Jeśli jutra nie będzie - Maria Paszyńska

Kup ebooka

37.50 zł
29.25 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Gdy osta­tecz­nie za­mknięto getto, wciąż nie po­wie­dział An­nie, że ją ko­cha. Je­sie­nią ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku za trzy­me­tro­wym mu­rem o dłu­go­ści po­nad osiem­na­stu ki­lo­me­trów, na czte­ry­stu hek­ta­rach cia­sno za­bu­do­wa­nego te­renu miej­skiego stło­czono kil­ka­set ty­sięcy lu­dzi bez moż­li­wo­ści wyj­ścia, ale jego każdą myśl i tak po­chła­niało nie­wy­znane do­tąd uczu­cie.

Tam­tej dru­giej oku­pa­cyj­nej je­sieni pró­bo­wał wiele razy, ale gdy była bli­sko, słowa po pro­stu nie chciały prze­ci­snąć mu się przez gar­dło i wszystko to­czyło się swoim zwy­czaj­nym bie­giem, jakby nic się w nim nie działo, jakby byli je­dy­nie parą zna­jo­mych, dość przy­pad­kowo złą­czo­nych przez nie­zbyt ła­skawy w tych dniach los. Gdyby nie wojna, gdyby nie sza­tań­ski plan utwo­rze­nia za­mknię­tej dziel­nicy ży­dow­skiej, Ma­rek Gold­man naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie po­znałby Anny Za­tor­skiej. Ich światy od­dzie­lał mur o wiele trwal­szy od tego z ce­gieł i za­prawy i o wiele trud­niej­szy do prze­sa­dze­nia. W tam­tym mu­rze nie było żad­nych wy­ło­mów. Obo­wią­zy­wały ści­słe re­guły, od któ­rych wy­jątki były su­rowo ka­rane.

Te­raz dane mu było spę­dzać z nią czas i mimo ca­łej pa­nu­ją­cej wo­kół grozy był za to wdzięczny. Mi­jały ko­lejne kwa­dranse, ich wspólne chwile pły­nęły za­wsze zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko, a on nie mógł prze­bić się przez tę wła­sną nie­wi­dzialną we­wnętrzną ba­rierę, mie­sza­ninę za­wsty­dze­nia, obawy przed od­rzu­ce­niem, nie­śmia­ło­ści i cze­goś na kształt czci, jaką ją ota­czał. Wy­da­wała mu się zbyt do­sko­nała, by mógł ją bru­kać swo­imi uczu­ciami.

Kim był, żeby mieć śmia­łość choćby śnić o zisz­cze­niu się ma­rzeń, o tym, że Anna Za­tor­ska kie­dy­kol­wiek po­czuje do niego co­kol­wiek poza ser­deczną grzecz­no­ścią, z którą jako pa­nienka z do­brego domu trak­to­wała wszyst­kich wo­koło? Dla­czego w ogóle miałby ją ob­cho­dzić jako męż­czy­zna? Co miał jej do za­ofe­ro­wa­nia?

Od po­czątku wie­dział, że za­słu­gi­wała na ko­goś lep­szego. Le­ka­rza, ad­wo­kata, ary­sto­kratę. Ko­goś do­sko­nale wy­kształ­co­nego, zna­ją­cego ję­zyki obce, wie­lo­krot­nego by­walca lon­dyń­skich ga­le­rii, rzym­skich ka­tedr, pa­ry­skich uli­czek, po­ru­sza­ją­cego się w za­wi­łym świe­cie ety­kiety rów­nie spraw­nie jak w me­an­drach fi­lo­zo­fii czy po­ezji. Ko­goś, kto ro­zu­miałby mu­zykę, którą tak ko­chała.

On sam opu­ścił War­szawę tylko raz, już po roz­po­czę­ciu wojny. Wró­cił po kilku za­le­d­wie dniach, ze świata zo­ba­czyw­szy tylko nie­koń­czące się po­ła­cie ma­zo­wiec­kich pól, za­raz po żni­wach po­ra­nio­nych le­jami po bom­bach i czar­nymi opa­rze­niami od po­ża­rów. War­szawa była ca­łym jego świa­tem i do­póki nie po­znał Anny, ni­gdy mu to nie prze­szka­dzało. Po­dob­nie jak nie prze­szka­dzało mu to, kim jest, co wie i co umie. Był sobą i było mu do­brze. Do­piero wo­bec jej nie­zwy­kło­ści zo­ba­czył swoją ma­łość. Zu­peł­nie jakby ktoś za­pa­lił lampę, w któ­rej świe­tle uj­rzał całą swoją nę­dzę.

Ile­kroć wy­obra­żał so­bie męż­czy­znę god­nego jej wzglę­dów, coś za­ci­skało mu się w piersi i przez chwilę Ma­rek Gold­man nie mógł zła­pać od­de­chu. Nie znał tego męż­czy­zny, ale już te­raz nie­na­wi­dził go ze wszyst­kich sił. Tak silne uczu­cie wzglę­dem nie­zna­jo­mego też było dla niego czymś no­wym. Nie przy­pusz­czał na­wet, że jest zdolny nie­na­wi­dzić ko­goś aż tak mocno.

Wresz­cie czas ich spo­tka­nia do­bie­gał końca. Że­gnali się, a Ma­rek stał jesz­cze chwilę i pa­trzył, jak Anna znika w bra­mie ka­mie­nicy przy placu Mu­ra­now­skim, i ci­skał pod swoim ad­re­sem naj­po­dlej­sze obe­lgi. Znów stchó­rzył, za­bra­kło mu od­wagi, a prze­cież był tak do­brze przy­go­to­wany! Bez­senne go­dziny ko­lej­nych nocy spę­dzał na ukła­da­niu kwie­ci­stych zdań ze słów, z któ­rych każde wy­da­wało mu się nie­wy­star­cza­jące, zbyt zwy­czajne, by opi­sać wszystko, co do niej czuł.

Nie miał po­ję­cia, czy ona w ogóle kie­dy­kol­wiek po­my­ślała o nim ina­czej niż o sie­dzą­cym na scho­dach ko­cie, do­zorcy ka­mie­nicy czy pie­ka­rzu z po­bli­skiej pie­karni. Ow­szem, w krót­kim cza­sie stał się ja­kimś ele­men­tem jej ży­cia, ale miał wra­że­nie, że sta­nowi ra­czej coś na kształt oswo­jo­nego przed­miotu, fo­tela, który za­wsze stoi w tym sa­mym miej­scu, niż osoby, ko­goś, komu mo­głaby po­zwo­lić po­dejść bli­żej, do­pu­ścić go do ta­jem­nic swo­jej du­szy.

Mimo to Ma­rek Gold­man wie­dział, że musi wy­znać jej prawdę, która pa­liła jego wnę­trze, od­bie­rała spo­kój, mą­ciła my­śli. Mniej prze­ra­ża­ją­cym wy­da­wało mu się zro­bie­nie z sie­bie głupca niż by­cie tra­wio­nym przez nie­wy­po­wie­dziane słowa. Był jak opę­tany, jak sza­le­niec owład­nięty cho­robą, która czy­niła go jed­no­cze­śnie moc­nym i cał­kiem bez­sil­nym.

Od pierw­szej chwili, gdy ją zo­ba­czył, nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że nie zdoła bez niej żyć. Nie po­tra­fił wy­ja­śnić tego, co się z nim stało. Ni­gdy wcze­śniej nie przy­pusz­czał, że moż­li­wym jest, by ktoś nie­mal nie­zna­jomy stał się sen­sem i ce­lem ży­cia. Po praw­dzie ni­gdy na­wet się nad tym nie za­sta­na­wiał. Miał dwa­dzie­ścia lat, był zdrów i we­sół, zdą­żył już po­znać uroki mło­do­ści, wie­dział, do­kąd zmie­rza, po­tra­fił czer­pać przy­jem­ność z co­dzien­no­ści. Te­raz to wszystko prze­stało mieć zna­cze­nie. Li­czyła się tylko ona.

*

Przed wojną Ma­rek Gold­man uczci­wie dzie­lił czas po­mię­dzy pracę i za­bawę, w obie wkła­da­jąc całą du­szę.

Pra­co­wać za­czął wcze­śnie, żeby po­móc matce. Pani Gold­man była praczką. Od pra­nia cięż­kich zwa­łów ma­te­riału w lo­do­wa­tej wo­dzie szybko na­ba­wiła się reu­ma­ty­zmu. Z po­wy­krę­ca­nymi pal­cami co­raz trud­niej było jej zdo­być za­mó­wie­nia. Klienci nie chcieli od­da­wać bie­li­zny w ta­kie ręce. Matka ro­biła, co mo­gła, ale jej dło­nie sła­bły, a do­kładne pra­nie sta­wało się po­woli nie­moż­liwe. Ma­rek miał za­le­d­wie dwa­na­ście lat, gdy po raz pierw­szy zimą za­bra­kło im wę­gla. Tam­tego stycz­nio­wego wie­czoru pa­trzył, jak matka dy­go­cze z zimna, i zro­zu­miał, że jego dzie­ciń­stwo do­bie­gło końca. Te­raz on mu­siał za­opie­ko­wać się matką. Wy­szedł z domu i po­szedł po radę do swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, Franka Kaj­zera, który o ży­ciu zda­wał się wie­dzieć wszystko.

- Skąd można wziąć wę­giel? - za­py­tał.

- Ze składu - od­parł Fra­nek. - Tylko to kosz­tuje, wiesz o tym, prawda?

- A jak się nie ma pie­nię­dzy?

Fra­nek przyj­rzał się przy­ja­cie­lowi uważ­nie.

- No, jak się nie ma pie­nię­dzy, to do składu nie ma po co iść - orzekł wresz­cie. - Trzeba ja­koś się za­krę­cić i zdo­być wę­giel mimo to.

- A jak to się robi? - do­py­ty­wał Gold­man, wpa­tru­jąc się w niego z na­dzieją.

- Można ukraść.

- Nie będę kradł - uciął szybko Ma­rek. Jego matka była pro­stą ko­bietą, ale zdo­łała wpoić sy­nowi za­sady, któ­rych na­leży prze­strze­gać za­wsze i po­mimo wszystko.

Kaj­zer wzru­szył ra­mio­nami.

- No to za­pra­cuj.

- Nikt mnie nie za­trudni. - Gold­man zmar­kot­niał. - W fa­bry­kach biorą od czter­na­stu lat.

- Nie mu­szą cię od razu za­trud­niać.

- To za co mają mi pła­cić?

- Za przy­sługi - od­po­wie­dział Fra­nek, przy­bie­ra­jąc minę mę­drca.

- Nie ro­zu­miem - wy­znał szcze­rze Ma­rek.

- Ro­bot­ni­kom nie wolno wyjść z fa­bryki przed faj­ran­tem, co nie?

Gold­man ski­nął głową.

- No i to jest twoje szczę­ście. Któ­re­muś skoń­czą się pa­pie­rosy? Ska­czesz do kio­sku, żeby mu ku­pić. Po­trzeba pół li­terka? W try miga do­star­czasz. Wę­gla­rzowi pęk­nie wo­rek, rzu­casz się do po­mocy w zbie­ra­niu. Trzeba po­za­mia­tać miał, a ni­komu nie uśmie­cha się krztu­sić w czar­nym pyle, po­ja­wiasz się ty. Sami nie za­uważą, kiedy za­czną wy­pa­try­wać two­jego przyj­ścia, bo sta­niesz się im nie­zbędny. Ła­piesz?

Ma­rek przez chwilę mu się przy­glą­dał, a wy­raz jego twa­rzy świad­czył nie­zbi­cie, że nad czymś usil­nie się za­sta­na­wia.

- Ale skąd wła­ści­wie mam wie­dzieć, gdzie aku­rat będę po­trzebny? - spy­tał wresz­cie.

- Mu­sisz mieć oczy sze­roko otwarte i wciąż szu­kać oka­zji - od­parł Fra­nek to­nem su­ge­ru­ją­cym, że jest to naj­prost­sza rzecz na świe­cie.

Więc Ma­rek szu­kał. Jesz­cze tego wie­czoru na­pa­lił w piecu po­ła­ma­nymi szta­che­tami, które zna­lazł na skwerku nie­opo­dal ich ka­mie­nicy. Okrop­nie dy­miło, ale w po­koju za­raz zro­biło się cie­plej. Za­pa­rzył matce her­batę, przy­krył ją do­dat­ko­wym ko­cem, a gdy za­snęła spo­koj­nie w cie­ple, przy­rzekł so­bie, że już ni­gdy nie po­zwoli jej zmar­z­nąć.

Po ja­kimś cza­sie udało mu się zo­stać chłop­cem na po­syłki u pew­nego ży­dow­skiego sto­la­rza, który pro­wa­dził swój za­kład na Na­lew­kach. Kil­ka­na­ście mie­sięcy póź­niej maj­ster, wi­dząc, że chło­pak jest nad­zwy­czaj pra­co­wity i bar­dzo po­jętny, po­sta­no­wił wziąć go do sie­bie na na­ukę. Matka była za­chwy­cona. Nie mo­gła na­wet śnić o za­pew­nie­niu swemu je­dy­na­kowi ja­kie­go­kol­wiek wy­kształ­ce­nia, a tu miał zdo­być tak do­bry za­wód.

- Ucz się, sy­neczku, ucz - po­wta­rzała. - Cuda nie zda­rzają się prze­cież co­dzien­nie.

Ma­rek nie mu­siał się spe­cjal­nie sta­rać, żeby speł­nić prośbę matki. Uczył się nad­zwy­czaj szybko, był uważny i sku­piony na po­wie­rzo­nych mu za­da­niach, punk­tu­alny, nie­ga­da­tliwy, co dla lu­bu­ją­cego się w ci­szy sto­la­rza było nie­małą za­letą. W do­datku palce chło­paka oka­zały się stwo­rzone do pracy z drew­nem.

Po ja­kimś cza­sie zo­stał cze­lad­ni­kiem, a jego dal­sze losy zda­wały się prze­są­dzone. Gdyby nie wy­bu­chła wojna, pod­szedłby za­pewne do eg­za­mi­nów mi­strzow­skich, zo­stał przy­jęty do ce­chu i mógłby po­my­śleć o wła­snym warsz­ta­cie.

Póź­niej wie­lo­krot­nie za­sta­na­wiał się, czy ża­łuje, że tamta ścieżka zo­stała tak na­gle za­mknięta. Czy by­łaby to jego droga do szczę­ścia? Od­po­wiedź za­wsze była ne­ga­tywna. Gdyby tak się nie stało, naj­praw­do­po­dob­niej ni­gdy nie po­znałby Anny Za­tor­skiej.

Od dnia, w któ­rym ją zo­ba­czył, prze­stał bać się śmierci. W ogóle prze­stał się nią in­te­re­so­wać, choć ota­czała go z każ­dej strony, co­raz na­tręt­niej do­ma­ga­jąc się uwagi za po­mocą czer­wo­nej cho­rą­gwi ze swa­styką, bły­ska­wic na pat­kach mun­duru czy tru­pich cza­szek na woj­sko­wych czap­kach.

Wy­bu­chła wojna, ko­niec i po­czą­tek wielu hi­sto­rii. Niby wszy­scy się jej spo­dzie­wali, mie­sią­cami wiesz­czono prze­cież jej na­dej­ście, a jed­nak gdy fak­tycz­nie Niemcy prze­kro­czyli pol­ską gra­nicę, wszy­scy zda­wali się tym za­sko­czeni, jakby nie do­wie­rzali, że te wczo­raj­sze wróżby kie­dy­kol­wiek się zisz­czą. Ko­lejna wojna z dnia na dzień stała się rze­czy­wi­sto­ścią, jakby ludz­kość nie po­tra­fiła się zbyt długo bez niej obejść.

Dru­giego wrze­śnia Rada Na­czelna Związku Ra­bi­nów RP wy­sto­so­wała do swo­ich braci w wie­rze na­stę­pu­jącą ode­zwę: "Nie­chaj bę­dzie po­chwa­lone imię Wie­ku­istego, Bra­cia w Izra­elu, Oby­wa­tele Naj­ja­śniej­szej Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej! Od­wieczny wróg na­padł w nie­cny, nik­czemny spo­sób na na­szą tak go­rąco przez nas umi­ło­waną Oj­czy­znę, Pol­skę... My Ży­dzi, dzieci tej ziemi od za­mierz­chłych cza­sów, sta­jemy wszy­scy w kar­nym or­dynku, zwarci i opa­no­wani na we­zwa­nie Pana Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej i Na­czel­nego Wo­dza, aby bro­nić na­szej uko­cha­nej Oj­czy­zny [...] i od­damy, gdy zaj­dzie tego po­trzeba, na oł­ta­rzu Oj­czy­zny na­sze ży­cie i na­sze mie­nie bez reszty. Jest to na­szym naj­szczyt­niej­szym obo­wiąz­kiem oby­wa­tel­skim i re­li­gij­nym, we­dług na­ka­zów na­szej Świę­tej Wiary, który z naj­więk­szą ra­do­ścią speł­nimy - tak nam i Pol­sce do­po­móż Bóg...".

W sze­re­gach Woj­ska Pol­skiego na te­re­nie ca­łego kraju wal­czyło około stu ty­sięcy żoł­nie­rzy po­cho­dze­nia ży­dow­skiego. Ma­rek także się zgło­sił. Chciał bro­nić swo­jej oj­czy­zny, swo­jego mia­sta, swo­jej ulicy, swo­jego domu. Sły­szał wpraw­dzie o na­ro­dzie wy­bra­nym bę­dą­cym wspól­notą po­nad­pań­stwową, o ru­chach sy­jo­ni­stycz­nych i an­ty­se­mic­kich, co­dzien­nie by­wał na Na­lew­kach i nie­rzadko nie mógł po­jąć, jak w środku sto­licy lu­dzie mogą nie mó­wić w ję­zyku kraju, w któ­rym miesz­kają od po­ko­leń. Każ­do­ra­zowo jed­nak wresz­cie wzru­szał ra­mio­nami.

- Nic mi do tego - mó­wił so­bie, za­rzu­ca­jąc na plecy wór z po­szat­ko­waną ka­pu­stą ku­piony od sta­rego męż­czy­zny z długą brodą. - Każdy żyje po swo­jemu.

Jedną ze zło­tych nie­pi­sa­nych za­sad war­szaw­skich było bo­wiem to, że każdy mógł żyć, jak chce, byle nie wa­dził in­nym i przy­pad­kiem kogo nie krzyw­dził.

Jego ję­zy­kiem był pol­ski. W tym ję­zyku mó­wiła do niego matka, w tym wo­łali go ko­le­dzy na po­dwórku, w tym ję­zyku na­uczył się czy­tać i pi­sać, choć po praw­dzie ni­gdy nie szło mu to szcze­gól­nie do­brze. W tym ję­zyku po­zna­wał sto­lar­ski fach i po raz pierw­szy usły­szał od maj­stra, że ma rękę do drewna.

Ma­rek Gold­man był Po­la­kiem, war­sza­wia­kiem, Ży­dem, ale ni­gdy się nad tym spe­cjal­nie nie za­sta­na­wiał, tak jak nie za­sta­na­wiał się nad bi­ciem serca czy pracą ne­rek. Nie wi­dział w tym żad­nej sprzecz­no­ści. Gdy ktoś py­tał go, kim jest, od­po­wia­dał, że na­zywa się Ma­rek Gold­man i jest sto­la­rzem. Cała reszta była zbyt oczy­wi­sta, żeby o niej mó­wić.

Jego ro­dzinne mia­sto ko­ja­rzyło mu się z wiel­kim sa­ga­nem, w któ­rym za­wie­rała się cała ludzka róż­no­rod­ność. Miej­sca dla każ­dego było dość, a wie­lo­barw­ność War­szawy, mno­gość od­cieni jej miesz­kań­ców two­rzyła nie­po­wta­rzalny, nie­mal ba­śniowy kra­jo­braz.

Szat­kow­nicy ka­pu­sty, wy­tworne damy ubrane we­dług naj­now­szej pa­ry­skiej mody, ob­darci ga­ze­cia­rze, rę­ka­wicz­nicy, ele­ganccy pa­no­wie pa­lący dro­gie pa­pie­rosy, rik­sza­rze oparci o słupy ogło­sze­niowe zwi­ja­jący tani ty­toń na tle pla­katu za­po­wia­da­ją­cego kon­cert ja­kiejś świa­to­wej sławy, or­to­dok­syjni Ży­dzi w cha­ła­tach, pro­te­stanccy pa­sto­rzy, ka­to­liccy księża, mu­zuł­ma­nie, za­kon­nice, ru­baszne karcz­marki z Po­wi­śla, wiecz­nie za­my­śleni na­ukowcy, pa­nie lek­kich oby­cza­jów, zmę­czeni ro­bot­nicy, przy­byłe ze wsi na­iwne słu­żące, przed­się­biorcy, za­dzie­ra­jący nosa sztywno wy­pro­sto­wani kel­ne­rzy po eli­tar­nych szko­łach ser­wu­jący w Bri­stolu czy Eu­ro­pej­skim za­gra­nicz­nym dy­plo­ma­tom drinki w ide­al­nie schło­dzo­nych kie­lisz­kach, pił­ka­rze Le­gii i Po­lo­nii, czer­nia­kow­skie i pra­skie cwa­niaki, bie­dota z An­no­pola - każdy miał swój wy­ci­nek mia­sta prze­po­ło­wio­nego Wi­słą i wszyst­kim uda­wało się żyć obok sie­bie w jako ta­kiej zgo­dzie, choć przej­ścia mię­dzy świa­tami w za­sa­dzie nie ist­niały. Gdy uro­dzi­łeś się ro­bot­ni­kiem, zo­sta­wa­łeś ro­bot­ni­kiem, syn pie­ka­rza był pie­ka­rzem, a le­ka­rza - le­ka­rzem.

Jego mistrz sto­lar­ski rok przed wojną po­wie­dział mu, że w War­sza­wie we­dług sta­ty­styk wy­kup­nych świa­dectw prze­my­sło­wych ist­nieje pra­wie szes­na­ście ty­sięcy warsz­ta­tów rze­mieśl­ni­czych.

- Pięć­dzie­siąt je­den pro­cent chrze­ści­jań­skich, czter­dzie­ści dzie­więć ży­dow­skich - do­dał, po­nie­waż był czło­wie­kiem do­kład­nym i lu­bił pre­cy­zyjne in­for­ma­cje. - Może kie­dyś i twój do­łą­czy do tych re­je­strów - do­dał, po­kle­pu­jąc Marka po ple­cach.

Chło­pak uśmiech­nął się, jakby spodo­bała mu się ta wi­zja, ale w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie ma­rzył o wła­snym warsz­ta­cie. Lu­bił ten, w któ­rym pra­co­wał. Wszech­obecny za­pach drewna, kleju, ole­jów i spi­ry­tusu szybko stał się wo­nią jego dru­giego domu. Jego bu­kowa stru­gnica usta­wiona była bli­sko okna, tak że od czasu do czasu mógł wyj­rzeć na ze­wnątrz, a że warsz­tat mie­ścił się w su­te­re­nie, Ma­rek oglą­dał świat z per­spek­tywy chod­nika, roz­po­zna­jąc zna­jo­mych prze­chod­niów nie po twa­rzy, ale po obu­wiu. W po­bliżu ławy w do­sko­na­łym po­rządku le­żały dłuta, strugi, pil­niki, żło­baki, tar­niki, zdzie­raki, wszel­kiego ro­dzaju noże sto­lar­skie i młotki. Na ścia­nie wi­siały piły, świ­dry i prze­różne za­ci­ski. W wiel­kiej sza­fie prze­cho­wy­wano roz­pusz­czal­niki, oleje, bejce i farby, a w ma­łych szu­flad­kach - gwoź­dzie, śrubki i wkręty we wszyst­kich moż­li­wych roz­mia­rach. Ma­rek nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić miej­sca, w któ­rym mo­głoby mu się pra­co­wać le­piej. Było mu do­brze tak, jak jest.

Wkrótce jed­nak oka­zało się, że to, co od za­wsze wy­da­wało mu się tak oczy­wi­ste, w rze­czy­wi­sto­ści ta­kie nie jest. Wojna na­gle na­zna­czyła War­szawę nie tylko szra­mami oko­pów i dziu­rami po bom­bach, lecz po­ja­wiły się także pierw­sze rysy na ży­wej tkance mia­sta. Wciąż jed­nak parki i place miej­skie prze­zna­czono na cho­wa­nie po­le­głych war­sza­wia­ków bez dzie­le­nia ich we­dług wy­zna­nia. Wszy­scy byli prze­cież sy­nami sto­licy, po­le­głymi w walce o wspólną wol­ność.

Jego mia­sto bro­niło się dziel­nie, ale nie­wiele można było po­ra­dzić wo­bec miaż­dżą­cej prze­wagi wroga.

Dwu­dzie­stego dru­giego i dwu­dzie­stego trze­ciego wrze­śnia, gdy war­sza­wiacy wy­zna­nia moj­że­szo­wego ob­cho­dzili święto Jom Kip­pur, dzień po­kuty i po­jed­na­nia, w Pol­sce nie­kiedy na­zy­wany "Sąd­nym Dniem", Niemcy za­wzię­cie bom­bar­do­wali ży­dow­skie domy i sy­na­gogi.

Dwu­dzie­stego pią­tego wrze­śnia na­stą­pił wielki fi­nał udręki mia­sta. Po­nad czte­ry­sta sa­mo­lo­tów Luft­waffe od siód­mej rano przez ko­lej­nych je­de­na­ście go­dzin zrzu­cało bomby na War­szawę, ła­miąc tym nie tylko prawo wo­jenne po­przez świa­dome wy­bra­nie cy­wil­nych ce­lów, ale też wszyst­kie do­tych­cza­sowe nie­pi­sane za­sady sztuki wojny. Bom­bar­do­wano szpi­tale ozna­czone Czer­wo­nym Krzy­żem. W tym Świę­tego Du­cha było bli­sko sied­miu­set ran­nych, zgi­nęli pra­wie wszy­scy. W pło­mie­niach sta­nęły cmen­ta­rze, ko­ścioły, re­pre­zen­ta­cyjne ulice miast. Znisz­cze­nia nie były przy­pad­kowe, lecz pre­cy­zyj­nie za­pla­no­wane, by zła­mać du­cha obroń­ców sto­licy.

Nie­mieccy pi­loci nur­ko­wali nad uli­cami, by strze­lać z ka­ra­bi­nów do lu­dzi, któ­rzy usi­ło­wali ga­sić po­żary. Po­ci­ski tra­fiały ko­biety, star­ców i dzieci.

Skąpa obrona prze­ciw­lot­ni­cza mia­sta, któ­rej siły z każdą mi­nutą sła­bły, nie miała żad­nych szans z desz­czem bomb.

Tam­tego dnia na War­szawę spa­dło bli­sko sześć­set trzy­dzie­ści ton bomb, od któ­rych zgi­nęło dzie­sięć ty­sięcy war­sza­wia­ków. Nikt, kto tego nie prze­żył, nie po­wi­nien na­wet pró­bo­wać so­bie tego wy­obra­zić. Gra­nice ludz­kich ima­gi­na­cji nie się­gają tak da­leko. Miesz­kańcy War­szawy, ocie­ra­jąc łzy, z wła­ści­wym so­bie czar­nym hu­mo­rem szybko okrzyk­nęli ten tra­giczny dzień mia­nem la­nego po­nie­działku.

Ciągu dal­szego miało nie być. Sto­lica nie miała amu­ni­cji, żyw­no­ści, lud­ność cy­wilna znaj­do­wała się w opła­ka­nym sta­nie. Roz­po­częto więc roz­mowy o ka­pi­tu­la­cji. W celu za­pew­nie­nia no­wym wło­da­rzom mia­sta bez­pie­czeń­stwa przed ak­tami sa­bo­tażu wy­zna­czono dwu­na­stu za­kład­ni­ków, gwa­ran­tów po­słu­szeń­stwa po­nad mi­liona po­zo­sta­łych. Sta­no­wili praw­dziwą mo­zaikę, ide­al­nie war­szaw­ski ob­raz. Byli wśród nich chrze­ści­ja­nie, ży­dzi, ate­iści, je­den wol­no­mu­larz, ksiądz. Zo­stali za­mknięci w ra­tu­szu pią­tego paź­dzier­nika, by nic nie zmą­ciło spo­koju Adolfa Hi­tlera, który tego dnia przy­le­ciał do War­szawy ode­brać pa­radę zwy­cię­stwa.

Wiele osób za­sta­na­wiało się, na co było to całe bo­ha­ter­stwo obroń­ców, skoro po pod­pi­sa­niu aktu ka­pi­tu­la­cji pol­scy żoł­nie­rze wy­ma­sze­ro­wali z mia­sta do nie­woli.

- Ani my­ślę iść z nimi - po­wie­dział wów­czas Fra­nek, zrzu­ca­jąc mun­dur i wkła­da­jąc cy­wilne ubra­nie.

- To de­zer­cja - stwier­dził Ma­rek.

- De­zer­cja to bę­dzie wtedy, gdy mnie znajdą - od­parł Fra­nek, uśmie­cha­jąc się szel­mow­sko. - A kto by tam szu­kał w ta­kich wa­run­kach. Za­łożę się, że nie­je­den za­raz po wyj­ściu z mia­sta czmych­nie do lasu. Niemcy wy­grali. Te­raz mu­simy wy­my­ślić so­bie ży­cie na nowo pod oku­pa­cją.

Ma­rek po­szedł w jego ślady, żeby ska­zaw­szy się na nie­pewny los, nie zo­sta­wić matki sa­mej.

Ży­cie w War­sza­wie oka­le­czo­nej przez wy­buch wojny po­woli za­czy­nało to­czyć się da­lej, choć było znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane. Zbli­żała się zima. Ty­siące do­mów zo­stały bez okien. Około pięt­na­stu pro­cent bu­dyn­ków zbu­rzono, a ich miesz­kańcy po­zo­stali bez da­chu nad głową. Znisz­czono dwie­ście du­żych fa­bryk. Wielu lu­dzi nie miało pracy. Wsku­tek spu­sto­szeń do­wóz żyw­no­ści do mia­sta był ogra­ni­czony. Sto­wa­rzy­sze­nia do­bro­czynne i Za­rząd Mia­sta wy­da­wały cza­sem i sto ty­sięcy cien­kich zu­pek dla ro­bot­ni­ków i in­te­li­gen­cji, z któ­rych po­cho­dziła więk­szość bez­ro­bot­nych.

Świat Gold­mana nie znik­nął na­gle wraz z na­pa­ścią Niem­ców, choć biało-czer­wone flagi usu­nięto z bu­dyn­ków i ulic. Prze­ciw­nie, roz­pa­dał się ka­wa­łek po ka­wałku. Dłu­gie mie­siące ilu­zję jego ist­nie­nia pod­trzy­my­wali ota­cza­jący chło­paka lu­dzie, któ­rzy na prze­kór zdro­wemu roz­sąd­kowi i fak­tom upar­cie wie­rzyli, że to wszystko po­trwa tylko chwilę, że to tylko stan przej­ściowy, pauza dzie­jowa. Sta­rali się żyć jak daw­niej, omi­ja­jąc wzro­kiem czarne pa­jąki na czer­wo­nych sztan­da­rach, dwu­ję­zyczne ko­lo­rowe ob­wiesz­cze­nia na słu­pach, głusi na wy­cie sy­ren, ryki me­ga­fo­nów, szcze­kliwą ger­mań­ską mowę i stu­kot pod­ku­tych ofi­cer­skich bu­tów. Owi­jali słomą na zimę po­dwór­kowe krzewy ró­żane, ce­ro­wali dziu­rawe rę­ka­wice, co so­botę pa­sto­wali pod­łogi i ma­glo­wali ob­rusy.

- Do świąt Ame­ry­ka­nie po­go­nią Hi­tlera! - prze­ko­ny­wali jedni dru­gich.

- Przed No­wym Ro­kiem nie bę­dzie śladu po swa­styce - za­pew­niali.

- Do wio­sny już na pewno wszy­scy za­po­mnimy o woj­nie - ar­gu­men­to­wali z mocą.

Lu­dzie do końca trzy­mają się naj­mniej­szych choćby na­mia­stek na­dziei. Ma­rek słu­chał tego wszyst­kiego i choć ro­zum pod­po­wia­dał mu nie­wiarę, serce z ca­łej siły pra­gnęło, by te pro­roc­twa oka­zały się prawdą. On także jesz­cze wów­czas chciał, żeby było jak przed­tem. Tę­sk­nił za daw­nym, prze­wi­dy­wal­nym ryt­mem swo­jego ży­cia, dzie­lo­nego na pracę, czas z matką i roz­ma­ite przy­gody prze­ży­wane z Fran­kiem w pi­wiar­niach na Czer­nia­ko­wie czy Po­wi­ślu.

A po­tem stało się ja­sne, że ciąg dal­szy prędko nie na­stąpi. To nie była prze­rwa, ale ko­niec tam­tego świata.

Do­brze pa­mię­tał dzień, w któ­rym pierw­szy raz usły­szał o po­dziale jego mia­sta na trzy dziel­nice: nie­miecką, pol­ską i ży­dow­ską. Na uli­cach na­tych­miast za­częto de­ba­to­wać, gdzie zo­sta­nie utwo­rzona część ży­dow­ska. Nie­któ­rzy mó­wili o oko­li­cach Na­le­wek, ale byli i tacy, któ­rzy ob­sta­wiali, że Ży­dzi zo­staną prze­nie­sieni na drugą stronę Wi­sły.

- Na Pel­co­wi­znę - prze­ko­ny­wali. - Albo Szmulki.

Te wi­zje prze­ra­żały lu­dzi. O ile w oko­licy dziel­nicy pół­noc­nej za­bu­dowa była gę­sta, a to ozna­czało dużą liczbę miesz­kań, o tyle zna­le­zie­nie noc­le­gów dla ty­sięcy lu­dzi na pra­wym brzegu Wi­sły było nie­moż­li­wo­ścią.

Ma­rek był zdez­o­rien­to­wany. Po raz pierw­szy do­tarło do niego z całą mocą, że kwe­stia by­cia Ży­dem w te­atrum wojny może oka­zać się czyn­ni­kiem de­cy­du­ją­cym o czym­kol­wiek, na przy­kład o ko­niecz­no­ści opusz­cze­nia domu, w któ­rym spę­dził całe dzie­ciń­stwo. Oczy­wi­ście wie­dział jak wszy­scy, że Hi­tler ma ob­se­sję na punk­cie sta­ro­za­kon­nych, ob­wi­nia ich o całe zło tego świata, wszyst­kie nie­po­wo­dze­nia i spi­ski kie­ro­wane prze­ciwko Niem­com. Po­dobno pod ko­niec stycz­nia, na osiem mie­sięcy przed wy­bu­chem wojny, opo­wia­dał o ko­niecz­no­ści zdo­by­cia prze­strzeni ży­cio­wej dla Niem­ców i znisz­cze­nia rasy ży­dow­skiej w Eu­ro­pie. Jed­nak Ma­rek, tak jak inni, nie bar­dzo przej­mo­wał się tymi wi­zjami sza­leńca ze śmiesz­nym wą­si­kiem, wy­gła­sza­nymi w zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­gich prze­mó­wie­niach.

Aż do­tąd trak­to­wał więc wszyst­kie ogra­ni­cze­nia na­kła­dane na Ży­dów tak, jakby nie były jego sprawą i do­ty­czyły wy­łącz­nie or­to­dok­syj­nych miesz­kań­ców Na­le­wek czy ra­bi­nów i ich ro­dzin. Ale on był zwy­kłym chło­pa­kiem, który wy­cho­wał się na war­szaw­skiej ulicy. Nie ob­cho­dził ży­dow­skich świąt, ni­gdy na­wet nie był w sy­na­go­dze, w ko­ściele zresztą też nie. Re­li­gia wy­da­wała mu się roz­rywką wyż­szych sfer. Gdy był mały, cza­sem przy­sta­wał nie­opo­dal któ­rejś świą­tyni i przy­glą­dał się wier­nym spie­szą­cym na na­bo­żeń­stwo. Wy­da­wali mu się tacy do­stojni, po­ważni, wy­stro­jeni, jakby zmie­rzali do te­atru czy na kon­cert. Dla­tego też wszel­kie prze­jawy re­li­gij­no­ści usta­wił w jed­nym rzę­dzie z wy­da­rze­niami kul­tu­ral­nymi, w któ­rych tak lu­bo­wali się bo­ga­cze. W prze­strzeni, do któ­rej tacy jak on nie mieli do­stępu. Lu­dzie pra­cu­jący nie mieli czasu, siły ani pie­nię­dzy na po­dobne roz­rywki. Ktoś, kto od naj­młod­szych lat musi co­dzien­nie od nowa roz­po­czy­nać walkę o prze­trwa­nie, wie­rzy w trud, uczciwą pracę, pie­niądz i chleb.

Gdy pierw­szego grud­nia, po za­le­d­wie dwóch mie­sią­cach oku­pa­cji, na­ka­zano Ży­dom po­wy­żej dzie­sią­tego roku ży­cia no­sić opa­skę z gwiazdą Da­wida, ku­pił so­bie jedną i no­sił w kie­szeni, by w ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa szybko ją za­ło­żyć. Nie za­mie­rzał jed­nak pa­ra­do­wać w niej po mie­ście i wy­sta­wiać się na szy­kany, któ­rych Niemcy nie szczę­dzili Ży­dom. Miał do­bry, czyli cał­kiem zwy­czajny wy­gląd: kasz­ta­nowe włosy, ja­sną cerę, piwne oczy, jak po­łowa war­sza­wia­ków.

Ży­dom za­ka­zy­wano ko­lej­nych rze­czy, Ma­rek Gold­man na­dal jed­nak nie od­czu­wał z tego po­wodu żad­nego dys­kom­fortu. W grud­niu zli­kwi­do­wano ży­dow­skie szkoły, ale on i tak ni­gdy się w nich nie uczył. W stycz­niu za­ka­zano po­dróży ko­leją, ale on i tak ni­gdy nie je­chał po­cią­giem. W marcu za­ka­zano Ży­dom pracy w lo­ka­lach ga­stro­no­micz­nych i roz­ryw­ko­wych, ale on ani tam nie pra­co­wał, ani od wy­bu­chu wojny ra­czej nie by­wał. Wio­sną ode­brano Ży­dom kon­ce­sje do­roż­kar­skie, ale on nie miał ani ko­nia, ani po­wozu, po­dob­nie jak kio­sku ty­to­nio­wego czy cu­kierni, któ­rych dzia­łal­no­ści też za­ka­zano. We wrze­śniu cho­rych Ży­dów usu­nięto ze szpi­tali, ale on miał że­la­zne zdro­wie i ni­gdy nie mu­siał ko­rzy­stać z tam­tej­szej opieki. Nie miał też brody ani pej­sów, któ­rych ob­cię­ciem można by go drę­czyć.

Trzy­na­stego wrze­śnia ogra­ni­czono Ży­dom prawo do swo­bod­nego za­miesz­ka­nia, ale on i tak nie pla­no­wał prze­pro­wadzki. Od za­wsze miesz­kał w tym sa­mym miej­scu i nie za­mie­rzał tego zmie­niać.

Gdy dru­giego paź­dzier­nika gu­ber­na­tor dys­tryktu war­szaw­skiego za­po­wie­dział utwo­rze­nie za­mknię­tej dziel­nicy ży­dow­skiej, Ma­rek spraw­dził tylko, czy jego ulica znaj­dzie się w tych gra­ni­cach. Igno­ro­wana przez niego la­tami re­li­gia miała de­cy­do­wać o przy­po­rząd­ko­wa­niu do kon­kret­nej czę­ści mia­sta.

Getto wy­zna­czono osta­tecz­nie w tzw. pół­noc­nej dziel­nicy, co było o tyle lo­giczne, że miesz­kała tu spora część z po­nad trzy­stu ty­sięcy sta­ro­za­kon­nych war­sza­wia­ków. Reszta, re­zy­du­jąca poza wy­zna­czo­nymi gra­ni­cami, do pięt­na­stego li­sto­pada mu­siała zna­leźć lo­kum w ob­rę­bie mu­rów. Chrze­ści­ja­nie zo­stali zmu­szeni do opusz­cze­nia tej czę­ści War­szawy naj­da­lej w ciągu ko­lej­nych dwóch ty­go­dni. Do­zwo­lone było za­mie­nia­nie się miesz­ka­niami, na­jem, kupno i sprze­daż. Prze­nieść można się było z ca­łym le­gal­nie po­sia­da­nym do­byt­kiem.

Wszyst­kie sklepy ży­dow­skie znaj­du­jące się poza tym ob­sza­rem, tak jak warsz­taty, za­kłady wy­twór­cze i małe fa­bryki, wraz z to­wa­rem, sprzę­tem i su­row­cami pod­le­gały kon­fi­ska­cie.

Gdy pierw­szy szok mi­nął, za­czął się rej­wach. Do i z getta pły­nął nie­prze­rwany stru­mień lu­dzi cią­gną­cych wózki, do­ro­żek, riksz, wo­zów. Naj­wię­cej jed­nak osób tasz­czyło do­by­tek na wła­snych ple­cach.

Sys­te­ma­tycz­nie do­bu­do­wy­wany na koszt gminy ży­dow­skiej mur roz­szar­py­wał mia­sto na czę­ści, zmie­nił utarte szlaki ulic w nie­zro­zu­miałą plą­ta­ninę, la­bi­rynt, któ­rego gra­nice cią­gle się prze­su­wały, a lu­dzie prze­miesz­czali się, że­gna­jąc miej­sca, w któ­rych nie­rzadko ich ro­dziny żyły od tak wielu po­ko­leń, że nikt już nie pa­mię­tał na­wet imie­nia tego, kto wy­brał dla nich ten ad­res.

Samo getto też szybko pę­kło - wzdłuż ulicy Chłod­nej - dzie­ląc się na małe po­łu­dniowe, po­ło­żone bli­żej Mar­szał­kow­skiej, i duże pół­nocne, bar­dziej od­da­lone od cen­trum.

W mu­rze wy­zna­czono dwa­dzie­ścia dwie bramy. Nie­któ­rzy twier­dzili, że zo­staną tam usta­wione straże i ich prze­kra­cza­nie po za­mknię­ciu getta bę­dzie moż­liwe je­dy­nie za oka­za­niem prze­pustki. Ile­kroć Ma­rek prze­cho­dził obok któ­rejś z nich, czuł nie­po­kój, choć nie było jesz­cze żad­nych żoł­nie­rzy ani szla­ba­nów. By ukoić ten nie­po­kój, prze­cho­dził na drugą stronę i spa­ce­ro­wał po War­sza­wie cał­kiem bez celu, tylko po to, by upew­nić się, że wszystko jest jak daw­niej. Miał jed­nak wra­że­nie, że coś prze­ga­pił, choć cał­kiem nie umiał po­wie­dzieć co, i że jest już za późno, by od­wró­cić bieg zda­rzeń.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okładki ANNA SLO­TORSZ / ART­NOVO.PL
Fo­to­gra­fie na okładce? Abi­gail Mi­les/Ar­can­gel Ima­ges ? pin­gla­bel/Adobe Stock Do­mena pu­bliczna
Źró­dła mott:Nie było żad­nej na­dziei. Po­wsta­nie w get­cie war­szaw­skim 1943, Mu­zeum Ży­dów Pol­skich PO­LIN, on­line: https://www.youtube.com/watch?v=MI­3bEHj­hYds&ab_chan­nel=Mu­zeum­PO­LIN [do­stęp: 11.01.2023]. San­do­mierz. Książka do pi­sa­nia, wy­bór tek­stów i fo­to­gra­fii Je­rzy Krze­miń­ski, fo­to­gra­fie: Ja­nusz Kwiat­kow­ski, Je­rzy Mi­chal­ski, Wy­daw­nic­two Au­ste­ria, Kra­ków-Bu­da­peszt-Sy­ra­kuzy 2021, s. 42.
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BOOK - KA­RO­LINA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rektaUR­SZULA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Po­lish edi­tion ? Ma­ria Pa­szyń­ska, Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6435-3
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: ksia­znica@pu­bli­cat.pl