Jest jeszcze czas - Marcin Mosurek

Kup ebooka

18.17 zł
15.08 zł (15,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Poeci

Poeci

Werbalni ekshibicjoniści, na miarę czasu

Na usługach słów banalnych

Niewypowiedzianie niedopowiedziani

Kropki na końcach zdań,

Które nigdy nie powstaną

Duchowi nudyści

Ja

Ty

On

Ona

Ono

My

Wy

Oni

One

Nadzy do kości

Z duszą (nie)gotową na ciosy

Z duszą (nie)gotową na rany

Z duszą...

Się duszą

My

Jeszcze... nie

***

Dlaczego myślisz, że zawsze jest za późno

Że czas Twój nadszedł, zupełnie nie w porę

Oczy ku niebu wznosisz, lecz na próżno

Nieświadom tego, że masz wolną wolę

Na palcach zliczasz momenty euforii

Radości chwile, co jak pył uciekły

Te krótkie przypadki głupkowatej mojry

A może to tylko pustki stan przewlekły

Jesteś sekundą, krótkim życia tchnieniem

Własnej historii śmiertelną chorobą

Kolce wbijasz w serce, karmisz je cierpieniem

Myśląc, że to fatum ciągnie się za Tobą

Za maską z uśmiechem numer 207

By nikt nie poznał jak bardzo Cię boli

Duszę przykrywasz bardzo grubym pledem

Zranioną moczysz jeszcze w beczce soli

Karmisz swoje myśli samobiczowaniem

Burzowe chmury toczysz neuronami

By końcem końców, dobrym obyczajem

Gdy życie ujdzie, zostać zapomnianym

Połamane serca

Drzewa

Powalone jak domki z kart

Zniszczone życia

Zamknięte w dnach butelek

Warte tyle co

Przelotne chwile

Czasami lata

Momenty scyzorykiem wyryte

W korze starej brzozy

On ją

Ona jego

Kłódką zamknięci na jednym z mostów

Dwie dusze

Jak jedna

Zbyt mocno

Zbyt szybko

Dziś dogorywają

Na zgliszczach miłości

Bez skrzydeł

Połamane serca

Serce

Zobaczyłem go wczoraj

Przykrył obdartą niegdyś ścianę pełną brudu

Wielokrotnie oszczaną

Przez stałych bywalców pobliskiego całodobowego

Ktoś się postarał

Mural w otoczeniu szarych kamienic,

Brudnych okien

Walającego się gruzu

Ktoś na tej cholernie paskudnej ścianie

Umieścił serce

Wielkie, czerwone

Bijące oczojebną czerwienią po oczach

Pasuje tutaj jak pięść do nosa

Choć tutaj pięść do nosa

Wpasowuje się dość często

Taka okolica

Pełna knajp morderców

Najczęściej niedoszłych

Zabijających

Zapijających wszystko

Dziś zapijają ten cholerny rysunek

Oni mają serce

Dziś jeszcze w nie patrzają

Paczają

Wypaczają znaczenie

Bo po co im tu ono?

Dla nich nikt nigdy serca nie miał

Poza tym jednym

Jak tu teraz szczać na ścianę?

Rozdzielenie

Powietrze kwitnie

Jesiennym parkiem

Deszczem i mokrą ławką

Dżdżyste krople

Na mokrych paltach

Płaszczach i kurtkach

Małe diamenty

Świateł neonów

Reflektorów

Coraz cichsze śpiewy

Pakujących walizki

Na wakacyjne wojaże ptaków

Kolory tracą kolory

Tęcza drzew

Gnije w jesiennych kałużach

Masz tak samo

W innym czasie

I przestrzeni

Chciałbym

Chciałbym widzieć przyszłość

Nawet jeśli boli

Bo przecież nie ma rany

Co się nie zagoi

Móc otworzyć oczy

Pomiędzy ślepcami

Stać się najmądrzejszym

Pomiędzy głupcami

Chciałbym słyszeć więcej

Niż do mnie mówicie

Powstać chciałbym z martwych

By przeżyć swe życie

Chciałbym takiej wiary

Co góry przenosi

I skrzydeł jak anioł

By w niebo się wznosić

Chciałbym takiej mocy

By los swój odmienić

Abym mógł pokochać

Jeszcze tej jesieni

***

Podejdź człowieku

Życiem strudzony

Podejdź i usiądź

Tu przy mnie na pniu

Szedłeś swą drogą

Przez różne życia strony

Odpocznij

To będzie nas dwóch

Wędrówką, wszak życie jest człowieka

Po bagaż doświadczeń i snów

Odpocznij i rusz

Bo życie nie zaczeka

Kolejne wyzwania postawi nam znów

Dlaczego?

