Jerry'ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu - Rick Bragg

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl,

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

Wstęp

JOLSON ZNAD RZEKI

Black River i Missisipi 1945

Parowce z parkietem tanecznym - z pasażerami posilającymi się, pijącymi bądź tańczącymi do muzyki orkiestry dętej w pełnym składzie i pianin przymocowanych do desek - płynęły, tnąc fale, z Nowego Orleanu w górę rzeki lub w dół, z Memphis i Vicks­burga. Kapitanowie starali się nie zawijać do portu w parafii[1] Concordia w nadziei na dotarcie do jakiegoś lepszego miejsca. Pasażerowie pochodzili z kręgów raczej zamożnych - oficerowie powracający z frontu w Europie i na Pacyfiku, turyści zatrzymujący się w Peabody, Roosevelt czy Monteleone, stukający się kieliszkami z plantatorami i baronami naftowymi, którzy opanowali sztukę bogacenia się w miejscach normalnym śmiertelnikom przynoszących jedynie nędzę. Zmęczeni ograniczeniami czasu wojennego, racjonowaniem żywności i widokiem ogródków warzywnych zakładanych w miejskich parkach, znużeni nieustannym zaciemnieniem i alarmami przed nękającymi ujście rzeki, niczym rekiny, u-bootami, chcieli się trochę zabawić, poszastać forsą, ożywić rzekę i całą tę senną ostatnimi laty krainę. Pijani, z pieśnią na ustach, mijali piaszczyste łachy pod Natchez, gdzie niegdyś dżentelmeni załatwiali swoje sprawy honorowe za pomocą pistoletów gładkolufowych i dobrego bordo, a dalej  ­iry i progi rzeczne, gdzie swego czasu na podróżnych czaili się bezwzględni piraci.

Wieśniacy, paradujący w znoszonych kombinezonach roboczych i strojach, które szyli sobie z wyblakłego płótna po workach na mąkę, patrzyli na statki płynące po Missisipi i Black River tym samym wzrokiem, jakim wgapiali się w witryny sklepów. Wojna niby coś tam zmieniła w ich życiu, lecz nie do końca - młodzi poszli umierać za lepsze czasy, ale ci, którzy przeżyli, nie mieli wielkiej nadziei na ich szybkie nadejście. Do tego nie mogła wystarczyć nawet wojna światowa. Przeżyli już erę odbudowy po wojnie secesyjnej, wielki kryzys oraz uderzenia dziesiątków huraganów, którym nadawano imiona, jak i niezliczoną ilość całkowicie bezimiennych powodzi. Rodziły się i umierały kolejne pokolenia, które poznały wielki świat tyle, co przypatrując się z nabrzeża ubranym odświętnie pasażerom parowców, mających za chwilę zniknąć w zakolu rzeki lub za kępą porastających brzeg drzew. Nieco dłużej jedynie słychać było niekiedy muzykę, jak gdyby śpiewała sama rzeka - raz w stylu dixieland, kiedy indziej ragtime'u, to znów, gdy patrzący powoli kierowali się z powrotem do swego codziennego życia, równie bezbarwnego jak nadrzeczny muł, dolatywał ich uszu ledwie już słyszalny kawałek z Jolsona:

Down among the sheltering palms

Oh, honey, wait for me[2].

Był jeszcze chłopcem. Pewnego dnia - miał wtedy dziewięć lub dziesięć lat - stojąc na wale przeciwpowodziowym nad Black River, obok matki i ojca, patrzył na przepływający obok statek pełen rozbawionego towarzystwa. Dobrze ubrani pasażerowie podnieśli w górę kieliszki, dostrzegłszy stojącą na brzegu trójkę, niby pijąc za ich zdrowie.

- Taaa, wychylili za nas swoje miętowe drinki... - opowiada, uśmiechając się lekko, na dowód, że nie ma już dziś do tych ludzi żalu. Ale mieli go zapewne wówczas jego rodzice. Ojciec wydawał się typem nie do zdarcia: chudy, niezwykle wysoki (miał 193 centymetry wzrostu), a na dodatek wyposażony w wielkie jak patelnie dłonie, których uściskiem potrafił usadzić każdego, kto mu się stawiał. Z kwadratową szczęką, niczym Dick Tracy z komiksów. I kiedy pijani pasażerowie wznieśli w górę kieliszki z miętowym likierem czy burbonem, Elmo Kidd Lewis tylko przycisnął chłopaka mocarnymi dłońmi do siebie. "Nie martw się, synu", powiedział do mnie tata. "Kiedyś ty też tam się znajdziesz. Zobaczysz".

Nie wie, czy ojcu chodziło o to, że znajdzie się wśród bogaczy i wpływowych osób, czy też, że na statkach rozbrzmiewać będzie jego muzyka.

- Może o jedno i drugie.

Elmo przeczuwał przyszłą wielkość syna, tak jak ktoś brodzący przez rzekę przeczuwa, że wyjdzie z niej mokry. Widział już, podobnie jak jego żona, Mamie, co działo się, gdy pięcioletniego chłopca posadzono przy pianinie, na którym nikt wcześniej nie uczył go grać. Dla chłopca było to coś... Sam nie wie, jak to się stało. Dotknąwszy palcami klawiszy, poczuł, jak gdyby przez jego dłonie przeszedł prąd, który szarpnął nim, choć nie było w tym szarpnięciu nic przerażającego, raczej coś uspokajającego. Takich rzeczy dokonać może tylko Bóg, powiedziała wówczas mama chłopaka, a tata kupił mu wkrótce pianino, sprawiając, że cud mógł się ziścić.

Coś, co się pamięta na długo.

Leży teraz, odpoczywając w chłodnym cieniu sypialni; ciemność działa jak kompres na otwarte rany wspomnień. Z natury jest dumnym człowiekiem, ale w tym momencie nie ma w nim cienia wyniosłości.

- Mama i tata wierzyli we mnie - mówi.

Starał im się spłacić zaciągnięty dług, dając w prezencie domy, ziemię i cadillaki.

- Mama mawiała, że forsa i zdechłą szkapę przymusi do kłusu.

Ale tego długu nie da się nigdy spłacić - tamten instrument ruszył przecież z posad muzyczny świat. Nadal ma swoje pierwsze pianino, choć drewno popękało i wypaczyło się, a w klawiszach pojawiły się głębokie rowki. Stoi w ciemnym holu, w domu, w którym złote płyty i inne nagrody stoją oparte o ścianę albo leżą w stertach niczym stare gazety. Czasami zatrzymuje się przy nim i uderza w któryś z klawiszy, dźwięk, jaki wydobywa się ze starego instrumentu, dla niego brzmi inaczej niż dla innych.

Parowiec, z którego wznoszono przedrzeźniające Lewisów toasty, poszedł na złom.

Starych piosenek, które na nim grano, nikt już dziś pewnie nie pamięta.

A stojący na brzegu dziesięcioletni wówczas chłopak ma się wciąż całkiem dobrze - toasty za jego zdrowie wznosili od tamtego czasu nawet królowie.

W letnie miesiące 2011 i 2012 roku opowiadał mi w mrocznej sypialni o rzeczach ważnych i mniej ważnych, które poruszał, kiedy miał na to ochotę, i na tyle, na ile chciał. Zapamiętał je w taki sposób, w jaki mu to odpowiadało. Zdarzało mu się opowiadać dwukrotnie ten sam fakt, za drugim razem inaczej. Z dnia na dzień jedno stawało się dla mnie oczywiste: to było zasadniczo zwyczajne życie, tyle że całkowicie pozbawione nudy. Co ciekawe, scenę, gdy jako dziewięcio- czy dziesięciolatek stał z rodzicami na nadrzecznym wale, zapamiętał lepiej niż wszystko, co nastąpiło później, niemal do chwili obecnej. Jak gdyby wciąż tam stał, zapatrzony w rzekę. I w siebie.

Nim stał się sławny, nim po raz pierwszy kopnął w ławkę pianisty, tak że potoczyła się po scenie, nim blond grzywa po raz pierwszy opadła na tę piękną mimo grymasu twarz i nim pierwsza zauroczona fanka posłała mu spod sceny spojrzenie, które mogło znaczyć tylko jedno - grywał, z pianinem ustawionym na platformie zdezelowanej półciężarówki marki Ford swego ojca, piosenki Sticka McGhee'ego na koncertach reklamujących coca-colę. I nim po raz pierwszy zachorował z miłości, grywał już i śpiewał pieśni Hanka Williamsa.

Zanim jego gwiazda rozbłysła w Memphis, zanim zagrał w auli Stowarzyszenia Weteranów Wojennych czy którejś z wielkich sal, nim zabrał rodziców do miejsc, o których ci nawet nie śnili, nim kaznodzieje i Kongres odsądzili go od czci i wiary za deprawowanie młodzieży, nim Elvis popłakał się, słuchając jego gry - młodziutki Lewis słuchał piosenek Grand Ole Opry[3], kręcąc gałką radia swej matki, która cały tydzień oszczędzała baterie, by syn mógł przeżyć w sobotni wieczór odlot, wsłuchując się w głos Roya Acuffa.

Nim znalazł się na odwyku, nim zrobił wielką forsę i wszystko stracił, by potem wielokrotnie wspinać się na szczyt sławy i z niego spadać, nim po raz dziesięciotysięczny udowodnił wszystkim, że jego zamiłowanie do autodestrukcji nie zdoła stłumić jego głosu ani sparaliżować palców jego gromowładnej lewej dłoni, nim John Lennon klęknął przed nim i ucałował go w stopę - dał swój pierwszy koncert solo w kościele przy Texas Avenue, a także wlazł pod stół w Wielkim Domu Haneya, skąd patrzył, jak publiczność wyszczerza zęby w uśmiechu, słuchając gutbucket bluesa.

Nim stała się którakolwiek z tych rzeczy, nim w żyłę wbił sobie pierwszą strzykawkę czy zażył pierwszą z miliona pigułek, nim po raz pierwszy śmierć minęła go o włos - przeszedł, niczym linoskoczek, śmiejąc się od ucha do ucha, mimo że obserwującym go z dołu krew zastygła w żyłach, po rusztowaniu mostu łączącego urwisty brzeg pod Natchez z brzegiem po stronie Luizjany. Kilkadziesiąt lat później przejechał tym mostem jako pasażer, patrząc w dół, na błotnistą toń Missisipi, raz po raz przecinaną przez barki długości boiska do futbolu, które jednak z tej wysokości wydawały się stateczkami-zabawkami w dziecięcej wanience.

- Chyba mi wtedy odbiło - przyznaje Jerry Lee Lewis.

Ale jeśli tak, to był to dopiero początek.

Pogoda w tych stronach zmieniła się od czasów, gdy był chłopcem. Popołudniowe burze, które niegdyś regularnie nawiedzały okolicę, teraz pojawiają się jedynie sporadycznie na spokojnym niebie koloru kwiatów bawełny. Przez to powietrze cały czas jest wilgotne i parujące, a pozbawiona deszczu ziemia całymi tygodniami pozostaje wyschnięta jak pergamin. Starzy ludzie mówią, że to znak nadchodzącego końca świata. Ale końca świata spodziewano się tu już wielokrotnie.

- Myślę czasem, jak to będzie umrzeć. No, dadzą mi pewnie zastrzyk znieczulający i prochy - mówi cicho, patrząc niemym wzrokiem na postać Idy Lupino z Beware, My Lovely, przemykającą po ekranie telewizora z wyciszonym dźwiękiem. - I pewnie tak się jakoś płynie na tamten świat. Jak on wygląda, nie mam pojęcia. Chciałbym, żeby to było niebo. Jesteś w stanie sobie wyobrazić mnie w niebie? Boże, co za zespół byśmy tam urządzili!

Wsuwa sobie między wargi orzech makadamii, otwiera paczkę Oreo, bierze długi łyk purpurowej wody sodowej.

- Ale by to był zespół! - dodaje. - Gralibyśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę, nigdy się nie męcząc. Bez końca.

Wierzył zawsze, że śmierć nie jest dla człowieka końcem. I to było jego torturą. Lepsza część człowieka spaceruje w chwale boskiej albo wypala się; trzeciego wyjścia nie ma, przynajmniej nie w Zborze Bożym[4]. W swym życiu wielokrotnie proklamował się to wyznawcą grzechu, to znów skruszonym pokutnikiem, czasami jednym i drugim w obrębie tej samej piosenki. Teraz jednak dokonał ostatecznego wyboru: jak uprzedzili mnie członkowie rodziny, nim jeszcze zdołałem stanąć przed jego obliczem, nie toleruje przekleństw. Chce przeżyć resztę życia, nie obrażając Boga. Daje ofiarę na kościół. Błogosławi pokarmy przed posiłkiem, a wieczorem modli się, prosząc Boga, by przyjął jego duszę, gdy nadejdzie czas. Wie, że Duch Święty jest tak realny jak słup ognia. Wierzy, jak zresztą zawsze wierzył, w Boga z kościoła przy Texas Avenue. Wie, że grzeszył w życiu nieustannie, i to ciężko. Ale jego Bóg jest Bogiem cudów i odkupienia. Inna rzecz, że do odkupienia tej duszy potrzebny będzie chyba cud.

- Myślałem o tym wielokrotnie. I wciąż myślę i myślę. Nie chcę oczywiście iść do piekła i gdybym miał przeżyć życie raz jeszcze, w wielu przypadkach postąpiłbym inaczej - mówi nie tyle, by zyskać uznanie ludzi, ile łaskę w oczach Stwórcy. - Taaa... Pewnie nie zrobiłbym wielu rzeczy, które zrobiłem. Jezus mówi: Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski. Ale, Panie mój, jestem tylko człowiekiem. A ludzie są zapominalscy. Nie pamiętałem, że mam być doskonały, ale nie chcę przez to iść do piekła.

- Piekło jak najbardziej istnieje - twierdzi. - Biblia wyraża się w tej kwestii jasno. Płonie tam ogień wieczny, a robak nieustannie wżera się w ciało. Słychać tylko płacz, zawodzenie i zgrzytanie zębów. Jezioro ognia.

Ale jest rzecz jeszcze gorsza. Zapomnienie.

- Chcę ich spotkać na nowo, wszystkich ludzi, którzy byli ze mną, a których straciłem. Zastanawiam się nad tym często. Bóg mówi, że poznamy tyle, na ile sami damy się poznać. Więc jeśli ich tam nie zobaczę, to tak, jakbym nigdy się z nimi nie widział. To straszne. I to mnie przeraża.

Przeraża go myśl, że kiedy zostanie złożony do ziemi, dla jego bliskich, nawet dzieci, przestanie istnieć. Jak gdyby nigdy go nie było.

- Ciężko z tym żyć, nie? - pyta.

