?
W upalne dni las dawał ludziom wytchnienie. Wprawdzie palące promienie słońca przedzierały się złocistą smugą przez konary drzew, ale wciąż zostawało dużo miejsca dla cienia, który oprócz chłodu przynosił odpoczynek umęczonym oczom. Wzrok koiła też rozmaita zieleń liści, igieł i leśnego poszycia. Wszystko to wpływało zbawiennie również na pozostałe zmysły. Można było wdychać bez końca zapach sosen i świerków, słuchać odgłosów ptaków i leśnego echa, dotykać chropowatej kory jodeł albo kłujących igieł świerków. Wszystko to razem uspokajało, spowalniało zbyt szybkie bicie serca i rozbiegane myśli. Można było na moment zapomnieć o troskach i radować się chwilą.
Stary Walenty był prawdziwym szczęściarzem, ponieważ miał takich chwil nieskończenie wiele. Latem prawie każdego dnia przemierzał ten sam szlak co najmniej dwa razy. Tam i z powrotem. Najpierw szedł wąską szosą, potem skręcał w wyścielony igliwiem leśny trakt, a pod koniec znów w zwyczajną drogę, ale wyłożoną kocimi łbami. Kawałeczek dalej droga rozwidlała się na dwa niepodobne do siebie gościńce, które wiodły w to samo miejsce, czyli na niewielki plac z białym kościołem.
Przez jego główny ołtarz przebiegała niewidoczna granica, która dzieliła wieś na pół, a w bocznych nawach wisiały dwa identyczne obrazy Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Do jednego wzorem przodków modlili się potomkowie włościan, a do drugiego - szlachty. Tak właśnie przedstawiał się podział, który sięgał niepamiętnych czasów. Jakimś cudem przetrwał do współczesnych i nadal bywał przyczyną wielu nieporozumień.
Walenty, który urodził się gdzie indziej, nie należał ani do jednej, ani do drugiej gromady. Z tego powodu - i by unikać zwad - do świątyni zaglądał rzadko i zwykle po to, by przyklęknąć na środku, dokładnie na wprost ołtarza, i odmówić pacierz za własną duszę, by litościwy Bóg jej mimo wszystko nie potępił.
Na resztę zbawienia starał się zasłużyć przykładnym życiem i ciężką pracą. Dopóki starczy sił, choć tych z wiekiem miał coraz mniej. Najbardziej odczuwał to w takie dni jak ten, gdy słońce prażyło, nie było ani jednej chmurki czy najdelikatniejszego wiaterku. Zwykli ludzie chowali się przy takiej pogodzie w domach albo szukali zajęć tam, gdzie było choć trochę chłodniej. Niestety nie można było tego samego powiedzieć o miejscowych letnikach, którzy właśnie wtedy wylegali na zielono-błękitne łono natury.
Spędzali czas głównie nad wodą, lecz bywali też tacy, którzy nie potrafili usiedzieć w miejscu i bez przerwy nosiło ich po okolicy. Wtedy prędzej czy później trafiali do stadniny w Brzostowicach, gdzie mogli pojeździć konno albo przejechać się bryczką lub wolantem, którymi powoził Walenty. Przywdziewał wówczas swój galowy strój - śnieżnobiałą koszulę, lekki serdak i ciemne spodnie od garnituru, mimo że pocił się w tym piekielnie i nie mógł się wprost doczekać, kiedy go z siebie zwlecze. Zwłaszcza że odprasowane na kant nogawki po całym dniu miał szare od kurzu, a wypastowane rano buty wyglądały jeszcze gorzej. Dlatego wracając z roboty, szurał nieuważnie i wzbijał kolejne tumany pyłu, skoro i tak miał wszystko na nowo czyścić. Zmęczenie i spiekota sprawiały, że nie miał siły podnosić nóg.
- Jeszcze kawałek, kawalątek - mamrotał pod nosem, ocierając pot z czoła i posiwiałych skroni.
Swoją czapkę maciejówkę z błyszczącym daszkiem i skórzanym otokiem, którą odziedziczył po ojcu, przez większość drogi niósł pod pachą. Było mu w niej za ciepło. Miał ją włożyć dopiero, kiedy wynurzy się z lasu i ponownie oślepi go słońce.
Grzało coraz mocniej, a przynajmniej tak się zdawało Walentemu, gdy liczył każdy krok przybliżający go do celu. Najpierw do rozstaju, gdzie mógł ździebko odpocząć na przydrożnym kamieniu, a potem do przybudówki, która od połowy wieku była jego domem. W takie dni jak ten właśnie tam czuł się najlepiej, bo we wszystkie pozostałe wolał inne miejsca.
Jednym z nich był majątek w Brzostowicach, gdzie zaczął pracować jako nastolatek, wzorem swoich przodków. Jednak wtedy zamiast stadniny, założonej przed wojną przez hrabiego i dziedzica Brzostowic, był tam zwykły PGR. Potem z kolei długo nie było nic i Walenty musiał sobie poszukać zajęcia gdzie indziej. Dopiero po latach potomkowie niegdysiejszych właścicieli przywrócili majątkowi dawną świetność, a jemu oficjalne stanowisko furmana. Dzięki temu z dumą kontynuował rodzinną tradycję.
Bywał tam również z potrzeby serca. Z oddaniem zajmował się brzostowickimi wierzchowcami i służył potomkom hrabiego dziedzica, którego pamiętano jako szlachetnego i prawego człowieka. Również Walenty miał o nim jak najlepsze zdanie i wierzył, że dawny właściciel majątku patrzy na niego gdzieś z góry z uznaniem. A może nawet z wdzięcznością? Kto wie? Tym bardziej warto było się starać, chociaż stary woźnica nie potrzebował dodatkowej zachęty. Za bardzo lubił swoje zajęcie.
Miał też z niego jeszcze jeden ważny pożytek. Nadawało jako taki sens jego życiu i pomagało przez nie iść o w miarę zdrowych zmysłach. Dzięki pracy w stadninie miał poczucie, że jest potrzebny, a jego świętej pamięci ojciec, dziadek, a nawet pradziadek, którzy też byli furmanami, dumni spoglądają na niego z nieba. Niczego więcej nie trzeba mu było do szczęścia. Bogu winien dziękować za to, co miał.
- W imię ojca, syna i ducha. Amen - szepnął do siebie.
Podbudowany uśmiechnął się pod nosem, a na widok jasnego prześwitu między drzewami aż westchnął.
Było już tak blisko do rozstaju dróg i kamienia, na którym mógł usiąść i odpocząć. Przyśpieszył, by znaleźć się tam jeszcze szybciej, ale na skraju brukowanej drogi zatrzymał się raptownie, włożył na głowę czapkę i wytężył wzrok, dodatkowo robiąc daszek z dłoni.
Ujrzał samochód z obcą rejestracją i nieruchomym kierowcą w środku.
- Ot i kolejna ofiara, co się zgubiła w Jemiołkach, taka to metropolia. - Walenty roześmiał się w głos.
To nie był pierwszy raz, kiedy przyjezdni zatrzymywali się na rozstaju niepewni, która z dróg jest właściwa. Kilometr wcześniej mijali tylko jeden drogowskaz, natomiast w tym miejscu, gdzie przydałby się bardziej, nie było żadnego. Niegdyś stał tam, ale nie wytrzymał próby czasu, przewrócił się i nikt go nigdy nie podniósł. A że był drewniany, z czasem spróchniał doszczętnie i rozsypał się na miliony drzazg. Część użyźniła cenną ziemię, natomiast reszta rozpierzchła się z wiatrem nie wiadomo dokąd.
Nie było jednak czego żałować, bo też niewiele miało się z niego pożytku. Rzadko wskazywał to, co powinien. Zmieniał kierunek niemal każdego dnia, gdy ktoś tamtędy przechodził lub przejeżdżał. Czasem nakazywał iść w prawo, innym razem w lewo, a gdy trafił się jakiś żartowniś - nawet w górę lub w dół, co zbijało z tropu zwłaszcza obcych.
Takich jak ten, co pewnie szukał na internetowych mapach najlepszego wyjścia. Jednak go nie znalazł, skoro tkwił w miejscu. Walenty po namyśle podszedł nieco bliżej. Na tyle blisko, by dostrzec za kierownicą kobietę. Nikt jej nie towarzyszył, co go zbytnio nie zdziwiło. Do niedużych gospodarstw agroturystycznych, takich jak to w Jemiołkach prowadzone przez Łucję i Bogdana Durejków, często przyjeżdżali różni samotnicy, by się nawdychać wiejskiego powietrza, nasłuchać piania kogutów i ryczenia krów zamiast hałasów miasta, najeść się zdrowo, nabrać sił witalnych albo by ukoić życiowe smutki. A ta turystka nie dość, że przybyła sama, to musiała biedaczka czuć się zagubiona. Tym bardziej należało jej pomóc.
Walenty, gdy o tym pomyślał, wyrwał się do przodu, po czym wyhamował. Uświadomił sobie, że mógłby niechcący przestraszyć kobietę. Dlatego postanowił podejść od przodu, aby tamta dostrzegła jego przyjazne zamiary i zrozumiała, że nie musi się niczego obawiać.
- Chętnie pomogę - krzyknął najżyczliwiej, jak potrafił, gdy był już blisko, ale raczej nie został usłyszany. Podszedł zatem jeszcze bliżej i zamierzał dać znak, by kobieta odrobinę uchyliła okno, ale zamiast tego zamarł z uniesioną ręką.
Nagle zobaczył jej przerażoną twarz. Znieruchomiał, nie odrywając od niej wzroku. Zdumienie i szok odebrały mu mowę i w jakiejś części rozum. Nie był pewien, czy powinien wierzyć temu, co widzi, czy to tylko sen.
- Jak to możliwe? Skąd? - wykrztusił oszołomiony.
A gdy zyskał pewność, że nie zwariował ani że mu się to nie śni, zaczął zastanawiać się gorączkowo, co powinien zrobić, od czego zacząć, bo zwyczajne powitanie to było o wiele za mało. Jednak nim zdążył podjąć decyzję, samochód nagle zawrócił z piskiem opon i odjechał, wzbijając tumany kurzu, które przysłoniły Walentemu widok.
Chciał pobiec jego śladem albo chociaż krzyknąć, ale zamiast tego padł na kolana. Jego nogi zrobiły się jak z waty, jeszcze bardziej pociemniało mu w oczach i całkiem zabrakło tchu. Poczuł straszliwy ból w piersiach, mimo to ostatkiem sił spróbował się podnieść. Nie dał rady. Osunął się na ziemię i stracił świadomość.
Nie miał pojęcia, jak długo leżał, kiedy wreszcie się ocknął. Usłyszał warkot samochodu. Pojazd zatrzymał się i ktoś z niego wysiadł, trzasnęły drzwi. Przepełniony nadzieją usiłował obrócić głowę i sprawdzić, czy jego bezgłośne błagania zostały wysłuchane, ale nie zdołał nawet otworzyć oczu. Sądził, że to przez piach, który je zaprószył, nadal czuł go w ustach, chciał go otrzepać, ale wtedy przekonał się, że reszta ciała również odmówiła posłuszeństwa. Wiedział jedynie i czuł, że nie jest na rozdrożu sam.
Ktoś się nad nim pochylił, coś mówił, ale słowa jakby rozpływały się w powietrzu. Walenty nic z tego nie zrozumiał. Przestraszył się, że jednak ma omamy, ale wtedy poczuł znajomy zapach rumianku i czyjeś włosy łaskoczące go w policzek. Ktoś podkładał mu coś miękkiego pod plecy, rozpinał guziki koszuli, a potem gładził z troską po policzku i przemawiał łagodnie, kojąco.
Mężczyzna zdołał wreszcie unieść powieki, tylko na moment, ale to wystarczyło, by dostrzegł skrawek błękitnej sukienki.
- Wróciłaś - wyszeptał uszczęśliwiony. - Wiedziałem, że tak będzie.
- Musiałam - usłyszał. - To przeczucia kazały mi tu przyjść. Wyjątkowo silne... Jakie to szczęście, że ich posłuchałam.
- Tak. To prawdziwe szczęście - szepnął z westchnieniem, nim na dobre odpłynął w ciemność.