Jest taki piękny słoneczny dzień - Barbara Engelking

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (19,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

23 grudnia 1955 r. o godz. 21.00 oficer śledczy Czesław Pyrko z Wojewódzkiego Urzędu do Spraw Bezpieczeństwa w Białymstoku rozpoczął przesłuchanie Jana Saniewskiego, fryzjera z Zambrowa. Dotyczyło ono znanego mu, a niedawno zatrzymanego Bronisława Krystowskiego ps. "Napoleon", który ukrywał się od 1947 r., należał do Narodowych Sił Zbrojnych, ale trudnił się również zwykłym bandytyzmem, gdyż miał na sumieniu oprócz zamachów na żołnierza Armii Czerwonej, milicjanta oraz funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa także kilka napadów rabunkowych w okolicach Zambrowa. Saniewski ujawnił w zeznaniu, co było mu wiadomo na temat powojennej działalności Krystowskiego (niewiele) i przy okazji zająknął się, że tenże "Napoleon" w czasie wojny wytropił rodzinę żydowską ukrywającą się w lesie w okolicach Krajewa Białego (pow. Zambrów). "Pewnego razu przed zachodem słońca - zeznał Saniewski - posłyszałem krzyki ludzi, w związku z czym z domu swych teści wyszłem na drogę wiejską. Na drodze zauważyłem Krystowskiego Bronisława przy dwóch wozach, na których siedziała rodzina żydowska. Rodzinę tą żydowską znałem, gdyż przed wojną 1939 r. zamieszkiwała ona w Zambrowie i trudniła [się] pracą w kuźni i kołodziejstwem. Obok wozów stali również sołtys wsi Laskowiec Nowy, Wołowicz, imienia nie pamiętam, zam[ieszkały] we wsi Laskowiec Nowy, żona moja, żona Kurowskiego Józefa na imię Zofia, jej matka, która nie żyje, Krystowska Marianna i inni, których nazwisk nie pamiętam. Krystowski Bronisław kazał sołtysowi Wołowiczowi tych żydów odwieść do Zambrowa. [...] Ludzie poczęli prosić Krystowskiego Bronisława, aby dał spokój z Żydami. Słyszałem, jak Krystowski w końcu powiedział, że o ile sołtys nie zorganizuje eskortę, to oskarży go przed żandarmerią1. Tłumaczył również, że ci, co odwiozą tych Żydów, to otrzymają cukier. Rodzina żydowska tak rozpaczała, że odeszłem do domu swych teści [podkreślenie moje - B.E.], a wozy odjechały. [...] Ludzie mówili, że Krystowski Bronisław odwiózł ich do Zambrowa i oddał w ręce żandarmów"2.

Rozpacz rodziny żydowskiej była nie do zniesienia, dlatego Saniewski, który - jak można się domyślać - nie mógł słuchać ich szlochów i błagań o życie, po prostu odszedł, wiedząc doskonale, co nastąpi. Jego zachowanie jest z psychologicznego punktu widzenia całkowicie zrozumiałe, trudno bowiem skonfrontować się z własną bezradnością wobec cudzego cierpienia. Może to właśnie bolesne wspomnienie własnej ówczesnej bezsilności sprawiło, że poczuł potrzebę opowiedzenia o tym wydarzeniu na przesłuchaniu ponad 10 lat później.

I my chętnie "odchodzimy do domu swych teści", gdzie nie słychać i nie widać cierpienia innych. Bezradność wobec cudzego bólu powoduje gwałtowną chęć odwrócenia się, wycofania, ucieczki. W obliczu cierpienia innych ogarnia nas niepokój, gdyż taka sytuacja wymaga cierpliwości, milczenia, czasem staje się konfrontacją z własnym bólem, bezradnością i innymi trudnymi doświadczeniami. Niełatwo zachować otwartą postawę wobec cierpienia, oswoić się z nim, patrzeć na nie wprost oraz odnaleźć drogę, która pozwoli poruszać się pośród bólu. Staramy się raczej odsunąć cierpienie, trzymać je z dala od nas, negować, wypierać i nie próbować się z nim mierzyć. Ale oczywiście przekonanie, że można uniknąć tego, z czym boimy się stanąć twarzą w twarz, jest złudne. I chociaż nie chcieliśmy i nadal nie chcemy być świadkami poniżenia, udręki i śmierci polskich Żydów, to - nie z racji własnego wyboru, ale raczej miejsca urodzenia - po prostu takimi świadkami jesteśmy.

Historia, którą chcę opowiedzieć, dzieje się w okupowanej Polsce w latach 1942-1945. Miejscem wydarzeń są wsie, przysiółki, zaścianki kraju podbitego i rządzonego przez Niemców. Stanowi ona część Zagłady, a jednocześnie jest głęboko osadzona w dziejach Polski - przedstawia tragiczne spotkanie Żydów i Polaków. Spotkanie wyjątkowe, w którym role rozpisane przez Niemców są wyraźnie określone - to rola ściganej zwierzyny i rola uczestnika bądź świadka polowania, naganiacza lub obserwatora, myśliwego czy też gapia. Polacy mogli być także obrońcami dającymi schronienie i pomagającymi tym, którzy szukali ratunku. Istotą tego spotkania był fakt, że Żydzi nie mieli wyboru ani ucieczki od napisanej dla nich roli - natomiast Polacy taki wybór mieli.

Ta historia jest oczywiście bardziej uniwersalna, nie musiała się rozgrywać na wsi - podobne wydarzenia, przeżycia i doświadczenia były udziałem Polaków i Żydów w całej okupowanej Polsce. Niemniej w tej książce zdecydowałam się skoncentrować na środowiskach i obszarach wiejskich. Ich specyfika to nie tylko mentalność chłopów i wynikające z tego specjalne relacje żydowsko-chłopskie, lecz także lokalna topografia i architektura, z którymi wiązały się charakterystyczne, inne niż w miastach metody poszukiwania ratunku, a co za tym idzie - pewna odmienność doświadczenia ukrywania się i zabiegania o pomoc na wsi.

Nasza wiedza o wsi polskiej pod okupacją jest, niestety, niewielka. Z literatury antropologicznej i etnograficznej oraz z opracowań socjologicznych i historycznych sporo wiadomo o samej wsi w przededniu wojny. Na rozwarstwionej wsi polskiej model życia i organizacji społecznej był jeszcze przedindustrialny; mieszkańcy wsi byli zacofani i wielu z nich (około 30 procent) było analfabetami, a przy tym chłopi mieli odrębny system wartości i wzorców, własną kulturę, dzięki której zachowywali autonomię w stosunku do innych warstw społecznych. Funkcjonujące na wsi mechanizmy obrony przed wpływami zewnętrznymi oraz filtrowanie idei niezgodnych z utartym własnym poglądem na świat tworzyły postawę wobec świata nazywaną izolacją świadomościową3. Tradycyjna kultura chłopska, silne więzi społeczne i mechanizmy kontroli oraz znaczny stopień współzależności w życiu codziennym nie sprzyjały modernizacji i unowocześnianiu wsi - zarówno w sensie praktyczno-organizacyjnym, jak i kulturowo-mentalnym. Przed wojną na wsi występowało ogromne przeludnienie agrarne - bezrobocie szacowano na co najmniej 3 mln osób. Ci "ludzie zbędni" czy "luźni", którzy nie mogli znaleźć pracy, przejadali i tak skromne dochody gospodarstw wiejskich.

Z literaury etnologicznej i antropologicznej możemy dowiedzieć się ponadto o przedwojennych relacjach chłopów z Żydami i o tym, jak postrzegali siebie nawzajem4.

Społeczność wiejska znajduje się oczywiście również w obszarze zainteresowań socjologii, szczególnie socjologii wsi5, która ma w Polsce długą tradycję: "na polski rozdział historii dyscypliny - nieco tylko chronologicznie krótszy od amerykańskiego czy niemieckiego - składają się karty wybitne (przede wszystkim okres międzywojenny), nieco słabsze (okres Polski Ludowej), a także te najnowsze, zapisywane pośpiesznie po zmianach ustrojowych roku 1989"6. Trzeba dodać, że okres wojenny stanowi całkowicie białą, niezapisaną kartę. Socjologowie wsi nie zajmują się okresem okupacji. Nie badają go też antropologia ani etnologia. Historia wsi w czasie II wojny światowej jest natomiast niemal całkowicie zdominowana przez nurt ludowy, w którego ramach historycy dość jednostronnie koncentrują się na opisach prześladowań i martyrologii chłopskiej, nie wychodząc poza utarte schematy. Taka narracja staje się zwykle wariacją na temat: "wielkie pasmo zbrodni hitlerowskich przeżywała w czasie okupacji wieś polska. Wysiedlenia, wywózki na przymusowe roboty do Rzeszy, niewolnicza praca, kontyngenty oraz najbardziej zbrodnicze pacyfikacje wsi połączone były z zabijaniem jej mieszkańców i grabieżą mienia"7. Oczywiście jest prawdą, że chłopi byli prześladowani i wykorzystywani, że "hitlerowcy przeprowadzili na wsi polskiej 765 większych akcji terrorystycznych i represyjnych, [pacyfikacji], w wyniku których zginęło 19 792 chłopów"8, że "w latach 1939-1945 całkowitemu lub częściowemu zniszczeniu uległo 675 000 gospodarstw chłopskich"9, a wieś straciła 2 mln mieszkańców. Jest prawdą, że wieś była eksploatowana ekonomicznie, a straty w inwentarzu i tonach płodów rolnych wywiezionych do Rzeszy były ogromne. Jest prawdą, że mieszkańcy wsi musieli się bronić przed przymusowymi rekwizycjami i wywózkami na roboty, że wielu walczyło czynnie z Niemcami w szeregach ugrupowań podziemnych, że wspierali partyzantów, a niektórzy pomagali Żydom.

Oprócz spraw dobrych i czynów szlachetnych działy się na wsi także rzeczy smutne, złe i straszne - rzeczywistość nie była tak jednoznaczna, jak jej obraz przedstawiany w istniejących opracowaniach. Dotyczy to kwestii najważniejszej dla kontekstu tej książki - stosunku chłopów do Żydów. Z literatury przedmiotu należałoby wnioskować, że stosunek ten był jednoznacznie i bezwyjątkowo pozytywny: "Polacy, uznając, że człowiek człowiekowi bratem, masowo ukrywali Żydów"10. Wizja masowej pomocy Żydom na wsi jest jednak wyidealizowana i całkowicie niezgodna z prawdą.

Literatura historyczna opisuje wyłącznie przykłady pomocy niesionej ukrywającym się Żydom. "Nie jest możliwe podanie w krótkiej relacji większej liczby przypadków, w których na terenie naszego województwa [rzeszowskiego] Polacy przenieśli ponad bezpieczeństwo własne i swojej rodziny spełnienie moralnego obowiązku. Można podać tylko przykłady, które pozwolą jednak wyrobić sobie pojęcie o wielkości poświęcenia"11. Autor tego opracowania naukowego przytacza kilkanaście przypadków prawdziwego bohaterstwa Polaków ryzykujących śmiercią za pomoc udzieloną Żydom. Jak pisze dalej, nie zawsze zakończenie takich historii było optymistyczne, i przywołuje również wypadki śmierci za pomaganie Żydom. "W Woli Rafałowskiej mieszkająca samotnie, uboga 63-letnia Rozalia Socha ukrywała na strychu swego domu siedmioro Żydów, w tym troje dzieci, z Albigowej i Zabratówki. Doszło to do wiadomości żandarmerii w Albigowej"12 i we wrześniu 1942 r. żandarmi przyjechali do Woli Rafałowskiej i zamordowali Żydów. Sochy nie było wówczas w domu - Niemcy jej szukali; zabili ją w grudniu 1942 r. Drugi przykład dotyczy znanej historii z Markowej, gdzie "w domu Józefa Ulmy do marca 1944 r. ukrywało się ośmioro Żydów, m.in... rodziny Szalów i Helmów. Dowiedziała się o nich żandarmeria łańcucka i postanowiła ich zlikwidować"13. Zamordowano wszystkich Żydów oraz Ulmę, jego ciężarną żonę, i ośmioro dzieci.

Tragiczny wymiar tych bohaterskich ofiar nie powinien powstrzymywać badacza od postawienia racjonalnego pytania - mianowicie, jak fakt ukrywania Żydów "doszedł do wiadomości" niemieckiej żandarmerii? Jest jasne, że w obu cytowanych wypadkach doniósł ktoś z sąsiadów. Żandarmi nie mieli zdolności jasnowidzenia ani nie jeździli od domu do domu, by sprawdzać, czy gdzieś nie ukrywają się Żydzi. Przyjeżdżali najczęściej, gdy zostali wezwani lub otrzymali stosowną informację. Całkowicie niewiarygodnie brzmią więc sformułowania historyków w rodzaju "wieś polska pilnie strzegła ludność żydowską przed dekonspiracją"14, a fakt, iż Polacy donosili na swoich sąsiadów, choć wiedzieli, że ściągają na nich w ten sposób śmierć, wydaje się znaczący i godny uwagi - tymczasem jest zupełnie pomijany zarówno w dotychczasowej narracji o wsi w czasie okupacji, jak i w polskim dyskursie o pomaganiu Żydom. Jest bezsprzecznie prawdą, że za pomoc niesioną Żydom oddało swoje życie wielu bohaterskich Polaków, trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że nie musiało ich tylu zginąć15. Stali się oni ofiarami nie tylko Niemców, którzy ich zamordowali, ale pośrednio - ofiarami swoich znajomych czy sąsiadów, którzy na nich donieśli. Dopiero uświadomienie sobie tego tworzy właściwy kontekst umożliwiający opisanie postaw społecznych na wsi i rozumienie, jak wielką odwagą wykazywali się ci, którzy decydowali się pomagać Żydom16.

W najnowszych opracowaniach - szczególnie w piśmiennictwie nienależącym do historiografii ruchu ludowego - pojawiają się pewne nowe wątki w odniesieniu do historii wsi pod okupacją. Nadal - oczywiście zasadnie - pisze się o pacyfikacjach i prześladowaniach, kontyngentach i represjach, ale pisze się także o tragicznym losie wsi pod okupacją sowiecką, gdzie "już w pierwszych miesiącach okupacji represjom i szykanom władz oraz ugrupowań nacjonalistycznych [...] podlegały rodziny polskich osadników wojskowych i cywilnych z okresu międzywojennego"17. Sytuacja na wsi w czasie II wojny światowej bywa opisywana jak w konkluzjach Włodzimierza Mędrzeckiego na temat społeczności wiejskiej: "najpowszechniej reprezentowaną postawą była postawa "na przeczekanie". Wieś w swej masie starała się nie prowokować okupanta do podejmowania represji, w koniecznym zakresie wypełniać nakładane na nich obowiązki, a z miejscowymi przedstawicielami aparatu okupacyjnego żyć jak najlepiej. Nie można też nie zauważyć, że warunki okupacji sprzyjały ujawnianiu się zjawisk patologicznych. Największy, nieomal powszechny zasięg miało pijaństwo. [...] Zdarzały się też na terenie wiejskim zjawiska bandytyzmu, "szmalcownictwa" i żerowania na krzywdzie ludzkiej"18. Mówi się także, że przynajmniej część wsi wzbogaciła się na "koniunkturze wojennej" i szmuglowaniu żywności do miast oraz na polityce rolnej okupanta, ponieważ Niemcy, chcąc uzyskać lepsze plony, dostarczali lepszego "materiału siewnego i zarodowego, wymuszali zwiększenie udziału upraw przemysłowych w ogólnym areale, przyczynili się do znacznej rozbudowy organizacyjnej i usprawnienia działania spółdzielczości rolniczej, upowszechnili wiele nowości agrotechnicznych w rolnictwie drobnej własności - słowem bilans, gdy chodzi o poziom gospodarczy i wysokość produkcji rolnej, należy uznać za niejednoznaczny"19. Bilans niejednoznaczny jest, jak sądzę, dużo bliższy prawdy niż wcześniejszy czarno-biały obraz koncentrujący się na prześladowaniach i martyrologii z jednej strony oraz jednomyślnej i bohaterskiej walce z okupantem - z drugiej.

W tej książce interesuje mnie przede wszystkim, a właściwie wyłącznie, "żydowska strona medalu". Podkreślam to w tytule książki, przywołującym ostatnie słowa anonimowego Żyda złapanego przez chłopów i prowadzonego na śmierć, który bezskutecznie błagał o wypuszczenie go i darowanie mu życia. Koncentruję się na losie Żydów i ich doświadczeniu egzystencjalnym. To zastrzeżenie wydaje się istotne, gdyż poruszane tu wątki będą prowokować do zadawania pytań z obszaru historii, antropologii i socjologii wsi. W prezentowanym studium pozwalam sobie dokonać uogólnienia i uproszczenia terminu "chłopi", którego używam w rozumieniu mentalnym i klasowym, nie różnicując tej grupy. Także "wieś" traktuję monolitycznie, w kategoriach antropologicznych i topograficznych, nie zajmuję się zróżnicowaniem poszczególnych wsi na obszarze okupowanej Polski. Nie wnikam w różnice historyczne i gospodarcze rozmaitych regionów (które były wyraźne, wynikały chociażby z doświadczeń rozbiorów i odmiennego ustawodawstwa w różnych częściach kraju) czy wsi. Patrzę na wieś oczami Żydów, którzy poszukiwali na niej schronienia, i przedstawiam uproszczony i niezróżnicowany obraz wsi polskiej pod okupacją.

Interesuje mnie tu bowiem, podkreślam raz jeszcze, przede wszystkim perspektywa Żydów - ich doświadczenia, doznania, przeżycia, opis i ocena sytuacji - dlatego głównym źródłem są dla mnie pisane w ukryciu dzienniki oraz powojenne relacje ocalałych. Z dużej liczby dokumentów starałam się wyłowić pewne powtarzalne elementy doświadczenia związanego z ukrywaniem się na wsi, zrekonstruować je i opisać na nowo. Próbuję odtworzyć kategorie emiczne, czyli takie, w których sami Żydzi przedstawiają i interpretują własne przeżycia. Sięgam po kategorie pochodzące od uczestników danego zdarzenia, wywodzące się z wnętrza świata, który chcę poznać, mając nadzieję, że pozwolą one właściwie zrozumieć opisywane doświadczenie egzystencjalne. Niektóre z tych kategorii są charakterystyczne dla ukrywania się w ogóle, inne są swoiste jedynie dla doświadczenia wiejskiego - ich konfiguracja tworzy pewną całość, pozwalając, jak sądzę, wyczerpująco opisać ukrywanie się poza miastem.

Nie ograniczam się wyłącznie do świadectw żydowskich, korzystam także z innych źródeł, w szczególności gdy mowa o wydawaniu i mordowaniu Żydów. W imieniu tych, którzy nie przeżyli, muszą mówić inni - polscy i żydowscy obserwatorzy ich losu. Jak bowiem zauważył Raul Hilberg, nie możemy słuchać tylko tych, którzy przeżyli: "słuchamy ich już od dłuższego czasu, ale to nie wystarcza. W ten sposób nie dowiemy się, co stało się z ludźmi, którzy nie przeżyli. Nie mamy do czynienia z próbą losową. Wymaga to żmudnych studiów archiwalnych, poszukiwania dokumentów, wciąż jeszcze czekających na odkrycie i zbadanie"20. Idąc za tą sugestią, korzystam z dokumentów przesłuchań i zeznań uczestników procesów z tzw. dekretu sierpniowego21, które wiele wnoszą do przedstawianego tematu. Świadomie pomijam w tym studium zagadnienie pomocy na wsi, które - jako wymagające odrębnego opracowania - znajduje się tutaj poza obszarem moich zainteresowań22. Oczywiście, pojawia się ono przy omawianiu rozmaitych wątków, ale nie analizuję go, nie badam motywacji pomagających ani nie poświęcam temu zagadnieniu specjalnej uwagi. W tej książce pomoc pojawia się kontekstowo - jako element rytmu ukrywania się, jako część dynamicznego procesu poszukiwania ratunku.

Podstawę źródłową tekstu stanowią dwie zasadnicze grupy archiwaliów: relacje żydowskie, czyli 391 relacji z Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz 82 relacje z Yad Vashem, w których jest mowa o przebywaniu lub ukrywaniu się na wsi. Opieram się również na kilkunastu dziennikach i pamiętnikach żydowskich (zbiory 302 z ŻIH i O33 z Yad Vashem) oraz na publikowanych wspomnieniach. Relacje te pochodzą przede wszystkim z obszaru Generalnego Gubernatorstwa, niewielka część zaś z Kresów. Tam bowiem ogromne znaczenie dla możliwości przeżycia Żydów miała obecność innych mniejszości narodowych (szczególnie w obliczu konfliktu polsko-ukraińskiego) - jest to jednak temat wymagający osobnej, szczegółowej i wnikliwej analizy. Ponieważ zajmują mnie w tym opracowaniu jedynie Polacy (a właściwie polscy chłopi) i Żydzi, koncentruję się przede wszystkim na obszarze GG. Relacje z terenów wschodnich przywołuję rzadziej i tylko wówczas, gdy mowa w nich o Żydach i Polakach - pomijam wątki ukraińskie, litewskie czy białoruskie. W 174 spośród 500 analizowanych źródeł żydowskich jest mowa o 372 konkretnych przypadkach wydawania i mordowania Żydów.

Drugi ważny zasób archiwalny to akta procesów sądowych z dekretu sierpniowego, znajdujące się przeważnie w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej. Korzystam głównie z akt procesowych z województwa warszawskiego (213 procesów od Ostrołęki przez Rawę Mazowiecką do Siedlec), 33 z kieleckiego (w tym Radom i Częstochowa), 29 z krakowskiego, 20 - białostockiego, 5 - lubelskiego; w sumie 300 spraw karnych. Wszystkie dotyczyły wydawania i/lub mordowania Żydów - jest w nich mowa o 420 takich przypadkach. W sumie przeanalizowałam więc 500 relacji i pamiętników żydowskich oraz akta 300 spraw karnych. Wybór archiwaliów podyktowany był przekonaniem, że chcąc pisać o doświadczeniu egzystencjalnym Żydów na wsi, muszę szukać opowieści tych, którzy przeżyli, oraz tych, którzy zginęli. Oczywiście trudniej dotrzeć do historii tych, którzy zginęli, ale można je odnaleźć w opowieściach innych, w zeznaniach procesowych, nieliczne - w pozostawionych dziennikach czy listach.

Ze względu na specyfikę źródeł zdecydowałam się zachować oryginalną postać cytowanych tekstów. Wyjątek stanowią poprawki interpunkcyjne, ułatwiające zrozumienie treści.

Źródła, z których korzystam, mają ograniczenia, widoczne przede wszystkim wówczas, gdy chce się poznać nie tylko fakty, lecz także przeżycia czy emocje. Relacje są formą literacką o wyjątkowych cechach. W ich specyfikę wpisana jest pewna sprawozdawczość, podawanie konkretnych faktów z jednej strony, a koncentracja na nieszczęściu i tragedii z drugiej. Opowiadają one przede wszystkim o zniszczeniu, stracie, o tragicznych losach najbliższych i być może właśnie dlatego rzadko pojawiają się w nich opisy emocji czy analizy przeżywanych uczuć. Ich autorzy są bezradni wobec przytłaczającego doświadczenia, z którym się zmierzyli, i wobec emocji, które ich pochłaniają. W relacjach widoczne jest często napięcie pomiędzy potrzebą dania świadectwa i opowiedzenia tego, co się wydarzyło, a nieumiejętnością czy wręcz niemożnością wyrażenia własnych przeżyć. Jedna z ocalałych zanotowała: "nie posiadam specjalnych zdolności literackich, ale na samo wspomnienie okropnego przeżycia samo pióro pisze. Zaznaczam z góry, że opis niniejszego stanowi zaledwie 25 procent mego przeżycia"23. A kto inny dodawał: "28 miesięcy ukrywania się to przeżycia z tysiąca i jednej nocy, nie dające się opisać, nie dające się objąć umysłem ludzkim"24. Istotne dla jakości emocjonalnej relacji jest również to, czy jest ona autonomiczna, tj. czy została napisana przez ocalałego, czy też powstała w trakcie rozmowy (lub w formule "zeznania") z osobą zbierającą świadectwa ocalałych. W tego rodzaju relacjach jeszcze wyraźniej uwidacznia się koncentracja na faktach i konkretnych wydarzeniach. Więcej opisów uczuć i analiz emocjonalnych możemy znaleźć w dziennikach pisanych w czasie ukrywania się - niestety, tych pisanych na wsi zachowało się zaledwie kilkanaście. Staram się na podstawie tych źródeł odtworzyć tak wiele elementów psychologicznego doświadczenia, ile tylko jest możliwe - choćby miało być to zaledwie 25 procent tych przeżyć.

Inne ograniczenia są charakterystyczne dla dokumentów sądowych, w których w ogóle nie ma miejsca na opisywanie doświadczeń Żydów, gdyż de facto bohaterami tych dokumentów są Polacy: oskarżeni i świadkowie - i o nich z tego źródła możemy się dowiedzieć najwięcej25. Żydzi-ofiary znajdują się w tych źródłach na dalszym planie, prawie nic o nich nie wiadomo (oprócz ich tragicznego końca), wielu z nich pozostaje anonimowych26. Właściwie są raczej bezimienni niż anonimowi, jak biblijna córka Jeftego czy żona Lota - są obecni, często bardzo wyraziści jako postacie, jako główni bohaterowie wydarzeń, a jednocześnie są pozbawieni własnej tożsamości. Często mówi się o nich jedynie: kobieta lub mężczyzna N.N., dziecko. Nie mają wieku, imion, osobowości. Bezimienność skazuje ich na niebyt - są niezapamiętani, niemi, pozostają opuszczeni, porzuceni. Pozbawieni indywidualności, zostali ponadto ograbieni z wyjątkowości jednostkowego istnienia, ograniczeni do rzeczownika lub wydobytych w czasie powojennej ekshumacji szczątków. Pamiętano tych, którym pomagano, a ci, których skrzywdzono, zostali w dużej mierze zapomniani. Zło - w przeciwieństwie do dobra - woli pozostawać anonimowe.

Niekiedy wgłębiając się w zeznania, można dowiedzieć się czegoś więcej o niektórych spośród tych ofiar. Na przykład w sprawie Mikołaja Jaroszuka, policjanta granatowego oskarżonego w 1955 r. o udział w zabójstwie mniej więcej piętnastoletniego chłopca o nieznanym imieniu i nazwisku, którego dowiezienie na posterunek policji w Górznie (pow. Garwolin) spowodowali dwaj współoskarżeni w tej sprawie - Jan Wojciechowski oraz Wacław Pieniążek27. O żydowskim chłopcu nic nie wiemy - w akcie oskarżenia mówi się o nim jako o "obywatelu polskim narodowości żydowskiej lat około 15 o nieustalonym nazwisku". W uzasadnieniu oskarżenia znajdujemy informację, że chłopiec ten "przebywał w budynkach gospodarskich u różnych rolników" w miejscowości Chęciny na terenie gromady Górzno, między innymi u sołtysa Jana Wojciechowskiego i u Wacława Pieniążka. Po tygodniu sołtys kazał Pieniążkowi dostarczyć chłopca na posterunek, a ten przekazał to polecenie pracującemu u niego szesnastoletniemu Franciszkowi Domańskiemu. Domański "wywiózł tego chłopca narodowości żydowskiej w okolice wsi Reducin i tam go wypuścił na wolność". Jednakże Pieniążek w obawie przed spaleniem całej wsi jako karą za przechowywanie Żyda kazał mu wrócić, odnaleźć chłopca i zawieźć na posterunek - co też Domański uczynił.

Chłopiec jest przedmiotem, nie ma własnego głosu, nie wiemy, skąd przyszedł, co wcześniej przeżył, jakie były jego losy. Lektura zeznań z rozprawy sądowej pozwala poznać zaledwie kilka informacji. Oskarżony Jaroszuk, nie przyznając się do winy i podając swoją interpretację wydarzeń ("ludzie z gromady wciąż dopytywali się, kiedy go usunie się, gdyż bali się, że niemcy wieś spalą"), wspomniał, że "chłopak był kaleką, miał ręce i nogi odmrożone" - co w połączeniu z informacją, że rzecz rozgrywała się "w porze jesiennej lub zimowej", pozwala się domyślać jakichś tragicznych przejść ukrywającego się Żyda. Wojciechowski, z którego gospodarstwa wyprowadzono chłopca, zeznał: "dałem mu derkę do przykrycia, gdyż był bez spodni, wynędzniały, nogi i ręce odmrożone. Rano dałem mu spodnie". Pracujący u niego Domański, który zaniósł chłopcu jedzenie, miał powiedzieć, że "on jeść nie chce, gdyż jest chory". Można więc przypuszczać, że zimą lub późną, chłodną jesienią 1942 r. samotny chłopiec żydowski, być może ograbiony, być może uciekinier z jakiejś obławy leśnej albo z odkrytego bunkra, przebywający nocą na dworze, chory, osłabiony, znalazł schronienie we wsi Chęciny, gdzie przez tydzień lub dwa błąkał się po zabudowaniach rolników. Ale jak mógł się błąkać, skoro nie mógł chodzić? Może tylko doczołgał się lub dokuśtykał do szopy (lub obory) Wojciechowskiego? A może jego stan się pogorszył bądź się rozchorował i dopiero wówczas nie mógł chodzić? Nie wiadomo jednak, jak się poruszał, gdyż w swoim zeznaniu świadek Franciszek Domański stwierdził, że "chłopak nie mógł chodzić" z powodu odmrożeń. W jego zeznaniu chłopiec - do tej pory niemy - wreszcie przemówił; Domański zeznał, że to on znalazł Żyda w zabudowaniach Pieniążka: "chłopak leżał na słomie i mógł mieć jakie 14-15 lat. Miał odmrożone ręce i nogi, skarżył się". Skarżył się, wreszcie słyszymy, że się odzywał, zapewne cierpiał fizycznie, może prosił o pomoc. "Miejscowi ludzie przynosili mu jedzenie. Ja mu też nosiłem jedzenie" - mówił dalej Domański. Po dwóch tygodniach gospodarz kazał mu zawieźć Żyda na posterunek policji granatowej do Górzna. Wówczas, jak zeznał: "włożyłem chłopca na wóz, zawiozłem do Radocina [Reducina] położonego o 5 km. Jechałem przez las, ułożyłem go na skraju lasu, a sam zawróciłem. Chłopak nie mógł chodzić, prosił się, aby go nie zawozić na policję". W dalszej części zeznania, kiedy Domański opisywał reakcję gospodarza na jego powrót, czytamy: "[gospodarz] mocno się na mnie rozgniewał i nakazał, że mam go odszukać i zawieźć tam, gdzie kazałem. Wróciłem z powrotem w tym samym dniu. Chłopiec był już u jakiegoś gospodarza w mieszkaniu. Odszukałem go, wziąłem na wóz i zawiozłem na posterunek. Pytał się mnie, gdzie go wiozę. Na policji spisano protokół, ja odjechałem, a chłopak został". Następnego dnia - jak dowiadujemy się z innych zeznań - chłopiec został przez polskich policjantów na rozkaz Niemców zastrzelony. Jedynie ten, który dowiózł go na miejsce kaźni, zapamiętał jego głos, ale nic ponadto - ani imienia, ani żadnego fragmentu jego losu, o którym może chłopiec opowiadał, gdy Domański przynosił mu jedzenie. Mimo wysiłków ofiara ta zostanie w anonimowym tłumie innych, możemy go zapamiętać jedynie jako cierpiącego chłopca z odmrożonymi nogami i rękami.

Inną ofiarą, którą można częściowo uchronić przed anonimowością niepamięci, jest kobieta ujęta latem 1943 r. we wsi Podmyszadła (gm. Jadów, pow. Radzymin). W akcie oskarżenia czytamy, że kobieta nazwiskiem Brejszter lub Brojszter wraz z dwunastoletnim synem została złapana przez sołtysa Jana Napłoszka28 i doprowadzona na posterunek żandarmerii niemieckiej w Jadowie. Lektura dziesiątek stron zeznań świadków pozwala poznać kilka szczegółów więcej: Żydówka była wdową po kulawym fotografie z Jadowa, nazywała się Bronsztejnowa. Po zastrzeleniu męża w czasie wysiedlenia uciekła z synem i częściowo ukrywając się, handlowała w okolicznych wioskach, by utrzymać się przy życiu. Była to "młoda, lat licząca około 35-ciu blondynka, handlowała cukrem lub sacharyną, czasem przychodziła z synkiem, do żydówki nie była podobna"29, "nosiła chustkę pod brodą"30. Możemy się więc domyślać jej "dobrego" wyglądu, tego, że była ucharakteryzowana na wieśniaczkę i miała może szansę przetrwania, gdyż nie brakło jej determinacji w walce o życie swoje i syna, była zaradna i samodzielna. Niczego jednak nie dowiadujemy się o jej cierpieniu, smutku, samotności i strachu - tego możemy się tylko domyślać. Co czuła, gdy pewnego letniego dnia jej nadzieje na ratunek zostały zniweczone przez sołtysa Napłoszka, który zatrzymał ją z synkiem we wsi i zaprowadził do siebie, a tam zamknął w chlewie - według jednych świadków, a w szopie na skobel - według innych. Świadkowie zauważyli, że płakała: "żydówka idąc, płakała"31, "płakała, krzycząc, aby ją ratował"32. Ile w tym płaczu było rozpaczy, bezsilności, błagania o pomoc? Zawieziona na posterunek w Jadowie, została zamknięta w celi razem z innymi Żydami wyłapanymi w okolicy. Jeden ze świadków, u którego wcześniej bywała i pomieszkiwała w jego stodole, rozmawiał z nią przez okienko aresztu. "Żydówka wyglądała oknem i płakała". Powiedziała mu wówczas, kto ją złapał, a pół godziny później "niemcy rozstrzelali żydów, którzy zostali pochowani w ogródku przy tym areszcie"33.

Te dwa przykłady ilustrują rodzaj dokumentów, z jakich próbuję wydobyć i opisać ludzkie historie, a jednocześnie pokazują specyfikę źródła, które siłą rzeczy lekceważy i pomija uczucia oraz przeżycia ofiar, pozwalając jedynie czasem dodać kilka fragmentów do niemożliwego już do odtworzenia w całości obrazu. Trzeba jednak, obcując z takimi źródłami, próbować nie stracić z pola widzenia ludzkiego wymiaru egzystencji i cierpienia, nie redukować ofiar do liczb, szacunków, danych, a w każdym pojawiającym się w tym opracowaniu Żydzie starać się dostrzec i zapamiętać żywego, cierpiącego człowieka.

Historia, którą tu rekonstruuję i opowiadam, należy zdecydowanie do historii "nocnych" - by posłużyć się podziałem Ernesta Sabato na literaturę "dzienną" i "nocną". Według niego literatura/historia dzienna opowiada o wartościach, walczy ze złem, "usiłuje zrozumieć świat, pojąć jego zjawiska, [...] nadać sens rzeczom". Natomiast historia nocna zanurza nas w mroczny świat, konfrontuje z grozą życia, "mierzy się z najbardziej wstrząsającymi prawdami, których nie ośmielamy się otwarcie wyznać [...], które odrzucamy i uważamy za niegodne i odrażające"34. Przedstawię więc tu historię nocną, mroczną, trudną, historię, którą niełatwo przyjąć do wiadomości i której nie sposób zaakceptować, a już na pewno nie można jej zrozumieć. Ta historia opowiada o egzystencjalnym doświadczeniu pustyni ludzkiej - bezskutecznego, zakończonego niepowodzeniem poszukiwania ratunku przed Zagładą. Pustynia ludzka w sensie dosłownym i metaforycznym wytworzyła się wokół ludzi błąkających się i nadaremno kołaczących po pomoc, wokół tych zarażonych śmiercią, którzy przemierzali drogi, gościńce, ścieżki i leśne dukty w bezowocnej nadziei na ocalenie.

Chcę się skupić właśnie na tych, którym nie udało się przeżyć na wsi, ponieważ zostali wydani i zamordowani. Zanim jednak opiszę ich losy, trzeba wyjaśnić, skąd się wzięli i co robili Żydzi na wsi polskiej od lata 1942 r., a więc po likwidacji gett i masowej eksterminacji dokonanej przez Niemców.

Gdzież tam człowiek mógł spać, jak czekała taka zagłada na niego

Wysiedlanie

Doświadczenie wysiedlenia i zbliżającej się śmierci - dla wielu oczywistej - wywoływało różne reakcje i postawy. W miarę rozwoju akcji eksterminacyjnej coraz bardziej powszechna stawała się świadomość nieuniknionego końca; Żydzi działali pod presją nadchodzącej śmierci, nieraz w gorączkowym pośpiechu, niedowierzaniu i przerażeniu. Józef Hechel z Łapanowa koło Nowego Sącza wspominał, że w przededniu wysiedlenia "były dnie i noce b[ardzo] przykre, bo wiedzieliśmy, że musimy jechać na stracenie"42. A siostry Szpanberg użyły w swojej relacji nie mniej obrazowego sformułowania: "pożegnania z rodzinami były codziennie i płacze, bo nadzieja była marna do życia"43. Panowało ogromne napięcie: "i tak człowiek chodził bez głowy. Kład się tą myślą i wstawał tą myślą, a gdzież tam człowiek mógł spać, jak czekała taka zagłada na niego"44.

Uczucia, których doświadczali wówczas Żydzi, to jak się wydaje przede wszystkim trwoga. Bardzo silne i nieprzyjemne uczucie trwogi jest emocją o charakterze wrodzonym, pojawiającą się w sytuacjach realnego zagrożenia życia. Emocjonalne i fizyczne aspekty odczuwania trwogi opisała Fania Brzezińska z Knyszyna: "Ogólna śmiertelna paniczna trwoga. Każdy za wezwaniem własnego serca żegna się z drugim, z jedną tylko prośbą na ustach, aby doczekać jutra... Zapadł wieczór, zapadła noc ponura, ciemna, głucha. Każdy zamyka się w sobie w tępym odrętwieniu z zastygłym, kołatającym się sercem, z bijącym głośno pulsem, który przerywa zastygłą ciszę. I natura posuwa się normalnym trybem, zegar bije tik-tak i posuwa się [...] chwila za chwilą, godzina za godziną, tak wolno, normalnie, jak Bóg przykazał. W takiej bezsenności, w takim przeżywaniu, gdy widzi się i czuje się, że śmierć czyha za krawędzią łóżka i żegna się [z] życiem nadziemskim, gdy w pełnej świadomości oczekuje się ostatniej chwili, zbliża się trzecia, czwarta nad ranem, godziny. Do miasta wkradają się cichutko zamówione fury...,"45. W tym opisie emocji towarzyszących doświadczaniu zbliżającej się śmierci warto zwrócić uwagę na głęboko prawdziwe psychologicznie spostrzeżenie autorki relacji, że cierpienie izoluje człowieka od innych, zamyka go we własnej przestrzeni i koncentruje na sobie - "każdy zamyka się w sobie w tępym odrętwieniu".

W psychologii amerykańskiej lat osiemdziesiątych powstała teoria opanowywania trwogi46 bazująca na przekonaniu, że u podstaw ludzkiej egzystencji leży lęk przed śmiercią, i że on właśnie wpływa na procesy psychologiczne i zachowania społeczne jednostki. Świadomość nieuchronnej śmierci wyzwala w ludziach potencjał trwogi - podstawowy lęk egzystencjalny. Radzimy sobie z tym lękiem za pomocą dwuczynnikowego "bufora", który składa się ze światopoglądu (sensowne, uporządkowane i stabilne wyobrażenie o świecie) i samooceny (postrzeganie samego siebie jako wartościowego członka sensownego wszechświata). Te dwa "bufory" pozwalają opanować egzystencjalną trwogę - w obliczu obezwładniającego lęku wynikającego z konfrontacji z własną śmiertelnością pomagają nam z jednej strony kulturowo wypracowane sposoby nadawania życiu sensu oraz obietnice dosłownej lub symbolicznej nieśmiertelności, a z drugiej - poczucie własnej wartości i przynależności do mającego sens świata. Wydaje się jednak, że bezpośrednia i nieodwołalna konfrontacja z własną śmiertelnością w czasie Holokaustu jest czymś, co wykracza poza konsolacyjne możliwości teorii opanowywania trwogi. Poczucie własnej wartości i przynależności do ludzkiego świata zostało właśnie zakwestionowane przez Niemców, a wraz z tym musiało rozwiać się wszelkie dotychczasowe, choćby najbardziej uporządkowane i sensowne, wyobrażenie o porządku świata (może z wyjątkiem najgłębiej religijnych Żydów). Być może dotykamy tu psychologicznego wymiaru wyjątkowości Zagłady - kiedy człowiek zostaje ograbiony przez drugiego człowieka z prawa do jakichkolwiek mechanizmów obronnych wobec grozy nadchodzącej śmierci. Teoria opanowywania trwogi wydaje się zresztą jedynie nieco unaukowioną, a może uproszczoną wersją starego, dobrze znanego ludzkości lęku przed śmiercią, którym zajmuje się przede wszystkim religia i filozofia, a także tanatopsychologia.

Lęk przed śmiercią, powszechny i nieuchronny - podstawowa cecha wspólna wszystkim ludziom - jest stale obecny w naszym życiu, jawnie lub w formie utajonej. Gdy przebija się do naszej świadomości, stosujemy rozmaite mechanizmy obronne łagodzące ów lęk - czy to w postaci religii i wiary w nieśmiertelność, przynajmniej duszy, czy też zaprzeczania, kompulsywnego gromadzenia lub poszukiwania zapomnienia. Epikur proponował trzy racjonalne argumenty łagodzące lęk przed śmiercią: po pierwsze dusza jest śmiertelna, ginie razem z ciałem, a wraz z nią świadomość - nie można już wówczas niczego odczuwać, w szczególności żalu ani bólu. Po drugie - skoro dusza rozprasza się w chwili śmierci i nic już nie odczuwamy, nie ma się czego bać: "śmierć i Ja nigdy nie mogą zaistnieć razem. Skoro jesteśmy martwi, to nie wiemy, że jesteśmy martwi"47. Trzeci argument Epikura odwołuje się do stanu przed narodzeniem - według niego po śmierci powracamy do tego samego niebytu. Jak pisze psychoterapeuta od dziesięcioleci zajmujący się lękiem egzystencjalnym, jest kilka sposobów jego łagodzenia. Najskuteczniejszy to poczucie spełnionego życia, przekonanie, że coś się po sobie pozostawia (niekoniecznie w sensie materialnym), a także udane relacje z ludźmi, dzięki którym będziemy pamiętani48. Ale w obliczu śmierci, o jakiej tu mowa - śmierci na skutek zdrady, śmierci samotnej i pełnej bólu - trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek środki mogące uśmierzyć lęk. Śmierć zawsze jest doświadczeniem samotnym, izolującym od innych, niemniej to właśnie obecność innych może pomóc w umieraniu. Tymczasem taka obecność, jak w przypadkach opisywanych w tej książce - obecność wroga, często nienawistna i pełna pogardy - musiała zwiększać cierpienie umierających. Myślę, że ich cierpienie pogłębiał także niczym nieoswojony lęk, nie przypuszczam, aby byli w stanie myśleć o argumentach Epikura ani by mogli cieszyć się spełnionym życiem; większość z nich umierała bezimiennie i nie została zapamiętana. W trudzie samotnego umierania towarzyszyły im raczej przenikliwa groza i gorycz niespełnienia.

Wszechogarniająca trwoga wywoływała dezintegrację i destrukcję psychologicznych mechanizmów regulacyjnych, wydawała na nieoswojony lęk - do czego mieli się odwołać, do jakich zasobów sięgnąć, by przeciwstawić się nurtowi pędzącemu wprost ku śmierci? Patrząc z tej perspektywy, warto zadać sobie pytanie, dlaczego niektórzy chcieli się ratować? Bardziej zrozumiałe wydaje się, że w obliczu powszechnej śmierci, kiedy ostatecznym źródłem ratunku pozostawały być może jedynie więzi z innymi, ludzie chcieli być razem ze swoimi bliskimi, dając tym samym dowód miłości, przywiązania, wierności i odwagi. W tym wspólnym marszu ku śmierci dostrzegam wiele pozytywnych uczuć, wiele dowodów wielkości, wierności, poświęcenia. Tylko bardzo powierzchowne spojrzenie obojętnego gapia interpretuje to jako wędrówkę "owiec na rzeź". W rzeczywistości doświadczenie zgody na własną śmierć jest głębokim przeżyciem psychologicznym i duchowym, jest powołaniem człowieka, wyzwaniem, któremu zapewne wielu spośród idących na śmierć sprostało. Ci ludzie nie myśleli o ratowaniu się, gdyż byli pogodzeni z własną śmiertelnością lub wybrali śmierć, ponieważ były sprawy od niej ważniejsze, jak chociażby opieka nad dzieckiem czy po prostu nieopuszczanie innych w decydujących chwilach. Myślę, że w tym zbiorowym, często świadomym wyborze pójścia na śmierć manifestuje się właśnie - złożona z pojedynczych wyborów, ale przez nas widziana jako zjawisko masowe - odpowiedzialność za drugiego człowieka, taka jak w rozumieniu Emanuela Levinasa. Tu widać jej praktyczną realizację w wymiarze istoty człowieczeństwa, o której Levinas pisał, że nie tkwi ona w nim samym, ale w jego relacji do innych ludzi. Można więc spojrzeć na ten marsz - do wagonów, do wykopanych dołów, do komór gazowych - w kategoriach moralnych i psychologicznych jako na manifestację odpowiedzialności, miłości, a także na wolny wybór towarzyszenia innym w cierpieniu, na współ-mękę i współ-śmierć.

Wśród idących do wagonów wielu było także wyczerpanych i zmęczonych, tak dogłębnie udręczonych, że doszli już do kresu sił fizycznych i psychicznych. Ci niezdolni do żadnego wysiłku, do najmniejszego trudu, do ani jednej aktywności więcej - niezdolni do żadnego działania - nie mogli nawet myśleć o przeciwstawieniu się losowi. Wiedzieli, że ratowanie się jest trudne, wymaga determinacji i energii, której udręczeni gettem, umęczeni codziennością dotychczasowej egzystencji już nie mieli. Udziałem niektórych idących na śmierć była zapewne stoicka postawa i doświadczenie ataraksji, czyli według epikurejczyków zupełnej obojętności wobec przeciwności losu, spokoju ducha w obliczu cierpienia.

Inną motywacją, by iść, były przekonania religijne i wiara w Boga. Dał temu wyraz na przykład Alter Szymszynowicz, przedsiębiorca z Opoczna, w swoim dzienniku spisywanym w ukryciu: "Niektórzy ludzie nie chcieli też ukryć siebie ani swoich domowników. Powiedzieli, jesteśmy gotowi poświęcić się na ofiarę Pana Świata, jeżeli On tak chce, niech świat zobaczy, że zabija się nas okrutnie, w barbarzyński sposób, tylko dlatego, że jesteśmy Żydami, bez żadnych innych przewinień, tylko dlatego, że należymy do narodu żydowskiego"49.

Wydaje mi się, że bardziej oczywistym, lepiej uzasadnionym i zrozumiałym wyborem było więc pójść ze wszystkimi. "Co mi po życiu, jak nikogo nie będzie?"50 - zapytała retorycznie swoją siostrę pewna Żydówka ze wsi Kłomnice pod Częstochową. Dla wielu nie był to zresztą żaden wybór, lecz zachowanie oczywiste, naturalne dzielenie wspólnoty losu - "co będzie ze wszystkimi Żydami, będzie i ze mną". Ludzie, którzy szli, ci, których później, u kresu ich wędrówki, widział Tadeusz Borowski51, nie zostawili świadectw pozwalających głębiej wniknąć w ich uczucia i motywacje, co tym samym otwiera przed nami pole do domysłów i interpretacji.

Więcej można powiedzieć o tych, którzy nie poszli do wagonów i zdecydowali się szukać ratunku. Przyjrzyjmy się zatem powodom podejmowania niełatwej decyzji o ratowaniu się. O tym, że decyzja ta była bardzo trudna, świadczy poszukiwanie rady u innych, zasięganie opinii i deliberowanie - jeśli był na to czas. Wspólne naradzanie się wspominał przywoływany już Majer Szulim Lewinsohn: "kiedy dowiedzieliśmy się o wysiedleniu w Lublinie, zebraliśmy się w kilkoro, żeby zastanowić się nad tym, co zrobimy, gdy przyjdzie kolej na nas. Co zrobimy, kiedy zaczną nas wysiedlać? Kilku z naszych odpowiedziało, że pójdą, gdzie rozkażą Niemcy. Ja i jeszcze kilku kolegów powzięło postanowienie, by nie dać się wysiedlić, stawić opór, nie dać się wziąć do niewoli niemieckiej ani zabić"52. Piętnastoletni Markus Halpern, który uciekł wraz z rodziną z Krakowa do Chrostowej (pow. Bochnia), tak relacjonował ostatnie chwile przed wysiedleniem: "naradzaliśmy się długo, co robić. My uciekliśmy do lasu: mamusia, brat, siostry, dwie ciocie, dwie kuzynki, babcia i ja"53.

Ci, którzy zamierzali się ratować, doskonale wiedzieli, że nie będzie to łatwe, zdawali sobie sprawę, co ich czeka. Adam Kamienny z Kałuszyna zanotował w swoim dzienniku pisanym w 1944 r.: "będziemy tropieni i ścigani w dzień i w nocy. Nikt nas pod dach nie puści ani kawałka chleba nie poda. Nawet gdyby ktoś chciał, to też nie zrobi tego, z obawy by sąsiad nie zauważył i nie wydał. Musielibyśmy jak dzikie zwierzęta kryć się po lasach, będąc wystawionymi na zamordowanie przez bandytów, od których wszędzie się roiło"54.

Przed podjęciem decyzji rozważano najróżniejsze aspekty życia po aryjskiej stronie, między innymi sprawę koszernego jedzenia. Było bowiem oczywiste, że dotrzymanie przepisów koszerności w ukryciu będzie bardzo trudne lub całkowicie niemożliwe. Jedna z uciekinierek przed podjęciem decyzji radziła się w tej sprawie swojego dziadka: "Zapytałam dziadka o radę, jak to zrobić z jedzeniem. Ale jaki mądry życiowo był mój dziadek, to nie był fanatyk. Powiedział mi, że w takim tragicznym czasie można wszystko jeść, że to już nie ma znaczenia i zacytował jakiś ustęp z Tory"55. Nie wszyscy mieli możliwość ukrywania się - trzeba było mieć pieniądze, kontakty z Polakami, znać język polski i chrześcijańskie obyczaje. Ważną rolę odgrywały też kompetencje intelektualne i psychologiczne - refleks, inteligencja, umiejętność panowania nad sobą i przede wszystkim czujność, baczenie na każde możliwe zagrożenie. Niebagatelną sprawą był również "dobry" wygląd, który umożliwiał bardziej samodzielne funkcjonowanie i poszukiwanie ratunku. Wygląd "ujemny"56 skazywał na kryjówki zamknięte i większą zależność od innych.

Poszukiwanie ratunku było także trudne psychologicznie, było raczej czymś rzadkim i wyjątkowym. Można sformułować tezę, że ci, którzy chcieli się ratować i szli pod prąd, to jednostki z jakichś powodów niezwykłe, motywowane do ratowania się wewnętrznie lub - znowu - poczuciem odpowiedzialności za innych, najczęściej za dzieci. Motywacje do ratowania przychodziły czasem z zewnątrz, działania podejmowano pod presją innych, w wypadku dzieci oczywiście często po prostu decydowali za nie rodzice. Niektórzy zmuszali swoje dzieci do ratowania się. Israel Herc wspominał dzień wysiedlenia w Parysowie: "Moja mama powiedziała: "Ja już jestem stara, wy ratujcie się". [...] Wraz z moim bratem i szwagrem przeszliśmy przez kordon, uciekliśmy"57. Podobnie postąpiła matka Chai Szczerańskiej z Wilna: "Piątego listopada 1941 roku o godzinie 12 w dzień rozpoczęła się straszliwa akcja. Litwini zaczęli krzyczeć, żeby się ubierać i iść. W oczach u wszystkich pojawiły się łzy, a u mamy oczy zrobiły się jakby nieprzytomne. [...] Podeszła do mnie zapłakana i po cichu powiedziała: "Biegnij, moje dziecko, może ty chociaż zostaniesz przy życiu, może Bóg tobie w czymś pomoże. Biegnij, szkoda czasu, każda minuta jest droga". Zmieszałam się od tych słów, ale zaczęłam się rozglądać. Wreszcie przylgnęłam do ramienia matki i zaczęłam ją strasznie całować. Mama mnie całowała, a jej łzy lały się po mojej twarzy. Nie chciała mnie długo zatrzymywać, rozumiała, że im dłużej będę stała przy niej, tym bardziej jest to niebezpieczne dla mnie. Siostra moja była zupełnie spokojna, zupełnie nie myślała o ucieczce, ona rozumowała inaczej niż ja, bo była starsza ode mnie, ona rozumiała, co znaczy słowo "mama". Ona nie chciała uciekać sama, ona już trochę poznała życie i widziała, jak wygląda życie bez rodziców"58.

Do ucieczek namawiali też czasem znajomi Polacy, jak późniejsze małżeństwo Sonię i Abrama Hurmanów, którzy tak o tym opowiedzieli: "Stasiek Wadas podszedł do Abrama i zawołał: "Co, pójdziesz tak jak baran do rzeźni?!". "Więc co mam zrobić?" - odpowiedział mu Abram. Stasiek chwycił go za ramię i pociągnął do okna: "Do diabła, tam leje się krew jak woda w rzece! Weź ich!" - wskazał ręką na rodzinę - "I idź w pole, do lasu!". "A co potem?" - spytał Abram. "Do mnie!" - brzmiała krótka odpowiedź. Kazał mu pójść na jego działkę do lasu, schować się między stosami wyschłego chrustu zebranego na zimę, a w nocy przyjść do niego do stodoły. Abram zdecydował się natychmiast. [...] Podszedł do mnie Stasiek Wadas: "A co z tobą" [...] Odpowiedziałam, że pójdę ze swoją rodziną. Stasiek zaklął, że tak łatwo godzę się z losem. Krzyknął: "Uciekaj! I do mnie!". Przeraziła mnie ta propozycja. Uciekać do mężczyzny, do goja? Ale matka, kobieta głęboko religijna, powiedziała: "Idź z nim, moje dziecko, idź!""59. Inny Polak, Stanisław Pagos z Gruszowa Wielkiego, wyciągnął z getta w Dąbrowie Tarnowskiej syna swoich sąsiadów Abrama Weita, który już "nie chciał nawet żyć, bo nikt z rodziny nie został". Chłopiec wspomniał w relacji: "po 6 tygodniach mego życia w ghecie znalazł mnie gospodarz Stanisław Pagos, który specjalnie przyszedł do miasta, by odnaleźć kogoś z naszej rodziny, jeśli ktoś jeszcze żyje. To był nasz sąsiad i żyliśmy z nim bardzo dobrze"60.

Motywacje wewnętrzne do ratowania siebie w wielu relacjach ocalałych są przedstawiane jako niemal nieświadoma "chęć życia", instynkt, którego sile trudno się oprzeć, choć może prowadzić do zguby. Celina Grünszpan w swoim pisanym w ukryciu pamiętniku zanotowała: "nikt nie jest w stanie pojąć naszej tragedii. Tragedii ludzi bez jutra, którzy jednak chcą żyć, których instynkt samozachowawczy pcha do uciekania nawet z cmentarza, nawet spod kuli, z krat, spod bata i piekła Treblinki. Do uciekania w przepaść, bo nikt nas nie chciał i nikt pomocnej ręki ku nam nie wyciągał"61. Lea Goldberg wspominała: "Ja chcę żyć, jestem młoda, nie mogę przypatrywać się, jak niemieccy mordercy będą nas męczyli. [...] Nagle pewnego pięknego letniego dnia przybyli esesmani i otoczyli miasto i wszyscy zbierali się na śmierć. Miałam wtedy 12 lat. Podchodzę więc do mamy i powiadam: "Mamuniu odejdźmy, uciekajmy. Nie chodźmy jak owce na śmierć". Całuję mamę: "Ja chcę żyć, uciekajmy! Uciekajmy!". Zaczynam płakać. Mama spoziera na mnie i powiada: "Dziecko moje, ty chcesz żyć, ale wszyscy razem nie możemy się ratować""62. Lea uratowała się sama, pomogli jej członkowie sekty religijnej sztundystów63 na Ukrainie: "To byli moi zbawiciele. I powiadają do mnie: "Wiemy, że jesteś żydowskim dzieckiem. I jeżeli chcesz żyć, musisz przejść na naszą wiarę". I tak przeżegnałam się, i przeszłam na ich wiarę. Chodziłam i cytowałam biblię, i tak przeżyłam". Podobnie siły instynktu życia doświadczyła Cypora Carmel, która tak o tym opowiadała: "nie miałam na nogach butów, bo będąc w ghecie, zostawiłam tam wszystkie swoje rzeczy. Chciałam się ratować za każdą cenę. Nie mając koło siebie rodziców ani rodzeństwa, ani nawet krewnych - pędziłam przed siebie, goniąc za życiem"64.

Goniła za życiem i bardzo chciała się ratować także Ida Morober, studentka z Wołkowyska - w dniu wysiedlenia spotkała koleżankę, która przekupiła policjanta i szykowała się do opuszczenia getta. Ida zapamiętała własną bezwzględność wobec rodziców: "Poszłam szybko do matki i poprosiłam, żeby mi dała pieniądze, bo chcę iść z tą przyjaciółką do miasta. [...] Matka zapytała mnie, czy zdecydowałam się zostawić ją, czy nie wiem, że prowadzą ich na śmierć; ja chciałam żyć, więc na to wszystko odpowiedziałam matce tylko, żeby mi dała pieniądze. [...] Wiedziałam, że całe pieniądze ma w pasku, sama przecież przyniosłam je z mieszkania w mieście. Dała mi 8 dziesiątaków w złocie. Liczyłam na więcej, bo ratowanie się jako chrześcijanka musiało kosztować sporą sumkę, a już teraz musiałam zapłacić milicjantowi za wyprowadzenie mnie. Przyglądałam się matce przez chwilę i powiedziałam: "Przecież mama już wie, dokąd was zawiozą. Tam zabiorą wam wszystkie pieniądze, a ja się chcę ratować. To nie szkoda mamie mojego życia? No dobrze, jeśli mama uważa, że może się jeszcze uratować, to niech będzie tak, jak mama chce". I pobiegłam z tą przyjaciółką do milicjanta, żeby nas zabrał"65.

Uderzająca jest bezwzględność tej sceny, bez upiększania pokazującej dramat decyzji o ratowaniu się. Dramat, którego autorka wspomnienia zdawała się (jeszcze) nie dostrzegać, kierowana chęcią ocalenia życia. Refleksje na temat własnej bezwzględności zanotował natomiast Adam Kamienny, który wraz z ojcem i siostrą znalazł się w wagonie jadącym do Treblinki. Autor pamiętnika pisanego w czasie ukrywania się wspominał: "z upływem czasu i pod wpływem rozmów, które się toczyły dookoła, zacząłem się zastanawiać, że właściwie o ile mam szansę wyskoczenia, to dlaczegożby nie? [...] Ojcu i siostrze właściwie to powinno być obojętnym, czy będą umierali sami, czy też ze mną, a mnie może, może ten jeden promil nadziei urzeczywistni się". I dodawał z perspektywy roku 1944: "Teraz dopiero, gdy siedzę względnie spokojnie i mam czas myśleć, zdaję sobie sprawę z tego, jak potworne, jak makabryczne były moje myśli wtedy w wagonie"66.

Przeciwieństwem takich relacji jest historia opowiedziana przez Jochewed Kantorowicz z Tarczyna, której rozstanie z rodzicami wynikało z bardziej przemyślanej decyzji i miało wymiar symbolicznego pożegnania. Jochewed wraz z siostrą uciekły z getta jesienią 1942 r., a ich rodzice zostali tam, nie widząc dla siebie możliwości ratunku. "Przed odejściem matka ugotowała jeszcze dla nas obiad, ojciec nas błogosławił. Z bólem w sercu odeszłyśmy. Od tej chwili nie zobaczyłyśmy więcej ani rodziców, ani sióstr, czterech siostrzeńców i bratowej"67. O pożegnaniu z rodziną opowiadał osobie spisującej relację Dawid Rozenberg, który w czasie wysiedlenia na placu w Śniadowie (pow. Łomża), gdzie zgromadzeni byli wszyscy Żydzi przed deportacją, "odezwał się do swojej matki, że chce się ratować, bo nie może przyglądać się temu, jak jego i wszystkich będą rozstrzeliwać. Matka nie sprzeciwiała się: jeśli potrafisz, ratuj się, odpowiedziała. Wtedy uścisnął matkę, siostrę, brata, ucałowali się i pożegnał się z nimi"68.

W innych wypadkach decyzje były przypadkowe, nieprzemyślane, podejmowane pod wpływem odruchu, impulsu. Rózia Reiner znajdująca się w Chlewicach (pow. Włoszczowa) wspominała: "pół godziny przed wysiedleniem wyszłam z dzieckiem, okrywszy je kołdrą, nie wiedząc, dokąd idę. Postanowiłam za wszelką cenę uratować dziecko i wyszłam z domu z tym tylko, co miałam na sobie i 2000 złotych majątku"69. Podobnie nagłą, instynktowną decyzję podjęły Emilia Schell ("szłam przez góry i piachy w niewiadome. A strasznie bałam się głodu"70) oraz Hadasa Mincberg w czasie wysiedlenia z Kraśnika: "nie mając gdzie się ukryć, biegłam przez ogrody i pola, byle dalej od domu, byle dalej od miasta, byle przetrwać pewien czas"71. Estera Guz z Ludwipola na Wołyniu z kolei przedstawiła ten moment następująco: "o 12 w nocy, gdy księżyc jasno świecił (była pełnia), drżąc ze strachu, gdyż każdy krok groził śmiercią, udałam się w nieznaną drogę na tułaczkę"72.

"Dokąd biec? Dokąd iść? Jak - kiedy - co?" - zapisał w dzienniku Alter Szymszynowicz, wspominając chwilę, kiedy okazało się, że "Niemcy otoczyli uzbrojonymi Ukraińcami całe getto! Anioł śmierci wziął już nóż w ręce, aby podcinać nasze żydowskie gardła, przed oczami widać już było śmierć. [...] Moja żona rzuca się w moje ramiona i płacze gorzko, oj gorzko. I stoimy tak zapłakani i nie możemy wymówić ani słowa. Stoimy tak skamieniali, czujemy, jak wąski jest dla nas świat, dokąd się udać? Gdzie stać? Gdzie, kiedy, jak, jak sobie teraz poradzić?"73.

Świat był wówczas dla Żydów rzeczywiście bardzo "wąski", a dla tych, którzy chcieli się ratować - możliwości ratunku niewielkie.

Ja już wiem, dokąd jadę, a ty ratuj się

Uciekanie

Decyzja o ucieczce, przemyślana lub nie, podjęta po naradzie lub instynktowna, własna lub pod presją innych, stanowiła podstawę do podjęcia działania. Przyjrzyjmy się możliwościom i sposobom ucieczki przed wysiedleniem i śmiercią. Część ucieczek odbywała się przed akcją wysiedleńczą. Heniek Piechotka z Otwocka wspominał o rozłące z rodziną w przededniu wysiedlenia: "Mamusia rozdała nas po chłopach, trzech braci. Miałem dziewiąty rok, jak rozstałem się z rodzicami i braćmi"74. Ojciec Mali Połoseckiej w dniu wysiedlenia z Adamowa (pow. Łuków), 23 października 1942 r., "podszedł do łóżka i powiedział: "Nieszczęście już jest, miasto już obstawione, dzieci, weźcie kennkarty i uciekajcie, ratujcie się, ale szybko!". Moja starsza siostra powiedziała: "Nie idę, co będzie z wami, to i ze mną", i faktycznie została"75. Podobnie postępowali inni rodzice: dziesięcioletni Józef Leichter z Medyny Głogowskiej tak wspominał dzień wysiedlenia: "raniutko o świcie pożegnał nas ojciec. Rozdzielił, pouczył, myśmy z bratem starszym poszli w drogę. Nie przyznali się do żydostwa i do prawdziwego nazwiska. Jeden z nas miał się nazywać Józef Jaracz, a drugi Jan. Najstarszy brat poszedł w świat sam. Mama z najmłodszą siostrzyczką, a ja razem z bratem"76. Jego dziewięcioletnia siostra Rózia także zapamiętała tę scenę: "Wczesnym rankiem [...], gdy jeszcze było szaro, rodzice nas zbudzili i powiedzieli nam, że do getta nie pójdziemy, tylko rozejdziemy się po świecie i każdy będzie się ratował, jak będzie mógł"77. Sposób opowiadania przez dzieci przypomina tu nieco baśniowy motyw udania się na wędrówkę - dobrowolnego bądź przymusowego opuszczenia domu rodzinnego i udania się "w świat". Nie zawsze jednak, jak w baśniach, dobro wygrywało ze złem i ta wędrówka kończyła się szczęśliwie: zdobyciem królestwa, sławy, majątku czy ukochanej. Ale - podobnie jak w baśni - przeciwnicy mieli nadprzyrodzone siły, bohaterowie opowieści musieli wykonać nadludzkie zadania, a ich wędrówka stanowiła wtajemniczenie w zło.

Inne ucieczki odbywały się w czasie wysiedlenia: Dawid Alfimer siedział już na wozie wiozącym Żydów z Okrzei na stację kolejową, ale matka kazała mu uciekać: "szeptała, bym zlazł z wozu i został razem z ojcem. Ja już wiem, dokąd jadę, a ty ratuj się. [...] Sturlałem się z furmanki, a następnie pod wozami pomału oddalałem się od miejsca zbiórki Żydów. Wlazłem na strych jednego z domów, a pod wieczór podjąłem próbę dotarcia do domu, gdzie powinien był być mój ojciec"78 (pozostawiony do uprzątania mieszkań żydowskich). Podobna scena rozegrała się także w Śniadowie koło Łomży na wozie, którym jechała na wysiedlenie Noemi Centnerschwer z rodzicami i trójką rodzeństwa. "Tatuś wówczas wśród tych jęków i płaczu namawiał mnie koniecznie, bym z siostrzyczką 15-letnią próbowała uciec. Matka nie była za tym. Brat starszy też nie chciał się rozstać z rodzicami. Wolał zginąć razem z nimi. Myśmy uciekły z siostrą"79.

Wśród uciekinierów szukających ratunku na wsi znaleźli się również ci, którzy zdołali się wydostać z obozów (nie tylko zagłady, ale i obozów pracy) oraz rozmaitych miejsc pracy poza gettami (tzw. placówek). Do najbardziej spektakularnych sposobów ucieczki należał skok z wagon u jadącego do obozu zagłady. Zachowało się wiele wstrząsających relacji opisujących to, co działo się w wagonach, i jest to na pewno temat zasługujący na osobne, obszerne opracowanie. Przytoczę tu tylko kilka opisów, aby wzbogacić obraz doświadczeń ludzi uciekających przed śmiercią. Sewek Okonowski z Warszawy znalazł się w wagonie do Treblinki. W swoim pisanym później w ukryciu po stronie aryjskiej dzienniku nakreślił obraz tego, co się działo w wagonie, oraz swojej ucieczki: "Nie moje pióro zdolne będzie opisać to nieprawdopodobne opętanie ludzkich umysłów i ciał, jakie zapanowało już po pół godzinie trwania w tej zamkniętej klatce. Zmora dusznica wprawiła nas w swój szatański tan. Byliśmy zmuszeni tratować jedni drugich, walcząc o każden miligram powietrza siłą mięśni. Pot opływający obfitemi strumienie zgorączkowane ciała przesiąkł nawskroś odzież, zapełniając gęste i ciężkie, już dziesięciokrotnie wyrzucone z setki płuc powietrze duszącym odorem. Z czyichś osłabłych piersi wyrywa się krzyk: "Wody!". Jest to pierwszy bakcyl straszliwej zarazy, która w mgnieniu oka obejmuje nas wszystkich w postaci dzikiego, zwierzęcego, palącego wnętrzności pragnienia. A dzień nie sprzyja nam. Nie jest zimny i deszczowy. Wyjątkowo gorące słońce majowe daje znać o sobie poprzez papę dachu wagonu i zagląda do wnętrza przez wąski okienny otworek, oświetlając naturalną scenę dantejskiego piekła.

W półmroku wagonu widzę wokół siebie kotłowisko lśniących półnagich ciał, spotniałych korpusów ludzkich obdartych własnymi rękami z odzieży, w szalonej żądzy chłodu. Ludzie mają dla siebie dzikie spojrzenia i napięte cięciwy nerwów i ochrypłe gardłowe głosy. Gdzieś w kącie wszczyna się bójka. Nie wiadomo o co, kłębią się ciała ludzkie w rozpaczliwym zmaganiu. Obłęd! [...] Za szklankę wody każden z nas jest gotów oddać ostatni swój dobytek, gotów narazić swoje bezwartościowe życie, które na pewno temi szynami biegnie ku swemu kresowi. [...]

Od pierwszej chwili wejścia do wagonu umieściłem się, jak mogłem najbliżej okna, mojej jedynej nadziei ucieczki. [...] Zbita masa ludzkiego mięsa, jaką stanowiliśmy, poczęła kołysać się i drgać konwulsyjnie, jak rój glizd pokrywające jedni drugich. Po czterech godzinach wyczerpującego szamotania się, krzyków protestu i próśb ze strony duszonych znalazłem się przy oknie wśród pierwszych. [...] Pewien, może 17-letni chłopiec prosi mnie gorąco, bym mu również pozwolił wykorzystać nadarzającą się okazję ucieczki. Jedzie w wagonie ze swym ojcem, jednym z kierowników warsztatów Tebensa. [...] Ojciec mówi drżącym głosem "Młody jesteś, synu, idź, jeśli Ci serce każe, przed tobą życie. Nie wiem, jaki będzie mój los, nie mogę zatrzymywać cię, nie mogę również doradzać". I odwraca szybko drgającą twarz. [...] Stłoczeni wraz ze mną towarzysze niedoli na moją prośbę unoszą mnie na ramionach. Ostrożnie wysuwam najpierw nogi, resztą korpusu wysuwając się przyciasnym okienkiem na brzuchu. Dłońmi kurczowo wczepiony okna zawisam jak długi na zewnątrz wagonu, rozpaczliwie szukając prawą nogą oparcia o barierę budki strażniczej. Wystarczy, by dowódca eskorty SS-man wyjrzał jak zwykle otwartemi drzwiami, a zastrzeli mnie, jak zabawkę zawieszoną dla celu. Noga moja trafia wreszcie na żelazo bariery. Teraz prawą ręką opieram się z całych sił o poprzeczną końcową ścianę wagonu, podciągam lewą część korpusu zawieszoną jeszcze na oknie i zeskakuję na schodki"80.

Z relacji pozostawionych przez ocalałych wynika, że z wagonów wyskakiwało stosunkowo wiele osób, niemożliwe jest jednak podanie jakichkolwiek dokładniejszych szacunków. Estera Waldman wspominała, że "niektórzy wywożeni do obozu zagłady próbowali ratować się skokiem z pędzącego pociągu. Tych ryzykantów było setki. Nie wszyscy mieli szczęście. Niektóre ze skaczących osób traciły życie pod kołami wagonów, niektóre traciły nogi, ręce, a bez pomocy medycznej traciły życie także ranne osoby. Hitlerowcy konwojujący strzelali do skaczących"81. Przy torach kolejowych na trasie pociągów znajdowano wiele trupów. Potwierdzają to także polskie świadectwa. Stanisław Opłotny, pracujący jako torowy, podejrzany o to, że w styczniu 1943 r. w okolicach Tłuszcza ujął i wydał Niemcom dwóch Żydów, którzy wyskoczyli z pociągu do Treblinki, zeznał w czasie przesłuchania, że widział przy torach wiele trupów żydowskich; ciała miały rany postrzałowe, często połamane ręce i nogi. "Transporty z Żydami do Treblinki szły przeważnie nocą, a więc trupy względnie rannych z transportu spotykałem rano, gdy wychodziłem do pracy"82.

Na innej rozprawie - przeciwko ukraińskiemu wachmanowi Mikołajowi Petriwowi, oskarżonemu o zamordowanie co najmniej kilkorga Żydów - jeden ze świadków, który pracował przy torach, zeznawał: "Pewnego dnia, zdaje mi się w 1943 r., na terenie mojego odcinka drogowego znaleziono zwłoki młodej kobiety żydowskiego pochodzenia w wieku około lat 20, zwłoki te leżały twarzą do ziemi, ubrana była w suknię bardzo w dobrym stanie, zaś płaszcz i buciki miała zniszczone, wyglądało na to, że została po zabiciu obrabowana. [...] Pewnego dnia doniesiono mi, że jakaś żydówka wyskoczyła z wagonu pociągu wiozącego żydów do Treblinki, miała złamaną nogę i nie mogła dalej uciekać. W tym czasie podszedł do niej osk[arżo]ny z drugim wachmanem i zastrzelił ją i kazał robotnikom zakopać do ziemi. Gdy byłem na miejscu, gdzie ww. była zakopana, znalazłem legitymację na imię Dory Wiszni wydaną przez gminę żydowską w Międzyrzecu"83.

Skok z pociągu był więc niebezpieczny z wielu powodów: do uciekających strzelano, istniało ryzyko odniesienia poważnych ran84, a także śmierci na skutek samego skoku lub postrzału. Wiele skoków musiało kończyć się tragicznie; w relacjach ocalałych znajdujemy jednak opowieści o tych zakończonych sukcesem. Z wagonu jadącego ze Lwowa do Bełżca wyskoczył malarz Jonasz Stern: "zabrano nas na dworzec kleparowski, rozebrali nas przy wagonach do naga, kobiety razem z mężczyznami i dziećmi, i po 150 osób wpakowano nas nago do wagonów. [...] Gdy pociąg ruszył, wyrwałem z okna deski i druty, i na dole też wyrwałem deski dla innych i wyskoczyłem z jadącego pociągu w odległości 5-6 km od Lwowa. [...] Nie miałem dokąd pójść, zraniłem się przy wyskakiwaniu, wróciłem więc do getta, a ze mną drugi człowiek nagi zupełnie. [...] Dzień był deszczowy, toteż mało ludzi spotkaliśmy po drodze"85.

Niektóre ucieczki z pociągu były brawurowe, jak ta Rafała Kirszenbojma z Siemiatycz, który wyskoczył, zabijając Niemca: "pół kilometra przed Małkinią wyskoczyłem z wagonu przez górne wąskie okienko. Żeby wyleźć przez to wąskie okienko, musiałem z siebie zdjąć zbędne ubranie. Zostałem w koszuli w 12-stopniowy mróz, skoczyłem w czasie jazdy pociągu. Na taki krok zdecydowało się kilkudziesięciu Żydów z innych wagonów, ale żandarmi od razu ich zastrzelili, gdyż na miękkim, białym śniegu stanowili dobry cel dla niemieckich kul. Ja sam ledwie uniknąłem śmierci, bo nie uciekałem przez pola, tylko uczepiłem się poły niemieckiego żandarma. Kiedy on upadł, zgubił automat, a ja błyskawicznie ten jego automat podniosłem i zastrzeliłem Niemca"86.

Śmierć w czasie ucieczki mogła także wydawać się lepsza od śmierci w komorze gazowej. Dziesięcioletnia Estera Borensztajn, wywieziona z matką i braćmi z Sobolewa (pow. Garwolin), po śmierci braciszka, który udusił się w wagonie, "prosiła mamusię, żebyśmy wyskoczyły, bo lepiej się zabić, niż dłużej się męczyć, tak to ani śmierć, ani życie"87. Wyskoczyły obie, ale autorka relacji nie odnalazła matki; musiała ratować się sama.

Skok z pociągu, podobnie jak inne formy ucieczki, oznaczał kontakty z Polakami, które mogły przynieść zagrożenie lub wybawienie. Roza Sendowska wyskoczyła koło Kałuszyna, upadła, straciła przytomność, a dalsze wydarzenia tak zapamiętała: "nad ranem znalazł mnie chłop leżącą na torze kolejowym. Zabrał mnie do swojej chałupy. Wiedział, że jestem Żydówką, i powiedział mi, że dłużej, niestety, nie mogę zostać u niego, ponieważ Niemcy ciągle robią obławy w poszukiwaniu Żydów i że może mnie odwieźć w jakieś miejsce. Miałam adres znajomych w Warszawie, którzy pomagali Żydom. Podałam mu adres, chłop umieścił mnie na furmance, nakrył słomą i przywiózł mnie do Warszawy"88. Ośmiu Żydów uciekinierów z warszawskiego transportu przyjął do siebie do domu w Jasienicy (gm. Klombów, pow. Radzymin) latem 1942 r. Józef Białek. "Poczęstował ich kolacją, przenocował, a następnie rano pojechał do Tłuszcza do żandarmów, których przywiózł do siebie do domu. Żydzi zostali na miejscu rozstrzelani i zakopani za stodołą"89. Bela Wołkowicz po wyskoczeniu z pociągu koło Karczewa natrafiła na złych i dobrych ludzi - najpierw złapał ją i obrabował volksdeutsch, a następnie przypadkowo spotkana kobieta nakarmiła i dała jej buty90. Icchak Feler z Tykocina wspominał w relacji: "Po kilku godzinach drzwi zostały otworzone. Pierwsza skoczyła kobieta ubrana w męską odzież. Widzieliśmy, że od razu została zabita. Po niej ja skoczyłem. Strzelanina była wielka. Kiedy pociąg przejechał dalej, podniosłem się i pomacałem siebie, czy nie jestem ranny. Z daleka szedł drugi z Tykocina, Lajzer Olsztajn. W ten sposób zebrało się 7 osób. Jeszcze nie odeszliśmy, a już biegli do nas chłopi z kłonicami w ręku. Szybko pobiegliśmy do pobliskiego lasku. Po godzinie była wielka obława w lesie, strzelanina. Jak się potem dowiedzieliśmy, wielu Żydów zostało złapanych. Nam udało się ukryć, maskując się gałęziami"91.

Relacje z Polakami szczegółowo opisała Irena Bolkowska, która wyskoczyła z pociągu tuż przed Treblinką. Namawiała do skoku swoją siostrę, ale ta "była tak złamana po śmierci męża, że nie chciała się ratować". Za Ireną z wagonu wyskoczył piętnastoletni chłopiec. Część relacji opisującą ich doświadczenia po skoku autorka zatytułowała: "Pierwsze kroki wśród chłopów polskich". Warto przytoczyć fragmenty, które wydają się charakterystyczne i przedstawiają różne postawy polskich wieśniaków: "Pierwszy chłop, którego spotkaliśmy, spojrzał na nas, powiedział tylko: "Bóg z Wami" i prędko nas minął. Poszliśmy skrajem lasu do pierwszej chałupy. Chciałam sprawdzić swój wygląd, więc weszłam sama do chaty i mówię swobodnie: "niech pan mi sprzeda trochę mleka". Chłop na to "nie mam mleka, dam pani kawy i niech pani stąd ucieka, bo pani znajduje się 1 1/2 kilometra od mordowni w Treblince". A więc sprawdziłam swój wygląd! Dał nam kawy i poradził, byśmy poszli do Kosowa Lackiego, gdzie jeszcze są Żydzi, szewcy i krawcy, którzy pracują dla Niemców. Poszliśmy. Chłopak ten wyglądał jak 45 żydów razem. Kręcone włosy i w ogóle. Po drodze znów spotkaliśmy chłopa, który nam powiedział, że tu kręcą się Ukraińcy i oni nas zabiją. Zaproponował, byśmy poszli do niego, a wieczorem on nas odwiezie na dworzec, skąd jest tylko 14[0] km do Warszawy. Poszliśmy do niego. Umyłam się, zjedliśmy chleb z kawą. Potem on pyta, czy mamy pieniądze. Chłopak nie miał nic, ale ja miałam pieniądze. Pytam się: "Ile?". "700 zł. Od osoby" - mówi. Tłumaczył mi, że on nie ma koni, musi wynająć furmankę, a to kosztuje. O 7-ej wieczór przyszedł ten z końmi, a o 10-tej podobno odchodził pociąg do Warszawy. Gdy on wszedł do izby, a był to młody 22-letni chłopak, serce mi zabiło, ale cóż miałam robić, nie miałam nic do stracenia. Zapłaciłam gospodarzowi za chleb i za kawę i pojechaliśmy. Po 4-ch kilometrach chłop stanął z wozem i powiedział: "Dosyć tej zabawy, parszywa Żydówko, dawaj, co masz". Obszukał mnie bardzo dokładnie. Niemcy umieli szukać, ale on to zrobił jeszcze lepiej. Miałam w pasku zaszyte pieniądze, zabrał je, miałam głowę owiniętą wełnianym swetrem, on i to zabrał, nawet lakierowany pasek mi ściągnął z sukni. Prosiłam z płaczem, by mi zwrócił choć 50 zł, bo nie mam na bilety. Dał mi w końcu 20 zł. Pokazał mi też drogę do dworca kolejowego i powiedział, że pociąg do Warszawy odchodzi o 6-tej rano. Poszliśmy na dworzec, tam przesiedziałam na ławce całą noc, choć to było bardzo niebezpieczne. Chłopak leżał z głową ukrytą na moich kolanach. Nie patrzałam, kto się kręci po dworcu, czy są Ukraińcy, czy są Niemcy. Nie miałam się gdzie skryć i było mi wszystko jedno. Dziwnym trafem nikt nas nie zaczepił. Nad ranem kupiłam bilety za 14,30 zł i pojechaliśmy do Warszawy"92.

Relacja Bolkowskiej zawiera kilka wariantów spotkania z polskimi chłopami - znajdujemy tu dobro i zło, bezinteresowną pomoc i chciwość, wsparcie, oszustwo i grabież. Takie doświadczenia stanowiły kluczowe elementy relacji wszystkich poszukujących pomocy Żydów z Polakami.

Wśród szukających ratunku byli także ci, którzy przeżyli masowe egzekucje i - dosłownie - wyszli z grobów93. Jednym z nich był Baruch Goldszer, który w swojej relacji opowiedział o egzekucji dokonywanej w lesie w Łomazach (pow. Biała Podlaska): "kazano nam rozebrać się do naga, położyć się dziesiątkami jeden obok drugiego. Wybrali młodszych i zdrowych, odprowadzili w pewne miejsce i kazali kopać doły. Ja także byłem wśród nich. Wykopaliśmy 3 doły: 8 metrów długie, 8 metrów szerokie, 3 metry głębokie. Wykopaliśmy te doły, położyliśmy na nie deski. Niemcy, Ukraińcy i Polacy pogonili do tych dołów po 20 ludzi. Najpierw kobiety wprowadzono na deski i zastrzelono. Z tych desek padały do dołów. Dzieci rzucały się do dołów żywcem przekłute bagnetami. Kiedy zakończyli z dziećmi i kobietami, wzięli się za mężczyzn. Żydzi musieli leżeć twarzą w dół, kto chciał podnieść głowę, otrzymywał porcję kijów. Ja sam leżałem koło dołów od ósmej rano do czwartej po południu. Za 5 minut winienem także być podprowadzony do dołu. Nie mogliśmy porozumieć się między sobą i zorganizować ucieczki. Ja, wiedząc, że i tak czeka mnie śmierć, zdecydowałem się uciec. Strzelano do mnie. Kule świszczały wokół mnie jak pszczoły. Byłem jedynym, który uciekł. Nagi uciekałem do międzyrzeckiego lasu. Tam tułałem się przez kilka dni. Jakiś chrześcijanin dał mi trochę bielizny"94. Podobnie - bezpośrednio spod niemieckich kul - w czasie egzekucji całej rodziny w Adampolu (pow. Włodawa) uciekła kilkuletnia Sonia Epelsztajn z bratem95. Dosłownie spod trupów wydostali się Chaim Wittelsohn96 i garbarz z Izbicy Hejnoch Nobel: "Nad ranem okrążyli nas Niemcy i Ukraińcy. Mieli nas definitywnie wykończyć. Ucieczka była niemożliwa, za każdym, kto próbował uciec, strzelali [...] kazano nam się rozebrać do bielizny. Zdążyłem zdjąć tylko marynarkę, gdy strzelili do mnie. Byli pijani i widocznie bardzo się spieszyli. Upadłem, a na mnie padały trupy. Po jakimś czasie odzyskałem przytomność. Był już spokój. Zrozumiałem, że mordercy odeszli, czułem ból w boku. Udało mi się wstać. Koło mnie same trupy. Uszedłem parę kroków i usłyszałem jęki. Jeszcze jeden ranny"97.

Spod trupów w Ponarach wydostała się Ita Straż, która w szczegółowej relacji opowiedziała, jak przywieziono ją z całą grupą samochodami na miejsce straceń: "zaczęto pojedynczo wyciągać ludzi z samochodu. Nie wyprowadzono wszystkich od razu, tylko po jednej osobie. Zdejmowali z maszyny, ściągali buty i odprowadzali na stronę. Zaraz potem słyszało się strzał. Ja ciągle odsuwałam się na sam koniec. Aby jeszcze trochę zyskać na czasie. Kiedy przyszła kolej na mnie, nie chciałam wyjść z maszyny. Wtedy policjant schwycił mnie za nogę i tak z wozu wyciągnął. Policjant był Litwinem. Kazał mi zdjąć buciki. O kilka kroków od miejsca zatrzymania się maszyny był duży rów. Zapełniony już był trupami. Postawili mnie nad tym rowem. Pamiętam, że w tej chwili pomyślałam sobie: "To już koniec! I co ja w życiu widziałam?". Tak pomyślałam, a miałam wtedy dziewiętnaście lat.

Musieli chyba strzelić. Ale ja tego strzału nie słyszałam. Pewnie ze strachu upadłam natychmiast w rów. A oni pewnie chybili. Zrozumiałam to zaraz po chwili, gdy uczułam, że żyję. Ale nie poruszałam się. Leżałam na trupach, sama nieruchoma jak trup. Ręce i nogi rozrzucone, oczy zamknięte. Czułam tylko, że ktoś na mnie upadł i uczułam, że cieknie po mnie coś ciepłego, co miało zapach krwi. Tego zapachu nigdy nie zapomnę i zapachu tych ciał. Policjanci wciąż strzelali. Potem usłyszałam, że nawołują, aby już na dziś zakończyć, bo się ściemnia. Zanim odeszli, strzelali jeszcze na tych, co leżeli w rowie. Wtedy dostałam strzał w rękę. Poczułam ból i ściekającą krew. Nie zdążyli zasypać rowu piaskiem, bo było coraz ciemniej. Zaczekałam jeszcze trochę, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Wtedy podniosłam się i poszłam wzdłuż rowu w przeciwnym kierunku niż tam, gdzie był wjazd dla maszyn. Spodziewałam się, że tam może być straż. Ażeby się z nią nie spotkać, szłam dnem rowu w przeciwnym kierunku. Byłam bosa. Szłam i szłam po trupach, a końca tego zdawało się nie być. Ręka ciążyła mi, jakby była z żelaza. Krew wciąż ciekła. Wreszcie doszłam do końca rowu. Wydrapałam się na powierzchnię.

Wtedy zobaczyłam jakąś postać, która ostrożnie się do mnie zbliżała. Zabici leżeli nieruchomo, tylko od czasu do czasu słyszałam jakiś jęk. To jęczeli ranni, których strzał nie trafił śmiertelnie. Ta, która się do mnie zbliżyła, to była dziewczynka, jakby w moim wieku. "Muszę pójść poszukać wśród trupów moich braci i siostry" - powiedziała mi i odeszła, spuszczając się znowu w rów. I tak rozstałyśmy się. Więcej już jej nie widziałam"98.

Jonasz Stern, który 10 dni wcześniej uciekł z pociągu do Bełżca, po powrocie do getta lwowskiego dostał się w tryby machiny eksterminacyjnej: "była likwidacja getta, w połowie czerwca we środę 1943 r. [...] zaprowadzili nas na Hyclową Górę i tam przyprowadzonych nago z obozu rozstrzeliwano, zginęło wtedy około 7 tys. ludzi, prawie że ostatni Żydzi lwowscy. [...] Mnie zaprowadzili do takiego jaru na rozstrzelanie, ale upadłem pod... przed strzałem i tam przeleżałem 10 godzin, podczas gdy przeze mnie przewalały się ciała rozstrzeliwanych. W nocy wydostałem się stamtąd. Było koszmarnie. Mnóstwo ludzi było niedobitych, rozlegał się jęk, szloch jak w bóżnicy. Roiło się od ciał jak w ulu. [...] Uciekłem."99.

Arie Klonicki, który przez kilka tygodni ukrywał się w zbożu we wsi Trybuchowce (pow. Buczacz), zanotował w pisanym na bieżąco dzienniku: "Słuchamy rozmów chłopów pracujących w pobliżu. Wczoraj, słyszymy, 20 Żydów zostało zabitych. Po ich pogrzebaniu niektórzy chrześcijanie pasący krowy nieopodal słyszeli [z grobu] głos dziecka, które wołało: "mamo, mamo, otwórz drzwi, duszę się!", na co kobiecy głos odpowiedział: "Uspokój się, synku, jestem śmiertelnie ranna i nie mogę nic zrobić""100.

Można też z innej perspektywy spojrzeć na Żydów przebywających na wsi w chwili, gdy rozpoczyna się ta "nocna" opowieść. Otóż po wysiedleniu na wsi znajdowało się kilka grup szukających schronienia Żydów. Pierwsza z nich to ci, którzy tu mieszkali cały czas, to byli tutej si Żydzi, urodzeni i wychowani na wsi, znający lokalne stosunki i topografię okolicy. Jak już wcześniej była o tym mowa, często tych niewielkich skupisk wiejskich w pierwszym etapie Zagłady nie przesiedlano do gett, ale do okresu wysiedleń pozostawały pod nadzorem niemieckim i administracyjnie należały do Judenratów w pobliskich większych miejscowościach. To dawało "wiejskim" Żydom pewną swobodę, możliwości legalnego czy półlegalnego poruszania się, wędrowania, zarabiania, utrzymywania kontaktów z polskimi sąsiadami.

Druga grupa to tacy, którzy znaleźli się na wsi w czasie okup a c j i i tu zastało ich wysiedlenie. Byli wśród nich przesiedleńcy pracujący na placówkach, najczęściej w majątkach, oraz inni pracujący na wsi - dorośli i dzieci, Żydzi z okolicy lub uciekinierzy z gett w miastach, którzy tu zarabiali na utrzymanie swoich rodzin i stąd często szmuglowali dla nich żywność. Jednym z takich dzieci, zatrudnianych najczęściej jako pastuszkowie, był Szmul Ismach z Tykocina, który pracował na wsi od żniw 1941 r. do zimy 1942. "Cała wioska wiedziała o mnie, ale to nie szkodziło, bo jeszcze wtedy wolno było Żydom żyć"101.

Placówki w majątkach (zarówno tych, które przejęli niemieccy zarządzający, jak i tych, w których pozostali polscy właściciele) zatrudniały Żydów do pomocy w polu, w tartaku bądź do innej pracy, której w dużych gospodarstwach nigdy nie brakowało. Josek Kopyto, kupiec z Sokołowa Podlaskiego, opowiedział w swojej relacji o takiej placówce urządzonej w majątku Repki (pow. Sokołów Podlaski). Jego właścicielka Wanda Dernałowicz oraz życzliwy administrator należącego także do niej folwarku Rogów Włodzimierz Grudzicki, chcąc pomóc Żydom, zatrudnili około 170 osób, pozwolili urządzić wspólne kuchnie i rozmaitymi sposobami starali się ulżyć ich doli. Udawało się to do 28 listopada 1942 r., kiedy Niemcy zarządzili likwidację wszystkich placówek w okolicznych majątkach102. Na placówce w majątku w Bziance koło Rymanowa znalazła się Fela Fischbein z rodziną. Właściciel majątku, dziedzic Grodzicki, zatrudniał w gospodarstwie kilkudziesięciu Żydów. Kobiety pracowały w polu, mężczyźni w tartaku103.

Trzecia grupa to ci Żydzi, którzy znaleźli się na wsi przypadk i e m po ucieczce z pobliskiego obozu pracy lub po skoku z pociągu, jak choćby cytowana wcześniej Irena Bolkowska czy Szymon Goldberg, który uciekł z Treblinki w czasie buntu w sierpniu 1943 r. i wspominał: "chłopi [...] pomagali Niemcom. Wioski za Treblinką: Wólka, Lipki, Kosów, można powiedzieć, że wszystkie wioski okoliczne. Jak tylko kogo złapali, prowadzili do Niemców. Jak tylko kto z pociągu wyskoczył, rozbierali, ograbiali i wydawali Niemcom. Może były wyjątki, ale b[ardzo] nieliczne. Jak dawano pieniądze na jedzenie, to też oszukiwali, dawali mniej. Pomagali Niemcom łapać Żydów. Sami też robili obławy po lasach, łapali Żydów i prowadzili do Niemców. Za to od Niemców nie dostawali nic, robili to przez antysemityzm. [...] W lesie zatrzymał mnie chłop polski, miałem nóż przy sobie, zajechałem go w rękę tym nożem, to mnie puścił i uciekłem dalej. O jakie 7 km od Treblinki gonił za mną gajowy z psem i strzelał, ale uciekłem"104.

Czwarta grupa to Żydzi, którzy znaleźli się tu z wyboru, w poszukiwaniu ratunku. Jednym z nich był ukrywający się z żoną, dzieckiem i siostrą Symcha Hampel. Wynajęli oni przy pomocy znajomego Polaka domek we wsi Pieńki (gm. Rozprza, pow. Piotrków Trybunalski), gdzie zamieszkali jako wysiedleńcy z Poznańskiego. Mieli dobre fałszywe papiery i nie byli podejrzewani o żydostwo. Sąsiedzi przyjęli ich życzliwie, pożyczyli sprzęty i meble, których jako wysiedleńcy ze zrozumiałych powodów nie mieli. Pierwsze dni na wsi dla Żydów z miasta nie były łatwe, stopniowo jednak poznali lokalne obyczaje i styl życia. Hampel wspominał: "Wiedziałem już, że jak ktoś wchodzi do mieszkania, to mówi "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", a odpowiedzieć mu należy "na wieki wieków amen". [...] Ubrałem się w strój chłopski. Składał się z pary bardzo po[d]niszczonych spodni robotniczych, które otrzymałem w podarunku od pana Sadowskiego. Marynarka do zapinania pod samą górę, jak noszą na wsi. Na nogi zaś wdziałem parę trepów drewnianych i na głowę podniszczoną cyklistówkę. Zapuściłem sobie wąsy, by zmienić trochę mój wygląd zewnętrzny. W takim stroju trudno było mnie poznać. Żona moja nosiła zgrzebną spódnicę, na którą zakładała zapaskę, i trepy na nogach"105. Uważany za ukrywającego się polskiego oficera, Hampel z czasem awansował na pracownika pobliskiego dworu w Jeżowie, co poprawiło warunki życia rodziny; wszyscy przeżyli wojnę.

Wyobrażenie o możliwościach przeżycia na wsi było jednak czasem zbyt wyidealizowane, jak w relacji rabina Icchoka Wolgelerntera z Działoszyc, który pisał: "Na wsi było się łatwiej uratować. Prosty chłop nie czuł do nas nienawiści - przeciwnie, zawsze chętnie kontaktował się z Żydem, wierzył mu w każdej sprawie. Jeżeli Żyd nie powierzył mu swego dobytku do pilnowania, nie było żadnej przyczyny, by go skrzywdzić lub zrobić mu coś złego. Chłopi współczuli nam w naszych cierpieniach i nieszczęściu. Okazywali to w ten sposób, że przyjmowali nas chlebem i wodą. Bali się wprawdzie przyjmować nas w domu, gdyż w każdej wsi zostały wywieszone obwieszczenia, że kto przyjmie Żyda do domu lub da mu kawałek chleba, odpowie życiem. Mimo to kiedy trochę uspokoiło się, pozwalali spać w stodołach, a kobiety i dzieci brali nawet do domów"106.

Losy przedstawionych tu czterech grup stają się wspólnym doświadczeniem Żydów poszukujących ratunku na wsi, doświadczeniem, któremu warto przyjrzeć się bliżej i przedstawić bardziej szczegółowo.

Każdego dnia byłem w innej wsi i każdej nocy spałem w innej stodole

Wędrowanie i błądzenie

Nieliczni spośród Żydów, którzy po wysiedleniu znaleźli się na wsi, od początku przebywali w zaplanowanych, umówionych kryjówkach, duża część, zapewne większość - przynajmniej przez jakiś czas - błądziła i wędrowała w poszukiwaniu schronienia. Dynamika działań: wędrowanie, błądzenie - znalezienie schronienia - ucieczka lub wygnanie - ponowna włóczęga, jest powtarzalnym, charakterystycznym rytmem wszystkich niemal opowieści o ukrywaniu się po stronie aryjskiej w miastach i miasteczkach, nie tylko na wsi. W książce interesuje mnie ten proces w odniesieniu do topografii i środowiska wiejskiego. Istotą poszukiwania ocalenia jest właśnie błądzenie, wędrowanie, tułaczka: znajdowanie przystani na krótszy lub dłuższy czas, a potem ponowna włóczęga. Proporcje między tułaczką a stacjonarnym pobytem w jakiejś kryjówce były tak różne, jak odmienne były losy wędrowców i charaktery ludzi, z którymi się zetknęli. Może zależało to od przypadku, a może od szczęścia - jedni tułali się miesiącami, nim znaleźli schronienie, inni wędrowali kilka dni i znajdowali chwilę spokoju. Do rzadkości należały jednak przypadki przebywania w jednej kryjówce przez lata (choć i takie się zdarzały) - kanwą wszystkich niemal opowieści o ukrywaniu się jest historia tułaczki, znajdowanie krótkotrwałego azylu - i ponowna wędrówka. "Ruszam znowu w drogę, ale nadal wszystkie drogi prowadzą do tej samej śmierci", zanotował jeden z wędrowców107. Większość dróg rzeczywiście prowadziła do śmierci, nieliczne - do ocalenia.

To egzystencjalne doświadczenie tułaczego losu jest doznaniem pustyni ludzkiej zarówno w sensie dosłownym - braku pomocy, obijania się o ludzi i powtarzalnej, ciągłej konieczności dalszych zabiegów, jak też doznaniem ludzkiej pustyni w sensie psychologicznym - bezskutecznego poszukiwania zrozumienia, ale i wiary w drugiego człowieka, która może zbawić duszę. To odtrącanie, odmowy, wyrzucanie, werbalne i niewerbalne komunikaty o strachu, zagrożeniu, niechęci i obojętności mogły skutkować nie tylko śmiercią fizyczną, lecz także psychiczną i duchową - utratą wiary, nadziei; rozpaczą. Pustynia ludzka to również doświadczenie wyrzucenia poza nawias człowieczeństwa, pozbawienie prawa przynależenia do gatunku ludzkiego i prawa do braterstwa. Pustynia ludzka w wymiarze topograficznym to doświadczenie bezdomności, w wymiarze psychologicznym - doświadczenie osamotnienia i rozczarowania ludźmi, a w wymiarze duchowym - doznanie najgłębszego cierpienia. Mina Morer, przed wojną właścicielka sklepu w Jaryczewie pod Lwowem, po ucieczce z getta szukała pomocy u przedwojennych znajomych: "zapukałam do kilku chat, ale nikt nie chciał wpuścić mnie pod dach. Jedni klęli mnie, inni mówili, że się boją"108. Uczucia osamotnienia i dezorientacji w obliczu konieczności wędrówki dającej szansę ratunku opisała Mala Połosecka, błąkająca się w okolicach Adamowa (pow. Łuków): "Ja, 15-letnie dziecko, która nigdy jeszcze samodzielnie po świecie nie chodziłam, zostaję raptem sama, stoję bez pomocy i ratunku. Wydaje mi się, że wszyscy stojący wokół chcą mnie połknąć. Muszę uciekać, ale dokąd? Gdzie jest dla mnie miejsce? Widzę, że moje młode życie jest przegrane, że męczę się zupełnie niepotrzebnie, jestem w sytuacji bez wyjścia, że jestem jak rozbite, rozhuśtane przez sztorm morze, które do brzegu nie dopłynie..."109. Dzięki własnej pomysłowości i wytrwałości oraz pomocy dobrych ludzi autorce udało się jednak "dopłynąć do brzegu" - przeżyła wojnę.

Krystyna Modrzewska, sama ukrywająca się na aryjskich papierach i pracująca jako urzędniczka gminna na wsi w okolicy Lublina, zapisała, że latem 1942 r., po wysiedleniu, "po okolicy włóczyły się bandy Żydów, zbiegłych z miast i miasteczek, gnanych trwogą i pragnieniem życia. Wynędzniałe, zgłodniałe bandy nachodziły nocą gospodarstwa wiejskie, rabowały chleb, mąkę, świnie i ubrania. Pojedyncze osoby - Żydzi, kobiety przeważnie, starcy i dzieci - zdobywały się na odwagę i nocą przychodziły żebrać do chat pod lasem. Obdarte cienie ludzkie przemykały się pod oknami, kołatały nieśmiało. Czasem dawano im talerz zupy lub pajdę chleba"110. Ci wędrowni Żydzi podobni są do nomadów, którzy cały dobytek, czy raczej jakieś nędzne jego pozostałości, noszą ze sobą. Jednocześnie ucieleśniają znany topos wędrówki - mityczny czy biblijny, zakorzeniony zarówno w żydowskim wyjściu z Egiptu, jak i chrześcijańskiej ucieczce do Egiptu. Stanowią odzwierciedlenie oswojonej i obecnej w wielu kulturach figury tułacza, koczownika, włóczęgi, a w kulturze chłopskiej - wędrownego dziada. Tym razem jednak ów włóczęga jest nośnikiem śmiertelnego zagrożenia, jest zarażony wirusem śmierci - i w tym sensie jego peregrynacja jest czymś nowym.

Gospodarzami terenu, po którym krążyli szukający ratunku Żydzi, byli Polacy, a przestrzeni, w której to wszystko się odbywało - Niemcy. To Niemcy ustalili reguły gry obowiązujące w tym czasie w Polsce, to oni zdecydowali, jakimi ruchami poruszają się poszczególne pionki na planszy. To z ich woli Żydzi znaleźli się w labiryncie pełnym dróg, z których "wszystkie prowadziły do tej samej śmierci", a Polacy - na zewnątrz tego labiryntu. Żydzi błądzili więc w labiryncie, z którego wielu nie znajdowało wyjścia. Z labiryntu nie ma ucieczki, brakuje wskazówek, jak się po nim poruszać i w którą stronę się udać; krąży się po jego ścieżkach, często kręcąc się w kółko, w tę i z powrotem, po własnych śladach, gdyż żadne wcześniejsze doświadczenia życiowe nie mogły przygotować człowieka do tej tułaczki. Maks Gradus, nastoletni uciekinier z getta warszawskiego, w spisanych po wojnie wspomnieniach opowiedział o takiej wędrówce: "Przechodziłem przez wioski i miasteczka, napotykałem rozmaitych ludzi, jedni przyjmowali mnie dobrze, jedni ganiali mnie kijem albo puszczali za mną psy. Przygody mojej podróży były rozmaite i nieraz byłem nastawiony na niebezpieczeństwo"111. Warto przyjrzeć się bliżej, co kryje się za "rozmaitymi przygodami podróży" - wędrówki w pragnieniu ocalenia życia.

Jak wyglądała praktyka wędrowania? Oddajmy głos ocalałym. Brandla Fajn napisała krótko o ukrywaniu się we wsiach Chotcza Górna i Gniazdków (okolice Puław): "ukrywaliśmy się po stodołach, po krzakach, gdy chłopi nas znajdywali w stodołach, musieliśmy odchodzić. W lecie ukrywaliśmy się w sitowiach i w zbożu. Od czasu do czasu znajoma wieśniaczka kupowała nam chleb, lecz że ludność okoliczna była wrogo do Żydów usposobiona, więc musieliśmy bardzo uważać i nieraz przez kilka dni nie mieliśmy co jeść. Pragnienie gasiliśmy nieraz wodą z kałuży"112. Amalia i Jakub Besterowie przeżyli, wędrując po wsiach w okolicach Krakowa:

"Chowaliśmy się na strychach, stajniach, stodołach, latem w polu, w niezamieszkałych domach i ruderach. Nie zawsze robiliśmy to za wiedzą chłopów. Często przechodziły dni, a gospodarze nie wiedzieli o naszym pobycie. Źle było z żywnością. Trochę prosiliśmy u chłopów, czasem kupowaliśmy, jeśli było za co, czasem kradliśmy u jednych, by sprzedać drugim. Słowem, stałego miejsca zamieszkania na długo nie mieliśmy już do końca"113. Ukrywający się z siostrą w okolicach Łowicza Abraham Zand wspominał: "nigdy nie mieliśmy planu, dokąd iść. Nie wiedzieliśmy nigdy, co dalej robić. Często chowaliśmy się w stodole, której gospodarz już nie używał. Po większej części błąkaliśmy się po lasach i stodołach"114.

Poszukiwanie ratunku wymagało ogromnej determinacji, wytrwałości, intuicji i bezustannej czujności - gotowości do reakcji na każde potencjalne zagrożenie. Estera Cudzynowska ukrywająca się w okolicach Działoszyc (pow. Pińczów) tak to zapamiętała: "ja wraz z innymi rozbitkami ukrywałam się po norach, lochach i jamach. Żyliśmy jak krety, podkopując się coraz głębiej w ziemię, ażeby uniknąć strasznego losu, który spotkał naszych bliskich. [...] Pozostałam zupełnie sama bez środków do życia i jakichkolwiek możliwości. Unikałam ludzi. Bałam ich się panicznie. Wychodziłam z kryjówki nocą tylko jak sowa [...]. Na skutek takiego trybu życia intuicja rozwinęła się u mnie do tego stopnia, że wyczuwałam niebezpieczeństwo na odległość. Węch zaostrzył się jak u dzikiego zwierza. Zmieniałam bardzo często miejsce pobytu, gdyż często dzieci bawiące się natrafiały na mój ślad. [...] Wyrywałam soczystą trawę i jadłam ją. Pragnienie gasiłam, wysysając sok z korzonków. Czasem ktoś litował się nade mną i rzucał kęs chleba jak psu. To była dla mnie uczta nie lada"115.

Doświadczeniu tułaczki towarzyszyły rozmaite uczucia - nadzieja i rozpacz, rezygnacja i upadanie na duchu, mobilizacja, chroniczne wyczerpanie oraz ogromne fizyczne zmęczenie. Majer Szulim Lewinsohn zanotował: "Rano wyszliśmy z tego lasu. Szliśmy przez pola, leżeliśmy w zimnie, pod deszczem, nie mieliśmy czym się okryć i jak ochronić przed nocnym zimnem. [...] Życie nam już zbrzydło, cierpienia wniknęły nam w kości, byliśmy zrezygnowani. Postanowiliśmy powrócić do lasu i poddać się losowi. Powiedzieliśmy sobie, niech się stanie, co ma być"116.

Trajektorię wędrówki wyznaczały czasem punkty orientacyjne - znajomi Polacy, oswojone miejsca, inni ukrywający się Żydzi. Bywały nimi także rzeczy ukryte po ludziach, które starano się odebrać, by mieć za co żyć. Wędrowcy błąkali się pojedynczo lub w grupach; czasem były to samotne matki usiłujące ratować własne dzieci. Helena Aussenberg z córeczką urodzoną w 1941 r. tułała się w okolicach Radomyśla Wielkiego: "ja z dzieckiem ukrywałam się po stajniach. Powoli dowiedzieli się o nas okoliczni chłopi, baliśmy się siedzieć we wsi i w dzień ukrywaliśmy się w pobliskim lasku, a w nocy kryliśmy się w szopach. Męczyłam się nieludzko z dzieckiem, było coraz chłodniej, padał deszcz i śnieg, dziecko miało spuchnięte rączki z zimna i grzało je sobie przy ognisku. Ktoś doniósł, że w lesie ukrywają się Żydzi i miała być obława. Postanowiliśmy wrócić do Dulczy Małej. Szliśmy przez las. Bałam się o dziecko, łzy ściekały mi z oczu, a dziecko wycierało mi łzy rączką. Było takie mądre, że rozumiało, że je uciszałam, że nie wolno płakać, bo idą obcy"117. Córeczka zginęła, autorka relacji przeżyła, ukrywając się po stodołach, a później w lesie, pod opieką partyzantów. Z kilkumiesięcznym dzieckiem błąkała się także Róża Reiner, która w relacji wspominała: "przenocowałam pierwszą noc w kamieniołomach, inne noce spędziłam w polu, na ziemi, tuląc do siebie zziębnięte dziecko. Dziecko było już odłączone od piersi, od 2 tygodni nie miałam mu nic dać ciepłego. Nazajutrz zobaczyli mnie ludzie, zlitowali się nade mną i przynieśli trochę mleka i chleba. [...] Ludzie się bali. Czasem ktoś rzucił tylko kawałek chleba, nie zatrzymując się. Raz tylko pewna kobieta przyniosła mi dwa twarde jajka. [...] Poszłam z nim [z dzieckiem] do lasku i razem z nim bezradna płakałam. [...] Czasami pod wieczór zakradałam się do znajomych domów, by przeprać pieluszki [...]. Zaszłam wreszcie do wsi Dale gmina Racławice (w miechowskim) i tam zamieszkałam u pewnej staruszki, która bała się mieszkać sama i przyjęła mnie. Nie miałam jednak z czego żyć, chodziłam po dworach, gdzie dostawałam żywność i gdzie mi dano odzież dla dziecka, a na noc wracałam do owej kobiety". Po trzech miesiącach musiała stamtąd odejść i dalej: "całymi tygodniami wędrowałam, nie mogąc zagrzać nigdzie miejsca"118.

Podobnie z maleńką córeczką (urodzoną także w 1941 r.) błąkała się Regina Kempińska, uciekinierka z getta w Zakliczynie (pow. Tarnów). Wydostała się z niego przy pomocy znajomego chłopa, Wincentego Tuczni, w przeddzień likwidacji 14 września 1942 r. Pochodziła ze wsi Wojakowa w powiecie brzeskim i w tamtych okolicach szukała schronienia. Z jej niedokończonej relacji wyłania się obraz niemal archetypicznej wędrówki-tułaczki. "Poszłam dalej. Dokuczał mi głód i pragnienie. Nie mogłam opanować pragnienia i już nie panowałam nad sobą. Weszłam do pierwszej chaty, prosząc o wodę. Dali mi pić, nie domyślali się niczego i pokazali mi drogę. Już zapadła noc. Nie pamiętam w życiu tak zimnej nocy. Szłam po omacku jakieś 300 metrów i zobaczyłam z daleka ogienek papierosa. Poszłam w kierunku tego ognika. Na drodze stał chłop. Prosiłam go, żeby mi pokazał drogę do domu Marysi Tuczni (siostry Wincentego). Odprowadził mnie tam. Marysia [...] ukryła mnie w szopie. Nazajutrz [...] Marysia cichaczem, w tajemnicy przed ojcem poszła ze mną [do wsi Drużków Pusty - B.E.]. [...] Pożegnałam się z Marysią na rozstajnych drogach i poszłam sama do domu sołtysa. Świtało. Otworzyła mi żona, on jeszcze spał. Obudziła męża i ten wyprowadził mnie od razu do stodoły, zrobił mi posłanie, przyniósł poduszkę i swoją pierzynę, nakarmił mnie i dziecko. [...] Wieczorem poszłam dalej, do byłej koleżanki szkolnej Doroty Brzek, która [...] dość niechętnie mnie przyjęła, bała się sąsiadów. Przetrzymała mnie dwa dni i znów mnie czekała tułaczka. Dokąd iść?". Regina udała się do Puchników, gdzie ukrywał się jej ojciec. "U Puchników byłam tydzień, nie mogli mnie dłużej trzymać ze względu na dzieci, które nie umiały trzymać języka za zębami. Dziecko wciąż chorowało. Zabrałam dziecko i poszłam z powrotem do Brzeków. Zobaczyli mnie z daleka, weszli do chaty i na moje pukanie nikt nie odpowiedział, weszłam do stodoły i zostałam tam przez noc. Nazajutrz wszedł do stodoły stary Brzek i kazał mi się natychmiast wynosić. Uklękłam przed nim, błagając go, by mi pozwolił zostać chociaż do wieczora, bo w dzień wszyscy mnie zobaczą i odprowadzą na gestapo. [...] O zmroku poszłam przed siebie. Przypomniałam sobie znajomą praczkę, której nieraz dawniej pomagałam. Zapukałam, nikt nie odpowiedział, zakradłam się do stodoły. Rano wygnał mnie stamtąd syn praczki. Nie miałam gdzie pójść. Poszłam w pole. [...] Przesiedziałam tak do nocy. Cały dzień myślałam, dokąd pójść. Przypomniałam sobie chłopa Andrzeja Figla, który był nam zawsze bardzo przychylny. 3 dni mnie tam trzymali i znów byłam bezdomna. [...] Byłam już tak załamana, że [...] gotowa byłam oddać się sama w ręce Niemców". Znalazła jednak schronienie na tydzień u sołtysa, dziecko miało zostać oddane za wynagrodzeniem do sąsiadów Zelków, ale ci po kilku dniach zrezygnowali i oddali Reginie córeczkę. "Poszłam znowu przed siebie. Przez kilka dni wałęsałam się po okolicy, wygrzebywałam skórki od chleba i tym się żywiłam. Skórek też potem zabrakło i dziecko się rozchorowało. Zaziębiło się wskutek chłodów, buzia pokryła się strupami, napuchły oczka. Wiedziałam, że jeśli nie znajdę dachu nad głową, stracę dziecko. Wiedziałam, że gdzieś w okolicy mieszka nasza była służąca Rózia. Przyszłam do niej późną nocą. Wpuściła mnie do domu. Była bardzo biedna, w domu nie było chleba, zjadłam trochę kartofli, szczęśliwa, że jestem pod dachem [...]. Rózia lamentowała, że boi się nas trzymać, jeść nie było co. [...] Uciekłam do chłopa Bila, u którego ukrywali się ojciec i brat. Wlazłam do stajni, ale Bil zaprowadził mnie do mieszkania i oświadczył, że na razie mogę u niego pozostać. [...] Od Bila poszłam do Katarzyny Kondrasowej. Mieszkałam z dzieckiem w stajni. Leżałam na przegniłej ściółce, szczury biegały koło mnie, ale nie było rady. Tam ja i dziecko zachorowałyśmy na świerzb. [...] Tak żyłam dwa miesiące, wlokąc się od chaty do chaty. Więcej jak kilka dni nigdzie nie zagrzałam miejsca. [...] Byłam u kresu sił. Musiałam wypocząć, usiadłam na śniegu i odmroziłam nogę [...]. Janikowa przyjęła mnie z otwartymi rękami, cieszyła się, że żyję. Ale nędza była u niej nie do opisania. Głód. W Boże Narodzenie nie było u niej ani kawałka chleba. Dzieci oberwane [...]. Wszystko gnieździło się w jednej izbie: bratowa z dziećmi, Janikowa z rodziną, cielątko w kącie, a teraz ja z moją małą. Przez dziury w źle zatkanych ścianach wiało. Takiej nędzy nie widziałam nigdy w życiu. [...] Jadłam dziennie 3 kartofle. Nie mogłam sypiać po nocy z głodu [...]. Zabrałam dziecko i poszłam do Mleczków. Przyjęli mnie jak gościa z uśmiechem, choć była to godzina 3-cia w nocy. Mleczko urządził mi posłanie w piwnicy na rusztowaniu z drzewa. Wyścielił półkoszyk słomą, chustkami, dali nam jeść do syta, zdawało mi się, że jestem w raju". Po tygodniu sąsiedzi dowiedzieli się o jej obecności, uciekła do Janikowej, tam spotkała chłopa Józefa Bieniecha, który ją obrabował i chciał zaprowadzić na posterunek - uciekła z dzieckiem do lasu. Spotykała też wielu dobrych ludzi, na przykład Pająków, w których sieczkarni ukryła się pewnego wieczoru bez ich wiedzy. "Rano przyszła żona Pająka z koszem sieczki, zdumiona natknęła się na mnie, ale nie odmówiła pomocy. Dziecko wsadziła do kosza i cichaczem wyprowadziła mnie do stajenki. Umieściła dziecko w żłobku na sianie, mnie zrobiła posłanie ze słomy". Ten ewangeliczny motyw w relacji łączy się z rzadką chwilą wytchnienia i doświadczeniem ludzkiej dobroci: "Pająkowie mieli sześcioro dzieci i nie przelewało się u nich, ale dzielili się ze mną wszystkim i zawsze się znalazł kubek mleka dla mojej małej. Tu wykluły się jej dwa ząbki. Miała już 15 miesięcy, czułam się bardzo szczęśliwa. Byłam tylko tydzień u Pająków, nie można było dłużej, bo ich dom stał przy drodze"119. Regina z dzieckiem nadal krążyła po okolicy, pomieszkując u ludzi, w lesie, w opuszczonych zabudowaniach, szopach; przeżyła zdrady i obławy, ukrywając się w cierniach, wykrotach i norach lub stojąc po szyję w wodzie. Nie wiemy, jak ostatecznie przeżyła, gdyż jej relacja jest niedokończona120.

Ta bogata w szczegóły relacja jest modelowym przedstawieniem tułaczki, błądzenia w poszukiwaniu ratunku. Regina jest samotna, opuszczona, wyczerpana, a jednocześnie całkowicie zależna od innych ludzi - od Polaków oferujących jej pomoc lub niosących zagrożenie bądź zgubę. Istotą wędrówki jest także ta dynamika - osobności, dystansu wobec ludzi i świata z jednej strony, z drugiej zaś zależności, przede wszystkim od ludzkiego serca bliźniego lub jego braku. Ta ambiwalencja osobności i zależności jest charakterystyczną cechą figury Żyda tułacza w czasie okupacji - zakażonego wirusem śmierci i rozsiewającego wokół siebie śmierć.

W tradycyjnym toposie wędrówki podróż służy zdobyciu doświadczenia, nauce i osiągnięciu dojrzałości przez bohatera, ma jakiś - często dla niego samego nieczytelny - sens. Wędrówka bywała sposobem poznawania i oswajania świata oraz kształtowania osobowości lub choćby - jak pisze Claudio Magris - po prostu odwlekaniem śmierci121. Podróż wiązała się ze zdobywaniem nowych doświadczeń, poszukiwaniem szczęścia, lepszego bytu, czasem również z jakimś posłannictwem, pokutą lub misją. Trudno mi jednak doszukać się w tej dwudziestowiecznej żydowskiej tułaczce i egzystencjalnym doświadczeniu ludzkiej pustyni na ziemiach polskich jakiegoś sensownego motywu. Można sobie wyobrazić Żydów, jak idą, poniżeni, brną przez labirynt upokorzenia, posuwają się, człapią noga za nogą, bezradni, drepczą, wloką się, całkowicie wyczerpani i udręczeni. Posuwają się, lezą, czołgają, przemykając cichcem, starając się nie pozostawić za sobą śladów. Nie ma w nich nic z pełnej godności kondycji homo viator, który - jak chciał św. Augustyn - poszukuje prawdy o świecie i sobie samym; istotą ich egzystencji jest raczej marność i strach. Ci znużeni wygnańcy z naszego świata mogą nas obdarować wiedzą niechcianą, wiedzą o nicości, mogą nauczyć, czym jest zło i stać się świadkami tego, że - jak pisał Primo Levi - "cierpienie jest jedyną siłą, którą można utworzyć z niczego, bez kosztów i bez trudu"122. Ich tułaczka nie daje szansy poznania samego siebie - umożliwia natomiast zdobycie takiej wiedzy o drugim człowieku, której lepiej byłoby nie mieć. Ta wiedza może prowadzić do całkowitej utraty wiary w ludzkość - ufność pokładaną w człowieku zamienić w szyderstwo z niej. W tej wędrówce nie ma tradycyjnego powrotu do domu, nie można stawić czoła zamętowi i uporządkować swojego świata - jest tylko droga, na której "sen i wicher i zaklętej burzy rozgruch", a nad nią "ciąży złej wieczności nawał"123, droga ku nieskończoności, ku śmierci nie tylko fizycznej, ale także psychicznej czy duchowej. Ukrywającym się towarzyszyła świadomość śmierci czającej się w pobliżu, co zanotowała m.in. Irena Monis w swoim dzienniku: "Staram się przyzwyczaić do myśli o śmierci i nieraz zdaje mi się, że jestem już zupełnie gotowa i drwię sobie nawet w duchu z tych, którzy tak kurczowo chwytają się życia. [...] Poza świadomością moją tkwi we mnie coś, co mi mówi, że i kule dosięgną nas i zbawienie nie przyjdzie"124. To doświadczanie własnej skończoności, trwające miesiące i lata, mogło być również przeżyciem psychicznej agonii, która nie musi jednocześnie oznaczać śmierci biologicznej.

"W tych strasznych bezczasach" po wsiach błąkały się także samotne, osierocone dzieci. Niektóre z nich przeżyły i złożyły po wojnie relacje, na przykład szesnastoletni Józef Malczyk opowiedział krótko: "Każdego dnia byłem w innej wsi i każdej nocy spałem w innej stodole"125. Abram Sztybel, który jeszcze przed wysiedleniem pracował jako pomocnik w gospodarstwie u chłopa w rodzinnej wsi - Komarowie w powiecie zamojskim, wspomniał w bardziej szczegółowej relacji, że został zwolniony w grudniu 1942 r., po zgładzeniu okolicznych Żydów: "Było mi źle, nie wiedziałem, dokąd mam iść, z kim się poradzić i co zrobić. Myślałem, co będzie, to będzie. Poszedłem nie w kierunku miasteczka, tylko polem i dalej przed siebie - nie drogami, tylko polami i polanami. Ściemniło się i ja wciąż chodzę sam". Następnego dnia Abram spotkał grupę dzieci żydowskich, podobnie jak on zwolnionych z pracy u chłopów. Zaczęli wędrować razem - dziesięciu chłopców i dwie dziewczynki w wieku 8-17 lat: "Było mi już trochę weselej i lżej na sercu. [...] Mówiliśmy, że kotom i psom lepiej jest od nas. Kot ma swój piec, pies swoją budę, a nas gonią jak zająców z jednego miejsca na drugie. [...] Każdy był smutny, płakaliśmy. Mnie było bardzo źle, bo nie wiedziałem nic o matce, czy ona została już złapana, czy jeszcze się gdzieś ukrywa. Spaliśmy w liściach w lesie. Ja się dobrze zżyłem z jednym chłopcem Joskiem [Josłem], którego jeszcze znałem z tej naszej wioski, niedaleko mnie też pasał krowy. Ja się trzymałem razem z nim, spaliśmy razem, chodziliśmy razem". Dzieci w małych grupach chodziły na żebry, przeważnie wieczorami, za dnia ukrywając się w stodołach lub w lesie: "z początku myśmy jeszcze nie wiedzieli, gdzie mieszka dobry chłop, a gdzie niedobry. Najgorzej było w tych domach, gdzie były dzieci, przezywały nas - won, parszywy Żydzie, zaraz pójdziemy do Niemców, rzucały kamieniami i goniły nas - tam myśmy już więcej nie chodzili. Staraliśmy się chodzić tylko po tych domach, gdzie byli starsi ludzie, gdzie nas nie wyrzucono. W niektórych domach współczuli z nami, dali nam kolację, ciepłą zupę, chleba i kazali prędzej zjeść i odejść stąd. Pytali, gdzie my jesteśmy, gdzie my śpimy, ale myśmy nigdzie nie powiedzieli dokładnie, tylko zawsze, że śpimy w lasach". Po dramatycznym rozstaniu z Joskiem, który go zostawił, gdy spotkał innego, bardziej nadającego się na partnera do wędrówki kolegę ("ten chłopak był starszy od nas, był jasny, miał jasne oczy i jasne włosy, wyglądał nie jak Żyd i dobrze rozmawiał po ukraińsku"), Abram, który miał bardzo semicki wygląd i kiepsko mówił po polsku, został sam: "Zrobiło mi się smutno. Kręciłem się sam jeden. Nadal chodziłem na żebry i spałem w różnych stodołach, gdzie popadło. Zrobiło się coraz gorzej, nie chcieli pomóc, byłem brudny, zawszony, głodny i bez nadziei sam jeden tułałem się po lasach i polach"126.

Po likwidacji getta w Legionowie pod Warszawą piątka dzieci tułała się razem po okolicy. Niektórzy im pomagali, inni dokuczali lub ograbiali. Zimę dzieci spędziły u życzliwego starszego człowieka, który na wiosnę zmarł. Dzieci wspominały: "I znów zaczęła się nasza tragedia. Nocowaliśmy po śmietnikach, ubikacjach, a nawet raz, gdyśmy nie mieli gdzie nocować, wkradliśmy się do budy psa. Czołgaliśmy się na brzuchu.

Brat Bronki, choć miał odmrożone nogi, to jednak nie narzekał nigdy, nawet dodawał sobie otuchy. Raz nawet, a było to w zimie, Ewa chcąc się skryć przed Polakami, którzy czyhali na jej życie, schowała się do pustej studni w samym sweterku i spódniczce [...]. Ale najgorszy obraz przedstawiało to, gdy jeden chłopak przyniósł Bronce skrwawione włosy matki z odpryskami mózgu. Wtedy Bronka straciła chęć do życia. Uważała, że teraz życie nie posiada dla niej żadnej wartości. Ale my wytłumaczyliśmy jej, że musi żyć dla swojego brata"127.

Motyw jak z bajki o Jasiu i Małgosi pojawia się w relacji cytowanej już Noemi Centnerschwer, która za namową ojca w czasie likwidacji getta w Śniadowie uciekła z siostrą z furmanki wiozącej Żydów na stację kolejową. Tak relacjonowała swoje dalsze losy po kilkutygodniowej wędrówce: "siostra ulokowała mnie u jednego chłopa, była parę dni ze mną, a potem poszła do wujostwa [w lesie] i mnie samą zostawiła. Po dwóch tygodniach powiedział mi gospodarz, że znaleźli wujostwo w lesie i ich zabili. Siostry już więcej nie widziałam". Gospodarz bał się ukrywać żydowskie dziecko, więc "zaprowadził mnie do lasu i zaczął uciekać, goniłam za nim i dobiegłam do domu, pozwolili mi przenocować. Następnego dnia rano powiedzieli, że mnie do Żydów odprowadzą, bo nie mogą i nie chcą mnie dłużej u siebie trzymać. Znowu wyprowadził mnie daleko do lasu i zaczął uciekać tak bardzo, bym już nie mogła go dogonić. Zostałam sama, płakałam, krzyczałam, lecz nikt się nie odezwał. Byłam sama. Było już po zachodzie słońca, zaczęłam błądzić i szukać jakiejś chatki. W tej, do której doszłam, i w następnych nie pozwolili mi pozostać, bo poznali, że jestem Żydówką. W następnej wiosce przygarnęli mnie i do pracy przyjęli. Po kilku dniach znowu musiałam odejść"128. Jej historia, podobnie jak bohaterów bajki, skończyła się szczęśliwie - Noemi przeżyła wojnę. Wiele innych dzieci jednak zginęło i zachowały się o nich jedynie pośrednie wspomnienia w relacjach świadków. Noemi Szac-Wajnkranc, przebywając na aryjskich papierach w podwarszawskiej wsi, zanotowała: "W okolicach Sławka, po pobliskich wioskach, włóczy się dwoje żydowskich dzieci z Jadowa. Rodziców, rodzeństwo, rodzinę zamordowano w getcie. Czternastoletniej dziewczynce wraz z ośmioletnim braciszkiem udało się skryć, a potem uciec do lasu. Łaziły biedactwa odziane w szmaty, po lasach, po polach i łąkach, kołatały nieśmiało do drzwi chat, prosząc gospodarzy co łaska, omijały szosy i drogi. Szły, nie wiedząc, kiedy i od kogo spotka je śmierć. Tu poszczuto je psami, tam obito, ale przecież litościwa ręka podała im kromkę chleba, ugoszczono ciepłą zupą, pozwolono przeprać szmaty. Nikt jednak nie zgadzał się dzieciom użyczyć noclegu, wpuścić do domu - tego bano się". Pewnego dnia dzieci zapukały do domu, w którym przebywała Noemi. Służąca Frania natychmiast się nimi zajęła, "nagrzała im zupy, nakroiła grube pajdy chleba i nastawiła wodę do mycia. Dzieci usiadły w kącie, jak małe zagonione zwierzątka, łapczywie pożerały kaszę ze swych miseczek, nieufnie spoglądając dookoła. - Jedzta, jedzta - zachęcała Frania - jest jeszcze z pół gara dla was. [...] Po posiłku dziewczynka w misce Franiowej szorowała siebie i braciszka, a potem, gdy przeprała łaszki, chłopczyk wymyty i wystrzyżony stał przy piecu, grzejąc się i patrzył w ogień. [...] Nie, nie doczekał mały chłopczyk szczęśliwej wolności. Dwa miesiące potem policjanci polscy złapali nieszczęśliwe dzieci na wsi i powieźli na żandarmerię, gdzie je zamordowano"129.

Podobny los spotkał dwójkę dzieci, które tułały się w okolicach Mińska Mazowieckiego: "W Cisiu tułało się dwoje żydowskich dzieci - braciszek z siostrzyczką z Falenicy koło Otwocka. Jeden chrześcijanin z Aleksandrówki, Waleszek, zimą 1943 doniósł o nich polskiej policji w Dębem Wielkim. Polscy policjanci przybyli do Cisia, złapali dzieci, zawieźli do Dębego Wielkiego i zastrzelili"130. Fela Fischbein opisała w swoim okupacyjnym dzienniku śmierć dwojga dzieci z Korczyny - rodzeństwa Joska i Heny. Utrzymywała ich cała wieś, wszyscy o nich wiedzieli. Ale w październiku 1943 r. dzieci zostały wydane: "złapano ich we wsi, gdzie dotychczas byli, i związanych odwieźli na policję, tam z Brzozowa przyjechał jeden kat i zastrzelił ich". We wsi szeroko komentowano to wydarzenie, wszyscy wiedzieli, że dzieci zdradził leśniczy Kleiner i "dostał za to jeden metr żyta"; jego postępek spotkał się z powszechnym potępieniem. Szwagierka Feli Ewa opowiadała, że "gospodyni jej przeklinała go "żeby się udusił tym"". Dla ukrywającej się Żydówki śmierć tych dwojga dzieci była bardzo trudnym przeżyciem. 29 listopada 1943 r. zanotowała w dzienniku: "Jak tego rodzeństwa zastrzelili, tego braciszka ze siostrzyczką, to płakałam, kto wie, może nikt poza mną nie opłakiwał ich, żal mnie było tych dzieci, tak się namęczyły. 13 miesięcy przetrwali, a w końcu śmierć"131.

Inna Żydówka, Rózia Wagnerowa ze Lwowa, ukrywająca się na przedmieściu, zapisała w swoim dzienniku 23 czerwca 1943 r.: "Przez okna naszego mieszkania zauważyłyśmy jakieś dziecko, może 3-letnie, włóczące się od kilku godzin po gościńcu. Było to żydowskie dziecko, nie wiadomo, czy opuszczone przez rodziców, którzy może wpadli w międzyczasie w ręce policji, czy też wyrzucone z aryjskiego domu. Zapadł wieczór i naturalnie nikt nie odważył się wpuścić dziecka do mieszkania chociażby na jedną noc. A my także Żydówki, winne tej samej zbrodni co to niewinne dziecko, ułożyłyśmy się do snu jak ludzie, a nie jak tropione zwierzę. Ale tragiczny obraz wstrząsnął mną do głębi i spędził sen z moich powiek przez większą część nocy. Kiedy nad ranem udało mi się zdrzemnąć, nawiedził mnie straszny, lecz jakże wymowny dla mnie sen. Przeżywałam akcję w ghetcie, ostatnią akcję likwidacyjną. Ja byłam bezpieczna, lecz cała moja Rodzina padła ofiarą akcji. Nie zabrano ich jednak od razu, lecz pozwolono wrócić do domu. Opowiedzieli mi, że każdy z nich dostał strzał w serce, lecz śmierć nastąpi dopiero po kilku dniach. Oniemiałam z przerażenia. Widziałam ich przecież wszystkich żywych przed sobą i nie mogłam uwierzyć w historię o kulach w ich sercach. "Może się tylko Wam wydaje, może to halucynacja", szeptałam omdlałym głosem. "Lecz nie, to rzeczywistość" - twierdzili. - Mamusia leżała w łóżku, wszyscy usiedli dookoła, a ja stanęłam z boku i ze łzami błagałam o przebaczenie mi, że pozostaję przy życiu. Lecz nikt mi nie odpowiedział, tylko siostry spojrzały po sobie. Wyczytałam w tym spojrzeniu wyrzut zamiast przebaczenia. Wybuchnęłam spazmatycznym płaczem i obudziłam się. [...] Na drugi dzień dopytywałyśmy się o los nieszczęśliwego dziecka. Ktoś litościwy dał znać na posterunek, przybyło Gestapo i biedactwo podzieliło los swojego narodu"132.

Wątek snu odzwierciedlającego poczucie winy i inne przeżycia emocjonalne ukrywających się Żydów pozwala na wiele możliwych interpretacji psychologicznych. Zaznaczam go tutaj jedynie jako interesujące pole do dalszych eksploracji umożliwiających lepsze rozumienie doświadczenia Zagłady i analizowanie wielu wymiarów cierpienia.

Warunki topograficzne wsi i ukształtowanie terenu sprawiały, że błądzenie po wsiach łączyło się często z wędrówkami po lesie. Cytowany już Majer Szulim Lewinsohn tak opisał swoją ucieczkę w czasie wysiedlania Żydów ze wsi Zawitała: "kiedy usłyszałem strzelaninę, uciekliśmy [z żoną - B.E.] do lasu. Wieczorami szedłem na wieś po żywność.

W lesie po dwóch tygodniach urządziłem sobie kryjówkę, zadomowiłem się. [...] Pozostaliśmy w lesie, próbując być samowystarczalni. Życie stawało się coraz trudniejsze. Pieniędzy nie mieliśmy, na wieś chodzić baliśmy się, bo mógł nas ktoś rozpoznać. Ja na polach znajdywałem kartofle, piekliśmy je i tak zaspokajaliśmy nasze żywnościowe potrzeby. Kiedy zaczęła zbliżać się zima, zrobiłem podłogę. W tym czasie przyszedł do nas mój kolega Srul Rozenberg. [...] W kryjówce nie dało się palić ognia, więc chodziliśmy częściej na wieś po kartofle. Zrobiło się mroźno, zima ostro zaatakowała"133. Mieszkanie w lesie czy w ogóle poza zabudowaniami niosło ze sobą specyficzne niebezpieczeństwa - mróz, upał, brak ochrony przed deszczem, a z drugiej strony - stwarzało możliwości ukrycia się i ucieczki.

Dla niektórych jednak, szczególnie dla ludzi z miasta, którzy lasu nie znali i nie umieli się w nim poruszać - zagrożenie stanowiła sama przyroda. Dramatyczne losy trójki Żydów z Warszawy, którzy we wrześniu 1939 r. uciekli na wschód do wsi Wysock na Wołyniu, opisała Irena Lipszyc. We wrześniu 1941 r., po wkroczeniu Niemców, nastąpiły tam masowe egzekucje, autorka relacji z mężem i znajomym uciekli niemal spod kuli - prosto do lasu. Tam spotkali "kłusownika, który był przyzwyczajony do życia w niebezpieczeństwie: zawsze kogoś ukrywał, za Polski chował komunistów, za Sowietów ukrywał Polaków, pędził wódkę, trudnił się kłusownictwem i nasza prośba o pomoc nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia. Postanowił nas ukrywać. Zbudował nam chałupinkę w lesie i przebywaliśmy w niej 6 tygodni". Następnie przenieśli się do szałasu zbudowanego na bagnach, gdzie popadli w całkowitą apatię, głodowali, marzli, nie potrafili nawet narąbać drzewa, bali się wilków. "Nie śmiałam nigdzie wyjść i na domiar złego b[ardzo] źle orientowałam się w lesie. Raz wybiegłam w samej sukience do studzienki, którą chłopi wykopali w pobliżu, i od rana do wieczora kołowałam i nie mogłam znaleźć drogi powrotnej". Mąż i kolega zmarli z głodu, Irena została sama. Przez kilka tygodni ukrywała się w lochu z kartoflami, potem dołączyła do dwóch rodzin żydowskich ukrywających się w lesie. "Byli to ludzie zaradni i nie dawali się głodowi. Nocą urządzali wyprawy łupieskie, raz przyprowadzili tłustą krowę, innym razem kilka owieczek, tak że głodu nie odczuwaliśmy. Stolarz wystrugał z drzewa karabin i po ciemku mógł tą zaimprowizowaną bronią straszyć chłopów". Chłopi odnaleźli jednak ich kryjówkę i zamordowali Żydów; Irena uciekła: "postanowiłam wyjść z lasu między ludzi. Obojętny mi był los, który miał mnie spotkać. Byłam już raczej podobna do Ukrainki niż do Żydówki. Na nogach miałam postoły z łyka, na głowie chustkę. Chodziłam od wsi do wsi, od chaty do chaty"134.

Jochewed Kantorowicz z Tarczyna tułała się po wysiedleniu wraz z siostrą po okolicznych wsiach. Opis wędrówki w jej relacji jest z jednej strony nieco oniryczny, a z drugiej - bardzo szczegółowy i pełen grozy. Wyrzucane zewsząd i ograbione, w końcu postanowiły wykopać schron w lesie: "Siostra powiedziała mi: "Przecież zające też sobie robią doły, to dlaczego my mamy być gorsze od zajęcy!". W nocy zaczęłyśmy kopać dół. Pracowałyśmy tak intensywnie, że w dwie noce wykopałyśmy dół. Wyłożyłyśmy go mchem, otwór zastawiłyśmy drzewkami. Dwa tygodnie leżałyśmy w tym dole. [...] Pewnego dnia jacyś chłopi nas wykryli [...]. Myśmy uciekły do innego lasu. [...] Nabrałyśmy wprawy w kopaniu dołów i w ciągu kilku dni wykopałyśmy kilka dołów, musiałyśmy je opuszczać, bo za każdym razem nas spostrzegano. Postanowiłyśmy wykopać schron przy rzece, gdyż tam były gęste krzaczki. Ale ten schron się nie udał, był za blisko wody i był narażony na zalanie. [...] Zmarzłyśmy okropnie, bo już było zimno, drzewa były pokryte szronem, gdyż był to już 9-ty październik 1943 r. Kręciłyśmy się bezradne, bose i głodne po lesie. Nie wiedziałyśmy, co robić. Postanowiłyśmy iść do dużego lasu". Musiały stamtąd uciekać przed obławą i po nieudanej próbie ukrycia się na cmentarzu żydowskim krążyły po polach, ukrywając się w stertach siana: "przechodziłyśmy od jednej sterty do drugiej. Leżałyśmy tak, dwa miesiące od 10 października do 30 grudnia 1943 roku. [...] Gdy zimno stawało się coraz dokuczliwsze, poszłyśmy do lasu, do pierwszego naszego schronu. Obok tego schronu wykopałyśmy inny, gdzieśmy naniosły trochę kartofli od Połaciowej. Przykryłyśmy schron gałęźmi. Włożyłyśmy do wewnątrz słomę. Próbowałyśmy zrobić kuchenkę, proponowałam siostrze iść na cmentarz i wynaleźć trochę blaszek. Proponowałam również siostrze wykopać jakiegoś świeżego trupa, zdjąć z niego ubranie i ubrać się. Ale żadnego z tych planów nie wykonałyśmy. Zrezygnowałyśmy ze zrobienia piecyka, gdyż nie wiedziałyśmy, jak to zrobić. Żyłyśmy suchym chlebem i wodą z rzeki. Zrobiłyśmy sobie klapę na otwór z deski, którą ukradłyśmy z płotu. Leżałyśmy tam do 1-go stycznia 1944 roku. Tego dnia schron nasz się zawalił. Rozszerzyłyśmy nasz schron na kartofle, któreśmy miały obok i tam leżałyśmy do 13 stycznia 1944 roku. Całą zimę nie mogłyśmy wyprać bielizny. Czesałyśmy się szpilką do włosów". Życzliwy gajowy poradził im zbudować schron w lepiej ukrytym miejscu, więc siostry Kantorowicz wykopały go, "chociaż ziemia była zmarznięta. Kopałyśmy go rękoma przy pomocy małego nożyka. Ręce nam przy tej robocie zupełnie zmarzły, a końce palców nam zczerniały". W tym schronie siostry przeżyły cały rok, do 18 stycznia 1945 r. Miały już więcej doświadczenia i potrafiły zorganizować sobie życie w leśnej kryjówce: "Latem kradłyśmy po nocach czereśnie w sadach, fasolę, pomidory. Na jesieni naszykowałyśmy sobie jabłka na zimę. Szłyśmy kilka kilometrów do ogrodu. Naszykowałyśmy sobie paręset kilogramów jabłek. Naszykowałyśmy również kartofle, brukiew, buraki, które jadłyśmy na surowo. Latem nie leżałyśmy w schronie. Chowałyśmy się w życie. Jesienią leżałyśmy w stertach. Schron w tym czasie założyłyśmy klapą. Najgorzej było jesienią, kiedy do lasu przychodziło dużo kobiet na grzybobranie. Bojąc się, że nas odnajdą, postanowiłyśmy się nie chować, ale również kręcić się po lesie i zbierać grzyby, lecz zawsze czynić to w ten sposób, by chodzić w przeciwnym kierunku. Prosiłyśmy Boga, żeby już zima nadeszła i żeby skończyło się grzybobranie. Gdy nastały mrozy, weszłyśmy do schronu, gdzieśmy chłodu nie czuły. Jeszcze latem służąca Dobrowolskiego dała nam worki, z których uszyłyśmy sobie spódniczki i żakiecik"135.

Tułaczka po wioskach, lasach i polach w poszukiwaniu ratunku i ocalenia wiązała się z wysiłkiem i zmęczeniem. Dziewięcioletni Albert Salomon tułał się wraz z ojcem w okolicach Zbaraża: "Strach, rozpacz był stale naszym nieodłącznym towarzyszem, który odbierał zupełnie spokój i możliwości jakiegoś odpoczynku. Wiecznie gonić, szukać ukrycia."136. Jeden z wędrowców użył określenia adekwatnie oddającego ich kondycję egzystencjalną, stwierdził bowiem, że byli "ani martwi, ani żywi. Zmęczeni, głodni, spragnieni"137. Jedenastoletnia Golda Ryba, włócząca się samotnie po stracie całej rodziny w okolicach Sokołowa Podlaskiego, wspominała: "od września [1942 r.] do stycznia 1943 r. nie myłam się ani nie rozbierałam. Byłam okropnie zawszona i brudna. Nieraz gdy topniał śnieg, myłam sobie ręką twarz. Dręczyło mnie zawsze pragnienie i gdy tylko widziałam jakąś kałużę, piłam z niej brudną i cuchnącą wodę, nie śmiąc podejść do studni. Czasami udawało mi się ukraść jajko z kurnika, czasami ktoś się nade mną litował i prócz chleba dawał łyżkę ciepłej zupy138.

Wysiłek psychiczny i towarzyszące mu uczucia łączyły się z wyczerpaniem fizycznym, a także z zimnem, odmrożeniami czy też upałami, spiekotą, burzami i deszczami. Maria Kopytówna, ukrywająca się w okolicach Białej Rawskiej, opisała w pamiętniku pewien styczniowy dzień 1943 r., kiedy musiała przejść z jednej wsi do drugiej: "Było to jeszcze dobrze rano, śniegi ogromne były, ja szłam przez pola, błądziłam strasznie, idę, już doszłam do traktu, niedobrze jest iść traktem, może się coś przytrafić. No i skręciłam w bok, ludzi bardzo mało szło, bo była straszna zawierucha, idę i mówię do siebie samej, Boże, żeby się otworzył dół i żebym wpadła w śniegi, już mi było wszystko jedno, już mi się nie chciało żyć, idę, a taki był wiatr i taka kurzawa, że nie widziałam, gdzie iść, żywego ducha nie było widać na świecie"139.

Długotrwała tułaczka była czasem zbyt trudna - niektórzy poddawali się, rezygnowali. Sami zgłaszali się do Niemców, jak rodzice Fajwela Słowika, który w swojej relacji napisał: "W niedzielę 1 listopada 1942 r. w zambrowskim getcie rozeszły się pogłoski, że coś się wydarzy. [...] Uciekłem z moją rodziną na wieś Czarnowa [Czarnowo] (6 km od Zambrowa) i ukryłem się na polu w kopcu kartofli. Przesiedzieliśmy tam noc. [...] Rankiem znajomi chrześcijanie wypędzili nas z pola i kazali iść dalej. [...] Odeszliśmy do sąsiedniej wsi Głodowa. Dwa tygodnie się błąkaliśmy. Noce były już mroźne. Chłopi nie chcieli dawać chleba. Mój ojciec i matka, starsi ludzie, postanowili sami zgłosić się na żandarmerię, nie mogli już więcej wałęsać się po polach. Pożegnaliśmy się. Ostatnie słowa moich rodziców brzmiały: "Nie trać nadziei, niech chociaż jeden zostanie z całej naszej rodziny [...]". Poszedł z nimi także mój brat Jankiel Słowik"140. Zmęczony i zniechęcony, utraciwszy nadzieję, oddał się w ręce Niemców Dawid Kailes, rzeźnik z Siemiatycz. "Uratował się z jednym dzieckiem z getta. [...] Widząc, że nie ma możliwości żyć, że gdziekolwiek pójdzie, to gonią, to postanowił oddać się w ręce morderców i zakończyć życie"141. Zrezygnował także z ratowania się pewien anonimowy Żyd, uciekinier z pociągu do Treblinki, który zawędrował do wsi Wólka Sulejowska (gm. Tłuszcz), znajdującej się półtora kilometra od torów kolejowych. W nocy zapukał do chaty Franciszka Ściborowskiego, który go wpuścił i nakarmił. Przybysz "około 40-letni, czysto ogolony i w jesionce, podrapany ("poomykany") na rękach i twarzy", mówił po polsku z obcym akcentem. Powiedział, że "wyskoczył z pociągu wiozącego transport Żydów z Francji do Treblinki, [...] stracił żonę i córkę, że życie dla niego nie przedstawia wartości i celu, gdyż "i tak śmierć, i tak śmierć"". Do Ściborowskiego, który handlował tytoniem, od rana zaczęli się schodzić sąsiedzi, w końcu wezwano sołtysa; ten kazał odwieźć Żyda na posterunek do Tłuszcza. Odwozili go Ściborowski i jego siostrzeniec Jan Kania; po drodze "w lesie proponowano mu ucieczkę, jednak on nie chciał korzystać z okazji, polecając we wsi Postoliska kupić mu kiełbasy i chleba, aby się najeść przed śmiercią"142. Chłopi wzięli od niego pieniądze, kupili mu kiełbasę i chleb, a potem zawieźli do Tłuszcza na posterunek policji granatowej.

Na granicy wyczerpania i utraty nadziei znalazła się Cypa Szpanberg, która z ojcem i siostrą Rywą wędrowała po wsiach powiatu rówieńskiego w poszukiwaniu ratunku. W relacji wspominała, że "nikt nas przyjąć nie chciał, każdy chciał żyć. Już nie mając sił iść dalej, chcieliśmy się zgłosić do policji, żeby nas zabiła. Siedzieliśmy tak pewnej nocy na podwórzu i płakali". Wówczas zdarzył się cud: "wyszedł gospodarz i przyjął nas do siebie, bo nas żałował"143. Zostali u niego dwa lata. Mordechaj Goldhecht, pochodzący z warszawskiej chasydzkiej rodziny, a jednocześnie polski harcerz, który właśnie w czapce harcerskiej i z plecakiem uciekł z getta do Godziszowa (w pobliżu Lublina), po wysiedleniu tamtejszych Żydów błąkał się samotnie w okolicy. "Spałem w polu - relacjonował. - Chłopi gonili mnie i szczuli psami [...]. Po 3 dniach takiego wałęsania się powiedziałem sobie, że już lepiej pójdę do Niemców. Co będzie z wszystkimi Żydami, to i ze mną"144. Irena Monis, córka aptekarza ukrywająca się na strychu w okolicach Jezierzan (woj... tarnopolskie), zanotowała w prowadzonym na bieżąco dzienniku: "uważam, że życie (nawet jeżeli dożyjemy jeszcze czegoś dobrego) nie warte jest już tyle zachodu"145. Chaja Rosenblatt po ucieczce z getta w Radomyślu Wielkim, a następnie z getta w Tarnowie, stracie rodziców i sióstr błąkała się wraz z mężem w okolicach miasta. Kolejne rozczarowania i odmowy pomocy wpędziły Chaję w depresję: "byłam osobiście moralnie i fizycznie tak bardzo wyczerpana, że miałam jedyną ideę zgłosić się sama do najbliższego komisariatu policji. Przy tym byłam opętana obsesją, że nas prześladuje nieszczęście; po cóż niepotrzebnie dłużej cierpieć"146. Wydaje mi się, że utrata wiary w ocalenie, to, co Chaja nazwała poczuciem, że się jest prześladowanym przez nieszczęście - stanowi istotny element kondycji psychicznej Żydów poszukujących schronienia. Przekonanie o wiszącym nad nimi fatum, o niepowodzeniu ich starań lub odwrotnie - wiara w sens wysiłków, miały ogromne znaczenie dla ich determinacji, by przetrwać, i zdolności do dalszej tułaczki.

Poczucie bycia prześladowanym przez nieszczęście to także przekonanie o własnym napiętnowaniu i naznaczeniu. Żydzi byli wówczas napiętnowani w sensie dosłownym i metaforycznym. Przebrani w opaski i wybrani na śmierć. Jak wiemy z psychologii, napiętnowani wzbudzają u innych wrogość i lęk, a bycie naznaczonym wzmaga dezorientację i obniża poczucie własnej wartości147. Byli więc poniżeni, napiętnowani, upokorzeni, a ponadto pozbawieni wszystkiego - i jak ich widziała Etty Hillesum - "dobrze wykuty pancerz ze statusu poważania i majątku rozpadł się na kawałki i została im teraz ostatnia koszula człowieczeństwa. Stoją na pustej przestrzeni, zamkniętej między niebem a ziemią"148. Byli w swoim człowieczeństwie całkiem ogołoceni; nie pozostało im nic poza ową "ostatnią koszulą", a jednocześnie poprzez samą swoją obecność stanowili wyzwanie dla tych, których prosili o pomoc. Poddawali próbie ich system wartości, moralność i odwagę osobistą. Stawianie kogoś przed taką próbą też było rodzajem upokorzenia - ponieważ człowiek nie może wzywać drugiego do bohaterstwa, nie może tego żądać; bohaterstwo jest darem, który można komuś ofiarować, ale nie na wezwanie i nie pod przymusem.

Zmęczenie prowadzące do rezygnacji i chęci poddania się, do zgody na własną śmierć dotyczyło także dzieci. Błąkająca się po wysiedleniu wraz z siostrą bliźniaczką w okolicach Równego dziesięcioletnia Rachela Szterenszys wspominała: "Wreszcie poszłyśmy do starosty, prosząc, by nas kazał zastrzelić, bo nie możemy się już dłużej męczyć. Nie zgodził się na to, ale zaopiekować się nami nie chciał, bo się bał"149. Inna dziesięciolatka, Bracha Rubinowicz, została rozpoznana na stacji kolejowej w Zagościńcu przez piętnastoletniego chłopca, który podszedł do niej i powiedział: ""Wpadłaś w moje ręce i już się nie wykręcisz". Odpowiedziałam mu: "Możesz robić ze mną, co zechcesz, nie polubiłam życia""150.

Ostateczna utrata nadziei mogła prowadzić do samobójstwa. Jedną z takich tragicznych historii znajdujemy we wspomnieniu Hieronima Majzlisza ze Lwowa, urodzonego w 1934 r.: "Nie zapomnę nigdy daty 27 czerwca 1943 r. O godz. 10-tej w nocy otruła się mamusia i ciocia. Ja chciałem także popełnić samobójstwo, ale mamusia mi nie pozwoliła. Ostatnie jej słowa były, żebym się uczył, że życie jest przede mną i abym szedł z otwartymi oczyma w życie. Mamusia otruła się w parku Kościuszki, tzw. Ogrodzie Jezuickim". Ojciec chłopca już wcześniej "otruł się na placu, gdy miał być wywieziony"151.

Wśród wielu uczuć towarzyszących błąkaniu się po pustyni ludzkiej są również wstyd i upokorzenie. O wstydzie wspominała m.in. Bracha Karwasser, której psychicznie bardzo ciężko było kłamać i udawać nie-Żydówkę: "Całe życie żyłam kłamstwem, od dzieciństwa nauczono mnie tylko mówić nieprawdę. Teraz też muszę iść do kościoła na rekolekcje i mówić nieprawdę"152. O trudności życia w kłamstwie opowiedziała także w swojej relacji Halina Lutkiewicz, która po ucieczce z warszawskiego getta ukrywała się w okolicach Warszawy: "jak ja to wytrzymałam, taką straszliwą samotność, te wszystkie kłamstwa, pamiętać o tym, co ja mówię, wszystkie, żeby się czymś nie zdradzić: koszmary zupełne. To było sto razy gorzej niż w getcie"153.

Najbardziej istotne i charakterystyczne dla błąkania się po pustyni ludzkiej wydaje mi się uczucie upokorzenia, któremu w trafny sposób dała wyraz Stefa Popowcer: "Nie do opisania jest uczucie bezdomności i tego ciągłego wpraszania się i błagania o wpuszczenie na nocleg, za olbrzymie sumy"154. Sądzę, że zrozumienie miary upokorzenia, jakiego doznawali błąkający się po pustyni ludzkiej Żydzi, jest ważne dla zrozumienia i interpretowania doświadczenia Holokaustu w ogóle. Upokarzające było już samo proszenie o pomoc - z jednej strony stawiało proszącego w pozycji zależności i podporządkowania, z drugiej zaś było prowokacją wobec tego, kto ewentualnie mógłby udzielić pomocy. Proszenie o pomoc oznaczało obnażenie własnej słabości, przyznanie się do poniżenia i degradacji, zaakceptowanie w jakimś sensie pozycji osoby wykluczonej, zależnej od cudzej łaski.

Odmowa pomocy mogła być także upokorzeniem - stawała się potwierdzeniem faktu, że Żydzi nie zasługują na dar życia, nie są warci ryzyka. Odmowa potwierdzała ich stygmat i piętno. Degradowała proszących i spychała ich jeszcze bardziej na pozycję wykluczonych, wyklętych. Upokorzeniu towarzyszyły wycieńczenie, bezradna rozpacz, poniżenie, wyczerpanie. Lęk, że ta wędrówka odbywa się we wszechświecie, który jest "bezładem i pustkowiem", tym tohu wabohu z drugiego wersu Księgi Rodzaju, mętem i zamętem, przestrzenią chaosu, w której nie można spotkać żadnego Człowieka.

W piwnicy, na strychu, w kominie, na polu

Ukrywanie się

Warunki ukrywania się na wsi były - z racji uwarunkowań topograficznych i architektonicznych - zupełnie inne niż w mieście. Ukrywanie się rzadko było także doświadczeniem statycznym, przebywaniem stale w jednym miejscu. Mało kto miał takie szczęście jak Róża Berak, która wraz z mężem uciekła z getta w Stanisławowie (pow. Mińsk Mazowiecki) w dniu wysiedlenia 25 września 1942 r. Uciekli do lasu, a w nocy poszli do pani Brańskiej we wsi Miłosna Cechówka, która zgodziła się ich przyjąć do pustego mieszkania w podwórku. "Czuliśmy się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie - wspominała Róża. - Pani kazała nam wejść do mieszkania, które było przeznaczone dla nas, i dała nam kolację i przygotowała łóżko do spania. Z radości nie wiedzieliśmy, jak mamy dziękować. Pani Brańska trzymała nas całe dwa lata aż do oswobodzenia"155.

Częściej zdarzało się jednak, że epizody pobytu w jednym miejscu przeplatały się z okresami wędrowania, znalezienia azylu, obław, pogoni, donosów i ucieczek, ponownego wędrowania oraz kolejnych kryjówek. Ukrywający się Żydzi musieli zachowywać nieustanną czujność, być gotowi w każdej chwili do ucieczki, do śmierci lub do dalszej tułaczki, do poszukiwania ratunku i znajdowania skrytek. W ich egzystencji nie było nic trwałego, pewnego, poczucie bezpieczeństwa było najczęściej chwilowe, krótkotrwałe, złudne. Liza Bursztyn z córeczką przez dwa lata wędrowała przez wioski w okolicach Łomży, ukrywając się "w piwnicy, na strychu, w kominie, na polu"156. Mojsze Kamień wspominał, jak z bratem, kolegą Kiwą Saszynem i jego narzeczoną ukrywali się w okolicach Brańska, często zmieniając kryjówki: przez miesiąc ukrywali się w dziurze wykopanej na polu bez wiedzy gospodarza w kolonii Brzeźnice, później zbudowali schron na podwórzu u znajomego gospodarza Kamińskiego, po wykryciu i zamordowaniu Żydów w sąsiedztwie musieli odejść - "mieli trochę chleba, blaszkę, naczynie, szpadel, kilof. Z całym swoim dobytkiem udali się na wędrówkę", początkowo ukrywali się we wsi Patoki w stodole, bez wiedzy gospodarza, następnie zrobili sobie schron na polu, skąd nocami wychodzili po wodę, kradli żywność na polach. Kiedy schron został odkryty, uciekli do lasu, po czym wykopali kolejny schron na polu w innej miejscowości157. Dynamika życia w kryjówce oprócz jej generalnej tymczasowości miała też rytm dobowy - często kryjówka służyła za dnia, nocą można było wyjść, wejść do czyjegoś domu lub udać się na poszukiwanie jedzenia itp. O kryjówkach była już mowa przy okazji opisywania wędrowania po wsiach, warto jednak przedstawić miejsca schronienia charakterystyczne dla topografii wsi.

Luksusową kryjówką wiejską było wynajęcie całego domu, jak to uczynił opisywany wcześniej Symcha Hampel czy Mieczysław Morgensztern, który z żoną, dwiema córkami, teściową i matką - przy pomocy Ukrainki Walentyny Żak - wynajął dom na przedmieściach Olsztyna w okolicach Częstochowy158, gdzie mimo rozmaitych przeżyć i perypetii doczekali do końca okupacji. Sabina Berger uciekła w 1942 r. ze Lwowa i, jak wspominała: "bez żadnych papierów wsiadłam do pociągu z moim dwuletnim synkiem i udałam się w stronę Krakowa". Tam szwagierki załatwiły jej fałszywe papiery i już jako Stefania Łysek pojechała z dzieckiem do pobliskich Swoszowic. Wynajęła pokój u chłopów i przeżyła tam do końca wojny. O swoim doświadczeniu ukrywania się napisała: "przeważnie siedziałam w domu, starałam się jak najmniej ludzi widywać. Żyłam w wiecznym strachu. Najgorszym dniem była dla mnie niedziela, zwłaszcza latem. Już na wiosnę liczyłam, ile niedziel ma lato, ile razy będę musiała pójść do kościoła, gdzie wszyscy będą się na mnie patrzeć, ile razy będę musiała wyjść w niedzielę na spacer, bo gdy wcale nie będę wychodziła, to potwierdzi wszystkie podejrzenia"159.

Mieszkanie z fałszywymi dokumentami w domu bądź pokoju wynajętym na wsi można uznać za najbardziej zbliżone do ukrywania się w mieście czy na aryjskich papierach w ogóle, z uwzględnieniem specyfiki społeczności wiejskiej, ciekawości sąsiadów, większej kontroli społecznej i mniejszej niż w mieście anonimowości. Wydaje się, że z tych względów ukrywanie się na wsi w ten sposób było trudniejsze niż w mieście. Ukrywanie się dosłowne, a więc bez wychodzenia, zdarzało się oczywiście także na wsi, czasem w domu, najczęściej w zabudowaniach. W ukryciu za "dubeltową ścianą" u Józefa Bielawskiego w gromadzie Miroszów (gm. Racławice, pow. Miechów) pięcioro Żydów spędziło 17 miesięcy160. W zamaskowanej komórce długości 80 a szerokości 70 cm u chłopa w okolicach Sambora ukrywał się kupiec Chaim Glück oraz pięć innych osób. Było tak ciasno, "że można tylko stać, spać nie mogliśmy wszyscy naraz, mieliśmy dyżury"161. Dwadzieścia osiem miesięcy w bunkrze pod domem Władysława Kozły w okolicach Wiśnicza spędził Markus Halpern, który wspominał: "Wejście było przez oborę. Szeroki na 1 1/2 m, wysoki 1 1/2 m, długość około 2 m. Było nas 8 osób, 5 dzieci, 3 dorosłych. Stłoczeni byliśmy jak śledzie w beczce. [...] Dusiliśmy się z braku powietrza"162. Pod piecem chlebowym w kuchni u Taraszkiewiczów w zaścianku nieopodal Kiemieliszek w powiecie święciańskim ukrywała się pewna Żydówka z nastoletnią córką163.

Bardziej charakterystyczne dla wsi są kryjówki związane z zabudowaniami gospodarczymi, polami czy pobliskimi lasami. Jedenaście miesięcy aż do wyzwolenia przeleżało w ukryciu pod oborą u gospodarza w wiosce Grabniak dwóch uciekinierów z obozu pracy w Trawnikach164. U wspomnianego Bielawskiego w Miroszowie przez jakiś czas w chlewie ukrywała się "siostra Lewkowiczów z 2 małymi dziećmi i jeszcze jeden żyd ok. 20 lat"165. W kryjówce pod chlewem, do której prowadziło zamaskowane wejście przez koryto, w gospodarstwie Kazimierza Sodo we wsi Chruszczyna Wielka (gm. Nagorzany, pow. Pińczów), ukrywała się pięcioosobowa rodzina Abrama Duli166. W bunkrze wykopanym pod chlewem w gospodarstwie Karbickich w Koszelówce (pow. Łosice) przez ponad 15 miesięcy ukrywała się siedmioosobowa rodzina Oskara Pinkusa167.

U Stanisława Pagosa we wsi Gruszów Wielki (gm. Dąbrowa Tarnowska) ukrywali się (od wyjścia z getta aż do wyzwolenia) bracia Abram i Awigdor Weitowie. Przebywali na terenie gospodarstwa, okresowo w oborze, w stodole, na strychu, a gdy w pobliżu kręcili się Niemcy lub zbyt ciekawi sąsiedzi - ukrywali się w dole wykopanym pod stajnią, który przykryty był deską z krowim łajnem. W podobnym dole pod stajnią u Władysława Tomczyszyna we wsi Głęboczek (okolice Tłustego) ukrywała się przez sześć miesięcy Irena Monis z matką i trójką innych Żydów168. W stodole u Jana Czajkowskiego we wsi Górki Borze (pow. Węgrów) ukrywał się Nusyn Palma169, u Pawła Czupryna w Bolesławiu chłopiec Mendel Münz170. W okolicach Buczacza u Kaczmarskiej, wdowy po gajowym, płacąc trzy tysiące miesięcznie, przez trzy miesiące ukrywał się Józef Kornblüh171, a w Dropiu koło Radzymina przez pół roku za darmo w stodole u Konstantego Zastawnego Dawid Słoń172. Stodoła była bodaj najpowszechniejszym miejscem ukrywania się, choćby chwilowego, na wsi, i przykłady przebywania w stodołach można by mnożyć, wieś wszelako oferowała jeszcze inne możliwości.

Na strychu u Katarzyny Dunajewskiej w Woli Komborskiej nieopodal Krosna ukrywała się Fela Fischbein z mężem i tam prowadziła swój dziennik. Jej spisywane na bieżąco słowa bardzo dobrze obrazują różnorodne wrażenia i emocje oraz pozwalają głębiej wniknąć w doświadczenie ukrywania się, ubezwłasnowolnienia, zależności od Polaków, upokorzenia i bezsilności173. Na strychu u Bylickich w Cisiu koło Mińska Mazowieckiego chowały się przez pewien czas siostry Ita Gartenkranz i Brandla Siekierka z rodziną. Ita opowiadała po wojnie: "Siedziałyśmy na strychu o chłodzie i głodzie, całkowicie odseparowane od zewnętrznego świata. Przez wąskie szpary w dachu wyglądałyśmy na zewnątrz i to nas zadowalało"174. A jej siostra zapisała: "Weszliśmy zaraz na strych i zaczęło się życie. Życiem nazwać to trudno, prędzej powolnym konaniem, dzień po dniu strach, głód, brud i wszy. [...] Bywały chwile, że zupełnie nie czuliśmy się ludźmi. Byliśmy jak zwierzęta i czekaliśmy tylko na żarcie. Poniekąd było to lepsze, niż myśleć o przyszłości. Dni wlokły się za dniami monotonne, żadnych zmian, chyba że humorów naszych gospodarzy. Wiedzieliśmy, że nie pomoże nam płacz ani narzekanie, trzeba trwać. Dni bywały tak upalne, że trudno było wytrzymać. Było brak wody, dzieci po prostu się dusiły, czekaliśmy z utęsknieniem wieczora, chłodu. Straciłam nadzieję, że to się kiedykolwiek skończy, pomrzemy i będzie koniec"175. Wszyscy jednak przeżyli wojnę.

Na innym strychu - u wspomnianego już Józefa Bielawskiego - ukrywała się czteroosobowa żydowska rodzina Spokojnych z Działoszyc, ale wydano ich, "przyjechała policja, ich zabrali ze strychu i zabili w dołach"176. Na strychu u Jana Niedziałka we wsi Wodynie (pow. Siedlce) ukrywał się Chaim Pomeranc, który "bardzo często opuszczał zagrodę Niedziałków i po upływie pewnego czasu wracał do niej, ukrywając się na strychu obory, dokąd Niedziałkowie dostarczali mu pożywienie". Po dłuższej nieobecności wrócił do Niedziałka w marcu 1943 r., "bardzo wyczerpany, przemrożone miał całe ciało, jedną noc przespał w moim mieszkaniu, a następne dnie ukrywał się na strychu nad oborą, na moim gospodarstwie. [...] Chaim Pomeraniec [właśc. Pomeranc - B.E.] został u mnie na strychu przez dwa tygodnie, wskutek odmrożenia nóg nie mógł chodzić, po całych dniach leżał na sianie, ogromnie jęczał z bólu i prosił mnie, aby odwieźć na posterunek policji granatowej, bo tak dalej nie może żyć"177. Jan Niedziałek i jego syn Zygmunt zawiadomili posterunek policji granatowej; Pomeranc został zabity, a Niedziałkowie w powojennym procesie - uniewinnieni.

W dole wykopanym pod pokojem gospodarzy przebywał Alter Szymszynowicz: "Przyszło mi do głowy, żeby w rogu pokoju wyrwać deskę, stamtąd wykopałem ziemię i zrobiłem sobie skrytkę. Dół zrobiłem tak, że mogłem tam [ukryć się,] siedząc. [...] Siedząc, nie mogłem wyciągnąć stóp, na szerokość dół był tak szeroki, jak moje plecy. Nie mogłem go poszerzyć, aby chodząc po podłodze, nie było słychać, że jest tam dziura. Żeby nie dało się rozpoznać, że jest tam dół czy piwnica. W tym ciemnym, pełnym robaków i wilgoci rowie przesiedziałem ponad 8 miesięcy. Wychodziłem z dołu tylko na kilka godzin nocą, spać na strychu"178. W podobnym dole pod podłogą spiżarki u gospodarza Franciszka Sołtysa we wsi Czarkówka (gm. Perlejewo, pow. Siemiatycze) ukrywała się Fela Grün z mamą i bratem179; pod podłogą kuchni w piwnicy na kartofle wielkości 3 x 2 x 1,55 m ukrywało się u Wiktorii Strusińskiej pięcioro Żydów: lekarz pediatra Tauba Goldstein z mężem Feiwelem, doktor Schneiberg oraz doktor Marek Rubinstein z żoną Szifrą180. W dole po kartoflach na polu Smuniewskich w Korycinach (gm. Tarków, pow. Siedlce) ukrywała się Żydówka "Lunia". Wiosną 1943 r. Józef Olędzki z Marianem Smuniewskim wzięli siekierę, złapali ją i zabili181. Także w dole po ziemniakach, w okolicach Zambrowa, ukrywał się kupiec Fajwel Słowik182 - ten miał więcej szczęścia, gdyż udało mu się przeżyć. Irena Lipszyc ukrywała się przez sześć tygodni w lochu z kartoflami, a potem w zburzonej chacie na odludziu183. W podobnym lochu, ale pełnym wody, w Mętowie (gm. Głusk, pow. Lublin) przez kilka tygodni ukrywał się Wolf Rauchwerg184, a w dole z gnojówką na wsi pod Złoczowem przebywała Zehawa Roth185.

W jamie "niewiele większej od grobu, na tyłach stodoły"186 u gospodarza w Godulinie niedaleko Wilna ukrywała się przez kilka miesięcy Rut Leisner z rodziną, natomiast w "bunkrze pod szopą", w "jednej wsi" 24 km od Czarnieckiej Góry koło Kielc ukrywała się rodzina Goldów: czternastoletnia Krysia, siedmioletnia Róża, "starszy brat, dwóch wujków i ciotka". Rodzice handlowali początkowo po wsiach, ale "złapali mamusię i tatusia w pociągu i wysłali do Niemiec. Zostaliśmy wtedy na łasce chłopa. Płaciliśmy im drogo i dawali nam codziennie 20 dkg chleba i 6 kartofli w łupinach. [...] Mieliśmy w bunkrze trzy otwory i w pogodne dni było trochę jasno, a tak - zupełnie ciemno. Leżeliśmy tak dniami i nocami. Na wiosnę, gdy śnieg topniał, woda nas zlewała i zmoczyła wszystko i zimą marzliśmy. Tak leżeliśmy pół roku, rok, i półtora. Chłopka bardzo narzekała, że nas musi ukrywać, oddaliśmy jej wszystko i już nic nie mieliśmy. Żeby nam kto powiedział: daj dwa grosze, bo cię zabiję, tobyśmy nie dali, bobyśmy nie mieli. Wszyscy głodowaliśmy, nikt z nas już nie mógł chodzić. W końcu chłopka nie chciała nam podać wody, brat wyszedł w nocy, napił się wody z kałuży i umarł. Pogrzebaliśmy go nocą w lesie. Raz wujek wyszedł z bunkru i już nie wrócił. Siedzieliśmy tak ukryci 27 miesięcy, dopóki Rosjanie nie przyszli. Wcale nie umieliśmy chodzić i teraz jeszcze mamy bardzo słabe nogi, a Róża zawsze jest smutna, często płacze i nie chce się bawić z dziećmi"187.

W ziemiance w okolicach Chomic (gm. Sokoły, pow. Wysokie Mazowieckie) ukrywała się po ucieczce z getta w Białymstoku Rachela Kapłańska188 z matką, bratem i trzema innymi Żydami; w innej ziemiance w okolicach Brzozowa-Solnik (gm. Poświętne, pow. Białystok) ukrywał się Gerszon Tabak z Zambrowa wraz z Noske Jablinką i Idą Buckowską189. Czwórka Żydów z Góry Kalwarii ukrywała się w ziemiance na polu Jana Krzysztoszaka (bez jego wiedzy) w Wólce Gruszczyńskiej (gm. Wilga, pow. Garwolin). Zostali wydani wiosną 1943 r. przez Henryka Radzika i zabici na miejscu przez policjantów i żandarmów190. W dole na polu w okolicach Dubna ukrywał się przez trzy miesiące z żoną, a potem dziesięć miesięcy samotnie Pinches Figerhut191; także w polu nocowały sześcioletnia Buzia Wajner z czteroletnią siostrą Szulamit, które po stracie rodziców włóczyły się w okolicach rodzinnego Rokitna, i jak wspominała Buzia: "nie żałowano nam chleba, ale nikt nie pozwalał nam przenocować. Nauczyłyśmy się nocować na polu, w sadzie, a czasem zakradałyśmy się do obory"192.

Wspomniany już Arie Klonicki spędził z żoną Malwiną i szwagierką kilka tygodni na polu koło wsi Trybuchowce. Synek Klonickich Adam został oddany do byłej służącej, Franki Wąsikowej w tejże wsi. Wąsikowie także przechowali dziennik, który Arie pisał od 5 do 22 lipca 1943 r., siedząc na polu. W jego notatkach czytamy: "W ciągu dnia zżera nas upał, a nocą cierpimy z zimna. Niemniej gdybyśmy mogli być pewni, że to jest nasze największe zmartwienie - bylibyśmy szczęśliwi. Adam, nasz synek, jest u Franki w domu. [...] Zdecydowaliśmy się nie opuszczać pola nawet nocą, żeby nikt nie zauważył naszej obecności. Dlatego nie możemy zobaczyć naszego Bubele. [...] Ostatniej nocy, ósmego, nie pisałem. Był silny deszcz o siódmej i zmokliśmy. Czekaliśmy do i w nocy, aż przestanie padać, będąc wystawionymi przez 6 godzin na ulewę, ale nie przestało. Opuściliśmy pole i poszliśmy do naszych chłopów. On bał się dać nam schronienie w domu i umieścił nas w dziurze na ziemniaki, gdzie spędziliśmy cały dzień. Ciemność nie pozwoliła mi pisać. [...] Wczoraj nie pisałem. Było strasznie zimno. 9 lipca wieczorem zaczął wiać lodowaty wiatr i trwało to cały wczorajszy dzień. Jeszcze w tej chwili nie przestało wiać. Jest straszliwie niewygodnie. Podmuchy przenikają do kości. Ostatniej nocy nie mogliśmy spać i także dzisiaj byliśmy ledwo zdolni przymknąć oczy. [...] Niebo jest zasłonięte chmurami. Wieje zimny wiatr. Czekamy na moment, kiedy przyjdzie słońce i ogrzeje nasze zmarznięte ciała. [...] Bezustanne ulewy położyły zboże na polu. W rezultacie zostaliśmy dostrzeżeni przez przechodzącego chłopa. [...] Cały dzień pada z krótkimi przerwami. Nie wiem, czy będę mógł kontynuować mój dziennik. Z tego, co wiem, to mogą być moje ostatnie słowa. Przerywam teraz, bo pada!"193. Kloniccy ukrywali się w polu do jesieni, potem w lesie. Zostali zabici w styczniu 1944 r.

Topografia przestrzeni wiejskiej stwarzała możliwości ukrywania się w lesie, a okoliczne siedliska stanowiły zaplecze aprowizacyjne. W jamie wykopanej w lesie przeżył wspomniany już uciekinier z masowego grobu, Hejnoch Nobel z Izbicy. Ranny, po wyjściu z grobu uciekł do lasu. Po kilku dniach dotarł do znajomego Polaka w Wólce Orłowskiej (pow. Krasnystaw) i, jak to opisał: "prosiłem, by mnię przyjął, a jak nie chce, to niech mnię zakopie, gdy umrę, bo czuję, że jestem bliski śmierci. Umieścił mnie w swoich zabudowaniach. Opatrzył ranę i nakarmił. Tam pozostałem kilka tygodni. Jednak żona jego bardzo się gniewała, że mię przechowuje i naraża całą rodzinę. Zaprowadził mnię więc do lasu i wykopał mi tam jamę. Przynosił mi jedzenie. Przesiedziałem tam, nie wychodząc nigdy w dzień, tylko w nocy, z ukrycia. Było mi bardzo ciężko, szczególnie w zimie, ale dzięki pomocy Myżoły wytrzymałem. Tak przemęczyłem się do wkroczenia Czerwonej Armii"194. Podobnie w lesie ukrywali się trzej uciekinierzy z Tykocina, którzy wyskoczyli z pociągu: "Po dłuższych rozmowach dwaj bracia Stasiek i Józef Rożkowscy zgodzili się ukryć nas. Pierwsze 4 tygodnie ukrywaliśmy się na jeziorze, na kampusie. Chłopi przynosili nam jedzenie. Zaczęły się silne mrozy, a my leżeliśmy nadzy i bosi nad jeziorem. [...] Koło listopada chrześcijanie przygotowali nam schron, 200 metrów od kolonii, w lasku. Pierwszego dnia nakryli nas warstwą ziemi, że omal nie udusiliśmy się. W ogóle nie dochodziło powietrze. Na szczęście szybko stało się ciemno i my trochę otworzyliśmy pokrywę. W schronie przebywaliśmy 10 miesięcy"195.

W samodzielnie wybudowanej ziemiance w lesie w okolicach Siucic (gm. Aleksandrów, pow. Piotrków Trybunalski) przeżył Florian Majewski (Mosze Aron Lajbcygier)196, w okopach w lesie cieleśnickim w gminie Biała Podlaska przechował się Herszek Goldberg z trzema innymi osobami. W lesie tym, jak zeznał Goldberg po wojnie, "ukrywało się wielu żydów, którzy zostali potem wyłapani. W rezultacie pozostało nas tylko 4 osoby, 3 mężczyzn oraz kobieta"197. W lesie opodal gromady Jędrzejów (pow. Mińsk Mazowiecki) znajdował się bunkier, w którym ukrywało się pięciu Żydów. Bunkier ten został wykryty przypadkowo wiosną 1943 r. przez Polaków ścinających w pobliżu drzewo. Trzem Żydom udało się uciec, dwaj (jeden to Jankiel Fiksztejn, nazwiska drugiego nie ustalono) zostali złapani, zaprowadzeni do Niemców i zabici198. W leśnym bunkrze w okolicach Sambora ukrywało się około 40 Żydów, do których dołączyły dwie dziewczynki - Chuwa i Estera Weicher. Początkowo Żydzi nie chcieli ich przyjąć, "jeden z nich powiedział: po co mi żywić obce dzieci, jeśli moje nie żyją". Bunkier był świetnie zorganizowany, siostry opowiedziały w swojej relacji, że mieli piecyk, zaopatrzenie, a nawet szewca, który reperował buciki. Gdy bunkier został zdradzony, przenieśli się głębiej do lasu i wybudowali nowy: "byliśmy daleko od wsi i głodowaliśmy, bo dostęp był ciężki z powodu wielkiego śniegu. Kilku z nas zrobiło narty z drzewa i dojeżdżaliśmy do starego bunkru, bo tam był ukryty zapas żywności. Gotowaliśmy na wolnym polu. Suszyliśmy całe żyto i takie jedliśmy. Czasem nocą ukradli[śmy] gdzieś cielę lub krowę i mieliśmy mięso. Wszystko zjadano, nawet skórę przypalało się, a potem ją gotowano"199.

Niektóre kryjówki były starannie zaplanowane i przygotowane, przeznaczone do przebywania w nich dłuższy czas - jak ta opisana powyżej czy inna, w lesie w okolicach Jezierzan, w której przez kilka tygodni przebywała z matką i grupą Żydów przywoływana już parokrotnie Irena Monis: "Siedziałyśmy w schronisku pod ziemią, ono było zbudowane w fantastyczny sposób, architektoniczny. Było wysokości trzech metrów i zrobione było z drzewa. Głęboki rów i były prycze na dwóch piętrach. Przykryte było drzewem, a na to ziemią, a na to szpilkami. Drzewa szpilkowe były znowu zasadzone. W ten sposób nie było widać, że pod spodem coś się znajduje. Wejście było okrągłe i zamknięcie było urządzone w ten sposób - jak garnek, który się zamykał od wewnątrz. W środku tego naczynia znajdowały się szpilki z wierzchołkiem i kiedy się zamykało i potrząsało to - szpilki się rozsypywały dookoła i nie było znaku, gdzie my się znajdujemy. [...] W tym lesie myśmy zawsze chodzili na czworakach, żeby nie połamać gałęzi, że jak kto wejdzie, żeby widział, że tu jest dziewiczo, że to jest taki głęboki las, że tu nikogo nie ma"200.

W równie starannie zaplanowanej i przygotowanej kryjówce przebywała przez ponad dwa lata sześcioosobowa rodzina Kołataczy ze Skały. Jesienią 1942 r. zwrócili się o pomoc do rodziny leśniczego mieszkającej w przysiółku Bocieniec w nadleśnictwie Ojców. Dom znajdował się w lesie, na uboczu. Żona leśniczego, Genowefa Janczarska, w niezwykle interesującej relacji opisała warunki ukrywania rodziny Kołataczy. W zabudowaniach gospodarczych pod szopą znajdował się schron, wybudowany w wrześniu 1939 r. Gdy Janczarscy zdecydowali się ukrywać Kołataczy, postanowiono rozbudować istniejący prowizoryczny bunkier. Prace trwały przez kilka tygodni, nocami wynoszono glinę z budowanych po ziemią korytarzy i roznoszono w okolicy, by nie zostawały widoczne ślady. Powstało "kilkunastometrowe połączenie głównego schronu z domem. Był to wąski, niski korytarz, z którego można było przez odpowiedni właz przedostać się bezpośrednio do pokoju sypialnego [...]. Wejście zamaskowano lekką przesuwaną szafą na ubrania. [...] Korytarz tak zaplanowano, aby przechodził w pobliżu narożnika pokoju, w którym znajdował się kaflowy piec. Umożliwiło to zainstalowanie poniżej małego żelaznego piecyka ogrzewającego schron [...]. Drugie przejście przekopano ze schronu do obory, a jego wyjście zamaskowano... obornikiem. [...] Nad oborą znajdowała się stodoła. [...] W stodole urządzono niewielki schron między snopami słomy z odpowiednio zamaskowanym wejściem. [...] Trzecie podziemne przejście z "bunkra", jak schron nazywali Kołatacze, prowadziło około dwadzieścia metrów na zachód, na skraj lasu. [...] Główne robocze wejście do schronu znajdowało się w szopie pod stale tu stojącym konnym wozem. Schodziło się doń po wąskiej drabinie przez odpowiednio zamaskowany właz. Tą drogą podawało się garnki z jedzeniem i wynosiło kubły z nieczystościami. [...] Awaryjne połączenie ze schronem stanowiła [...] betonowa, pionowo osadzona rura o średnicy około dwudziestu centymetrów. Można nią było podać na sznurku butelkę z mlekiem czy kilka kromek chleba, gdy okoliczności nie pozwalały na odkrywanie głównego włazu"201. Cała rodzina przeżyła wojnę.

W pobliżu lasu we wsi Helenów (pow. Radzyń Podlaski), w malinowym chruśniaku ukrywała się jesienią 1943 r. nieustalonego nazwiska Żydówka z kilkunastoletnią córką202. W zaroślach na polu Bartłomieja Witkowskiego (gromada Ryczołek, gm. Chróścice, pow. Mińsk Mazowiecki) latem 1943 r., po żniwach, ukrywał się chłopiec żydowski o nieustalonych personaliach203. Także w polu, we wsi Buszyce (pow. Grodzisk Mazowiecki), w 1943 r. ukrywała się szóstka Żydów: trzech braci Brzezińskich (dwóch starszych, Marian i Henryk, było szewcami, trzeci, Adam, był jeszcze chłopcem, kaleką), dwie siostry, Genowefa i Salomea Siajkówny [Szajkówny] (krawcowe) oraz Melson. Latem ukrywali się oni w trzech kryjówkach wykopanych na polach ze zbożem. Urządzono na nich obławę - zostali złapani, wydani Niemcom i zabici204. Po ucieczce z getta w Brańsku również w zbożu ukrywała się Chawa Okoń z dwiema siostrami i bratem. Jak wspominała w relacji: "nasza kryjówka była w życie, z nikim nie mieliśmy kontaktu. Cierpieliśmy z chłodu, głodu i pragnienia. Nasze jedzenie składało się z brukwi, marchwi, ziaren żyta. Deszcze padały każdego dnia. Trafiały się miesiące bez łyżki ciepłej strawy i kawałka chleba. Chodziliśmy w pole po kilka kartofli, które gotowaliśmy w lesie, aby odpędzić głód"205. Na polu w wiosce Jastrzębia (gm. Rykały, pow. Grójec) w stercie słomy ukrywała się trzyosobowa rodzina Lejberów [Liberów]: rodzice z czternastoletnim synem206; przez kilka dni "w wydrążonej dziurze w sianie" na polu znajomego gospodarza nieopodal Turobina (pow. Biłgoraj) chował się wraz z kolegą uciekinier z obozu w Izbicy Salomon Podchlebnik207. Na polach przyległych do wsi Żurawka (koło Otwocka) w rowie ukrywali się w 1943 r. sześćdziesięcioletni Hersz Jud i osiemnastoletnia Kajła Miller208.

W budce na jeziorze w okolicach Włodawy ukrywała się - i przeżyła - nastoletnia Cypora Frydman (później po mężu Korn). Jej ojciec Mordechaj Frydman był zamożnym człowiekiem, w Nowym Orzechowie (pow. Parczew) miał wiatrak, kaszarnię, olejarnię i kilka placów. Po stracie rodziców we wrześniu 1942 r. Cypora przebywała krótko u chłopa, który ją szybko wyrzucił i wówczas urządziła się w budce na jeziorze. Jak wspominała, miała pieniądze, ponieważ matka wszyła jej w ubranie złote ruble. "Wszyscy chłopi ze wsi mnie znali, bo każdy z nich przychodził do nas do młyna czy do kaszarni i nikt z nich mnie nie wydał, choć każdy wiedział, że ukrywam się koło jeziora. Czasem dawali mi chleb darmo, czasem trochę mleka, najczęściej piłam wodę z rowów. Wracałam ze wsi ciemną nocą i znów kryłam się w mojej budce"209.

Przebywanie w schronie, w kryjówce - oczywiście nie tylko na wsi - było uciążliwe i męczące: "Wieczne, przymusowe leżenie, a leżymy już blisko 5 tygodni, wycieńczyło nas do tego stopnia, że nie możemy się już utrzymać na nogach. Próbujemy chodzić w komórce na dole, ale chwiejemy się jak małe dzieci" - zanotowała 10 czerwca 1943 r. w swoim dzienniku ukrywająca się wówczas w Jezierzanach Irena Monis. I dodała: "Leżenie i strach wycieńczyły nas. Paniczny złośliwy strach przy każdej sposobności, np... kiedy pies zaszczeka, kiedy ktoś głośniej rozmawia na podwórzu [...], a my siedzimy w dole wylęknieni, wsłuchując się w odgłosy z zewnątrz, z oczyma szeroko otwartymi, dyszący z braku powietrza, bez tchu, bez poczucia czasu, nie jedząc i nie pijąc, prawie bez życia. Paniczny, złośliwy strach ogarnia nas całych, jak płomień przedmiot oblany benzyną, rozciąga i gra naszymi nerwami, męczy nas i wycieńcza"210. Ukrywanie się było przecież poza wszystkim niezwykle trudnym doświadczeniem psychologicznym, wiązało się z uczuciami, które trudno wyrazić, "są one nieuchwytne, jak koszmarne sny"211. Codzienne trwanie wymagało nie lada wysiłku, życiu w ukryciu towarzyszyły bezustannie strach, napięcie i niepokój. Te uczucia notowała na bieżąco Fela Fischbein: "Strach, nasz rozpaczliwy paniczny strach, z którym stajesz oko w oko z obliczem śmierci, jest nie do wyrażenia słowami [...]. Źle sypiam, często płaczę, tracę pamięć, mylę się w mówieniu, a grunt szalenie nerwowa. Nie dziw temu wszystkiemu, człowiek tyle przeżywa i niewygód, zmartwień, a strachu, że się jest naprawdę z żelaza, jak to się wytrzymuje. Ale nie na długo. Nie mogę już więcej, nie mogę. Jestem kompletnie wyczerpana"212. Gdy zmniejszały się napięcie i strach, pojawiały się równie trudne do zniesienia monotonia, nuda, bezruch, konieczność "trwania bez istnienia". Wspominała o tym w swojej relacji na przykład Ada Schwerdt, która ukrywała się wraz z ojcem w piwnicy u chłopa Chlubka we wsi Rybniki: "Ojciec mój miał ze sobą swoją fajkę i nauczył mnie palić. Siedziałam całe godziny w kącie ciemnej zawsze izdebki, paliłam fajkę i obserwowałam unoszący się pod sufit dym"213. O apatii mówiła też Gina Mehr, która wraz z mężem przez 21 miesięcy ukrywała się na wsi w pobliżu Zimnej Wody (nieopodal Lwowa), oglądając świat przez dziurkę w firance wypaloną papierosem: "ogarnęła nas szalona apatia [...] czuliśmy się jak małe muchy w pajęczynie w sytuacji bez wyjścia"214.

Ukrywaniu się towarzyszyły także inne uczucia oraz rozważania o przyszłości, często pesymistyczne, jak u Giny Mehr: "nie oddawałam się złudzeniom, widziałam jasno przed sobą, jakie czeka mnie życie w razie uratowania się, i po zastanowieniu się doszłam do tego, że to był nonsens ratować się, żałowałam, że się dałam nakłonić do tego kroku". Więcej nadziei i optymizmu miał Marceli Neider, który ukrywał się na przedmieściach Kołomyi i zanotował w dzienniku 1 września 1943 r.: "miliony ludzi odeszło, bo tak chciał jeden szaleniec. Czy choć za to świat przyszły będzie lepszy? Inaczej urządzony? Myślę, że warto będzie żyć i widzieć te przemiany - gospodarcze, polityczne i rasowe, jakie nastąpią, te przesunięcia i nowe twory"215.

Niewiele jest dzienników z okresu Zagłady, których autorzy charakteryzowaliby się głębokim psychologicznym wglądem, potrafiliby precyzyjnie rozróżnić, nazwać i opisać własne uczucia. Nic w tym dziwnego - cierpienie otępia, dokonuje w człowieku spustoszenia, ogranicza jego horyzont czasowy i zmniejsza możliwości odczuwania zróżnicowanych emocji. "Cierpienie przytłacza i zdaje się odbierać człowiekowi samego siebie [...] wtrąca w najgłębszą samotność"216. Cierpienie wypełnia całą dostępną przestrzeń psychiczną i koncentruje na sobie możliwości poznawcze i emocjonalne tego, kto go doświadcza. Człowiek jest sparaliżowany: nie jest zdolny tworzyć, nie jest nawet w stanie przeżywać - cała "jego możność ogranicza się do zdolności cierpienia, znoszenia swego losu"217. Cierpienie ma różne treści i znaczenia; dla wielu ukrywających się dominował w nim paraliżujący strach, który utrudniał refleksję i subtelne rozróżnianie rozmaitych przeżyć. Własne emocje - strach doprowadzający niemal do obłędu, lęk przed śmiercią i jednoczesne pragnienie śmierci - głęboko i trafnie analizowała w dzienniku jedna z najbardziej refleksyjnych autorek, Aleksandra Sołowiejczyk-Guter. Ukrywała się na aryjskich papierach i pewnego dnia, siedząc na leżaku w podwarszawskiej wsi, zanotowała: "Czasami wydaje mi się, że jestem na najlepszej drodze do obłędu, bezustannie, bez ani chwili odpoczynku, bez względu na to, co robię, wydaje mi się, że widzę policję, która przychodzi mnie zabrać. Czapka listonosza, głośniejsze słowo, spojrzenie przechodnia zza płotu sprowadza na mnie śmiertelny strach, okrywa mnie zimnym potem. Nocami leżę wpatrzona bezsennie w ciemność, wsłuchana w każdy szelest, ciągle na czatach, ciągle z nerwami napiętymi do ostateczności, do punktu, gdy zdenerwowanie psychiczne przemienia się w fizyczny ból. To życie na pozór spokojne, ciche, wygodne, jest w rzeczywistości niewysłowioną męką. To nie jest już normalny ludzki strach, to jest choroba, obsesja, coś, co w jakimś podręczniku psychologii nosi nazwę "natręctwa myśli", co doprowadza podobno ludzi do samobójstwa. Myśl o samobójstwie staje się coraz bardziej natarczywa. Tylko że znowu, za wielka jest inercja, żeby zdobyć się na jakiś czynny przejaw woli, iść na szyny kolejowe czy most na Wiśle. Gdybym mogła mieć truciznę, rewolwer, coś, co nie wymagałoby takiego zasobu energii do wyprawy na tamten świat! Jaki dziwny paradoks, którego nie potrafię zrozumieć. Marzę o śmierci jako o wyzwoleniu od mojej męki, a jednocześnie powodem tej męki jest strach przed śmiercią"218.

Strach przed śmiercią, przed rozkładem ciała jest uniwersalnym ludzkim doświadczeniem egzystencjalnym; trauma śmierci jest na rozmaite sposoby - między innymi poprzez rytuały pogrzebowe - oswajana w różnych kulturach i religiach. Ale strach przed śmiercią, doznanie własnej skończoności jest także "przeżyciem, przeczuciem lub też świadomością utraty własnej indywidualności, przeżyciem gwałtownym, cierpieniem, lękiem, strachem. Przeczuciem pewnego zerwania, zła, porażki, tzn. przeczuciem traumatycznym. Jest świadomością pewnej pustki, nicości, która otwiera się tam, gdzie występowała indywidualna pełnia"219. Jestem przekonana, że istnieją różne strachy przed różnymi rodzajami śmierci. Strach przed śmiercią z ręki drugiego człowieka ma inny charakter, zabarwienie emocjonalne i gęstość niż strach przed śmiercią z powodu choroby czy starości. Śmierć z ręki drugiego człowieka to przekroczenie pewnej bariery gatunkowej, która wydaje się nie do pokonania. Jak stanąć przed drugim człowiekiem - takim samym? całkowicie obcym? - z którym niemożliwe jest jakiekolwiek porozumienie, od którego dzieli krok lub głębia bez dna, a w niej bezkresne rozdarcie, ostateczne załamanie człowieczeństwa, rozpacz i groza? Jak zrozumieć to uczucie opuszczenia przez bliźnich, gorzki, okrutny zawód i rozczarowanie ludzkością?

