Ingmar Ingmarson dojechał do miasta i szedł teraz zwolna
drogą, ku głównemu więzieniu powiatowemu, które sterczało wysoko na
małem wzgórzu poza miejskiemi plantami. Nie oglądał się wcale lecz
wlókł się ze spuszczonemi w dół powiekami tak ociężale, jak gdyby
był starcem.
Ze względu na poważną sprawę zdjął był swój barwny strój narodowy
i włożył czarne sukienne ubranie z krochmalnym przodem białym,
trochę już zmiętym. Był w uroczystym nastroju, ale zarazem pełen
trwogi i niechęci. Teraz stanął na wielkim placu wysypanym piaskiem przed więzieniem,
ujrzał strażnika i zapytał czy Brygita, córka Erika wyjdzie dziś z
więzienia. "Tak, zdaje mi się, że dziś kogoś wypuszczają" - odrzekł
strażnik. - Czy to ta, co siedziała za dzieciobójstwo? - zapytał
Ingmar. "Tak to ona; dziś rano mają ją wypuścić". Ingmar nie odszedł lecz stanął pod drzewem aby poczekać; ani razu
nie odwrócił oczu od bramy więziennej. "Wielu z tych, którzy tu
weszli nie miało przyjemnego życia" pomyślał. "Nie chcę przesadzać,
ciągnął dalej w myśli, ale niejeden może z tych, co tu weszli miał
mniej ciężkie życie, niż ja, będąc wolny". "Tak, tak, Wielki Ingmar przecie dokonał tego, że dziś narzeczoną
swą z więzienia zabiorę" rzekł znów. "Nie mogę jednak twierdzić, iż
młody Ingmar cieszy się z tego; wolałby był, iżby narzeczona wyszła
doń przez bramę tryumfalną z matką u swego boku, wiodącą ją do
narzeczonego, I wszyscy w licznem gronie gości weselnych
pojechaliby do kościoła. A narzeczona siedziałaby w pięknym stroju
obok niego, uśmiechając się pod ślubnym wiankiem". "Brama otwarła się kilkakrotnie; wyszedł proboszcz, wyszła żona
dyrektora więzienia i służące jej, zdążające do miasta; nareszcie
wyszła Brygita. Gdy brama się otwarła, czuł Ingmar, że mu się serce
ścisnęło. "Teraz ona idzie", pomyślał. Przymknął oczy, był jakby
sparaliżowany i nie ruszył się. Gdy ochłonął i spojrzał, stała na
stopniu przed bramą. Widział, że zatrzymała się na chwilę. Odsunęła chustkę z głowy i
jasnemi oczami patrzyła w dal. Więzienie leżało wysoko ponad
miastem i po przez okoliczne miejscowości i lasy mogła ujrzeć góry
swej wsi rodzinnej. Teraz spostrzegł Ingmar, że jakaś niewidzialna moc potrząsa nią i
przygnębia ją. Zakryła rękami twarz i usiadła na stopniu. Ze swego miejsca słyszał wyraźnie, że płakała. Przeszedł przez plac żwirem przysypany, stanął obok niej i czekał.
Płakała tak gwałtownie, że nie słyszała nic i musiał długo czekać.
- "Nie, płacz tak Brygito", rzekł nareszcie. - "Oh Boże! to ty
jesteś tu?" zawołała. W tej chwili wszystko co mu wyrządziła
stanęło jej przed oczyma wyraźnie, i równie wyraźnie zrozumiała,
ile go kosztować musiało to przyjście. Wydała okrzyk radości
rzuciła mu się na szyję i płakała znowu "Ach, jakże pragnęłam, abyś przyszedł! rzekła.- Ingmarowi serce
mocno uderzać zaczęło, że cieszyła się jego przyjściem. "Co mówisz Brygito, czy doprawdy tęskniłaś za mną?" - zapytał
wzruszony. - "Tak, chciałam cię prosić o przebaczenie". Lecz Ingmar wyprostował się zupełnie i stał się zimnym jak posąg
kamienny. - "Znajdzie się już ku temu. sposobność" rzekł, "sądzę
jednak, że nie możemy tu dłużej stać". - Nie, to nie jest stosowne
miejsce", rzekła z pokorą. - Zajechałem do kupca Lofberga", rzekł
Ingmar odchodząc. - Tam stoi też mój kufer". - "Tak widziałem, że
stoi tam" - rzekł Ingmar, "jest za wielki, aby go z tyłu na wóz
postawić, musimy go tu zostawić i potem posłać po niego". - Brygita
stanęła i spojrzała na Ingmara. Była to pierwsza aluzya, że ma
zamiar wziąć ją ze sobą do domu. - "Otrzymałem dziś list od ojca;
pisze mi, że ty również jesteś za tem, ażebym wyjechała do
Ameryki". - Sądziłem, że dobrze będzie, jeżeli będziesz miała
wybór; nie byłem pewnym, czy zechcesz iść ze mną". Zauważyła, że
nie powiedział, iż sam sobie tego życzy, przyczyną jednak mogło być
to, że nie chciał jej na nowo zmuszać. Zamyśliła się głęboko. Nie
było to z pewnością rzeczą pozazdroszczenia godną, sprowadzić taką,
jak ona osobę na dwór ingmarowski. "Powiedz mu, że chcesz wyjechać
do Ameryki, będzie to najlepsza przysługa jaką mu możesz
wyświadczyć", mówiła sobie w duchu. "Powiedz mu, powiedz mu to" -
tak napędzała się sama. Lecz jeszcze gdy to myślała, słyszała, że
ktoś powiedział: "Obawiam się, że nie jestem dość silną, ażeby do
Ameryki wyjechać, powiadają, że tam trzeba ciężko pracować", i
zdawało jej się, że to nie ona mówiła, lecz jakaś zupełnie inna
osoba. "Tak, słyszałem, że tak mówią", rzekł Ingmar z cicha.
Brygita wstydziła się teraz przed samą sobą, gdy pomyślała, że
właśnie dziś rano mówiła do księdza, że wejdzie teraz w świat jako
nowy i lepszy człowiek. Bardzo niezadowolona z siebie, szła dalej i
rozważała, jakby cofnąć swoje słowa, ale skoro tylko miała już
wyrzec stanowcze słowo, powstrzymywała ją myśl, że byłaby to czarna
niewdzięczność z jej strony, gdyby go znów odtrąciła, gdy on
widocznie jeszcze ją kocha. "Gdybym mogła czytać w jego myślach!"
myślała. Wtem Ingmar spostrzegł, że Brygita stanęła i oparła się o mur.
"Jestem oszołomiona tym hałasem i tylu ludźmi". Wyciągnął rękę,
którą ona ujęła i szli tak ręka w rękę przez ulicę. "Wyglądamy
teraz jak para narzeczonych", pomyślał Ingmar, lecz rozważał wciąż,
jak też to będzie gdy przyjdzie do domu, i jak sobie poradzi z
matką i z wszystkimi innymi. Gdy przyszli przed dom Löfberga, rzekł Ingmar, iż koń jego już
wypoczął, i że proponuje zatem, jeżeli Brygita niema nic przeciw
temu, ażeby pierwszą część drogi jeszcze dziś odbyli. Pomyślała
wtedy, że to sposobna chwila, aby mu powiedzieć że nie chce z nim
jechać. Modliła się do Boga, aby jej wskazał, czy Ingmar tylko z
litości po nią przyjechał Ingrnar tymczasem wyciągnął wózek z
szopy. Był na świeżo pomalowany, skóra błyszczała, a siedzenia były
pokryte nową materyą. Z przodu na kapie powozu wetknięty był mały,
nawpół zwiędły bukiet polnych kwiatów. Gdy Brygita to ujrzała,
