wakacje! - jęczy Mała. - Chcę do mamy!
Ale mamy z nami nie ma. Jest nauczycielką i prowadzi "lato w mieście". A my - ja i Mała - postanowiliśmy wykorzystać ten czas na wypad we dwoje. I dlatego teraz jesteśmy na promie, który mocno kołysze się na falach. Przez to kołysanie obydwoje mamy mdłości. Trzymamy przed sobą foliowe woreczki. Dostaliśmy je od marynarza w białej koszuli. Tak samo jak wszyscy inni pasażerowie.
- Jak pan to robi, że nie ma choroby morskiej? - pyta go Mała, a potem wymiotuje do swojego woreczka.
Marynarz nie odpowiada. Ma jeszcze mnóstwo woreczków do rozdania.
- Puściłam pawia! - informuje mnie Mała.
- To dobrze, że nie zdążyłaś rano dużo zjeść - pocieszam ją i podaję chusteczkę. - Tylko bułkę z miodem popitą odrobiną wody. Inaczej niż ja. Ja wtrąbiłem dwie bułki, jabłko i wypiłem kawę.
O nie! - myślę, bo i mnie zaczyna się robić niedobrze. - Tylko nie to!
Jestem tatą Małej i uważam, że nie wypada mi wymiotować. Powinienem opiekować się córką, a nie siedzieć z woreczkiem przy buzi. Ale nic nie mogę na to poradzić. Fale są duże i kołyszą statkiem coraz bardziej.
- Biedny tato! - teraz Mała opiekuje się mną.
- To nic - bąkam, siląc się na uśmiech. - Wszystko ze mną w porządku. Tylko niepotrzebnie piłem tę kawę.
Obejmuję Małą. Podmuchy wiatru są ostre i zimne. Siedzimy na górnym pokładzie w kurtkach i czapkach i trzęsiemy się jak dwa ratlery. Mimo wszystko tu jest lepiej niż w dusznej kabinie.
- Jeszcze tylko... trzy godziny! - Spoglądam na zegarek.
To miało być pocieszenie, ale chyba zadziałało odwrotnie.
- Nie wytrzymam! - jęczy Mała i znów pochyla się nad woreczkiem.
Ja też mam ochotę jęczeć, tupać i krzyczeć. A najlepiej wsiąść w helikopter i odlecieć. Byle tylko pozbyć się tych przeklętych mdłości! Ale nie mogę tak zrobić. Jestem tatą, mam czterdzieści lat i muszę się zachowywać jak dorosły. W przeciwnym wypadku Mała mogłaby poznać moją tajemnicę...
- Może jednak chodźmy do kabiny - proponuję, gdy kolejny podmuch wiatru obryzguje nas słoną wodą. - Spróbujemy zasnąć na fotelu.
Mała się zgadza. Ruszamy więc z tymi głupimi woreczkami w dłoniach. Strasznie trudno chodzi się po rozkołysanym statku. Jedną ręką trzeba chwytać się metalowej poręczy, drugą ręką trzymać przy buzi woreczek foliowy, a trzecią asekurować Małą. To znaczy, trzeciej ręki się nie ma. Na tym właśnie polega trudność. Aha, trzeba jeszcze pamiętać o zabraniu plecaka i butelki z wodą. To się robi czwartą ręką.
Mimo wszystko jakoś docieramy do dużej kabiny z fotelami. W pierwszym rzędzie siedzeń są dwa wolne fotele. To takie fotele jak w autokarach albo samolotach. Da się je odchylić do tyłu. Tak też robimy. Marynarz w białej koszuli co jakiś czas zagląda do nas i wręcza nam nowe woreczki, a te zużyte zabiera. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni, że w ogóle się nie złości i nie brzydzi. Obydwoje z Małą zapadamy w męczący, niespokojny sen.
- Tato, czy można jednocześnie rzygać i sikać? - budzi mnie pytaniem Mała.
- Nie wiem. Nigdy nie próbowałem.
Zaczynam w myślach przeklinać moment, kiedy postanowiłem zorganizować ten wyjazd na wyspę Bornholm. Przecież mogliśmy pojechać autem gdzieś bliżej - w góry albo nad jezioro. Ale nie - ja koniecznie musiałem wymyślić coś niezwykłego. Innego. Zachciało mi się wyjątkowych wakacji. No to teraz mam za swoje. Siedzę z workiem foliowym przy twarzy, na zewnątrz szaleją fale wielkie jak smoki, a moja córka musi siku.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej