Jeśli nie wolno nam śpiewać - Elisabeth O'Connor

Kup ebooka

49.00 zł

-
Proszę czekać

Dopiero miesiąc temu przestałam chodzić do szkoły. Nauka odbywała się w starym budynku gospodarczym należącym do kaplicy, na tyle dużym, że w dwóch izbach uczyło się około dziesięciorga dzieci z wyspy. Każde z nas miało swoją ławkę z wilgotnego drewna i głównie czytaliśmy Biblię. Siostra Mary i siostra Gwennan przyjeżdżały na kilka miesięcy w przerwach między nauczaniem w szkole na stałym lądzie. Książki, które nam przywoziły, miały na okładce znaczki z napisem Matka Boża z Przydroża, wykonanym wyblakłymi złotymi literami. W specjalne dni, takie jak Dzień Świętej Dwynwen, ubieraliśmy się na biało.

W szkole miałam przyjaciółkę. Rosslyn siedziała obok mnie przez dziesięć lat, a potem wyjechała na stały ląd i wyszła za mąż za robotnika z kamieniołomu w Pwllheli, mężczyznę o różowej twarzy i złośliwych ustach. Rosslyn widziała go przed wyjazdem kilka razy, odwiedziła jego miasteczko, gdy jej ojciec płynął łodzią na targ na stałym lądzie. Na tyłach klasy opowiadała mi o mięsnym oddechu i rzeczach, które ten mężczyzna jej mówił. W dniu, kiedy opuściła wyspę na dobre, jej ojciec napełnił swoją łódkę kwiatami i trawą. Z wydm dobiegał jego płacz. Rosslyn miała kręcone włosy i okrągłą twarz, która wiecznie błyszczała od potu. Zawsze uważałam, że wygląda jak modelka, którą kiedyś widziałam na karteczce dołączonej do kostki mydła. Po ślubie przysłała mi list, w którym napisała, że za mną tęskni i że mieszka w domu z ubikacją wewnątrz. Na koniec zapytała mnie, co robię i co planuję robić. Nie odpisałam.

W szkole dobrze mi szło. Siostra Mary mówiła, że jestem "bystra", i pozwalała, bym odwiedzała ją w soboty. Pokazywała mi wtedy duże mapy i pożyczała swoje angielskie powieści. Jeden z chłopców starał się o przyjęcie na uniwersytet w Anglii, więc poprosił siostrę Mary o sprawdzenie podania, a ona zleciła to mnie. Celowo zostawiłam dwa błędy ortograficzne, ale on i tak się dostał. Powiedział, że napisze do mnie i o wszystkim opowie, ale się nie odezwał. Jego matka pokazała mi jego zdjęcie na pokładzie łodzi na rzece, ubranego w długi czarny płaszcz. Błagałam, żeby dała mi tę fotografię, nie ze względu na chłopca, ale dlatego, że jego twarz była niewyraźna, dzięki czemu mogłam udawać, że osoba na łódce to ja.

Ostatniego dnia szkoły moja nauczycielka nawet się nie pożegnała. Powiedziała: "Do zobaczenia na targu".

Moja siostra rozsmarowała palcami masło na chlebie, zjadła pieczywo, a potem oblizała palce jeden po drugim. Jesteś na to za stara - powiedziałam jej, a ona pokazała mi język. Nalałam herbaty do trzech kubków na stole i patrzyłam, jak paruje.

Llinos obróciła kubek przed sobą, jakby sprawdzała go pod każdym kątem. Przeczesała palcami włosy. Przypomniało mi się coś, co mówiła o nas matka: Ni allaf ddweud wrth un chwaer oddi wrth un arall. Nie potrafię odróżnić jednej siostry od drugiej. Między nami jest sześć lat różnicy, ale tylko jedna z nas jest jeszcze dzieckiem, więc to już nieprawda.

- Jak to się mówi po angielsku? - zapytałam ją.

- Nie wiem.

- Owszem, wiesz.

Llinos przełknęła herbatę i wzdrygnęła się.

- Gorąca - stwierdziła.

- To wieloryb.

Spojrzałam na Tada, żeby mnie wsparł. Przez całe lato próbowałam szlifować angielski z Llinos, ale ona była uparta. Tad siedział z głową odchyloną do tyłu i zamkniętymi oczami. Jedną rękę trzymał na kolanach, a drugą obejmował pysk Elisa. Jego ubrania suszyły się przed kominkiem, zapach prania mieszał się z wonią ryb. Nasz salon był niewielki: mieścił stół, krzesła, kominek i małą komódkę. Na komodzie zalegały resztki wosku ze świec. Tad wyjął wcześniej protezę dentystyczną z trzema perłowymi zębami i zostawił ją na środku szafki.

Przy drzwiach stało wiadro z homarami, które złowił tego dnia. W chwilach, gdy milkliśmy, słyszałam, jak się poruszają w wodzie, a ich szczypce ocierają się o metalową ściankę pojemnika. Patrzyłam, jak po drugiej stronie pokoju unosi się i opada cień, i zdałam sobie sprawę, że to moja ręka. Zebrałam talerze i zapytałam Tada, czy widział wieloryba.

- Na morzu - odparł, pocierając zrogowaciałą skórę na kostkach - zwykle widuje się więcej niż jednego.

- Czy Mam nie wspominała kiedyś o wielorybach? - zapytała Llinos.

Mroczny zwrot w rozmowie.

- Na pewno przynoszą pecha.

- Brzmisz jak stara wariatka - oznajmiłam.

Sprzątnęłam talerze, resztki rzuciłam Elisowi na podłogę. Tad chwycił mnie za nadgarstek po tym, jak wzięłam jego kubek, a potem przesunął swoją dłoń na moją.

- Marc pytał dziś o ciebie. Mówił, że ładnie wyglądałaś w kaplicy.

- I co mu odpowiedziałeś?

Tad wzruszył ramionami.

- Powiedziałem mu, żeby sam cię zapytał.

- Możesz mu przekazać, że nie, nie chcę.

Tad westchnął i spojrzał na swoje dłonie.

- Powinnaś pomyśleć o zamążpójściu. Niekoniecznie za Marca. Równie dobrze może to być Llew.

- Mam osiemnaście lat.

- Czas szybko płynie. - Jego głos złagodniał. - Nie mogę zatrzymać cię tu na zawsze.

- A kto zajmie się Llinos?

Elis stanął na tylnych łapach obok krzesła Llinos i przekręcił głowę, by zlizać okruchy ze stołu. Llinos odwróciła się i złapała go za przednie łapy. Stanęła obok niego, tak że wyglądali jak tańcząca para. Kołysali się z boku na bok, a Elis otworzył szeroko pysk i dyszał.

Popatrzyłam na dno kubka. Mleko utworzyło na powierzchni błonkę i pomarszczyło się, niczym usta złożone do dziwnego pocałunku.

W nocy śnił mi się długi stół, przy którym wieloryby ubrane w wizytowe stroje śmiały się nad talerzami. Ja też tam byłam, w sukience z gruszkowozielonego jedwabiu, którą kiedyś widziałam w czasopiśmie, i w kapeluszu z długim białym piórem. Potem one tańczyły, a ja nie potrafiłam określić, jak się poruszają, czy stoją na czubkach ogonów, czy ślizgają się z boku na bok, czułam tylko, że zrywam się z miejsca i kręcę, kręcę się w kółko. Sufit był zrobiony z koronki i aksamitu i powoli na mnie opadał.

Oto wyspiarski rok. Najpierw słońce, najpierw wiosna obrastająca ptactwem. Ptaki porzucają wyspę na pastwę szarej zimy i powracają, gdy ziemia wypuszcza pędy. Alki przybywają jako ciemne kształty pod wodą. Z nieba spadają rissy i głuptaki. Z początku ich nie zauważamy. Dzieci uganiają się za nimi po nadmorskich urwiskach, rybacy odpychają je wiosłem z dala od sieci. Pod koniec wiosny ptaki przemykają przez wyspę niczym cienie. Maskonury, rybitwy zwyczajne i białoczelne. Gdy nastaje lato, wychowują młode, znów nurkują w wodzie.

Najbliżej naszych domostw przylatują rybitwy, które wyławiają resztki jedzenia ze śmietników na podwórkach. Przysiadają na dachach: z daleka budynki wyglądają jak najeżone szarymi grotami ich skrzydeł. Rybitwy żyją na dachu, pokrywają go srebrną warstwą piór i guana, budzą nas, gdy się awanturują i biegają po dachówkach. Czasami toczą walki w powietrzu i zostawiają na sobie nawzajem czerwone smugi. Upuszczają z dzioba ryby na kamienne podwórko, a rybi sok wnika w drobne szczeliny i pęknięcia kamienia i potem cuchnie miesiącami. Upał sprowadza ptaki jeszcze bliżej: ich wonie, ich nawoływania, ich martwe różowe młode.

Latem wyspiarki odświeżają białe ściany domów. Idą do wapiennej jaskini na zachodzie wyspy i kruszą skałę na proszek. Moja matka po powrocie zawsze miała ten proszek na rękach, zostawiała drobinki na wszystkim, czego dotknęła. Niekiedy zawarty w farbie barwnik nadawał jej odcień żółci lub błękitu. Któregoś roku wszystkie domy miały blady, różowy kolor, widoczny do dziś w postaci bruzd i plam w miejscach, gdzie zewnętrzna warstwa odpadła.

Lato mija, a chłód zatacza coraz to mniejsze kręgi, aż wreszcie opada jak kamień. Ptaki znikają jeden po drugim. Zostawiają gniazda na urwiskach, a w nich wciąż niewyklute jaja. Jesienią morze gotuje się niczym wrzątek w postawionym na ogniu garnku. Ptaki odlatują, a lato odchodzi.

Zima: trzymamy się blisko paleniska, śpimy w jednym łóżku. Morze zakrada się na próg domu, oblewa krawędź wyspy. Na horyzoncie widać szary lód. Wiatr zamienia nas w kawały czerwonego mięsa. W Boże Narodzenie gotujemy złowione ryby, potem zarzynamy owcę i wrzucamy ją do wody. Wiosną fale wyrzucają ją z powrotem na piasek, a ptaki przylatują, by ją pożreć. Owce wypasa się w różnych miejscach na wyspie, gdy już doszczętnie wyjedzą swoje pastwiska.

Urodziłam się na wyspie dwudziestego stycznia 1920 roku. W metryce wpisano datę trzydziestego stycznia 1920 roku, ponieważ mojemu ojcu nie udało się wcześniej dotrzeć do urzędu stanu cywilnego na stałym lądzie. Szalała wówczas wielka zimowa burza i nikt nie opuszczał wyspy. Mam opowiadała mi, że kiedy w końcu zdołaliśmy się przeprawić, plażę pokrywały meduzy i wyglądało to niczym srebrna lodowa ścieżka. Matka przeżyła poród, dzięki Bogu, bo w przypadku zagrożenia nie można było liczyć na to, że przybędzie pomoc.

Wyspa była długa na dziewięć kilometrów i szeroka na półtora, z latarnią morską na wschodzie i ciemną jaskinią na zachodzie. Mieszkało tam dwanaście rodzin, pastor i Polak Łukasz, który pracował w latarni. Nasz dom, Różana Zagroda, stał na zboczu wzgórza, gdzie wiatr nieustannie smagał go bezlitosną pięścią. Tad twierdził, że wojsko powinno robić czołgi z naszych okien, bo takie były odporne na pogodę. Szkło miejscami popękało, ale wciąż trzymało się ramy. Nocami w sypialni przez pękniętą szybę można było usłyszeć, jak kozy sąsiadów nawołują swoje młode, a czasem nawet zobaczyć płomyk świecy, który wyglądał jak moneta balansująca na szczycie wzgórza.

Tad zawsze zwracał się do mnie psim imieniem. W dniu wieloryba minął mnie na podwórku, wołając psa. Próbowałam uprzątnąć pył z dywanika przy kominku, ale ciągle osiadał mi na ubraniu srebrzystą warstwą. Musiałam odgonić komary od oczu.

- Idę na łodzie, Elis - powiedział Tad.

- Manod - poprawiłam. - Nie Elis. Pies wabi się Elis.

- Wiem, wiem przecież.

Machnął na mnie. Ruszył ścieżką w stronę morza. Jego kalosze przy każdym kroku wydawały ssący dźwięk.

- To właśnie powiedziałem - usłyszałam jeszcze jego słowa. - Manod. Tak powiedziałem.

Po drugiej stronie podwórka Tad suszył makrele nawleczone na żyłkę. Uwielbiał psa: część suszonych ryb była przeznaczona tylko dla niego. Ojciec prawie nie odzywał się do mnie ani do mojej siostry, ale w nocy słyszałam, jak prowadził długie bełkotliwe konwersacje z Elisem. Na podwórku Elis biegał w kółko, obwąchiwał porosty między kamiennymi płytami, niemal się nie zatrzymywał, niemal na mnie nie patrzył. Odcięłam dla niego rybę, a on niewdzięcznie wbiegł w krzak głogu i wzbił w powietrze tuman zaschniętego błota i liści.

Potarłam plamę na sukience. Należała kiedyś do mojej matki, uszyta była z ciemnej flaneli, wystrzępiona przy rąbku. Mam sama szyła ubrania, a potem nauczyła tego mnie. Były praktyczne, z szerokimi kieszeniami i na tyle luźne, że dało się w nich swobodnie poruszać. Chętnie kopiowałam wzory z czasopism, które kobiety zostawiały w kaplicy. Trendy z lądu. To właśnie na ich podstawie uświadomiłam sobie, że większość ludzi na wyspie nosi się z dziesięcioletnim opóźnieniem w stosunku do reszty świata. Czasami morze wyrzucało na brzeg walizki, a ja znajdowałam w nich stare ubrania, które mogłam nosić lub wykorzystać jako materiał. Raz znalazłam suknię balową z małym rozdarciem na biodrze, z jedwabiu koloru czerwonego zawilca. Z jednej strony miała małą kieszonkę, z której wypadła pozłacana puderniczka w kształcie muszelki. Puszek wciąż był pomarańczowy od styczności ze skórą właścicielki.

Niedługo po wyjściu Tada pojawił się nasz sąsiad, z ubraniem i włosami ociekającymi wodą. Widziałam, jak wspina się na wzgórze, gdzie jego żona doi kozę. Z miejsca, gdzie stałam, czułam jego zapach, wilgoć jego kożucha i przemoczonej koszuli pod spodem. Leah, jego żona, podbiegła do niego i ujęła jego twarz w dłonie. Niezręcznie się czułam, gdy tak na nich patrzyłam i stałam, przeczesując palcami włosy. Dobiegały mnie urywki tego, co sąsiad mówił żonie: "Myśleliśmy, że to łódź. Uważasz, że to zły znak?". Widziałam, jak ręce Leah sztywnieją, a oddech więźnie jej w gardle.

Przypływ był wysoki. Kalendarz przypływów Tada, ten, który miał nam zostawić, nie zapowiadał, że tak będzie. Kalendarz został przepisany na maszynie na różowym papierze, a Tad co sezon dostawał nowy, gdy odwiedzał stały ląd. Mówił, że go nie potrzebuje, że ocenia przypływy i odpływy na oko, tak jak robił jego ojciec. Nie chciałam mu przypominać o przypadkach, kiedy się mylił, kiedy wracał do domu z mokrymi spodniami i butami wypełnionymi piaskiem.

Zeszłam na plażę, by zobaczyć wieloryba na własne oczy. Kiedy spacerowałam w pojedynkę, lubiłam marzyć: czasami o pracy dla bogatej rodziny na stałym lądzie jako szwaczka albo o tym, że zostanę zakonnicą gdzieś w Europie i będę mieszkać w wysokiej białej wieży na rynku miasta. W myślach recytowałam wersety biblijne z angielskim akcentem, a językiem nadawałam w ustach kształt każdemu słowu.

Podążyłam za ludźmi, by znaleźć wieloryba. Zatoczka leżała płasko i widziałam stłoczone ciała. Piasek był wilgotny i zasysał moje buty.

W wodzie, wśród skał porośniętych woskowatymi czarnymi i żółtymi wodorostami, czterech mężczyzn prowadziło byka na łódź, by zabrać go na stały ląd. Jeden chodził za zwierzęciem tam i z powrotem, naprowadzając je do przodu. Drugi stał w wodzie, tuż przy łodzi, gotowy chwycić byka za rogi i go przytrzymać. Kolejny czekał na pokładzie ze zwojem liny wokół ramion, by przywiązać buhaja do żelaznego pierścienia w kadłubie. Byk szedł powoli, kiwając łbem na boki. Wierzgnął tylnymi nogami, gdy mężczyzna na plaży zbliżył się do niego. Byk był czarny i miał cienką białą pręgę na nosie, przypominającą jasną szczelinę.

Kiedy ich mijałam, ten na plaży się zatrzymał i odwrócił w moją stronę. Zdjął z głowy kapelusz i wykonał żartobliwy ukłon. Nie zwracałam na niego uwagi, a pozostali mężczyźni się roześmiali. Łódź zakołysała się, a byk przemknął obok nich. Wpadł do wody, a mężczyźni krzyknęli. Ruszyłam szybciej, wsłuchując się w ich krzyki, szum fal i parskanie byka.

Woda była jasnobrązowa, a na widok piany przypomniało mi się, jak Tad gotował owcze łby na kuchence i wokół krawędzi rondla zbierało się runo. Patrzyłam, jak fala zbliża się do moich stóp i cofa. Nienawidziłam, gdy woda wlewała mi się do butów.

Gdy zbliżyłam się do tłumu ludzi wokół wieloryba, zobaczyłam tam również ptaki, które zataczały kręgi i raz po raz po coś nurkowały. Jeden przeleciał mi tuż nad ramieniem, niosąc coś w dziobie. Na piachu leżała przewrócona na bok łódź, a z jej kadłuba wychynął kot i zasyczał na mnie.

Przedzierałam się przez grupę ludzi. Każda fala odsłaniała ciało wieloryba, gigantyczne i skulone. Pomyślałam, że opowiem o tym siostrze, gdy wróci ze szkoły, starałam się zachować ten widok w pamięci, ciemny kształt grzbietu i obwódkę pyska, w tym świetle lśniące niczym spiż.