- Ale odpowiedź jest, dla mnie przynajmniej, w księdze życia - mówi, a ogień, który pojawia się w tym momencie w jego oczach, potwierdza, że to nie retoryka, lecz śmiertelnie poważna sprawa. - Czy ktoś, kto gra rock and rolla, może pójść do nieba? Dobre pytanie. Tego nie wiemy. Ja przynajmniej tego nie wiem i nie dowiem się, dopóki nie odejdę z tego świata. Mam nadzieję, że tak jest, ale przecież to, że ja mam taką nadzieję, nie ma tu znaczenia. Będę próbował się modlić tak żarliwie, jak tylko potrafię.

Problem ten omal nie rozdarł go na pół, kiedy był jeszcze młodym człowiekiem. Elvis zmagał się z tym samym problemem bardziej chyba niż ktokolwiek - ta kwestia nim po prostu owładnęła. Jerry Lee chciał z nim o tym pogadać, ale przerażony Elvis uciekł od tego tematu z twarzą bladą jak płótno. A potem Elvis opuścił ten świat i Jerry Lee aż do starości musiał się mierzyć z tym problemem sam na sam.

W swych przekonaniach, w swej wierze doszedł w końcu do wniosku, że po prostu nie można za wszystko, co działo się w jego, i nie tylko jego, życiu, winić muzyki. Tymczasem ludzie obwiniają ją o wszystko.

- To nie jest muzyka diabła! - mówi zmęczony i wściekły, jak wtedy, kiedy złości się na pochlebców i wazeliniarzy.

Ma prawie osiemdziesiąt lat. Wie, co sobie nawarzył.

- Taki już jest rock and roll...

Diabeł nie jest trubadurem o słodkim głosie. Ten cały teatr życia: łatwo dostępne dziewczyny, niezliczone ilości alkoholu, dzikie party w prywatnym odrzutowcu, zabawy z nożem czy pistoletem, no i torby pełne prochów - wszystko to przyciąga diabła niczym miód niedźwiedzia, ale diabeł sam nigdy nie zaśpiewał nawet jednej melodii ani nie zagrał jednego bodaj akordu, choćby najbardziej dołującego bluesa, piosenki o chlaniu i zdradach czy jakiejkolwiek muzyki sprawiającej, że barmanki kołysały zmysłowo biodrami, chłopcy z farmy tańczyli w skarpetkach, a pewna pani notariusz zerwała sobie z głowy gorące jeszcze lokówki.

- Mój talent - mówi - pochodzi od Boga.

Tak go zapewniała Mamie, choć sama nie była pewna, dokąd to wszystko zaprowadzi.

- Moja muzyka zdejmuje z ludzi chandrę - zapewnia.

Robił w życiu podłe rzeczy, Bóg jeden wie ile razy.

Ale sama muzyka była od nich w wolna.

Mama's cookin' chicken fried in bacon grease

- Jedyny pianista na świecie...

Come along boys, just down the road a piece[5].

...który pozdzierał sobie przy grze zelówki.

U kresu życia, w środku nocy zapytuje się czasem:

- Czy pociągnąłem ludzi we właściwą stronę?

Ale nie pociągnął ich przecież nigdzie, dokąd nie chcieliby iść. Nawet w najgorszych latach, kiedy grywał w knajpach, w których siekierę można było wieszać, i nie potrafił, wchodząc niekiedy na scenę, trafić nogą w schodek, dawał coś, czego od niego oczekiwano.

Ludzie opowiadają o nim różne rzeczy.

- Traktują mnie jak psa... - mówi.

Ale niewielu odważyłoby się stwierdzić, że nie wkładał w to, co robi, całego serca. Mówią o nim, zgrzytając zębami i kręcąc z dezaprobatą głową, ale tak naprawdę sami czują się winni - jak ludzie, których samochód namierzono przed motelem o wątpliwej reputacji. Wiedzą, że mówią o czymś, w czym współuczestniczyli, czego nie tylko byli świadkami, ale w czego centrum sami się znaleźli - jak przy uderzeniu meteorytu czy zbiorowym ataku paniki. Zazwyczaj wszystko to zaczynało się bez fanfar; ­wychodził na scenę, gdy jego muzycy grali jedną z piosenek, i mówił:

- Dajta mi forsę i pokażcie pianino...

Tak przynajmniej to wygląda w dzisiejszych jego opowieściach. A kończyło się jak wybuch petardy włożonej komuś do skrzynki pocztowej przed domem. Wielkie bum!, takie, że pięćdziesiąt lat później staruszek ostrzyżony do gołej skóry w punkcie pomocy społecznej, z metalową flagą USA w klapie, na wspomnienie koncertu robi się cały czerwony i mówi tylko:

- Jerry Lee Lewis? Widziałem go w Jackson. Stary, ale odlot.

Joe Fowlkes, prawnik z Tennessee, opowiada, jak w połowie lat osiemdziesiątych słuchał Lewisa grającego cztery godziny na klawiszach bez przerwy; normalny człowiek by w tym czasie co najmniej dwa razy umarł.

- Poszliśmy na jego koncert w centrum handlowym 100 Oaks w Nashville - wspomina. - Nazywało się to sala balowa, ale bardziej pasowałaby nazwa piwiarnia.

Jerry Lee pojawił się blady, w stanie nieco "nieświeżym". Zaczął powoli.

- Rozkręcał się stopniowo, jak samolot kołujący przed startem.

Ale grał, grał i grał, a kiedy skończył, była trzecia nad ranem.

- Grając, odzyskał nieco swojego naturalnego koloru, a o wpół do trzeciej wyglądał już normalnie. Przez ten czas zagrał chyba wszystkie piosenki, jakie w życiu słyszałem, w tym Jingle Bells i tę o zajączku wielkanocnym. A był przecież lipiec...

- To był najlepszy koncert, na jakim byłem w całym swoim życiu. Byłem na Elvisie, na Jamesie Brownie. Ale on był najlepszy.

- Była rockabilly, był Elvis. Ale nie było czystego rock and rolla przed Jerrym Lee Lewisem - mówi o sobie.

Część historyków muzyki rockandrollowej zapewne się z tym nie zgodzi, ale naprawdę nie było nikogo takiego jak on. Nawet ci, którzy twierdzą, że byli pierwsi, że stali się założycielami gatunku, przyznawali, że swoją muzykę zasłyszeli od jakiegoś anonimowego grajka, którego duch rozpłynął się gdzieś nad deltą Missisipi bądź za drutami więziennej farmy. On natomiast, jak twierdzą ci, którzy z nim grali, był w stanie sam z siebie wyczarować tysiąc różnych piosenek i każdą z nich zagrać na siedem sposobów. Sprawiał, że dziewczyny wybijały rytm na parkiecie trampkami na wysokim obcasie, a ludziom zdawało się, że są w siódmym niebie. W jego towarzystwie można było wylądować na klęczkach pod odrapanym krzyżem na jakimś bezdrożu albo zobaczyć nagle nad sobą błyski kogutów pogotowia. Ale zostawmy go na razie na właściwym mu miejscu żywej legendy rock and rolla, która za życia zaznała już sławy, jaką zazwyczaj zdobywają ludzie dopiero po śmierci. Sam Phillips z Sun Records, który odkrył dla świata między innymi Elvisa i Johnny'ego Casha, nazwał Lewisa "najbardziej utalentowanym człowiekiem, z jakim kiedykolwiek pracował, wliczając w to czarnych i białych... jednym z najbardziej utalentowanych ludzi, jakich stworzył Bóg".

- Byłem doskonały - mówi Lewis. - Swego czasu. Kiedyś. Byłem więcej niż doskonały w tamtych czasach.

Na kimkolwiek innym tak butne zapewnienie wisiałoby pewnie jak zbyt wyzywający krojem czy kolorem garnitur. W przypadku Jerry'ego Lee Lewisa brzmi ono wręcz skromnie. Roland Janes, mistrz gitary, który dla Sun Records nagrał sporą liczbę krążków, stwierdził kiedyś, że nawet sam Jerry Lee nie wie, jaki jest dobry.

Ale on wie. Na określenie tych, którzy odcisnęli swe piętno na rock and rollu, używa słowa stylista; jest to w jego ustach największy komplement. Stylista jest wykonawcą - niekoniecznie pieśniarzem, ale tak czy inaczej twórcą - który zabiera się do jakiejś starej rzeczy i czyni z niej nową.

- Ja jestem stylistą - wyjaśnia. - Chwytam piosenkę, którą usłyszałem w radiu, i czynię z niej swoją własną.

Pamięta, kiedy po raz pierwszy poczuł w sobie tę moc.

- Miałem piętnaście lat. Wtedy grałem na pianinie cały dzień, a w nocy leżałem w łóżku, zastanawiając się, co będę śpiewał nazajutrz. Myślałem o płytach, których słuchałem, i o tym, że mogę je pobić na głowę. Grałem wtedy na wrotkowisku w Natchez, na takim starym pianinie, nie był to cud techniki... No i śpiewałem tam wszystko jak leci, Jimmiego Rodgersa, Hanka Williamsa, ­boogie-woogie, ale przerabiałem to wszystko na coś innego. Na co? Na rock and rolla.

Nieoczekiwane "przywalenie" pomiędzy wersami płaczliwej, rzewnej liryki było dla wszystkich zaskoczeniem.

- Zachwycone dziewczyny otoczyły mnie, ale chłopaki patrzyli złowrogo, gotowi do bójki, no ale bardzo szybko wszyscy się na to nowe brzmienie nakręcili. Ciągle widzę przed sobą ich twarze i wypisaną na nich miłość. Czystą, prawdziwą miłość. Ja kochałem tę muzykę i oni ją pokochali. Coś takiego nie zdarza się zbyt często. I tu nie chodziło o jakąś konkretną piosenkę, którą uwielbiali, ale o sposób, w jaki ją grałem.

Z początku - patrząc na urzeczone twarze i rytmicznie podnoszące się i opadające piersi - był zaskoczony mocami, jakie wyzwalał. Ale wkrótce przestał się dziwić.

- Jeśli wiesz, że potrafisz czynić cuda - tłumaczy - to nie dasz się nigdy niczym zaskoczyć.

Nie można powiedzieć, że kiedykolwiek był mięczakiem, nawet dzisiaj, gdy ma tyle lat na karku. Ciało nosi na sobie ślady ciężkich przejść, eksperymentowania z licznymi substancjami, zostało na dodatek dotknięte artretyzmem, nie mówiąc już o nieszczęściach, których Bóg nie szczędził mu jak Hiobowi. Ale teraz, żyjąc wreszcie po bożemu, odżył, choć wydaje się to przeczyć prawom natury. Jest nadal przystojnym mężczyzną, nawet jeśli blond włosy zdążyły mu posiwieć. Nadal nagrywa płyty i daje koncerty w Stanach Zjednoczonych i Europie, choć przyznaje, że czasem marzy tylko o tym, by dożyć do końca koncertu. Dziewczyny nadal próbują wbiegać na scenę i odprowadzać go do hotelu. Odmawia im, gdyż występy wyczerpują go całkowicie - pieski los podstarzałego rockmana!

- Gdybym był świeżo po pięćdziesiątce - mówi - musieliby chować dziewczyny przede mną.

Mieszka w pobliżu dostojnie płynącej rzeki, na południe od Memphis, na płaskiej zielonej nizinie północnego Missisipi, na ranczu z basenem w kształcie pianina. Na bramie z kutego żelaza też widnieje wizerunek pianina. Tutaj człowiek będący żywą legendą rock and rolla przesiaduje całymi dniami, nie czując skruchy wobec jakiejkolwiek żyjącej istoty, i nawet kiedy opowiada mi swoją historię, mam wrażenie, że niewiele go obchodzi, co sobie o nim pomyślę.

- Nie jestem świętoszkiem - mówi z charakterystycznym akcentem mieszkańców nadrzecznych regionów Luizjany - i nie chcę być pozerem. Nigdy nie próbowałem udawać kogoś, kim nie jestem, i nie wstydziłem się tego, co robię. Żyłem pełnią życia, bawiłem się na całego i nie próbowałem nigdy zgrywać niewinnego misia.

Podejmowały go uroczyście władze stanów i wyklinały kobiety rozwieszające pranie na sznurkach. Wypierał się ojcostwa dzieci, porzucał żony i dziewczyny - nawet w erze badań DNA nikt nie zdołał mu się w tej kwestii postawić. Niespecjalnie dba o to, jak jego czyny bądź życie będą postrzegać inni.

- Robiłem to, co chciałem - mówi.

Żył chwilą, nie zastanawiając się, jak ich suma wygląda w oczach ludzi.

- Inni mogli tylko pragnąć robić to, co ja robiłem naprawdę.

Nie dba o odkupienie win tu, na ziemi. Ma poważniejsze kłopoty na karku.

Grał przez siedem dekad, od pubów po nobliwe sale koncertowe, od stadionów futbolowych po nocny klub Hernando's Hideaway na południe od Memphis. Grał dla tysięcy, setek, czasami dla o wiele mniejszej publiczności, niekiedy dla garstki pijaczków czy pieczeniarzy. Wierzył, że skoro ma w sobie talent, to nie może go trzymać w domu pod poduszką. Był szorstki i dziki w latach pięćdziesiątych, niemal zapomniany w połowie sześćdziesiątych, stał się numerem jeden na liście knajpianych przebojów z początku lat siedemdziesiątych, a parę lat później, jak i w latach osiemdziesiątych, rozbijał się rolls-royce'ami i prywatnym odrzutowcem; ale zawsze grał. Wywoływał skandal za skandalem - magazyn "Rolling Stone" niemal oskarżył go o morderstwo - i grał, nawet kiedy z trudem był w stanie utrzymać się na nogach. Dwadzieścia lat spędził, włócząc się po pustkowiach, nafaszerowany prochami, poszukiwany przez skarbówkę i adwokatów do spraw rozwodowych - stawiał czoła wszystkiemu, może poza deszczem żab. Przeżył więcej bójek, przedawkowań i zgonów alkoholowych, a także wypadków drogowych, kobiet i wystrzałów z broni - przypadkowych i celowych - niż byłby w stanie zwykły człowiek. Ale przeżył i, co najważniejsze, cały czas grał.

Stanąłem przed nim za pierwszym razem z niemałymi obawami i jednym silnym przekonaniem: nie dać mu się zabić. Ludzie uprzedzili mnie, że jest zmienny, niektórzy twierdzili wręcz, że szalony. Strzelił w swojego basistę, mówili, dlaczego miałby nie zastrzelić autora książki? Ale człowiek, którego poznałem, był przez większość czasu, który spędzaliśmy razem, całkiem uprzejmy; pytał nawet, jak się miewa moja matka.

- Uderzyłem tego gościa w twarz statywem mikrofonu - tłumaczy zajście z basistą, zajadając się koktajlem z gałką lodów waniliowych.

Tak naprawdę zdarzyło mu się coś podobnego cztery czy pięć razy. Zdarzyło mu się też przywalić pewnemu jełopowi o czerwonym ryju (który nie miał nawet połowy tylu lat ile on), kiedy ten go obraził; nadal zrobiłby to, gdyby było trzeba. Drzwi jego sypialni chronią stalowe kraty; chciałem go o to spytać, już nawet otwierałem usta, ale zrezygnowałem. Za poduszką trzyma naładowany pistolet o długiej lufie, w szufladzie szafy z ubraniami trochę amunicji, a na stoliku nocnym niewielki czarny pistolet maszynowy. Dziury po kulach w ścianie oraz szafie sypialni świadczą dobitnie o tym, że ktokolwiek nachodził go nocą - duchy, koszmary senne czy wizja nadchodzącej śmierci - został potraktowany odpowiednio. Nóż myśliwski tkwi wbity w jedne z drzwi pokoju. Pomiędzy nogami Lewisa śpi pies - wprawdzie tylko chihuahua, ale gryźć potrafi.

W swym zaawansowanym już wieku zaczął się nosić z jakąś przesadną godnością, co nie znaczy, że starzeje się w miły i pogodny sposób. Przypomina raczej wilka z łapą we wnykach, którą próbuje sobie odgryźć. Nawet teraz jednak łatwiej chyba powiedzieć, kim nie jest, niż kim jest. Nie jest więc specjalnie smutny, a jeśli, to bardzo rzadko, i nie roztkliwia się nad swymi ranami - kiedy coś go trapi, wpada od razu we wściekłość. Nie umiera z żalu i zgryzoty - nie widać tego po nim, nawet gdy staje nad grobami dwóch swoich synów czy kogokolwiek, kogo kochał. Sześć jego małżeństw legło w gruzach, dwie z żon pożegnały się z tym światem. Czuje się winny wielu rzeczy, co nie skłania go jednak do żałobnego zawodzenia. Mężczyźnie takiemu jak on to nie przystoi. Jest przecież twardzielem z Południa, a nie jakimś wymuskanym chłoptasiem, który nigdy się nie prał po ryju z zazdrosnym mężem, nie potrafi zmienić opony w samochodzie czy nie grał w bilard w cuchnącej od tytoniu i alkoholu piwnicy.

- Nie przejąłem się tym... - mówi, po czym poprawia się: - Nie myślę o tym za dużo.

A mówi o sprawach, które innego człowieka rozdarłyby na strzępy; on jednak potrafi się od tych trudnych wspomnień w jakiś sposób odłączyć. Z czasem zrozumiałem, że konfrontowanie się z własną przeszłością jest dla niego jak żonglowanie kawałkami rozbitego szkła.

Przyjaciele i bliscy, a przynajmniej większość z nich, roztaczają dziś nad nim parasol ochronny i wybielają jego legendę. Skoczą na ciebie, jeśli tylko zakwestionujesz jego wspaniałomyślność czy zwykłą dobroć, jaka, ich zdaniem, przebija zza publicznego wizerunku Lewisa. Prawdą jest, że hojnie wspierał różne projekty charytatywne, nawet kiedy sam był w nie najlepszej kondycji finansowej. Co nie przeszkadza mu próbować wyjść na swoje przy każdym niemal biznesie.

- Nie wskakuje już na pianino - mówi Kenny Lovelace, gitarzysta, który grał przez czterdzieści pięć lat, stojąc za nim jakiś metr na scenie. - Ale kiedy tylko siada za klawiaturą, wiesz, że to ten sam Killer.

- Od urodzenia moim przeznaczeniem była scena - mówi o sobie Lewis. - Nie mogłem się doczekać, by na nią wejść. Marzyłem o tym. No i przez całe dorosłe życie przebywałem na scenie. Tam czuję się najszczęśliwszy. Prawie usatysfakcjonowany.

Wie, że tak mówią wszyscy muzycy w słusznym wieku, u kresu życia. Dodaje zatem:

- Ja naprawdę to kocham. Dla sceny musisz wiele poświęcić: rodzinę, kobiety, ludzi, których kochasz... Postawiłem na ma­rzenie.

Bywało, że jechał na swą scenę tysiąc kilometrów przez wertepy, po żwirowisku pośród rozwalających się chałup i by dostać się na nią, przełaził przez siatkę, a nawet musiał zdzielić kogoś mikrofonem. Ale swoim fanom przez większość życia dawał więcej niż to, za co zapłacili. Grał dla nich, to powoli i smętnie, to znów szybko i mocno, aż do momentu, gdy na salę wchodziła policja. Bywało, że odmawiał zejścia ze sceny, nawet jeśli na swoją kolej czekały inne ikony rock and rolla, jak kipiący z wściekłości Chuck Berry. W Nashville trzysta oszalałych dziewczyn wbiegło na scenę w hali Arsenału Gwardii Narodowej, by zedrzeć z niego ubranie do samych slipek - do dziś ma do nich o to pretensje, głównie o to, że nie pozwoliły mu dokończyć występu.

Najbardziej chyba niesamowite jest to, że gdy wieść o jego małżeństwie z trzynastoletnią kuzynką Myrą sprawiła, iż sponsorzy i część fanów od niego odeszli, a jego rozpędzona dotąd łódź zaczęła buksować, kiedy skandal obyczajowy uderzył w sprzedaż jego płyt, po prostu wypełnił dwa cadillaki członkami swego zespołu i sprzętem i ruszył w trasę. Grał zrazu w renomowanych salach koncertowych, ale wkrótce też w knajpach i spelunach, gdzie musiał walczyć o pieniądze albo i o to, by dotrzeć do wyjścia. Ale grał, cały czas grał, jadąc na parówkach, whiskey i prochach. Rankiem opuszczał motel, żegnając się z bezimiennymi kobietami, po czym pędził przez cały dzień do miejsca kolejnego koncertu. Inni muzycy zniknęli, pojawiają się co najwyżej w przypisach encyklopedii rock and rolla. On walczył, nie poddawał się, od motelu do motelu, od butelki do butelki, od tabletki do tabletki zażywanej pomiędzy piosenkami. I tylko dzięki temu uporowi zdołał wrócić na scenę, mimo nieprzychylności otoczenia i pozamykanych przed nim na głucho drzwi. Po latach wróciła do niego część z legendarnych muzyków, by zagrać razem jeszcze jeden bis przed pustą widownią.

- Chcę być zapamiętany jako idol rock and rolla, nieważne, czy w garniturze i pod krawatem, czy też w dżinsach i pomiętej koszuli. Ważne, żeby ludzie przychodzili na mój show - mówi. - Występ to wszystko, co się dla mnie liczy. Niech sobie ludzie mówią: "Zaraz, czy to nie ten, co ożenił się z trzynastolatką?"; potem przecież powiedzą: "A co mnie to obchodzi, liczy się jego ­muzyka".

Tej postawy nauczył go Hank Williams, którego Lewis na żywo nigdy nie spotkał.

- W ten sposób zadowolony jestem i ja, i oni.

Kiedy patrzy na tych, którzy przyszli po nim, śmieje się. Amatorzy, imitatorzy, gówniarze o błyszczących lakierem włosach. Co gorsza, trudno powiedzieć, by byli to prawdziwi muzycy, w każdym razie nie "trubadurzy", którzy żyją i grają na ulicy, z niej czerpią inspirację do swej twórczości i dzięki temu są autentyczni. Rozwalił kilka cadillaców w ciągu jednego roku i grał w nowojorskim Apollo Theater. A był to czas najostrzejszej walki o prawa czarnej ludności i występ białego muzyka na Harlemie nie należał do codzienności. Tymczasem zagrał i oczarował czarnoskórą publikę, która wstając z krzeseł, tańczyła i słuchała występu, podczas którego Lewisowi towarzyszyli faceci zaciągający niczym Ernest Tubb, teksański piosenkarz country.

- James Brown pocałował mnie w policzek - mówi. - Niech to starczy za komentarz.

W ostatnich latach nagrał dwa nowe albumy, obydwa zostały docenione przez krytykę i weszły na listę Top 100. Nagrał je w przerwach między pobytami w szpitalu - wirusowe zapalenie płuc, bolesne nawroty artretyzmu (w plecach, szyi, barkach, ale nigdy nie w dłoniach), złamana noga i biodro nie pozwalały mu w ostatnim czasie na podróże czy nawet siedzenie przed pianinem dłużej niż przez kilka minut. Ale będąc nawet na dnie, nie poddawał się. W marcu 2012 roku ożenił się po raz siódmy, z sześćdziesięciodwuletnią Judith Brown, dawną gwiazdą koszykówki, która była bratową jednej z byłych żon Lewisa. Przyszła zająć się nim, gdy był chory, i... sprawiła, że poczuł się lepiej.

- Nie planowałem się w niej zakochiwać - mówi - ale...

Pobrali się i spędzili miodowy miesiąc w Natchez, niedaleko mostu, po którego rusztowaniu przeszedł jako młody chłopak. Późnym latem 2013 roku dawał znowu występy w Europie, nagrywał w studiu w Los Angeles, kupił nowego rolls-royce'a i zatrzymał się na cheesburgera w jednej z restauracji Sonic Drive-In, by potem na międzystanowej autostradzie numer 55 rozpędzić należącego do Judith buicka do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Prawem obowiązującym w Tennessee, Missisipi, Luizjanie i ogólnie w Stanach Zjednoczonych nigdy się specjalnie nie przejmował.

Raz, kiedy zastanawiał się nad jakimś pytaniem, które mu zadałem, wymamrotał:

- Już nie żyjesz, chłopie...

Myślałem, że chodzi o mnie, ale Lewis komentował scenę z Gunsmoke, którą oglądał, patrząc mi przez ramię. Oglądał to już wcześniej i wiedział, co się stanie.

- Wiesz - poradziłem mu - że jak zamiast nabojów typu Special załadujesz Magnum, to nie porobisz tak wielkich dziur w... różnych rzeczach?

Upłynęło kilka sekund martwej ciszy.

- Nie... - odezwał się wreszcie. - Nie zrobię tego.

Pewnego popołudnia, kiedy robota z książką była już na ukończeniu, powiedziałem mu, dlaczego zdecydowałem się ją napisać. Urodziłem się na Południu w czasach, kiedy faceci jeździli cadillacami z charakterystycznymi płetwami, zaczesywali włosy za pomocą olejku różanego, a na szyi i ramionach nosili blizny po oparzeniach od pieca hutniczego. Pędząc po asfaltówkach, słuchali jego muzyki. No, nie tylko jego. Hank Williams podniósł wszystkich na duchu swym Lovesick Blues, pomagając im w zmaganiach z codziennymi zgryzotami.

- Właśnie tak - przerwał mi Jerry Lee. - Hank podniósł ich z kolan, a Jerry Lee porwał do tańca.

Kochali również Elvisa, choć była w nim jakaś taka... miękkość, pewien rodzaj piękna, który mężczyznom trudno było zaakceptować. No i mieli Jerry'ego Lee. Ten był jak zaciśnięta pięść. Jak metalowa łyżka do opon. W 1964 roku moja rodzina, ciocie i wujkowie, pakowali się po dziesięcioro do samochodu, by dojechać na jego koncert w Boutwell Auditorium w Birmingham.

- Byłem wtedy niezłym dzikusem - mówi John Couch, który pracował w fabryce opon firmy Goodyear. - I on mnie wprawił w zakłopotanie.

Jego żona, Jo, początkowo była oburzona.

- Czepiali się Elvisa, że trzęsie nogą. A ten trząsł wszystkim, czym się tylko dało!

Juanita Fair, rozśpiewana wierna z kościoła zielonoświątkowców, pamięta pewną rzecz, o której umie mówić jedynie szeptem:

- Pamiętam, jak grał na pianinie... pupą!

Dzięki jego muzyce wracali do domów - po dniu spędzonym w sklepie, hucie czy na plantacji - jakby weselsi i lżejsi, niż gdy rano z nich wychodzili. Powiedziałem mu to tamtego popołudnia, kiedy oglądał jeden z filmów, w których bohater śpiewa do swego konia, a dobry szeryf w końcu zabija bandytę.

- Robiłem to dla nich, dla ludzi - mówi.

Śmiem twierdzić, że robił to również dla siebie, bo bez muzyki zwyczajnie by sczezł, zamarł, niczym wentylator sufitowy, za którego sznureczek ktoś właśnie pociągnął. Ale też ważne tu jest to, co powiedział o zdejmowaniu z ludzi chandry. Wiem, że tak było. Wcześniej, kiedy opowiadał mi swoją historię, wielokrotnie wyklinał cały świat. Tak jakby całe jego życie było zwichrowaną płytą, którą na dodatek ktoś nastawił na niewłaściwą prędkość i zostawił - wyjącą, rzężącą i syczącą. Przyznaje, że w tamtych czasach był często pijany i wściekły na cały świat; sprawiało mu wtedy wielką przyjemność patrzeć, jak ludzie podrygują lub kołyszą się niczym marionetki pod dyktando jego woli i humoru. I nawet dziś wydaje się, że tak naprawdę ufa jedynie tym, którzy swego czasu wywracali krzesła i rzucali się ze swych miejsc na jego koncertach, którzy spłukiwali się do cna w kasynie u Czoktawów albo błagali go na kolanach o jedną, ostatnią piosenkę w lobby hotelu lotniskowego. Wie, że tylko oni zapamiętali go takiego, jaki sam chciałby dla innych być.

- Patrzę na ich twarze - mówi - i wiem, że dałem im coś, czego nie oczekiwali, o czym nawet, kurde, nie wiedzieli, że istnieje. I wiem, że mnie nie zapomną.

W mroku swej sypialni legenda rock and rolla widzi samego siebie na ekranie telewizora, patrzy na czarno-białe nagranie sprzed pięćdziesięciu lat, słucha piosenki o kręceniu ciałem - zresztą naprawdę zakręciła światem - patrzy na młodego człowieka o groźnych oczach, z których bije moc. Widzi, jak mężczyzna ów uderza w klawisze, podnosi się i kopnięciem w tył wywraca stołek pianisty. A jego śladem ze swych miejsc zrywają się widzowie i zaczynają wirować, dygać i podskakiwać, by po chwili znaleźć się wokół niego i jego fortepianu, nadal wyginając się i podrygując na scenie, jak gdyby rzeczywiście byli poruszani sznureczkami przywiązanymi do swoich kończyn. Widzi siebie wskakującego na klapę fortepianu, jak gdyby przestały obowiązywać prawa grawitacji; inni młodzi ludzie próbują go teraz chwytać za włosy czy poły ubrania. Widzowie wydają się na skraju panowania nad sobą - jeszcze chwila, a wybiegną i rzucą się rozwalać samochody czy cokolwiek stojącego na przeszkodzie. Dziewczyny spazmatycznie podrygują i szlochają, są jakby bliskie zasłabnięcia, jeśli nie samej śmierci, a w każdym razie czegoś, za co pewnie nie pochwaliłyby ich mamy. Patrząc na to, stary człowiek zaczyna wystukiwać rytm palcami stóp, a dłonie płyną po wyimaginowanej klawiaturze w powietrzu.

