ROZDZIAŁ 2
Na łonie matczyzny
Po wylądowaniu późnym wieczorem i zaliczeniu kontroli, podczas której po raz pierwszy w życiu mogła stanąć w kolejce dla posiadaczy kanadyjskich paszportów, Lena postanowiła porządnie rozejrzeć się na lotnisku i coś zjeść. Wprawdzie nie narzekała na posiłki serwowane na pokładzie, ale porcje były mikroskopijne nawet dla tak niewielkiego dziewczęcia jak ona, a ponad dziewięć godzin w samolocie solidnie ją wymęczyło. Przed nią prawie pół doby oczekiwania na lot do Vancouver, więc musiała nabrać sił. To była też dobra okazja, by przetestować międzywalutową kartę Revolut, bo wprawdzie na lotnisku w Warszawie wymieniła po złodziejskiej stawce złotówki na kilkadziesiąt kanadyjskich dolarów, ale pierwszy rzut oka na ceny w lokalach gastronomicznych terminalu nie pozostawił złudzeń, że ta kwota wystarczy jej na dłużej niż parę dni.
Zdecydowała się na hot doga i ciepłą herbatę w Timie Hortonsie, jak się potem miała dowiedzieć, w najsłynniejszej kanadyjskiej sieciówce z kawą, fast foodami i słodyczami. Płatność przebiegła bez najmniejszego problemu, więc przynajmniej to zmartwienie mogła na razie skreślić w swojej głowie.
Przysiadła przy stoliku i zaczęła przyglądać się ludziom. Nikt jej tu nie znał. Większość siedziała z nosami w smartfonach, ale Lena była daleka od oceniania, bo dotychczas tak samo spędzała czas, gdy na cokolwiek czekała - czy to na przystanku, czy w kolejce u lekarza. Teraz sama myśl, że miałaby odpalić social media i zobaczyć informacje na swój temat od znajomych, sprawiała, że parówka z hot doga stanęła jej w przełyku. Jak dobrze było poczuć się w pełni anonimową.
- Lenka, w coś ty się wpakowała... - westchnęła pod nosem. W lotniskowym zgiełku nikt nie zwrócił na to uwagi.
Próbowała wykrzesać z siebie ekscytację, która towarzyszyła jej jeszcze godzinę wcześniej, gdy przy podchodzeniu do lądowania dostrzegła przez okno wieczorne Toronto, tę chmurę światła, miejską mleczną drogę na ciemnej plamie kontynentu amerykańskiego. Czuła się jednak bardzo zmęczona. Szybko policzyła, że w Polsce, w strefie czasowej, z którą jej organizm był tak dobrze zsynchronizowany, jest właśnie trzecia nad ranem.
- Dość tego użalania się nad sobą - postanowiła na głos.
Tym razem siedzący niedaleko Azjata spojrzał na nią spod oka, ale zaraz wrócił do swojego ekranu. Dopiła herbatę i ciągnąc za sobą walizkę, zdecydowała, że spożytkuje czas na coś innego niż negatywne myśli. Weszła do księgarni i kupiła przewodnik po Vancouver. Wiedza to klucz do świętego spokoju... w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Zaopatrzona w tę lotniskową lekturę na dobranoc poszła do łazienki, by się odświeżyć przed poszukaniem jakiegoś wygodnego miejsca do spania. Wyjęła małą podręczną kosmetyczkę i spojrzała w lustro. Rzadko robiła makijaż, właściwie tylko wtedy, gdy czekało ją spotkanie z klientem, ale od czasów wczesnonastoletnich zawsze podkreślała dolną linię rzęs zieloną kredką, bo nadawała jej dużym oczom jeszcze więcej szmaragdowej głębi i odwracała uwagę od tego znielubionego przez nią nosa. Po prawie dziesięciu godzinach podróży kredka zaczęła się nieestetycznie kruszyć w kącikach, więc Lena chwyciła za papierowy ręcznik, zmoczyła go i obtarła oko, by pozbyć się bezsensownego w tych okolicznościach makijażu. Jej niedoświadczenie w kwestii podróży między kontynentami nie mogło być bardziej widoczne.
Po chwili namysłu przemyła twarz zimną wodą, mając nadzieję, że pomoże nieco swojej poszarzałej cerze. Nałożyła na twarz krem, który został wchłonięty przez jej skórę niczym gąbka. Wszystko w jej ciele nagle wydało się odwodnione. No, może wszystko poza łydkami, które mimo rozchodzenia wciąż wydawały jej się ciężkie.
Wyjęła szczotkę i przeczesała swoje brązowe włosy, które sięgały do ramion. Trzeba będzie w końcu pozbyć się tego koloru. Nie mogła na niego patrzeć, bo myślała wtedy tylko o nim, o facecie, który zgotował jej piekło. To on wolał ją w tej stonowanej, grzecznej wersji. Gdyby mogła kupić gdzieś na lotnisku farbę, to zabrałaby się do koloryzacji już teraz, zaraz, nie zważając na spojrzenia innych pasażerów. Ale musiała jeszcze trochę pomęczyć się z tym kolorem włosów.
Na końcu umyła zęby. Dla jej przyzwyczajonego do rutyny ciała był to zazwyczaj sygnał, że pora już iść spać. Ciekawiło ją, czy sztuczka zadziała i tym razem.
Mimo późnej pory lotnisko tętniło życiem. Wprawdzie większość sklepów zaczęto zamykać, ale ludzie tłoczyli się przy niektórych bramkach, biegli gdzieś pośpiesznie z walizkami lub układali się na krzesłach w wygodnych pozycjach, które pozwalały na sen. Dopiero teraz zauważyła, że każda z informacji na tabliczkach jest podana w dwóch językach - po angielsku i po francusku. Miała nadzieję, że w trakcie pobytu nikt nie będzie od niej wymagał znajomości tego drugiego języka, bo poza bonjour i merci nie byłaby w stanie wydusić z siebie nic więcej.
Odnalazła rząd wolnych krzesełek i pociągnęła swój bagaż podręczny w ich stronę. Po drodze podglądała, jak inni szykują się do nocy, ale prócz podłożenia torby i kurtki pod głowę, by posłużyły jako poduszka, nie znalazła więcej inspiracji. Jakby sama i tak nie wpadła już na ten pomysł!
Zdjęła swoje sportowe buty i ułożyła się w pozycji półleżącej, z głową na swoim dobytku. Już po minucie poczuła, że pomimo niecałych trzydziestu wiosen na karku będzie musiała po tej podróży skorzystać z pomocy jakiegoś kręgarza.
Rutyna. Obiecała sobie, że pozostanie jej wierna. Spróbowała więc wziąć kilka głębokich wdechów i wydechów, a z każdym cyklem starała się odpędzić negatywne myśli. Będzie dobrze. Wszystko musi się ułożyć. Wyliczyła w głowie, za co jest wdzięczna. Na pewno za to, że przeżyła turbulencje. Za to, że ma tak wspierającą rodzinę. I za to, że w końcu udało się jej dotrzeć do kraju, w którym przyszła na świat.
Po tej krótkiej medytacji przekartkowała przewodnik, ale czytanie po angielsku wymagało od niej zbyt wiele wysiłku. Postanowiła zabrać się do tego w trakcie kolejnego lotu.
Gdzie okiem sięgnąć, widziała kanadyjską flagę. Zasypiając, mogła liczyć liście klonu zamiast baranów.
Sen, który ją ogarnął, był płytki. Budziła się przy najmniejszym szmerze lub komunikacie, ale za to nad ranem, gdy przyszła pora pobudki, by pozbierać się i zdążyć na lot linii Air Canada do Vancouver, prawie zaspała. Stary telefon bardzo szybko się rozładował. Nie zdążyła się nawet rozejrzeć lub przemyśleć, czy czegoś nie zapomniała, musiała pędzić w kierunku swojej bramki.
Weszła na pokład jako jedna z ostatnich i gdy w końcu usiadła, zorientowała się, że zostawiła na krzesełku swój niedawno kupiony przewodnik po Vancouver. No i to by było na tyle, jeśli chodzi o solidne przygotowanie się do pobytu i niemarnowanie funduszy.
- O, kochana, już myślałam, że cię celnicy zatrzymali. Pewnie twoja matka znowu wsadziła tę suszoną kiełbasę do walizki? Zawsze jej powtarzam, że to proszenie się o problemy. Ile paczek z Polski zatrzymywali mi w kwarantannie! Poza tym ona często zapomina, że prowadzę tutaj polski sklep, nie potrzebuję, żeby mnie dokarmiać. - Niższa o pół głowy ciocia Ewa wyściskała Lenę sześć godzin później.
- Nie, ciociu, sama pakowałam sobie bagaż.
"W dużym pośpiechu i mama na pewno nie zdążyłaby do niego nic wetknąć" - dodała w myślach.
- Po prostu mieliśmy małe opóźnienie, a akurat wylądowało więcej samolotów i zrobił się tłok przy kontroli paszportów - wyjaśniła.
I tak jej kolejka była dość krótka, choć obawiała się, że strażnik z niechęcią spojrzy na jej kompletnie nieangielsko brzmiące nazwisko i być może każe odśpiewać hymn Kanady lub powiedzieć, kto jest w kraju głową państwa. "Taka z pani Kanadyjka? Czy ten paszport nie jest czasem sfałszowany?! Proszę tutaj na bok". Niesamowite, co podsuwa głowa, gdy brakuje snu. Choć pewnie nawet po w pełni przespanej nocy nie byłaby w stanie zanucić tego hymnu.
- No tak, a pewnie jeszcze bagaż musiałaś odebrać... To jest cały twój dobytek? Co ty tam włożyłaś, bikini i jakieś klapki? Wiesz, że Kanada to nie Australia, prawda? - Ciocia spojrzała na dwie czarne walizki Leny: jedną kabinówkę, a drugą standardowego rozmiaru.
- Nie wiem, ile czasu zostanę. Najwyżej dokupię sobie coś tutaj, na miejscu.
Rzeczywiście, w odmętach walizki próżno było szukać nawet w połowie tak ciepłego stroju, jaki miała na sobie ciotka Ewa, która wyglądała, jakby zaraz miały udać się na wędrówkę. Grube skarpety wystawały jej z butów trekkingowych, które Lenie kojarzyły się z wycieczkami po Tatrach. Do tego ciocia włożyła kremowy wełniany sweter, który dzięki pięknemu splotowi od razu przypadł siostrzenicy do gustu. A na to wszystko narzuciła polarową kamizelkę. Dzięki temu sportowemu sznytowi, modnemu cięciu na boba i fit sylwetce Ewa nie wyglądała na swój wiek, prawie sześćdziesiątkę.
Ciocia poklepała ją po ramieniu i chwyciła za mniejszy bagaż, by podążyć za strzałką wskazującą parking. Gdy Lena rozmawiała z nią dwie doby wcześniej, była przekonana, że nie ma co kłopotać krewnej i że sama da radę jakoś dotrzeć do jej domu pod Vancouver. Teraz była jednak wdzięczna, że ciotka Ewa się uparła. "Chyba żarty sobie stroisz, oczywiście, że po ciebie przyjadę!" Już widziała, jak w takim stanie jedzie trzema różnymi pociągami, by dotrzeć do Port Moody.
Gdy wyszły na zewnątrz, Lenę od razu uderzyło w twarz zimne powietrze. Niebo było całkowicie szare. Rozejrzała się, ale nie dostrzegła wielkiej wody, która zwróciła jej uwagę, gdy podchodzili do lądowania. Zapach przypominał morską bryzę, więc nie były daleko od oceanu.
- Zmęczona? - spytała ciocia, gdy wsiadły do jej przestronnego SUV-a. Właściwie żadne z aut stojących na parkingu nie wyglądało na takie, które można by określić inaczej niż "przestronne". Lenę uderzył kontrast, gdy przypomniała sobie samochody na parkingu przy Okęciu.
- Nigdy bym nie pomyślała, że siedzenie na tyłku przez tyle godzin może być aż tak męczące.
- A pewnie nie wykupiłaś sobie hotelu na lotnisku w Toronto? - Ciocia uruchomiła samochód jednym ruchem dłoni i wyjechała z miejsca parkingowego, kierując się za strzałką "Exit". Lena spojrzała za okno, próbując wypatrzyć cieśninę otaczającą lotnisko.
- Nawet nie wiedziałam, że to możliwe. - Wprawdzie przespała prawie całe pięć godzin lotu, ale i tak czuła się wymęczona.
- Czasem tak robię. Ale najlepiej rezerwować z wyprzedzeniem. Pewnie i tak nie byłoby już wolnego pokoju.
W powietrzu zawisł niewypowiedziany komentarz, że cała podróż Leny to totalne last minute. Ale na szczęście ciocia nie dociekała. Na razie.
- Dziękuję ci, że mnie przyjęłaś.
- Daj spokój. Od tego jest rodzina. Tak się cieszę, że w końcu przyleciałaś. Już od dwudziestu lat nikt z was mnie tutaj nie odwiedzał.
Lena pamiętała przelotnie z czasów podstawówki, że mama wybrała się w odwiedziny do siostry w trakcie letnich wakacji. Ona została wtedy z tatą i chodziła z nim na ryby. Mimo że moczenie wędki i wyczekiwanie, czy coś się złapie, było nudne i monotonne, dobrze wspominała tamten czas.
Nie było jednak tak, że nie widywała ciotki lub w ogóle jej nie znała. Co dwa, trzy lata Ewa zamykała swój sklep na calutki miesiąc i wraz z mężem wybierała się w podróż do Polski. Mimo znacznej różnicy czasowej siostry często łączyły się też na Skypie.
- A jak tam wujek? - spytała Lena, gdy ciocia zjechała na autostradę. Jeśli musiały gawędzić, to wolała prowadzić rozmowę na bezpieczne tematy. Choć pewnie i tak w końcu zdradzi ciotce powód, dla którego wyjechała. Rodzina to rodzina.
- Dobrze. Trafiła mu się dłuższa podróż służbowa, siedzi właśnie w Stanach i prowadzi te swoje negocjacje. Wysłał mi wczoraj kilka zdjęć z plaży. Dasz wiarę, że on tam chodzi w krótkim rękawie, podczas gdy ja wczoraj musiałam napalić w kominku? - Ciocia aż zatrzęsła się na samo wspomnienie zimna i spojrzała przelotnie na Lenę. - To jedyna kurtka, jaką masz? Będę musiała znaleźć ci coś w szafie, bo przemarzniesz.
- Dzięki. Ale naprawdę, jeśli trzeba będzie, to coś kupię. A kiedy wraca wujek Paweł?
- Będzie na Święto Dziękczynienia. Zostaniesz z nami do tego czasu, co?
- Do końca listopada? Sama nie wiem, czy powinnam ci tyle siedzieć na głowie.
- W Kanadzie obchodzimy je w październiku. To będzie za jakiś miesiąc z kawałkiem. Bez sensu, żebyś tak szybko wracała. No chyba że nie masz więcej urlopu lub coś cię goni z powrotem do Polski...? - Ciocia znów zahaczyła o temat, którego Lena wolała jeszcze nie poruszać.
Zdecydowała się na szczerość.
- Wiesz co, ciociu, zdrzemnę się trochę i potem wszystko ci opowiem, dobrze? - Akurat jej mogła ufać. I sądziła, że ciocia, podobnie jak rodzice, nie oceni zbyt surowo jej błędów z przeszłości i stanie za nią murem.
- Dobrze, kochana. Czeka nas jeszcze jakieś pół godziny jazdy. Zdrzemnij się, jeśli masz ochotę.
Lena spojrzała na zegar, który wskazywał jedenastą. Szybko przekalkulowała w głowie, że w Polsce jest właśnie dwudziesta. Na więcej matematyki, na przykład przeliczenie, ile w sumie trwała cała jej podróż, nie starczyło jej sił. Zresztą, jakie to miało znaczenie?
Przymknęła oczy i sama nie wiedziała, kiedy ciocia obudziła ją lekkim dotknięciem w ramię.
- Hej, Lenko, kochanie, już jesteśmy.
Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na dom, przed którym się zatrzymały. Ładny, parterowy, o szarej, przypominającej panele fasadzie, ze spadzistym dachem. W porównaniu z domami w pobliskim sąsiedztwie nie prezentował się może aż tak majestatycznie, ale na Lenie i tak zrobił spore wrażenie.
Ciocia zabrała jej bagaż na ganek i wprowadziła ją do środka. Siostrzenica od razu pokochała wnętrze pełne drewnianych i kamiennych wykończeń.
- Chodź, pokażę ci od razu twój pokój i łazienkę. Odświeżysz się, wyśpisz, a potem cię oprowadzę.
Lena przystała na ten plan pożądany przez każdą komórkę jej ciała. Jej kości aż jęknęły z ulgi na myśl o ciepłym, miękkim łóżku.
Pokój gościnny, który przygotowała dla niej ciocia, był wprawdzie niewielki, ale z pięknym widokiem na rozciągający się za domem ogródek. Lena nie wpatrywała się jednak długo w zieleń za oknem, bo przed jej oczami zaczęły mrugać szare mroczki zmęczenia. Chwyciła za ręcznik, odgrzebała w walizce piżamę i poszła wziąć szybki prysznic.
- Kochanie, muszę podjechać do supermarketu i załatwić kilka spraw w moim sklepie. Jeśli byś się obudziła przed moim powrotem, to nie krępuj się i skorzystaj z kuchni.
- Dzięki, ciociu - odmruknęła i zapadła w sen jakieś pięć sekund po przyłożeniu głowy do poduszki.
Obudziła się zdezorientowana. Zapach pościeli nie przypominał jej nic znajomego. Tak jak i ściana, na którą właśnie patrzyła. Poczuła ból głowy, niczym na kacu po jednej z szalonych imprez, na które czasem zaciągała ją przyjaciółka. Wspomnienia szybko jednak ułożyły się w głowie. I te dobre, i te złe.
Lena wstała i rozejrzała się w poszukiwaniu zegarka. Było po trzeciej. Wprawdzie chętnie by jeszcze pospała, miękka poduszka wyglądała zachęcająco, ale z tego, co pamiętała, najbardziej efektywne w walce z jet lagiem było jak najszybsze dostosowanie się do rytmu dnia miejsca, w którym się znajdowało.
Narzuciła na siebie bluzę, bo w samej piżamie zrobiło jej się dość chłodno, i wyszła z pokoju.
Ciocia kręciła się po kuchni. Lena znów poczuła wyrzuty sumienia, że Ewa specjalnie dla niej urwała się z pracy. Doskonale wiedziała, jak to jest prowadzić własną działalność i nieustannie doglądać biznesu. Nawet teraz bolało ją, że musiała wszystko zostawić, odciąć się od tej maleńkiej firmy, z której była tak dumna.
- Nie powinnaś być w pracy? - spytała ciocię, która mieszała coś w garnkach.
- Ach, wstałaś! Podgrzewam sobie właśnie zupę na późny lunch. Zjesz ze mną?
- Poproszę. - Usiadła na hokerze przy kuchennej wyspie, tak by mieć widok na ciocię, ale też na ogród za oknem. Właściwie nie była pewna, czy zaraz za niewielką połacią trawy nie rozciąga się las. Wysokie drzewa iglaste tworzyły ciemną ścianę. - No więc? Jak tam sprawy sklepu?
- Kompletnie się tym nie przejmuj, mam od tego pracowników. Paweł i tak twierdzi, że za często tam siedzę jak na to, że zatrudniam tyle osób.
Lena nie wiedziała za wiele o biznesie ciotki prócz tego, że Ewa prowadzi polski sklep gdzieś pod Vancouver. Spodziewała się, że to markecik, coś jakby niewielka budka z produktami z ojczyzny, ale z tej krótkiej odpowiedzi mogła wydedukować, że jednak chodziło o większe przedsięwzięcie. Nie miała pojęcia, ile Polonii złaknionej polskich smaków żyje w tych okolicach.
- Chętnie bym go kiedyś zobaczyła. Może mogłabym ci nawet w czymś pomóc? Wiesz, że skończyłam zarządzanie, więc mogę posiedzieć kilka godzin na kasie.
- Daj spokój, wypoczywaj. - Ciocia wyjęła ze zmywarki porcelanowe miseczki i przelała do nich zupę. - Wybacz, to nic wyszukanego, jakiś tam ramen. Mamy niedaleko świetną koreańską knajpkę, niedawno otworzyli. Wolisz zjeść tutaj czy pójdziemy do salonu? Cholercia, tak dawno nie mieliśmy już gości, że zapomniałam, jakie to ekscytujące!
Lena uśmiechnęła się na te słowa. Miło, że jej obecność sprawiała cioci taką przyjemność.
- Możemy zjeść w salonie.
Przeszły do przylegającego do kuchni pomieszczenia, w którym znajdował się obudowany szarym kamieniem kominek. Jego obecność, a także drewniane elementy sprawiły, że Lena czuła się jak w góralskiej chacie.
Na ścianie po prawej od kominka dostrzegła dość duże rodzinne zdjęcie zrobione ponad dekadę temu. Szybko odwróciła wzrok, nie chcąc, by ciocia zauważyła, że patrzy w tamtą stronę. Jej kuzyn, jedyny syn cioci Ewy i wujka Pawła, zginął w wypadku w wieku szesnastu lat. Lena nie znała żadnych szczegółów dotyczących zdarzenia. Rodzina w Polsce traktowała tę tragedię jako temat, którego lepiej nie poruszać. Lena wyobrażała sobie, że ból straty jedynego dziecka musiał być dla wujostwa nieznośny, tym bardziej zdziwiła się, gdy zobaczyła tę dużą fotografię w tak widocznym miejscu. Może byli gotowi rozmawiać na ten temat? Może nawet chcieli, ale historia odeszła wraz z kuzynem, który byłby teraz prawie w jej wieku. Stwierdziła jednak, że pierwsze godziny po przyjeździe to nie najlepszy moment, by zapytać ciocię o wypadek.
- To jakie masz plany? - odezwała się w końcu Ewa, gdy usadowiły się wzdłuż dwóch boków stołu.
- Sama nie wiem, ciociu. Przez kilka dni muszę ochłonąć. - Lena zanurzyła łyżkę w ramenie. Gruby makaron udon od razu uciekł jej z powrotem do miski, więc wypiła tylko trochę bulionu.
- Powiesz mi, co się stało? Twoja mama była dość lakoniczna, gdy z nią wczoraj rozmawiałam. Pewnie wolała zostawić to tobie.
Dziewczyna pokiwała głową i wzięła głęboki wdech.
- Wszystko zaczyna się i kończy na tym popapranym facecie, z którym spotykałam się w zeszłym roku - zaczęła, unikając spojrzenia cioci i z zacięciem tnąc łyżką makaron na małe kawałki. Jakby to on był winny czemukolwiek poza ześlizgiwaniem się do miski.
W miarę opowieści wróciło to poczucie zażenowania i wstydu, które udało jej się odgonić na czas podróży. Jak to możliwe, że mimo opóźnionego startu z Warszawy już ją dopadło? Czuła, jakby przywiozła je w bagażu wraz z ubraniami nieadekwatnymi do pogody.
- Co za asshole - skomentowała ciocia, gdy Lena dotarła do sedna całej afery. - To musi być karalne!
- No nie wiem, ciociu. - Pójście na policję przyszło jej do głowy, ale jednak bardziej naturalnym odruchem była ucieczka. Zresztą tak poradziła jej najlepsza przyjaciółka. "Odetnij się od wszystkiego na jakiś czas. Niech to przycichnie".
- Naprawdę jest aż tak źle?
- Widziałam tylko część. Nie chciałam więcej. - Mimo że ramen był całkiem smaczny, a jej żołądek przypominał, że od ponad sześciu godzin nic nie jadła, Lena straciła apetyt.
- A co z twoim biznesem? Przecież prowadzisz firmę. Na pewno masz klientów, których zaniepokoi twoja nieobecność.
- Prowadzę ją wspólnie z koleżanką ze studiów. Ustaliłyśmy, że Karo na razie ich przejmie, dopóki nie dowiemy się, czy wieści nie dotarły i do nich. Znalazła jakąś znajomą do pomocy, więc mój "urlop"... - podkreśliła to słowo z niesmakiem - ...raczej nikomu nie zaszkodzi. Byleby tylko sobie nie poszli.
- Biedactwo. Ale pewnie coś tam i tak musisz ogarniać? Nadzorować?
- Tylko w krytycznych przypadkach. Na razie wyłączyłam wszystkie telefony, poczekam jeszcze parę dni i wtedy sprawdzę, czy ktoś próbował się do mnie dodzwonić. Wierzę, że Karolina sobie poradzi - zapewniła ciocię, choć sama miała delikatne wątpliwości. Jej przyjaciółka była kompetentna, ale zupełnie nie radziła sobie z wykonywaniem wielu zadań jednocześnie. Oby ta osoba do pomocy była inna.
Ciocia westchnęła i przechyliła miseczkę, by dopić pozostały w niej bulion.
- Na twoim miejscu bym tak tego nie zostawiła. Musisz walczyć o swoje.
- Wiem. Ale na razie... Chcę po prostu odetchnąć przez kilka dni. Może tygodni. Oczywiście jeśli zgodzisz się tak długo mnie gościć.
- Jak dla mnie to możesz zostać na stałe. Już ci mówiłam, jak się cieszę, że tu jesteś.
- Obawiam się, że nie wystarczy mi oszczędności. A nie chciałabym na tobie zbytnio pasożytować.
- Daj spokój. Od tego jest rodzina. A w razie czego znajdziemy ci tu jakąś pracę - zapewniła ją żarliwie ciocia.
Lena się uśmiechnęła. W jej zorganizowanej głowie mimowolnie zaczął układać się plan B na życie, gdyby okazało się, że przez głupiego eksa plan A obrócił się w proch.
- Dzięki, ciociu. A swoją drogą powiedz mi... miałabyś jakiś przewodnik po Vancouver?