Dlaczego te drogi tak dziwne i kręte

Gdy życie nam daje marchew na zachętę

Te znaki przy drogach tak niezrozumiałe

A nasze starania, choć wielkie to małe

Dlaczego, gdy serce podane na dłoni

Za drugim, choć obok, wciąż goni i goni

I pędzi i bije i wciąż się wyrywa

Chociaż jest najlepsze, to ciągle przegrywa

Dlaczego ten uśmiech, jest zawsze lecz smutny

I los nas, jak kat wciąż rani okrutny

Niesie nam nadzieję, a potem odbiera

Żebyśmy jak Syzyf, na start i od zera

Dlaczego choć chcemy, to związane ręce

Zamiast coś robić, to tkwimy w udręce

Idziemy przed siebie małymi krokami

I rozdrapujemy, to co już za nami

Dlaczego na życie nieprzygotowani

Tylu ludzi wokół, a wszyscy wciąż sami

Bez celu, bez sensu, bez chęci istnienia

Ktoś kradnie nam nawet ostatnie marzenia

Odnajdź

Gubię się

W poczuciu czasu

Lęku własnej przestrzeni

Rozumieniu rzeczywistości

Gdy chłód ludzkich spojrzeń

Przeszywa mnie

Do kości

A jednak

Czas w starym zegarze

Przestrzeń w dłoni ukrytą

Kolory codzienności

I ciepło mojego spojrzenia

Zawsze

Mimo nie-bliskości

Zostawiam

Dla Ciebie

***

Nie każdy bunt

To nasza wygrana

Pod butem pet

I chodnik pełen opowieści

Zmienione postaci

Bohater bez maski

Trotuar kusi historią

Igła gramofonu

Już dawno wyszczerbiona

Jak zęby gentlemanów

Sprzed sklepu nocnego

Kapsel głucho toczy się po asfalcie

Życie toczy się po tarczy zegara

Baterie do wymiany

A zegarmistrz

Ten od światła

Purpurowy

Jak autobus linii 13

Nigdy na czas

Recycling

Złomowisko serc

Kilka złotych za kilo

Wygniecione, pomięte

Kolejki zbieraczy wyciągają je nocami

Z koszy, ze śmietników

Znajdują je w krzakach

Po zbyt hucznych weekendowych imprezach

Te parę złotych

Wystarczy na fajki i kilka piw

Z tego żyją

Z tego umierają

A my?

Zbyt wrażliwi

Doświadczeni

Czekamy na nowe serce...

Z recyclingu

Z pamięcią wyczyszczoną...

Z miłości

Obraz

Przestrzeń za plecami

Uwiecznionej w nienaturalnej pozie modelki

Łagodnie przywodzi na myśl

Archetyp biblijnego raju

Gdzieś w tle, przy jednym z drzew

Pewna mieszana para

On - mężczyzna postawny, z drobnym defektem

Brakiem jednego żebra

Ona - powabna, ulotna, chimeryczna białogłowa

W towarzysssssstwie węża

Rwą i pałaszują najsmaczniejsze owoce z tutejszych drzew

Rwetes, harmider, szał

Praojciec i pramatka

Wygnańcy wieczności

Rajscy banici, wprost z tła obrazu

W zatrzymanym na płótnie czasie

Będąc tłem dla idealnej modelki

Tworzą historię, legendę

Monochromatycznie wwiercają się

W kolejny rok niebiańskiego niebytu

Tylko modelka tkwi niewzruszona

Bez emocji, samotna, zamknięta w ramach

Konwenanse zabiły uśmiech

Konwenanse zabiły w niej...

Człowieka

Przechodzień

To miał być zwykły dzień

Gdzieś obok mnie

Zwyczajnie

Przeszedł przechodzień

Wraz z nim

Jak duch podążał jego cień

W nim

Tajemnice

Schody

Biegnące, nie wiem ku czemu.

I przestrzeń mlecznej mgły

Kilka kubków

Zmieszanych i wstrząśniętych

Przesiąkniętych przeszłością

Ran nie zobaczysz na skórze

Gdy dojrzysz

Bez skrzydeł w środku dnia

Uniesiesz się ku górze

Duszy znaki, blizny, znamiona

Przechodzień przechodzi

W środku dusza kona

Ulica

Ukradła mnie ulica

Betonowy, brudny szlak

Z serca mnie obdarły gasnące latarnie

Ja leżę, nie ma nieba

Dobrze mi na wznak

Na bruku chodnika

Podarta spódnica

Omijam kałużę

Gdy idę, to jak rak

Niby krok, niby w przód

A wszystko robię wspak

W asfalcie lampy konającej ogniki

Na mokrej czerni składają się w znak

Ja zbieram stare i suche patyki

Wbijam je pod żebra, tętna prawie brak

Urlop od życia

Człowieka

Tlenu

Słońca

Płuca zdławione

Łapią tablicę Mendelejewa

Ciężkie i lekkie metale

Kwasy i zasady

Dla zasady...

A może wbrew

Gazy takie są...

Ulotne

Złap je

Jak ja łapię chwile

Zatruwam się powietrzem

Trzeźwieję

Pijana sobotą wątroba

Umysł wciąż tępy

Trudy bycia sobą

Czuję je w sobie

Na sobie Twój wzrok

Człowieka

Hologramy dziś

Już takie realne

Projekcja

Między wdechem

A wydechem

Nieobecność nieusprawiedliwiona

Chwila niebycia

L-4 poproszę

Urlop zdrowotny

Od życia

Ciche wody

Ucichły całkowicie

I tak już ciche wody

By szumieć

Szemrać

Szeptać

Nie dałem im dziś zgody

Porwały już swe brzegi

Jak stare, starte spodnie

Niech płyną, nie wiem dokąd

Niech płyną swobodnie

Zatapiam się w ich nurcie

Zanurzam całe ciało

By wszystko z siebie wymyć

To ciągle jest... zbyt mało