- Grrrrrrrrrrrr... - wyrzuca z siebie, w duecie z chłopakiem z ekranu, po czym uśmiecha się szelmowsko.

Kiedy piosenka się kończy, a młody człowiek zgina się przed publicznością w przesadnie głębokim ukłonie, starzec opada głębiej na poduszki, ukontentowany. Po czym z mroku, który go spowija, nagle dolatuje ledwie słyszalne:

- Hi, hi, hi...

Później, w jedno z takich cichych, leniwych popołudni, zadałem ostatnie z pytań na ten dzień:

- Czy ja przypadkiem nie słyszałem, jak ty...

Ale przerwał mi:

- Taaa. Zapewne wymsknęło mi się.

1. OJCIEC WÓD [6]

Parafia Concordia, Luizjana, dawno, dawno temu

Woda podnosiła się znacznie raz na kilka lat, zalewając płaską nizinę i unosząc z sobą cały dobytek biedaków - bawełnę, kukurydzę, prosiaki. Brudna woda pełna zdechłych ryb wlewała się do domostw, niekiedy nawet wypłukiwała z ziemi umarłych i niosła zwłoki ich przodków aż po Avoyelles. Siostra Jerry'ego Lee, Frankie Jean, opowiada, jak pewnego dnia podnosząca się po deszczach woda porwała z grobów ciało ich krewnego.

- Wujek Henry i ciocia Maxine przechodzili tamtędy na ostrym gazie, podeszli do grobu wujka Willa i zobaczyli, że on sam wystaje częściowo z grobu. Wujek Henry powiedział wtedy: "Wiesz, Ma­xine, to najwyraźniej był koniec świata i Bóg chciał zabrać Willa do siebie, ale on się na to nie zdecydował. Ciekawe, dlaczego nas Bóg nie wziął, Maxine. Zostawił nas! Mówiłem ci, żeby nie kupować tej whiskey".

Życie tutaj, pod nadrzecznym wałem, który woda mogła w każdej chwili rozerwać, wymagało nie lada odwagi. A kiedy już wał pękał, cała okolica stawała się wielkim morzem, na którego wzburzonej toni widać było jedynie kłębowiska jadowitych mokasynów. Woda była tu wszędzie - towarzyszyła tutejszemu życiu i śmierci. Nie dało się w tych stronach żyć, uważa Jerry Lee, jeśli się bało wody.

- Tata zabrał mnie raz na starorzecze - mówi, sięgając pamięcią tak daleko, jak tylko może. - Miałem wtedy trzy lata.

Było późne lato, w blond włosach chłopca odbijało się rozpalone nad Luizjaną słońce. Elmo śpiewał jakąś piosenkę o podróżach pociągiem i niewiernych kobietach, kołysząc miarowo podczas marszu niesionym na barana chłopcem. Szli z biegiem rzeki aż do miejsca, w którym nurt nagle zamierał, a ona sama rozlewała się w plątaninę jezior i trzęsawisk o czarnej, lśniącej toni. Powietrze cuchnęło tu tak, jak cuchnęło pewnie przez całe tysiąclecia: szlamem, mułem i zgnilizną. Ojciec wyciągnął z zarośli starą łódkę, pchnął ją na płyciznę, a następnie skierował się ku głębszej wodzie. Chłopak nigdy wcześniej nie był tak daleko - dotąd jedynie brodził przy brzegu, zapadając się stópkami w mule i piasku, a czujni rodzice trzymali go za ręce. Ale woda, nad którą płynęli teraz, nie przepuszczała światła i wydawała się nie mieć dna. Przez chwilę płynęli tak z prądem, wsłuchani w ciszę.

I wtedy ojciec wziął syna w ramiona, podniósł go wysoko i wyrzucił z łódki.

Woda zamknęła się nad jego głową. Próbował rzucić się w kierunku światła, wypłynął, ale po chwili poczuł, że znowu tonie. Uderzał rękami i kopał nogami w wodę, jak gdyby pełna była diabłów, próbujących owinąć się wokół jego chudego ciałka i pociągnąć go w odmęt. To nie było - jak się później dowiedział - okrucieństwo ze strony ojca; po prostu przyszła jego kolej. Nie było sensu czekać, aż dziecko podrośnie, bo wraz z nim rósł też jego lęk. A tak wrzucano na głęboką wodę i dziecko, i lęk.

- Trzymaj się, synu! - krzyczał ojciec.

Jerry Lee miał pełne wody gardło, krztusił się nią i dusił.

- Płyń! - krzyczał ojciec. - Albo połóż się na wodzie!

- Pomóż mi! - błagalnie wrzasnął chłopiec.

Ale ojciec jedynie klęczał w łodzi z wyciągniętymi ponad wodą rękoma.

- Dasz radę!

- Pomóż mi!

- Dasz radę!

Po czym mały Lewis poczuł żelazny uścisk palców na swych ramionach i został uniesiony w górę, na zawsze wyzwolony z lęku. Wie, że ojciec w razie czego by go ratował: wskoczyłby do czarnej pochłaniającej syna wody i wydobyłby go na czas. Ale zwlekał, bo nie chciał wyciągać z wody beksy.

- Nie było to najmilsze przeżycie - mówi.

Ale tak musiało być, tak żyli tu, nad rzeką, ludzie, ich krewni; desperacko próbując chwytać się życia za każdym razem, gdy grunt usuwał im się spod nóg.

- Jeśli wstydzisz się miejsca, z którego pochodzisz, to tak naprawdę wstydzisz się samego siebie - mówi Lewis, opowiadając o latach, które spędził w dziecięcych spodniach-ogrodniczkach pobrudzonych błotem. - Ja nie wstydziłem się nigdy. Pochodzę z Ferriday w Luizjanie. Przez jakiś czas mieszkaliśmy w Black River, potem w miejscowości Angola, kiedy tata pracował przy budowie tamtejszego więzienia. Wstawał o czwartej rano, a mama pięć minut po nim. Tata najmował się do pracy jako stolarz i wszyscy przenosiliśmy się tam, gdzie dostawał robotę; bywało, że zmienialiśmy miejsce pobytu trzy razy w tygodniu. Zwykle mieszkaliśmy w starych budach. Dodatkowo tata pracował, do spółki z wujkiem Lee, na polach bawełny, kukurydzy, soi, a poza tym pędził bimber. Mama zbierała bawełnę. Okolica, w której się poruszaliśmy, była raczej niewielka, ale dla mnie, chłopca, to był wielki świat.

To tu pochowani są wszyscy jego krewni, zatem, mówi, to ­także mój dom. Nie był bynajmniej jednym z tych biednych dzieci Południa, które potem rozczulają się, opowiadając o nieskalanym niczym dzieciństwie, spędzonym w słodkiej krainie niewinności. W takim idealnym dzieciństwie nie byłoby miejsca na marzenia.

- Dość szybko stałem się świadom tej zależności - twierdzi.

Jego rodzice nie posiadali nigdy, w tamtych przynajmniej czasach, zbyt wiele ziemi; niekiedy mieli jej mniej, niż wystarczało do wykarmienia rodziny, ale to sprawiało, że wszystko, co posiadali, tym cenniejsze było w oczach chłopca. Ich ostatnim przystankiem była Concordia. Nawet dziś, jadąc tędy od strony Natchez, po przejechaniu mostu zaczyna odczuwać ulgę, jak gdyby czyjaś ręka zdjęła mu ciężar z piersi. Mówi, że ćwiczy się w zapamiętywaniu złych wspomnień z dzieciństwa, bo dobre zapamiętały się same.

- Wszystko wydawało się tu dobre: śpiew, jedzenie, wszystko. Znasz tę piosenkę o drzewie?

I'm like a tree that's planted by the water.

I shall not be moved[7].

Ludzie żyli i umierali nad rzeką od pokoleń, mając nadzieję, że niestabilna ziemia pomoże im do czegoś dojść. Czy byłby tym samym człowiekiem, gdyby urodził się w łagodniejszym klimacie, łatwiejszym do życia miejscu?

- Talent by się w końcu przebił - mówi - nawet gdybym się urodził w wielkim mieście. Ale... mógłby być inny.

Delikatniejszy?

- Moja muzyka jest jak grzechotnik. Ostrzega cię: "Uważaj na ten dźwięk!".

Z błota, w którym wyrósł, wzięła się, jak wierzy, jego twardość i gniewność, a może nawet cierń dzikiego piękna.

W swojej książce Wicked River: The Mississippi When It Last Ran Wild [Złośliwa rzeka: Missisipi z czasów, gdy była jeszcze nieujarzmiona] historyk Lee Sandlin charakteryzuje dziewiętnastowiecznych mieszkańców brzegów tej rzeki następująco: "Żyli spontanicznie, nie zważając na nic, dawali się nieść dzikiej żywiołowości, sięgając po przemoc, nawet gdy nie byli sprowokowani - przemoc przejawiającą się nie tyle w czynach, ile w myśli i języku. Do ich codziennej rutyny należało robienie i mówienie niewyobrażalnie głupich rzeczy bez powodu, po prostu gwoli joie de vivre". Jednym z takich typów był łobuz Mike Fink, jakby wyjęty z opowieści o Paulu Bunyanie[8]. "Kierował się czystym impulsem - a jednak cokolwiek robił, niezależnie od tego, jak przypadkowe było dla niego to zajęcie, robił doskonale. Osiągnął bez wysiłku to, czego innym nie było dane osiągnąć w ciągu całego życia. Odór boskiej dobroci, tego, co literatura klasyczna nazywała arete, przenikał całą jego osobowość - co skądinąd wydawało się wręcz przerażające".

Postaci takie jak Mike Fink, pisze Sandlin, "miały zwyczaj codziennego obwieszczania światu krzykiem o swoich najbardziej nieprawdopodobnych, w tym i zbrodniczych, dokonaniach; gotowe do walki z każdym, kto by tym zapewnieniom zaprzeczył".

Przechwałki? Nie, nie są to przechwałki, mówi Jerry Lee, jeśli naprawdę zrobiłeś te rzeczy.

Hiszpanie dotarli do brzegów Missisipi w 1541 roku. Hernando de Soto prowadził ludzi w żelaznych hełmach przez malaryczną dżunglę w poszukiwaniu mitycznego złota. Był jednym z pierwszych białych, którzy umarli od tutejszych gorąca, wilgoci i ukąszeń moskitów. Niektórzy twierdzą, że część kompanów de Soto nadal błąka się w pordzewiałych zbrojach po bagnach - niekiedy ponoć widać ich jadących konno przez mgłę. Pierre Le Moyne d'Iberville et d'Ardilli?res, rycerz zakonu Świętego Ludwika i założyciel francuskiej kolonii Luizjana, przyniósł na te ziemie prawo, Biblię i miecz - wkrótce lokalne plemiona zostały wycięte w pień. Na miejscowym maszcie podnoszono i opuszczano flagi kolejnych rywalizujących o tę ziemię potęg Starego Świata, nim Europejczycy na dobre uciekli stąd przed żółtą febrą i powodziami.

W 1803 roku akt zakupu Luizjany sprowadził na tutejsze bagna nową nację, a Thomas Jefferson wysłał przyrodnika Williama Dunbara, by zorientował się, czym jest ta ziemia, dla której tak się bito i umierano. Dunbar zbadał, poruszając się łodzią i konno, brzegi Missisipi, Black River i Ouachita. W swych dziennikach opisał tę ziemię niczym rajską krainę. "Wegetacja jest niezwykle żywotna na naniesionych przez muł brzegach rzek; pnie drzew porastają obfite girlandy rozkosznych pnączy". W rezultacie powstaje "nieprzenikniona zasłona, upstrzona wszystkimi możliwymi gradacjami kolorów, od wspaniałego oranżu, poprzez ożywczą zieleń, aż do błękitu i purpury, a wszystko to przetykane jasną czerwienią i rudawym brązem". Dunbar opisywał ogromne ilości dębów, a także jesiony, orzeszniki pekany, hikorę, wiązy i hurmę; ziemią był "czarny margiel przemieszany z piaskiem", brzegi rzek były "ozdobione gęstym sitowiem". Nadrzeczne lasy obfitowały w "sarny, dziki i indyki... ptactwo wodne i ryby [a także] gęsi i kaczki niezwykle tłuste i wspaniałe".

A sama rzeka? Dunbar pisał o jej nieprzewidywalności i kaprysach, wirach i przeciwprądach, sprawiających, że "nawet znając ogólny kierunek nurtu, nie możemy dojść, dokąd w danym momencie bieży".

Natchez stało się tutejszym centrum cywilizacji; było to zarazem miasto o dwóch twarzach. Jedna twarz była pełna elegancji - składali się na nią bogaci właściciele plantacji. Z kotylionami na piersi, popijający herbatę najlepszych gatunków, kryli się przed słońcem, siedząc w fotelach pomiędzy bielutkimi kolumnami swych werand, na miasto wyjeżdżali na koniach z siodłami z lśniącej skóry, w towarzystwie żon ubranych w srebrną biżuterię z Londynu czy suknie z Paryża. Ich cały zysk wypracowywały tysiące ciężko tyrających niewolników. Z drugiej strony Natchez stanowiło przedsionek Dzikiego Zachodu, kraju pijaństwa, hazardu, prostytucji, parowców i piratów rzecznych, traperów, oszustów i ludzi zniszczonych przez nałogi. Nabrzeża Natchez przepełnione były jachtami, stateczkami i parowcami; rzeka była tu jeszcze na tyle głęboka, że płynące z angielskich portów statki handlowe były w stanie cumować pod samymi domami uciechy na tutejszym Podgórzu[9]. Pili tu, bili się ze sobą i przeklinali w rozmaitych językach marynarze z całego praktycznie świata. Nieco dalej, tam, gdzie nie docierały światła nabrzeża, piraci wabili załogi mniejszych łodzi blaskiem pozostawionych niby przypadkiem przenośnych latarni czy ognisk; nieostrożnych pasażerów, którzy w takich miejscach wychodzili na brzeg, łupiono, a ciała nieszczęśników rzucano na żer sumom rzecznym.

Po drugiej stronie rzeki, w Concordii, szarobrązową ziemię doliny ukształtowanej przez nawiedzające to miejsce od stuleci powodzie, po wycięciu lub wypaleniu nadrzecznych chaszczy, orano i dzielono na wielkie pola uprawne. W pobliskich miasteczkach, takich jak Vidalia, Waterproof czy St. Joseph, kwitł handel - tutaj załadowywano statki bawełną i drewnem. Luksusowe parowce, jak Southern Belle, Princess, Magnolia, Natchez czy New Orleans, serwowały dania, których nie powstydziłyby się najprzedniejsze lokale w Nowym Orleanie, a ich reprezentacyjne kajuty nie ustępowały luksusem apartamentom najlepszych hoteli. Indianie nazywali je "płonącymi canoe", jako że zajęte przez płomienie spalały się do poziomu zanurzenia. Przybycie dużej jednostki było dla mieszkańców Natchez czy Concordii każdorazowo wielkim świętem. Ich kapitanowie witani byli niczym bohaterzy, podobnie jak Grecy witali wracającego spod Troi Agamemnona:

- Sterniku, widzisz światło tam?

- Tak, widzę, anioł dzierży je.

- Trzymaj więc kurs na miejsce to,

tu bowiem cumę rzucić chcę.

Bo jeśli nawet śmierć mnie tam

powitać chce w ów nocy mrok,

uderzę w dzwon - nie godzi się

powitań tych pominąć głos.

By napędzać cały ten biznes, trzeba było nie lada siły roboczej. W 1860 roku tylko w parafii Concordia zamieszkiwało 12 542 niewolników i tylko 1242 wolnych białych. Wielu z właścicieli plantacji traktowało je jedynie jako lokatę kapitału - sami żyli z daleka od pól i pojawiali się w Natchez czy Concordii raz na jakiś czas. Długość życia niewolników na tutejszych plantacjach była skrajnie niska i w innych stanach straszono ponoć nieposłusznych robotników wizją zesłania na plantację w Luizjanie - był to synonim najstraszniejszej kary. W tych nieludzkich warunkach często dochodziło do buntów - w pamięci miejscowych została scena egzekucji jednego ze złapanych niewolników, który po ucieczce z plantacji miał zabijać białych plantatorów i porywać białe kobiety. Planowano spalić go żywcem na stosie, ale w ostatniej podobno chwili wyswobodził się jakoś z kajdan i rzucił do ucieczki, by zginąć na miejscu od kul, co zdecydowanie rozczarowało zebrany tłum.

Przemoc i przestępczość były tu na porządku dziennym. Nieustannie dochodziło do pojedynków na piaszczystych łachach nad rzeką; poświęcił im aż kilkanaście stron Robert Dabney Calhoun, autor History of Concordia Parish. Demokraci strzelali do republikanów, mężowie do sędziów, którzy przychylali się do pozwów rozwodowych ich żon, lekarze czy generałowie strzelali do senatorów, kongresmenów, a nawet do jednego z czołowych dowódców w wojnie z Meksykiem. W 1827 roku doktor Thomas Maddox wyzwał na pojedynek plantatora, pułkownika Samuela Wellsa; przyczyny zniewagi nie zanotowano dla potomnych. Obydwaj dżentelmeni mieli po jednym strzale, ale chybili. Zgodnie z kodeksem honorowym sprawa powinna zostać tym samym zamknięta, ale dokończyć ją postanowili sekundanci, którzy zresztą też mieli do siebie jakieś zadawnione pretensje, sięgnęli po broń i otworzyli ogień. Rozpętała się dzika walka zwolenników obu pojedynkujących się, w której dwie osoby zginęły. Jeden z jej uczestników, plantator Jim Bowie - który zresztą po latach poległ chwalebną śmiercią w Alamo - zadźgał w trakcie tego incydentu innego mężczyznę. Żadna ze stron nie czuła się usatysfakcjonowana i przez długie lata jeszcze prowadzono spory, kto okazał się tu największym nikczemnikiem, łajdakiem i parszywcem. Większość pojedynków nie kończyła się aż tak krwawo, jako że ówczesne pistolety gładkolufowe notorycznie chybiały. Bywało zatem i tak, choć rzadziej, że po oddaniu dwóch niecelnych strzałów przeciwnicy godzili się i szli razem się napić. To właśnie doniesienia z Concordii skłoniły ustawodawców Luizjany do wprowadzenia do konstytucji tego stanu z 1845 roku zapisu o tym, że uczestnicy pojedynków będą "pozbawiani piastowanych urzędów i zysków". (Niektórzy z przyjaciół Jerry'ego Lee mówią, że ze swym temperamentem miał on wielkie szczęście, iż w jego czasach pojedynki były już prawnie zakazane).

Wojna secesyjna zmieniła dotychczasowe życie dość drastycznie. Generał Ulysses S. Grant zdobył Vicksburg mniej więcej w połowie kampanii, a Natchez poddało się wkrótce potem. Obrońców Natchez potraktowano łagodnie. Część niewolników z plantacji w parafii Concordia zaciągnęło się do wojsk Unii i ruszyło na oblegany Nowy Orlean. Po zdobyciu tego miasta niektórzy z nich osiedlili się w nim, wnosząc do tamtejszych kreolskich rytmów własne kompozycje. Tak powstał jazz. Dla czarnoskórych nad Missisipi zaczął się nowy, dziwny czas ograniczonej wolności. Zaczęto zatrudniać ich w urzędach i policji, pozwolono nosić broń, występować na procesach, wytaczanych również białym, w charakterze przysięgłych, a z czasem nawet sędziów. Era powojennej odbudowy przywiodła do Natchez i okolicy kombinatorów z Północy, nocnych jeźdźców Ku-Klux-Klanu oraz ustawy Jima Crowa[10]. Obiegiem pieniądza po dawnemu jednak zdawała się rządzić bawełna. Biedniejsi biali, którzy wyszli cało z wojny i epidemii czerwonki, ale których nie stać było na zakup ziemi w lepszych, niezalewanych miejscach, regularnie kradli drzewo z lasu; pracowali ramię w ramię z byłymi czarnymi niewolnikami, często noszącymi ślady bata na plecach. Z początkiem XX wieku zbudowano wały przeciwpowodziowe, zatem teoretycznie trudniej było się teraz utopić, ale i tak po większych deszczach rzeka wzbierała i raz po raz przerywała wał w jakimś miejscu, niszcząc dobytek biedaków. Widok ryb płynących uliczkami nadrzecznych miasteczek nie odszedł całkowicie w niepamięć.

Wystarczy niewielki skrawek suchej ziemi, by położyć tory kolejowe. Kolej kojarzyła się biedakom z pracą i lepszym zarobkiem. Spółki Texas & Pacific oraz Iron Mountain Railroad postanowiły zbudować w parafii Concordia stację do załadunku drewna i bawełny. Wokół niej miało powstać wytyczone zgodnie z planami inwestycyjnymi miasteczko, pod które przeznaczono teren jednej z plantacji, a nazwano je od nazwiska właściciela - C. J. Ferridaya. Miejscowość została zarejestrowana w 1906 roku - komuś przechodzącemu obok mogłoby się wydać, że powstała z dnia na dzień. Pisarka Elaine Dundy nazwała Ferriday "miasteczkiem bez rodzimej ludności" - była to tak naprawdę wielka otwarta przestrzeń z przędzalnią bawełny, tartakiem, składem drzewnym oraz sporą przepompownią ropy na rurociągu wiodącym z pól naftowych pod Monroe do Baton Rouge. W 1920 roku miasteczko liczyło 2643 białych mieszkańców i niemal 10 tysięcy kolorowych zarejestrowanych w całej tutejszej parafii. W dzień wypłaty wszyscy oni ściągali do sklepów i knajp Ferriday, by przepuścić swoją forsę.

Wkrótce Ferriday zyskało sobie wątpliwą sławę jednego z najpodlejszych miejsc w Ameryce, pełnego burdeli, jaskiń hazardu i saloonów działających na okrągło w dzień i w nocy. To nie tylko "złe miasteczko", to "najgorsze ze wszystkich miasteczek", jak je opisała Dundy. Ludzie zabijali się na ulicy z zazdrości o żony czy z powodu przegranej w karty, albo nawet za to, że ktoś kopnął czyjegoś ogara. Główna arteria - Main Street - pełna była bydła i świń, a zimą, kiedy z paszą było kiepsko, odrąbywano i rzucano na ziemię gałęzie drzew, by zwierzęta gospodarskie mogły obgryzać mech. Pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały, ale z biegiem lat przybywało ich coraz więcej - w latach trzydziestych, mimo kryzysu, zatrzymywały się tu pociągi trzech spółek kolejowych: Texas & Pacific, New Orleans & Northwestern oraz Memphis, Helena & Louisiana. Do Ferriday ciągnęli niczym muchy do miodu wszelkiej maści komiwojażerowie, hazardziści i spekulujący na cenach ropy, a swoje pierwsze kroki kierowali do hotelu King. Poza nimi cała zgraja włóczęgów i biedaków dostawała się do miasta wagonami towarowymi przystosowanymi do przewozu osób. W końcu Ferriday zdawało się tętnić życiem, a to oznaczało, że są tu miejsca pracy.

- Lewisowie ściągnęli do Ferriday z Monroe - powiedział mi Jerry Lee.

Nie od zawsze byli biedni, skazani na pracę na plantacji i życie w budach. Jego prapradziadkiem był Thomas C. Lewis, właściciel ziemski i sędzia parafialny w Monroe. Jego syn z kolei, John Savory Lewis, pradziadek Jerry'ego Lee, był właścicielem wielkiej liczby niewolników i wpływowym człowiekiem, którego bano się i z którego zdaniem się liczono. Dynastia Lewisów upadła jednak po wejściu Jankesów i zniesieniu niewolnictwa. Część dzieci Johna Savory'ego odnalazła się w innych zawodach, ale jednemu z nich, Leroyowi Lewisowi, dziadkowi Jerry'ego Lee, nie wiodło się w niczym, zatem ostatecznie wziął się do rolnictwa, by stwierdzić, że i do tego się nie nadaje. Miał za to talent do muzyki, pięknie grał na skrzypcach. U progu XX wieku przekazał tę pasję swym dzieciom, wraz z charakterystycznym uśmieszkowatym grymasem upadłego potomka bogaczy Południa, mającym chyba wyrażać dystans do pełnego niespodzianek tutejszego życia. Dziadek Jerry'ego Lee miał w zwyczaju pić często a tęgo i wówczas na długie dni znikał z powierzchni ziemi, a jego żona, Arilla, za każdym razem zastanawiała się, czy małżonek jest jeszcze wśród żywych.

- Piłeś? Przyznaj się! - witała go, gdy wracał do domu, zataczając się. A on niezmiennie odpowiadał:

- Nie piłem. Odurzałem się tylko trochę.

W 1902 roku Johnowi Savory'emu i Arilli, mieszkającym wówczas w Mangham w Luizjanie, urodził się syn. Elmo Kidd Lewis był jednym z jedenaściorga dzieci, pięknym chłopcem o kruczoczarnych włosach, wyrazistych rysach twarzy i odziedziczonym po ojcu diabolicznym uśmieszku. Wyrósł na wysokiego, postawnego mężczyznę o wielkiej sile fizycznej, pięknym głosie i talencie do muzyki; odziedziczył też po przodkach zamiłowanie do trunków. Był jednak niewątpliwie dobrze usposobiony i nie przejawiał agresji wobec swych najbliższych, twierdzą syn oraz inni, którzy go pamiętają. W stosunkach z ludźmi prezentował nawet pewien rodzaj uniżoności, co wśród regularnie zaglądających do kieliszka mężczyzn jest raczej rzadkością. W momencie jego narodzin z dawnej fortuny Lewisów nie zostało nic poza nazwiskiem, zatem za dnia chłopak musiał utrzymywać się, nosząc worki z bawełną oraz wykonując różne prace stolarskie. Wieczorem natomiast wyciągał gitarę i śpiewał. Nie brał udziału w bójkach, bo nie musiał - jeżeli ktoś próbował mu podskoczyć, powalał go na ziemię jednym krótkim ruchem; tak przynajmniej twierdzi dziś jego syn. Należał do kategorii honorowego Południowca, który, by utrzymać to miano, musiał ostro pić, ale zarazem nie zaczepiać bez potrzeby innych i nie zawalać roboty. Dla właścicieli plantacji był idealną "machiną" do zbierania kwiatów bawełny bądź wbijania gwoździ. Marzył o tym, by samemu wystąpić na scenie, ale marzenie to tak odbiegało od otaczającej go codzienności - od całych dni spędzanych pośród bawełny, która sama jakoś nie chciała się zebrać - że rzadko komu o tym mówił aż do swej starości. Jak wielu ciężko pracujących Południowców poczuł, że coś drży gdzieś głęboko w nim, gdy pierwszy raz usłyszał Jimmiego Rodgersa śpiewającego o zawodzie miłosnym, życiu w rozlatujących się budach, tęsknym pogwizdywaniu zakutych w łańcuchy robotników przy pracy. Uważał, że byłby w stanie jodłować w radiu nie gorzej od Rodgersa, który w wieku trzydziestu pięciu lat zadławił się na śmierć podczas ataku kaszlu gruźliczego w pokoju hotelowym w Nowym Jorku.

I'm gon' buy me a pistol, just as long as I'm tall

I'm gonna shoot poor Thelma, just to see her jump and fa-all[11].

Wielka powódź z 1927 roku zalała miejscowe pola, czyniąc ciężkie życie jeszcze cięższym. Możni stanu celowo przerwali wały w kilku miejscach, by fala powodziowa zalała okoliczne ziemie i nie uderzyła w Nowy Orlean. Nastały ciężkie czasy dla mieszkańców Luizjany, tradycyjnie najbardziej zepsutego ze stanów, który to niechlubne miano zachował i w XX wieku. W 1928 roku zdesperowani wyborcy powołali na urząd gubernatora na pół zwariowanego, nieco nawiedzonego populistę, Hueya P. Longa, zwanego Kingfish. Obiecywał biednym rozdanie im majątku przejętego po takich gigantach biznesu jak Standard Oil, dzięki czemu wszyscy mieli się pławić w luksusie. Sam zaczął zresztą od luksusowego życia w ekskluzywnym apartamencie hotelu Roosevelt w Nowym Orleanie. Jego docelowym marzeniem był jednak Biały Dom, co wywoływało przerażenie w amerykańskich bogaczach. Od początku wielkiego kryzysu, kiedy objął funkcję gubernatora, do końca swej kadencji wybudował w Luizjanie 111 mostów i tysiące kilometrów nowych dróg. Obiecywał uporać się z niedolą niedożywionych dzieci, wyniszczającym je mrokiem, o ile tylko zdesperowani obywatele, tacy jak Elmo, dadzą mu jeszcze trochę czasu.

