Jesień smakuje miłością - Alicja Wlazło

Reflow text when sidebars are open.
Łucja
Cisna
Barwione wrześniowym słońcem liście rozłożystego kasztanowca mieniły się w ciepłych popołudniowych promieniach. Wiatr trącał je, niby od niechcenia, jakby jeszcze przez te kilka chwil chciał im dać znać, że chociaż chłód nadchodzi wielkimi krokami, to wciąż jeszcze mają coś do zrobienia tej jesieni. Jedynie kilka z nich, tych mocno zarumienionych, bądź nawet pociągniętych paletą brązów, opadało pod siłą podmuchu i z majestatem kładły się na równo przystrzyżonym trawniku; choć i jego niegdyś żywa zieleń z wolna przygasała, jakby cała natura wiedziała, że czas się uspokoić, przystopować i po raz ostatni zachłysnąć życiem. A wszystko po to, by potem z pokorą udać się na zasłużony odpoczynek.
Lecz jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Jeszcze jesień w pełni nie rozkwitła, jeszcze korale z jarzębiny kołysały się na jej porcelanowej szyi, czasem muskając o zarys piersi, czasem wplątując się w ogniste pukle spływające na ramiona, dekolt, plecy; a suknia z wielobarwnych liści buków, jaworów, olszyn i tego kasztanowca, co rośnie tuż za oknem, wirowała wraz z właścicielką, podczas walca z wiatrem. Muzyka natury, teraz zagłuszona przez witrynę niewielkiej kawiarenki, nadawała rytm tej nastrojowej parze, a przygrywały im trele kopciuszków, bogatek i rudzików, wszystko przy akompaniamencie szumiących drzew.
I nawet pomimo faktu, że teraz nie mogła usłyszeć kojącego śpiewu ptaków, Łucja siedziała za ladą i wpatrywała się jak urzeczona w obraz, będący ikoną spokoju i szczęścia. Nawet jej oparty o chropowaty pień kasztanowca pomalowany na pistacjowo rower wpasowywał się w całość widoku. Do brązowego wiklinowego koszyka umocowanego do kierownicy wpadł właśnie żółto-brązowy liść sporych rozmiarów; tylko ogonek wystawał teraz poza zieloną wyściółkę.
Łucja oparła łokieć na blacie, brodę wsparła na dłoni, z jej ust wydostało się ciche westchnienie; przepełnione tęsknotą, która w ostatnich dniach nawiedzała ją coraz częściej. Niby przypadkiem, niby niechcący siadała na ramieniu, sprawdzała, czy Łucja była wystarczająco zajęta codziennymi sprawami, by od razu nie strzepnąć niechcianego gościa, po czym nachylała się do ucha dziewczyny, czasem odchylała pocałowane słońcem złote kosmyki i szeptała: jakby to miło było uchwycić ten bajkowy krajobraz! Wystarczyło tylko pójść w góry na jedną z polan, wspiąć się na wzniesienie, z którego roztaczał się pejzaż na przepiękne lasy bukowe, a potem rozłożyć sztalugę, ułożyć na niej płótno i sięgnąć po pędzel...
Dźwięk starego zegara zajmującego centralną pozycję na bocznej ścianie rozbrzmiał głębokim barytonem w Kawiarni pod Czerwonym Kasztanem, wyrywając Łucję z zamyślenia. Pokręciła głową, by kategorycznie przegonić niechciane myśli i odciąć się od przeszłości, do której drzwi powinny zostać zatrzaśnięte na zawsze. Odruchowo chwyciła za szmatkę i przetarła, już i tak czystą ladę. Sprawdziła jeszcze, czy desery na wystawce za szybą wciąż prezentują się w nienaganny sposób, a następnie wyczyściła ekspres do kawy i zaparzyła sobie espresso.
Wiedziała, że zapewne za chwilę do kawiarni zaczną napływać klienci, którzy po sytym obiedzie w jednej z pobliskich knajpek zapragną ukoić podniebienie słodkościami przełamanymi goryczką świeżo zmielonej kawy. I chociaż Kawiarnia pod Czerwonym Kasztanem znajdowała się raczej na obrzeżach Cisnej, i trzeba było się przespacerować dobre dwadzieścia minut od centrum, by dotrzeć do celu, turyści odwiedzający tę stronę Bieszczad z chęcią do niej zaglądali. Tym bardziej jesienią. A wszystko to za sprawą pani Wiesławy Mroczkowskiej, właścicielki, której osobowość przyciągała nawet najbardziej nieśmiałych lub nieprzystępnych ludzi, a która jednocześnie była najlepszą przyjaciółką jej babci.
Łucja właśnie włożyła filiżankę do zmywarki na zapleczu i usłyszała śpiew kopciuszka. Dźwięk ten zastępował zwyczajny dzwonek umieszczany przy drzwiach oznajmiający, że kolejny gość właśnie zawitał w skromne progi kawiarni.
Dziewczyna wyszła na salę i już miała przywitać gościa standardową formułką, gdy jej spojrzenie napotkało roziskrzony wzrok tak dobrze jej znanej starszej pani.
- Pani Wiesiu, jak miło panią widzieć - przywitała właścicielkę Łucja i zaraz odebrała od niej welurowy płaszcz w szaro-pomarańczową kratę. - Myślałam jednak, że dzisiaj jestem sama na popołudniowej zmianie.
Pani Wiesia zdjęła pomarańczowy beret i przyjrzała się swojemu odbiciu w wiszącym lustrze. Poprawiła brązowe włosy, przez które gdzieniegdzie przebijały się już stalowoszare pasma.
- Nie mogłam przecież siedzieć w domu w taką przepiękną pogodę! - powiedziała z nieukrywanym podnieceniem w głosie, a następnie klasnęła w dłonie. - Najwyższy czas zacząć przystrajać kawiarnię! Jesień to najpiękniejsza pora roku i nie zamierzam marnować ani jednego dnia! Poza tym muszę wypróbować nowy przepis na szarlotkę, nad którym myślałam już od jakiegoś czasu, ale dopiero dzisiaj mnie olśniło, co mogę dodać na wierzch, chociaż nigdy czegoś takiego nie próbowałam. Ale warto się będzie pobawić, oj, warto!
Pani Wiesia, która sięgała Łucji ledwie do ramienia, ruszyła teraz do kuchni, zacierając przy tym ręce niczym dziecko, które nie może się doczekać, aż wreszcie zacznie zabawę lalką z najnowszej kolekcji.
- Poza tym - ciągnęła pani Wiesia, jednocześnie zakładając beżowy fartuch chwycony naprędce z wieszaka umieszczonego po wewnętrznej stronie kuchennych drzwi - możesz potrzebować pomocy. Widziałam dzisiaj sporo nowych samochodów parkujących pod pensjonatem, więc może nas czekać kilka pracowitych dni!
- W takim razie szczęściarze z nich - odparła Łucja z uśmiechem i odwiesiła płaszcz pani Wiesi obok swojego.
Kobieta przystanęła i spojrzała na dziewczynę z udawaną podejrzliwością.
- A to niby czemu?
Łucja oparła ręce na biodrach i obróciła się ku rozmówczyni.
- Ponieważ będą mieli okazję spróbować pani wspaniałych wypieków! - odparła wesoło Łucja. - A kto wie, może nawet załapią się na degustację ciasta według nowego przepisu?
Pani Wiesia chwyciła jej twarz w dłonie i ścisnęła delikatnie.
- Ty to wiesz, jak mi się przymilać! - powiedziała, śmiejąc się szczerze. - Ale jeżeli rzeczywiście mają skosztować mojej nowej szarlotki, muszę się pospieszyć.
Ostatnie słowa powiedziała ciszej, jakby dłużej nie skupiała się na rozmowie. Zaczęła wyjmować z szafek potrzebne produkty: mąkę, cukier... Łucja jednak nie zamierzała stać po próżności i obserwować jej poczynań. Obróciła się na pięcie i już otwierała drzwi, gdy usłyszała huk dochodzący z góry, jakby coś trzasnęło o podłogę z dużej wysokości. Wzdrygnęła się i niemal wybiegła z kuchni, chciała nawet pognać na piętro, gdzie znajdował się nieużywany strych, lecz wtedy usłyszała głos pani Wiesi, która nie ociągając się, ruszyła jej śladem.
- Spokojnie, Łucjo - powiedziała kojąco i położyła dłoń na jej ramieniu, by dodać otuchy.
Dziewczyna spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Spokojnie? Ale przecież trzeba to sprawdzić - odparła. - Co jeśli zalęgły się tam szczury?
W umyśle Łucji od razu pojawił się obraz dziesiątek gryzoni biegających po drewnianej podłodze, a zaraz za nim czaiła się wizja dobijającego się do drzwi sanepidu. Może i Łucja pracowała w kawiarni zaledwie rok, nie zmieniało to jednak faktu, że wolałaby uniknąć zamknięcia tak klimatycznego miejsca, w którym czuła się jak w domu.
- Pani Wiesiu - wyszeptała coraz bardziej przestraszona - a co, jeśli one są już tu, na parterze?
Z czarnych myśli wyciągnął ją ciepły śmiech pani Wiesi. Wystarczyło, że Łucja na nią spojrzała i od razu poczuła się lepiej.
- To twoje zamartwianie się naprawdę nie ma najmniejszego sensu - powiedziała właścicielka. - Tym bardziej w tym przypadku, gdyż przyczyna hałasu jest mi dobrze znana.
Łucja zmarszczyła brwi.
- Czyli, jeśli nie szczury - zaczęła Łucja, próbując wymyślić inny powód harmidru na piętrze - to co innego?
Pani Wiesia potarła z zadowoleniem dłonie, a jej oczy jeszcze bardziej się roziskrzyły; chociaż Łucji trudno było uwierzyć, że to w ogóle możliwe.
- Ekipa remontowa! - wyznała z zadowoleniem starsza pani. - Chociaż w sumie dzisiaj już kończą. Zaczęli tuż po tym, jak poszłaś na zaległy urlop. Codziennie przychodzą, skoro świt, i wychodzą późnym wieczorem, możliwe więc, że wieczorem natkniesz się na któregoś z nich.
Pani Wiesia puściła oczko i Łucja już całkiem się uspokoiła.
- Co tam pani szykuje? - zapytała z zaciekawieniem, oparłszy się o ladę. - Czyżby wreszcie zdecydowała się pani na księgarnię połączoną z czytelnią? Już dawno mówiłam, że to byłby wspaniały pomysł na rozszerzenie działalności...
Pani Wiesia poklepała ją po policzku.
- Żadne rozszerzanie działalności, a fuj! - Machnęła ręką pani Wiesia. - A jeśli już, to zrobiłabym tam miejsce dla moich pupili.
Tym razem to na twarzy Łucji pojawił się uśmiech.
- Tyle razy pani powtarzałam, że koty w kawiarni to nie najlepszy pomysł - skwitowała.
Starsza pani wyciągnęła w jej stronę palec i pokiwała nim ku przestrodze.
- A ja ci tyle razy powtarzałam, że jeśli nie dla nich, to nie zamierzam w żaden sposób zmieniać mojej ukochanej Kawiarni pod Czerwonym Kasztanem.
- Mimo to zdecydowała się pani na wyremontowanie poddasza - ciągnęła Łucja.
- Ależ to nie dla mnie! - zaśmiała się pani Wiesia.
Wyminęła Łucję, nie kłopocząc się udzieleniem dalszych wyjaśnień, i ruszyła ku drewnianym schodom usytuowanym przy ścianie na lewo od głównego wejścia, które do tej pory nieużywane, użyczały jedynie swojej poręczy do dekoracji podczas Świąt Bożego Narodzenia czy też innych okazji.
Łucja poszła za panią Wiesią, nie potrafiła dać za wygraną; za bardzo zaintrygowała ją obecna sytuacja oraz zmiana, którą niewątpliwie szykowała pani Wiesia dla pracowników kawiarni. W końcu to pewnie ona, Łucja, a także Kinga, Natalia oraz Grzegorz i Patryk będą odpowiedzialni za nowe pomieszczenie. Tylko, co tam tak właściwie miało powstać?
Pani Wiesia najwyraźniej nie zamierzała się zatrzymać, by cokolwiek wyjaśnić najmłodszej pracownicy, więc Łucja, niewiele myśląc, zaszła jej drogę, zmuszając tym samym kobietę, by wreszcie przystanęła.
- Pani Wiesiu - powiedziała Łucja wymownie, skrzyżowawszy ręce na piersiach. - Bardzo ładnie proszę, niech mi pani zdradzi, co też pani nowego wymyśliła. Przecież ja tu z ciekawości zacznę zaraz pochłaniać wszystkie pani specjały, a wątpię, by odbiło się to pozytywnie na dzisiejszym utargu.
Pani Wiesia uśmiechnęła się, a potem sięgnęła do kieszeni fartucha i wyciągnęła z niego kupon rabatowy. Wręczyła go Łucji.
- Co to jest? - zapytała zbita z tropu dziewczyna.
- Czytaj - odparła zdawkowo pani Wiesia, nie spuściwszy z niej oczu, chociażby na moment.
Łucja wzięła do ręki kawałek śliskiego papieru i szybko przeleciała wzrokiem tekst. Otworzyła szeroko oczy, nie bardzo dając wiarę temu, co przeczytała. Uniosła wzrok na pracodawczynię, która wyglądała na jeszcze bardziej podekscytowaną niż chwilę temu; jej palce uderzały o siebie szybko, tak jak zawsze, gdy nie mogła się czegoś doczekać.
- Warsztaty malarskie? - odezwała się wreszcie Łucja.
- I nie tylko! - Klasnęła w dłonie pani Wiesia. - Na odwrocie jest również oferta na kurs fotograficzny, można albo wykupić sobie lekcję, albo nawet zamówić sesję czy portret. Czyż to nie brzmi wspaniale?
Łucja odwróciła kupon na drugą stronę i rzeczywiście znalazła tam wszystkie przedstawione przez panią Wiesię informacje. Na dole widniał również telefon, pod którym można było dokonywać zapisów oraz ustalać terminy. Nie mogło również zabraknąć zdjęcia Kawiarni pod Czerwonym Kasztanem w notce Znajdziesz nas tutaj!
- Dodatkowo - trajkotała dalej pani Wiesia - jako pracownicy kawiarni macie czterdzieści procent zniżki na usługi. Czyż to nie wspaniale?
Łucja spięła się w ułamku sekundy. Opuściła dłoń z kuponem, a następnie zmusiła się do uśmiechu.
- Tak, wspaniale.
Pani Wiesia z pewnością musiała dostrzec zmianę w jej nastroju, gdyż zapytała ciszej:
- Wiesz, może to byłaby dla ciebie dobra okazja, żeby wrócić?
- Wrócić? - odpowiedziała Łucja pytaniem.
Pani Wiesia potarła łokieć z zakłopotaniem.
- No, do malowania - rzekła. - Słyszałam, że kiedyś uwielbiałaś malować...
Trzask z piętra uwolnił dziewczynę od niezręcznej sytuacji, a mężczyzna w białym, pochlapanym pistacjową farbą fartuchu malarskim, który pojawił się u szczytu schodów, uchronił ją przed udzieleniem odpowiedzi.
- Pani Wiesiu zaraz wracam, ale muszę skoczyć jeszcze po farbę, bo nam zabrakło - odezwał się mężczyzna po pięćdziesiątce i zszedł po schodach. - Mogą się moje chłopaki napić w tym czasie kawy?
- Oczywiście, panie Józku! - zgodziła się od razu pani Wiesia. - Zaraz im przyniosę.
- Dziękuję ślicznie, przemiłej pani. - Pan Józek niemal zgiął się w pół, a nieśmiały uśmiech zaczął błąkać mu się po ustach.
Łucja odsunęła się, by mógł przejść, lecz on zatrzymał się dokładnie obok niej i nie potrafił odwrócić wzroku od stojącej naprzeciwko pani Wiesi. Ta spłonęła rumieńcem, lecz nic nie powiedziała, pan Józek natomiast zdjął przybrudzoną farbą czapkę i zaczął miętosić ją w dłoniach, co najmniej jakby ugniatał ciasto na pierogi. Łucja przenosiła spojrzenie z jednego na drugie, próbując odczytać, co tak właściwie działo się pomiędzy nimi.
Otwierała już usta, by zaproponować, że może to ona zaniesie kawę na piętro, lecz w tym samym momencie rozbrzmiał świergot kopciuszka, witając pierwszych popołudniowych gości. Pan Józek oprzytomniał i szybko wyszedł z kawiarni, nie mówiąc nic więcej; zdążył tylko narzucić na ramiona kurtkę, chociaż Łucja mogłaby przysiąc, że założył ją na lewą stronę.
- Przepraszam na moment, trzeba zająć się klientami - powiedziała Łucja. Schowała kupon do kieszeni spodni i już miała odejść, gdy pani Wiesia przytrzymała ją w miejscu. - O co chodzi?
- Zastanów się nad tym - poprosiła szeptem. - Nad tym kursem.
Łucja pokręciła głową.
- Raczej nie będę zainteresowana - powiedział Łucja. - Poza tym nie sądzę, by Damian się na to zgodził. Już i tak spędzamy mało czasu razem przez jego studia i moją pracę.
Pani Wiesia wywróciła oczami.
- Ten twój chłopak, zamiast narzekać, powinien docenić, jak wspaniałą dziewczynę ma u boku! - powiedziała oburzona pani Wiesia, po czym popchnęła ją za ladę, a sama stanęła przy ekspresie. Łucja już chciała pójść odebrać zamówienie od pary, która właśnie zajmowała stolik przy oknie, gdy do jej uszu doleciały słowa pani Wiesi. - Mam nadzieję, że jednak zmienisz zdanie co do kursu.
W sercu dziewczyny pojawił się znajomy ból, który, choć towarzyszył jej od dawna, ostatnio jakoś zmalał. Łucja zdobyła się jednak na słaby uśmiech.
- Wątpię, by cokolwiek mnie do tego przekonało - odparła.
W oczach pani Wiesi ponownie zagościły diabelskie ogniki.
- Może on cię do tego przekona - szepnęła. - Tak samo, jak mnie przekonał do wynajęcia poddasza.
Łucja ściągnęła brwi.
- On? Jaki on?
Pani Wiesia tylko machnęła ręką.
- Dowiesz się, gdy przyjdzie czas. - Zbyła ją niezdradzającą niczego odpowiedzią, a potem dodała: - A teraz lepiej obsłuż państwa. Ja też pędzę na górę, a potem do mojej wyjątkowej szarlotki! Och, co to będzie za placek!
Chociaż Łucja najbardziej na świecie chciała przycisnąć teraz panią Wiesię i dowiedzieć się, o kim też mówiła, wiedziała, że nie powinna zwlekać. Obowiązki były na pierwszym miejscu, dlatego też chwyciła notes, poprawiła spięte w kucyk włosy i podeszła do stolika.
Jednak w jej głowie wciąż kołatało się pytanie: kto też potrafił skłonić panią Wiesię, by wreszcie zagospodarowała poddasze? Łucja przekonywała ją do tego od kilku miesięcy, nie lubiła, gdy coś stało i się marnowało, jednak mimo to właścicielka wymyślała coraz to nowsze wymówki, byle tylko niczego nie ruszać. Co też musiało się wydarzyć, że skłoniło panią Wiesię do zmian? I kto okazał się lepszy w przekonywaniu starszej pani do zmiany zdania od niej? Musiała się tego dowiedzieć, nawet jeśli ani trochę nie była zainteresowana kursem malarstwa.
O nie, co to, to nie!
Łucja
Kawiarnia pod Czerwonym Kasztanem
Kolejne popołudniowe godziny mijały szybciej, niż Łucja by się spodziewała. Musiała przyznać, że pani Wiesia miała rację i rzeczywiście tego dnia próg kawiarni przestąpiło wiele nowych osób, których Łucja nigdy wcześniej tu nie widziała. W sumie nie było to niczym nadzwyczajnym, tym bardziej o tej porze roku, kiedy turyści uwielbiali fundować sobie co najmniej kilkudniowe wypady w Bieszczady, by podziwiać prawdziwą polską jesień. A nawet Łucja musiała przyznać, że nigdzie nie przedstawiała się ona piękniej i bardziej dostojnie, niż właśnie w Cisnej oraz okolicznych polanach, szczytach i wsiach; w jednej z nich, w Żubraczem, znajdował się dom Łucji. Dom, którego równie mocno kochała, co nie cierpiała. Tak wiele wspomnień kryło się w jego wnętrzu, przesiąkało każdą ścianę, wkradało się do zawieszonych na nich zdjęć, że Łucja niemal na każdym kroku czuła, iż nie jest w nim sama. Nawet przez krótki moment.
- Łucjo, będę się powoli zbierała do domu - powiedziała pani Wiesia, która już zdążyła narzucić na siebie płaszcz i zaczęła go zapinać. - Muszę obmyślić, od czego jutro zacząć przystrajać kawiarnię!
- Nie ma problemu, niech pani ucieka. I tak zawsze powtarzam, że pani za długo i za ciężko pracuje - odparła Łucja, zbierając ostatnie talerzyki ze stolików.
Pani Wiesia zaśmiała się szczerze.
- To dla mnie żadna praca! - odpowiedziała. - Jeśli robisz coś, co kochasz, to sprawia ci to wyłącznie przyjemność.
Łucja uśmiechnęła się blado, chciała coś dodać, lecz wtedy zauważyła, że pani Wiesia jakoś dziwnie i niecodziennie się spieszy. A przecież ona nie uznawała pośpiechu. Łucja przeszła za ladę i odstawiła naczynia na blat, po czym przyjrzała się przenikliwie właścicielce, która usilnie unikała jej wzroku, próbując prosto założyć pomarańczowy beret; ten jednak uporczywie wciąż przesuwał się bardziej na prawo.
- Wszystko w porządku? - zapytała Łucja.
Dopiero teraz pani Wiesia zaszczyciła ją przelotnym spojrzeniem, szybko jednak odwróciła wzrok.
- Oczywiście, cóż miałoby być nie w porządku?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Sama nie wiem - przyznała - ale zachowuje się pani nad wyraz nietypowo.
Kawiarnię ponownie wypełnił śmiech pani Wiesi, choć tym razem nieco nerwowy, a zaraz za nim rozległ się świergot dzwonka, gdy właścicielka otworzyła drzwi.
- Za dużo sobie dopowiadasz, ot cała historia!
Łucja skrzyżowała ręce na piersiach.
- Czyżby? - zapytała przekornie. - I na pewno z pani dziwnym zdenerwowaniem nie ma nic wspólnego przemiły pan Józek, którego spotkałam dziś po południu?
Zegar wybił dwudziestą drugą. Pani Wiesia teatralnie chwyciła się za głowę.
- Och, już tak późno! To lecę, kochanieńka! - Posłała jej całusa w powietrzu, a potem, już na progu, dodała jeszcze: - W kuchni zostawiłam ciasto, jest na talerzykach! Daj znać, czy ci smakowało, chociaż innej opcji nawet nie przyjmę do wiadomości!
Drzwi trzasnęły, zanim Łucja zdołała cokolwiek odpowiedzieć. Zaraz jednak dotarł do niej pełen sens słów pani Wiesi.
- Talerzyki? - szepnęła sama do siebie. - Musiała się przejęzyczyć, przecież nie zjem więcej niż jednego kawałka i to jeszcze na noc.
Nie zamierzała się tym jednak teraz przejmować, najważniejsze było doprowadzić kawiarnię do porządku. Najpierw nastawiła zmywarkę, a potem zajęła się przecieraniem stolików oraz zabraniem kilku porcji deserów, których nikt nie kupił do chłodni w kuchni. Jutro pani Wiesia będzie musiała sprawdzić, czy nadawały się jeszcze do sprzedaży, czy też pierwsza zmiana będzie miała gratisowe ciasto do kawy. Gdy Łucja zamknęła chłodnię, zerknęła na blat i zauważyła na nim dwa talerzyki, a na każdym po kawałku apetycznej szarlotki ozdobionym na szczycie różą z plasterków jabłek. Zdziwił ją fakt, że pani Wiesia rzeczywiście przygotowała dwa desery. Jednak nie na tyle, by Łucja zaprzątała tym sobie dłużej głowę.
Łucja nachyliła się nad jednym i powąchała, a gdy tylko poczuła słodki aromat cukru pudru oraz jabłek i cynamonu, od razu zaburczało jej w brzuchu.
- Zaraz cię zjem, tylko najpierw pozamiatam - powiedziała do ciasta, a następnie chwyciła za miotłę i zaczęła zamiatać.
Uporała się z tym w zaledwie kwadrans. Odwiesiła fartuch na miejsce, gasząc przy tym resztę świateł, zostawiła zapalonych tylko kilka kinkietów w kształcie liści kasztanowca oraz małą lampkę w kuchni, po czym odłożyła miotłę do składziku. Sprawdziła jeszcze, czy o niczym nie zapomniała, a następnie wróciła po smakowity kawałek placka, który już czekał na nią na stole.
W kuchni zrobiło się chłodniej, narzuciła więc na bluzkę sweter oversize i pochuchała w dłonie. Od razu poczuła się lepiej, a uśmiech sam pojawił się na jej twarzy. Uwielbiała ubierać się w za duże ubrania, a już szczególnie upodobała sobie grube swetry, w których mogła utonąć. Może właśnie dlatego tak bardzo lubiła jesień? Chociaż na pewno nie przebiłaby pani Wiesi, która, skromnym zdaniem Łucji, miała prawdziwego fioła na punkcie tej pory roku. Jednak właśnie w tym był cały jej urok, który rozciągał się również na Kawiarnię pod Czerwonym Kasztanem. Łucja poczuła przyjemny dreszcz, gdy tylko przypomniała sobie, jak przepięknie wyglądała kawiarnia w zeszłym roku, kiedy to pani Wiesia przyozdobiła ją najpiękniejszymi dekoracjami. Część z nich miała zapewne wcześniej przyszykowanych, lecz resztę przygotowywała naprędce z kasztanów, bukietów z liści czy korali jarzębiny. A jak pachniała wtedy cała kuchnia! Szarlotki pani Wiesi były słynne nie tylko w Cisnej czy też okolicznych wsiach, ale każdy szanujący się turysta, który zrobił choćby mikroskopijne rozeznanie, wiedział, że musi odwiedzić Kawiarnię pod Czerwonym Kasztanem, jeśli chce skosztować najlepszego placka z jabłkami w całych Bieszczadach. Ba, w całej Polsce!
Łucja przysiadła na taborecie i przysunęła sobie szarlotkę, znów owionął ją słodki, z lekka kwaskowaty zapach, a po chwili te same smaki rozeszły się po podniebieniu. Uwielbiała rewolucje kulinarne pani Wiesi, nikt nie potrafił czarować w kuchni tak jak ona! Prawie nikt, bo Łucja wciąż pamiętała wspaniały seromakowiec swojej babci. Szkoda, że nigdy nie poznała przepisu, chociaż i tak wątpiła, by kiedykolwiek udało jej się uzyskać ten niezapomniany smak wykreowany przez Celinę. Zrobiło jej się smutno na samo wspomnienie babci, tak bardzo chciała, by była tu z nią, by mogły przeżyć wspólnie kolejną jesień... Jednak rok temu los zdecydował sobie z nich zadrwić, a poukładane życie rozsypać niczym domek z kart, a jej wciąż nie udało się zebrać pełnej talii; i już chyba jej się to nie uda. Przymknęła oczy i poczuła, jak pod powiekami zaczęły zbierać się łzy.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk telefonu. Prędko otarła pierwsze łzy i wzięła głęboki oddech, to pewnie Damian dzwonił, żeby zapytać, czemu jeszcze jej nie ma. Ostatnio spędzali naprawdę niewiele czasu, zarówno przez drugi kierunek, który właśnie studiował, jak i przez jej pracę. On wyjeżdżał na weekendy do Krakowa, gdzie studiował zaocznie marketing w biznesie, ona przesiadywała dłużej, niż potrzebowała w kawiarni, bo tutaj mogła odetchnąć i nie myśleć zbyt wiele o problemach i o przeszłości. Chociaż nawet tutaj nawiedzały ją duchy minionych lat.
Zerknęła na wyświetlacz i zdziwiona uniosła brew, po czym odebrała.
- Siostra, nie spodziewałam się od ciebie telefonu o tej porze - przywitała ją Łucja i wzięła do ust kolejny kawałek ciasta.
Rozkoszny smak sprawił, że przymknęła z zadowolenia oczy, gdy je jednak otworzyła, stwierdziła, że coś tu nie pasuje. A ta świadomość psuła jej cudowną chwilę zapomnienia.
- Znalazłam odrobinę czasu, więc pomyślałam sobie, że możemy przynajmniej trochę porozmawiać - odpowiedziała po drugiej stronie słuchawki Magdalena, siostra Łucji, starsza od niej o cztery lata. - Co tam dobrego wcinasz?
- Właśnie pałaszuję najnowszy wypiek pani Wiesi. Delicje, mówię ci! - odparła Łucja, rozglądając się wokoło. - Tylko coś mi tu nie pasuje...
- Coś ci nie pasuje w jej placku? - zapytała ze zdziwieniem Magda. - Oj, radzę ci tego nie mówić pani Wiesi, bo inaczej jeszcze gotowa cię zamęczyć kolejnymi próbami, aby znaleźć najlepsze zestawienie.
- Nie, nie o to chodzi - przerwała siostrze Łucja. - Po prostu, kiedy wcześniej weszłam do kuchni na stole stały dwa talerzyki z kawałkami ciasta, a teraz...
- Teraz co?
Łucja wywróciła oczami.
- Pewnie to głupio zabrzmi, ale... - Zawiesiła głos. - ...gdy ponownie tu weszłam, stał tylko jeden talerzyk.
- Może po prostu wcześniej ci się wydawało, że widziałaś dwa? - podsunęła Magda. - Wiesz, czasem, kiedy człowiek jest bardzo zmęczony, zdarza się, że coś mu się przywidzi.
Łucja wzięła do ust ostatni kawałek ciasta z chrupiącym kruchym spodem i pokręciła głową, jednak gdy tylko przełknęła, odpowiedziała:
- Wątpię, jestem pewna, że stał tu drugi talerzyk.
Magdalena westchnęła.
- Aleś się uparła na ten placek! - skwitowała. - Zresztą, nieistotne, później pewnie się wyjaśni, ale teraz słuchaj, dzwonię, bo mam sprawę.
Łucja odłożyła widelczyk na talerzyk, a następnie umyła je - nie lubiła zostawiać po sobie brudnych naczyń kolejnej zmianie, a zmywarka już chodziła.
- Jaką sprawę?
- Jeśli nie miałabyś nic przeciwko, mam kilka dni urlopu pod koniec października, wiem, że to jeszcze prawie trzy tygodnie, ale może wpadnę do Żubraczego?
Łucja uśmiechnęła się szeroko.
- Wspaniały pomysł! Może nawet sama załapiesz się na ten placek, bo jest wyśmienity.
W słuchawce usłyszała śmiech Magdaleny.
- No to ustalone - odparła. - Przyjadę dwudziestego piątego. Nie mogę się doczekać, aż się zobaczymy.
- Ja również, siostra - przyznała Łucja.
Wtem usłyszała dźwięk uruchamianego ekspresu w kawiarni i zamarła. Wytarła ręce i nastawiła uszy, jednak po chwili hałas ustał. Może włączyło się automatyczne czyszczenie ekspresu? Już sądziła, że miała rację, gdy rozległ się przytłumiony trzask filiżanki o spodek. Czyżby pani Wiesia wróciła?
- Muszę kończyć - powiedziała do słuchawki. - Zdzwonimy się jutro, dobrze?
- Jasne. Dobranoc!
- Dobranoc i nie baluj do późna - ostrzegła ją Łucja.
Magda się zaśmiała.
- Przecież jest czwartek. Ale dobrze, mamo, nie będę.
Po tych słowach rozłączyła się, a Łucja uśmiechnęła się pod nosem. Siostra jako zaprzysiężona singielka lubiła się zabawić, chociaż jednocześnie była bardzo odpowiedzialna. Tylko wieczorami zmieniała się nie do poznania.
Skrzypienie desek przerwało tok myśli Łucji. Dziewczyna przełknęła ślinę, po czym chwyciła patelnię, którą akurat miała pod ręką, a następnie z duszą na ramieniu złapała za klamkę.
Zanim zdążyła jednak ją nacisnąć, drzwi otworzyły się same. Łucja odskoczyła, jednocześnie unosząc nad głowę patelnię, by zdzielić nią intruza. Miała jeszcze nadzieję, że zobaczy panią Wiesię, lecz gdy tylko nieznajomy wszedł do kuchni, nie miała wątpliwości.
Obcy mężczyzna trzymał w dłoniach filiżankę z kawą i z początku pewnie nawet nie zauważył Łucji, która czaiła się w kącie. Chciał zrobić krok, lecz wtedy ją dostrzegł i zamarł. Tak jak ona. Przyglądała mu się z mieszanką strachu i zaciekawienia. Wyglądał na około trzydzieści lat, a kasztanowe włosy, które w przytłumionym świetle zyskiwały odcień czekolady, lekko falowały. Jasne błękitne oczy wbijały się w jej miodowe spojrzenie i urzekały. Mężczyzna nie był może najlepiej umięśniony, a przynajmniej z pewnością nie przypominał tych wszystkich napakowanych byczków, których teraz wszędzie było pełno na okładkach magazynów i książek, lecz z pewnością dbał o siebie; wyraźnie zarysowane mięśnie pod koszulką z długim rękawem były na to najlepszym dowodem. Do tego ten lekko spiczasty podbródek i kilkudniowy zarost dodawały uroku nieznajomemu.
Lecz nie to sprawiło, że Łucję opuścił strach. Wystarczyło, że spojrzała na jego jasne spodnie poplamione pistacjową farbą, by połączyć fakty. No tak, pewnie ktoś z ekipy został do późna, by dokończyć pracę.
Mężczyzna spojrzał w górę i parsknął śmiechem.
- Co cię niby tak bawi? - syknęła Łucja, czując podchodzącą do gardła irytację.
- Może to, że czai się na mnie w mroku piękna dziewczyna? A może fakt, że chciała zaatakować mnie teflonową patelnią, niczym w starym filmie? Chociaż wtedy nie znali jeszcze teflonu...
Ciepły niski głos zdawał się zagarnąć pomieszczenie na własność; a co gorsza, Łucję także. Szybko jednak się ocknęła, opuściła patelnię i odłożyła ją na miejsce.
- Wybacz, ale to dla mnie raczej nietypowa sytuacja, spotkać tu kogoś o tak późnej porze - powiedziała zmieszana. - Chociaż pani Wiesia wspominała, że członkowie ekipy mogą się tu kręcić, myślałam, że już dawno poszliście do domu.
- Ekipy? - zapytał nieznajomy.
- No, remontowej - dodała. Zaraz jednak poczuła ukłucie niepokoju i zapytała: - Bo to z niej jesteś, prawda?
Wskazała na poplamione spodnie. Mężczyzna powędrował spojrzeniem we wskazane miejsce i zaraz się uśmiechnął.
- Tak, dokładnie - przyznał, po czym usiadł na stołku przy stole. Dopiero teraz Łucja zobaczyła, że w drugiej ręce trzymał pusty talerzyk po cieście. - Pani Wiesia pozwoliła mi zostać do późna. Wychodząc, zaprosiła mnie na ciasto i kawę. Nie spodziewałem się jednak, że tyle mi zejdzie, a jeszcze nie skończyłem.
- Zawsze możesz wrócić jutro - podsunęła Łucja.
Wzięła od niego talerzyk i umyła, po czym stanęła przy szafkach. Wiedziała, że mogła usiąść na wolnym taborecie, a jednak czuła, że nie powinna. Gdyby to zrobiła, znalazłaby się za blisko tego delikwenta. Stanowczo za blisko.
Mężczyzna pokręcił głową.
- Nie ma takiej opcji - powiedział i wziął łyk kawy. - Jutro wprowadza się nowy lokator, chcę, by wszystko było gotowe na jego przyjazd. Ma ponoć dawać lekcje malowania, dobrze słyszałem?
Łucja potarła sobie ramiona.
- Tak, słyszałam o tych warsztatach, fajna sprawa - powiedziała odruchowo.
Chciała już chwycić płaszcz, gdy nagle mężczyzna zaszedł jej drogę i zaczął myć filiżankę w zlewie tuż obok niej, wyraźnie się ociągając. A ona nie potrafiła się ruszyć. Zerkała tylko na jego profil, z całych sił próbując tego nie robić, jednak pojawienie się tego faceta, wytrąciło ją z równowagi; poza tym przeczuwała, że coś z nim było nie tak. Za nic jednak nie umiała określić, co takiego.
Musiał wyczuć, że mu się przygląda, spojrzał więc na nią i powiedział:
- Może więc spróbujesz?
Zamrugała kilkakrotnie.
- Spróbuję? - zapytała. - Czego?
Odstawił filiżankę na suszarkę do naczyń.
- Warsztatów. Mam przeczucie, że dobrze byś się na nich bawiła.
Ścisnęło ją w klatce piersiowej, a zaraz wróciła jej świadomość rzeczywistości. Co ona wyprawia? Gada z jakimś nieznajomym, który niemal przyprawił ją o zawał, a teraz jeszcze będzie rozgrzebywać rany? Tego już za wiele.
- To się raczej nigdy nie wydarzy - rzuciła oschle. - A teraz wybacz, ale w domu czeka na mnie chłopak.
Wyminęła go bez słowa, chwyciła płaszcz z wieszaka i zaczęła się ubierać. Po chwili już była gotowa do wyjścia. Jeszcze tylko plecak. Gdzie też mogła go położyć? Zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu, usiłując nic sobie nie robić z natarczywego spojrzenia, którego mężczyzna nawet na chwilę z niej nie spuszczał. Nagle zobaczyła wyciągniętą rękę, a w niej rączkę od jej brązowego znoszonego plecaka.
- Tego szukasz? - zapytał.
- Dzięki. - Już chciała zabrać swoją własność, lecz mężczyzna w ostatniej chwili uniósł plecak nad głowę. Spojrzała na niego ze wściekłością. - W co ty pogrywasz, co?
- Oddam ci go za informację - powiedział rozbawiony.
- Najwyraźniej dobrze się bawisz - warknęła. - Myślisz, że go nie wezmę?
Wzruszył ramionami.
- Możesz spróbować.
Przysunęła się, a następnie stanęła na palcach, jednak nawet gdy wyciągnęła rękę, wciąż nie mogła dosięgnąć ramiączek plecaka. Podskoczyła, złapała za sprzączkę, lecz tym samym straciła równowagę; z pewnością by się przewróciła, gdyby nie silny męski tors, na którym się wsparła. Zaschło jej w ustach, a gdy spojrzała w górę, z całych sił starała się nie myśleć o sercu, które głupio przyspieszyło biegu.
- Może łaskawie puścisz moją własność - zażądała słabo.
- A może zdradzisz mi swoje imię?
Ściągnęła brwi i odsunęła się od niego.
- Imię? - spytała. - Tylko tego chciałeś?
- A czego innego? - Wyciągnął rękę z plecakiem, a gdy go od niego odebrała, dodał: - Jestem Adam.
Obrzuciła nieufnym spojrzenie jego dłoń, która wciąż wisiała w powietrzu. Zaraz jednak ją uścisnęła.
- Łucja.
Kąciki ust Adama uniosły się w wyrazie zadowolenia.
- Miło mi cię poznać, Łucjo.
- Chciałabym powiedzieć to samo - burknęła, wysunąwszy rękę z uścisku. - Dobra, to ja uciekam.
Wyszła z kuchni, już otworzyła drzwi, już kopciuszek zaśpiewał po raz ostatni tego dnia, już chciała przekroczyć próg, gdy usłyszała za sobą dźwięk kroków i ten ciepły męski głos, pozbawiony wcześniejszej drwiny.
- Myślałaś, że o co chcę cię zapytać?
Przystanęła, zerknęła przez ramię i westchnęła. W sumie co jej szkodzi powiedzieć? I tak już nigdy nie spotka tego dziwnego mężczyzny.
- O to, dlaczego nie zapiszę się na warsztaty - przyznała. - A ja po prostu nie mogę.
- Czemu?
Uśmiechnęła się smutno.
- Bo to nie dla mnie.
Wydawało jej się, czy jego twarz stężała? Ciężko było jednak cokolwiek stwierdzić na pewno w tej niemal nieprzeniknionej ciemności.
- Dlaczego tak sądzisz?
Westchnęła. Podszedł bliżej, może jemu też przeszkadzało to, że nie widział jej twarzy? A może nie? Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Czasem myślę, że nigdy nie powinnam gonić za marzeniami - powiedziała. - W końcu i tak opadną niczym suche liście.
Jego oczy stały się zamglone, zaraz jednak pojawiły się w nich weselsze iskry.
- Możliwe - przyznał - ale zanim to się wydarzy, będą mienić się kolorami tęczy.
Oczy znów zaczęły ją piec.
- Moje najwyraźniej zbyt szybko uschły, bo nie widziałam żadnych kolorów - powiedziała przez ściśnięte gardło.
A potem wyszła; bo więcej wyznań jak na jeden dzień, z pewnością by nie zniosła.