?
- O Matko Boska!
Gaja zerwała się raptownie i usiadła na łóżku odrętwiała, sparaliżowana nagłym niezrozumiałym lękiem. Gwałtownie wybudzona ze snu nie mogła sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Nie trwało to długo, ale wystarczyło, by wpadła w popłoch.
Przez kilka następnych chwil nie była w stanie uspokoić oddechu ani kołatania serca, od którego dudniło jej w uszach. Masowała oburącz pulsujące skronie, usiłując zrozumieć, co się stało - na jawie bądź we śnie.
Przychodziło jej to z trudem, ponieważ w ogóle nie pamiętała, o czym śniła. Gdyby jednak to był zwykły koszmar, po przebudzeniu powinna poczuć ulgę. A skoro ulga nie nadeszła, przyczyna lęku, który wciąż nie opuszczał Gai, leżała gdzie indziej. Było to coś dużo bardziej rzeczywistego, jak krzyk, który ją obudził - jej własny, z czego zdała sobie sprawę z niejakim zdumieniem. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło, nie licząc całkiem świadomych i jak najbardziej usprawiedliwionych wrzasków w środku nocy, na przykład wtedy, gdy po jej czole spacerował pająk.
Co prawda dźwięk, który wydobył się z jej gardła, nie był tak przeraźliwy ani donośny i nie postawił na nogi połowy wsi. Jednak pośród ciszy brzmiał przeszywająco. Gaja nadal czuła nieprzyjemne kłucie w uszach, a także w innych, mniej oczywistych częściach ciała. Jednocześnie coś się nie zgadzało. Taki krzyk, nawet niezbyt głośny, powinien obudzić kogoś, kto znajdował się znacznie bliżej niż połowa wsi, bo tuż obok.
"Może jednak mi się tylko wydawało?" - zastanawiała się. Ale nie. Krzyk był rzeczywisty. Śpiący obok niej Radek również, choć czasem nadal trudno było jej w to uwierzyć. Budząc się przy nim, wiele razy szczypała się w ramię, by się upewnić, że to nie sen. Jednak teraz wiele by dała, by to, co nadal odczuwała, jej się po prostu przyśniło.
Uszczypnęła się mocno, pozostawiając na ramieniu krwisty ślad. Nie, to nie był sen. Zatem snem nie mogło być też to, co tak mocno zawładnęło jej ciałem, umysłem i stanem ducha, chociaż nadal wydawało się nierealne.
Pozostawała jednak nadzieja, że po serii niepowodzeń wszystko się ułoży, a to, co pozornie niewiarygodne, da się racjonalnie wyjaśnić. Jak wtedy, gdy w Jemiołkach wybierano niewłaściwego sołtysa albo kiedy stary Walenty spotkał na rozdrożu swoją zmarłą narzeczoną, a pewien młody Francuz, przybyły na Podlasie w poszukiwaniu przodków, odkrył niesłychaną i zdumiewającą tajemnicę swojej babki.
Tamte zdarzenia, mimo początkowych potknięć i splotu sytuacji pozornie bez wyjścia, przyniosły dużo dobrego. Natomiast to, co nadchodziło, niosło zupełnie nowy przekaz, niestety dla Gai nie do końca czytelny.
To "coś" było inne, większe, bardziej zagmatwane i mętne jak dno rozlewiska...
Gaja gwałtownie nabrała powietrza, gdy zdała sobie sprawę, że to ona będzie musiała się z tym zmierzyć, i wstrzymała oddech, kiedy dotarło do niej, że jeżeli nic nie zrobi, ucierpią na tym niemal wszyscy.
To jej przyjdzie stawić temu czoła w pierwszej kolejności, jak zawsze, ponieważ dzięki nadzwyczajnej intuicji dowiadywała się o wielu rzeczach na długo przed innymi. Dotyczyły różnych, zwykle przypadkowych osób, każdego, tylko nie jej. I właśnie to przyprawiało ją o największe dreszcze.
Gdy poczuła, że jeszcze chwila i się udusi, ze świstem wypuściła powietrze, a wraz z nim pozbyła się resztek złudzeń.
Powstrzymanie jednego gospodarza przed popełnieniem błędu, nawet gdy ten był świadom jej umiejętności, stanowiło nie lada wyzwanie. O ratowaniu wszystkich, gdyby zaszła taka potrzeba, Gaja nie chciała nawet myśleć.
Niestety z każdą chwilą coraz gorzej jej szło. Im bardziej uciekała od natrętnych i, co gorsza, przerażających myśli, tym szybciej one ją doganiały. Zaglądały w najdalsze zakamarki jej umysłu, o których istnieniu zdążyła zapomnieć, a przynajmniej tak jej się zdawało. To tam rodziły się przeczucia, kiedyś licznie, potem mniej, aż w końcu przestały się pojawiać. Gaja sądziła, że już ich tam nie ma, a one były tylko uśpione. Czekały na właściwy moment, który właśnie nadszedł...
- O Matko Boska... - powtórzyła pełnym grozy szeptem, gdy w pełni zdała sobie z tego sprawę.
- Która? - usłyszała wymamrotane sennym tonem pytanie.
Tym razem padło natychmiast, chociaż Gaja wypowiedziała swoją kwestię nieporównanie ciszej od poprzedniej. Ponadto było trochę dziwne. Człowiek, który je zadał, rzadko pytał o godzinę. Sam też nie spoglądał zbyt często na zegarek. Nie musiał. Mieszkał na wsi od zawsze, dlatego jej rytm znał na pamięć i niezależnie od pory wiedział, która mniej więcej jest godzina. A ta zdecydowanie była wczesna.
Świt dopiero miał nastać. W sypialni panował półmrok i nie słychać było jeszcze odgłosów porannej krzątaniny ani dźwięków, które zwykle zapowiadały poranek - świergotu ptactwa, piania kogutów ani brzęczenia much obijających się o szyby.
To, co żywe, nadal spało, z wyjątkiem nocnych stworzeń i psów gospodarskich, które przeszczekiwały się wzajemnie jak co noc. Oraz prócz Gai i Radka, który wreszcie obrócił się w jej stronę, wyraźnie oczekując odpowiedzi.
- Jest jeszcze za wcześnie na pobudkę... - odparła lekko zbita z tropu.
- Chyba raczej za późno na niespanie. - Zaśmiał się lekko. - Zwłaszcza tu, na wsi wypada chodzić spać z kurami i wstawać wraz z pierwszym pianiem koguta.
- On potrafi piać nawet w środku nocy - przypomniała.
Radek przez chwilę z uwagą wsłuchiwał się w ciszę.
- Właśnie jest środek nocy, gdybyś nie zauważyła - uzupełnił.
- Ja? - zdumiała się. - To chyba ty! Inaczej nie zadawałbyś głupich pytań.
- Jakich głupich pytań?
Przewróciła wymownie oczami, czego nie mógł dostrzec, dlatego dodatkowo westchnęła z przesadną rezygnacją.
- O to, która jest godzina.
- Ale ja nie pytałem o godzinę, tylko o Matkę Boską.
- Jak to? - Tym razem Gaja nie zrozumiała.
- Jestem ciekaw, którą wołałaś. Włościańską czy szlachecką? Chyba że przedtem, za pierwszym razem wołałaś jedną, a teraz drugą.
- Za pierwszym razem? - spytała mimowolnie.
Zatem usłyszał krzyk, przemknęło jej przez głowę. To dlaczego nie reagował i zrobił to dopiero teraz?
- Albo za którymś z kolei - odparł. - Wcześniej też coś mamrotałaś, ale kiedy dopytywałem, o co chodzi, nie chciałaś ze mną gadać.
- Co mamrotałam? - spytała.
- No właśnie nie wiem - odparł, udając nadąsanego. - W każdym razie nic, co miałoby sens. Dopóki nie zwróciłaś się do Madonny, choć nie dodałaś do której.
Jego pytanie o dwie Matki Boskie w każdym innym miejscu wydałoby się bzdurne, ale nie w Jemiołkach. Tutaj miało to swoje wytłumaczenie. W podzielonej od wieków wsi, na granicy między górną a dolną częścią stał kościół, w którego bocznych nawach wisiały dwa identyczne obrazy Madonny. Do jednego modlili się potomkowie włościan, a do drugiego - szlachty. Zgodnie z tradycją, która jakimś cudem przetrwała kilka wieków.
Gaja przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, mimo że ta wydawała się oczywista. Zarówno Radek, wywodzący się z rodu szlachciców, jak i Gaja - formalnie potomkini włościan, nigdy nie zawracali sobie tym głowy. On, kiedy uczestniczył w niedzielnej mszy, siadał zazwyczaj tam, gdzie było wolne miejsce. Natomiast ona odwiedzała świątynię zwykle po to, by na osobności uciąć sobie pogawędkę tylko w cztery oczy raz z jedną, raz z drugą Madonną. W zależności od tego, z czego chciała się zwierzyć, czyich rad wysłuchać albo kiedy potrzebowała po prostu porozmawiać jak kobieta z kobietą.
- Myślę, że przydałyby mi się obie naraz - odparła z wahaniem. - Chociaż... Wszystko jedno. Nawet wspólnie nic nie zdziałają. Ani one, ani nikt - dodała i opadła bez sił na chłodną poduszkę.
- Z czym sobie nie poradzą? - spytał Radek ostrożnie, niezbyt pewien, czy chce poznać odpowiedź.
- No wiesz, z tym, co nas czeka. - Gaja znów zniżyła głos do szeptu tłumionego rogiem kołdry, który przyciskała sobie do ust.
- Nas? - zdziwił się, jeszcze bardziej skołowany.
- No, tak - powtórzyła zniecierpliwiona. - Ciebie, mnie... Wszystkich. Całą wieś. Nie wiem, czy kogokolwiek to ominie i czy komukolwiek uda się to zatrzymać. To zaszło za daleko...
- Czyli co? We wsi kroi się kolejna afera? Kto tym razem wystąpi w roli głównej? - Radek usiłował żartować, by złagodzić napięcie, któremu sam też się poddał.
- To nie będzie zwyczajna afera - odparła sucho. - Tym razem to coś o wiele większego. Bardziej złożonego, zagmatwanego, trudnego do rozwikłania. A bohaterów będzie wielu... Zbyt wielu, żeby nad tym zapanować.
- Przestań, poradzimy sobie. Już na starcie mamy fory. Wiemy, co się wydarzy. To znaczy ty wiesz - poprawił się.
- Wcale nie powiedziałam, że wiem - zaperzyła się.
- To po co wołałaś jemiołkowskie Madonny?
- Chyba... odruchowo - wyjaśniła zakłopotana. - Mnóstwo ludzi bezwiednie wzywa Matkę Boską, kiedy się czegoś przestraszy.
- A jeszcze więcej mówi coś w stylu "no nie" albo po prostu krzyczy, zwłaszcza kiedy przyśni im się coś złego...
- To nie był sen! - przerwała mu niecierpliwie. - To...
Umilkła speszona, lecz Radek sam domyślił się reszty.
- Intuicja? - spytał dyplomatycznie, bo temat był grząski i od dawna żadne z nich go nie tykało. Głównie dlatego, że Gaja przestała miewać przeczucia, dzięki którym udawało jej się przewidzieć niektóre losowo wybrane zdarzenia. - A może tylko ci się wydaje? - zagadnął z nadzieją. - Od dawna się nie odzywała, znaczy w takim sensie jak kiedyś. Może po prostu odwykłaś...
Gaja westchnęła ciężko i spojrzała na niego z politowaniem.
- No tak - wymamrotał tylko tyle, ponieważ skończyły mu się argumenty. Oczywiście nie licząc tych idiotycznych, które jeszcze się w nim tliły, ale nie śmiał wypowiedzieć ich na głos.
- Niewiele brakowało, a uwierzyłabym, że mi to minęło - wyznała żałośnie Gaja.
Miała ku temu powody. Przez rok żyła spokojnie i prawie beztrosko, bo bez ciężaru odpowiedzialności za ludzi, którym powiedziała, co ich czeka. Oni też z czasem przestali ją wypytywać, jakby przyjęli do wiadomości, że to koniec.
- Ale dlaczego wróciło? Właśnie teraz?
- Nie wiem, może niepotrzebnie uwierzyłam, że mogę żyć jak inni?
- Przecież żyjesz jak inni. - Radek nie krył zdziwienia. - Poza tym każdy żyje nieco inaczej niż pozostali ludzie. To normalne.
- Właśnie! - podchwyciła. - Myślałam, że odzyskałam normalność dzięki tobie.
- Dzięki mnie? - Roześmiał się zdziwiony niecodziennym wyznaniem. - Chyba żartujesz. Nie mam aż takich mocy... - Urwał z niewyraźnym poczuciem, że palnął coś niepotrzebnie.
- Też tak uważam - odparła Gaja z powagą. - Dlatego nie od razu na to wpadłam. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie miewam przeczuć od momentu, gdy... - Spojrzała wymownie na Radka.
- Od kiedy się zaręczyliśmy? - spytał niepewnie, ale ona zaprzeczyła.
- Wtedy byłam zbyt zapracowana i przejęta własną przyszłością, dlatego świadomie je ignorowałam. Zniknęły na dobre dopiero, kiedy drugi raz powiedzieliśmy sobie "tak".
- W sensie, przed księdzem?
- Przed księdzem, przed ludźmi i przed całym światem - odparła z wiele mówiącym uśmiechem, jaki pojawiał się na jej twarzy zawsze, gdy wspominała dzień, w którym zostali mężem i żoną.
Dokładnie w rocznicę zaręczyn. Tego samego dnia, o tej samej porze, choć nie w tym samym miejscu, ale tam, gdzie po raz pierwszy wyznali sobie miłość.
Wcześniej obojgu wydawało się to nierealne. Długo ukrywali przed sobą nawzajem to uczucie, lękając się odrzucenia. Dopiero korzystny dla obojga bieg zdarzeń popchnął ich ku sobie. Zdobyli się w końcu na szczerość wobec siebie, a wtedy ich miłość rozkwitła z całą mocą. Nie potrzebowali dowodów na to, że są dla siebie stworzeni, a mimo to zyskali ich wiele dzięki temu, co działo się wówczas w Jemiołkach. Oświadczyny tylko to przypieczętowały.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki