Jerzy Giedroyc - Magdalena Grochowska

Reflow text when sidebars are open.
Na framudze drzwi gabinetu Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte wisi ceramiczna płytka, którą włoski rzemieślnik wykonał na zamówienie redaktora, a przywiózł Gustaw Herling-Grudziński. Napis głosi: Cave hominem - strzeż się ludzi.
Przez te drzwi przeszła armia ludzi.
Przyjmował zwykle w godzinach popołudniowych. Mówił cicho i monosylabami, kwitował:
- A czy by pan tego nie napisał? - Nieruchomy i onieśmielający. Wynosili stąd swój kwadrans z redaktorem - obcowanie skąpe jak muśnięcie wzrokiem obrazu. Raz albo przez dziesięciolecia.
Mówią: emocjonalna lodówka; wymrożony dom. Lecz zaraz zastrzegają, że to nieprawda.
Zinstrumentalizowany stosunek do ludzi. Ale to tylko pozór, dodają. Człowiek w pancerzu. Cave hominem zaś to stylizacja.
Poświęconą mu w 2005 roku konferencję podsumował jego brat Henryk:
- Miało być o Giedroyciu jako człowieku, a ciągle wchodzimy w politykę. Więc gdzie jest ten człowiek?
Wizjoner, Drogowskaz, Patriota, Myśliciel, Mąż Stanu, Autorytet Moralny, Wielki Polak, Europejczyk. Tymi słowami żegnano go w nekrologach we wrześniu 2000 roku. Uhonorowany doktoratami siedmiu uniwersytetów, Orderem Orła Białego (nie przyjął), obywatelstwem honorowym Litwy oraz najwyższym odznaczeniem państwowym tego kraju.
W ostatnich latach życia, przeglądając prasę polską - jak zwykle - w ogrodzie zimowym domu w Maisons-Laffitte, natrafiał na pompatyczne tytuły. Autorytet bez skazy, Redaktor przez wielkie "R", Gwiazda wytrwałości, Niezastąpiony. A na rzeźbionym owalnym stole wśród porannej poczty leżały anonimy od skrajnej prawicy, tak samo plugawe, jak te pisane niegdyś ręką funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Żyd, mason, agent, pederasta i tak dalej.
Kiedy w 1994 roku ukazała się jego autobiografia, Czesław Miłosz stwierdził: "Jakby pomnik przemówił...".
Żył długo i stawał się częścią historii na oczach Polaków, którzy zaklinali go w brąz.
Miesiąc przed śmiercią, 11 sierpnia, odpowiadał na czacie - dziewięćdziesięcioczteroletni - na pytania internautów (dyktował młodemu człowiekowi przy komputerze). Lubi whisky w ograniczonych ilościach. Szkodliwość nikotyny jest demonizowana. Jada niezdrowo, według ciężkiej kuchni litewsko-rosyjskiej, uwielbia kołduny.
Ktoś poprosił, by scharakteryzował siebie w jednym zdaniu.
Upór i usposobienie apokaliptyczne; katastrofy go mobilizują.
Uważa się za katolika; działalność polityczna Kościoła szkodzi interesom państwa. Radio Maryja utrzymuje polski katolicyzm na najprymitywniejszym poziomie.
Jest przeciwny małżeństwom homoseksualnym.
- A jak u pana było z kobietami?
Zawsze cenił współpracę z kobietami.
- Ale czy był pan kiedyś zakochany? Czy był pan gotów dla miłości poświęcić wszystko?
- Jestem zwierzęciem politycznym i nie wyobrażam sobie, bym mógł z tego zrezygnować ze względów uczuciowych. Jedną zasadę, której przestrzega Kościół katolicki, uważam za słuszną - to celibat. Gdybym miał zaczynać swoje życie na nowo, niewiele odbiegałoby od tego, które miałem.
Internautka, na zakończenie:
- Myślałam, że jest pan starym zgredem, takie papu-kaku. A tu pełna trzeźwość umysłu. Pan mi zaimponował.
Był im wdzięczny za tę rozmowę. Wyznał, że czuje się coraz bardziej samotny, bo ludzie, których znał, odeszli. Podyktował:
- Nie wiem, kiedy będzie następne spotkanie, ale nie wybieram się umierać.
Kiedy dom zaczął pustoszeć?
Najpierw w kręgu ludzi "Kultury" pojawiły się szczeliny. Bujne życie szybko je wypełniło. Potem wyrwy i przestrzenie ziejące pustką, której Giedroyc z Zofią Hertz i psem Faksem nie byli już zdolni pokonać.
W oceanie listów, które wysyłał swym współpracownikom - sprawozdawczych, wydestylowanych z emocji, merytorycznych aż do oschłości - jego listy do pisarza Andrzeja Bobkowskiego w Gwatemali wyróżniają się cierpką czułością. Dla tego rozwichrzonego chłopca (około czterdziestki), wiecznego buntownika, Giedroyc znajdował ciepło podszyte - jak to u niego - ironią i sarkazmem. W czerwcu 1961 roku Bobkowskiego zabiły przerzuty czerniaka do mózgu. "Bardzo mnie to zgryzło..." - napisał redaktor. Niewielu spotkał w życiu ludzi - pisał wdowie - których tak polubił.
Juliusz Mieroszewski - pierwsze pióro publicystyki politycznej "Kultury" i najwybitniejszy polski myśliciel polityczny po II wojnie światowej, był lustrem poglądów redaktora, partnerem w dyskusji o Polsce, przyjacielem. Porozumiewali się jak stare dobre małżeństwo, skrótami. Giedroyc w dwóch słowach rysował trop, Mieroszewski go chwytał i rozwijał w esej. Bezwzględnie lojalny.
Listy między Londynem a Maisons-Laffitte (zebrało się ich kilka tysięcy) krążyły nawet dwa razy dziennie. Ale nim przeszli na "ty", od pierwszego listu minęło dwadzieścia sześć lat. W tym czasie odkryto u Londyńczyka (tak podpisywał kroniki angielskie) raka gardła. Papierosy zastąpił fajką, fajkę tabaką. Tracił wzrok. Gazety zastąpił radiem. Swoje teksty nagrywał na dyktafon. Cierpiał niezmiernie.
Wiedzieli w Maisons-Laffitte, że zawsze marzył o kożuchu. Sprowadzili mu z Polski piękny, zakopiański kożuszek.
Zmarł w czerwcu 1976 roku. "Wraz z Nim umarła część "Kultury"", napisał Giedroyc w nekrologu. "Nikt mi go nie zastąpił. Po jego śmierci w pewnym sensie zostałem sam", powiedział w autobiografii. W jego gabinecie stoją tylko dwa zdjęcia: Jerzego Turowicza i - na biurku - owalny portret Mieroszewskiego.
W lipcu 1969 roku umarł w Vence na astmę i serce Witold Gombrowicz. Obcy redaktorowi jako człowiek, politycznie - jego zdaniem - noga, lecz jako talent ekscytujący. Czy gdyby Giedroyc siedemnaście lat wcześniej nie zainteresował się losem pisarza na posadzie w banku w Argentynie, nie zachęcił do prowadzenia Dziennika i nie drukował go, nie zabiegał wraz z Konstantym Jeleńskim o stypendia, tłumaczenia i obecność w Europie, Europa by go odkryła?
I zaraz kolejna strata. W październiku 1969 roku, po prawie ćwierć wieku współpracy z Giedroyciem, zmarł w Bernie pisarz i eseista Jerzy Stempowski (pseudonim Paweł Hostowiec). Erudyta, zadomowiony w każdej epoce, stylu, języku i czasie. Skłonny do monologu (i do chorobliwej melancholii); pogardliwie nastawiony do własnego pisania, które nazywał "czernieniem papieru", choć może nie dotyczyło to listów. Jeśli korespondencja Bobkowskiego do redaktora była serią eksplozji, to listy Stempowskiego - szemraniem strumienia, który wije się łagodnie poprzez obszary kultury. Był dumny, podobnie jak Giedroyc, ze swego wschodnioeuropejskiego pochodzenia. W przeciwieństwie do redaktora nie wierzył w polityczną siłę emigracji. Według Giedroycia - zbyt krytyczny w stosunku do Polski międzywojennej.
Magnes przyciągający ludzi, mistrz anegdoty, wrażliwy i promieniujący ciepłem Zygmunt Hertz - negatyw Jerzego Giedroycia. Człowiek filar: do korekty, ekspedycji "Kultury" (w paczkach na wózku do kolejki w Maisons-Laffitte, wyładunek na dworcu St. Lazare), targania zakupów, przyrządzania, zmywania, dźwigania, naprawiania... Lecz przede wszystkim do pomagania ludziom. Telefonował, intrygował, napuszczał, poruszał kogo trzeba - i załatwiał zaproszenia, stypendia, pobyty w Paryżu. Minister do spraw Polaków.
Żądny plotek warszawskich. Błyskotliwy i pełen czarnego humoru w listach do Czesława Miłosza. Kochał Zofię ponad wszystko. Jeśli był oddany "Kulturze", to dla Zofii. Wobec wizji Giedroycia, zdaniem Hertza abstrakcyjnych, zachowywał ironiczny dystans.
O chorobie nowotworowej, jak Bobkowski, pisał z męstwem. Martwił się o żonę. Ekscytował opozycją w Polsce. Nie doczekał wybuchu "Solidarności". Zmarł w październiku 1979 roku. Giedroyc ustanowił wtedy coroczną nagrodę literacką jego imienia.
- Wie pani, ja mam za sobą jednak dość pokaźny cmentarz... - powiedział w 1981 roku Barbarze Toruńczyk, niebawem założycielce "Zeszytów Literackich".
W maju 1987 roku, nie odzyskawszy długo przytomności po wylewie, zmarł Konstanty Jeleński; zdążył właśnie przejść na emeryturę. Był jednym z najwybitniejszych polskich eseistów, krytyków literatury i sztuki, tłumaczem na francuski Gombrowicza i Miłosza. Jego zasługi w promocji autora Trans-Atlantyku są ogromne.
Zakorzeniony w wielu kulturach i językach, kręgach intelektualnych Europy i jej środowiskach artystycznych - Kosmopolak, jak powiedziałby Bobkowski. Drugi, po Józefie Czapskim, "minister spraw zagranicznych Lafitu". Według Giedroycia nazbyt jednak oderwany od rzeczywistości polskiej, nazbyt kosmopolityczny, nazbyt wyrozumiały dla kompromisów polskiej inteligencji wobec PRL-u. Jednocześnie bliski Giedroyciowi w tym, że nigdy "nie terminował w przedpokojach Europy".
Nowoczesny, o nieskrępowanej myśli, zafascynowany grą przypadku w życiu. Człowiek o wielu talentach, do których nie przywiązywał wielkiej wagi i po pańsku je rozpraszał.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku, spośród świadków narodzin Instytutu Literackiego we Włoszech w 1946 roku i "Kultury", rok później, krążyły w orbicie Giedroycia jeszcze trzy postaci. Najważniejsze. Zofia Hertz - od pierwszych dni opoka przedsięwzięcia i opoka domu. Józef Czapski, autor szkicu o Bonnardzie w pierwszym numerze miesięcznika wydanym w Rzymie; drugi architekt "Kultury" w jej początkowych latach paryskich. I Gustaw Herling--Grudziński, według jego własnych relacji - projektodawca "Kultury".
Zofia Hertz, esencja wierności, nigdy nie zwątpiła w pismo i Giedroycia. "...nie zbaczając ani na cal z raz wybranej ścieżki - napisał Miłosz - szła jakby ciągnięta przez nieznajomą nam siłę, aż utożsamiła się całkowicie z "Kulturą" jako swoim dziełem".
Józef Czapski był tym "zbiegiem okoliczności" wplątanym w linię życia Giedroycia (gdyby trzymać się filozofii Jeleńskiego), tym spotkaniem, które okazało się kluczowe. To Czapski, malarz i pisarz, człowiek o wielkiej głębi, przyjechał późną jesienią 1942 roku do Mosulu, do Brygady Strzelców Karpackich, by ściągnąć do swego biura propagandy Armii Polskiej na Wschodzie Jerzego Giedroycia. W tamtej chwili, w namiocie na pustyni, nawiązała się między nimi przyjaźń. I chyba tylko Czapski miał przez lata - do pewnego momentu - wstęp do życia duchowego Giedroycia.
Razem budowali "Kulturę". Spokrewniony z hrabinami i baronami, w przyjaźni z artystami i środowiskiem intelektualnym Francji, otwarty i serdeczny paryżanin, Czapski snuł nici kontaktów z André Malraux, de Gaulle'em, Gide'em... I w zafundowanym przez bogatą wielbicielkę smokingu kwestował na rzecz "Kultury" wśród Polonii Ameryki Północnej i Południowej w latach 50.
Lecz powoli się rozchodzili - jeden pochłonięty malarstwem, drugi polityką. W 1985 roku Czapski napisał do przyjaciela, Jeana Laloya (jako wysoki urzędnik we francuskim MSZ-cie wielokrotnie osłaniał "Kulturę"), że traci wzrok, nie może malować i rozważa, czy nie przenieść się do podwarszawskich Lasek. Wtedy zaiskrzyło: pomysł powrotu Czapskiego do PRL-u Giedroyc uznał za niepolityczny.
W ostatnich latach redaktor nie zachodził do przyjaciela na jego pięterko domu w Maisons-Laffitte. Prawie nie rozmawiali. Zaprzyjaźnieni z domem goście podzielili się na tych, którzy składali uszanowanie Giedroyciowi, oraz tych, którzy od razu szli na górę do Czapskiego. Dla niektórych pęknięcie między "górką" a "dołem" było rozdzierające.
A dla nich?
Czapski był zmęczony życiem, które - podejrzewał - Bóg przedłuża mu za karę... Umarł, mając dziewięćdziesiąt siedem lat w styczniu 1993 roku. Wieczorem Giedroyc wszedł do jego pokoju i siedział długo przy zwłokach. Wychodząc, sięgnął do schowka i wziął wszystkie swoje listy, które napisał do Czapskiego. Kazał sporządzić brązowy odlew dłoni i twarzy przyjaciela. Umieszczono je w holu przed wejściem do gabinetu Giedroycia.
Na grobie artysty oraz jego siostry Marii na cmentarzu w Le Mesnil-le-Roi, gdzie leżał już Zygmunt Hertz, a parę lat później miał spocząć Giedroyc, potem Zofia, nie wyryto charakterystycznej kolumny - znaku Instytutu Literackiego. Czapscy jej nie chcieli.
Równie tragiczne było rozstanie Giedroycia z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim w 1996 roku, u schyłku "Kultury", u kresu życia obydwu.
Pisarz współredagował pierwszy numer "Kultury". W kolejnym wystąpił jako autor. Tej samej jesieni 1947 roku Giedroyc z Hertzami przeniósł się z Włoch do Paryża, Herling-Grudziński z żoną do Anglii. Ślady chłodu, jaki towarzyszył ich pożegnaniu, osad irytacji "niewiernością" Herlinga-Grudzińskiego, uderzają w listach Zofii Hertz do Giedroycia z tamtego okresu. Między tym dwojgiem - panią na Laficie a dojeżdżającym z Neapolu pisarzem - osad pozostał na zawsze. "...od początku chyba nie bardzo przypadliśmy sobie do serca", powiedział Herling-Grudziński po latach. Cień tamtego zadrażnienia padał też na jego relacje z Giedroyciem.
W 1956 roku pisarz powrócił na łamy. Puste miejsce po Dzienniku Gombrowicza i Notatniku nieśpiesznego przechodnia Stempowskiego wypełnił swoim Dziennikiem pisanym nocą. Bywał regularnie w Maisons-Laffitte. Redagował, czytał rękopisy przemycane z Polski, pisał artykuły wstępne. Drugie wydanie jego Innego świata w 1965 roku stało się bestsellerem Instytutu Literackiego. W latach 80. przeszli z Giedroyciem na "ty", co u redaktora było rzadkością.
Szczelina pojawiła się na początku lat 90. Różnica w odbiorze Polski niepodległej i jej elit, a może tłumiony dotychczas rozdźwięk w odbiorze świata? Raziły Giedroycia, jak napisał w "Notatkach Redaktora" w 1994 roku, czarno-białe uwagi pisarza o ludziach, podawane brutalnie, ex cathedra.
Poróżnił ich stosunek do Wojciecha Jaruzelskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Adama Michnika, dekomunizacji. Herling-Grudziński stał się idolem prawicy w Polsce. Zerwali ostatecznie. Pisano potem, że elastyczne racje polityka i sądy maksymalisty moralnego, który nigdy nie zapomina ludziom ich momentów słabości, były nie do pogodzenia.
Herling-Grudziński gorzkniał inaczej niż Giedroyc. Jakaś zapiekłość, zapalczywość dźwięczała w jego Dzienniku pisanym nocą, drukowanym w "Rzeczpospolitej". Dawał światu klapsa za klapsem ręką sprawiedliwą, zimną jak stal, bez miłosierdzia.
Zmarł w Neapolu na początku lipca 2000 roku. Giedroyc zamieścił w "Kulturze" lakoniczny nekrolog. Miał przed sobą jeszcze dziesięć tygodni życia, choć twardo nie wybierał się umierać.
Powolne szuranie przerywało ciszę domu. Chodził drobnymi kroczkami. Jego prosta dotychczas sylwetka pochylała się. Chwytała go drzemka przed telewizorem.
Ale nie miał w sobie złości, jaką wyzwala w niektórych ludziach własna niesprawność, i nie roztkliwiał się nad sobą.
Jakiś drobiazg spadł mu na podłogę. Teresa Torańska zerwała się i podniosła. Raz i drugi... Zofia Hertz ją wywołała.
- Dlaczego ty mu to podajesz? Przecież jest mężczyzną...
Był rok 1985.
Zadzwonił do Warszawy do Ewy Berberyusz (w późnej "Kulturze" miała stałą rubrykę "Kartki ze skażonej strefy") z pytaniem, co to znaczy "blokowisko" i co to jest "komórka", bo nie znał takiego telefonu. Był początek lat 90.
Pisał do niej: "Bardzo mnie ubawiło, że Pani jest przekonana, że dobrze się bawię, a nawet uprawiam życie towarzyskie. Życie towarzyskie polega na tym, że czasami muszę być na akademii poświęconej zmarłym...".
Dom zaludniał się już tylko przy składaniu mu hołdów.
List z 1992 roku do znajomej w Polsce:
Droga Pani, bardzo dziękuję za miłe i niezasłużone słowa uznania. Niezasłużone - bo jak dotąd z mojego miotania nic nie wychodzi. Poza "Kulturą" zabieram głos gdzie tylko mogę, do Maisons-Laffitte ciągną jak do cadyka z Góry Kalwarii różni dygnitarze. Ale to jałowa gadanina, z której nic nie wynika. Pocieszam się jednym z powiedzeń marszałka Piłsudskiego, że głową muru się nie przebije, ale jak nie ma innych narzędzi, to trzeba i tego próbować. No, ale jak dotąd mur jest nienaruszony, a głowa w coraz gorszym stanie...
Coraz bardziej cedził słowa, czuło się koszt tej kontroli. Kwestie, które wypowiadał po dłuższym namyśle, pozostawiały niedosyt; chciałoby się, żeby swe myśli rozwinął. Stałym motywem rozmów było narastające w nim poczucie karlenia polskiego życia politycznego.
Podczas kolacji, gdy znów krytykował miałkość polityków w Polsce, Leopold Unger, wieloletni autor "Kultury", o pseudonimie Brukselczyk, zapytał:
- A dlaczego pan redaktor nie pojedzie tam i nie kandyduje na prezydenta?
Odpowiedział poważnie i bez kokieterii:
- Gdybym był o dziesięć lat młodszy - pojechałbym i zostałbym prezydentem.
Ale nie chciał nawet odwiedzić kraju, choć każdego gościa stamtąd witał niecierpliwie: "Co w Polsce?". Tę odmowę poczytywano mu za przejaw pychy.
Tłumaczył: nie pojedzie, bo jest zbyt stary i chory. Bo nie dosłyszy. Bo Polska nie jest jeszcze w pełni demokratyczna. Bo obawia się manipulacji politycznych swoją osobą. Bo tamta Warszawa już nie istnieje, zresztą nigdy za nią nie przepadał.
- Pan się boi spotkania z Polską - powiedział pisarz Tomasz Jastrun, autor "Kultury".
- Może pan ma rację...
Gdy przywożono im warszawskie pączki od Bliklego, byli z Zofią Hertz rozczarowani: za jasne i smak nie taki jak przedwojennych.
W Autobiografii na cztery ręce pozwolił sobie na poruszające wyznanie: "...mam poczucie zmarnowanego życia. Mówię nie o ambicjach, ale o życiu czysto osobistym. Wszystko, co zrobiłem, zrobiłem kosztem życia osobistego, którego nie mam. Bywa to niekiedy dość dokuczliwe". Jednak zaraz dodał, że chyba nie mógłby żyć inaczej.
- Protestuję przeciwko robieniu z niego człowieka, który poświęcił się i żałował - mówi Jacek Krawczyk, pracownik "Kultury" w latach 1985-2009, od śmierci Zofii Hertz w 2003 roku redaktor "Zeszytów Historycznych". - Nie wiem, co było jego sprężyną; wiem, że przez lata była tak silna, iż dokonywał dramatycznych wyborów w swoim życiu, również emocjonalnym - zawsze wybierając "Kulturę".
Losy miesięcznika po swej śmierci rozstrzygnął już w 1952 roku. Pisał do Melchiora Wańkowicza: "...jestem zdecydowany, i to już uroczyście poleciłem Zosi, że nie ma żadnej kontynuacji "Kultury". Koniec. Mogą sobie wydać wspomnienia czy oceny... Najbardziej dokładne biografie nie uchronią i tak od zafałszowania zależnie od gustów i potrzeb".
Skąd czerpał pewność, że Zofia Hertz go przeżyje?
W połowie lat 90. wydał pisemne dyspozycje dotyczące zawartości ostatniego numeru "Kultury", ewentualnej kontynuacji wydawanych od 1962 roku "Zeszytów Historycznych", udostępniania zbiorów, maski pośmiertnej, katolickiego pochówku i prawosławnego nabożeństwa żałobnego - panichidy - dziewięć dni po zgonie. Ten testament otrzymał brat Henryk Giedroyc. W szufladzie biurka czekał na śmierć redaktora wiersz Agnieszki Osieckiej, zadedykowany mu przed laty, oraz poświęcony redaktorowi tekst Wacława Zbyszewskiego.
Kilkakrotnie trafiał do szpitala, ale nie chciał, by ktokolwiek o tym wiedział. Chudł, odstawił whisky, tylko papierosów się nie wyrzekł. Palił od dziesiątego roku życia.
Wojciech Sikora, dziś kierownik Instytutu Literackiego, przywiózł mu na początku września 2000 roku do podpisania pół setki listów w sprawie kolejnej zbiórki pieniędzy na stypendia z Funduszu Pomocy Niezależnej Literaturze i Nauce Polskiej. Zapytany, co słychać, Giedroyc jak zwykle odpowiedział:
- Jak najgorzej.
Dwa dni później zabrano go do szpitala. Zmarł we śnie 14 września. Dzięki listom, które zdążył podpisać, stypendia wypłacano jeszcze przez półtora roku.
Wskazówki zegarka, który Ewa Berberyusz dostała od redaktora, zatrzymały się.
Leżał w otwartej trumnie, w jasnoniebieskiej koszuli z fularem, drobny, skurczony, niepozorny, jakby go ubyło. Lecz przestrzeń, jaką wypełniał sobą w historii Polski XX wieku i kulturze polskiej - ogromniała.
Dom w Maisons-Laffitte żyje nadal, ale tak, jakby silnik wymontowano z samochodu. Już nie stanowi ośrodka politycznego, celu pielgrzymek. "Zeszyty Historyczne" przestały wychodzić w 2010 roku. Dom jest archiwum bogatym we wszystko, co dotyczy Polski - w pisma rosyjskie, polskie i innych dawnych krajów satelickich, dokumenty związane z Europą pojałtańską, monitory rządowe, wycinki z gazet, korespondencję, manuskrypty... Jest wielkim księgozbiorem. Ośrodkiem pracy naukowców i dziennikarzy. Miejscem, gdzie można się uczyć Polski. Arką, która - jeśli Europę zaleje potop - przechowa pamięć o Polsce Lafickiej.
W słoneczne popołudnie, gdy przeglądam stos listów w ogrodzie zimowym, a dom spowijają czerwone wino i cisza, przestrzeń powoli nasącza się życiem. Papiery niesione niewidzialną ręką wędrują pomiędzy pokojami, książki otwierają się jakby kartkowane wiatrem, słychać kroki na schodach, cichy głos w gabinecie, z kuchni napływa aromat kawy i dym z papierosów, wirują znajome słowa "doskonale", "ma się rozumieć", "jak najgorzej"; jardin d'hiver się zaludnia.
W tweedach i fularze Jerzy Giedroyc kroczy po "Le Monde", wstąpi na kieliszek wina do knajpki po sąsiedzku. Albo nie! Dziś czwartek, targ w miasteczku, więc idzie po owoce i mięso, i kwiaty cięte do gabinetu. Kładzie sikorkom do karmnika kostkę margaryny. Przed śniadaniem karmi białego kogutka. Czyta w kłębach mentolowego dymu. Czasem dokuczają mu migreny.
Dzień zaczyna od narzekania, jaki to marny naród ci Polacy...
- Dudek, wypluj mnie z łóżka za dwadzieścia minut - prosi młodszego brata Henryka, udając się na poobiednią drzemkę.
Wieczorem starannie zamyka okiennice.
Zofia Hertz, piękna i władcza, i praktyczna, właśnie strofuje Teresę Torańską, która "gościnnie" robi korektę.
- Ile błędów znalazłaś? Trzydzieści? A ja pięćdziesiąt. Źle robisz te dziurki, pokażę ci... - bierze z rąk Teresy dziurkacz i demonstruje.
Przyjechał z Monachium Jan Nowak-Jeziorański, dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Obwieszcza od drzwi ze śmiertelną powagą:
- Panie Jerzy, musimy porozmawiać w cztery oczy...
Przywiózł bombonierę. Potem Zofia Hertz komentuje:
- Ciekawe, od kogo dostał...
Bo Nowak-Jeziorański słynie z oszczędności.
Susami wbiega po wąskich schodach na górkę Konstanty Jeleński; zatrzymuje się u szczytu, tam, gdzie Czapski wiesza zwykle najnowsze płótno. Gdy mówi o obrazie, natychmiast trafia w sedno. Roztacza wokół siebie uśmiech i wdzięk.
A Józef Czapski, rudy, dwumetrowy, pruje na skuterze przez bramę, w stronę dworca, długą avenue de Poissy, pochłonięty myślami, na przekór czerwonym światłom, jak wielki ptak, a za nim frunie jego płaszcz i go uskrzydla.
Szemrze z kresowym akcentem Jerzy Stempowski, dystyngowany, o pięknych dłoniach, w dobrze skrojonym szarym garniturze i muszce.
Smakosz życia Zygmunt Hertz śmieje się tak, że dom się trzęsie. Bryłowaty i twardy Herling-Grudziński w milczeniu sączy whisky. Miłosz trzaska wściekle drzwiami. Gombrowicz nakłada kolejną maskę. Dzwonią do furtki: Wat, Kisielewski, Vincenz, Osiecka, Kołakowski, Michnik, Orłoś, Kwaśniewski... I nie mogą opędzić się od całej dynastii źle wychowanych, zazdrosnych, złośliwych cocker-spanieli: Blacka, Piotrusia, Blacka Drugiego i Faksa.
Gabinet Jerzego Giedroycia, rys. Józef Czapski, ok. 1960.
Archiwum Instytutu Literackiego
Okno, przez które spoglądam, pisząc wstęp do drugiego wydania książki o Jerzym Giedroyciu i jego kręgu, wychodzi na Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Mam przed sobą Dom Polonii, krzyż kaplicy Res Sacra Miser, a poza linią dachów - Wisłę i Wschód. W dole - salon stolicy.
Z przystanku tryska tłum. W jękliwych dźwiękach akordeonu cygańskiej dziewczynki ciągną na Stare Miasto grupy turystów, w stronę Pałacu Prezydenckiego suną błyszczące limuzyny. Płynie rzeka życia; mała i wielka historia. Ten salon to Polska w miniaturze.
Gdyby zmarły przed czternastu laty Jerzy Giedroyc stanął teraz w moim oknie, zaciągnąłby się papierosem i sycił oczy Polską. Miałby ją w pigułce taką, do jakiej tęsknił we śnie - niepodległą i demokratyczną. I taką, jaką beształ w "Kulturze" - w wiecznej kłótni, rozdartą.
Patrzyłby na pokrytą świeżym granitem ulicę, na nowoczesność jak puder i szminka nałożoną na twarz miasta. Przenikliwym wzrokiem dostrzegałby przezierające z głębi pęknięcia. W nich zakorzenione są polskie wojny 2014, nad którymi teraz, w oknie, kiwałby głową z uczuciem déja vu. Definiował je w II Rzeczypospolitej. I spajał - lub rozdrapywał boleśnie, by uzdrowić - przez półwiecze zza biurka w Maisons-Laffitte.
Oto szaniec "obrońców" krzyża i polskości, ulokowany na wprost siedziby prezydenta. Raz w miesiącu, o zmierzchu, ruszają spod katedry ku pałacowi. Piki flag na sztorc. Ponad głowami - bywało - płonące pochodnie. Giedroyc widywał takie w latach trzydziestych XX wieku, w rękach entuzjastów faszyzmu. Wsłuchiwałby się - państwowiec - w hasła pełne pogardy dla III Rzeczypospolitej.
Jaką "Notatkę Redaktora" dziś napisałby, usłyszawszy egzorcyzmy rzucane w stronę najwyższych urzędów państwa z ust bojowego księdza, który krzyż pomylił z pałką? Co czułby, ujrzawszy emblematy pogrobowców przedwojennej skrajnej prawicy, w której zawsze widział wielkie zagrożenie dla Polski? Wychowany na myśli Stanisława Brzozowskiego i jego sojusznik w rozrachunku z endeckim nacjonalizmem, może przywołałby teraz jeden z jego tytułów: Trąd wszechpolski...
W tym salonie spotkałby Polskę w towarzystwie odwiecznych upiorów, zgęstniałą, jak z Wesela, somnambuliczkę i cyklofreniczkę, w depresjach i aktach strzelistych. Z placu Zamkowego pochód wlewa się w Krakowskie Przedmieście.
Idą głosiciele wyższości prawa Bożego nad stanowionym; obrońcy "życia" i obrońcy świeckości państwa; cenzorzy sztuki i bojownicy o jej wolność; lustratorzy cudzych sumień i wolnomyśliciele; fundamentaliści i ateiści; kibice; buddyści; transseksualiści; korporacja ze znakiem firmowym Maryi; pogromcy diabła gender; fanatycy, cynicy i patrioci - z Bogiem, Honorem i Ojczyzną na ustach; antysemici i filosemici; budowniczy katolickiego państwa narodu polskiego; amoralni moraliści; wyznawcy bożka liberalizmu i bankruci lewicy; inżynierowie dusz, propagandy i podsłuchów; urzędnicy chętni pisać ustawy pod dyktando Kościoła; ekolodzy; rycerze Chrystusa i rycerze rynku; feministki i matki Polki z różańcami, proporcami, feretronami, transparentami; na jednym napis: "Ekspiacja za grzech sodomii w Polsce. Wiara, tradycja, własność". Na końcu pędzą ze świstem cykliści i wrotkarze o nazwie Masa Krytyczna.
To nic osobliwego, myślałby Giedroyc, takie są prawa demokracji. Ale tego dnia nieopodal, w pałacyku na Foksal, pewien kabaretowy polityk, którego wysoko wyniosły najskrajniejsze hasła, policzkuje adwersarza.
Redaktor znów sięgnąłby do paczki mentolowych cool. Mógłby odczuwać gorzką satysfakcję, bo już krótko po upadku komunizmu zwracał uwagę na zwiastuny demoralizacji elit. Gdy wytykał władzy utratę kontaktu ze społeczeństwem, wyrzucano mu utratę kontaktu z rzeczywistością. Gdy społeczeństwu zarzucał zdziczenie, oskarżano go o zgorzknienie. Gdy piętnował uprzywilejowanie Kościoła, ubolewano, że się pogubił. Gdy punktował prywatę i warcholstwo, mówiono: czarnowidztwo. Mógłby dziś odrzec: jasnowidztwo. Lecz nie miałby satysfakcji.
Pożeracz gazet, przeglądałby podsumowania ćwierćwiecza wolnej Polski. Takiej chcieliśmy? Czytałby o modernizacji - kosztem szarych ludzi, robotników, których on sam nazywał niegdyś miazgą ludzką i w których pokładał nadzieję, że dojrzeją i staną się siłą rewolucji. Miał dla nich podziw w Październiku i w zrywie "Solidarności". Zdesperowani, zdradzani przez inteligencję, tykająca bomba, która rozsadzi PRL, prorokował.
Transformacja wyrzuciła ich na margines - czytałby - kapitalizm wepchnął w poniżenie. Pozostawieni sami sobie, wpadli w objęcia populistów, demagogów i ekstremistów. Zamiast współuczestnictwa i solidarności mamy w Polsce nowe klasy.
Chciał przed wojną ostrych reform, chciał "parcelować Radziwiłła" w imię sprawiedliwości społecznej. Patrzyłby na miasto w dole, mrowisko w konwulsjach codziennych zabiegów o jutro. Kogo parcelować dziś, w ponowoczesnym, zglobalizowanym świecie? Patrzyłby na kraj rozszczepiony wojną polsko-polską. Jak go pozszywać?
Wzrok Giedroycia pobiegłby ponad dachy, na Wschód. Należymy do niego na równi z przynależnością do Zachodu, powtarzał Polakom. Prasa donosi dziś o kolejnych ofiarach wojny na Ukrainie. Dwie dekady wcześniej mówił, że upadek Ukrainy może być końcem naszej niepodległości.
Ujrzałby w salonie kolejne zgromadzenie. Jeszcze nie przebrzmiały pacierze smoleńskie, a już spod Domu Polonii dobiegają pacierze wołyńskie. Trwają obchody rocznicy rzezi ludności polskiej na Kresach.
- Jesteśmy jedynym narodem na świecie, który z ręki sąsiadów stracił tylu synów... - Giedroyc słuchałby gorących przemówień działaczy z Zamościa, Sieniawy i innych miast. O reaktywacji ukraińskiego nacjonalizmu i jego roszczeniach terytorialnych wobec Polski; o zatrutych owocach naszej polityki wschodniej; o braku patriotyzmu przywódców III Rzeczypospolitej. - Komu służycie!?
Młoda kobieta w imieniu całego pokolenia obiecuje ofiarom i weteranom pamięć. - Jesteśmy wszyscy Polakami i powinniśmy walczyć o to samo... - Łopocą zielone flagi radykalnych narodowców.
Aktorka mogłaby odczytać fragmenty tekstów z "Kultury" sprzed pół wieku - zachętę do rozmowy polsko-ukraińskiej wbrew upiorom przeszłości. Ale recytuje wstrząsające relacje ofiar. Dzieci wrzucane do studni, matki przebite widłami, ojcowie obdzierani ze skóry.
Młoda kobieta mogłaby rozważyć, jak kształtować nowe myślenie swych rówieśników o sąsiadach - Polaków o Ukraińcach i Ukraińców o Polakach. Ale mówi o mordowaniu warszawiaków. Myli się. Nie czytała "Kultury", która już w latach pięćdziesiątych zakwestionowała udział formacji ukraińskich w tłumieniu Powstania Warszawskiego. To stanowisko potwierdzają współczesne badania.
Czy Giedroyc miałby poczucie przegranej? Wzywał do budowania mostów. Ale oni idą pod ambasadę ukraińską pikietować.
Wszystkie kąty tu zna. Nieopodal, na Senatorskiej, pracował w ministerstwie rolnictwa, na Elektoralnej - w ministerstwie przemysłu. Dwa kroki stąd, w ciemnym pasażu Hipotecznej, tworzył redakcję "Buntu Młodych", a redakcję "Polityki" miał na Długiej. Na Starym Mieście bywał na Świętojańskiej u jezuitów, gdy chciał wstąpić do zakonu. A na Brzozowej mieszkał z żoną, Rosjanką, na trzecim piętrze.
Rozejrzałby się. Zgasił papierosa. Zamknął okno.
Warszawa, 10-11 lipca 2014
I
Obrączka, którą Henryk Giedroyc nosi na małym palcu - srebrno-złota, wygrawerowana - należała do jego matki Franciszki Starzyckiej. Przywiózł ją Jerzemu wraz z kilkoma fotografiami pisarz Ksawery Pruszyński, gdy pod koniec lat 40. był ambasadorem w Hadze. Pruszyńskiemu przekazał te pamiątki zapewne brat Mieczysław mieszkający w Warszawie. Obaj znali się z Giedroyciem przed wojną.
Henryk ma też zegarek po ojcu. Nic więcej. Cały dobytek rodzinny przepadł w Powstaniu Warszawskim.
Siedemnastoletnia Franciszka urodziła Jerzego 27 lipca 1906 roku w Mińsku Litewskim (dziś stolica Białorusi), trzy lata później Zygmunta, Henryk przyszedł na świat w 1922 roku.
Giedras znaczy po litewsku jasny, książęcy. Giedraitis - nazwisko znane na Litwie od XIV wieku i dziś dość popularne, można przetłumaczyć jako "syn jasnego". Występuje również wśród Białorusinów jako Hiedrajć.
Genealogię rodu od lat bada Michał Giedroyć z Oksfordu, daleki kuzyn Jerzego. Urodzony w 1929 roku w ziemi nowogródzkiej. Przeszedł Syberię; wydostał się z Rosji z armią Andersa. Ukończył inżynierię lotniczą na Uniwersytecie Londyńskim. Pracował w tej branży w Wielkiej Brytanii i na Dalekim Wschodzie. Jednocześnie zajmował się historią średniowiecznej Litwy.
W 1976 roku nawiązał kontakt z Maisons-Laffitte. Odtąd, ilekroć rozsiani po świecie członkowie klanu zwracali się do redaktora, kierował ich do "rodzinnego kronikarza" w Oksfordzie.
Korzenie klanu, do których dotarł Michał Giedroyć, sięgają Litwy końca XIII wieku. Byli w rodzie biskupi, uczestnicy walk i powstań przeciwko rosyjskiej tyranii, dyplomaci, żołnierze armii Kutuzowa. Był błogosławiony Michał, augustianin w klasztorze przy kościele św. Marka w Krakowie, "drogocenna perła zgromadzenia", jak podaje Encyklopedia Kościoła. Był artysta malarz Mikołaj, który założył cztery muzea sztuk pięknych. Była Wiera, pierwsza w historii Imperium Rosyjskiego kobieta chirurg, kierowniczka nadwornego szpitala w Carskim Siole w czasie pierwszej wojny światowej. Były linie związane z domem Bonapartych, gałąź zrusyfikowana oraz amerykańska, odnoga w dolnym dorzeczu Dniepru i taka, która wrosła we wschodnie rubieże dzisiejszej Białorusi. Z tej właśnie, książęcej, pochodzi Jerzy Giedroyc.
Pradziad Lucjan, ziemianin z okolic Mińska, popełnił samobójstwo. Rada familijna roztrwoniła majątek, dziad Bronisław miał jeszcze folwark resztówkę, ale Ignacy, ojciec Jerzego, musiał szukać pracy zarobkowej. Został aptekarzem.
...zaplecze Jerzego można nazwać "trójkątem Litwa - Polska - Białoruś": korzenie litewskie; język i kultura z Polski; kraj lat dziecinnych białoruski - pisze w jednej ze swoich prac Michał Giedroyć. - ...zaplecze rodzinne, a tym bardziej zaplecze rodzinne o wymiarze historycznym - będąc nieodłączną częścią osobowości - z natury rzeczy rzutuje na poczynania...
Redaktor mówił wielokrotnie, że nigdy nie interesował się przeszłością rodziny. Ale Michał Giedroyć uważa, że to kokieteria. Przecież otrzymał od redaktora jego spory zbiór materiałów na ten temat.
Czując się "całkowicie bez korzeni", jak mówi Józio, a z czego jestem dumny, gdyż tylko będąc "pozaklasowym", można działać bez żadnych hamulców... - mam stosunek raczej obiektywny do wszystkich warstw społecznych - Giedroyc pisał do Jeleńskiego latem 1954 roku. - Na odcinku polskim jednak nie mogę się pozbyć urazu "antyhrabiowskiego". To zdumiewająco jałowa klasa pasożytów, a jeśli są inteligenci, to połamani...
Jerzy Stempowski przysłał mu w 1965 roku fotografię Romualda Giedroycia, konfederata barskiego, powstańca kościuszkowskiego, który służył potem w wojsku francuskim. Redaktor odpowiedział: "...proponował Napoleonowi organizowanie armii na Litwie i Białorusi... Kto wie, jak by wyglądała kampania 1812 roku, gdyby to było zrealizowane. Niestety, niewiele wiem więcej i dzieje "zagubionej przez przodków mitry"... nigdy mnie nie interesowały. Jestem na skutek różnych zbiegów okoliczności typowym wydwiżeńcem...". Człowiekiem z awansu.
Dyskutując z Juliuszem Mieroszewskim założenia polityki wschodniej "Kultury", pisał w 1966 roku: "Ale ja jestem człowiek wschodni... Moim miastem dzieciństwa była Moskwa, a nie Wilno, część mojej rodziny stała się w XIX wieku rosyjska, mam krew gruzińską i nie przeceniając tzw. instynktu, myślę, że mam pewne wyczucie tych spraw".
Kopię XV-wiecznego obrazu Madonny z kościoła św. Marka w Krakowie, przed którym modlił się błogosławiony Michał, redaktor ofiarował Litwie w 1998 roku, podczas pobytu prezydenta Adamkusa w Maisons-Laffitte. Wtedy również przyjął honorowe obywatelstwo Republiki Litewskiej.
Dwa odlewy z brązu swej maski pośmiertnej przeznaczył dla Litwy (trzeci jest w Maisons-Laffitte). Prezydentowi przekazał je w Wilnie w maju 2001 roku Michał Giedroyć. Zgodnie z życzeniem ofiarodawcy jeden trafił do krypty biskupów żmudzkich w Worniach. Drugi do kaplicy grobowej Giedroyciów w kościele w Widziniszkach, niedaleko Giedrojci (to rodzinne gniazdo książąt Giedroyciów, położone 80 km na północ od Wilna).
Maska pośmiertna leży na ołtarzu, pod obrazem błogosławionego Michała, na samodziałowym obrusie w biało-zielone wzory.
Michał Giedroyć z Oksfordu pragnie, by jego prochy spoczęły w tej kaplicy. Jego ojciec uważał się za Polaka litewskiego pochodzenia. Jego stryj - za spolonizowanego Litwina.
Gdy powiedział kiedyś redaktorowi, że skłania się ku pozycji stryja, Jerzy Giedroyc stwierdził po namyśle, że on też...
Zapytano go miesiąc przed śmiercią, kim się naprawdę czuje. Odparł:
- Mam pewien sentyment do Litwy - prawda, ale gdyby ktoś mnie zapytał o ojczyznę, to bym odpowiedział, że jest nią wschodnia Europa. Czy to Warszawa, czy Mińsk, Wilno czy Moskwa, to dla mnie właściwie wszystko jedno. We wszystkich tych miastach czułbym się dobrze.
Mińsk - miasto jego dzieciństwa. Lekcje gry na fortepianie - udręka. Kładzie się z kolegami pomiędzy szynami, a nad nim z hukiem przewala się pociąg - tak się ćwiczy odwagę. Trwa pierwsza wojna, ciągną ulicami tabory, wojsko go fascynuje.
Jest rok 1916. W strefie przyfrontowej chaos, rodzice wysyłają go do Gimnazjum Komitetu Polskiego w Moskwie. Mieszka na stancji, uczy się rosyjskiego, recytuje wierszyk przed wielką księżną Tatianą podczas wizytacji.
Upada carat w marcu 1917 roku, szkoła rozwiązana, stancja w likwidacji. Jerzy brata się z żołnierzami, nauczył się palić. Żywi się solonymi rybami (same szkielety, sól otrzepuje się o ścianę). Przez targany rewolucją kraj jedzie do stryja Wiktora w Petersburgu. Zbiera porzucone gilzy, odkręca je i wącha proch o zapachu karmelków, które bardzo lubi. O rewolucję bolszewicką tylko się ociera: widzi pochody, na ich czele dziewczyny w czerwieni. "To taki dziwny naród ci Rosjanie - wspominał wiele lat później tamten czas - połączenie dobroduszności - mówię o takich prostych ludziach - z nagle wybuchającym zupełnie nieoczekiwanie okrucieństwem".
Wraca do Mińska, do Gimnazjum Polskiej Macierzy Szkolnej. Zderza się z rosnącą już legendą Piłsudskiego: konspiratora, patrioty, wskrzesiciela państwa polskiego. Ktoś pokazuje pocztówki z jego podobizną, ktoś opowiada o wojsku polskim. Chłopiec ulega dziwnej miłości. Nigdy jej się nie sprzeniewierzy.
W 1919 roku pociągiem ewakuacyjnym wyjeżdża z rodzicami, bratem Zygmuntem i kilkoma tobołkami do Warszawy. Już nie ujrzy swego miasta.
Pół wieku później ukazała się w "Kulturze" relacja sędziwego Ludwika Smolańskiego, który przed śmiercią udał się w podróż do Mińska, miasta swego dzieciństwa. Odnalazł za soborem stare relsy od konnego tramwaju, zatopione w przedwojennym bruku. I opustoszałe sklepy żydowskie przy rynku; w drzwiach wisiały staroświeckie kłódki. Niezwykle rzadko Giedroyc opatrywał teksty komentarzem. Ten poprzedził ciepłą notą.
W Warszawie zaskakuje go bieda mieszkańców, którzy chodzą w trepach. Ale Giedroyciom też się nie przelewa. Mieszkają kątem przy rodzinie na Marszałkowskiej 81. Stabilizacja przychodzi, gdy ojciec zostaje kierownikiem apteki przy szpitalu św. Łazarza na Książęcej 2; zajmują wtedy lokal służbowy nad apteką. Jest w nim duża jadalnia, pokój mamy, mniejszy - ojca, salon, razem chyba sześć pokoi. Henryk Giedroyc zapamiętał ogromny kredens i oszklone szafy biblioteczne z ciemnego drewna, błyszczące politurą.
- Mama była surowa i to ona rządziła domem - opowiada. - Jerzy pochłaniał niesamowite ilości książek. Bronił mnie, kiedy coś zbroiłem. Mnie uchodziło wiele... Byłem dzieckiem przypadku, najmłodszym, rozpieszczonym, rozbałwanionym bachorem. Jeździłem na rowerze po olbrzymim, przyszpitalnym parku albo przesiadywałem na dole w aptece, wszystkich znałem. Ojciec był czynny w klubie sportowym. W sobotę szliśmy nad Wisłę powiosłować.
Jerzy wspomina w Autobiografii na cztery ręce, że miał dobry kontakt z matką.
Ewa Berberyusz, autorka Księcia z Maisons-Laffitte, przed wielu laty spotkała w Oborach sędziwą panią Gisges, żonę ówczesnego sekretarza prezydium Związku Literatów Polskich. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu św. Łazarza i znała matkę Giedroycia. To Giedroyciowie w czasie wojny wyprawili Gisgesom przyjęcie weselne.
Pani Gisges opowiadała o Franciszce: - Czułam w niej jakiś niedosyt. Była w niej tęsknota za szerszym życiem...
Ewa Berberyusz powtórzyła te słowa redaktorowi.
Chorowity chłopiec dni spędza w łóżku, a wielkie szafy biblioteczne go kuszą. Czyta zachłannie. Wyrasta w nawyku samotności. To częsty scenariusz w tamtych czasach.
Starszy od Giedroycia Jerzy Stempowski - czy to w rodzinnych majątkach na Podolu, czy potem w Warszawie i Odessie - młodzieńczą astmę leczy lekturą klasyków greckich i łacińskich, tekstami średniowiecznymi, pismami ojców Kościoła. Będzie wplatał w swą mowę różnojęzyczne cytaty i zdumiewał rozległością horyzontów. Ale na razie wyśmiewają się z niego koledzy. "Myślę teraz, że już wtedy zapadły w duszę Jurka ziarnka niechęci do tłumu ludzkiego" - napisał jego ojciec, Stanisław Stempowski, towarzysz życia Marii Dąbrowskiej.
Trzy lata młodszy od redaktora Adolf Bocheński z Ponikwy nieopodal Lwowa, chuchro, nadwrażliwy i jąkający się, do szkół nie chodzi, uczy się czytać na dziele Mariana Kukiela Dzieje oręża polskiego w dobie napoleońskiej i jest błyskotliwie zdolny. Ucieka od lekcji, ale studiuje strategię wojenną z dzieł francuskich. Jako nastolatek pisze rozprawy polityczne. Przeżywa wielki dramat - wracając z polowania, zabił przypadkowo kobietę we dworze, miał piętnaście lat. Rodzice wymogli na nim, by siódmą klasę realizował w szkole, dla kontaktu z rówieśnikami; Adzio z kpiącym wyrazem twarzy zadaje na prawo i lewo impertynenckie pytania... W latach 30. zostanie czołowym publicystą wydawanych przez Giedroycia pism "Bunt Młodych" i "Polityka". Jego miłość do świata wieloetnicznego będzie Giedroyciowi bliska, a jego koncepcje polityki mniejszościowej odcisną się później na myśli politycznej "Kultury".
Józef Czapski - patykowaty chłopiec o słabych płucach (tylko wyjdzie bez kaloszy, już ma zapalenie) - ozdrowieje dopiero w wojsku. Na razie, w rodzinnych Przyłukach pod Mińskiem, jest "chłopcem znad książki, o błyszczących marzeniem oczach", jak napisał o nim Wojciech Karpiński. Siedmioletniego - osierociła matka. Nie znosi guwernera, który wtłacza go w banał konwenansów. "Nie miałem szczęśliwego dzieciństwa", powiedział w starości. Z Giedroyciem połączy ich miłość do literatury rosyjskiej i fascynacja myślą Stanisława Brzozowskiego.
W pokoju bibliotecznym, gdzie podczas choroby kładą Jerzego, są książki polskie, francuskie i rosyjskie. Andriejew, Rozanow, Dostojewski, Babel. Polska tradycja romantyczna go nudzi.
W Autobiografii na cztery ręce przyznał, że największy wpływ wywarł nań Żeromski i że pozostał żeromszczykiem przez całe życie. "Mój Żeromski - ...to autor Róży...".
Czarowic, główna postać tego dramatu, jest inteligentem pochodzenia szlacheckiego, konspiratorem i działaczem niepodległościowym. Przekonany o przywódczej roli inteligencji, która poprowadzi naród ku niepodległej i sprawiedliwej Polsce.
Historyk literatury Andrzej Stanisław Kowalczyk, badacz kręgu "Kultury", wykłada sens słowa "żeromszczyk" następująco: życie rozumiane jako powołanie społeczne, "nakaz egzystencji czynnej i altruistycznej, nacechowanej troską o dobro wspólne", wiara w uniwersalność tego etosu i oczekiwanie, że uznają go inni. Maksymalne wymagania wobec siebie, poczucie misji.
Dorastający Jerzy mógł obserwować elementy takiej postawy we własnej rodzinie. Dziadek Franciszek Starzycki był w Mińsku działaczem społecznym i samorządowym. Ojciec Ignacy lekceważy swą błękitną krew, jest demokratą. Organizuje w Warszawie związki zawodowe urzędników magistratu.
- Bez wątpienia było w działalności ojca coś lewicowego - mówi Henryk Giedroyc.
Ignacy nie rozmawia z najstarszym synem o socjalizmie, którym się interesuje, ale zabiera go na różne zebrania.
Te doświadczenia izolują chłopca w środowisku szkolnym. Na tle uczniów Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego, synów zamożnych rodzin mieszczańskich, wydaje się źle ubrany. Mówi z akcentem. Odruchowo przechodzi na rosyjski, aż profesor historii, powstaniec styczniowy, wali pięścią w katedrę:
- Nie pozwolę, by mi tu, w polskim gimnazjum, odpowiadano po rosyjsku!
Buntuje się przeciwko przymusowi spowiedzi, zadziera z księdzem katechetą. (Rodzice są praktykującymi katolikami). Nie znosi krasomówczych popisów biskupa - opiekuna gimnazjum - w kaplicy szkolnej, bojkotuje te kazania, choć obecność jest obowiązkowa.
Kresowiak, nawykły do mieszanki narodów, języków i religii, dusi się teraz w endeckiej, jednonarodowej i jednowyznaniowej atmosferze szkoły.
Przyjaciela znajduje w Stasiu, synu pisarza Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Razem wojują z endekami, a wieczorami, w mieszkaniu Boya przy Smolnej, czytają Ibsena i Strindberga, sącząc likier różany.
Tymczasem w szkole podniecenie, pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej, dzięki głosom lewicy, centrum i mniejszości narodowych, został Gabriel Narutowicz. Jest połowa grudnia 1922 roku. Jerzy biega w Aleje Ujazdowskie słuchać przemówień. Prawica, chcąc zmusić prezydenta do rezygnacji, wylewa nań kubły pomyj: "żydowski pachołek", "zdrajca", "nie jest prawdziwym Polakiem"... W dzienniku prawicowym "Gazeta Poranna 2 Grosze" ksiądz Kazimierz Lutosławski oburza się: "Jak śmieli Żydzi narzucić Polsce swego prezydenta... Najpilniejszym zadaniem staje się doprowadzić do jak najprędszych ponownych wyborów, z których musi wyjść Sejm o stanowczej większości narodowej, zdolny do takiej zmiany Konstytucji, ażeby podobnie haniebna zdrada powtórzyć się nie mogła i aby Naród Polski został wreszcie jedynym włodarzem ziemi polskiej".
W dniu zaprzysiężenia korporanci związani z ruchem narodowym biją jadących do sejmu posłów lewicy i mniejszości; tłum obrzuca bryłami błota i śniegu powóz prezydencki. W klasie Jerzego wybuchają bójki.
Tydzień po wyborze, podczas otwarcia wystawy malarstwa w Zachęcie, prezydent ginie od kuli skrajnego nacjonalisty (strzelał w plecy). Jerzy jest wstrząśnięty. Nazajutrz w "Kurierze Porannym" Wacław Sieroszewski obarcza środowiska endeckie moralną odpowiedzialnością za zbrodnię i apeluje do inteligencji polskiej, by za wszelką cenę zwalczała trąd tej ideologii. "...morderca... przez całe swoje długie życie nie brał nigdy udziału w zamachach ani na Moskali, ani na Niemców, tych okrutnych gnębicieli Ojczyzny, ale podniósł zbrodniczą rękę na rodaka, Najwyższego Przedstawiciela Niepodległej Polski. Cechy powyższe - uległość i potulność względem rządów obcych oraz nikczemna zdradzieckość i krwawa napastliwość na rodaków - były i są charakterystyczne dla ideologii narodowo-demokratycznej. Dopóki ideologia ta nie zostanie zniszczona w narodzie Polskim, nie będzie spokoju w naszej Ojczyźnie".
W "Rzeczpospolitej" odpierał te oskarżenia jako "stronnicze" wybitny polityk i publicysta obozu narodowego Stanisław Stroński. Lecz jego głośny tekst Ciszej nad tą trumną w istocie potwierdza, iż to prawica przygotowała grunt pod zbrodnię. Pisał: "Prawica na gruncie zasad i przekonań politycznych twardo broniła i nadal bronić będzie tego zdania, że w odradzającym się żmudnie państwie polskim odpowiedzialność za bieg spraw musi wziąć... większość wyłącznie polska, na której opierać się musi także wybór Prezydenta Rzpltej i powołanie Rządu... Tego naszego stanowiska nie zapieramy się. Przeciwnie, dumni jesteśmy, że jest ono takie. I jak było takie wczoraj, jak jest dzisiaj, tak będzie i jutro. Żadna siła na świecie nie odwiedzie nas od tego sztandaru...".
Maria Dąbrowska, z którą Giedroyc będzie się spotykał po wojnie, tak opisała tamten czas: "...jakbym nagle w sercu mojego narodu zobaczyła ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka... Skrytobójca poniósł karę śmierci... Ale w istocie rzeczy i ta zbrodnia pozostała bezkarna, gdyż ukarano tylko "ślepy miecz", a nie "rękę", która nim kierowała... Grób skrytobójcy nie porósł chwastem zapomnienia, na grób ten pielgrzymowały tłumy... nie dzień i nie dwa, lecz całe lata... Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia... Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, że ta zbrodnia u progu niepodległości... będzie się okrutnie mścić w przyszłości".
W zdarzeniach owego tragicznego grudnia Dąbrowska zobaczyła "jedno z zatrutych źródeł naszych klęsk i upadków".
W drugiej połowie lat 30. do gimnazjum na Smolnej trafia Henryk. W szkole działa wtedy komórka skrajnie nacjonalistycznego, antyżydowskiego ugrupowania Obóz Narodowo-Radykalny "Falanga", na którego czele stoi Bolesław Piasecki.
- Jego brat chodził do Zamoyskiego o klasę wyżej ode mnie - opowiada Henryk Giedroyc. - Zwerbował mnie do ONR-u na patriotyzm. Już snułem wizje zebrań, które będziemy organizowali w lochach pod szpitalem św. Łazarza... Chyba opowiedziałem o tym mamie, która natychmiast zawiadomiła Jerzego. Brat mi nie objaśniał w czym rzecz, tylko spowodował, że mnie z tej organizacji wyrzucili.
...zjawił się u mnie ze znaczkiem Falangi w klapie - redaktor opowiada tę historię w Autobiografii na cztery ręce. - Zrobiłem mu piekielną awanturę... Pojechałem do Piaseckiego i zrobiłem następną awanturę, żądając, by nie wtrącał się do moich spraw rodzinnych i nie uprawiał wobec mnie żadnych prób szantażu, bo było zupełnie wyraźne, że chodzi o pokazanie, iż brat Giedroycia jest oenerowcem.
W linii "Kultury", w korespondencji, w wywiadach, w całym swym długim życiu Giedroyc będzie wielokrotnie i z mocą podkreślał, że dla Polski - równie groźna jak sowietyzm - jest mentalność endecka.
W jednej z nieustannych kłótni, jakie wiódł z nim Stefan Kisielewski, Giedroyc stwierdził, że do Polski - nawet wolnej - nigdy nie wróci, bo jeśli będzie wolna, to będzie endecka.
Stanisław Brzozowski jest dla Giedroycia - i Czapskiego - olśnieniem. Jerzy styka się z twórczością tego pisarza i filozofa jeszcze w gimnazjum. Nie może się oderwać od Dębiny, Płomieni i Legendy Młodej Polski. Czapski po powrocie z Rosji w 1919 roku znajduje egzemplarz Legendy... w poczekalni u dentysty w Krakowie. Otwiera w środku pierwszego rozdziału. Lektura go porywa.
Zrozumiałem nagle całym sobą - wspominał - już od pierwszych stron tej książki, że nie jestem sam, że jestem związany z całym światem, z historią, że nie ma samotności, że moje najtajniejsze myśli i przeżycia nie są moją tylko własnością, że mają odpowiedniki w świecie, bo nie są wytworem wyłącznie mojej myśli, ale całego procesu historycznego, ...że należę do historii, chcę tego czy nie chcę, że jestem nie tylko potrzebny, ale że nikt za mnie tego, co zrobić muszę, nie zrobi i zrobić nie może.
On, student Akademii Sztuk Pięknych, o polskości - jak mówił - letniej, rozwodnionej i sentymentalnej, o korzeniach po matce austriackich, o kosmopolitycznej edukacji, związany z arystokracją Rosji, Niemiec i Austrii - dzięki Brzozowskiemu czuje się nagle do szpiku kości Polakiem.
Potem już, idąc w głąb tej książki, odkrywałem z upojeniem to, czego nigdy Rosja dać mi nie mogła, że droga moja do idei ludzkości, która mnie na Wschodzie urzekła, prowadzi przez Polskę, że jej rozwoju nie tylko nie muszę, ale nie mam prawa lekceważyć. Poprzez okrutny pamflet na Polskę zdziecinniałą, jedyną, którą znałem dotychczas, odkrywałem inną Polskę.
Historyk idei i politolog Andrzej Walicki, autor monografii o myśli Brzozowskiego, tak streszcza jego przekonania wykrystalizowane w rewolucyjnych latach 1905-1906, gdy na świat przychodzi Giedroyc: pesymizm co do polskiej świadomości społecznej. Podziw dla robotników. Głębokie rozczarowanie inteligencją, która nie potrafi wypracować programu walki narodowej - alternatywy dla programu endeckiego. Idea niepodległościowa uległa zwyrodnieniu nacjonalistycznemu. Dziedzictwo szlachetczyzny wywołuje głębokie schorzenie polskiej psychiki.
W szkolnych latach Giedroycia wciąż żywa jest pamięć bardzo niedawnych - z początku XX wieku - elektryzujących sporów tego myśliciela o Polskę. W opiniach bezwzględny, pragnął Polakami wstrząsnąć, zmienić ich świadomość i klimat umysłowy.
Jego pierwszy wielki rozrachunek - z Sienkiewiczem.
To twórczość niewrażliwa na zagadnienia społeczne i duchowe, antymetafizyczna, swym uśmiechniętym optymizmem umacnia samozadowolenie i duchowe lenistwo. Zatem deprawuje. Plastyczna, lecz uboga i banalna w treści.
Trylogia miała być epopeją polskości, a jest jej karykaturą, parodią dziejów. Pozbawiona krytycznej refleksji nad historią, pociesza za cenę iluzji, taniej wiary w Świętą Panienkę Częstochowską. Religijność tej twórczości jest tylko społecznym konwenansem. Popularność Sienkiewicza zaś wynika z zasadniczej niewiary Polaków w głębokość i złożoność świata.
Jeżeli jest coś, czego nienawidzę całą siłą duszy mojej - pisał Brzozowski - to ciebie, ciebie polska ospałości, polski optymizmie niedołęgów, leniów, tchórzy... Od XVII wieku jesteśmy już w Europie gapiami, przyglądającymi się z paradyzu wielkiemu dramatowi świata... Sienkiewicz skodyfikował, nadał kształt estetyczny temu naszemu stanowisku. Jest on klasykiem polskiej ciemnoty, szlacheckiego nieuctwa.
Rozgorączkowany Czapski zanotował w dzienniku: "Brzozowski bije nas po twarzy".
Jerzy Stempowski zauważa, że Brzozowski nie ma monopolu w "dekoronacji" Sienkiewicza. Pisał do Giedroycia: "Wychowany w kołach tzw. lewicowych, pamiętam doskonale, co w moim dzieciństwie mówiono tam o Sienkiewiczu, i zupełnie niezależnie od Brzozowskiego. Co zresztą byłaby warta ta lewica, gdyby sama nie przejrzała od razu, co u Sienkiewicza było endeckiego i tromtadrackiego".
Spór o Sienkiewicza nie był oczywiście sporem literackim, lecz batalią o model polskości, o wzór patriotyzmu, o charakter życia intelektualnego, o rodzaj naszej duchowości - zauważają badacze myśli Brzozowskiego. Giedroyc tę krytyczną refleksję kontynuował piórem Miłosza, Jeleńskiego, Czapskiego, Mieroszewskiego, Gombrowicza (choć sam pisarz dystansował się od Brzozowskiego).
Oto numer "Kultury" z połowy 1955 roku. Dziennik Gombrowicza: "Sienkiewicz to marzenie, na jakie pozwalamy sobie przed zaśnięciem...". "...nie należał do tych, których wzrok drapieżny rozdziera maski i nie miał w sobie ani za grosz samotności". Nie szukał prawdy, ale czytelnika, przystosował się całkowicie do zapotrzebowania stada. Oddał się na usługi fantazji zbiorowej. Jego nierzeczywisty, nawet kłamliwy świat wywiera jednak na Polaków arcyrealny wpływ, stwierdzał Gombrowicz.
Spór o Sienkiewicza toczy się do dziś.
Drugi wielki rozrachunek Brzozowskiego - z endeckim nacjonalizmem.
W artykule Trąd wszechpolski (1906) pisał z gniewem, że Narodowa Demokracja jest potwornym widmem w nowoczesnym świecie.
Mentalność endecka rozwinęła się na gruncie idei ojczyzny rozumianej jako absolut. "Idea ojczyzny wyjęła nas przez cały ciąg wieku dziewiętnastego spod władzy jedynego prawa, prawa odpowiedzialności za życie przed sobą samymi".
Gombrowicz napisze w kwietniowej "Kulturze" z 1953 roku podobne słowa. Nie jesteśmy "bezpośrednimi spadkobiercami ani wielkości przeszłej, ani małości - ani rozumu, ani głupoty - ani cnoty, ani grzechu - i każdy za siebie tylko jest odpowiedzialny, każdy jest sobą".
Wobec Polski - zdaniem Gombrowicza - Polak nie umie się zachować, ona go peszy i manieruje, onieśmiela i wprawia w "stan kurczowy - zanadto chce Jej pomóc, zanadto pragnie Ją wywyższyć".
Brzozowski odnosi się do zadań, jakie Dmowski postawił przed endecją. Oto one: dążyć do własnej państwowości za wszelką cenę; wytępić "resztki romantyzmu politycznego"; utwierdzić Polaków w poglądzie, że "naród ma przede wszystkim obowiązek dbać o swoje interesy", a "w stosunkach między narodami nie ma słuszności i krzywdy, jest tylko siła i słabość". Brzozowski potępia ten brak skrupułów. Tak parodiuje myślenie typowego endeka: "Mamy poza sobą tyle bohaterstw i męczeństw, że wolno nam dziś spokojnie traktować męczeństwa innych... Zdaje mi się, że przeszłość nasza jest o wiele czyściejsza od przeszłości takich np. Prus, więc jeżeli im wolno żyć kłamstwem i pięścią, to i nam przynajmniej w równym stopniu. Sądzę, że narodowi, który ma w przeszłości swej Kościuszkę, Mickiewicza, Lelewela, Worcella, nikt nie odmówi praw do historycznego łajdactwa, jakie uprawiają dziś o wiele mniej zasłużone i mniej szlachetne nacje... Więc myśmy już spłacili daninę wszystkim hasłom, a teraz chcemy żyć".
Ciasny patriotyzm endeków, ignorujący wartości ogólnoludzkie, przeciwstawiał takiemu, który by te wartości uwzględniał i rozwijał. Pisał w 1907 roku: "Ale patriotyzm wszechpolaków nie ma nic wspólnego z patriotyzmem romantyków i emigrantów naszych - dla nich Polska była ideą, a więc krajem i narodem, który miał się stać wyrazem tego wszystkiego, co człowiek zdoła stworzyć, wydobyć z siebie pięknego i wzniosłego".
Do przedwczesnej śmierci w 1911 roku poglądy filozofa ulegały zmianom, oddalił się od wizji patriotyzmu romantycznego. Rysował obrazy Polski drapieżnej, energicznej, śmiałej, "o silnym, wytrwałym temperamencie". Jerzy Stempowski napisał w latach 60. Giedroyciowi, że zawsze odstręczała go od Brzozowskiego "niekonsystencja jego myśli", w której pływa - jak w prowansalskiej potrawie - "czternaście gatunków ryb, i wszystkie niedogotowane. Tu kawałek Marksa, tu kawałek Macha, tu kawałek Newmana".
Filozof i historyk Krzysztof Pomian, współautor Autobiografii na cztery ręce, przygotowując tę książkę, odbył z redaktorem wiele rozmów (powstało około czterdziestu godzin nagrań):
- Nie rozmawialiśmy o tym, co wziął z Brzozowskiego, ale była to ważna pokoleniowa lektura - mówi profesor. - W myśl tego autora wbudowana jest ambiwalencja, która sprawia, że odwoływała się do niego w Polsce skrajna lewica i faszyzująca skrajna prawica. A obok nich ludzie, którzy znajdowali w nim elementy pokarmu duchowego, jak Czapski. U Giedroycia kontynuacją myśli Brzozowskiego jest krytyka inteligencji polskiej. Brzozowski wytyka jej mięczakowatość, niezdecydowanie, brak energii i woli życia, co można rozumieć w duchu piłsudczykowskim, Dmowskiego albo bez mała jako apel do rewolucji proletariackiej. Pewien typ nonkonformizmu Brzozowskiego, krytyka tradycji sienkiewiczowskiej, jego język obciążony ogromną wieloznacznością - "czyn", "życie", "działanie" - wszystko to formowało Giedroycia.
Jest w nim wiele śladów obecności Brzozowskiego.
Gdy w Rzymie, na początku 1946 roku, zaczął realizować swój pomysł utworzenia na obczyźnie niezależnej instytucji kulturalnej, która by dostarczała emigrantom arcydzieł literatury polskiej, nakreślił szkic programu wydawniczego. Miała to być klasyka i dzieła współczesne, dorobek myśli politycznej i społecznej. Na pierwszym miejscu umieścił dzieła Stanisława Brzozowskiego.
W 1948 roku opublikował w "Kulturze" fragment jego Pamiętnika. Pytany pod koniec życia, jak ocenia zaangażowanie pisarzy polskich w komunizm, Giedroyc odpowiedział:
- Sam jestem wychowany na Stanisławie Brzozowskim i nigdy mnie nie interesowało, czy był agentem ochrany. Tak samo z pisarzami... - Po czym dodał: - A swoją drogą, to bardzo polskie, że najbardziej skłonni do potępień są ludzie, których przeszłość jest niewyraźna.
W 1962 roku wydał studium Miłosza o Brzozowskim Człowiek wśród skorpionów. Rzecz o tragicznym i nieudokumentowanym do dziś oskarżeniu filozofa o płatną współpracę z carską policją polityczną. Rzecz, którą można również czytać jako historię opluwania samego Miłosza, gdy w 1951 roku uciekł z kraju. Rzecz o opluwaniu i niszczeniu człowieka - w każdych czasach. (Uderza powtarzalność metod: "Czerwony Sztandar" publikuje spis agentów ochrany, gazety ścigają się w rzucaniu potwarzy, kwitnie szpiegomania i lustracyjna psychoza, tylko nieliczni bronią ofiary. Można by powtórzyć za Gombrowiczem: "...białe i czarne, dobre i złe - tutaj moralność brzmi gromko i bije jak pałka").
Brzozowski został uznany za renegata i potępiony. Zareagował gorzkim postanowieniem: "Z Polską oczywiście moje rachunki zamknięte... W Polsce nie chcę leżeć nawet po śmierci". Jednak krótko przed śmiercią pod wpływem ewolucji duchowej napisał: "...czuję konieczność pozostania w narodzie". Jest pochowany we Florencji na największym cmentarzu Trespiano, pod numerem 37. Na jego grobie kamienna dziewczyna pisze coś na tabliczce.
Giedroyc był opluwany przez PRL. Niepodległa Polska składała mu hołdy, ale prawica kąsała za "polityczny daltonizm", obrażanie narodu polskiego, antykościelną obsesję, niedocenianie perfidii komunizmu, bo redaktor "zna go tylko intelektualnie". Krótko po jego śmierci lewicowi radni w Białymstoku wnioskowali o uczczenie pamięci redaktora. Prawicowi storpedowali wniosek.
Wielokrotnie mówił z goryczą, że chciałby się wypisać z tego narodu. Nie wypisał się. Jest pochowany na maleńkim cmentarzu w Le Mesnil-le-Roi, kwatera E. Na prostym grobie z czarnego marmuru ktoś postawił plastikową tabliczkę z wierszem Agnieszki Osieckiej, otwierającym ostatni numer "Kultury".
Miłosza opluto nawet po śmierci, gdy podczas targów o miejsce pochówku ultraprawicowe organizacje odmawiały mu polskości i patriotyzmu. W marcu 2007 roku prawicowi radni w Bochni nie zgodzili się, by nazwać imieniem noblisty miejscowe gimnazjum, gdyż miał "niepochlebny stosunek do narodu". W Białymstoku ta sama formacja - z podobnych powodów - zablokowała propozycję, by imię poety otrzymała jedna z nowych ulic miasta. W tym samym czasie w Krakowie prawica zwalczała projekt uczczenia Miłosza pomnikiem na Plantach.
Gombrowicz - i za życia, i po śmierci - potępiany jako obrazoburca, w Polsce niepodległej trafił na listę lektur szkolnych i wydawało się, że zagościł w świadomości Polaków. Ale narodowa prawica, po objęciu władzy w 2005 roku, postanowiła znów go wyrugować. Minister edukacji nazwał Trans-Atlantyk książką, która nie niesie pozytywnych wartości i promuje homoseksualizm. I wykreślił całego Gombrowicza z kanonu lektur od roku szkolnego 2007/2008. Dopisał zaś kilka pozycji Sienkiewicza oraz drugorzędną literaturę Jana Dobraczyńskiego, endeka, a po wojnie działacza Stowarzyszenia "PAX".
Gombrowicza uratowały protesty środowisk inteligenckich i - ostatecznie - zmiana władzy.
Rodzice Giedroycia nie ujrzeli "Kultury". Zginęli w czasie Powstania Warszawskiego. Jedna z wersji mówi, że Franciszka i jej najstarsza siostra Elżbieta zostały rozstrzelane, Ignacy w nieznanych okolicznościach zabity na ulicy. Według innej wersji Giedroyciowie spłonęli podczas pacyfikacji Woli 5 sierpnia. Syn Zygmunt był w tym czasie na prowincji.
Parę miesięcy po śmierci rodziców do Giedroycia, oficera oświatowego w Centrum Wyszkolenia Wojsk Pancernych na południu Włoch, dotarła spóźniona wiadomość. "Proszę sobie wyobrazić - relacjonował Zofii Hertz w lutym 1945 roku - że przysłano mi również z Londynu kartkę od mojej Mamy z marca ubiegłego roku z Warszawy". Nie wiadomo, co Franciszka napisała do syna pół roku przed śmiercią.
Już z Paryża w lutym 1946 roku Giedroyc donosił Zofii, która przebywała w Rzymie: "Jestem i ze zdrowiem źle, i psychicznie. Mam bardzo tragiczne wiadomości z kraju, które nagle napływają falą do mnie. W każdym razie od dwóch dni nie mogę spać i spędzam noce w fotelu. Boję się, że mam powtórkę z moich poprzednich bezsenności. Bardzo to mnie męczy i czuję, że jak tak dalej pójdzie, to zwariuję".
Odpisała: "Twój list był jakiś dziwny. Co za wiadomości miałeś z kraju. Dlaczego piszesz tak ogólnikowo?".
Chyba właśnie wtedy dowiedział się o śmierci rodziców. Ich symboliczny grób znajduje się na Powązkach.
Zygmunt skończył przed wojną SGGW, był inżynierem rolnikiem. Przystojny, o opadających sennie powiekach jak u Jerzego. Zamknięty w sobie; z bratem różniły ich zainteresowania; prawie nie mieli kontaktu. Ożenił się z Barbarą Marczyńską, zajmowała się domem. Ich jedyne dziecko zmarło w czasie wojny. Od 1948 roku Zygmunt pracował w centrali przemysłu mięsnego. Zamieszkali w podwarszawskim Brwinowie. W połowie lat 60. przenieśli się do Warszawy.
Przez kilka lat mieszkał u nich w Brwinowie Szczepan Marczyński, wówczas uczeń, dziś właściciel szkółki ogrodniczej. (Barbara była jego ciotką). Opowiada:
- Wuj Zygmunt był małomówny, ale zdarzały się rozmowy o Jerzym i Henryku. Przychodziły paczki z zieloną, niepaloną kawą. Paliło się ją na patelni. Wymieniali listy, głównie z Henrykiem. Listy od Jerzego były krótkie, może żeby nie narazić wuja na represje? Przychodziły też pieniądze przez PKO, wujostwo kupili telewizor i lodówkę. Wuj dostawał od Jerzego listę książek, wyszukiwał je w księgarniach i wysyłał do Francji. Nie wiem, czy kiedykolwiek wzywała go bezpieka. Ale powiązania z Jerzym na pewno wpłynęły na to, że kiedy po przeniesieniu na emeryturę w 1973 roku odwołał się od tej decyzji i poprosił o jeszcze rok pracy, odmówiono mu. Bardzo to przeżył. Wyszedł do kiosku po gazetę. Przy drzwiach do windy upadł. To był wylew.
Dwa lata później odwiedził Warszawę Benedykt Heydenkorn, przyjaciel Giedroycia sprzed wojny, dziennikarz i działacz polonijny w Kanadzie. Złożył wizytę ciotkom redaktora.
Były przejęte rozpowszechnianą właśnie wiadomością, że Jerzy jest na usługach Niemców. Heydenkorn uspokoił je, że to nieprawda. Przekazały pamiątkową monetę po dziadku. Wspominały dziecięce wybryki Jerzego. Obiecały, że wyślą mu do Paryża marynowane rydze.
II
Po maturze w 1924 roku Giedroyc studiuje prawo. Rzadko bywa na uniwersytecie; żeby się utrzymać, pracuje w biurze ogłoszeń Polskiej Agencji Telegraficznej na Krakowskim Przedmieściu. Ale uczestniczy w spotkaniach u profesora Leona Petrażyckiego, wybitnego teoretyka prawa. Nie zabiera głosu, siedzi w kącie i słucha. Uczony głosi nadrzędność prawa nad moralnością. W tych kontaktach kształtuje się legalistyczna postawa Giedroycia, poszanowanie dla państwa.
Wiele lat później, pomawiany o zdradę, gdy przyjmował prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z postkomunistycznej formacji, zdumiał się:
- Zdrada? Z kim? Z legalnym prezydentem? To sposób myślenia, którego nie jestem w stanie zrozumieć. Wprost w głowie się nie mieści!
Przez półtora roku studiuje też historię Ukrainy, jako jedyny nie-Ukrainiec na seminarium.
- Tych kilka semestrów zadecydowało o moich zainteresowaniach Ukrainą - powiedział w 1998 roku, odbierając doktorat honorowy Uniwersytetu Warszawskiego.
Wstępuje do korporacji studenckiej "Patria" i szybko awansuje w jej hierarchii. Jest endecka, jak większość ówczesnych organizacji akademickich, ale nie skrajna. To młodzież przejęta myślą o wzmocnieniu młodego państwa. Czarny okres antysemicki przyjdzie później.
Kiedy jednak wpływy endeckie rosną i waży się decyzja, czy manifestem ideowym całego ruchu korporacyjnego będzie deklaracja Młodzieży Wszechpolskiej, przybudówki Narodowej Demokracji, Giedroyc usiłuje ją storpedować. Obce mu są jej postulaty przymusowej polonizacji Ukraińców i Białorusinów oraz dyskryminacji Żydów. Za kulisami prowadzi akcję rozłamową. Bez powodzenia. Po przegłosowaniu manifestu występuje z korporacji.
Ten epizod opisał w swej książce Alma Mater (1935) Janusz Rabski, działacz endecki i członek "Patrii". Gudułt, którego pierwowzorem jest Giedroyc, to koń trojański, który chce zniszczyć jedność ideologiczną korporacji. Z rodziny wielkoziemiańskiej, człowiek oschły, o wielkich ambicjach. Utrzymuje tajemnicze kontakty z doktorem z Biblioteki Rolniczej. Istotnie, Giedroyc przesiadywał w bibliotece ministerstwa rolnictwa, u Stanisława Stempowskiego (ojca Jerzego), działacza politycznego i jednego z przywódców polskiej masonerii.
Gudułt odczuwa satysfakcję, gdy pociąga za sznurki wydarzeń, "powodując, że w różnych miejscach zachodzą fakty pozornie niemające ze sobą związku, ale kierowane tym samym centralnym mózgiem i mające ten sam cel...".
Co jest celem Gudułta? Pójść wyżej, wyżej, wyżej... - pisze Rabski.
Robotnicy, książka Jeremiego Kornagi (1932), pokazują inny epizod z działalności społecznej Giedroycia. Z ramienia organizacji Myśl Mocarstwowa zajmował się pod koniec lat 20. środowiskiem młodzieży robotniczej. W dawnych koszarach przy moście Trzeciego Maja organizował drużyny ludowe - rodzaj przysposobienia wojskowego. "...Zobaczyłem tych chłopców; to był element bardzo ciekawy - opowiadał Barbarze Toruńczyk w 1981 roku - i to mi się bardzo podobało. Ale to się szybko skończyło; to się rozbiło o problem bezrobocia".
Miłosz pisze: "...spod jego politycznej giętkości korporanta "Patrii" przezierały lewicowe odruchy wyniesione z żarliwej lektury dzieł Stanisława Brzozowskiego".
Jedno z pisemek opublikowało fotografię zrobioną w 1930 roku podczas walnego zjazdu drużyn ludowych we Lwowie. Giedroyc w pumpach, z kapeluszem w dłoni, siedzi sztywno pośrodku umundurowanej grupy.
W Robotnikach występuje jako książę Giedymin, "młody bubek", sekretarz generalny organizacji. (Giedroyc był w kierownictwie Myśli Mocarstwowej). Giedymin to lalka, która "wywraca swe piękne oczy". Jest układny, słodki jak amant filmowy, zaciąga z litewska. Jego akcje społeczne wśród cierpiących nędzę robotników książka przedstawia jako żałosne nieporozumienie.
Adam Michnik napisał w 1986 roku w notatkach więziennych, drukowanych w "Kulturze", że Giedroyc był w latach II Rzeczypospolitej "dość odległy od ruchu robotniczego". Redaktor zareagował cierpkim wyjaśnieniem: "To nie jest ścisłe... Organizowałem w Warszawie koła młodzieży robotniczej. Eksperyment był bardzo pouczający. ...prowadziłem również prace wśród młodzieży wiejskiej, organizując między innymi kursy przysposobienia rolniczego".
Żelazne pytanie, jakie stawiał w Maisons-Laffitte każdemu przybyszowi z Polski, brzmiało:
- Jakie są nastroje wśród robotników?
W 1971 roku powiedział Stefanowi Kisielewskiemu, że wkrótce nastąpią w tej warstwie wielkie, buntownicze ruchy - nie z powodu braku kiełbasy, lecz w "sprawach najważniejszych". Kisiel pytał sarkastycznie, co właściwie Giedroyc ma wspólnego z klasą robotniczą... W swych Dziennikach zanotował, podsumowując rok 1976: "A robotnicy, Giedroyciowe marzenie?! (Ciekawym, kiedy ostatnio widział on z bliska polskiego robotnika?)".
Nie miał z nimi kontaktu po wojnie. Postrzegał ich jako wyniszczoną przez obie okupacje "miazgę ludzką", produkt przyspieszonego uprzemysłowienia kraju, bierny i bezwolny. A jednak już w 1953 roku, wiele lat przed "Solidarnością", przewidywał w liście do Jeleńskiego, że - nie żadna dywersja, i nie powstanie zbrojne - tylko "ruchy socjalne" wśród robotników odegrają kluczową rolę w rozsadzaniu systemu. Władza łatwo spacyfikuje powstanie, pisał, ale trudno jej będzie walczyć z falą strajków. Miazga ludzka wyrośnie kiedyś w świadomą klasę robotniczą. "Ideałem byłoby wytworzenie jakiejś grupy lewicowej polskiej. Do tego trzeba dążyć. To będzie można zrobić tylko z ludzi z kraju. ...nasza rola jest rolą tylko inspiratorów... Nigdy nie potrafimy być działaczami robotniczymi, do których robotnicy mogliby mieć zaufanie". Pisał te słowa dwadzieścia trzy lata przed powstaniem KOR-u.
Tuż po Październiku naciskał na Stefana Korbońskiego, wysokiej rangi działacza konspiracji wojennej, mieszkającego w Nowym Jorku, by spowodował zaproszenie do USA warszawskich robotników z Żerania przez związek zawodowy robotników Forda. A może jeszcze dałoby się zaprosić robotników z Kasprzaka? - marzył.
W 1963 roku pisał do filozofa i socjologa Witolda Jedlickiego, który właśnie wyemigrował z Polski, że przyszłością są robotnicy. Warstwa najbardziej zdesperowana, a przez inteligencję pozostawiona sama sobie, zdradzona.
Wciąż powracał do idei integracji międzyśrodowiskowej. Mieroszewskiemu sugerował w 1963 roku, by podjął w tekstach ten problem. "Dziś trzeba robotnika podniecać do walki o poprawę warunków materialnych, o samorząd w związkach zawodowych, o wyjazdy za granicę... Tu trzeba... bardzo ostro zwrócić uwagę inteligencji na konieczność nawiązania kontaktu i współpracy...".
W odpowiedzi Mieroszewski zapewnia: do sprawy robotników będą w "Kulturze" stale wracać.
W stowarzyszeniu Myśl Mocarstwowa Giedroyc działa od 1928 roku. Do organizacji należą młodzi ludzie pochodzenia ziemiańskiego i inteligenci powiązani z konserwatystami i obozem Piłsudskiego. Przewodzi im Rowmund Piłsudski. Deklarują, że zorganizowali się jako samoobrona młodzieży akademickiej przed anachronicznymi poglądami starszego pokolenia, ukształtowanego w okresie niewoli Polski.
Aby nie poddać się ciśnieniu Niemiec i Rosji i zachować niepodległość, Polska musi być dużym i silnym państwem. W takim sensie używają słów "mocarstwowość" i "imperium".
Wydają pisemka w ośrodkach akademickich, ale nie mogą konkurować z wpływami potężnej Młodzieży Wszechpolskiej. Ta wąska grupa pięciuset osób tworzy ośrodek refleksji politycznej oraz polemiki z endekami i organizacjami lewicowymi.
Jedno z pism, "Dzień Akademicki", Giedroyc obejmuje w 1930 ro-ku. Rozwija je i uniezależnia od Myśli Mocarstwowej, z którą już mu nie po drodze (Rowmund Piłsudski skłania się ku lewicy piłsudczykowskiej). Jesienią 1931 roku dwutygodnik - niezależny organ młodej inteligencji - przyjmuje nazwę "Bunt Młodych".
Bunt wobec myśli i metod pracy politycznej "generacji niewoli"; bunt wobec rzeczywistości polskiej lat trzydziestych.
Dokąd steruje ten dwudziestopięcioletni, małomówny, nienagannie ubrany urzędnik ministerstwa rolnictwa i redaktor pisma, którego prenumerata rozszerza się pomimo inspirowanego przez rząd bojkotu i które coraz częściej cytuje prasa polska? Gdzie jest Giedroyc na mapie politycznej Warszawy?
Historia depcze mu po piętach i niemal natychmiast po repatriacji wsysa go. Podczas wojny z bolszewikami w sierpniu 1920 roku, jako harcerz z grzywką, jest telefonistą w sztabie. Zabójstwo Narutowicza każe mu twardo stanąć na antypodach endecji. Zamach majowy, jakiego dokonał w 1926 roku Józef Piłsudski, budzi jego wielką rozterkę.
Przecież jest piłsudczykiem. Federacyjna idea Marszałka kształtuje jego myślenie o Wschodzie i polityce narodowościowej. Odpowiada mu realizm polityczny Piłsudskiego i jego elastyczność. Odwaga, z jaką przeprowadza swoje koncepcje, nawet za cenę utraty popularności w społeczeństwie. Fascynuje go umiejętność przystrojenia celów zimno skalkulowanych w pióropusz romantyzmu. Szanuje go za pilnowanie niezależności i suwerenności państwa. Piłsudski uświadamia Giedroyciowi, jak wielką rolę w historii Polski pełni legenda.
Lecz Giedroyc jest także legalistą.
Tamtego majowego dnia dokonuje wyboru " z krwawiącym sercem", jak opowiadał Barbarze Toruńczyk. Idzie bronić przed Piłsudskim legalnego rządu, choć Polską przedmajową się rozczarował; widzi w niej chaos polityczny i gospodarczą zapaść. W Belwederze dają mu karabin, stawiają na warcie od strony Łazienek. Bałagan, tchórzostwo, groteska. Stanisław Grabski, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, powtarza w histerii:
- Przecież to jest bez sensu, my nie możemy się tu utrzymać...
Giedroyc patrzy na to widowisko z obrzydzeniem. Po dwóch dniach opuszcza Belweder wyleczony z parlamentaryzmu, jeszcze bardziej piłsudczykowski, przekonany o konieczności rządów autorytarnych.
Dziesięć lat później "Bunt Młodych" powróci do tych wydarzeń: "...jeden człowiek epoki przedwojennej powiedział wszystkim innym rówieśnikom, ludziom przedwojennym: "Musicie odejść. Przeżyliście się. Nie potraficie rządzić Polską. Sięgam po pokolenie następne, po pokolenie wojenne. Ono was zastąpi"". I elita legionowa zastąpiła elitę inteligencką ze zdeklasowanej szlachty.
Czołowy publicysta "Buntu Młodych" Adolf Bocheński będzie powtarzał, że Piłsudski był jedynym człowiekiem, który potrafił sprawnie kierować do niedawna rozbitym społeczeństwem i rozumiał, że Polska musi być silna ze względu na swoje położenie. Porównanie Piłsudskiego z Napoleonem, dokonane piórem Bocheńskiego w 1934 roku, wypadnie na korzyść Marszałka.
Dla Giedroycia Józef Piłsudski, którego obserwował w latach 30., jest postacią dramatycznie rozdartą. Ten sprzed zabójstwa prezydenta Narutowicza, towarzyski i otwarty, wierzy w sukces i długotrwałość państwa polskiego. Ten drugi - zarzuca plany federacyjne, dąży już tylko do opóźnienia katastrofy końca niepodległości, skupia się na polityce zagranicznej i wojsku, gorzknieje i choruje.
Siebie ustawia Giedroyc na marginesach obozu Piłsudskiego, w opozycji - nie wobec Marszałka - lecz piłsudczyków. Wartością nadrzędną jest dla niego państwo. Chce więc silnej władzy. Z ideałami demokracji parlamentarnej się nie utożsamia.
Będzie miał trudności ze zrozumieniem Polski po 1989 roku, gdy kipiąca różnorodność głosów w polityce wyda mu się jednym wielkim chaosem.
Ciemny pasaż ulicy Hipotecznej. Tu mieści się redakcja "Buntu Młodych". Giedroyc przychodzi po pracy w ministerstwie, siedzi do północy. (Cierpi na bezsenność). Jego wizerunek z tamtego okresu utrwalił Stefan Kisielewski w napisanej podczas wojny książce Sprzysiężenie. Redaktor Geysztor to człowiek o wielkich zdolnościach i ambicjach politycznych, wyczuciu koniunktury, elastyczności. Lecz także człowiek o ukrytym pionie, "niezmiennej, trwającej wśród pozornej, zewnętrznej zmienności stałej linii dążeń".
"Kurier Lwowski" z marca 1934 roku dał taką charakterystykę "Buntu Młodych": tygodnik sanacyjny, różni się tym od innych wydawnictw sanacyjnych, że "jego redaktorzy więcej myślą, więcej czytają i mają więcej zdolności pisarskich - podczas gdy reszcie wystarczają gromkość frazesów i zdolność do wymyślań...".
Czym dla "Kultury" będzie Juliusz Mieroszewski, tym dla "Buntu Młodych" jest Adolf Bocheński, ów wątły chłopiec z Ponikwy. A teraz absolwent (ze złotym medalem i pracą dyplomową na temat Ukrainy) paryskiej Szkoły Nauk Politycznych, kuźni elity europejskiej. To jego myśl nadaje ton publicystyce pisma, wyznacza linię dyskusji o ustroju Polski. Jego ostre, krytyczne wobec rządów pomajowych teksty należą do najczęściej konfiskowanych. Sam Bocheński postawę "Buntu Młodych" określa zdaniem: "Między socjalizmem a nacjonalizmem".
Zwolennik rządów silnej ręki w kwestii wojska i polityki zagranicznej (zagadnienia gospodarcze, społeczne, wyznaniowe niech będą oddane opinii publicznej do rozstrzygnięcia). Zwolennik powrotu do tradycji państwa wielonarodowego (mniejszość, która cieszy się swobodami, nie będzie walczyć z państwem). Zwolennik powstania niepodległej Ukrainy nad Dnieprem (zneutralizowałaby Rosję, traktowałaby Polskę jako oparcie wobec Rosji). Zwolennik konsekwentnie prowadzonej polityki proniemieckiej (nie utrzymamy polityki równowagi z obydwoma sąsiadami jednocześnie, należy poprzeć jednego przeciwko drugiemu. Dlaczego poprzeć akurat Niemcy? W ich interesie leży istnienie silnej Polski, która odgrodzi je od kolosa rosyjskiego. Antagonizm niemiecko-rosyjski jest dla nas błogosławiony).
Bocheński polemizuje z wizją silnego państwa Narodowej Demokracji, według której siła ma płynąć z narodowej jednolitości. Jej zakusy asymilacyjne uznaje za szkodliwe dla nowoczesnego państwa europejskiego. Pogląd endecji na mniejszość żydowską określa jako "wykwit niechęci odczuwanej przez ludzi pierwotnych w stosunku do grupy posiadającej pewne odmienne cechy fizyczne". Nie widzi potrzeby wprzęgania katolicyzmu do zagadnień ustrojowych państwa; wizji katolickiego państwa narodu polskiego przeciwstawia model ustrojowy o świeckim charakterze, choć katolicyzm ma być - według niego - podstawą życia publicznego.
Odrzuca koncepcje oparcia się na Rosji, tę sympatię, która "przewija się czerwoną nicią przez dzieje Stronnictwa". Podaje w wątpliwość istnienie "instynktu narodowego", na który endecja tak lubi się powoływać. "Jeśli przyjdą do was prorocy, co przemawiać będą nie w imię argumentów, ale w imię jakiegoś instynktu, nie wierzcie im. Bierzcie kija i pędźcie za drzwi".
Filozof i historyk idei Marcin Król stwierdza, że Bocheński popełniał w swej publicystyce błąd intelektualizmu. "...to endecja, a nie neokonserwatyści z "Buntu Młodych", zyskiwała społeczne poparcie. Bocheński bowiem lekceważył irracjonalny charakter opinii publicznej, pomijał te strony życia publicznego, gdzie decydują uczucia, namiętności i fobie. Było to uchybienie typowe dla wszystkich polskich konserwatystów... Słusznie przecież oburzali się na antysemityzm w ideologii nacjonalistycznej, ale jakby nie zdawali sobie sprawy, że ten antysemityzm sprzyja zyskiwaniu przez endecję poparcia w części sfrustrowanego i ksenofobicznie nastawionego społeczeństwa, że jest zatem nie tylko fragmentem ideologii, ale także narzędziem w grze o polityczne wpływy".
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Wśród książek, które o Jerzym Giedroyciu napisano, opowieść Magdaleny Grochowskiej wyróżnia się nie tylko dlatego, że obejmuje całość życia Redaktora, ale jest też historią "Kultury" i kręgu jej najbliższych współpracowników. Książka powstała w wyniku lektury roczników "Kultury", wspomnień Giedroycia i osób, które z nim współpracowały, oraz jego korespondencji. Autorka nie koncentruje się na omawianiu zawartości pisma, od takich analiz są inne książki. Tworzy opowieść o ludziach i ich dziele, buduje portret psychologiczny, socjologiczny, ideowy, kreśli sylwetki i niezwykłe losy postaci z kręgu "Kultury". Grochowska jest pisarką, eseistką. Korzysta z dorobku historyków, ale może sobie pozwolić na większą swobodę w konstruowaniu obrazu, wydobywaniu tego, co podkreśla ton, klimat, charakter i tło opisywanych zdarzeń. Ta metoda pozwala na żywość narracji, maksymalnie zbliża do opisywanych postaci. Wydaje się, że w czasie lektury widzimy je, czujemy ich obecność, sami je obserwujemy.
Jerzy Giedroyc był niezwykłym człowiekiem. Od czasów przedwojennych przedmiotem rozmów, dociekań, fascynacji i wrogości. To niezwykłe zainteresowanie narastało po wojnie, osiągając kulminację w połowie lat pięćdziesiątych, i trwało właściwie do końca jego życia. Giedroyc przyciągał uwagę, niepokoił, drażnił. Trudno było zachować wobec niego obojętność.
Powód tych uczuć nie był osobisty. Namiętności budziły pisma redagowane przez Giedroycia - przed wojną "Bunt Młodych" i "Polityka", po wojnie "Kultura". Giedroyc wprowadzał niepokój i dysonans w uporządkowane koleiny ideologiczno-środowiskowe, w ramach których trwały pewne schematy myślenia. Przed wojną - choć konserwatysta - był otwarty na problemy społeczne, chłodny wobec Kościoła i zdecydowany w obronie praw Ukraińców. Wprawdzie człowiek sanacji, ale ciągle ją krytykujący, aż zakazano rozprowadzania jego tygodnika w normalnej sieci kolportażu. Wróg Sowietów i rosyjskiego imperializmu, ale zafascynowany rosyjską kulturą. Po wojnie antykomunistyczny emigrant, który unika prostej antykomunistycznej retoryki i szuka różnic wśród komunistów. W polskim Londynie długo traktowany jako postać dwuznaczna, wyrzekająca się powrotu do Lwowa i Wilna, kwestionująca legalizm, szukająca kontaktów z krajowymi komunistami. Przez rządzących Polską komunistów uważany za mistrza "dywersji ideologicznej" i - słusznie - akuszera opozycji demokratycznej, sojusznika rosyjskich dysydentów i nastawionych wrogo wobec Związku Sowieckiego Ukraińców. Człowiek żyjący Polską, służący polskim sprawom całe życie, bez urlopów i bez życia osobistego, a zarazem stanowczy wróg polskiego nacjonalizmu, myślący kategoriami przyszłości całego wschodu Europy. O tym wszystkim opowiada książka Magdaleny Grochowskiej.
Czy Giedroyc był Polakiem? Na to prowokacyjne pytanie Grochowska odpowiada słowami Redaktora: "gdyby ktoś mnie zapytał o ojczyznę, to bym odpowiedział, że jest nią wschodnia Europa". Dopowiedzmy. W rozmowie z Mirosławem Supruniukiem wyznał: "Można powiedzieć, że jestem w pewnym sensie spadkobiercą Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Problemy białoruskie, ukraińskie, litewskie czy rosyjskie są dla mnie sprawami bardzo bliskimi. Nasza rola w świecie zależy od tego, jaką pozycję możemy zająć czy zajmujemy na wschodzie Europy". Podobnie zapewne odpowiedziałby Piłsudski i chyba to ważny powód, dla którego Giedroyc związał się z obozem piłsudczyków. I był aktywny przed wojną w różnych kręgach i inicjatywach związanych z budowaniem pozytywnych relacji polsko-ukraińskich, by wspomnieć pismo "Wschód" czy "Biuletyn polsko-ukraiński". O tych ciekawych i trochę tajemniczych przedsięwzięciach warto byłoby poczytać nieco więcej.
Chęć budowania dialogu i w konsekwencji pomostu na Wschód, by zmierzać do rozbicia imperium rosyjskiego (czy sowieckiego, to bez znaczenia), należała do cech charakterystycznych głównego nurtu piłsudczyków. Z różnych powodów realizowana była jednak niekonsekwentnie, co też stanowiło przedmiot rozważań i krytyki na łamach "Buntu Młodych". Z obozem piłsudczyków łączyła Giedroycia także wizja silnego państwa, mocnej władzy i krytycyzm wobec demokracji. Czy Giedroyc i jego pisma były częścią obozu konserwatywnego? Z odpowiedzią na to pytanie, jak również z określeniem ich miejsca w obozie sanacyjnym ma wielkie kłopoty tak wnikliwy badacz, jak Rafał Habielski, w najważniejszej książce poświęconej próbie rekonstrukcji poglądów Giedroycia w tym okresie (Dokąd nam iść wypada? Jerzy Giedroyc. Od "Buntu Młodych" do "Kultury", Warszawa 2006). Formalne związki z konserwatystami były jednak, zwłaszcza na początku, oczywiste, o czym przekonują dokumenty opublikowane przez biografa Giedroycia Marka Żebrowskiego. Reprodukuje on archiwalny dokument: skład Rady Naczelnej powstałego w 1933 roku Zjednoczenia Zachowawczych Organizacji Politycznych. Wśród członków Rady Naczelnej Zjednoczenia, którego prezesem był senator Janusz Radziwiłł, figuruje Giedroyc, a także Aleksander Bocheński i Ksawery Pruszyński, ważne pióra "Buntu Młodych". Związki ze środowiskiem konserwatystów, rozpoczęte pod koniec lat dwudziestych trwały co najmniej do 1935 roku.
Dlaczego tak ważny dla Giedroycia był Piłsudski? W rozmowie z Barbarą Toruńczyk w 1981 roku mówił, że Marszałek to "polityka zagraniczna, odbudowa roli wojska w Polsce. I reforma konstytucji, którą trzeba było zreformować. Jeżeli chodzi o mnie, to [...] zapłodniła mnie jego koncepcja federacyjna. Realizm. Rola legendy w historii Polski. Elastyczność polityczna, odwaga przeprowadzania pewnych koncepcji, nawet jeżeli były niepopularne w społeczeństwie" (Rozmowy w Maisons-Laffitte, 1981, Warszawa 2006).
Giedroyc i jego środowisko byli antyendeccy, gdyż nie da się pogodzić wąskiej, ściśle etnicznej wizji polskości z szerokim i nieegoistycznym myśleniem o narodach graniczących z Polakami na wschodzie. Grochowska pisze, że wielokrotnie Giedroyc podkreślał: "dla Polski - równie groźna jak sowietyzm - jest mentalność endecka". Habielski cytuje wypowiedziane przed wojną słowa Adolfa Bocheńskiego: "sprzeciwiamy się nacjonalizmowi, gdy dąży on do wielkości swego narodu przez krzywdzenie narodowości innych" oraz "my wielkość Polski łączymy z wielkością Rzeczypospolitej, obóz narodowy z bezwzględnym opanowaniem tej Rzeczypospolitej przez element polski". Na podstawie lektury roczników "Buntu Młodych" i "Polityki" Habielski ocenia, że pole różnic z endekami stanowiła polityka wobec mniejszości i geopolityka, a także kult Piłsudskiego, niemniej stosunek do endeków był skomplikowany. Szukano zwłaszcza możliwości porozumienia z młodym pokoleniem endeków, także z ONR, choć takie próby nie dawały rezultatu. O tych incydentalnych kontaktach Giedroyc wspominał także w Autobiografii na cztery ręce, najważniejszej opowieści o swoim życiu, spisanej przez Krzysztofa Pomiana.
Stosunek do endecji był też ściśle związany z postrzeganiem roli Kościoła i katolicyzmu oraz odniesieniem do tak zwanej kwestii żydowskiej. W swoich pismach Giedroyc deklarował jednoznacznie pozytywny stosunek do Kościoła, uznając nierozłączne związki polskości i katolicyzmu. Ale zarazem w programowym oświadczeniu zespół "Polityki" napisał, że celem pisma jest otrząśnięcie polskiego katolicyzmu z "martwoty i rutyny" oraz "pchnięcie go na bardziej dynamiczne, twórcze tory". Obecnością Żydów w Polsce zajmowano się w miarę narastania antysemityzmu, stwierdzając obcość społeczeństwa żydowskiego. "Ulegaliśmy w jakiejś mierze nastrojom" - cytuje Grochowska słowa Giedroycia. Akceptowano asymilację do kultury polskiej nielicznych, postulując emigrację mas żydowskich do Palestyny. O tym, że nie było to stanowisko błędne, Redaktor przekonywał Barbarę Toruńczyk jeszcze w 1981 roku.
Te uwagi prowadzą do wniosku, że w "Buncie Młodych" i "Polityce" nie mogłyby się pomieścić osoby tak ważne dla późniejszej "Kultury" jak Jerzy Stempowski, Józef Czapski, Gustaw Herling-Grudziński, Zofia i Zygmunt Hertzowie, Czesław Miłosz, a pewnie też Juliusz Mieroszewski, gdyż takiego stanowiska nie mogliby zaakceptować. W latach czterdziestych Giedroyc dokonał znacznego przewartościowania swoich poglądów i otworzył się na nowe środowiska, nowe idee i nowych ludzi. Zarazem pewne fundamenty pozostały trwałe i wyznaczały kierunek: wizja wielkiej tradycji Rzeczypospolitej i opartej na niej aktywnej polityki wschodniej, a także unikanie powiązań ideologicznych na rzecz myślenia kategoriami państwa traktowanego jako byt nadrzędny, podmiot myślenia politycznego.
Próbując odpowiedzieć, co łączyło przedwojenne pisma Giedroycia i "Kulturę", Rafał Habielski podkreślał sprawy formalne: charakter pisma, które jest formą działania politycznego, oddziałuje przez treść kierowaną do elitarnego czytelnika, pisma zdominowanego przez problematykę polityczną, szczególną rolę głównego publicysty, twórcy myśli politycznej, którym przed wojną był Adolf Bocheński, a po wojnie stał się Juliusz Mieroszewski. Pod względem ideowym trwała była niechęć do etnicznego nacjonalizmu, wyraźnie wzmocniona po wojnie, która "stała się jakby znakiem firmowym "Kultury"", i zdecydowany sprzeciw wobec wszelkich przejawów antysemityzmu. Podobna była skłonność do nieulegania iluzjom, podejmowania tematów tabu, pojmowanie polityki jako materii zmiennej, aideologicznie i pragmatycznie. Dyrektywa sprowadzała się do przekonania, "że przy zachowaniu stałości zasad, u których podstaw leżała idea niepodległości Polski i jej niezależności od ZSRR, zmieniać można - w miarę zmian rzeczywistości - program i pomysły". Trwała była zasada szukania porozumienia z Ukraińcami i w imię tego akceptacja utraty Kresów, łączona z nadzieją na nieuchronny rozpad ZSRR.
Lata wojny i służby w armii Andersa były czasem nowych doświadczeń redakcyjnych oraz budowania zalążków powojennego zespołu. Wtedy Giedroyc blisko współpracował z Józefem Czapskim, poznał Zofię Hertz i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Z tym zespołem zaraz po wojnie uruchomi we Włoszech Instytut Literacki i zacznie wydawać książki, a w 1947 roku opublikuje pierwszy numer "Kultury".
Swoje wojenne losy w sarkastycznym tonie Giedroyc opisał zwięźle we wrześniu 1946 roku w pierwszym powojennym liście do Stefana Kisielewskiego, w latach trzydziestych współpracownika "Buntu Młodych", autora wydanej właśnie powieści Sprzysiężenie, w której Redaktor został sportretowany. "Od 39 roku bawię się w Kassandrę (to jest wersja pochlebna dla mnie). W każdym razie niewiele się mnie udawało. Po romantycznym okresie rumuńskim, gdzie zyskałem sobie m.in. dozgonną przyjaźń i zaufanie prof. Kota i gdzie przez 5 miesięcy po wejściu Niemców bawiłem się w polskiego ambasadora, poszedłem w sołdaty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Do 43 roku pociłem się, to chyba było ważniejsze [? - słowo częściowo nieczytelne, AF] zajęcie, potem przez dwa lata bez większego powodzenia wydawałem "Orła Białego" i mąciłem kadź swarów narodowych, aż wdzięczni rodacy z powrotem mnie odesłali do czyszczenia czołgów. Obecnie z piersią usianą medalami zamierzam osiąść we Włoszech i z powrotem robić zamieszanie". Dalej pisał, że stworzył Instytut Literacki "z własną drukarnią i jako instytut polski zamierzam wydawać książki raczej unikając polityki, a zajmując się literaturą, kulturą, problemami społeczno-gospodarczymi, przekładami z obcych języków, popularyzowaniem nauki etc. Dorobek jest niezbyt wielki, jak dotychczas, ale mam nadzieję, że to się jakoś rozkręci. Piszę o tym obszernie do Ola Bocheńskiego". Prosił o nadesłanie szeregu książek wydanych w kraju, pytał o możliwość otrzymywania ciekawszych periodyków, "moje wydawnictwa postaram się wysyłać na redakcję. Może dojdą".
List ten przewiózł Dominik Horodyński, wówczas członek redakcji wydawanego przez grupę Bolesława Piaseckiego tygodnika "Dziś i Jutro". Horodyński widział się z Giedroyciem i długo rozmawiał. List został mu odebrany na lotnisku w Warszawie, po czym przepisany w UB, i jego kopia znajduje się dziś w archiwum IPN, podobnie jak Plan wydawania książek polskich we Włoszech. Zakładając zniszczenie ogromnej części maszyn drukarskich w Polsce, Giedroyc proponował drukowanie we Włoszech polskich książek literackich i naukowych. Był to jeden z pierwszych niezwykłych pomysłów Redaktora.
List do Aleksandra Bocheńskiego, wówczas jednego z liderów grupy "Dziś i Jutro", pisany tego samego dnia, oprócz próśb o książki z przedwojennej biblioteki, roczniki "Buntu Młodych" i wybór tekstów Adolfa Bocheńskiego, który miał zamiar wydać, zawierał także szerszą refleksję: "Sądzę, że nasze role się uzupełniają i że idziemy do wspólnego celu, tylko z przeciwnych stron. Różnimy się może w tym, że ja zaczynam coraz bardziej myśleć w kategoriach europejskich, a nie wąsko polskich czy środkowo-wschodnich, i że mam ambicję stworzenia sloganów nowej rewolucji, rewolucji antykapitalistycznej i antykomunistycznej jednocześnie. W każdym razie zradykalniałem przez te parę lat znacznie więcej niż wy. Licząc się bowiem w perspektywie paru lat z konfliktem sowiecko-amerykańskim obawiam się, że z tego konfliktu Europa wyjdzie zupełnie zdruzgotana, a zwycięstwo bardzo prawdopodobne Amerykanów jest dla mnie słabą pociechą. Wniosek: w zbliżającym się konflikcie musimy wziąć udział dopiero w ostatnim akcie, a nie głupio się wykrwawiać od początku, musimy stworzyć jakąś ideę, która dla Europy odegra rolę nowej rewolucji francuskiej. Mówiąc między nami wszystko to jest niemożliwe i zapewne się skończy naszą kompletną zagładą. Do optymistów nie należę. Ale ponieważ nie jesteśmy fatalistami i walczyć trzeba, więc walczmy w sposób najbardziej racjonalny, dający nam choć cień szansy.
Mamy tak odrębne tereny działania, że nie sposób myśleć o jakimś jednym kierownictwie. Myślę, że najlepiej pozostawmy sobie sprawę w ten sposób, że mamy do siebie zaufanie, że prowadzimy dobrze robotę i nie jesteśmy zdrajcami, bądźmy w możliwie ciągłym kontakcie i pomagajmy sobie wzajemnie" (IPN 0648/74, t. 1). Przewożony przez Horodyńskiego list do Bocheńskiego został również przejęty przez UB na lotnisku Okęcie, a jego odpis trafił do akt, otwierając zapewne czas powojennego "rozpracowywania" Giedroycia przez krajowy wywiad.
Ten list, wysłany do przedwojennego przyjaciela, wówczas związanego z "Dziś i Jutro", który w styczniu 1947 roku wraz z innym członkiem dawnego zespołu "Buntu Młodych" Janem Frankowskim zostanie posłem na Sejm, ma duże znaczenie dla zrozumienia postawy Giedroycia w pierwszych latach powojennych. Przede wszystkim pokazuje, że przedwojenne więzi jeszcze nadal miały znaczenie, a decyzje dawnych kolegów o zaangażowaniu się w legalne życie polityczne w charakterze katolickich realistów nie były przez niego potępiane. Przynajmniej do jesieni 1948 roku, kiedy odbył długie rozmowy z przebywającym w Paryżu Horodyńskim. Akceptacja przez grupę "Dziś i Jutro" przemian stalinowskich przekreśliła tę próbę cichego sojuszu. W lipcu 1951 roku Giedroyc napisze do Bocheńskiego: "Od wieków nie mam od Ciebie wiadomości, chyba że spotkam z rzadka jakiś Twój artykuł w prasie, który mnie niesłychanie irytuje".
Zacytowany list do Bocheńskiego, zawierający pesymistyczną ocenę przyszłości Europy, tłumaczy też zwrócenie się Giedroycia na łamach "Kultury" ku myślom o przyszłości Europy i w ślad za tym poszukiwanie idei jednoczenia kontynentu. Był to ważny wątek publicystyki pisma. Nie mniej istotna była próba zajęcia miejsca pośredniego w zbliżającej się wojnie światów, osłabianie takiej perspektywy. O tych inicjatywach pisze Magdalena Grochowska.
Do roli ośrodka politycznego mającego własną, odrębną linię polityczną "Kultura" dochodziła etapami. Pierwszym wyraźnym posunięciem było dystansowanie się od konfliktów politycznych w Londynie, jak wiadomo, stolicy polskiej emigracji. "Kultura" nie angażowała się w spór o prezydenturę (1947) i późniejsze rozłamy i połączenia, z których w 1949 roku wyrosły dwa główne ośrodki - prezydenta Augusta Zaleskiego i Rady Politycznej. Pismo pozostało na uboczu, nie zajmując stanowiska. Nie podniecało się także perspektywą rychłego wybuchu wojny, która zwłaszcza w latach 1948-1949 wydawała się bliska. Zamiast tego Giedroyc zdecydował się na druk w "Kulturze", a następnie w odrębnej książce-reportażu Aleksandra Janty, który jesienią 1948 roku odbył podróż po Polsce. Jego książka była opisem socjologiczno-psychologicznym społeczeństwa w kraju dokonujących się przemian, także w sferze świadomości. Nie był to obraz optymistyczny, pokazywał liczne słabości społeczeństwa i dużą zdolność marksistów do radykalnej ekspansji. Ale nie był też katastroficzny, dowodził, że Polacy w kraju jakoś się przystosowali i mają swoje istotne cele do zrealizowania mimo istniejących warunków. Reportaż Janty spotkał się z ostrą reakcją w Londynie i spowodował poważne zadrażnienia z otoczeniem potężnego generała Andersa. Odbiegał bowiem od schematu, który pielęgnowano nad Tamizą. Następnym tak ostrym posunięciem antagonizującym Londyn będzie przyjęcie w 1951 roku przez "Kulturę" zbiega z Polski, wcześniej pracującego w dyplomacji warszawskiej Czesława Miłosza. Londyn we wszystkich swoich odcieniach ideowych potępił Miłosza jako kolaboranta komunistów, który dotąd był obojętny na szerzące się w Polsce bezprawie i represje. Giedroyc przyjął Miłosza pod swój dach i zaprosił do współpracy z "Kulturą".
Z punktu widzenia polskiego Londynu sprawa nie była tak oczywista, jak się po latach wydaje. Inaczej niż inni zbiegowie z PRL Miłosz nie działał w opozycji, a po ucieczce z kraju nie zamierzał się przyłączyć do kampanii propagandowych przeciw reżimowi. Podkreślał również dystans i niechęć do tradycyjnych form patriotyzmu, które - według Londynu - miały mobilizować naród do oporu. W tym czasie w Londynie czekano na wojnę, zwierano szeregi, rozmawiano z Amerykanami. Gest Giedroycia był "niesubordynacją", wyłamywaniem się ze wspólnego frontu emigracji. Decyzji Giedroycia wsparcia udzieliła jednak grupa około trzydziestu pisarzy i publicystów w większości związanych z "Kulturą": "Jesteśmy odcięci od Polski od lat dwunastu. W okresie tym wolność, do której dostęp nie jest nikomu zamknięty na emigracji, przestała istnieć w Polsce. W takich warunkach specjalnie trudno jest oceniać motywy postępowania, intencje, granice odpowiedzialności, zasług i win, a także sumy nadziei i złudzeń, które były motorem postępowania ludzi przybywających do nas z kraju. Nie doceniając miary nacisku i zupełnie innej atmosfery działania wpada się łatwo w krzywdzące szablony osądów. [...] Jeżeli nowo przybyły emigrant współpracował aktywnie z reżimem, mamy prawo oczekiwać od niego, że przedstawi swą sprawę publicznie. Nie mamy jednak prawa domagać się od niego upokarzających "pokajań" na wzór procesów sowieckich". Oświadczenie podpisali między innymi Giedroyc, Andrzej Bobkowski, Maria i Józef Czapscy, Juliusz Mieroszewski, ale też Stanisław Vincenz, jeden z przywódców PPS Zygmunt Zaremba i znany dyplomata Tadeusz Romer.
W 1951 roku nikt nie mógł przewidzieć, czy wojna wybuchnie. Także Giedroyc, choć zapewne nie zmienił swego poglądu wyrażonego pięć lat wcześniej w liście do Bocheńskiego. Z pewnością jednak Redaktor sposobił się do bardziej wnikliwego rozeznania przemian nad Wisłą i wypracowania w ten sposób skutecznej taktyki oddziaływania. W liście do Kazimierza Zamorskiego z grudnia 1951 roku pisał o zamiarze przygotowania kompendium wiedzy o systemie władzy w Polsce i zasadach zorganizowania gospodarki, nauki, kultury. "Mianowicie zamierzam wydać specjalny numer "Kultury", poświęcony charakterystyce i analizie organizacji i zasad głównych dziedzin życia w dzisiejszej Polsce, pod ogólnym tytułem Ramy życia w Polsce. Numer ten obejmowałby następujące działy: 1) Instytucje polityczne, 2) Wymiar sprawiedliwości, 3) Kościoły i wyznania, 4) Szkolnictwo i nauka, 5) Życie gospodarcze i zawodowe, 8) Rodzina i młodzież, 9) Partie, 10) Wojsko. Wszystkie te działy byłyby opracowane przez specjalistów na podstawie dokumentów i autentycznych materiałów [...] Będzie to pierwsze tego rodzaju wydawnictwo, które w naszych zamierzeniach ma być czymś w rodzaju encyklopedii o Polsce współczesnej, bez której nie będzie się mógł obejść żaden z działaczy politycznych i zajmujących się zagadnieniami polskimi".
W 1952 roku ukazało się pięć tomów (w sumie ponad 1400 stron) pod nazwą "zeszyty krajowe". W poszczególnych rozdziałach omawiano wymienione powyżej instytucje oraz dziedziny życia, ich ustrój, przywołując odpowiednie akty prawne, interpretacje ideologiczne, wskaźniki liczbowe. Jeden z tomów poświęcony był sowietyzacji nauki i szkolnictwa wyższego oraz sytuacji literatury i zajmujących się nią instytucji. Inny dotyczył gospodarki, sposobów zarządzania i sytuacji poszczególnych gałęzi przemysłu, a także rolnictwa. Było to rzeczywiście kompendium rozległej wiedzy ukazujące zdruzgotanie pod naciskiem stalinowskiego komunizmu dawnych instytucji i reguł oraz zasady działania nowych.
W latach 1951 i 1952 na łamach "Kultury" rozwinął swą aktywność publicystyczną Juliusz Mieroszewski. W kilku artykułach, które staną się wykładnią linii pisma, wskazywał na bezpowrotne zniszczenie starej Europy, dominację w wielkiej polityce Stanów Zjednoczonych z jednej i sowieckiej Rosji z drugiej strony. Dowodził, że sprawa niepodległości Polski musi być związana z Ameryką, bo od niej zależy przyszłość całej wolnej jeszcze Europy. Postulował odejście od anachronicznych mniemań, do których przywiązani są emigranci, na rzecz przejścia do realnego oceniania teraźniejszości. W tym kontekście dowodził, że przyszła Europa może być odbudowana tylko jako federacja. Sfederowana powinna być także nasza część kontynentu, jeśli Polacy nie mają znaleźć się pod dominacją Niemiec lub Rosji. Dążenie do takiej federacji wymaga przezwyciężenia wrogości wobec Niemiec i budowania pozytywnych relacji z innymi narodami tej części Europy. W tym kontekście Giedroyc stawiał też problem Wilna i Lwowa. "Lwów i Wilno to nie tylko problem wewnątrzpolski, to problem także Litwy, Białorusi, Ukrainy. Wpierw Wilno i Lwów wrócić muszą do Europy. W oderwaniu od zagadnienia europejskiego sprawa naszych granic nie istnieje". Były to słowa trudne do przyjęcia dla emigrantów, gdyż dla bardzo wielu z nich te dwa miasta były małymi ojczyznami. Odmowa uznania ich inkorporacji przez Sowiety była osią konfliktu Polski ze Stalinem w okresie 1941-1945. Mieroszewski i Giedroyc także nie uznawali sowieckiego zaboru, byli skłonni natomiast uznać prawa Ukraińców, Litwinów i Białorusinów.
W listopadzie 1952 roku "Kultura" wydrukowała list szerzej nieznanego księdza Józefa Majewskiego, który pisał: "strzeżmy naszych granic na zachodzie, przekonajmy świat, iż mamy pełne prawo do Ziem Odzyskanych. [...] Niech Litwini, którzy gorszy niż my los przeżywają, cieszą się swym Wilnem, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar. My zaś zwróćmy oczy na Wrocław, Gdańsk i Szczecin i budujmy Polskę na własnej glebie. Wtedy na pewno sąsiedzi nasi ze wschodu i północy obdarzą nas zaufaniem. Przy współpracy Ukrainy i Litwy Federacja Europy Środkowo-wschodniej stanie się faktem dokonanym". Nieco później pogląd ten stał się oficjalnym stanowiskiem "Kultury".
Naruszenie tabu, jakim dla ogromnej większości emigrantów była nadzieja na powrót do Wilna i Lwowa, przyczyniło się do pogłębienia dystansu wobec polskiego Londynu. Przesadna jest jednak opinia Grochowskiej, że "dla Londynu wizja wolnej Ukrainy była groźnym widmem" oraz że "Londyn nawet Ukraińcom nie przyznaje prawa do nazywania się narodem". Tak mogli myśleć endecy, i to też nie wszyscy, oraz niektórzy zagorzali kresowiacy. W Londynie znaczną rolę polityczną ogrywali jednak ludzie, którzy przed wojną działali w ruchu prometejskim czy po prostu rozumieli potrzebę kontaktu z Ukraińcami. Tacy "londyńczycy", jak generał Józef Wiatr, Kazimierz Trębicki czy Tadeusz Schaetzel, stworzą klub "Reduta" skoncentrowany na tej tematyce i rozwijający kontakty z ukraińskimi emigrantami. Niemniej rzeczywiście jawne podważanie polskości Lwowa i Wilna w Londynie nie było możliwe. I to "Kultura" publikowała także niewygodne dla Polaków teksty Ukraińców - Jewhena Wreciony i Borysa Łewyckiego. Niebawem już na stałe związał się z "Kulturą" Bohdan Osadczuk.
Na marginesie tej uwagi trzeba zaznaczyć pewien dystans wobec uwag Grochowskiej na temat polskiego Londynu i polskiej emigracji w Anglii. To wielkie skupienie polskich emigrantów (na początku lat pięćdziesiątych około 150 tysięcy Polaków), dobrze zorganizowane w związki kombatanckie, organizacje samopomocowe i społeczne, posiadające cały wachlarz różnorodnej prasy z "Dziennikiem Polskim i Dziennikiem Żołnierza" na czele, prowadzące liczne instytucje, było fenomenem. Przewodziła mu elita II Rzeczypospolitej, zarówno liderzy wszystkich partii politycznych od prawicy do lewicy, jak generałowie i dyplomaci, ale też znani dziennikarze i literaci oraz spore grono naukowców. Znaczenie tego centrum polskiej kultury i myśli na emigracji osłabiały ciągłe tarcia, rozłamy, próby jednoczenia, czyli skupienie uwagi na sobie w mniemaniu, że tu jest faktyczne legalny ośrodek realnej (choćby in spe) polskiej władzy. Nie byli to jednak w większości ludzie nierozumni, jak można wnosić z uwag Grochowskiej. Mieli spore doświadczenie, potrafili prowadzić ciekawe dyskusje, także na łamach polskiej prasy, o czym przekonuje książka Lidii Ciołkoszowej Publicystyka polska na emigracji 1940-1960 (Londyn 1965, Warszawa 2013). Obok Mieroszewskiego i innych autorów "Kultury" w myśli politycznej tego czasu zaznaczyli się między innymi Aleksander Bregman, Adam Ciołkosz i Wojciech Wasiutyński. Mieroszewski w swej publicystyce chłostał londyńską emigrację nie zawsze sprawiedliwie, wydobywając to, co w niej najbardziej zaściankowe. Pisząc po latach, należy jednak zdystansować się od tych emocjonalnych ocen. Niemniej Grochowska ma rację, że w Londynie podważanie polskich praw do Lwowa i Wilna byłoby uznane za ocieranie się o zdradę.
W 1953 roku umarł Stalin i w Związku Sowieckim zaczęła się "odwilż". Nikt nie mógł przewidzieć, jak daleko postąpią zmiany, czy jest to początek końca podziału Europy, czy tylko etap w długiej ewolucji. Na zmiany nikt myślący politycznie nie mógł być obojętny, ale możliwe były różne oceny i przewidywania, a więc także różne wnioski. "Kultura" dzięki wcześniejszemu wysiłkowi pozwalającemu bardziej "przylegać do rzeczywistości" i mieć bogatą wiedzę o sytuacji w kraju w różnych dziedzinach, była przygotowana najlepiej. W liście do jednej z czytelniczek, Lidii Zakrzewskiej, wysłanym 15 lipca 1953 roku Giedroyc pisał: "Decyduje zawsze kraj, to znaczy ci ludzie, którzy w kraju zostali. Dlatego byłem pierwszym pismem na emigracji, które z największą uwagą i życzliwością analizowało tragedię inteligencji krajowej, starałem się zrozumieć ich sytuację i pobudki, i w miarę możności im pomóc. To była nie tylko sprawa Miłosza. Były przedtem artykuły Bobkowskiego, Janty, Florczaka i innych. Nie ma podwójnego kryterium, że dobrzy w kraju są tylko prości ludzie, którzy wybierają wolność, a każdy który odgrywał jakąkolwiek rolę, musi być automatycznie potępiony. To mi zanadto wygląda na obawę przed konkurencją i stworzenie monopolu na "prawdziwych Polaków". Polska to nie jest klub emigracyjny".
W 1953 roku Giedroyc wydał Zniewolony umysł Czesława Miłosza, książkę, w której autor budował na znanych sobie przykładach modele uwikłania pisarza w ideologię komunistyczną. To studium przypadków pokazujące zniewolenie przez ideologię było przez wielu emigrantów odrzucane, także Giedroyc prywatnie miał wątpliwości. Ale książka była skierowana właśnie do uwikłanych, zaczadzonych. Mogła służyć otrzeźwieniu, wydobywaniu się ze zniewolenia. Z pewnością była najgłośniejszą z książek dotąd wydanych, odbiła się niezwykle szerokim echem w okresie destalinizacji.
Giedroyc zabiegał przez cały czas o obecność w kraju na tyle, na ile było to możliwe. Wysyłał "Kulturę" do Biblioteki Narodowej, do Związku Literatów Polskich, do innych bibliotek i redakcji licząc na to, że nawet skonfiskowane egzemplarze będą jakoś krążyły. Korespondował przez cały ten czas z nielicznymi ludźmi z kraju, zwykle gdy wyjeżdżali z Polski, a takich było bardzo niewielu. Czasem były to zaskakujące dla nas dziś kontakty, na przykład trwająca od 1947 roku wymiana listów z Wojciechem Żukrowskim. W czerwcu 1954 roku Żukrowski pisał do Giedroycia: ""Kultura", zresztą bez komplementów - świetnie redagowana, dochodzi do nas i ma swoje uwarunkowane okolicznościami krążenie. Pod pozorem walki z reakcją pisarze, dziennikarze czytają i komentują ją chętnie. Zasięg to nie tylko egzemplarze przekazywane z rąk do rąk, ale i powtarzanie sądów, dyskusja z nimi, mimowolne nawet przez wrogów przywracanie Was do życia w kraju. A to ważne, bo my jesteśmy ostatnim pokoleniem, które z Wami czuje jakąś wspólną bazę kulturalną. Po nas już rosną barbarzyńcy". Jerzy Stempowski prowadził stałą korespondencję z Marią Dąbrowską. (Korespondencja ta została wydana drukiem w 2010 roku). Dąbrowska, krytyczna wobec komunizmu, była jednak honorowana przez władze, a nieraz im ulegała. Łącznikiem z niektórymi pisarzami, na przykład Jarosławem Iwaszkiewiczem i Janem Kottem, był mieszkający w Brukseli Marian Pankowski. Istniały więc pewne kontakty, choć krajowi pisarze stali wyraźnie na gruncie lojalności wobec PRL. "W wojnę nie wierzymy i naprawdę jej nie chcemy. Za wielką cenę płacimy, żeby odbudować kraj - pisał Żukrowski. - Praca i uczucia włożone w twórczość wiążą naród z rządem i z partią, zachodzą procesy nieodwracalne".
"Kultura", która zaczynała od nakładu tysiąca egzemplarzy, w 1955 roku była wydawana w nakładzie czterech i pół tysiąca, z czego kilkaset egzemplarzy, różnymi drogami Redaktor kierował do kraju. Pismo rozpowszechniane w znacznej części w drodze prenumeraty docierało do wszystkich większych skupisk polskiej emigracji na wszystkich kontynentach, także oczywiście do polskich księgarń, które działały w Londynie i Paryżu. Prócz miesięcznika Giedroyc wydawał książki, od 1953 roku oznaczane jako "Biblioteka Kultury", w tym także tłumaczenia, między innymi George'a Orwella (1984), Jamesa Burnhama, Raymonda Arona, po 1956 roku doszły kolejne klasyczne dzieła dotyczące historii komunizmu i ZSRR, między innymi Borysa Łewyckiego, Aleksandra Weissberga-Cybulskiego, Milovana Dźilasa. Prócz wielkiej pracy wydawniczej Giedroyc organizował wysyłanie paczek dla intelektualistów, "których reżim skazał na śmierć pół-głodową". Na liście byli profesorowie Roman Ingarden, Władysław Tatarkiewicz, Adam Krzyżanowski, socjalista Tadeusz Szturm de Sztrem, redaktorzy zamkniętego przez władze "Tygodnika Powszechnego" - Jerzy Turowicz, Stanisław Stomma, Stefan Kisielewski. Nie zawsze byli to ludzie znani, wspierał między innymi wdowę po Witkacym i przedwojennego ministra rolnictwa Seweryna Ludkiewicza.
W końcu 1953 roku sowieckie władze bezpieczeństwa rozpoczęły akcję powrotu emigrantów do kraju. W marcu 1955 roku także kierownictwo PZPR postanowiło powołać komitet "dla organizacji powrotu emigrantów do kraju". 26 lipca ogłoszona została deklaracja podpisana przez czterdzieści osiem osób, w tym znanych ludzi kultury, z apelem do emigrantów o powrót do ojczyzny. Apel kończył się słowami: "dla każdego patrioty jest miejsce przy budowie wspólnego domu - Polski". W tym samym czasie władze uruchomiły radiostację "Kraj" i rozpoczęły rozsyłanie do Polaków na Zachodzie biuletynu tej rozgłośni. W listopadzie "Kultura" odpowie na apel o powrót zaproszeniem do siebie "na przyjacielską rozmowę z emigrantami". W komentarzu Mieroszewski pisał, że jeśli liczyć na powolną ewolucję kraju w kierunku demokratyzacji i zwiększenia samodzielności narodowej, to "kapitulacja elity intelektualnej możliwości rozwojowe po tej linii utrudnia, jeśli nie całkowicie przekreśla". Był to ważny artykuł, otwierający okres nowej strategii "Kultury" - nadziei na demokratyzację, czego elementem nieodzownym było przyjęcie przez intelektualistów postawy orędownika przemian.
Do wizyty czterdziestu ośmiu w "Kulturze" oczywiście nie doszło, ale Giedroyc zdołał doprowadzić do pewnego fermentu. Spotkał się też z przybyłą do Berna Marią Dąbrowską. Rozmawiał również z wracającym z Nowego Jorku posłem PAX Konstantym Łubieńskim (przed wojną współpracownikiem "Buntu Młodych"), który opowiedział obszernie o sprawach krajowych, w tym sytuacji Kościoła. W liście do Mieroszewskiego Giedroyc bardzo cierpko ocenił tego przedwojennego znajomego, w latach pięćdziesiątych posła PAX. Do PAX-u i polityki Piaseckiego miał stosunek zdecydowanie negatywny.
Opublikowana korespondencja Giedroycia z Mieroszewskim wskazuje, że aż do czerwca 1956 roku tematem głównym były sprawy emigracyjne. Przyspieszenie spowodowało dotarcie do Paryża tajnego referatu Chruszczowa o zbrodniach stalinowskich, który Giedroyc wydał. Kolejnym bodźcem było wystąpienie robotników Poznania, które uznał za przejaw budzenia się świadomości klasy robotniczej. Dojrzewał w tym czasie do podjęcia zasadniczych decyzji dotyczących linii politycznej pisma. Pisał wówczas do Mieroszewskiego: "cała moja teoria i stawka jest na wzmagający się ruch rewolucyjny robotniczy, który najbardziej będzie parł (odpowiednio kierowany) do zmian rewolucyjnych w Polsce i całym bloku. [...] W Kraju zaczynają na nas patrzeć: gomułkowcy, młodzi komuniści typu "Po Prostu", młodzi katolicy nie bojący się spraw socjalnych (ośrodek dawnego "Tygodnika Powszechnego" oraz KUL). By to utrzymać, należy bardzo zręcznie łączyć elementy walki i elementy rewolucyjne z realizmem politycznym, z pewnego rodzaju wielopolszczyzną (myślę tu o powolnym, ewolucyjnym przekształcaniu zależności od Związku Sowieckiego, a nie o powstaniu 63). To jest b. trudne, ale to jest droga jedyna".
"Wielopolszczyzną" było poparcie Gomułki jako przywódcy, któremu dano kredyt, z nadzieją, że "jego celem jest pełne uniezależnienie Polski od Rosji". Zarazem zauważano, że rozpoczęta w Październiku 1956 zmiana to liberalizacja oznaczająca "poszerzenie swobód w ramach systemu jednopartyjnego". Dla "Kultury" był to etap, punkt wyjścia do dalszych zmian, które powinny obejmować poszerzanie liberalizacji, wolności kultury i dyskusji, odbudowy elit społecznych, rozwinięcia kontaktów Polski z Zachodem, nie tylko na szczeblu rządowym, ale też wymiany kulturalnej i naukowej. Celem dalekosiężnym była neutralizacja całego obszaru Europy Środkowo-Wschodniej połączona z uznaniem przez mocarstwa Zachodu granicy na Odrze i Nysie. Był to program ambitny, choć uwzględniający stopniowość przemian, a stopniowość była konsekwencją ograniczoności destalinizacji w ZSRR i braku woli Zachodu do podjęcia próby radykalnej zmiany statusu Europy Środkowej, co poświadczała bierność wobec inwazji sowieckiej na Węgry.
Przez następne lata tę myśl polityczną, nazwaną "ewolucjonizmem", Giedroyc rozwijał konsekwentnie, a formułował ją przede wszystkim główny publicysta pisma Juliusz Mieroszewski. Kredyt udzielony Gomułce został cofnięty w 1957 roku, gdy stało się jasne, że zmierza on do spacyfikowania tych sił Października, które zdecydowanie domagały się dalszych zmian w kierunku demokratyzacji i budowały wokół tych dążeń społeczne poparcie. Takie właśnie środowiska Giedroyc popierał, zachęcał do aktywności, starał się podtrzymać z nimi kontakty. Były to grupa "Po prostu", a w jeszcze większym stopniu krąg Klubu Krzywego Koła (z Janem Józefem Lipskim prowadził ożywioną korespondencję aż do pierwszych represji za kontakty z "Kulturą", które w 1958 roku dotknęły Hannę Rewską), pomagał w załatwianiu stypendiów na Zachodzie dla młodych intelektualistów z kraju, pod kątem zainteresowania tych środowisk profilował w znacznym stopniu własny program wydawniczy. "Kultura" wykazała ogromne zainteresowanie rewizjonizmem, czyli próbami rewizji marksizmu w kierunku rozmontowywania jego totalitarnych interpretacji i otworzenia na wpływy intelektualne zachodniej myśli liberalnej czy socjaldemokratycznej. Te - jak oceniał - żywe siły polskiej inteligencji mogły być motorem dalszych przemian w kierunku liberalizacji i demokratyzacji.
Ten kierunek zaangażowania określił oblicze "Kultury" na wiele następnych lat. Swego rodzaju cezurą było opublikowanie w 1962 roku artykułu Witolda Jedlickiego Chamy i Żydy, który właśnie wyemigrował z Polski. Była to analiza wydarzeń 1956 roku i lat następnych pokazana jako gra na szczycie władzy, w czasie której społeczeństwo było przedmiotem manipulacji. Tekst wzbudził ogromne zainteresowanie, szczególnie w kraju, jako wytłumaczenie sensu odwrotu od Października i opis grup partyjnych ("puławian" i "natolińczyków"). Był przepisywany i czytany także w latach następnych, odegrał też pewną rolę dla pobudzenia fermentu w środowiskach intelektualnych, choć wiele jego ważnych twierdzeń nie wytrzymuje konfrontacji z poznanymi po upadku PRL źródłami. Tekst wszedł jako rozdział do wydanej przez Giedroycia książki Klub Krzywego Koła, wartościowej do dziś monografii, przyczyniającej się do ogromnego spopularyzowania tej inicjatywy warszawskiej inteligencji i związanych z nią ludzi.
Giedroyc angażował się w poparcie listu trzydziestu czterech intelektualistów na rzecz liberalizacji cenzury (1964), z entuzjazmem przyjął List otwarty Kuronia i Modzelewskiego (1965), spotkał się z podróżującym krótko po Zachodzie Adamem Michnikiem (1964), długo dyskutował z Barbarą Toruńczyk (1965-1966), a także gościł w Maisons-Laffitte dziesiątki literatów, dziennikarzy, artystów, od których starał się poznać sposób patrzenia na świat, wydarzenia w kraju, oceny i hierarchie wartości, by pismo przylegało do świadomości krajowego czytelnika, a zarazem ją kształtowało w pożądanym kierunku. Ten pożądany kierunek to wzmacnianie odwagi, krytycyzmu, pobudzanie do aktywności, sekundowanie aktom oporu, rozgłaszanie wiadomości o nich i budzenie solidarności. Także dostarczanie przez pismo materiałów "do refleksji i zadumy", a więc stymulowanie głębszej refleksji politycznej i ideowej, przypominanie o często zagubionych za żelazną kurtyną ideach i wartościach, ale też podejmowanie krytycznego namysłu nad polską tradycją polityczną. Także najnowszą, czemu służyły wydawane od 1962 roku "Zeszyty Historyczne".
Konsekwentnie więc "Kultura" poparła bunt studentów w Marcu 1968, publikując nie tylko odpowiednie artykuły, ale także dwa zbiory dokumentów ruchu marcowego. Przyczyniła się też walnie do utrwalenia wiedzy o buncie robotników w Grudniu 1970, wydając dostarczone z kraju materiały z dokumentacją. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Giedroyc otworzy łamy "Kultury" dla krajowych autorów, by dyskutowali nad perspektywami ruchu opozycyjnego w kraju. W 1976 roku z całą mocą poprze Komitet Obrony Robotników i jego akcję zmierzającą do budowy niezależnych ośrodków działania obywatelskiego. Wesprze też tworzący się w kraju niecenzurowany obieg wydawniczy, poprzez który do liczniejszych niż kiedykolwiek przedtem czytelników dotrze wiele ważnych książek z zakresu literatury czy historii.
Dyskutując o sprawach krajowych i światowych Giedroyc zwykle weryfikował swoje poglądy w dyskusji z partnerami, do których należeli Juliusz Mieroszewski, Jerzy Stempowski, Andrzej Bobkowski, także Miłosz i Jan Nowak. Ta korespondencja została opublikowana. W innych okresach ważnymi partnerami dyskusji byli Zbigniew Brzeziński, Leszek Kołakowski, Aleksander Hertz, Witold Jedlicki i inni. Partnerzy takiej pisanej rozmowy o polityce zmieniali się zależnie od etapu i charakteru wydarzeń przyciągających uwagę Redaktora. Dopiero pełna edycja korespondencji uzmysłowi skalę zainteresowań, zamierzeń, realnych wpływów i pomysłów, które pozostały niezrealizowane.
Oskarżano nieraz Giedroycia i "Kulturę" o niechęć, a nawet wrogość wobec Kościoła. Nie był to zarzut słuszny, choć nie można go całkowicie odrzucić. Giedroyc doceniał znaczenie Kościoła katolickiego dla budowania polskiej świadomości narodowej i jako ważnego czynnika kultury. Zarazem uważał, że skażeniem polskiego katolicyzmu jest uleganie mentalności endeckiej, zaściankowej, nacjonalistycznej, wrogiej "obcym", płytkiej teologicznie, która nie może być podstawą żadnej wyższej kultury intelektualnej czy politycznej. Podobny pogląd dominował wśród najważniejszych współpracowników "Kultury", ale też jej najważniejszych czytelników i autorów pisma. Giedroyc miał nadzieję na stopniową przemianę polskiej religijności, bliska mu była pod tym względem linia "Tygodnika Powszechnego". Wśród ważnych w pewnym okresie korespondentów Giedroycia był ksiądz Bohdan Bejze, późniejszy biskup. Od środowisk katolickich Giedroyc oczekiwał większej aktywności politycznej i odważniejszego stawiania spraw wobec władz PRL. Początkowe żywe kontakty z posłami Znaku (Stanisław Stomma, Stefan Kisielewski, Jerzy Zawieyski) osłabły, gdy nie zdołał ich przekonać do większej ofensywności. Możliwości posłów szacował stanowczo zbyt optymistycznie. Jako nadmiernie ostrożną oceniał politykę kardynała Wyszyńskiego, choć doceniał znaczenie listu biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku (list ten wydał drukiem). Negatywnie natomiast odebrał bierność episkopatu wobec kampanii antysemickiej w 1968 roku, jak i w ogóle brak starań o usuwanie ze świadomości kleru i społeczeństwa trucizny antysemityzmu. Zdecydowanie negatywnie oceni powściągliwość hierarchów w okresie stanu wojennego, a przez wpływowe kręgi kościelne "Kultura" zostanie w tym czasie uznana za pismo wręcz antykatolickie. Sytuacja pogorszy się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych gdyż "Kultura" będzie ostro krytykować ekspansywne dążenia Kościoła w nowej sytuacji i rozrastanie się w jego łonie tendencji nacjonalistycznych i ksenofobicznych, których wyrazem było Radio Maryja. Poza kwestią taktyki politycznej, wielka gama problemów, pytań i wątpliwości dotyczących Kościoła i jego stosunku do obyczajowości, polityki i narodu - stawianych kilkadziesiąt lat temu - nadal jest aktualna. Stosunkowi Giedroycia i "Kultury" do Kościoła poświęciła Grochowska sporo miejsca, tworząc mądry, przenikliwy szkic.
Swoją aktywnością "Kultura" ściągnęła na siebie wrogość władz PRL, które uznały ją za najważniejszy obok Radia Wolna Europa ośrodek "dywersji ideologicznej". Walka z "Kulturą" - propagandowa i prowadzona przez bezpiekę - wymagałaby kolejnego studium. Obejmowała nie tylko zakaz przesyłania i wwożenia pisma i książek do kraju, konfiskowanie ich podczas rewizji, utrudnianie do nich dostępu w bibliotekach, zakaz cytowania, ale też próby represjonowania za wszelkie kontakty z "Kulturą". Wytoczono więc procesy i skazano nie tylko Rewską, ale też Annę Rudzińską (1961) i Jerzego Kornackiego, próbowano wytoczyć proces Stanisławowi Mackiewiczowi i Januaremu Grzędzińskiemu, a ostatecznie posadzono na ławie oskarżonych grupę młodych ludzi za organizowanie przemytu książek "Kultury" do kraju (1970). W 1977 roku bezpieka konstruowała akt oskarżenia wobec przywódców KOR, zarzucając im kontakty z ośrodkami "dywersji", czyli właśnie "Kulturą" i Wolną Europą, a także wydawanym przez braci Smolarów "Aneksem". Nienawiść do "Kultury" władz PRL nie wygasła do końca istnienia reżimu.
Giedroyc nie tylko starał się stymulować przemiany nad Wisłą, ale też wspierał antytotalitarne tendencje w Związku Sowieckim, drukując powieści niezależnych pisarzy - w 1959 roku nieco wcześniej wydanego przez rosyjską emigrację Doktora Żiwago Borysa Pasternaka, zaraz potem przemycone z ZSRR dzieła Andrieja Siniawskiego i Julija Daniela. Ogromnym przedsięwzięciem było tłumaczenie wielkich, także objętościowo, dzieł Aleksandra Sołżenicyna, Kręgu pierwszego (1970), a zwłaszcza Archipelagu Gułag (1974), których przełożenie było wielką zasługą Jerzego Pomianowskiego (pod pseudonimem Michał Kaniowski). Warto pamiętać, że dzieła Sołżenicyna zdruzgotały na Zachodzie mit postępowości ZSRR, w Polsce też były odkryciem, ponieważ ukazywały rozmiary zbrodni nie tylko wobec Polaków, ale też zwykłych sowieckich obywateli. Dzięki Instytutowi Literackiemu docierały do polskiego czytelnika broszury Andrieja Sacharowa, a także ciekawa analiza Andrieja Amalrika Czy Związek Sowiecki przetrwa do 1984 r.? (1970).
Giedroyc stymulował odrodzenie kultury ukraińskiej, z nadzieją na ożywienie ruchu narodowego publikując w 1959 roku po ukraińsku antologię Rozstrzelane odrodzenie z wierszami poetów wymordowanych przez reżim stalinowski. "Kultura" najpilniej ze wszystkich pism polskich relacjonowała kolejne etapy rodzenia się i rozwoju, także kryzysu, ruchu na rzecz praw człowieka w ZSRR. Starała się budować mosty między dysydentami a opozycją w Polsce, także bezpośrednio wspierać rosyjskich demokratów na Zachodzie (Giedroyc wejdzie w 1974 roku do redakcji tworzonego w Paryżu pisma rosyjskiego "Kontinient", będzie też zachęcał Rosjan do uznania praw narodowych Ukraińców). Wymienienie tych wszystkich poczynań wymagałoby odrębnej książki, Magdalena Grochowska o wielu z nich wspomina, choć ich bogactwo było zbyt wielkie, by mogła je oddać wyczerpująco. Wątek zabiegów Giedroycia zmierzających do stymulowania rozwoju ruchów demokratycznych w ZSRR uzupełnia ciekawa książka Małgorzaty Ptasińskiej-Wójcik Z dziejów Biblioteki Kultury 1946-1966 (Warszawa 2006), poświęcona wszystkim wydawnictwom książkowym. Rzec można, że każda niemal książka to osobna historia, nieraz dramatyczna. Tom zawierający korespondencję Giedroycia z ukraińskimi emigrantami opublikowała w 2004 roku Bogumiła Berdychowska.
Rola "Kultury" zaczęła się zmniejszać od 1976 roku. Niepowetowaną stratą była śmierć Juliusza Mieroszewskiego, który w ścisłym porozumieniu z Redaktorem systematycznie wykładał linię pisma. Pojawienie się opozycji demokratycznej i jej pism niecenzurowanych siłą rzeczy przenosiło centrum formowania myśli opozycyjnej do kraju. "Kultura" była dla tych środowisk niezwykle ważnym punktem odniesienia, czerpano z jej tradycji i przemyśleń (na przykład w sprawie stosunku do Ukrainy, Litwy, Białorusi), ale na bieżąco oczekiwano od niej wsparcia, pomocy, a nie recept politycznych. Wprawdzie Giedroyc wydał cały szereg ważnych dzieł ideotwórczych polskiej opozycji - Kuronia, Michnika (w tym Kościół, lewica, dialog), Zdzisława Najdera, Jakuba Karpińskiego, wybór publicystyki "Głosu", raport Konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość" - ale były to wszystko teksty powstałe w kraju, wyrażały myśli i dążenia krajowej opozycji. Rola "Kultury" ograniczała się do ich upowszechnienia. Ta sytuacja stale się pogłębiała, po powstaniu "Solidarności" pozycja "Kultury" jako ośrodka myśli ideowej i pomysłów politycznych jeszcze bardziej osłabła. Elity opozycyjne same musiały szukać pożądanej strategii działania, a także programów konkretnych reform, nie mogła ich dostarczyć "Kultura". Co więcej, na emigracji pojawiły się zaprzyjaźnione wprawdzie, ale całkowicie samodzielne inicjatywy wydawnicze ogromnie ważne dla kraju - "Aneks", redagowany przez Aleksandra Smolara, oraz w 1982 roku "Zeszyty Literackie" Barbary Toruńczyk. Zwłaszcza "Zeszyty" podmyły "Kulturę", wchodząc na zaniedbany w ostatnich latach obszar literatury i sztuki oraz zabierając wielu potencjalnych autorów, w tym Miłosza.
Redaktor w latach osiemdziesiątych nie wierzył w szybką zmianę sytuacji politycznej w Polsce, wspierał jak zawsze krajową opozycję, czyli podziemie wydawnicze, kulturalne, kierującą podziemną "Solidarnością" Tymczasową Komisję Koordynacyjną ale przewidywał długie lata mroku. Dawna polityka ewolucjonizmu została zastąpiona podkreślaniem pryncypiów, przypominaniem słów Piłsudskiego, że Polacy chcieliby odzyskać niepodległość za dwa grosze i dwie krople krwi. Giedroyc odrzucał sens ugody, w istocie pragnął wybuchu, rewolucji, godził się na ofiary. To nastawienie różniło liderów krajowej opozycji od Giedroycia, zwłaszcza gdy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych pojawiły się nadzieje na skuteczne realizowanie polityki ewolucjonizmu. Giedroyc nie wierzył w autentyzm reform Gorbaczowa, realność "pierestrojki" i w tym duchu wydarzenia w ZSRR komentował zajmujący się tą problematyką Michał Heller (jako Adam Kruczek). Gwałtowne przyspieszenie wydarzeń w 1989 roku zaskoczyło Redaktora, czemu dał wyraz pełną nieufności reakcją na Okrągły Stół. Przykro powiedzieć, ale czarna, nieprawdziwa legenda Okrągłego Stołu rozpoczyna się od tekstu opublikowanego w "Kulturze".
Dalsze lata "Kultury" były konsekwencją tych nieporozumień. Giedroyc popierał wprawdzie rząd Mazowieckiego i kolejne rządy III Rzeczypospolitej, ale zachował daleko idący krytycyzm, widział liczne niedostatki, braki, przykłady niskiej kultury politycznej, niewykorzystane szanse i możliwości, duże i małe, i eksponował je. W miesięczniku dawał miejsce autorom krytycznie oceniającym dokonywane przemiany, nieraz komentującym je zgryźliwie. W Warszawie budziło to irytację, połączoną jednak zawsze z pamięcią o ogromnych zasługach. Za życiowy sukces mógł wprawdzie uznać niepodległość nie tylko Polski, ale też Litwy, Ukrainy, w części Białorusi oraz pozytywną politykę Warszawy wobec tych krajów, ale zarazem widział i podkreślał niewykorzystane możliwości, próbował nakłaniać, zachęcać do wielu różnych działań i inicjatyw, co przynosiło częściowe, zbyt małe skutki.
Pozostał też pełen niepokoju wobec podziałów w obozie "Solidarności" i wyłaniania się z niej prawicy podatnej na nacjonalizm i klerykalizm, w czym widział groźbę powrotu do mentalności endeckiej, która będzie odpychać Polskę od Zachodu, wpędzać w izolację, i może sprowadzić ponowne konflikty ze wschodnimi sąsiadami. Ostro i z równym niepokojem obserwował ewolucję w polskim Kościele, która może prowadzić do podobnych, katastrofalnych skutków. W rozmowie z Mirosławem Supruniukiem w 1993 roku powiedział: "To jest paradoks polski, że mentalność endecka, jakaś taka prymitywnie nacjonalistyczna, jest niesłychanie powszechna w Polsce, z tym, że oni nigdy nie dochodzą do władzy i zawsze zwycięża lewica, która jest w mniejszości". Zapewne myślał w tym momencie o lewicy ponadczasowo, wracając pamięcią do II Rzeczypospolitej, ale zwycięstwo SLD w wyborach 1993 roku przyjął bez obaw, a po 1995 kilkakrotnie przyjmował w Maisons-Laffitte Aleksandra Kwaśniewskiego. Był też przeciwny postulowanym przez prawicę wizjom dekomunizacji, przestrzegał przed lustracją, która może zatruć życie publiczne. Doczekał się wreszcie ostrych ataków i podważania jego autorytetu. Nastąpiło też rozstanie z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim.
Ostatnia dekada jego życia była pełna niepokoju o szanse wykorzystania i utrwalenia niepodległości Polski.
Przez dziesiątki lat do końca - umarł 14 września 2000 roku - każdego dnia zasiadał przy swoim biurku, by czytać maszynopisy, pisać dziesiątki listów z zamówieniem tekstu, jego krytyką i odmową druku lub propozycjami poprawek, albo z akceptacją i informacją, do którego numeru jest planowany. W listach prowadził rozmowy na najróżniejsze tematy, wyrażał opinie, zbijał argumenty oponenta. Zwracał się do ludzi o poparcie jakiejś sprawy, o załatwienie czegoś albo, by zwrócić uwagę. Te listy były najważniejszą formą kontaktu z ludźmi, telefon był tylko uzupełnieniem. W swoim gabinecie przyjmował przybywających do Maisons-Laffitte, ale nie było ich wielu, nie była to typowa redakcja, przez jakie codziennie przechodzą dziesiątki osób. Zasadniczo był sam, obok miał Zofię Hertz, swoją prawą rękę, zarazem doradczynię, korektorkę, pilnującą też setek innych spraw wydawniczych. W ten sposób zredagował 637 numerów "Kultury" i przygotował do druku prawie 450 książek, w tym 133 "Zeszyty Historyczne". Tytan pracy, samotnik całkowicie skoncentrowany na wydawnictwie, które miało zmieniać Polskę.
Nie miał poczucia sukcesu. W liście do mnie w lipcu 1993 roku napisał: "Od dawna jestem przekonany, że cała moja działalność jest rzucaniem grochem o ścianę". Nie sposób się z tą opinią zgodzić. Rację miał Bohdan Osadczuk, który po śmierci Giedroycia oceniał: "Nie trzeba grzeszyć zbyt wybujałą fantazją, aby wyobrazić sobie, co działoby się w naszym regionie, jakie konflikty, awantury narodowościowe i graniczne hulałyby po głowach społeczeństw Europy Środkowo-Wschodniej, gdyby nie zwyciężyła koncepcja przyjaźni i współpracy, wypracowana w kręgu paryskiej "Kultury" pod egidą Jerzego Giedroycia". To on "zdobył się na rewolucyjną koncepcję radykalnego zerwania z koślawą przeszłością - bez przelewu krwi, a drogą ewolucyjnej perswazji, nieustannego dłubania skały obojętności i niewiary.
Całe dzieje ludzkości nie znają podobnego fenomenu, aby grupa ludzi na emigracji, oddalona od kraju ojczystego o tysiące kilometrów i nie rozporządzająca ani potęgą militarną, ani wielką fortuną, zdołała nie tylko opracować projekt uśmierzenia dawnych przeciwieństw i przygotowania okresu współpracy ponad granicami [...] ale z koncepcją tą dotrzeć do nowych klas politycznych i zdobyć ich oparcie dla jego realizacji w nowym układzie sił w Europie".
Polityka jest zmienna, trwałe są wartości - przekonywał Giedroyc, a słowa te przypomina Grochowska. Jakie zatem były te wartości trwałe i leżące u podstaw wizji polskości i polityki? Spróbujmy odpowiedzieć na podstawie książki Magdaleny Grochowskiej, ale też opublikowanych zbiorów korespondencji Redaktora oraz tomów wyboru publicystyki "Kultury" wydanych w 1999 roku przez Grażynę Pomian oraz w 2007 przez Basila Kerskiego i Andrzeja Kowalczyka.
Przede wszystkim pragnął Polski jako silnego państwa dobrze umocowanego w Europie, co oznacza pozytywne stosunki z sąsiadami, odrzucenie nacjonalizmu, gotowość do dialogu, wymiany kulturalnej, gospodarczej. Wśród sąsiadów wschodnich, od stosunków z którymi zależy pozycja i przyszłość Polski, wyróżniał Ukraińców. Trwałe bezpieczeństwo Polski jest zależne od przyjaznych stosunków z Ukrainą, której państwowe istnienie złamie imperialną tradycję Rosji. Z Rosją nieimperialną trzeba rozmawiać, wspierać demokratów i pamiętać o znaczeniu rosyjskiej kultury. Polska o tyle będzie znaczyć na Zachodzie, na ile potrafi ułożyć pozytywne relacje ze wschodnimi sąsiadami. Myślenie o Polsce w kategoriach jej relacji zewnętrznych było najważniejsze, podporządkowane mu było myślenie o sprawach wewnętrznych.
Giedroyc był zatem przeciwnikiem nacjonalizmu jako prowadzącego do izolacji i osamotnienia Polski, a także zubożenia polskiej kultury. Pozostawał w zasadniczym sporze z wizją polskości podkreślającą naszą doskonałość, moralną wyższość, patriotyczną obrzędowość, kult mitów narodowych, w tym mitu ofiary, co uważał za wyraz zdziecinnienia, niedojrzałości, na których musi być fundowana fałszywa polityka i drugorzędna kultura. Odrzucał antysemickie przesądy, wręcz je ignorował, o czym świadczy między innymi cytowana przez Grochowską wymiana korespondencji z Teodorem Parnickim. Obawiał się skażenia polskiej polityki przez nawrót do antysemickich uprzedzeń i już w 1956 roku rozpisał i drukował w "Kulturze" ważną ankietę na temat groźby nawrotu polskiego antysemityzmu. W 1961 roku wydał niezwykle ważną analizę Aleksandra Hertza Żydzi w kulturze polskiej (ta książka nadal powinna być obowiązkową lekturą polskiego inteligenta). W 1958 wyraził obawę - co wspomina Grochowska - że może nastąpić "sojusz najgorszej reakcji i kołtuństwa z partią". Sojusz taki stworzyli "partyzanci" Moczara, a w 1968 roku bluznął "gnój pospolity, łajno ojczyste", jak pisał w - drukowanym przez Giedroycia - Czarnym polonezie Kazimierz Wierzyński. Z tych samych przyczyn miał uraz do tradycji endeckiej i żywił obawę przed jej nawrotem. Do Kościoła i prymasa Wyszyńskiego miał pretensję, że nigdy nie podjął próby oddziaływania na społeczeństwo w kierunku walki z uprzedzeniami antyżydowskimi.
Za podmiot polityki uważał państwo, a nie naród, klasę czy grupę ideologiczną. Oznaczało to także, że rządzący państwem ponoszą szczególną odpowiedzialność za jego przyszłość, ale też dawanie odpowiednich wzorów społeczeństwu. Państwo i jego elity pełnią ważną rolę wychowawczą przez dbałość o praworządność, uczciwość, tolerancję, zasady polityki zagranicznej, utrzymywanie na odpowiednim poziomie debaty publicznej. Państwo powinno budzić szacunek, ale i respekt, a to zależy właśnie od klimatu życia politycznego. Musi też mieć czytelne i akceptowane symbole, stąd tak wielka jest rola prezydenta, którego należy - na ile to tylko możliwe - wyłączyć z bieżącej walki politycznej. Ten idealizm zderzał się po 1989 roku z dość odmienną rzeczywistością, co było źródłem irytacji Redaktora.
Był wielkim mecenasem kultury, w której widział dopełnienie świadomości narodowej i obywatelskiej, także narzędzie realizowanej długofalowo polityki. Kulturę uważał za narzędzie oddziaływania, budowania elit, kształtowania postaw. Przy czym znów interesowała go Polska, oddziaływanie na Polskę, nie kultura jako cel sam w sobie. Takie założenie prowadziło go do sporów, zwłaszcza z Czesławem Miłoszem i Konstantym A. Jeleńskim. W ocenie społeczeństwa polskiego zarówno przed, jak po 1989 roku był krytyczny, czasem zbyt krytyczny, widząc konformizm, oportunizm, bezmyślność, bezrefleksyjność, klerykalizm, niski poziom kultury, kłótliwość, często brak godności. Starał się oddziaływać zwłaszcza na elity i stawiał przed nimi wielkie zadanie edukacji społeczeństwa. W duchu Brzozowskiego i Żeromskiego.
Książka Magdaleny Grochowskiej to skala tematów obejmujących siedemdziesiąt lat aktywności Jerzego Giedroycia. Panorama niezwykłych ludzi, z którymi działał, ich złożonych relacji, ale też portrety tych postaci, próba uchwycenia dylematów ideowych, politycznych, różnic psychologicznych. Autorkę cechuje wnikliwość, rozumienie postaw ludzi "Kultury", a przede wszystkim Jerzego Giedroycia w całym bogactwie jego osobowości, sposobu bycia, stosunku do spraw i osób, z którymi współpracował. Grochowska umiejętnie unika idealizacji, pokazuje Giedroycia, bez pomijania spraw trudnych, kontrowersyjnych rysów jego charakteru. Niezwykła książka o niezwykłym człowieku otoczonym wielkimi indywidualnościami.
W kończącym książkę słowie Magdalena Grochowska pisze: ""Kultura" Jerzego Giedroycia to budowla wielopiętrowa. Wchodzisz, Czytelniku - i wędrujesz w czasie i przestrzeni: od międzywojnia w wiek XXI, poprzez literaturę i koncepcje polityczne, pomiędzy wschodnią Europą a Zachodem. Nie zdołasz zwiedzić wszystkich korytarzy". Autorka prowadzi nas po tej wielopiętrowej budowli w sposób, w jaki nikomu dotąd się nie udało. Wprowadza w tak wiele wątków, pozwala poznać tak wiele osób, uczestniczyć w tylu dyskusjach i dylematach, że poznajemy nie tylko "Kulturę" i jej krąg, ale także wielką historię najważniejszej części polskiej inteligencji na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Andrzej Friszke