zaczęła się namyślać. Ingmar wszedł do stajni wyprowadził i
zaprzągł konia. Ujrzała wtedy podobny nawpół zwiędły bukiet na
uprzęży, i teraz zaczęła już wierzyć, że kocha ją istotnie i że
najlepiej będzie milczeć. Inaczej mógłby pomyśleć, że jest
niewdzięczną i nie rozumie, jaką to wielką rzecz chce dla niej
uczynić. Wyjechali na drogę, a chcąc położyć koniec milczeniu, zaczęła go
wypytywać o różne rzeczy w domu. Przy każdem pytaniu przypominał
sobie kogoś, przed czyim sądem drżał. "Jak się ten dziwić będzie",
myślał, jak się ten ze mnie wyśmiewać będzie!" Dawał jej krótkie
odpowiedzi, i znów zdawało jej się, że powinna prosić go, ażeby
wrócili. Nie chce mnie, nie kocha mnie; robi to tylko z litości! Wkrótce przestała się pytać i w głębokiem milczeniu ujechali kilka
mil. Lecz gdy zajechali przed gospodę, widziała iż przygotowano dla
niej kawę i świeże pieczywo, a na tacy leżały też kwiaty. Domyśliła
się, że on to zamówił dla niej, jadąc tędy poprzedniego dnia. Czy i
to było tylko z dobroci i litości? Czy był wczoraj wesół? Czy dziś
dopiero żałował swego zamiaru, gdy widział ją wychodzącą z
więzienia? Ale jutro, gdy o tem zapomni, będzie znowu wszystko
dobrze. Brygita była wzruszona z żalu i pokory. Niechciała mu zrobić
zmartwienia. Może on ją przecie - - - - Przenocowali w gospodzie, a nad ranem ruszyli w drogę, a około
dziesiątej, ujechali tyle, iż mogli ujrzeć kościół swej wsi
rodzinnej. Gdy przejeżdżali przed kościołem, widzieli mnóstwo ludzi
idących do kościoła i dzwony dzwoniły. "Ach mój Boże, toż to
niedziela!" rzekła Brygita i mim woli złożyła ręce. Zapomniała o
wszystkiem, tak tylko gorąco pragnęła wejść do kościoła i
podziękować Bogu. Nowe życie w które miała wejść, byłaby chętnie rozpoczęła mszą w
starym kościele. "Chciałabym pójść do kościoła" - rzekła do Ingrnara. W tej chwili
nie myślała wcale o tem, że trudno mu było pokazać się z nią w
kościele, była przepełniona pobożnością i wdzięcznością. - Ingmar
bliskim był odmówienia jej prośby, nie przypisywał sobie tyle
odwagi, ażeby mógł spotkać się z tyloma ostremi spojrzeniami i
złośliwemi językami. "Raz przecie musi to nastąpić" - pomyślał i
skręcił na drogę wiodąca do kościoła. "Pierwej, czy później, zawsze
to przebyć trzeba". Gdy wjeżdżali na wzgórze, siedziało na niskim kamiennym murze
wiele ludzi, którzy, czekając na rozpoczęcie mszy, spoglądali
tymczasem na przybywających. Skoro poznali Ingmara z Brygitą,
poczęli szeptać, potrącać się wzajemnie i wskazywać na nich. Ingmar
spojrzał na Brygitę; siedziała ze złożonemi rękami, i zdawało się,
iż nie wie, gdzie jest. Nie widziała ludzi, ale tem lepiej widział
ich Ingmar, kilku z nich nawet biegło za wozem. Nie dziwiło go to
wcale, że biegli za nim i że się na nich gapili! Nie mogli być
pewni, że dobrze widzieli, nie mogli bowiem pomyśleć sobie, że on z
tą która jego dziecko udusiła, przyjedzie do Domu Bożego. "Tego już
za wiele", pomyślał sobie, "tego nie zniosę". Najlepiej będzie, jeżeli zaraz wejdziesz do kościoła", - rzekł
pomagając jej przy wysiadaniu. - "Tak jest" odrzekła, gdyż przyszła
tu, aby być na mszy, nie zaś aby się spotkać z ludźmi. Ingmar nie
stracił wiele czasu z wyprzygnięciem i pożywieniem konia. Wiele
oczy zwróconych było na Ingmara, lecz nikt doń nie przemówił. Gdy
był gotów nareszcie, i wszedł do kościoła, wszyscy już prawie byli
na swoich miejscach i rozpoczął się już śpiew. Idąc przez nawę
kościoła szerokiem przejściem, spojrzał na stronę kobiecą.
Wszystkie ławki były obsadzone z wyjątkiem jednej, na której
siedziała tylko jedna osoba. Spostrzegł natychmiast, że była to Brygita, i odgadł, że nikt nie
chce obok niej siedzieć. Uszedł jeszcze kilka kroków, potem zwrócił
się do oddziału kobiecego i usiadł obok Brygity. Brygita spojrzała
zdziwiona, gdy zbliżył się do niej. Przedtem nie zwróciła na to
uwagi, lecz teraz odgadła, że nikt nie chciał obok niej usiąść.
Wtedy uroczysty niedzielny nastrój, który przejmował ją przedtem,
zamienił się w głęboki smutek. Co też z tego będzie? Ach, nie
powinna była nigdy z nim wrócić! Łzy stanęły jej w oczach, a nie chcąc płakać otworzyła stary
śpiewnik, leżący przed nią i zaczęła czytać. Przerzucała ewangelie
i listy, ale poprzez łzy, których powstrzymać nie mogła, nie
rozróżniała liter. Wtem coś czerwonego zabłysło jej przed oczyma;
był to leżący między kartkami znaczek z czerwonem sercem Wzięła go
i podsunęła Ingmarowi. Wiedziała, że trzymał go w swej wielkiej dłoni i spoglądał nań z
ukradka. Lecz wkrótce potem leżał na ziemi. "Co się z nami stanie,
co się z nami stanie? myślała Brygita i łzy jej spływały na
śpiewnik. Wyszli z kościoła skoro tylko ksiądz zszedł z ambony, Ingmar
zaprzęgał wózek pospiesznie i Brygita pomagała mu przy tem. Gdy
wygłoszono błogosławieństwo, zaśpiewano końcowe zwrotki i ludzie
zwolna zaczęli wychodzić z kościoła, Brygita i Ingmar byli już w
drodze do domu. Oboje myśleli prawie to samo, Kto popełnił taką,
zbrodnię temu nie wolno już żyć między ludźmi. Oboje czuli że
siedzieli tam w kościele jak gdyby pod pręgierzem. "Tego nie
wytrzymamy oboje" myśleli. W pośród swego smutku ujrzała Brygita dwór Ingmarowski, i prawie
nie poznała go, tak Błyszczał swą nową czerwonością. I przyszło jej
na myśl, że zawsze mówiono o tem, iż dwór pomalują na czerwono, gdy
się Ingmar ożeni. Wtedy zaś odłożyli wesele, bo nie chciał wydać
pieniądzy na pomalowanie domu. Ach, Brygita dobrze to czuła,, że
chciał wszystko zrobić jak najlepiej, lecz że potem przychodziło mu
to z wielką trudnością. Gdy dojeżdżali do ingmarowskiego dworu domownicy, byli właśnie
przy obiedzie. "Przyjechał pan", rzekł jeden z parobków, patrząc
przez okno Matka Marta wstała, lecz zaledwie podniosła ospałe
powieki. "Zostaniecie tu wszyscy" rozkazała, niechaj nikt nie
wstaje od stołu". Stara kobieta ociężale przeszła przez izbę. Ludzie patrzący za nią
dziwili się, że jak gdyby dla nadania sobie większej powagi, była w
stroju niedzielnym i miała jedwabny szal na ramionach i jedwabną
chustkę na głowie. Stała już na progu u wejścia, gdy powóz
nadjechał. Ingmar szybko zeskoczył. Brygita jednak została w powozie.
Przeszedł na drugą stronę ku niej, i odpiął skórę powozową. "Czy
nie chcesz wysiąść"? - "Nie, nie wysiędę." - Wybuchła płaczem i zakryła twarz rękami. -
"Nie powinnam tu była wrócić", rzekła łkając. - "Ach, zejdź przecie z powozu", rzekł Ingmar. - "Pozwól mi wrócić do miasta, nie jestem ciebie warta". - Ingmar
może myślał, że ma słuszność, nie wypowiedział tego jednak; trzymał
wciąż skórę z powozu i czekał. - "Co ona mówi?" zapytała matka
Marta na bramie. - "Mówi, że nie warta nas" rzekł Ingmar, gdyż Brygita z płaczu nie
mogła ani słowa wymómić. - "Dlaczego płacze?" zapytała stara. -
"Bojestem nieszczęśliwa grzesznica", rzekła łkając Brygita i
przyciskała rękę do serca, bo zdawało jej się, że jej z bolu
pęknie. - "Co ona mówi?" zapytała znów stara. - "Bo jest
nieszczęśliwą grzesznicą", powtórzył Ingmar. - Słysząc, że Ingmar powtarza jej słowa głosem chłodnym i
obojętnym, zrozumiała Brygita nagle całą prawdę. Nie, nie mógłby
tak stać i powtarzać matce jej słowa, gdyby mu coś na niej
zależało, gdyby czuł dla niej chociażby odrobinę miłości. Teraz nie
miała już potrzeby pytać, wiedziała już wszystko, czego jej trzeba
było wiedzieć. "Dlaczego nie wysiada?" zapytała stara. Brygita stłumiła łzy i odpowiedziała sama donośnym głosem:
"Dlatego ponieważ nie chcę Ingmara do nieszczęścia doprowadzić" - "Zdaje mi się, że ona ma słuszność", rzekła matka, "pozwól jej
odejść młody Ingmarze. Jeżeli nie, to ja odejdę, wiedz o tem, nie
mogę z taką ani jednej nocy pozostać pod jednym dachem"... "Boże, mój Boże, zabierajmy się już stąd!" błagała Brygita. -
Ingmar zaklął, nawrócił powóz i wskoczył na siedzenie. Sprzykrzyło
mi się już wszystko, i nie miał ochoty dłużej walczyć". Gdy byli znów na gościńcu, spotykali co chwila ludzi wracających z
kościoła. Było mu to przykro, Ingmar zboczył więc nagle na wązką
leśną drożynę, która dawnemi czasy służyła za gościniec Była
kamienista i nierówna, jednokonką jednak można nią było jechać. Właśnie gdy skręcał na tę drogę, ktoś wołał za nim. Spojrzał w
tył; był to listonosz, który mu wręczył list. Ingmar wziął go,
włożył do kieszeni i puścił się w las. Gdy był już tak daleko, że go z gościńca nikt widzieć nie mógł,
zatrzymał konia i wyjął list, lecz w tej chwili Brygita położyła mu
rękę na ramieniu. "Nie czytaj go", rzekła. "Nie mam go czytać?". -
"Nie nie warto go czytać". - "S&ąd możesz to wiedzieć?" - To list odemnie". "Więc możesz powiedzieć mi sama, co w nim jest". - "Nie, nie mogę". Spojrzał na nią; była mocno zarumieniona, a w oczach jej malowała
się trwoga. "Zdaje mi się, że przecie przeczytam ten list, rzekł
Ingmar. Chciał go otworzyć, lecz ona próbowała mu go wydrzeć. Oparł
się jednak i udało mu się otworzyć kopertę. "O, mój Boże!" płakała,
że też niczego nie można mi oszczędzić!" "Ingmarze - błagała - przeczytasz go za kilka dni, po mojem
wyjeździe". Rozłożył już list i zaczął go czytać. "Posłuchaj,
Ingmarze to ksiądz więzienny namówił mnie do napisania tego listu,
i przyrzekł mi, że go zatrzyma przy sobie, i wyszle dopiero, gdy
będę na okręcie. Teraz wysłał go zbyt za wcześnie, nie masz więc
prawa czytać go teraz. Dopiero gdy wyjadę, możesz go przeczytać. Ingmar spojrzał na nią z gniewem, skoczył z powozu, jak gdyby
chciał mieć od niej spokój, i zabrał się do czytania listu. Brygita
była teraz w takiem rozdrażnieniu, jak dawnymi czasy, gdy nie mogła
swojej woli wykonać. - "To nie prawda, co tam stoi! To ksiądz mię
namówił! Nie kocham cię, Ingmarze!" Ingmar popatrzył na nią
zdziwionym wzrokiem. Wtedy umilkła, poddała się znów w pokorze,
której nauczyła się w więzieniu i uspokoiła się. Zresztą, czyż nie
zasłużyła na to wszystko! Ingmar z trudem odczytywał list..Nagłe zmiął go niecierpliwie, a z
gardła wydobył mu się chrapliwy ton. "Nie mogę się dorozumieć
niczego!" zawołał i tupnął nogą. "Wszystko mi się miesza przed
oczyma". Obszedł powóz, zbliżył się do Brygity i chwycił ją gwałtownie za
ramię. Głos jego był gniewny i ostry, i wyglądał straszliwie. "Czy
to prawda co tam w liście napisane, że ty mnie kochasz?" zapytał
wzburzony. - "Tak" odrzekła szeptem. Potrząsł jej ramieniem i odtrącił go. - "A więc kłamiesz, kłamiesz!" zawołał. Wybuchnął głośnym, dzikim
śmiechem i wykrzywił twarz ohydnie "Bóg świadkiem", rzekła
uroczyście że codzień modliłam się, aby mi wolno było przed
wyjazdem ujrzeć cię jeszcze raz jeden". - Dokąd że to wybierasz
się? - "Wyjadę przecie do Ameryki". - "Diabła tam, wyjedziesz!" Ingmar był jakby pomieszany; chwiejnym krokiem wszedł w las,
rzucił się na ziemię i teraz na niego przyszła kolej płakać.
Brygita poszła za nim i usiadła obok niego; czuła się tak wesołą,
że ledwie mogła się wstrzymać od śmiechu. - "Ingmarze, młody
Ingmarze - rzekła, nazywając go pieszczotliwem imieniem. - "Przeciesz ty uważasz mnie za brzydkiego!" - "Tak, to prawda" - Ingmar odtrącił jej rękę. "Teraz opowiem ci wszystko", "Dobrze, opowiedz". - "Czy pamiętasz
coś powiedział przed trzema laty na rozprawie?" - "Tak". - "Że
ożeniłbyś się ze mną, gdybym się zmieniła". - "Tak przypominam
sobie". - "Ot tej chwili zaczęłam cię kochać, bo nigdy nie
uwierzyłabym, że ktoś mógłby tak postąpić. Był to czyn nadludzki,
Ingmarze, że mogłeś powiedzieć to, po wszystkiem, co uczyniłam. Gdy
wtedy spojrzałam na ciebie, Ingmarze, zdawało mi się, że jesteś
piękniejszym niż inni, mądrzejszym, niż inni, że jesteś jedynym, z
którym mogłabym żyć. Pokochałam cię serdecznie i zdawało mi się, że
należysz do mnie, i ja do ciebie. I z początku uważałam to za rzecz
pewną, ze przyjedziesz i zabierzesz mnie; ale później nie miałam
już odwagi spodziewać się tego". Ingmar podniósł głowę. "Dlaczego nie pisałaś?" "Pisałam przecie"... - "pisałaś o przebaczenie, o tem przecie nie
warto było pisać". - "O czem więc miałam pisać?" - "O tem drugiem".
- Czy ja mogłam o tem pisać, ja? - "O mało co, a nie byłbym
przyjechał". - "Ależ Ingmarze, nie mogłam przecie oświadczać ci
się, po tem wszystkiem, co ci wyrządziłam!" Ostatniego dnia w
więzieniu pisałam dlatego tylko, bo ksiądz mówił, że powinnam to
uczynić. Wziął list do siebie, i przyrzekł mi że go odeszle, po
mojem wyjeździe, tymczasem wysłał go już teraz". Ingmar ujął ją za rękę, położył rękę na ziemię i uderzył z lekka.
"Miałbym ochotę bić cię". - Możesz zrobić ze mną, co chcesz Ingmarze". Spojrzał jej w twarz,
której cierpienie dodało nowego uroku, potem wstał, pochylił się
głęboko nad nią. Ale mało brakowało, a byłbym ci pozwolił
odjechać'" - "Jednak nie mogłeś się powstrzymać i przyjechałeś". -
"Muszę ci powiedzieć, że wcale - cię nie kochałem". - "Rozumiem to
dobrze". - "Cieszyłem się słysząc, iż masz wyjechać do Ameryki". - Tak, ojciec ojciec pisał mi, żeś się tem ucieszył". - Gdy
patrzałem na matkę, myślałem, iż nie mogę jej przyprowadzić taką
synowę, jak ty". "Nie Ingmarze, to też być nie może"' - "Ile ja
przez ciebie musiałem ścierpieć! nikt nie chciał już mieć ze mną do
czynienia, dlatego, że tak źle obszedłem się z tobą". - "Zdaje mi
się, że teraz naprawdę bijesz mnie Ingmarze". - O tak, nikt nie ma
wyobrażenia o tem, jak strasznie jestem zły na ciebie". Siedziała całkiem spokojnie. "Jeśli pomyślę ile się wycierpiałem
przez tyle miesięcy!" rozpoczął znowu - "Ależ Ingmarze!" - "Ach,
nie dlatego zły jestem na ciebie, lecz dlatego, że mógłbym ci był
pozwolić odjechać!" - "Czy nie kochałeś mnie Ingmarze?" - "O nie!"
- "I podczas podróży do mnie, nie kochałeś mnie?" - "Ani na chwilę!
Byłaś mi wstrętną". - "Kiedyż znów miłość wróciła?"? - Gdy list
dostałem". - "Tak, widziałam, że u ciebie to już minęło, i dlatego
myślałam, że to wstyd dla mnie, abyś się dowiedział, że u mnie się
właśnie rozpoczęło". Ingmar śmiał się z cicha. "Co ci się stało Ingmarze?" - "Myślę o
tem, że z kościoła uciekliśmy, a z ingmarowskiego dworu wypędzono
nas". - "I śmiejesz się z tego?" - "Bo czyż to nie śmiesznie?
Musimy teraz jak włóczędzy przenocować pod gołem niebem. Gdyby to
ojciec wiedział!" - "Śmiejesz się teraz, ale to być nie może, to
być nie może, i to moja wina". - "Jakoś to będzie" odrzekł, teraz
nietroszczę się już o nikogo, tylko o ciebie". Brygita była bliską płaczu z trwogi, lecz on chciał bezustannie
tylko słyszeć o tem, że o nim myślała i tęskniła za nim. Powoli
uspokoił się, jak dziecko, któremu śpiewają kołysankę. Wszystko
jakoś stało się inaczej, niż Brygita myślała. Myślała że skoro
przyjedzie, natychmiast będzie mówiła o swej winie i powie mu, jak
ją to przygniatał i jak się czuje złą, Powie też jemu, albo matce
albo komukolwiek, kto po nią przyjedzie, że dobrze wie, o ile niżej
od nich stoi, i że nie myśli wcale uważać się za równą im. A
tymczasem nic z tego wszystkiego nie powiedziała. Ingmar przerwał jej nagle i rzekł z cicha: "Chciałabyś mi coś
powiedzieć". - Tak chciałabym bardzo". - "Coś o czem myślisz
bezustannie". - "Tak w dzień i w nocy". - Więc powiedz teraz,
będziemy to znosili we dwoje". Popatrzył jej w oczy, które miały
wyraz trwożny i pomieszany, ale uspokoiły się w miarę, gdy mówiła o
swej tajemnicy. "Teraz już ci lżej będzie", rzekł, gdy skończyła. -
"Tak, teraz jest mi już zupełnie dobrze" rzekła. "To dlatego, że
teraz nosimy to we dwoje. Teraz już nie zechcesz odejść!" - "O nie,
tak bardzo pragnęłabym zostać", rzekła składając ręce. "A więc, jedziemy do domu", rzekł Ingmar, wstając. - O nie, nie
mam odwagi", rzekła Brygita. - E, matka nie jest tak niebezpieczna,
jeżeli tylko zrozumie, że sam wiem czego chcę". - "Nie, nie chcę
wypędzać jej z własnego domu. Nie widzę innego wyjścia, prócz
wyjazdu do Ameryki". - "Wiesz co ci powiem", rzekł Ingmar uśmiechając się tajemniczo,
"nie obawiaj się, jest ktoś, co nam pomoże". - "któż to taki?" -
^Mój ojciec, już on to tak ułoży, że wszystko będzie dobrze". Wtem ktoś ukazał się na leśnej ścieżce. Była to Katarzyna, lecz
nie poznali jej prawie, bo nie miała na sobie ani jarzma, ani
koszy. "Dzień dobry, dzień dobry!" - pozdrowili starą, ta zaś
zbliżyła się i ściskała ich za ręce. "Tak siedzicie sobie, a
tymczasem wszyscy parobcy z ingmarowskiego dworu szukają za wami. -
Wyszliście tak spiesznie z kościoła," mówiła stara dalej, "że nie
mogłam się do was dostać, chciałam jednak powitać Brygitę, poszłam
więc na dwór ingmarowski, a równocześnie przyszedł tam także i
ksiądz proboszcz i wszedł do sali, zanim jeszcze powiedziałam mu
dzień dobry. I zanim jeszcze podał rękę na powitanie matce Marcie,
zawołał do niej: "Teraz matko Marto, będziecie mieli pociechę z
Ingmara, teraz pokazał, iż pochodzi ze starego rodu Ingmarsonów i
my już musimy go odtąd nazywać Ingmarem Wielkim! Matka Marta nie mówi wiele, stała tylko i wciąż rozwiązywała i
zawiązywała swą chustkę. "Co ksiądz proboszcz mówi?" zapytała na
koniec" "Przywiózł Brygitę do domu", rzekł proboszcz, "i wierzcie
mi matko Marto, za ten czyn będą go wszyscy czcili jak długo żyć
będzie". - Ależ nie, ależ nie", mówiła stara. - "Straciłem niemal
wątek kazania, gdy ujrzałem ich siedzących w kościele, było to
lepszem kazaniem, niż którekolwiek z moich. Ingmar będzie nam
wszystkim dobrym przykładem, równie jak był jego ojciec. - "Ciężkie
wiadomości przyniósł nam ksiądz proboszcz", rzekła matka Marta.
"Czy jeszcze nie wrócił do domu?"' - "Nie, nie ma go w domu, ale
być może pojechali wpierw do Bergskog". "Czy matka to powiedziała?" zawołał Ingmar. Tak z pewnością, gdy
na was czekaliśmy, wysyłała jednego posłańca za drugim, aby was
szukał". Katarzyna jeszcze coś mówiła, lecz Ingmar nie słuchał już; myśli
jego odbiegły daleko. - "I wchodzę znów do sali" pomyślał, gdzie
siedzi ojciec i wszyscy Ingmarsonowie. - "Dzień dobry, Ingmarze
Wielki", mówi ojciec, wychodząc naprzeciw mnie. "Dzień dobry,
ojcze, i dzięki Wam za pomoc"...Tak teraz żenisz się dobrze", mówi
ojciec teraz wszystko już pójdzie ci gładko". - Nie byłbym nigdy
dokonał tego, gdybyście mi nie byli pomogli", mówię. - "Nie wielka
to sztuka", mówi ojciec "My Ingmarsonowie kroczymy zawsze drogą
przez Boga wskazaną".