Oczekiwanie na własną śmierć, w którą trudno do końca uwierzyć i której uświadomienie sobie wywołuje "zawsze nowe zdumienie"220, musi być doświadczeniem tak bolesnym, pełnym napięcia, tak nie do zniesienia, że nie dziwi fakt, iż może wywoływać myśli samobójcze. Strach przed śmiercią może być gorszy od samej śmierci, jak niezwykle trafnie zapisała w swojej relacji Gina Mehr: "Trudno opisać, co się w takiej chwili dzieje w sercu człowieka, co przeżywa, stając z śmiercią oko w oko, wszystkie myśli nagle ulatują, mózg w ogóle nie pracuje, tylko serce wali młotem, całym instynktem broni się przed końcem, ten strach niesamowity jest na pewno okropniejszy od samej śmierci"221.

Być może u niektórych lęk przed śmiercią łagodziła wiara. "Maria Steczko" zanotowała w swoim pisanym w ukryciu dzienniku: "Mimo wszystkich ciosów chęć do życia jest tak wielka. Żyjąc w ciągłej niepewności i niebezpieczeństwie - tak strasznie i gorąco błagałam tego Boga - w którego istnienie już nieraz wątpiłam - żeby nas ocalił. Nie było takiej mocy na ziemi, która nas mogła ocalić, mimo woli więc wznosimy oczy do góry i szukamy pomocy w Bogu i wierzymy, że jest, że musi być, pomimo że takie straszne dzieją się rzeczy i że On na to bezprawie pozwala. Boże - błagałam - ulituj się, ocal nas. Pokaż, że jesteś i w uratowaniu nas okaż swoje wielkie miłosierdzie, o którym tyle się słyszy i mówi. Czyż nie dość ofiar? Czy koniecznie chcesz jeszcze ofiary z naszego życia i naszego dziecka? Za jakie grzechy? Kogo skrzywdziliśmy? Jaką zbrodnię popełniliśmy, że pierwszy lepszy szubrawiec ma prawo życia, a nad Żydami, nad nieraz najwartościowszymi jednostkami zapadł wyrok, że mu nie wolno żyć? Bo Hitler tak chce. [...] Prosimy Boga z całą ufnością i wiarą. Ach, jakże potężnym czynnikiem w niebezpieczeństwie jest modlitwa i wiara. Święte są słowa "gdy trwoga to do Boga", nie było [rzeczy], którychbym nie czyniła, nie było ślubów, którychbym nie ślubowała - błagając o życie za wszelką cenę"222. Także mąż Giny Mehr Arko "był wierzący, znajdywał jeszcze pociechę w modlitwie, regularnie odmawiał modlitwy, odmawiał psalmy, przestrzegał sobotę, wykombinowaliśmy nawet wspólnie kalendarz świąt żyd[owskich], czy był dobry, do dziś nie wiemy, ale według niego sami ustanowiliśmy sobie święta, pościliśmy pewnego dnia jak Jom Kipur, w święta wielkanocne jedliśmy niekiszone placki pieczone na kuchence, dało mu to zadowolenie i świadomość spełnionego obowiązku, ja i tego nie miałam, chciałam i ja się nagiąć do jego religijności, odmawiałam i ja psalmy, ale było to dla mnie tylko wypełnieniem bezczynnych godzin i bez tego kojącego wpływu co u męża. Nieszczęścia nasze zabiły we mnie wszelką wiarę, a przygniatająca była świadomość bezwartowości naszego życia, o które z takim uporem walczyliśmy"223.

Swoje rachunki czy raczej targi z Bogiem prowadziła też Fela Fischbein. Jej narzędziem w tych negocjacjach był post w intencji pomyślnego załatwienia różnych spraw - przede wszystkim w sytuacjach, gdy ukryta na strychu, sama nie mogła wyjść i zmuszona była posłać kogoś po rzeczy schowane u znajomych w Iwoniczu. W swoim dzienniku zanotowała: "Poszczę dzisiaj, aby pomyślnie rzeczy były załatwione. Dałam już dawno "nejder", że będę pościła, jak poślę do Iwonicza po rzeczy". Ponieważ post nie odniósł skutku i nie udało się odzyskać rzeczy z Iwonicza, kilka dni później Fela ponowiła starania: "Dziś znowu pościłam. Posłałam po rzeczy do Iwonicza. Przyjechał znowu z niczem. Mój mąż się śmiał, że poszczę, rzeczy nie będziesz miała, a jednakże znowu będę pościła, aby Pan Bóg nad nami się zlitował, abym rzeczy miała". Kolejna wyprawa nie przyniosła efektu, Fela zamierzała więc pościć kolejny raz 22 maja: "Poniedziałek. Poszczę, bo p. St[aszek] po raz czwarty do Iwonicza jedzie. O 3-ej stało mi [się] słabo. Zaczęłam jeść. Mąż się ze mnie śmiał, przerwałaś post, to rzeczy będą. I rzeczywiście p. St[aszek] przywiózł coś niecoś"224.

Wędrówka, ukrywanie się, skoncentrowanie na przeżyciu, dotrwaniu "do końca" wymagało mobilizacji wszystkich zasobów energii i sił życiowych, nie zostawiając wiele miejsca ani czasu na pogłębione refleksje. "Każdy przeżyty dzień był wiecznością. Żyło się tylko po to, aby zepchnąć ten czas, że może jutro przyniesie wybawienie"225. Ale jutro często przynosiło zamiast wybawienia utratę kryjówki, niepewną wędrówkę i dalszą udrękę.

Odejdźcie, przecież widzicie, że ja też mogę popaść w nieszczęście

Udzielanie pomocy, odmawianie jej i wyrzucanie

W tej książce, o czym wspominałam już na wstępie, zajmuję się niepowodzeniami w ukrywaniu się, interesuje mnie więc głównie odmowa pomocy i wyrzucanie Żydów, a nie pomaganie im. Choć opisanie zjawiska pomocy Żydom na wsi wykracza poza ramy tego studium, chcę o nim wspomnieć, by dopełnić obrazu błądzenia i wędrowania. Poszukujący ratunku Żydzi nierzadko znajdowali na wsi pomoc. Najczęściej była to pomoc okazjonalna, chwilowa, nazwałabym ją rozproszoną. Polegała na udzieleniu krótkotrwałego schronienia, nakarmieniu, wpuszczeniu do izby, by można się było ogrzać, pozwoleniu na przenocowanie w budynkach gospodarczych. Ten rodzaj pomocy łączył się ze względnie niewielkim osobistym ryzykiem - być może dlatego najłatwiej można było taką pomoc uzyskać. Bogdan Wojciszke, analizując badania psychologiczne nad gotowością do pomagania innym oraz bilansem pomocy (koszt udzielenia versus koszt zaniechania pomocy), napisał, że ludzie są skłonni pomagać, jeśli koszty udzielenia i zaniechania pomocy są niewielkie; jeśli są one duże (np... poważne narażenie własnego zdrowia czy bezpieczeństwa) - to nawet duże koszty zaniechania nie skłaniają do udzielenia pomocy. W wypadku Żydów poszukujących pomocy koszty odmowy były niewielkie lub żadne, a koszt jej udzielenia - ogromny. Inne badania wskazują, że pomagamy tym, których losy zależą od nas: "zależność losów innej osoby od naszych działań nasila skłonność do pomagania jej, nawet jeżeli nie odnosimy z tego żadnych korzyści materialnych, jeżeli niespecjalnie tę osobę lubimy, a nawet kiedy dowie się o naszej pomocy dopiero w odległej przyszłości lub też w ogóle nikt się o tej pomocy nie dowie. Wynikająca z tej normy skłonność do pomagania jest słabsza w społeczeństwach indywidualistycznych (jak amerykańskie) niż kolektywistycznych (jak indyjskie) i słabnie także wtedy, gdy osoba potrzebująca pomocy postrzegana jest jako winna krytycznej sytuacji, w której się znalazła, lub budzi antypatię"226. Tę prawidłowość można zinterpretować w ten sposób, że chociaż Żydzi byli całkowicie zależni od osób gotowych do udzielenia im pomocy, budzili jednak tradycyjną antypatię i niechęć, uważano również powszechnie, że sami ściągnęli na siebie karę za swoje niecne uczynki, od ukrzyżowania Chrystusa począwszy, a na "zażydzaniu" II Rzeczypospolitej skończywszy. Oczywiście pozostaje dyskusyjne, jak się mają badania przeprowadzane w laboratoriach uczelni amerykańskich do rzeczywistości polskiej pod okupacją niemiecką - niemniej wyniki eksperymentów psychologicznych stanowią pewne wskazówki do interpretacji, a przynajmniej inspirują do refleksji.

Drugi - rzadszy - rodzaj ratowania to pomoc długotrwała czy stacjonarna, polegająca na ukrywaniu Żydów przez długi czas, zgodnie z zawartą umową (bezinteresownie lub za pieniądze czy inne aktywa), w warunkach, jakie na wsi były możliwe, a jakie wcześniej opisałam. Ograniczeniem pomocy, jak się wydaje, były z jednej strony możliwości finansowe ukrywanych, a z drugiej - obojętność, niechęć i strach ukrywających. Strach przed swoimi i obcymi był całkowicie uzasadniony, a dla Żydów zrozumiały i oczywisty - stanowił argument niepodlegający dyskusji. Irena Monis wspominała: "po pewnym czasie kobieta ta powiedziała, że nie może nas więcej trzymać, bo ona się bardzo boi. Postanowiliśmy opuścić jej dom. [...] Siedzieliśmy u tego goja i on powiedział, że nie jest gotowy nas trzymać, [...] po prostu się bał"227. Ukrywający Żydów ryzykowali własnym życiem i było to ryzyko czasem nie do zaakceptowania dla poszukujących ratunku. Niektórzy woleli sami zginąć, niż narazić na śmierć drugiego człowieka. O jednej z takich osób opowiedział Zdzisław Rozbicki z Sokołowa Podlaskiego, u którego rodziców przez kilka miesięcy ukrywało się dwóch Żydów. "Byli to miejscowi krawcy, u których szyliśmy ubrania. Jeden ukrywał się na strychu w oborze [...]. By nie wzbudzać podejrzeń, rodzice polecali mi nosić żywność w wiadrze, do którego wstawiano w garnuszku coś gorącego i kawałek chleba (niby dla świń) [...]. Drugi ukrywany był w domu, w pokoju za podwójną ścianą, na której wisiała zasłona z koca. [...] Obaj ukrywający zdawali sobie sprawę, że kryjówka u nas jest niebezpieczna. [...] Pewnego dnia rano, jak zwykle, zaniosłem jedzenie [...], wszedłem. Nikogo nie było. W nocy opuścił kryjówkę. Bał się, że jak go Niemcy wykryją, to nie tylko on zginie, ale cała nasza rodzina [podkreślenie moje - B.E.]. Mówił mi o tym, gdy kilka razy odwiedziłem go na strychu. Kiedy wchodziłem do jego kryjówki, często się modlił. Cierpliwie czekałem, aż skończy modlitwę. Martwił się, że nie może pomóc mojej rodzinie. "Rodzice mają sześcioro dzieci na utrzymaniu, a jeszcze ja was objadam - mówił""228. Po jego odejściu drugi krawiec także opuścił rodzinę Rozbickich. Nie wiadomo, jak potoczyły się ich dalsze losy.

Niemniej Polacy za pomoc udzielaną Żydom ginęli i w wielu relacjach znajdujemy tego konkretne przykłady. Ita Gartenkranz wspominała: "we wsi Aleksandrówka [...] ukrył się żydowski chłopak, lat 16, uciekinier z Warszawy. Jego ukrywał tamtejszy chłop Książek. O chłopcu doniósł Niemcom Polak z sąsiedniej wsi. Niemcy przyjechali, znaleźli chłopca i zastrzelili go. Wzięli także Książka i kazali mu wykopać dół. Zastrzelili go i oba ciała zakopali w dole"229. Margot Dranger, ukrywająca się we wsiach w okolicach Krakowa, zapisała: "Krótko po naszym odejściu chłop Wilczyński ukrył u siebie jakąś dziewczynkę żydowską. Ktoś z chłopów okolicznych zrobił na niego donos. Żandarmeria niemiecka przeprowadziła rewizję i znalazła ową dziewczynkę. Nazajutrz Niemcy spalili jego dom, zabili ową dziewczynkę żydowską, potem chłopa Wilczyńskiego i jego rodzinę"230.

Podobnie tragiczną historię przytoczył krawiec z Tarnowa, Dawid Fromowicz, któremu w Biadolinach Radłowskich (gm. Wojnicz, pow. Tarnów) w niezwykły sposób pomagał Jan Stolarz: "użyczał nam zawsze schronienia, dostarczał nam wszystkim [ośmiorgu Żydom - B.E.] żywności i stale się z nami kontaktował, gdyśmy przebywali w lesie. Stolarz ostrzegał nas zawsze przed obławami i innymi niebezpieczeństwami, i donosił żywność do lasu. Byliśmy wtedy bez pieniędzy. Stolarz pomagał nam zupełnie bezinteresownie, nie brał w ogóle pieniędzy za żywność. Mimo zakazu wjeżdżania do lasu, wydanego przez Niemców, przywiózł nam sam swoim koniem 20 metrów ziemniaków na zimę. Jan Stolarz udzielał pomocy nie tylko nam. Ukrywał się u niego również adwokat z Wojnicza dr Gries. Na skutek doniesienia przybyła pewnego wieczoru do domu Stolarza policja niemiecka. Wyciągnięto z kryjówki dra Griesa, a z mieszkania wywleczono syna Jana Stolarza, Antoniego. Obu, tj. dra Griesa i Antoniego Stolarza, zastrzelili Niemcy przed domem. Nas wówczas nie zastali. Było to w marcu 1944 r. [...] Utrata syna, który zginął z powodu ukrywania Żyda, nie wpłynęła na jego postępowanie. Twierdził, że póki on żyje, to i my żyć będziemy. [...] Wyzwolenia doczekaliśmy w lesie, 20 stycznia 1945 roku"231. Warto zwrócić uwagę, że przyczyną wszystkich przytoczonych tu przykładów śmierci Polaków za pomoc Żydom było donosicielstwo innych Polaków.

Jak wynika z najnowszych badań, udzielana pomoc nie była najczęściej bezinteresowna, w znakomitej większości wypadków za nią płacono232 - żywą gotówką, dobrami materialnymi lub obietnicą wynagrodzenia po wojnie (najczęściej zapisem ziemi lub domu). W samym płaceniu za ukrywanie nie ma nic nagannego. Ukrywający Żydów Polacy ponosili przecież, oprócz psychologicznych, także materialne koszty ich ukrywania, z których najoczywistsze były koszty jedzenia. Wykarmienie dodatkowych osób przekraczało nieraz możliwości biednych najczęściej chłopów. Dla obu stron było oczywiste, że jedzenie kosztuje i że ten koszt muszą ponieść ukrywający się Żydzi. Do tego dochodził drugi składnik ceny ukrywania - bardzo różnie szacowany koszt strachu i ryzyka, które ponosili ukrywający. Ten koszt był wyceniany subiektywnie i - jak się wydaje - zależnie od możliwości szukającego pomocy. Ta suma stanowiła dla ukrywającego zysk i była jego zarobkiem uzyskanym za cenę strachu i łamania przepisów wydanych przez okupanta. Strach przy nieprzestrzeganiu tych przepisów był większy niż przy łamaniu innych (szmugiel, pędzenie bimbru) - a więc i potencjalny zysk powinien być większy. Ukrywanie Żydów było także po prostu rodzajem dość ryzykownej inwestycji, gdyż stawką było życie - ale inwestycja ta mogła się okazać opłacalna, mogła stać się realną szansą na poprawę warunków życiowych. Oskar Pinkus wspomina, jak jesienią 1942 r., po likwidacji getta w Łosicach, jego siedmioosobowa rodzina przyszła do chłopa, który miał zdecydować, czy będzie ich ukrywał: "kiedy spojrzałem na jego podarte ubranie i dziurawe buty, stało się jasne, że to całkowita nędza zmusiła go do podjęcia tak ryzykownej umowy handlowej [...]. Był to człowiek osaczony przez dwa potwory: śmierć i nędzę. [...] Z jednej strony byli Żydzi, którzy mogli spowodować, że pewnego dnia jego czaszka zostanie roztrzaskana przez niemiecką kulę; z drugiej spały jego głodne dzieci. [...]

W końcu powiedział: "kapota albo kaput" - albo będzie bogaty, albo zginie. W krótkim zdaniu wyraził wszystko, co można było powiedzieć, zawierało ono nie tylko jego decyzję, ale i sedno transakcji. Nędza wygrała i tym przygnębiającym zwycięstwem szydziła ze śmierci. Chłop postawił jeszcze jeden warunek - po wojnie oddamy mu całą naszą pościel. Obiecaliśmy mu dać wszystko, co posiadamy"233. O ile obie strony zawierające transakcję zgadzały się na pewną cenę i dotrzymywały umowy, o tyle wszystko było w porządku. Problem zaczynał się wówczas, gdy jedna ze stron - a byli to z zasady Polacy - nie przestrzegała umowy, zaczynała wykorzystywać sytuację zależności, w jakiej znaleźli się Żydzi, lub całkowicie tę umowę łamała. W tej książce, ze względu na kontekst wydawania i mordowania, koncentruję się właśnie na wypadkach niedotrzymywania umowy i na tym, co to oznaczało dla ukrywających się Żydów.

Nie istniał więc żaden obowiązujący cennik, a zróżnicowany koszt pomocy zależał od okoliczności, możliwości i umowy między dwiema stronami. Edward Ratkowski z Wiązownicy żądał za miesiąc ukrywania dwóch braci Zylberbergów w kryjówce na strychu za podwójną ścianą 4000 zł; ci sami Żydzi w innej wsi, w Goźlicach (gm. Klimontów, pow. Sandomierz) u Politów znaleźli kryjówkę (o wymiarach 1,75 m długości, 1,25 m szerokości i 1,28 m wysokości) w stodole za 3000 zł, płatną w materiałach, nie w gotówce (Zylberberg był krawcem, miał zapasy pochowane u różnych Polaków i wieczne kłopoty z ich odzyskiwaniem)234. Salomon Podchlebnik wraz z Korngoldem i jego synem ukrywał się przez dwa miesiące w piwnicy w wiosce nieopodal Turobina za 20 dolarów w złocie, 3000 zł czynszu oraz opłacanie utrzymania sześcioosobowej rodziny gospodarzy, później sześć tygodni u innego gospodarza za 150 zł dziennie, a następnie jeszcze gdzie indziej za 1500 zł miesięcznie235. Chaja Rosenblatt z mężem ukrywała się przez kilka miesięcy u Adama Kokoszki w Dulczy Małej, płacąc 50 dolarów miesięcznie236. Icchok Sznajman ukrywał się we wsi Kośno u gajowego, który "liczył bardzo przystępnie, nie wykorzystując sytuacji": autor relacji zapłacił mu rzeczami o łącznej wartości 60007000 złotych237. W Zagrobeli na przedmieściach Tarnopola ukrywała się przez dziewięć miesięcy grupa siedmiorga Żydów, płacąc 100 dolarów od osoby238. Amalia i Jakub Besterowie za ukrywanie w bunkrze w Dąbrówce koło Strzelec Małych (pow. Brzesko) płacili początkowo 300 zł, a później 500 zł miesięcznie. Po sześciu miesiącach, gdy skończyły się im pieniądze, gospodarze ich się pozbyli239. Aron Fajgenblum, przemysłowiec z Mińska Mazowieckiego, ukrywał się przez 18 miesięcy (początkowo sam, później z żoną) za "500 zł miesięcznie z zupami" u pewnej handlarki warzywami w Miłośnie240. "Za wielkim wynagrodzeniem" przez jedną noc na strychu w okolicach Ludwipola na Wołyniu ukrywała się Estera Guz241. Cypora Frydman wraz z pięcioma innymi Żydami przechowywała się w okolicach Włodawy u chłopa w ziemiance pod oborą - płacili 8000 zł miesięcznie za samo miejsce, a dodatkowo - za jedzenie. Po czterech miesiącach przenieśli się do lasu242. Boruch Mordka Elbinger ukrywał się z żoną i dwójką dzieci we wsi Stręgoborzyce (gm. Igołomia, pow. Kraków) u pewnego chłopa, który żądał początkowo 1200 zł tygodniowo, ale po dłuższych targach zgodził się na 3500 miesięcznie, "a osobno za jedzenie. Za produkty liczył 100 procent drożej według rynkowych cen"243. Fela Fischbein, ukrywająca się wraz z mężem u Katarzyny Dunajewskiej w Woli Komborskiej, płaciła miesięcznie 2000 zł czynszu (i - co rzadkie - suma ta nie uległa zmianie przez kilkanaście miesięcy pobytu na strychu) oraz dodatkowo za zakupy i rozmaite usługi. Jako podsumowanie kwestii ukrywania się za pieniądze niech posłuży cytat z dziennika tejże Feli Fischbein, która 19 listopada 1943 r. zanotowała: "polityka wszak największą rolę odgrywa w naszej sytuacji, ale jednakże jeszcze większą rolę odgrywają pieniądze. Póki one są, można liczyć na schowek, gdyby nie daj Boże zabrakły, to ciebie nie będą trzymali. A ilu Żydów z tego powodu wyrzucono. Póki mieli, trzymali, a później, jak forsa wyszła, to darmo nie chcieli ryzykować życia. Koniec był zawsze jednakowy, bezpardonowo tragiczny. [...] Dla nas jest jedna nadzieja: pieniądze i pieniądze. Za to będziesz ukryty, za to będziesz dokumenta miał. Tylko niestety, gdzie ich wziąć"244.

Część IW ukryciu

Eksterminację Żydów, dokonywaną przez Niemców na terenach Generalnego Gubernatorstwa, które wyznaczają ramy terytorialne mojej analizy, można podzielić na kilka etapów. Pierwszy to eksterminacja pośrednia: wyniszczanie Żydów w gettach głodem, chorobami i pracą ponad siły. Drugi etap to eksterminacja bezpośrednia: mordowanie w obozach zagłady prowadzone pod kryptonimem akcja "Reinhardt"35. Etap trzeci to poszukiwanie i mordowanie niedobitków. Ten etap - nazywany przez Niemców Judenjagd, czyli "polowaniem na Żydów"36, miał dwie fazy: pierwszą, trwającą kilka-kilkanaście dni po wysiedleniu (tj. wywiezieniu do obozu zagłady), kiedy Niemcy (często przy pomocy policji pomocniczych) systematycznie wyłapywali ukrywających się na terenie opuszczonych gett i w ich pobliżu, oraz drugą - trwającą praktycznie do końca wojny, polegającą na tropieniu, łapaniu i mordowaniu wszystkich ukrywających się jeszcze Żydów. W tej ostatniej fazie polowania Niemcy nie wyłapywali już Żydów sami - przyjeżdżali jedynie na wezwanie lub zabijali tych, których im mieszkańcy wsi i miasteczek dostarczyli na posterunek żandarmerii (w dużych miastach Żydów wydawali szmalcownicy i autorzy donosów zdradzający ich kryjówki), by Niemcy mogli dokończyć dzieła wyniszczenia.

Moja opowieść zaczyna się w momencie, kiedy kończy się drugi etap Zagłady i rozpoczyna trzeci, lecz najbardziej interesuje mnie druga faza tego etapu polowania na Żydów i niemal wyłącznie na niej się tu koncentruję. Nie będę więc przedstawiać genezy i przebiegu wcześniejszych faz eksterminacji - której powody dla Żydów (jak chyba zresztą i dla wszystkich innych) - w gruncie rzeczy pozostają całkowicie niezrozumiałe i z pewnego punktu widzenia nieistotne. Liczyło się to, że - jak to wyraziła jedna z ocalałych - "wiedziałam, że żydów zabijają, bo Niemcy nas nie lubią. Ale nie wiedziałam dlaczego"37.

Mordowanie Żydów w czasie akcji "Reinhardt" miało swój powtarzalny przebieg: likwidowano kolejne getta (z mniejszych przesiedlano ich uprzednio do gett zbiorczych) - wysyłając skupionych w nich ludzi do obozów zagłady. Podobnie traktowano Żydów mieszkających na wsi - jeśli wcześniej nie przesiedlono ich do miasteczek i gett, pozostawiając nieco na uboczu procesu prześladowań, to wiosną-latem 1942 r. zostali włączeni w rozpoczynający się wtedy kolejny (po wyniszczaniu przez pracę i warunki życia w gettach) etap eksterminacji. Majer Szulim Lewinsohn, rolnik ze wsi Zawitała (pow. Garwolin), zapisał, że "we wsi Zawitała przed 1939 r. mieszkało 15 żydowskich rodzin. Większość z nich uprawiała ziemię, a niektórzy byli rzemieślnikami, krawcami, szewcami. Niedługo po wkroczeniu Niemcy powołali Judenrat, siedzibą jego było miasteczko Ułęż i nasza wioska podlegała administracyjnie temu miasteczku. Judenrat pośredniczył w akcjach organizowanych przez Niemców"38. Abram Adolf Bron, urodzony w 1904 r. we wsi Węglinek (pow. Janów Lubelski), wspominał: "Niemcy wkroczyli do naszej wsi, gdzie mieszkałem aż do wysiedlenia. W 1942 roku było u nas 70 Żydów. [...] Przy wysiedlaniu poniżano nas i pędzono do aut. Część Żydów przewieziono do Janowa, do pracy"39. Wysiedlenie Żydów na wsi wyglądało zapewne wszędzie podobnie: na polecenie Niemców musieli się spakować i przygotować do drogi, chłopi zaś mieli zapewnić podwody - dla wszystkich lub jedynie dla starych i chorych, a pozostali szli piechotą do najbliższej stacji kolejowej. Tak było na przykład we wsi Okrzeja (gm. Krzywda, pow. Łuków): "23 października 1942 r. przed nocą sołtys Okrzei obszedł wszystkie żydowskie domy i zakomunikował, żeby rankiem następnego dnia wszyscy Żydzi byli przygotowani do wysiedlenia [...]. [Żydzi] zaczęli się przygotowywać do drogi. Pakowali małe paczki, zabierali ze sobą tylko niezbędne rzeczy, przydatne w drodze. I rano, między siódmą a ósmą, ze wszystkich żydowskich domów wyszli ich mieszkańcy. Ludzie szli na plac, gdzie stały w pogotowiu chłopskie furmanki. Po pięć-sześć osób siadaliśmy na furmanki i po zapłaceniu po 100 złotych furmanki ruszyły we wskazaną drogę"40.

Po drodze często zabijano tych, którzy nie nadążali i zostawali w tyle. Pozostali dochodzili na stację, gdzie ładowano ich do wagonów, i jechali do obozu śmierci. Grupę Żydów pozostawiano na miejscu - do likwidowania mienia, uprzątania majątku po wysiedlonych, pochowania zwłok itp., a następnie byli oni zabijani lub kierowani do istniejących jeszcze w pobliżu gett (likwidowanych później) bądź obozów pracy. W tych obozach Żydzi pozostawali jeszcze kilka miesięcy, czasem dłużej, do jesieni 1943 r.41 Każdy etap eksterminacji dawał pewne możliwości ratunku - ludzie chowali się, wychodzili z grobów, wyskakiwali z pociągów, uciekali z obozów i poszukiwali schronienia. Właśnie ich losy - Żydów, wokół których czaiła się śmierć - przedstawiam w tej książce.