Nina
Nazywam się Nina Harbour. To mój pierwszy dzień pracy, więc byłabym wdzięczna, gdyby zechciała mnie pani zaanonsować odpowiedniej osobie, która z pewnością na mnie czeka.
Starałam się zrobić jak najlepsze wrażenie, jednak wzrok kobiety siedzącej za biurkiem zdradzał, że nie najlepiej mi to wychodziło. Spojrzenie recepcjonistki w pierwszej kolejności spoczęło na białej bluzce, którą miałam na sobie, a zaraz potem powoli przeniosło się na moją twarz. W powietrzu można było wyczuć unoszące się niewypowiedziane pytanie. Wszystkiemu winna była brązowa plama, zdobiąca górną część mojej garderoby. Było mi niesamowicie wstyd, ale nie miałam czasu na powrót do mieszkania, żeby się przebrać.
Dotarłam tutaj pięć minut przed czasem, aby wykazać się profesjonalizmem; bo przecież każdy wie, że nie należy przychodzić na ważne spotkania ani za późno, ani tym bardziej za wcześnie, lecz pokonując dumnie schody, potknęłam się nagle na jednym ze stopni, a wtedy kawa z papierowego kubka chlusnęła na mnie, parząc mi dekolt.
- Z kim rozmawiałaś? - zapytała młoda kobieta, od razu przechodząc ze mną na ty, co zupełnie zbiło mnie z tropu.
Nie byłam do końca pewna, czy panowały tutaj takie zasady, czy też moja rozmówczyni chciała w jakiś sposób pokazać mi swoją wyższość nade mną ze względu na staż pracy. A może moja poplamiona bluzka spowodowała, że kobieta potraktowała mnie jak niechlujną gówniarę? Ona sama prezentowała się nienagannie ze starannie ułożonymi kręconymi włosami w kolorze czekolady oraz w czerwonej bluzce. Jej śniada cera zdawała się ledwie muśnięta makijażem, za to wyglądała zjawiskowo, jakby kobieta spędziła cały weekend w spa i przyjechała do pracy bezpośrednio po relaksującym zabiegu. Z drugiej strony wyraz jej twarzy wskazywał na umęczenie i brak cierpliwości.
- W ubiegłym tygodniu rozmawiałam z Amandą z działu HR. Poinformowała mnie, że o swoim przydziale dowiem się na miejscu.
- Z Amandą? - dopytała recepcjonistka, jakby chciała się upewnić.
- Tak. Miałam się zgłosić dzisiaj. Więc jestem. Gotowa na mój pierwszy dzień pracy.
Który raz to powtórzyłam? Mój pierwszy dzień pracy. Powtarzałam to w kółko w myślach jak jakieś zaklęcie, w obawie, że od czasu ostatniej rozmowy z Amandą coś mogło się zmienić. Potrzebowałam tej pracy. Potrzebowałam jej jak jasna cholera.
- Świetnie! Wreszcie! - usłyszałam za plecami.
Odwróciłam się w stronę kobiecego głosu, który wybrzmiał tak niespodziewanie, że aż drgnęłam w przestrachu.
- Chodź za mną - poleciła drobna, lecz niezwykle energiczna osóbka, która absolutnie nie miała zamiaru na mnie czekać, tylko parła do przodu wzdłuż pustej ściany, mijając po drodze rzędy biurek zajmowane przez pozostałych pracowników.
Rzuciłam szybkie spojrzenie recepcjonistce, ale ta wzruszywszy ramionami, wróciła do swoich zajęć. Wyglądała na zadowoloną z obrotu sprawy, bo już nie musiała się mną dłużej zajmować. Ruszyłam więc, próbując nadążyć za kobietą bez zwracania na siebie uwagi innych, lecz gdy nagle zatrzymała się przed dużymi szklanymi drzwiami i odwróciła się w moją stronę, prawie na nią wpadłam.
- To będzie twoje stanowisko pracy - oświadczyła, wskazując dłonią blat pustego biurka, które znajdowało się naprzeciw wejścia do oszklonego gabinetu. - Przynieś mi kawę i za dziesięć minut spotkamy się w konferencyjnej. Nie spóźnij się.
Zanim odeszła, zdążyłam się jej przyjrzeć. Na moje oko mogła mieć około pięćdziesięciu lat, ale trzeba było przyznać, że była zadbana, elegancko ubrana, a zapach jej perfum unosił się w powietrzu w sporym zasięgu rażenia, jakby to jej ciało wydzielało ten zapach.
Nie miałam zbyt wiele czasu, żeby ogarnąć kawę i jeszcze dowiedzieć się, gdzie znajdowała się owa "konferencyjna", dlatego z torebką na ramieniu ruszyłam w stronę znudzonej recepcjonistki. Na mój widok kobieta westchnęła, co lekko podniosło mi ciśnienie.
- Mam pytanie - zaczęłam, starając się opanować irytację spowodowaną jej nastawieniem do mnie. - Gdzie jest sala konferencyjna?
Zamiast pokierować mnie słownie, kobieta podniosła rękę, wyprostowała ją w łokciu i wymierzyła w stronę podwójnych drewnianych drzwi. Wystawiła przy tym palec wskazujący tak gwałtownie, jakby chciała mnie wysłać do kąta. Podążyłam wzrokiem na przestrzał dużego pomieszczenia, pokonując spojrzeniem biurka i ludzi, którzy je zajmowali. Już wiedziałam, gdzie miałam się zjawić za osiem minut, które w tym momencie mijały zaskakująco szybko.
- A gdzie dostanę kawę?
- Potrzebujesz jej jeszcze więcej? - zapytała, ostentacyjnie wlepiając wzrok w moją bluzkę.
- Tak. - Uśmiechnęłam się słodko, wciąż utrzymując nerwy na wodzy. - Muszę ją sobie wylać na plecy, żeby wzór był ten sam. Myślę, że tak będzie wyglądać o wiele lepiej. A ty jak sądzisz?
Nie bawiłam się już w konwenanse i jak ona do mnie, tak i ja zwróciłam się do niej na ty. Kobieta skrzyżowała ręce na piersiach, po czym przechyliła głowę nieco w bok, a jej mina wyrażała politowanie. Nasza znajomość nie rozpoczęła się zbyt dobrze, miałam tego świadomość, jednak nie chciałam być postrzegana przez współpracowników jako bezradna i wystraszona nowicjuszka. Nie miałam również zamiaru podpaść pierwszego dnia pracy, dlatego oddaliłam się szybko w stronę windy, mając w głowie tylko jedno zadanie: kawa.
Wybiegłam przed budynek, po czym szybko zlokalizowałam budkę, w której sama jeszcze kilkanaście minut temu zaopatrzyłam się w kofeinowy napój. Mimo że serce dudniło mi w klatce piersiowej, starałam się uspokoić myśli i zdecydować, którą wersję powinnam kupić. Nie dopytałam i teraz stałam przed dylematem, spoglądając na krótką, lecz bardzo istotną listę. Mogłam kupić espresso, latte macchiato, cappuccino albo americano, ale za cholerę nie wiedziałam, którą powinnam wybrać. Wreszcie wzięłam wszystkie cztery, niosąc je dumnie na tekturowej, wytłaczanej podstawce.
Tym razem nie ucierpiała ani moja bluzka, ani eleganckie czarne spodnie; na dodatek zdążyłam do sali konferencyjnej minutę przed czasem i usadowiłam się z notesem i długopisem przy dużym, prostokątnym stole, który mógłby śmiało pomieścić ponad dwadzieścia osób. Nie zdążyłam wyciszyć umysłu, gdy do pomieszczenia weszła moja szefowa, a za nią pojawił się całkiem przystojny mężczyzna. Wstałam, będąc przekonana, że mam uczestniczyć w swoim pierwszym spotkaniu z klientem. Całkiem nieźle jak na pierwszy dzień pracy.
Uśmiechnęłam się przyjaźnie do gościa, na co on odpowiedział mi tym samym.
- Myślałem, że chciałaś porozmawiać na osobności - odezwał się mężczyzna.
- To moja asystentka. Będzie moim świadkiem.
Świadkiem? To słowo zabrzmiało jak zapowiedź batalii w sądzie. Nie chciałam być świadkiem. Nie zamierzałam siadać, chociaż miałam wrażenie, że nogi na sekundę się pode mną ugięły.
- Nie podoba mi się to, w jaki sposób chcesz to załatwić - powiedział.
- A mi nie podoba się to, jak wchodzę do mojego domu i widzę jakąś panienkę ujeżdżającą cię w salonie.
Przełknęłam ślinę i natychmiast spuściłam wzrok. Nie potrafiłam ukryć swojego zażenowania. Czułam, że nie powinnam tutaj być i wysłuchiwać niezwykle prywatnej kłótni.
- To jest też mój dom. - Niski głos nie był natarczywy ani wrogi, odbierałam go wręcz jako niesamowicie spokojny. Zważywszy na okoliczności było to wręcz osobliwe.
- Mogłeś zadzwonić, że chcesz z niego skorzystać - warknęła.
- To się tyczy także ciebie.
- Znalazłeś już sobie jakiegoś prawnika?
- Przepisz dom na mnie i będzie po sprawie. I tak rzadko tam jeździsz.
- Twoje niedoczekanie. Jestem starsza, więc to ja powinnam go dostać.
- Rodzice byli innego zdania. To jedyna nieruchomość, którą pozostawili nam obojgu.
Rodzice? Zaczęłam się gubić. Czyżby tych dwoje było rodzeństwem? To trochę zmieniało postać rzeczy, lecz mimo wszystko sytuacja nie była dla mnie zbyt komfortowa.
- Nie dogadamy się - zawyrokowała.
- Najwidoczniej.
Mężczyzna popatrzył na mnie i złapał moje spojrzenie. Uśmiechnął się delikatnie, niczym rodzic, który przeprasza za zachowanie swojego rozwydrzonego dziecka. Nie wiedziałam, jak się mam zachować, ponieważ stroną w tym sporze była moja szefowa, dlatego musiałam być ostrożna w swoich reakcjach, lecz musiałam przyznać, że faworyzowałam w myślach czarującego nieznajomego. Był opanowany i przyjazny, co zdecydowanie nie pozwalało mi być obiektywną w tej sprawie.
- Co to jest? - Wzburzona kobieta zwróciła się tym razem do mnie. Wskazywała na kubki z kawą, żądając ode mnie wyjaśniania.
- Nie wiedziałam, jaką pani pije, więc wzięłam cztery rodzaje - odparłam zdecydowanym głosem.
W odpowiedzi usłyszałam ryk poirytowania, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie. Ten dźwięk przypominał złowrogie muczenie dzikiej krowy. Zdumiona, wzrokiem odprowadziłam szefową do drzwi, a gdy za nimi zniknęła, z trudem utrzymywałam powagę. W chwili, gdy mężczyzna zwrócił ku mnie swoje spojrzenie, na moich ustach pojawił się uśmiech, który natychmiast zakryłam dłonią.
- Nie wolałaś być saperem albo pogromczynią lwów? - zapytał, na co wybuchłam szczerym śmiechem.
Ta sytuacja była komiczna, ale gdy tylko uświadomiłam sobie, że będę musiała pracować z tą kobietą na co dzień, od razu przestało mi być do śmiechu.
Wychodząc z sali konferencyjnej, zabrałam ze sobą cztery cudownie pachnące kawy, po czym bez skrępowania, głośno i wyraźnie zaproponowałam je osobom siedzącym za biurkami w swoich boksach. Nie musiałam długo czekać na odzew ze strony kolegów; moja oferta była niezwykle kusząca, a biorąc pod uwagę liczbę współpracowników w biurze - krótkoterminowa. Kubki z aromatycznym napojem zniknęły z mojej ręki praktycznie w okamgnieniu. Ostatni z nich przypadł kobiecie, która właśnie przechodziła obok mnie.
- Miły gest. Dzięki - zwróciła się do mnie z uśmiechem, następnie podała mi swoją dłoń, którą od razu uścisnęłam. - Jestem Lexi Turner.
- Nina Harbour.
- Nina Harbour? - powtórzyła za mną pytająco. - Anthony myślał, że zrezygnowałaś. Czeka na ciebie.
- Kto?
- Anthony Hall. To z nim będziesz pracowała.
- Myślałam, że... - zaczęłam, ale tak naprawdę nie znałam jej imienia i nazwiska, dlatego wskazałam palcem gabinet kobiety, która zaciągnęła mnie na potyczkę z bratem.
- Z Lydią Garner? - zaśmiała się. - Wierz mi, wolisz Anthony'ego Halla.
- Jeszcze go nie znam, ale jestem więcej niż pewna, że masz rację.