W tym właśnie czasie, w parafii Richland, Elmo poznał czarnowłosą dziewczynę Mary Ethel Herron, którą wszyscy nazywali Mamie. Była to czarująca dziewczyna, może trochę jak na swój młody wiek nazbyt poważna. Uchodziła też za dewotkę, co skutecznie odstraszało od niej pomniejszych łobuziaków, za to przyciągało tych większych - jakoś tak jest, że dobre kobiety przyciągają do siebie czarne charaktery. Mary dostrzegła w wysokim, silnym i dobrze umięśnionym Elmo bardzo atrakcyjnego mężczyznę. W weekendy tamtejsza młodzież zwykła się spotykać w jednym opuszczonym domu. Młodzi ludzie posypywali drewnianą podłogę mączką kukurydzianą, co czyniło ją bardziej śliską, i tańczyli. Elmo grał przy tym na gitarze i pięknie śpiewał, i tym ją ostatecznie zdobył, pokonując konkurencję. Była, jak powiedzieliśmy, dobrą kobietą, co na Południu oznacza zwykle kobiety całe życie cierpiące przez mężczyzn. Ale Mary była pod tym względem wyjątkiem. Na zewnątrz wydawała się słodkim aniołkiem, ale w środku utrzymywała żelazną dyscyplinę. Wiedziała, że mężczyźni potrafią być słabi i że w takich momentach kobieta powinna przejąć ster. Elmo i Mamie pobrali się w 1929 roku, kiedy nad Missisipi dotarł wielki kryzys; ona miała wówczas siedemnaście lat, on był o dziesięć lat starszy. Najmował się do pracy na roli, gdzie tylko się dało; Mamie często pracowała z nim ramię w ramię przy zbiorze bawełny.

Mamie pochodziła z bogatego rodu Foremanów, ale jej matka wyszła za biednego farmera Willa Herrona, zatem z bogactwem rozstała się na zawsze, opuszczając dom rodzinny. Po Foremanach odziedziczyła natomiast pewną przypadłość, którą dzisiejsza medycyna nazwałaby pewnie fachowym terminem jakiegoś zespołu czy urazu psychicznego - depresji, demencji czy czego tam jeszcze - ale wtedy nikt do takich subtelności nie miał głowy. Mówiło się zatem, że nachodziły Foremanów złe, czarne myśli; by się z nich otrząsnąć, musieli niejednokrotnie wyłączyć się z rytmu dnia codziennego na jakiś czas. Nigdy jednak, z tego przynajmniej, co wie Jerry Lee, depresja nie stanowiła dla Foremanów wymówki, by porzucić pracę przy bawełnie czy roboty stolarskie w gospodarstwie - zaciskali zęby i szli, bez względu na stan ducha, do roboty.

- Myślę, że odziedziczyłem ją z obu stron - mówi o swojej depresji Jerry Lee, ale niewiele więcej da się z niego na ten temat wyciągnąć.

Ta przypadłość, jak mówi, skacze po kolejnych pokoleniach, uderzając w niektórych silniej, w innych słabiej. Niektórzy używają jej jako wymówki, tłumaczącej wszystkie ich biedy i nieszczęścia. On sam tego nigdy nie robił, podobnie jak nie oskarżał o nic - z wyjątkiem paru naprawdę trudnych momentów - whiskey, narkotyków czy diabła. Wie, że na wszystko zapracował sobie sam.

Teść Elmo, Will, był krewkim niskim mężczyzną o klocowatej posturze. Znał się dobrze na hodowli psów myśliwskich, potrafił też błyskawicznie wyciągać nóż.

- Mógł cię zabić w mgnieniu oka - opowiada Jerry Lee.

Pamięta opowieści o wspólnych polowaniach Elmo i Willa. Bywało, że musieli w takich chwilach przejść przez jakiś płot czy siatkę, co dla niskiego Willa było trudne. Wówczas wielki Elmo brał go zwyczajnie w swe mocarne ręce i przesadzał na drugą stronę ogrodzenia. To czasami wywoływało u Willa atak histerii - podskakiwał wówczas jak osaczony niedźwiedź i próbował uderzyć zięcia, z którego twarzy nawet w takich chwilach nie schodził zawsze przylepiony do niej uśmieszek. Według Jerry'ego Lee, Herron miał nie więcej niż 150 centymetrów wzrostu, świetnie jednak strzelał i potrafił utrafić jelenia, nie schodząc nawet z siodła. ­Lewis wspomina:

- Wściekły powiedział raz do ojca: "Nie dostaniesz ani kęsa z tego jelenia!".

Ale Herron tak jak szybko się zapalał, tak i szybko stygł. A Elmo ujmował ludzi dobrocią i trudno było złościć się na niego przez dłuższy czas.

Wieczorami, po kolacji, na którą składały się chleb z mąki kukurydzianej i fasola, Elmo i Mamie słuchali płyt na gramofonie na korbkę Victrola, jedynym luksusowym sprzęcie, jaki pozwolili sobie nabyć. Śpiewali też w duecie pieśni kościelne. Mamie również miała piękny głos i ich wspólne domowe występy udawały się naprawdę znakomicie, tyle że matka Jerry'ego Lee odmawiała śpiewania pieśni pijackich i niektórych włóczęgowskich, bo te często pełne były przekleństw. Byli biedni, ale jakoś wiązali koniec z końcem i nie chodzili głodni, dopóki parafii Richland nie nawiedził rok nieurodzaju. Nowożeńcy potrzebowali jednak czegoś nowego, a oczy wszystkich z okolicy kierowały się wówczas ku miasteczku w Concordii, wciśniętemu między rzekę a tory kolejowe. Dwie z sióstr Elmo wyszły za braci z rodziny Gilleyów i wraz z mężami przeniosły się do Ferriday. Trzecia siostra wyszła za niejakiego Swaggarta, z którym planowali podobny krok. Decydująca jednak dla losu całej rodziny okazała się starsza siostra Mamie, Stella, która poślubiła najbogatszego bodaj mężczyznę w całej Concordii - posiadacza ziemskiego, który nazywał się Lee Calhoun.

Nie był zbyt wysokim ani szczególnie przystojnym mężczyzną i nie rzucał się w oczy, gdy szedł pełną błota drogą w poplamionym ubiorze roboczym koloru khaki. Miał za to donośny głos, klął głośno i często, no i z własnych pieniędzy ufundował budowę aż trzech kościołów. Pochodził z bogatej, wykształconej rodziny, a wyglądał jak mechanik, który właśnie wyczołgał się spod naprawianego chevroleta. Miał wiele praktycznych zdolności, ale najlepiej znał się na ziemi. Rozumiał, że - wbrew temu, co mówią naukowcy - to nie grawitacja, lecz ziemia utrzymuje ludzi przed odpłynięciem w nicość. Kto posiada ziemię, ten posiada wszystko, czym warto się przejmować.

Lee Calhoun sam nie parał się pracą na roli - wystarczała mu świadomość, że jest posiadaczem wielkiej połaci ziemi uprawnej, a także lasów, magazynów zboża, mułów i baraków; nie prowadził rancza, ale był właścicielem pastwisk. Alkohol postrzegał jako towar, a nie coś, co należało wlewać w siebie. I kiedy wraz z prohibicją rozkwitł nielegalny rynek produkcji bimbru, zaczął w leśnych ostępach pędzić whiskey, zatrudniając do tego krewnych, którzy byli gotowi podjąć ryzyko w trudnych czasach, jak w innych byli gotowi ciężko pracować z motyką.

- Wujek Lee był spoiwem rodziny - mówi Lewis, dodając, że bez niego ich klan by się pewnie rozleciał. - Trzymał nas razem.

Dorobił się nawet własnych szybów naftowych i przyjaźnił z milionerami, ale jeśli pożyczył ci choćby piętnaście dolarów, zapisywał to sobie w zeszycie i zjawiał się po odbiór długu rankiem w dzień spłaty. Nie miał nawet własnego biura, ale lokalni politycy, sędziowie i szeryfowie uchylali na jego widok kapelusza na ulicy. Jeździł na wielkim koniu po miasteczku, którego znaczną część tak naprawdę posiadał. Był niepozornym człowiekiem, który jednak szedł przez życie jak taran. Załatwił robotę wielu krewnym swej żony, ale też umiał dopilnować, by się w tej robocie nie lenili.

- Kochałem wujka Lee. Był dla nas dobry. Był dobrym, wielkim człowiekiem. Ale jeśli chciałeś od niego pożyczyć dwadzieścia dolarów, musiałeś go prosić na klęczkach.

Klan Lewisów-Gilleyów-Swaggartów-Calhounów był sam w sobie ewenementem, ze względu na sporą liczbę małżeństw zawartych w jego obrębie. Tym samym wszyscy byli ze sobą mniej lub bardziej spokrewnieni. Na przykład Willie Harry Swaggart, którego wszyscy nazywali Tatką, poślubił starszą siostrę Elmo, Adę. Ich syn, Willie Leon, zwany przez wszystkich Synem, poślubił siostrę Mamie, Minnie Bell, czyli szwagierkę Elmo, a zarazem własną ciotkę. Co sprawiało, że był on dla Elmo zarazem szwagrem i siostrzeńcem; ich dzieci natomiast miały być podwójnie skoligacone. Stąd, jak mówi Lewis bez cienia zażenowania:

- Ja i Jimmy [Swaggart] jesteśmy podwójnymi kuzynami.

Niektóre powiązania w tym klanie były jeszcze bardziej skomplikowane i bywało, że dzieci z takich związków znajdowały w swoim otoczeniu nie tylko podwójnych, ale i potrójnych kuzynów. Co ciekawe, wszyscy członkowie klanu okazywali się dobrymi śpiewakami, gitarzystami, skrzypkami czy pianistami. Niektórzy zostawali też kaznodziejami albo przemytnikami bimbru, część zresztą raz tym, raz tamtym, a nawet jednym i drugim w tym samym czasie, co nie było znowu czymś aż tak niesłychanym nad Missisipi, zwłaszcza na jej luizjańskim brzegu.

Elmo i Mamie spodziewali się swego pierwszego dziecka, gdy wiosną 1929 roku zjawili się w parafii Concordia i zaczęli pracę na farmie należącej do Lee Calhouna, w leśnej osadzie zwanej Turtle Lake. Pobliskie Ferriday liczyło wówczas 2500 dusz, w większości potomków czarnoskórych niewolników. Wielki kryzys zrównywał jednak biedaków bez względu na kolor skóry i Elmo ruszał często wraz z czarnymi szukać jakiejkolwiek roboty w miasteczku. Dom, w którym mieszkali, nie miał elektryczności, kanalizacji ani bieżącej wody. Ale kiedy inni, zrozpaczeni brakiem pracy, a często i dachu nad głową, ruszali w przepełnionych wozach, by jechać tysiąc pięćset kilometrów na zachód w poszukiwaniu lepszego losu, Elmo z rodziną pozostali w Ferriday.

11 listopada 1929 roku Mamie urodziła chłopca o złotych włosach, którego nazwali Elmo Kidd Lewis junior. Był on podobno pięknym i grzecznym chłopcem, który już jako dwuletni brzdąc potrafił śpiewać. Nazwali go junior, ponieważ w ich zamierzeniu miał stać się "młodszym Elmo" i spełnić jego nigdy niezrealizowane ambicje - śpiewać w radiu czy na scenie. Chłopiec słuchał się we wszystkim mamy, grzecznie zwracał się do starszych, mówiąc: "Proszę pani, proszę pana...", lubił przebywać zarówno w szkole, jak i kościele. Jako kilkulatek ćwiczył zapisywanie wyrazów kredą na małej tabliczce, którą nosił przy sobie, lub też ołówkiem na zużytym papierze. W pierwszej klasie podstawówki zapisywał słowa pieśni, które odśpiewywał potem przed wiernymi miejscowego kościoła.

W 1934 roku Elmo przeszedł do pracy w innym z biznesów Lee Calhouna - zajął się nielegalną produkcją whiskey, którą pędzono w wielkiej, mieszczącej 50 galonów błyszczącej miedzianej kadzi, ukrytej w lesie, niedaleko domu Elmo i Mamie w Turtle Lake. Produkcją alkoholu Lee Calhoun zajmował się jeszcze przed wprowadzeniem prohibicji i miał ją kontynuować także po jej zniesieniu. Prawdę mówiąc, sama prohibicja w niewielkim stopniu wpłynęła na ilość spożywanych napojów wyskokowych w miejscu tak odległym jak parafia Concordia. Oczywiście, od produkcji tej Lee nie odprowadził ani centa podatków - gardził zresztą władzami szczebla federalnego i niższego, jak zresztą jakąkolwiek władzą, która mówiła mu, co ma robić, a czego nie. Zatrudnił zatem Elmo wraz z jego szwagrem i siostrzeńcem Williem Leonem Swaggartem, a także innych członków klanu, by zwiększyć nielegalną produkcję. Mężczyźni zabrali się do pracy z zapałem, zwłaszcza że obejmowała ona częste testowanie jakości nowych partii bimbru.

- Mówiono, że to była najlepsza whiskey w okolicy - wspomina Jerry Lee.

Miejscowi przedstawiciele władzy przymykali oko na ten proceder, podobnie jak na samo spożywanie alkoholu, wszystko jedno, czy był on legalny i opodatkowany, czy też nie. Nielegalny trunek uszczęśliwiał również przedstawicieli Kościoła, w pewnym sensie bowiem przestał on istnieć, no, dopóki jakiś pijak nie stanął na środku Main Street, by oddać mocz, kierując jego strumień w stronę pobliskiego miasteczka Waterproof.

Czasami Lee jeździł konno dopilnować spraw przy destylatorni, nie zostawał tam jednak nigdy na dłużej, wiedział bowiem, że aresztowanie groziło mu jedynie wtedy, gdyby złapano go stojącego po kolana w bimbrze. W pierwszych dniach 1935 roku Elmo wraz z Williem Leonem Swaggartem i trójką innych wylewali właśnie gdzieś w lesie stary, zużyty zacier, gdy drzewa wokół nich nagle zaczęły się ruszać i zobaczyli wycelowane w siebie ze wszystkich stron lufy pistoletów. Byli to agenci policji skarbowej - najpodlejsza forma życia. Siekierą rozbili piękną kadź i wspaniała whiskey wylała się na leśne poszycie. Po czym wsadzili Elmo oraz pozostałych mężczyzn na ciężarówkę, gdzie pilnował ich strażnik z wycelowaną w nich strzelbą, i ruszyli.

Zainterweniowała jednak opatrzność, choć nie przysporzyło to korzyści samemu Elmo. W pewnym momencie na pełnej błota i kurzu drodze minęli ciężarną Minnie Bell Swaggart, która ledwie była w stanie iść. Zobaczyła swego męża siedzącego na platformie ciężarówki i zaczęła głośno do niego krzyczeć, po czym, chlipiąc z przerażenia, próbowała biec za samochodem. Dowódca grupy agentów nakazał kierowcy zatrzymać się, bojąc się, że kobieta w biegu poroni. Zapytał więźniów, kim ona jest, a Willie Leon mu odpowiedział. Dowódca podumał chwilę, po czym polecił zwolnić Williego Leona, by pomógł ciężarnej żonie wrócić do domu. I tak Willie Leon wraz z ciężarną Minnie Bell ruszyli pieszo w stronę domu, chwaląc imię Pana.

Elmo trzymał język za zębami, gdy pytano go o właściciela destylatorni. Wiedział, że Lee Calhoun zatroszczy się o jego rodzinę, a plony z jego pola zostaną zebrane. Lee, mimo że był potwornym skąpcem, potrafił dbać o swoich krewnych, no chyba że ci stawali się nazbyt gadatliwi w towarzystwie agentów federalnych. W styczniu 1935 roku Elmo w kajdankach został zawieziony do więzienia w Nowym Orleanie i skazany na rok odsiadki; wiedział jednak, że zostanie zwolniony najdalej po sześciu miesiącach. Koledzy z celi, by zabić czas, modlili się bądź czytali książki, on po prostu śpiewał.

- Tata powiedział potem mamie, że w sumie nie było mu tam źle, dostawał trzy posiłki dziennie - mówi Jerry Lee. Podawali tam wprawdzie rzepę, buraki i fasolę polewaną rozgotowanym gulaszem wieprzowym, ale i tak było to lepsze niż to, co wiele rodzin w Ferriday jadało wówczas na co dzień.

Wrócił do domu późną wiosną, dobrze odżywiony i niezmieniony, na ile przynajmniej potrafili stwierdzić ci, którzy go znali. Wrócił do pracy na roli i nie tykał już bimbru - agenci ostrzegli go, że jeśli jeszcze raz zostanie przyłapany przy produkcji czy choćby pociąganiu z butelki, czeka go porządna kilkuletnia odsiadka. Wieczorami uczył syna gry na gitarze. Cała ich trójka - dwóch Elmów i Mamie - udawali, że występują w radiu, niczym rodzina Carterów[12], zapominając na chwilę o bawełnie, powodziach, samogonie i codziennych trudach. Mamie ponownie była przy nadziei i kolejne dziecko kopało ją, mocno a często.

Kiedy zbliżał się czas porodu, Luizjana znalazła się w żałobie. Huey Long 8 września 1935 roku kroczył dumnie korytarzem budynku stanowego, skupiony na przepchnięciu planu zmiany podziału terytorialnego sądownictwa, w wyniku którego zostałby pozbawiony możliwości udziału w posiedzeniach sądu jego odwieczny rywal polityczny, sędzia Benjamin Pavy. Wówczas z tłumu gapiów wystąpił zięć Pavy'ego, młody lekarz Carl Weiss, i oddał w stronę Longa pojedynczy, ale celny strzał. Niemal w tej samej chwili ciało Carla Weissa przeszyły sześćdziesiąt dwa pociski wystrzelone przez ochroniarzy senatora. Long, który walczył o prawa ubogich mieszkańców Luizjany, został wystawiony na katafalku w smokingu. Dwieście tysięcy osób przybyło złożyć mu hołd.

Drugie dziecko Elmo i Mamie przyszło na świat dwadzieścia jeden dni po tym wydarzeniu, 29 września 1935 roku, tuż po zakończeniu zbioru bawełny.

- Miał mnie odbierać doktor Sebastian - mówi Jerry Lee, który tyle razy słyszał od rodziców historię swoich narodzin, że czasem wydaje mu się, jakby sam przyglądał się tej scenie zawieszony gdzieś pod krokwiami dachu. - No, jego się w każdym razie spodziewali. I w końcu przybył...

Mamie wiedziała, że tej nocy dzieje się z nią coś strasznego. Ból był gorszy, znacznie gorszy niż jakikolwiek, jaki dotąd poznała. Elmo poszedł po doktora, a ona się modliła.

Doktor Sebastian i Elmo słyszeli, jak krzyczy, gdy tylko zbliżyli się do domu.

- Bogu najwyższemu dzięki! - powiedziała na ich widok.

Doktor Sebastian kazał jej być cicho, oszczędzać siły, bo chwila jeszcze nie nadeszła. Mamie jednak zauważyła, że doktor wyraźnie chwieje się na nogach. No cóż, został ściągnięty z domu, gdzie wypił jednego drinka, a może kilka, żeby się zrelaksować.

Przez uprzejmość Elmo zaproponował mu whiskey z kukurydzy. Doktor Sebastian spojrzał na butelkę okiem znawcy. Zbadał trunek na obecność zanieczyszczeń, ocenił także jego kolor; wydawał się czysty niczym źródlana woda, w związku z czym doktor odkręcił zakrętkę - poczuł przy tym silny, śmierdzący zapach, dokładnie taki, jaki powinna wydzielać z siebie kukurydziana whiskey - i przez uprzejmość pociągnął jeden, długi, nieśpieszny, obfity łyk. A następnie kolejny.

Jakiś czas później, kiedy Mamie poczuła, że nadchodzi jej czas, zawołała obu, ale przy łóżku pojawił się tylko Elmo.

- Gdzie jest doktor Sebastian? - zapytała chrypiącym głosem.

- Tam - odpowiedział Elmo.

- Jak to tam?

- Leży tam sobie - wyjaśnił Elmo, pokazując na drugą stronę pokoju.

Doktor Sebastian spał w fotelu.

- Obudź go! - zawołała Mamie.

Ale Elmo dopiero co próbował się go obudzić. Bez skutku. Doktor Sebastian spał kamiennym snem.

- Poradzę sobie bez niego - zapewnił Elmo.

Złe przeczucia Mamie sprawdziły się: dziecko ułożyło się w nietypowy sposób, było przekręcone i wyszło na świat nie głową, lecz nogami. Elmo nie był świadom płynących stąd zagrożeń, ale Mamie tak - podduszone dzieci umierały straszliwą śmiercią lub zostawały kalekami na całe życie. Podczas porodu umierały również ich matki.

Elmo chwycił chłopca za stópki i pociągnął ku sobie.

- Uważaj na rączki! - krzyknęła Mamie, zaciskając szczęki.

Elmo kiwnął głową.

- Uważaj na główkę! - krzyknęła ponownie, po czym straciła przytomność, a w każdym razie pamięć tego, co się działo.

- Tata wyciągnął mnie całkiem sprawnie - mówi dziś Jerry Lee. - Wyskoczyłem na ten świat i odtąd skaczę tak sobie po nim.

Lubi to opowiadać, podoba mu się ta cała scena, to, że przyszedł na świat jedynie dzięki rodzicom, bez żadnej profesjonalnej pomocy. To mały, ale istotny element jego wielkiej legendy. Był to zresztą czas, w którym rodziło się wiele dzieci; niektóre z nich też miały zostać sławne. W styczniu tego samego roku w Tupelo w sąsiednim stanie Missisipi inna uboga kobieta urodziła syna, któremu dała na imię Elvis. W Ferriday, w marcu, Minnie Bell Swaggart, która wcześniej uratowała z więziennej ciężarówki swego męża, urodziła syna, Jimmy'ego. Pochodząca z tego samego klanu Edna Gilley wkrótce miała urodzić Mickeya. Wszyscy ci chłopcy urodzili się w ciągu dwóch lat i wszyscy jakby zostali namaszczeni przez opatrzność, by śpiewać czy występować na scenie; wszyscy zresztą odnieśli sukces, choć bardzo różnym kosztem.

Mamie i Elmo nazwali swego drugiego syna na cześć jakiegoś aktora, którego Mamie pamiętała jak przez mgłę: Jerry... jakiś tam. No i na cześć Lee Calhouna, którego whiskey ścięła z nóg doktora Sebastiana. Być może uczczony tym imieniem miał być także dziadek chłopca, Leroy Lewis; po latach członkowie rodziny nie byli w stanie dojść do tego, o kogo chodziło najbardziej. Tak czy inaczej, był to niewątpliwie najszczęśliwszy moment w życiu państwa Lewisów; szkoda, że nie potrwał on długo.

2. PO KOLANA W BIMBRZE

Parafia Concordia 1938

Węże wiły się w splotach w swym gnieździe gdzieś w ciepłym mroku ponad jego łóżeczkiem, po czym cicho rozpełzały się po deskach podłogi strychu. Było ich tu całe gniazdo, sztuk osiemnaście. Grzechotały grzechotkami, ale chłopiec tego nie słyszał. Może to i dziwne, ale przecież Pismo Święte uczy, że wąż jest przebiegły. Tu, na protestanckim Południu, węże są wszędzie - na ziemi, w wodzie, a także w lokalnych wierzeniach i mitach. Starcy wieszają do dziś węże na drucie kolczastym, wierząc, że sprowadzi to deszcz. I nie patrzą nigdy wężom w oczy w obawie, że zostaną zauroczeni. Stare kobiety w Concordii twierdzą, że natykały się w polu na węże zwijające się w jedno wielkie koło, które potem samo się toczyło, niczym koło wozu, a jeśli się je rozcięło, tworzyły się zaraz w jego miejsce dwa mniejsze. Można powiedzieć, że to przesądy, ale nikt przecież nie będzie kwestionować Słowa Bożego, a ono mówi wyraźnie o dwulicowej naturze węży, ich złości i zazdrości. Tak było w Edenie, Egipcie i Kanaanie, po tym jak Bóg pozbawił węże kończyn, każąc im się odtąd czołgać, a przez usta Izajasza ogłosił, że ich pokarmem będzie proch. Opowieść o wężach wijących się ponad łóżkiem małego Jerry'ego Lee przetrwała ponad siedemdziesiąt lat i przetrwa jeszcze wiele kolejnych, podobnie jak opowieści o powodziach, które zaniosły mokasyny miedziogłowce czy grzechotniki diamentowe na czubki drzew, strychy bądź krokwie stodół. Opowieść nie pozostawia wątpliwości, że węże ześlizgnęłyby się w końcu w dół i zebrały u nóg łóżeczka, gdyby chłopiec nie zobaczył zwieszającej się z dziury między deskami głowy wielkiego grzechotnika, który "opuścił łeb i patrzył prosto na mnie" w przyciemnionym świetle pokoiku dziecięcego.

- To nie twoje łóżko! - krzyknął chłopiec na węża.

Wąż wisiał tam, gdzie był, niecały metr od jego twarzy.

- Tato... - powiedział chłopiec, zrazu cicho. Po czym zawołał: - Tato!

Pismo mówi też jednak o tym, jak człowiek bez lęku kroczy pośród węży i smoków, by w imieniu Boga ochraniać swój lud. A ludzie w parafii Concordia opowiadają, jak Elmo, wszedłszy do pokoju z lampą naftową w jednej dłoni i odłamaną gałęzią orzesznika w drugiej, zobaczywszy wijące się pod sufitem sploty gadów, zatłukł je wszystkie, waląc kijem tak długo, aż ucichł ostatni grzechot. W nagłej ciszy Elmo słyszał jedynie swój przyspieszony oddech.

Jego tata nie mógł być nikim innym, niż był - ani słabeuszem, ani przeciętniakiem, ani znowu kimś nadmiernie przechwalającym się swymi przymiotami; chłopiec by tego zwyczajnie nie zniósł. Wybaczył ojcu całą resztę.

- Był mężczyzną. Wspaniałym mężczyzną - mówi, dodając, że ojciec zakończył edukację na jednej z pierwszych klas. - Ale był bardzo zdolny.

Może nie potrafił przeczytać dzieła literackiego, ale patrząc na nieznaną sobie maszynę, był w stanie odgadnąć, z jakich się składa części. W innych, lepszych miejscu i czasie pewnie zostałby kimś, może nawet odniósłby wielki sukces, ale tam, gdzie się znalazł, w tych niedobrych dla człowieka latach, nie miał szans. Ogólnie nie był to dobry czas dla mężczyzn w Concordii, którzy pijani wdawali się często w bójki uliczne, niekiedy tylko po to, by pokazać, na co ich stać, skoro w inny sposób zrobić tego nie mogli.

- Tata nie wdawał się w dłuższe bijatyki - mówi Jerry Lee. - Miał tak wielkie ręce, że wystarczyło, by walnął gościa raz. Nigdy nie przegrał walki.

Wielu nie rozumie dziś, dlaczego mężczyźni musieli się wtedy wykazywać w walce.

- Nie byli w stanie w normalny sposób zrobić niczego dla swoich rodzin i szukali miejsc, gdzie mogli pokazać, na co ich stać. Na niego też przyszła kolej. Widziałem parę razy, jak zrzucał innych z werandy.

Innych, czyli ludzi, którzy przychodzili grozić bądź odebrać dług.

- Kiedyś zrzucił jednego z taką siłą, że tamten złamał nogę. Po prostu pstryknął nim jak papierową kulką, pchnął go lewą ręką. Nie było nikogo, kto mógłby go pokonać. I niczego. Z jednym wyjątkiem: nie umiał stawić czoła wielkiemu kryzysowi.

Nawet tak ruchliwe miasteczko jak Ferriday nie potrafiło w tych ciężkich latach zapewnić środków przetrwania mieszkającym w nim rodzinom. Jerry Lee był zbyt mały, by to pamiętać. By pamiętać czasy, gdy bawełna była warta mniej niż benzyna niezbędna do tego, by ją przewieźć do punktu skupu. Prace budowlane też się wyczerpały; choćby człowiek jeździł w ich poszukiwaniu po całym regionie, a nawet dalej, pociągiem, w wagonach towarowych, nie mógł żadnej znaleźć. Jerry Lee pamięta jednak, jak tata i mama wspominali te czasy później, porównując je do wojny. Elmo mógł wprawdzie wyprosić od czasu do czasu od swego szwagra, Lee Calhouna, trochę grosza, ale to nie było w jego stylu; wolał już w lokalnym sklepie chwycić za poły marynarki właściciela i przygwoździć go do ściany.

- Domagał się jedzenia - mówi Jerry Lee. - Mówił takiemu facetowi: "Patrz, masz sklep pełny żywności, a ja nie mam czym nakarmić żony i dzieciaków". I wychodził z tym, co chciał dostać, a potem, jak miał jakimś cudem pieniądze, wracał i spłacał dług. Jedyne, czego jestem pewien, to że tata nigdy nie dopuścił do tego, byśmy głodowali.

Elmo osuszał bagna, wykopywał karcze i stał z innymi mężczyznami w kolejce po jakąkolwiek robotę, jaka by się znalazła. Oni wszyscy, nawet ci, którzy zeszli na złą drogę, a także ich rodziny, modlili się, by ten koszmar się wreszcie skończył. Bo jak można było żyć w świecie, w którym ludzka praca była warta tyle co nic?

Tak naprawdę w regionie był tylko jeden pracodawca. Po rajdzie agentów federalnych, kiedy to wysłano za kratki Elmo i innych krewnych, Lee Calhoun zaprzestał nielegalnego procederu na... tydzień. Po czym znalazł miejsce na kolejną kryjówkę w lesie i zainstalował tam kadź z podobnie nowiutkiej miedzi, błyszczącą niczym nowo wypuszczona moneta. Wkrótce krewni Calhouna znowu produkowali dobrze sprzedający się alkohol. W owych czasach tylko jedno było pewne: żaden człowiek, nawet w najgorszym położeniu, nie był tak biedny, by nie móc się urżnąć. Ale konsekwencje ponownego przyłapania były teraz znacznie poważniejsze. Elmo i ci, których z nim aresztowano, zostali po wyjściu na wolność recydywistami, zatem w razie kolejnych kłopotów z prawem nie mogli liczyć na przychylność sądu federalnego. Mamie poprosiła Elmo, by nie wracał do tego biznesu, ale nie można było przecież zaprzeczyć, że pieniądze z bimbru były o niebo większe niż te, które mógł zarobić, pracując na polu. A poza tym mieli już dług u Lee Calhouna, mieszkali w należącym do niego domu i uprawiali jego ziemię, z której jakoś nie dawało się wyżyć.

Lee ucieszył się, że Elmo wrócił do bimbrowniczego interesu. Był w tym tak dobry jak przy stolarce czy na polu. Rąbał drzewo jak szalony, gotował zacier całą dobę na okrągło, rozwoził setki galonów whiskey tygodniowo w zarejestrowanej na swoje nazwisko starej półciężarówce, pod plandeką, ryzykując bardzo wiele. Tymczasem popyt na napoje wyskokowe rósł, śladem czego rosła i produkcja.

- Ludzie brodzili po kolana w bimbrze - wyjaśnia Jerry Lee, który od dziecka słuchał opowieści o magicznej kadzi wujka. - To znaczy, pił tu dosłownie każdy. A była to podobno najlepsza whiskey w Luizjanie.

Mamie jakoś oswoiła się ze strachem i z podniesioną głową wchodziła teraz do sklepu, wiedząc, że dolary zarobione na bimbrze są tak samo zielone jak każde inne, a prawdziwym wstydem jest wchodzenie bez pieniędzy i żebranie. I wszystko znów zaczęło wyglądać pięknie, dopóki w marcu 1938 roku Elmo nie został zatrzymany na blokadzie drogowej. Tego dnia nawet nie pracował przy bimbrze, nie rozwoził alkoholu, ale został mimo wszystko uznany za winnego.

- Dorwali tatę z jednym jedynym galonem whiskey w półciężarówce. Jeden galon! To nawet nie było na sprzedaż!

Skazano go na pięć lat. Pocałował i przytulił chłopców na pożegnanie. Jerry Lee był za mały, by rozumieć, co się dzieje, natomiast Elmo junior miał już prawie dziewięć lat, choć też chyba nie orientował się we wszystkim. Skutego kajdankami Elmo zawieziono ponownie do więzienia w Nowym Orleanie. Mamie wróciła z chłopcami do wynajmowanego domu i od Lee Calhouna usłyszała te same słowa, co poprzednio - że zadba o to, by nie zabrak­ło im niczego. I swego słowa Calhoun dotrzymał. Można nawet powiedzieć, że materialnie Mamie miała się teraz lepiej niż wtedy, kiedy jej mąż był na wolności, tyle że była bardzo samotna. Znajomi poklepywali ją po ramieniu i mówili, że będą się za nią modlić.

Posiadanie męża odsiadującego wyrok za bimber uchodziło w tamtych czasach za coś zaszczytnego, dla sąsiadów Mamie w każdym razie nie za coś bardziej wstydliwego od kopania rowów. Frank i Jesse Jamesowie, podobnie jak bracia Youngerowie, mówili to samo o obrabowywaniu banków i pociągów; takie to były czasy. Produkowany cichcem alkohol płynął szerokim strumieniem, z którego pili, szukając pocieszenia w tych trudnych czasach, zarówno grzesznicy, jak i świętoszkowie; trudno zatem było z nim walczyć także z ambony. Człowiek przepracowywał przy bimbrze całą sobotę, a w niedzielę rano ubierał się odświętnie i bez wielkich wyrzutów sumienia szedł do kościoła. Zielonoświątkowcy, ludzie nawykli do ciężkiej pracy, szybko dostosowali się do rzeczywistości i zaczęli tolerować bimbrownictwo w stopniu, w jakim nie tolerowaliby żadnego innego grzechu. Był to, owszem, grzech, ale chodziło tu przecież o przetrwanie. Dla ludzi takich jak Lee Calhoun kościół był po prostu miejscem, gdzie zbierała się jego klientela. Oficjalnie zielonoświątkowcy popierali abstynencję i nawet bez zachęty władz byli przeciwni obecności alkoholu w sklepach. Legalnego alkoholu.

Kiedy Jerry Lee zbliżał się do swych trzecich urodzin, Elmo junior pisał już i śpiewał własne piosenki w kościele, czy raczej pod wielkim namiotem, gdzie przed zbudowaniem prawdziwego kościoła zbierali się wierni. Mamie wydawało się wtedy, że marzenie jej męża, by ich syn wystąpił na prawdziwej scenie, wkrótce się spełni i nie była to tylko przesadna matczyna wiara w możliwości dziecka. Chłopiec ten naprawdę miał talent - potwierdzały to osoby również spoza ich rodziny, zarówno w kościele, jak i na ulicach miasteczka. Mamie wiedziała, że tak utalentowani artyści zarabiali niezłe pieniądze, śpiewając o Jezusie, a co więcej, pracą zapewniali swej duszy przyszłe miejsce w niebie. Marzyła o tym, że jej dziec­ko będzie żyć i śpiewać w świecie bez więzień i konieczności zajmowania się nielegalnym bimbrem czy podobnymi praktykami. A być może chłopak będzie nawet jeździć po całym kraju i śpiewać przed wiernymi jako duszpasterz, a ona będzie oczywiście jeździć wraz z nim i siadywać zawsze w pierwszym rzędzie? Na razie wystarczał jej jednak jego piękny głos, działający jak balsam na kobiece rozterki i samotność.

- Ludzie mówią, że nie mogę go pamiętać, ale pamiętam - mówi Jerry Lee. - Pamiętam, jak byliśmy raz na podwórku, kopałem w ziemi łyżką i usłyszałem, jak mama woła: "Junior, patrzysz na braciszka?". A on odkrzyknął: "Tak, mamo, mam go stale na oku". Bawiliśmy się pod starymi domami, ja byłem w pieluchach. Stare domy stawiano na palach, co najmniej półtora metra nad powierzchnią ziemi, przygotowane na wielką falę. No i my, dzieciaki, wchodziliśmy pod te domy i grzebaliśmy w miękkiej ziemi. Cały czas go widzę, jego blond włosy, ubranko dziecięce. Widzę go tak wyraźnie jak teraz ciebie.

W czasie gdy Junior był już na tyle duży, by mieć swój pierwszy występ solo w kościele, zielonoświątkowcy otworzyli przy Texas Avenue stałą świątynię z desek i bali, którą nazwali Domem Boga Żywego, i mogli wreszcie pozbyć się rozwieszanego na drzewach namiotu z obdartego płótna. Ale budowla - prosta konstrukcja unosząca się dzięki bryłom zgniecionego żużlu ponad zalegającym na Texas Avenue błotem - mogłaby wcale nie powstać, gdyby nie potrzeba zapewnienia dachu nad głową synom Mamie i ich kuzynom, co do których prorokowano, iż zostaną wielkimi talentami wokalnymi. Ludzie wierzyli, że budowę zamówił i przeprowadził sam Bóg. Miał On nawiedzić dwie kobiety modlące się na klęczkach w pensjonacie w miasteczku Mobile w odległej o dwa stany Alabamie. Powiedział im, by pojechały do Ferriday i uratowały to grzeszne miejsce od zagłady, jako że i tam są Jemu posłuszne dusze, podobne do diamentów pobłyskujących w szarym popiele.

Mniej więcej wtedy, kiedy Elmo po raz drugi trafił za kratki, niejaka Leona Sumrall i jej matka, którą każdy nazywał po prostu Matką, planowały wybrać się do St. Joseph w Luizjanie, by zbudować tam kościół. Obie należały do wspólnoty zielonoświątkowców, dość młodej sekty, która powstała w XX wieku, lecz bardzo szybko rozprzestrzeniała się wśród zdesperowanych mieszkańców miasteczek i osiedli robotniczych w latach wielkiego kryzysu. Leona opisała później szczegółowo te wydarzenia we własnej książce. Napisała, że modląc się w pensjonacie w Mobile, usłyszała, jak Bóg mówi jej, by porzuciła swój plan, gdyż pilniejsza jest budowa kościoła w Ferriday.

- Bóg mówił do nas poprzez proroctwo Świętego Ducha: "Mam w tym miasteczku cenne skarby. Są ukryte i zwykli ludzie ich nie widzą. Mój Duch uformuje te klejnoty. Ich oddanie będzie oddziaływać na wszystkich dookoła. By zachować ten skarb w stanie nienaruszonym, należy kopać niezwykle ostrożnie. Wasza cierpliwość zostanie wystawiona na próbę, ale ja uratuję te skarby niczym czyste złoto. Wasze życie zaświadczy o mojej wielkiej miłości do ludzi, których przyciągnę do siebie. Zobaczą oni, że wasze oddanie nie jest płytkie i będą starali się żyć tak, jak wy po chrześcijańsku żyjecie".

W tym samym momencie te same słowa usłyszała w swej głowie matka Leony.

- Czy Bóg przemówił też do ciebie? - spytała wówczas córkę.

- Tak.

- Chodzi o Ferriday w Luizjanie?

- Tak!

Przyjechały w długich białych sukniach, nie miały pieniędzy ani żadnego miejsca, by przenocować. Leona, wówczas jeszcze nastolatka, była kaznodziejką głoszącą konieczność odrodzenia moralnego. W tamtych czasach kaznodziejom wystarczała piędź suchej ziemi, na której mogliby stanąć. Pytała ludzi, czy znają jakieś miejsce w Ferriday, gdzie mogłaby przeprowadzić "spotkanie odrodzeniowe", i wskazano jej kępę chaszczy przy Texas Avenue, obok sklepiku charytatywnego Legionu Amerykańskiego. Pościnały gałęzie z drzew i zrobiły z nich zadaszenie, po czym z bali przybitych do karczów wykonały ławy dla wiernych. Z podarowanego im drewna zrobiły mównicę dla kaznodziei. Właściciel tego miejsca, biznesmen z Ferriday Perry Corbett, powiedział, że da im je w darmową dzierżawę na dziewięćdziesiąt dziewięć lat, o ile rzeczywiście zbudują tu stały kościół. W miasteczku tak pełnym grzechu jak Ferriday ludziom naprawdę był on potrzebny.

- Żony modliły się o to, by Bóg zstąpił w to grzeszne miejsce - mówi Gwen Peterson, której matka, Gay Bradford, wychowała się przy kościele.

Obie panie Sumrall były misjonarkami Zboru Bożego, jednego z najbardziej purytańskich odłamów zielonoświątkowców. Kobiety w tej społeczności nie nosiły makijażu i nie chodziły do fryzjera. Ubierały się skromnie, w długie suknie, bez koronek na rękawach czy pod szyją. Zasady wiary zabraniały im kąpieli w miejscach publicznych czy tańczenia. Sekta odrzucała hazard, kino, tytoń i alkohol - choć tu, jak wspomnieliśmy wyżej, problem był bardziej zawiły - jako grzechy cielesne. W zamian za to jej członków miała w przyszłości czekać nagroda. Wspaniała religia dla pracujących kobiet i mężczyzn, którzy nie posiadali niemal niczego. Zbór Boży wierzył w uzdrawianie i cuda. Wierzył w moc widzenia, w ducha, który opanowywał człowieka i trząsł nim tak, że ten omal nie umierał, wierzył także w przemawianie językami, których mówiący nigdy się nie uczył.

- Bóg chce zmienić to miasto! - krzyczała Leona, a niektórzy z przypadkowych słuchaczy zastanawiali się, czy nie postradała zmysłów. Pod koniec dnia, w trakcie którego obchodziła ze swą misją wszystkie zakątki okolicy, siadła na werandzie domu, który jej i jej matce podarowano, i zdjęła buty z krwawiących stóp.

Lee Calhoun, jako najgrubsza ryba w okolicy, spotkał się z obiema paniami, gdy te szykowały się do przeprowadzenia pierwszego z "odrodzeń". Sam niezbyt często przekraczał próg świątyni, ale ogólnie był za budową kościołów. Przywitał się z paniami Sumrall, przyjął zaproszenie na "odrodzenie" i życzył im powodzenia.

Pierwszego wieczoru przyszło tyle osób, że nie zmieściły się na przeznaczonym pod kościół terenie, a samochody zablokowały wąską uliczkę. Leona otworzyła Biblię na Apokalipsie. "I osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano, według ich czynów. I morze wydało zmarłych, co w nim byli, i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych, co w nich byli, i każdy został osądzony według swoich czynów. A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia. To jest śmierć druga - jezioro ognia"[13]. Słuchali tego bogobojni ludzie, stojąc ramię w ramię z pijakami, hazardzistami, prostytutkami i złodziejami. Kiedy Leona ich wezwała, podeszli do ołtarza, dziesiątkami, wyznając litanię grzechów. Jednym z pierwszych, którzy się nawrócili, był któryś z Herronów, a po nim jeden z jego krewniaków. Wkrótce Lee Calhoun zdecydował się sypnąć groszem i tak powstał kościół.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Parafia (parish, zwana też parafią cywilną) jest w Luizjanie podstawową jednostką podziału terytorialnego. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

[2] Czekaj na mnie, kochanie, / gdzieś tam w cieniu palm.

[3] Nadawana w radiu WSM z Nashville, od 1925 roku do dziś, popularna sobotnia audycja z muzyką country.

[4] Assemblies of God (Zbory Boże), nazwa największego nurtu zielonoświątkowców.

[5] W nieco odbiegającym od wierności tłumaczeniu: Wpadajcie, chłopaki, tu do mnie na garaż, / kurczaka na boczku upichci dziś stara.

[6] The Father of Waters - określenie Missisipi, oparte na błędnym tłumaczeniu jej nazwy w języku Odżibwejów, w którym mississippi znaczy "wielka rzeka".

[7] Jestem jak drzewo posadzone nad rzeką. / Nic mnie nie poruszy.

[8] Drwal wielkolud z amerykańskiego folkloru.

[9] Under the Hill - położona na brzegu Missisipi najstarsza część Natchez, w drugiej połowie XIX wieku znana między innymi z domów publicznych.

[10] Ustawy obowiązujące po wojnie secesyjnej na poziomie stanów lub hrabstw amerykańskiego Południa, ograniczające prawa byłych murzyńskich niewolników. Ich nazwa pochodzi od pogardliwego określenia czarnoskórych - Jim Crow.

[11] Kupię sobie ja pukawkę, która robi wielki trzask, / i zastrzelę biedną Thelmę, patrząc, jak pada na płask.

[12] The Carter Family - rodzinny zespół amerykański, grający w latach 1929-1943 muzykę country.

[13] Tłumaczenia cytatów biblijnych podano za Biblią Tysiąclecia.