Początkiem wielu splotów zdarzeń jest zazwyczaj ciekawość.
To ona nadaje rzeczom bieg i napędza zmiany. Nienasycona i nieposkromiona, w końcu bierze górę. Karmiona domysłami, niedopowiedzeniami, a nawet ciszą, rośnie i nabiera rozpędu. Dotyka spraw zaległych, niedokończonych, a także zapomnianych, i popycha je naprzód.
To jednak dla niej wciąż za mało. Chce więcej, dlatego nie przestaje szukać. A gdy nie znajduje, traci cierpliwość i zamiast odpuścić, jeszcze przyśpiesza. Aż wszystko zajdzie za daleko, by dało się odwrócić albo chociaż zatrzymać.
Wtedy nie da się już niczego naprawić, tak by nie pozostał ślad.
W ten sposób porzucona dawno temu historia zaczyna się toczyć na nowo, choć jeszcze nie wiadomo, dokąd zmierza. Jej pierwsze rozdziały pisze mimowolny sprawca, który przez własną ciekawość wywołał lawinę zdarzeń. Jednak ciąg dalszy nie zależy już tylko od niego. Tak samo zakończenie. Rozstrzygnie je ten, kto pierwszy odnajdzie właściwy klucz. Pod warunkiem że będzie wiedział, jak go użyć.
Czy powinien otworzyć nim wreszcie to, co zbyt długo pozostawało zamknięte? Czy raczej zamknąć coś, czego nie należało nigdy otwierać? I dlaczego to właśnie ona musiała o tym decydować? Sama...
- Nie wiem - wyszeptała żałośnie. - Naprawdę nie wiem.
Ściągnęła z nadgarstka gumkę do włosów i związała je niedbale, by nie opadały jej na twarz. A potem założyła kaptur i naciągnęła rękawy bluzy na dłonie tak mocno, jakby zamierzała schować się w niej cała. Przed sobą samą i przed całym światem. Tak, by nikt nigdy jej nie znalazł.
W jej głowie kłębiło się coraz więcej pytań, na które nikt inny nie mógł odpowiedzieć.
"Co robić dalej? Jak z tego wybrnąć? Jak cokolwiek naprawić?" Coraz mocniej jednak do niej docierało, że musi sama to jakoś poukładać, skoro sama, prawie bez niczyjej pomocy, narobiła bałaganu.
To ona wskrzesiła pogrzebaną dawno temu historię i nadała jej nowy bieg, tyle że w złą stronę. To do niej trafiła szkatułka, od której wszystko się zaczęło. A może nawet wcześniej, zanim pchnęła nieostrożnie pierwszą kostkę domina i patrzyła, jak przewracają się następne. Co prawda miała już w rękach odpowiednie narzędzie, lecz wciąż nie wiedziała, jak go użyć. Ani czy w ogóle powinna, skoro historia nie była jej. Przynajmniej do chwili, gdy się w nią wplątała.
Ciągle nie mogła uwierzyć, że przydarzyło się to właśnie jej.
"Jak to w ogóle możliwe?" To było jedno z tych pytań, które zadawała sobie najczęściej.
Była ostatnią osobą, na którą mogło paść. W końcu nikt bardziej nie dbał o to, by zawsze się trzymać z boku, nie zwracać na siebie uwagi i nie mieszać się do cudzych spraw. Dotąd całkiem nieźle jej się to udawało. Stała się dla innych prawie niewidzialna i dzięki temu bezpieczna. Niestety, z czasem też coraz bardziej samotna.
Jak większość ludzi potrzebowała kogoś, z kim mogłaby się podzielić tym, co siedziało jej w głowie. Zwłaszcza że zaczynało w niej brakować miejsca na kolejne rozterki, pytania i wątpliwości. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by wreszcie coś z siebie wyrzucić, w emocjach powiedziała za dużo.
Potem wydarzyły się inne, równie niepotrzebne rzeczy, a ona im nie zapobiegła. Ze strachu przed tym, co się może jeszcze stać, i przez ciekawość, która ją ostatecznie zgubiła. Zwiodła ją na manowce bez choćby jednej jasnej wskazówki, jak z tego wybrnąć. Mimo to przez długi czas nie przestawała jej szukać. Brnęła po omacku, dopóki całkiem się nie pogubiła. W końcu stanęła w miejscu, ale na tak niepewnym gruncie, że zaczynała grzęznąć.
Tak oto utknęła w samym środku historii, której nie rozumiała, choć mimowolnie stała się jej małą częścią. Nie znała dokładnie fabuły ani wszystkich bohaterów, więc nie mogła przesądzać też o zakończeniu. Ani o cudzym losie, skoro nie radziła sobie nawet z własnym.
Z drugiej strony wiedziała, że to tylko wymówki. Żeby nie pogrążyć się na dobre, należało wykonać jakiś ruch. Krok w przód albo nawet w tył, bo inaczej ktoś inny zrobi to za nią. I przeciwko niej, jeśli przejmie kontrolę nad przyszłymi zdarzeniami. A wtedy niczego nie da się już przewidzieć. Ani tym bardziej naprawić. Nie pozostało jej zatem nic innego, jak do wszystkiego się przyznać i opowiedzieć, jak było naprawdę.
Tak właśnie radził jej przyjaciel.
- Powiedz prawdę - mówił, gdy pytała go, co robić. - Wtedy przynajmniej będzie wiadomo, co dalej.
W myślach wracała do tych słów, usiłując przekonać do nich samą siebie. Rozwiązanie wydawało się proste, ale nie naprawiało wszystkiego.
Samo wyjawienie prawdy mogło nie wystarczyć. Potrzeba było czegoś więcej, i właśnie ona musiała to odnaleźć. Po to przyszła nad rozlewisko, bo tutaj zwykle wszystko przychodziło łatwiej. Również dobre pomysły. Po to przysiadła na drewnianej ławeczce niedaleko brzegu i czekała, coraz mniej cierpliwie, na jakieś olśnienie.
By sobie dopomóc, położyła dłonie na zdobionym wieku szkatułki. Przyniosła ją tu ze sobą, choć w ogóle nie powinna jej ruszać. Ani teraz, ani wcześniej, przed wieloma laty. Gdyby tego nie zrobiła, gdyby nie zabrała jej ze sobą, odnalazłby ją ktoś inny. Ktoś, na kogo czekała ukryta w starej ziemiance. Dlatego należało ją zwrócić. I tak właśnie by zrobiła, gdyby tylko wiedziała, kim jest ta osoba.
W nadziei na jakąkolwiek podpowiedź powiodła palcami po metalowych okuciach i krętych żłobieniach w pociemniałym drewnie. Układały się w zawiłe pędy i liście. Szeptała pod nosem różne zaklęcia, licząc na znak albo natchnienie.
Trwała tak dłuższą chwilę, ale nic nie przyszło. Nie pojawiła się żadna mądra myśl. W końcu, nie widząc innego wyjścia, powróciła do rady przyjaciela.
Przyznanie się do wszystkiego nie naprawiałoby popełnionych błędów, ale mogło pomóc uniknąć kolejnych. A może nawet niektóre cofnąć, jeśli nie tylko przeszłość, lecz także przyszłość staną się odrobinę jaśniejsze.
- Po prostu powiedz prawdę - nakazała sobie półgłosem i rozejrzała się z obawą, że może ktoś to usłyszał.
Na szczęście niepotrzebnie. W pobliżu nikt się nie kręcił i panował osobliwy spokój. Rozlewisko było zaskakująco ciche jak na tę porę dnia, kiedy zwykle wszystko wokół żyło, tętniło, brzęczało i szeleściło.
Odgłosy stały się matowe i przytłumione.
Ustało nawet skrzypienie kołysanej przez wodę kładki wiodącej do wiekowej kapliczki ze świętym, co niegdyś stracił głowę. Odzyskał ją wreszcie, ale mógł tego pożałować, gdy rozbolała go od nadmiaru grzechów wyznanych mu przez ludzi. Pewnie dlatego zniecierpliwiony nakazał Jemiołkom i rozlewisku zamilknąć, a te go posłuchały.
Wszystko, co zwykle koiło i studziło emocje, zamarło. Nawet powietrze zrobiło się nieruchome, jakby wieś na chwilę wstrzymała oddech.
Gdy zdała sobie z tego sprawę, sama również przestała oddychać. Aż zrobiło jej się słabo i przed oczami pojawiły się mroczki. Dopiero wtedy zaczerpnęła gwałtownie tchu jak tonący wynurzony nad powierzchnię wody. Tak właśnie uczyła ją Zoe. To był najlepszy sposób na oszukanie ciała, gdy stres brał górę nad rozumem. Odcięcie powietrza zwiększało napięcie, za to jego powrót dawał złudzenie, że wszystko, co złe, minęło.
Tym razem jednak tak się nie stało. Jej rozpalonej głowy nie dało się oszukać, a nerwy nie odpuściły nawet odrobinę.
- Taa, łatwo powiedzieć! Prawdę... - zawołała rozgoryczona w stronę stodoły po drugiej stronie łąki. Jej drewniane wierzeje jak zwykle były otwarte na oścież. Ktoś, kto się znajdował w środku, raczej nie mógł jej słyszeć, a mimo to zwróciła się właśnie do niego. - Sam dobrze wiesz, że to niczego nie upraszcza. Częściej bywa na odwrót - burknęła już ciszej, na wypadek, gdyby jednak jakimś cudem głos poniósł się po wodzie i dotarł do uszu przyjaciela.
Wciąż była na niego zła za to, jak podle się zachował, ale nie chciała mu dokładać kolejnych powodów do zamykania się w sobie. Ludzie dostarczali mu ich aż nadto.
Na pewno przez to cierpiał, choć nigdy tego nie okazywał. Od zawsze żył bardziej we własnym świecie niż w tym realnym. Rzadko zdradzał swoje myśli, a jeśli już, to zwykle nie te, które akurat powinien. Ciągle za to obrywał, lecz nie wyciągał z tego żadnych wniosków. Trzymanie języka za zębami, gdy sytuacja tego wymagała, wyraźnie go przerastało. Podobnie jak posługiwanie się nim w sposób zrozumiały dla zwykłych śmiertelników, co tylko pogarszało sprawę.
Zazwyczaj oszczędnie gospodarował słowami i trudno było coś z niego wydobyć. Sam decydował, kiedy się odezwać, i wtedy z jego ust płynęła tylko prawda. A ta nie każdemu się podobała. Tak jak i on sam. Nigdzie i nikomu nie pasował, bo był zupełnie inny. Nie tylko w Jemiołkach, ale pewnie wszędzie.
Z nią było podobnie, tylko z całkiem innego powodu, z czego w pewnym momencie zdała sobie sprawę. W przeciwieństwie do niego robiła, co mogła, żeby się dopasować, nawet gdy było jej niewygodnie. Nie wychylała się zanadto i nie wyjawiała większości swoich myśli, bo od dziecka uczono ją, że lepiej nie mówić nic, niż powiedzieć za dużo. Tak było bezpieczniej, a święty spokój był zawsze lepszy niż racja.
Milczenie dla własnego spokoju było w Jemiołkach dość powszechne. Nazywano je cnotą, więc częściej dotykało kobiety. To one przekazywały je sobie z pokolenia na pokolenie jak świętość.
W pewnym stopniu przyczyniły się do tego dwie jednakowe Madonny z jemiołkowskiego kościoła, włościańska i szlachecka. One także trwały w milczeniu, każda we własnej nawie, odkąd tam zawisły bardzo dawno temu. Nigdy nie przemówiły, za to jak nikt inny potrafiły słuchać i, jak to kobiety, były o wiele cierpliwsze niż święty z kapliczki na rozlewisku.
Zakorzeniły w ludziach przeświadczenie, że żal, skargi, a nawet prośby należy wyrażać jedynie w myślach. Tak, by tylko one mogły je usłyszeć i wybaczyć, jakby nikt inny nie był do tego zdolny.
Czasem tak bywało, ale przyczyna mogła być inna. Bardzo trudno darować winy i słowa, które nigdy nie wybrzmiały. Najpierw należało przerwać ciszę, bo w niej ginęła również prawda. Ta jednak rzadko przepadała na zawsze. Prędzej czy później wracała i, ubrana we właściwe słowa, odsłaniała wreszcie to, co miało się zdarzyć dalej.