Jeśli zachowasz pamięć o grzechu - Andrea Bajani

Kup ebooka

36.00 zł
28.60 zł (28,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uści­snę­li­śmy so­bie dło­nie przy po­wi­ta­niu i za­mil­kli­śmy. Po­wie­dział mi tylko, że ma na imię Chri­stian, a po­tem spu­ścił wzrok. Na dłoni po­zo­stała mi pa­mięć szorst­kiej skóry, od­cisk ręki jakby od ko­goś po­ży­czo­nej, tak bar­dzo nie pa­so­wała do ła­god­nej, nie na mnie pa­trzą­cej twa­rzy. Wi­tamy w Ru­mu­nii, do­dał, bio­rąc moje wa­lizki. Przez kilka chwil sta­li­śmy bez ru­chu parę me­trów od prze­suw­nych drzwi. Nie mo­głem się zde­cy­do­wać na wyj­ście, a drzwi otwie­rały się i za­my­kały, prze­pusz­cza­jąc ko­lejne osoby. Wi­tamy w Ru­mu­nii, po­wie­dział, choć prze­cież na tym ru­muń­skim lot­ni­sku wi­dzia­łem tylko po­dró­żu­ją­cych Wło­chów, męż­czyzn i ko­biety, spie­szą­cych do wyj­ścia z tor­bami i wa­liz­kami na kół­kach. Tych sa­mych, z któ­rymi jesz­cze kilka mi­nut wcze­śniej sie­dzia­łem w ka­bi­nie sa­mo­lotu, tych sa­mych, któ­rzy za­częli krzy­czeć do mi­kro­fo­nów swo­ich ko­mó­rek, le­d­wie sa­mo­lot za­trzy­mał się na lot­ni­sko­wej pły­cie, tych sa­mych, któ­rzy krzy­czeli da­lej w au­to­bu­sie do ter­mi­nalu, a po­tem zni­kli wraz ze swoim pod­ręcz­nym ba­ga­żem, pod­czas gdy ja wciąż cze­ka­łem na swoją wa­lizkę. Mię­dzy tymi za­bie­ga­nymi ludźmi by­łaś kie­dyś i ty.

Chri­stian stał przez ja­kiś czas obok mnie; dwaj nie­ru­chomi męż­czyźni w stre­fie cią­głego ru­chu. Ale po chwili prze­jął ini­cja­tywę, po­wie­dział Pro­szę za mną, ru­szył do wyj­ścia i prze­śli­zgnął się przez au­to­ma­tyczne drzwi. Pa­trząc na niego od tyłu, na jego sze­ro­kie ra­miona i wci­śniętą w barki szyję, ro­zu­miało się twar­dość jego dłoni. Kiedy pod­nio­słem głowę, już go nie było, znikł po dru­giej stro­nie ulicy, a obok mnie prze­cho­dzili lu­dzie, gło­śnik mó­wił Aeoro­por­tul Oto­peni i re­cy­to­wał od­loty i przy­loty we wszyst­kich ję­zy­kach świata. W końcu i ja ru­szy­łem do szkla­nych drzwi, od­naj­du­jąc do­brze mi znany smak w pa­trze­niu, jak otwie­rają się w ostat­niej chwili przed zde­rze­niem z prze­zro­czy­stą ta­flą. Zna­la­złem się na ze­wnątrz, słońce ude­rzyło mnie w twarz i to już była Ru­mu­nia. W cha­osie nad­jeż­dża­ją­cych i od­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów pró­bo­wa­łem na­mie­rzyć wzro­kiem Chri­stiana, ale ośle­piały mnie bły­ski słońca na szy­bach aut, nie dało się przez nie nic do­strzec. W końcu za­uwa­ży­łem go koło sie­bie, oka­zało się, że nie­świa­do­mie sta­li­śmy tuż obok, szu­ka­jąc się po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Prze­szli­śmy na drugą stronę, wci­ska­jąc się mię­dzy auta wlo­kące się w korku, dla bez­pie­czeń­stwa opie­ra­jąc ręce na ma­skach sa­mo­cho­dów. Krę­ci­li­śmy się przez ja­kiś czas wśród sto­ją­cych ma­szyn, Chri­stian nie pa­mię­tał, gdzie za­par­ko­wał. Kiedy zo­ba­czył swoje auto, przy­spie­szył kroku. Otwo­rzył je pi­lo­tem, bły­snęły świa­tła, me­to­dycz­nie umie­ścił moje torby w ba­gaż­niku. Obok nas par­ko­wała sta­reńka, po­obi­jana da­cia, wy­glą­dała, jakby nikt jej stam­tąd nie ru­szał od pięć­dzie­się­ciu lat. Na par­kingu stało pełno ta­kich sa­mo­cho­dów, wy­glą­dały jak wraki na mie­liź­nie, jak przy­pięte do słupa ro­wery, któ­rych wła­ści­ciele dawno po­umie­rali, mi­jane obo­jęt­nie przez prze­chod­niów.

Chciał, że­bym usiadł z tyłu, Pro­szę, na­le­gał, otwie­ra­jąc mi drzwi. Po­tem przez więk­szą część drogi mil­czał, a ja pa­trzy­łem na jego kark i li­nię wło­sów, szu­ka­łem na nim Ru­mu­nii i ja­kie­goś śladu cie­bie. Cza­sem, zer­ka­jąc na mnie w lu­sterku wstecz­nym, oświad­czał Przy­kro mi z po­wodu pań­skiej matki. Mó­wił to gładką włosz­czy­zną, nutę ob­co­ści czuć było bar­dziej w spoj­rze­niu, które to­wa­rzy­szyło sło­wom, niż w for­mie, w ja­kiej wy­cho­dziły z jego ust. Na twarz na­ło­żył ża­łobę, jakby ten prze­jazd z lot­ni­ska sta­no­wił część two­jej ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej. Chri­stian był twoim kie­rowcą przez wiele lat. Ile­kroć lą­do­wa­łaś w Bu­ka­resz­cie, po­ja­wiał się na lot­ni­sku, ocze­ki­wał cię parę me­trów za ba­rier­kami, a na­stęp­nie uwal­niał od ba­gaży. Za­wsze sa­dzał cię na tyl­nej ka­na­pie, wy­szu­ki­wał coś do­brego w ra­diu i je­cha­li­ście ra­zem do firmy; nie mu­sia­łaś na­wet nic mó­wić. Wie­czo­rem przy­jeż­dżał i od­wo­ził cię do domu. Sa­mo­chód był wciąż ten sam, twoje na­zwi­sko wid­niało na jego boku wraz z na­zwi­skiem two­jego wspól­nika. Sie­dzia­łaś tam, gdzie ja te­raz sie­dzia­łem, wi­dzia­łaś to samo, co ja te­raz wi­dzia­łem, mia­sto koń­czące się na­gle jak no­żem uciął i cią­gnące się ki­lo­me­trami jed­na­kie szczere pole.

Chri­stian miał naj­wy­żej trzy­dzie­ści lat, ale wy­glą­dał na znacz­nie wię­cej, si­wiały mu włosy na skroni, oczy ze zmarszcz­kami roz­cho­dzą­cymi się pro­mie­ni­ście od ich ką­ci­ków przy­po­mi­nały cu­kierki owi­nięte w pa­pie­rek. Pro­wa­dził ucze­piony kie­row­nicy, jakby chciał zrów­no­wa­żyć siłą ra­mion wy­bo­istość drogi, którą je­cha­li­śmy. Ro­bił to z pew­nym uni­że­niem, bo nie­za­leż­nie od mo­jego wieku by­łem prze­cież twoim sy­nem. Przy każ­dej dziu­rze zer­kał w lu­sterko i mó­wił Prze­pra­szam, jakby to z jego winy nie wszystko na mój przy­jazd znaj­do­wało się w na­le­ży­tym po­rządku. Je­cha­li­śmy więc wolno, Chri­stian la­wi­ro­wał po szo­sie, by omi­nąć dziury w na­wierzchni, a ja chwy­ta­łem się fo­tela przede mną i, sam nie wiem dla­czego, chciało mi się śmiać. Cza­sem wy­prze­dza­li­śmy wó­zek za­przę­żony w ko­nia, Chri­stian wska­zy­wał mi go, uno­sząc brew z mie­sza­niną dumy i wstydu. Na­gle wiej­ski kra­jo­braz zo­stał prze­rwany przez szpa­ler bla­sza­nych ba­ra­ków sto­ją­cych gę­sto obok sie­bie, każdy z na­zwi­skiem na szczy­cie ni­czym ban­dera. W tym kor­do­nie pro­sto­pa­dło­ścia­nów cią­gną­cym się obok nas ki­lo­me­trami na kształt muru z bla­chy i be­tonu były na­zwi­ska wło­skie, fran­cu­skie, nie­miec­kie, duń­skie, ame­ry­kań­skie. Two­jego nie zna­la­złem.

Póź­niej od­chy­li­łem się na opar­cie, a Chri­stian włą­czył ra­dio i ob­ser­wo­wał mnie w lu­sterku. Pod­nio­słem wieczko po­piel­niczki, w środku znaj­do­wało się cmen­ta­rzy­sko zgnie­cio­nych nie­do­pał­ków, to były twoje pa­pie­rosy. Na­tych­miast ją za­mkną­łem. Już pra­wie je­ste­śmy, po­wie­dział Chri­stian po chwili. Na­wet nie wie­dzia­łem, do­kąd je­dziemy. Do­sta­łem je­dy­nie te­le­gram od two­jego wspól­nika, tego sa­mego, któ­rego na­zwi­sko tuż obok two­jego wid­niało na drzwiach sa­mo­chodu. Te­le­gram za­wie­rał je­dy­nie datę po­grzebu i nu­mer te­le­fonu, na który prze­ka­za­łem go­dzinę przy­lotu na lot­ni­sko Oto­peni. Dziew­czyna, która ze mną roz­ma­wiała, po­wie­działa mi, że ktoś mnie od­bie­rze i przy­wie­zie na Miej­sce. Do­dała jesz­cze Przy­kro mi, Lo­renzo, a moje imię za­brzmiało w jej ustach tak, jak­by­śmy się znali od dawna.

Zje­cha­li­śmy z drogi głów­nej na żwi­rówkę bie­gnącą wśród pól. Chri­stian wy­łą­czył ra­dio. Da­leko przed nami ma­ja­czył nie­bie­ski han­gar sto­jący po­środku ni­czego, wy­glą­dał jak pa­ła­cyk my­śliw­ski z bla­chy. Nad wej­ściem po­wie­wały dwie flagi, ta więk­sza była wło­ska. Obok, mniej­sza, flaga Ju­ven­tusu. Chri­stian od­wró­cił się do mnie, po­wie­dział Je­ste­śmy, a po­tem sku­pił się na dro­dze. Zwol­nił, za­trą­bił dwa razy, skrzy­dła bramy otwarły się na oścież. Je­ste­śmy, po­wtó­rzy­łem za nim i wje­cha­li­śmy do środka. Brama z wolna się za nami za­mknęła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki