Wstęp. Twoje jelita są ważniejsze, niż ci się wydaje
Wstęp
Twoje jelita są ważniejsze, niż ci się wydaje
Wszystkie choroby zaczynają się w jelitach.
Hipokrates
Świat dzieli się na ludzi, którzy odczuwają dolegliwości jelitowe, i tych, którzy ich na co dzień nie doświadczają, obie te grupy są jednak
od swoich jelit całkowicie zależne. Bez względu na to, czy należysz do
grona osób borykających się często z zaburzeniami pracy przewodu
pokarmowego i szukających odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób poradzić
sobie z nimi raz na zawsze, czy też interesuje cię profilaktyka i pogłębienie wiedzy, jesteś we właściwym miejscu. Znajdziesz tu
odpowiedzi na swoje pytania, rozwiejesz wątpliwości i zrozumiesz wpływ
jelit na cały organizm.
Jelita to centrum twojego organizmu. To one oddziałują na twój humor,
mają bezpośredni wpływ na gospodarkę hormonalną czy funkcje mózgu.
Modulują także odporność organizmu i wpływają na produkcję hormonu
szczęścia, którego stężenie z kolei przekłada się na twoje samopoczucie
i poziom energii każdego dnia. Ich rola na tym się jednak nie kończy. Na
stronach tej książki znajdziesz informacje na temat wielu niedocenianych
funkcji przewodu pokarmowego. Skąd znam jego tajemnice?
Z wykształcenia i zamiłowania jestem dietetyczką kliniczną. Pracuję w zawodzie od dekady. Przez ten czas wspólnie z moim zespołem ekspertów
pomogłam tysiącom pacjentów. Przez wiele lat sama byłam pacjentką i również walczyłam z takimi zaburzeniami, jak SIBO, IBS, wtórne
nietolerancje pokarmowe, zaburzenia odżywiania, niedoczynność tarczycy
czy zespół policystycznych jajników (ang. polycystic ovary syndrome,
PCOS). W tamtym czasie nikt nie potrafił udzielić mi skutecznej pomocy,
więc postanowiłam zrobić to samodzielnie. Rozpoczęłam studia z zakresu
dietetyki, podczas których dodatkowo poszerzałam swoją wiedzę i podejmowałam rozliczne, mniej bądź bardziej skuteczne próby leczenia i samopomocy. Moja historia dojścia do pełni zdrowia jest złożona i stosunkowo długa. Niektóre ze schorzeń zostaną ze mną do końca życia, z częścią udało mi się skutecznie uporać. O moich zmaganiach przeczytasz
więcej w kolejnym rozdziale. Za pomocą opisanej w nim historii
chciałabym wlać w twoje serce nadzieję i pokazać, że nawet poważne i trwające wiele lat zaburzenia związane z układem pokarmowym nie
przekreślają możliwości powrotu do zdrowia.
W swoich mediach społecznościowych wręcz nałogowo powtarzam, że zdrowie
powinno być priorytetem w życiu każdego z nas. Bez niego nasza
codzienność jest pozbawiona całej masy barw. Niniejsza książka to
kompendium wiedzy, które przekazuję ci po to, byś sięgnęła ku zdrowiu z pełną świadomością, skąd ono się bierze. Ta książka jest bowiem przede
wszystkim o tobie i dla ciebie.
Jako dietetyczka zaczęłam pracować, jak tylko dostałam się na studia
magisterskie. Przyjęcie pierwszych pacjentów otworzyło mi oczy na skalę
zapotrzebowania. Każdego dnia zgłaszało się do mnie bardzo dużo osób.
Zwracali się do mnie albo z prośbą o pomoc, albo z informacją - mam
dokładnie tak samo jak ty! Uświadomiłam sobie wtedy, że zaburzenia pracy
przewodu pokarmowego to powszechny problem. Mnóstwo ludzi, podobnie jak
ja kiedyś, żyje na co dzień z dolegliwościami bólowymi bez żadnej
diagnozy i jest ich zdecydowanie więcej niż tych już zdiagnozowanych.
Moje trudności z trafieniem do odpowiedniego specjalisty też nie były
wyjątkiem od reguły. To standard, który powtarzał się podczas niemal
każdej rozmowy z pacjentami czy czytelnikami treści zamieszczanych
przeze mnie w internecie. Wciąż słyszałam: "nigdzie nie mogę znaleźć
wsparcia", "nikt nie potrafi mi pomóc", "nikt mnie nie rozumie", "jesteś
dla mnie ostatnią deską ratunku"... Od tego czasu minęła dekada. Odnoszę
wrażenie, że z roku na rok pacjentów z zaburzeniami jelitowymi przybywa.
Problem z brakiem specjalistycznego wsparcia jest trochę mniejszy,
jednak niestety cały czas obecny. Do prowadzonej przeze mnie kliniki
trafia coraz więcej pacjentów, o których szczególne potrzeby nikt nie
potrafił odpowiednio zadbać. Dlatego powstała niniejsza książka: by dać
ci wskazówki i pokazać, że znalezienie zrozumienia, wsparcia i wdrożenie
prawidłowego leczenia jest możliwe.
Kilka lat temu usłyszałam, że zaburzenia jelitowe, jak IBS czy SIBO, to
jedne z największych wyzwań w praktyce lekarza. Zgadzam się z tym. Co
więcej, po latach aktywności w zawodzie uważam, że to również jedno z największych wyzwań dla dietetyka, psychodietetyka, a nawet
psychoterapeuty.
Moje zaburzenia zdrowotne utrudniły mi wiele lat życia. W tamtym czasie
nie mogłam im zapobiegać, ale z perspektywy czasu cieszę się, że trafiło
na mnie. Gdyby nie one, nie zafascynowałyby mnie jelita, nie
zbudowałabym zespołu specjalistów i nie pomogłabym tysiącom pacjentów z podobnymi problemami. Nie zauważyłabym również niskiego poziomu wiedzy,
ograniczeń związanych z udzielaniem pomocy, a także bagatelizowania tego
typu problemów przez znaczną część społeczeństwa. A co jeszcze
ważniejsze - nie rozumiałabym, czego doświadczasz. Czy chodziłaś od
lekarza do lekarza, czując, że oni cię ani przez chwilę nie rozumieją?
Tak było ze mną. Ogromnie cierpiałam z powodu doświadczanych
dolegliwości. Jeśli ktoś nigdy nie doznał podobnego bólu, to nie ma
pojęcia, jak bardzo utrudnia on codzienne funkcjonowanie, a brak
zrozumienia ze strony specjalistów tylko pogłębia cierpienie. W kolejnych rozdziałach opowiem ci o swoim przypadku oraz o przypadkach
moich pacjentów - pewnie w którymś z nich odnajdziesz siebie.
Rozumiem cię i wiem, jak się czujesz, budząc się każdego dnia z bólem
brzucha i rezygnując przez to z wielu przyjemności, a nawet spędzania
czasu z rodziną czy przyjaciółmi. Ale wiem też, gdzie szukać przyczyny
twoich dolegliwości, jak rozwiązać twoje problemy i pomóc ci wrócić do
pełni zdrowia oraz utrzymać ten efekt w kolejnych latach. Sama od wielu
lat utrzymuję efekty remisji. Moja walka o zdrowie trwała bardzo długo i ostatecznie zakończyła się pozytywnie. W przeciwieństwie do ogromnej
rzeszy pacjentów, którzy trafiają do nas po wieloletnim, kompletnie
nieefektywnym leczeniu.
Zaburzenia przewodu pokarmowego są ogromnym wyzwaniem dla pacjentów,
lekarzy i dietetyków. Tego, niestety, nie zmienimy, ale możemy zmienić
podejście do tego typu problemów zdrowotnych, znacznie zwiększyć
świadomość i poziom wiedzy. Możemy także postawić na prawidłową
diagnostykę i skuteczne metody leczenia, które ostatecznie poprawią
jakość życia wszystkich pacjentów. Chciałabym, aby ta książka dała ci
motywację do działania i nadzieję, że możesz uporać się ze wszystkimi
zaburzeniami żołądka i jelit, których na co dzień doświadczasz. Ma ona
również ułatwić ci zapobieganie tego typu problemom w kolejnych latach
życia. Jest ona potężnym źródłem wiedzy, dzięki któremu zdołasz przejść
drogę podobną do mojej - ale bez błądzenia we mgle. Będziesz mogła
znaleźć źródło swoich problemów zdrowotnych, rozwiązać je w stu
procentach, a później przez kolejne lata utrzymać w remisji, żyjąc
zupełnie normalnie, bez jakichkolwiek dolegliwości bólowych. W tym
momencie może ci się to wydawać nierealne... Ale jestem przekonana, że tak
właśnie będzie, i zrobię wszystko, aby przywrócić ci zdrowie i komfort
życia.
Przedstawię ci merytoryczną wiedzę, popartą licznymi źródłami naukowymi,
ale podaną w lekki i przyjemny sposób. Przemyciłam w tej książce mnóstwo
praktycznych kwestii i przykładów z naszej codziennej pracy w MajDiet, a także moje prywatne doświadczenia i historię zdrowia - od zaburzeń
odżywiania, przez problemy jelitowe, po zanik miesiączki i diagnozę
zaburzeń hormonalnych. To książka, która diametralnie zmieni twoje
podejście do zdrowia i leczenia, a następnie wywróci do góry nogami całe
twoje życie... w pozytywnym znaczeniu tego słowa. W trakcie jej czytania
możesz odczuć stres czy lekkie dolegliwości jelitowe, nie martw się tym.
Twój organizm naturalnie może zareagować w ten sposób na silniejsze
emocje - podenerwowanie, stres czy ekscytację. Pamiętaj również, że w każdej chwili możesz przerwać lekturę i wrócić do niej odrobinę później.
W trakcie czytania książki obserwuj reakcję swojego organizmu i ucz się
go, co pozwoli ci lepiej zrozumieć mechanizmy, które opisałam na
kolejnych stronach.
Miłej lektury!
Rozdział 1. Moja droga do pełni zdrowia
Rozdział 1
Moja droga do pełni zdrowia
Książka, którą właśnie czytasz, w zamyśle miała być typowym poradnikiem.
Dużo przystępnie podanej wiedzy oraz praktycznych wskazówek. Właśnie
takie treści znajdziesz w kolejnych rozdziałach, dzięki czemu będziesz
mogła podjąć odpowiednie kroki na drodze do zdrowia i komfortu życia. W trakcie pracy nad poradnikiem zdecydowałam się dodać niniejszy rozdział,
przedstawiający moją historię zaburzeń zdrowotnych oraz dojścia do pełni
zdrowia, jakim obecnie się cieszę. Nigdy dotąd nie opowiedziałam tej
historii od początku do końca, więc moje czytelniczki poznają ją jako
pierwsze. Dzięki niej zrozumiesz, dlaczego związałam swoją ścieżkę
zawodową ze zdrowiem i żywieniem i czemu zależy mi, by pomagać innym.
Uważam też, że takie historie są motywujące dla osób znajdujących się na
początku drogi, tracących czasem nadzieję, że cokolwiek się zmieni.
Nie lubimy mówić o swoich problemach - o problemach zdrowotnych również.
Dla mnie samej to także od zawsze było niekomfortowe. Długo się
zastanawiałam, czy mogłam zrobić coś inaczej. Czy mogłabym zapobiec tym
zaburzeniom? Zapewne dojdziesz do tego samego wniosku, do którego
doszłam ja - nie mogłam. To jednak tylko jedno z pytań, które zadają
sobie osoby doświadczające dolegliwości zdrowotnych. Na co dzień
rozmawiam z pacjentami, którzy są świeżo po diagnozie albo od pewnego
czasu zmagają się z problemami zdrowotnymi, ale nie zostali jeszcze
zdiagnozowani. Zawsze padają te same pytania: "Czy ja się kiedykolwiek
wyleczę?", "Ile to potrwa?", "Dlaczego to spotkało akurat mnie?".
Rozumiem ich - byłam w tym samym miejscu i zadawałam sobie te same
pytania. Chcąc pokazać każdemu, kto tego potrzebuje, że z większością
problemów zdrowotnych możemy sobie poradzić, postanowiłam podzielić się
w tym rozdziale moją historią zmagań i powrotu do zdrowia. Wierzę, że
kolejne strony dadzą ci dużą dozę psychologicznego wsparcia i motywacji
do działania, a pozostałe będą pomocą merytoryczną w prawidłowym i trwałym leczeniu oraz utrzymaniu tych efektów być może nawet do końca
życia.
Moja historia zaczęła się już na początku szkoły podstawowej. Wtedy to
dorobiłam się silnych zaburzeń odżywiania. Cieszę się, że tę książkę
przyszło mi pisać po tym, jak zakończyłam pełną terapię. Dziś już wiem,
dlaczego rozwinęły się u mnie anoreksja, bulimia, kompulsywne objadanie
się, zajadanie emocji, stresu, epizody głodówek czy nadmiernego
przejadania się. Tak, dobrze widzisz... miałam styczność z tymi wszystkimi
zaburzeniami i walczyłam z nimi dobre kilkanaście lat mojego życia.
Zaburzenia odżywiania rozpoczęły się bardzo typowo: chciałam schudnąć. W szkole podstawowej nie byłam najszczuplejszą dziewczynką. Uwielbiałam
jeść, często byłam nagradzana słodyczami i innymi przekąskami, a dodatkowo babcia, obok której mieszkałam - jak większość babć -
okazywała mi miłość poprzez jedzenie. Jednocześnie nienawidziłam
aktywności fizycznej i nie miałam dobrych wzorców żywieniowych w domu
rodzinnym, więc moja waga z roku na rok wzrastała. Zaczęły pojawiać się
przytyki. Otoczenie nazywało mnie puszystą, okrąglutką i pusiatą, co dla
dziewczynki w wieku ośmiu, dziewięciu lat było dotkliwą krytyką.
Zwłaszcza że wokół mnie były głównie szczupłe i wysportowane koleżanki,
którym zawsze zazdrościłam wyglądu.
Niestety, w swoim rodzinnym domu nie miałam kogoś, kim mogłabym się
zainspirować pod względem jedzenia i stylu życia. Nasze żywienie było
bardzo tradycyjne: obiad w szkole, później kolejny w domu, dużo
smażelin, zawsze coś słodkiego po obiedzie, bardzo kaloryczne posiłki.
Dorastałam w czasach, w których triumfy święciły pisma dla nastolatek.
Zamieszczane w nich artykuły w dużej mierze nie miały żadnej wartości,
czytałam je jednak namiętnie i znajdowałam w nich różne informacje na
temat diet. Diet, które nie miały wiele wspólnego ze zdrowym,
racjonalnym odżywianiem - polegały głównie na głodówkach. Zaczęłam
ograniczać jedzenie, z dnia na dzień coraz bardziej, a zadowolenie z mojego wyglądu było odwrotnie proporcjonalne do ilości jedzenia w ciągu
dnia. Im chudsza byłam, tym bardziej się sobie podobałam. A co
najważniejsze, moją metamorfozę zaczęło zauważać otoczenie. Nie
słyszałam więc już, że jestem pusiata, tylko: "O, Roksanka! Ale ty
schudłaś! Super wyglądasz!". W najgorszym okresie potrafiłam zjeść
jabłko dziennie, a moja waga wskazywała zawrotne 36 kilogramów przy
wzroście 168 centymetrów.
To nie mogło się udać... Mimo że całkiem nieźle funkcjonowałam - a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało - rodzice zauważyli, że coś jest
nie tak. Zaczęli kontrolować moje porcje, pojawiły się wspólne posiłki i nakłanianie, wręcz zmuszanie do jedzenia. Teraz mam pełną świadomość, że
już w tamtym momencie byłam chora. W grę nie wchodziło nieszkodliwe
nastoletnie odchudzanie, polegające na zainteresowaniu zdrowym żywieniem
i wprowadzeniem ćwiczeń mających rzeźbić sylwetkę. To była anoreksja...
Jak na anorektyczkę przystało, nauczyłam się świetnie oszukiwać.
Jedzenie lądowało za łóżkiem, za oknem, w misce psa, w koszu... Wszędzie,
byle nie w moim żołądku. Panicznie bałam się tego, że jeśli zjem
cokolwiek, to automatycznie przytyję, a wtedy znów pojawią się
nieprzyjemne komentarze. Oszukiwanie stało się moją codziennością i tak
naturalnym zachowaniem, że w pewnym momencie robiłam to automatycznie,
bez zastanowienia.
Chorowałam na anoreksję przez dwa, trzy lata. Być może dłużej, nie
pamiętam szczegółów z tego okresu albo po prostu nie chcę ich pamiętać.
W mojej głowie przewijają się pojedyncze i mocno traumatyczne sytuacje z tamtych dni... Anoreksja doprowadziła do standardowych konsekwencji. Na
prawie dwa lata straciłam miesiączkę. Zdiagnozowano też u mnie
nadczynność tarczycy, która bardzo szybko przeszła w niedoczynność.
Wszystko to zwaliło się niemal jednocześnie na moje dziecięce barki.
Dość sporo jak na dziewczynę w szóstej klasie, prawda? Za dużo, by
zdawała sobie sprawę z ich wagi. Od lekarzy - najpierw rodzinnego, a później endokrynologa - usłyszałam o dwóch prawdopodobnych przyczynach
moich zaburzeń tarczycy: obciążenie genetyczne oraz zbyt niska masa
ciała. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy ginekolożka poprosiła mnie o wejście na wagę, która wskazała niecałe 40 kilogramów. Niesamowicie
obawiałam się jej komentarza, a przede wszystkim tego, że informacje o zbyt niskiej masie ciała dotrą do moich rodziców. Nieustannie przed nimi
udawałam, że ważę więcej.
Usilnie wmawiałam wszystkim dookoła, że jem normalnie, nic złego się nie
dzieje i absolutnie się nie odchudzam... a tu moje zdrowie zaczęło sypać
się dosłownie z dnia na dzień. Czy wtedy, gdy się odchudzałam,
przejmowałam się konsekwencjami? Nie. Jedynym celem było osiągnięcie jak
najniższej masy ciała i kupowanie jak najmniejszego rozmiaru ubrań przy
jednoczesnym zamydleniu oczu całej rodzinie i koleżankom, że w moim
życiu wszystko świetnie się układa, a ja jestem szczupła, bo mam idealny
metabolizm. Byłam z siebie wręcz dumna, że nie jem, że mam kontrolę nad
jedzeniem, że potrafię tak dużo schudnąć, a inni nie... W tamtym momencie
zdrowie nie miało dla mnie żadnego znaczenia i nie interesowały mnie ani
zanik miesiączki, ani problemy z tarczycą.
Teraz rozumiem, że początkiem całej kaskady problemów było pozornie
niewinne "chcę schudnąć", wzięte z błędnego wzorca promowanego w kulturze. Właśnie ta potrzeba stała się źródłem potężnych problemów
zdrowotnych, z którymi borykam się do dzisiaj. Z częścią będę miała
styczność już do końca życia. Przeczytałam kiedyś, że zaburzenia
odżywiania zostają z nami na zawsze. Możemy nauczyć się nad nimi panować
i przejąć pełną kontrolę nad złymi nawykami, ale tak naprawdę nigdy nie
wiemy, kiedy zaburzenia znów wrócą i położą się cieniem na naszym życiu.
Robię wszystko, aby się przed tym zabezpieczyć i do tego nie dopuścić.
Wróćmy jednak do tego, co działo się dalej. Szkoła podstawowa dobiegła
końca, poszłam do gimnazjum. Wtedy przytyki z "jesteś za gruba" zmieniły
się na "jesteś za chuda". Każdego dnia słyszałam, że jestem szkieletem,
anorektyczką albo że w domu mnie głodzą. Miałam lustro i doskonale
wiedziałam, jak wyglądam. Nie przeszkadzało mi to, nie chciałam tego
zmienić i nie chciałam tyć, a jednocześnie nie chciałam słuchać tego
rodzaju tekstów. Odkąd tylko pamiętam, jestem osobą wysoko wrażliwą. Od
zawsze ogromny wpływ na mnie, moje samopoczucie i codzienne życie miały
komentarze otoczenia - zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Tak jest
do dziś i bardzo tej cechy w sobie nie lubię. Myślę, że duży wpływ ma na
to wzorzec kulturowy, w jaki wtłacza się kobiety. Nie tylko ja borykam
się z surowym ocenianiem samej siebie przez jego pryzmat oraz
doświadczam cierpienia związanego z niedopasowaniem. Mam świadomość, że
jestem jedną z wielu kobiet, które się z tym zmagają. Bardzo często
dobre lub złe komentarze obcych osób mają znaczący wpływ na moje życie.
W okresie gimnazjalnym te przykre komentarze były moją jedyną motywacją,
aby przytyć. Co gorsza, chciałam to zrobić możliwie jak najszybciej, aby
już więcej nie słyszeć tych wszystkich przykrych słów. Nie chciałam
zrobić tego dla siebie, dla zdrowia, lecz po to, by przestano wytykać
mnie palcami.
Jak się zapewne domyślasz, nie miałam wtedy ani wiedzy, jak prawidłowo
unormować wagę, ani niezbędnego wsparcia. Nie wiedziałam, że powinnam
odżywiać się tak, aby zaspokoić potrzeby swojego organizmu. Po prostu
zaczęłam jeść. Im więcej, tym lepiej - tak wtedy myślałam. Z głodowych
porcji (w skrajnych sytuacjach potrafiłam zjeść 200-300 kcal w ciągu
całego dnia) przeszłam wprost do objadania się. Bardzo niezdrowego
objadania się. Drożdżówki, pizza, bułki zapiekane z serem, ogromne
ilości słodyczy... Nie zwracałam uwagi na zdrowie czy samopoczucie;
jedyne, co kontrolowałam każdego dnia, a nawet kilka razy dziennie, to
masa ciała. Z tą różnicą, że wcześniej celem była możliwie jak najniższa
cyferka na wadze, a teraz - im więcej, tym lepiej.
Tym oto sposobem mniej więcej w pół roku przytyłam z 36 kilogramów do
55... Później osiągnęłam 58 kilogramów, 60, 64, waga nie chciała się
zatrzymać, a ja nie potrafiłam jeść normalnie. Z głodówek i wymuszania
wymiotów przeszłam w kolejną skrajność. We własnej głowie nadal
pragnęłam być szczupła i nie chciałam nabawić się nadwagi czy otyłości.
W momencie, gdy na wadze zobaczyłam ponad 60 kilogramów, natychmiast
uruchomił się we mnie tryb "głodówka". Celem było zrzucenie chociaż
trzech, czterech kilogramów, aby zobaczyć magiczną piątkę z przodu, więc
zaczęłam się głodzić. Udawało mi się wytrzymać kilka dni, po czym
organizm domagał się jedzenia - i znów zaczynałam się objadać.
W konsekwencji kompletnie przestałam panować nad swoim odżywianiem,
straciłam naturalne uczucie głodu i sytości, moja waga potrafiła wahać
się nawet o 5 kilogramów na przestrzeni jednego miesiąca, a ja czułam
się samotna i zagubiona jak nigdy dotąd. Miałam wrażenie, że nikt mnie
nie rozumie, nie wspiera i nie zauważa moich problemów. Ta sytuacja
trwała przez kilka lat. Albo byłam na diecie, skrupulatnie kontrolowałam
kalorie i chudłam lub utrzymywałam wagę, albo nie zwracałam uwagi na to,
co w siebie wrzucam, przejadałam się do skrajności i bardzo mocno tyłam.
Do tej pory pamiętam to uczucie kompletnej dezorientacji, braku
kontroli, nienawiści do siebie i swojego ciała, braku akceptacji. Wtedy
myślałam, że w tym kołowrotku zaburzeń będę tkwić do końca życia i nigdy
nie zdołam się wydostać.
Pamiętam jednak moment, w którym wszystko zaczęło się zmieniać.
Jesienią 2019 roku wyjechałam na trzy miesiące do Azji w podróż życia.
Choć było to spełnienie moich marzeń, wciąż myślałam o jednym - jak
poradzić sobie z dietą? Od chwili gdy zapadła decyzja o wyjeździe,
zastanawiałam się, jak skontroluję przyjmowane kalorie. Jak to wszystko
przeliczę? Czy znowu nie przytyję albo nie wrócę do punktu wyjścia i anoreksji, od której zaczęła się cała historia? Byłam przerażona...
Szczególnie że od podstawówki do dnia wyjazdu moje życie kręciło się
wokół kontroli jedzenia. Każdego dnia skrupulatnie ważyłam dosłownie
wszystko, nawet jedną borówkę czy truskawkę, liczyłam kalorie,
kontrolowałam porcje. W weekendy ulegałam modzie na cheat meala (czyli
jadłam bez opamiętania, głównie niezdrowe i wysoko przetworzone
produkty, które diametralnie różniły się od codziennych posiłków), tylko
po to, aby od poniedziałku znów być na diecie i ograniczać jedzenie tak
bardzo, jak to tylko możliwe. Początkowo w trakcie podróży też starałam
się kontrolować jedzenie i liczyć - chociaż w przybliżeniu! - kalorie z posiłków. Nie potrafiłam tak po prostu przestać. To było silniejsze ode
mnie... Aż któregoś dnia dotarło do mnie, że to nie ma żadnego sensu.
Ta podróż zmusiła mnie do odrzucenia dotychczasowego schematu. To był
początek wielkich zmian i drogi do jedzenia intuicyjnego. Czy było
łatwo? Oczywiście, że nie! Przypuszczam, że gdyby nie ta podróż, nadal
uparcie kontrolowałabym kaloryczność każdego liścia sałaty i nie
potrafiłabym jeść intuicyjnie, w zgodzie ze swoim ciałem. Te trzy
miesiące na tyle przyzwyczaiły mnie do nieliczenia kalorii, że po
powrocie do domu już do tego nie wróciłam. Z perspektywy czasu wiem, że
to było najlepsze, co mogłam w tamtym momencie zrobić dla własnego
zdrowia. Po prostu przestałam obsesyjnie kontrolować to, co jem i ile
jem, a zaczęłam wsłuchiwać się w to, co podpowiadał mi własny organizm,
i jeść intuicyjnie.
Wbrew pozorom nie było to wcale proste. Po wieloletniej anoreksji, a później epizodach objadania się, straciłam naturalne uczucie głodu i sytości oraz umiejętność słuchania potrzeb swojego organizmu. Mam
wrażenie, że byłam albo nieustannie głodna, albo przejedzona. Dojście do
momentu, w którym jestem teraz, i umiejętności jedzenia intuicyjnego,
zajęło mi kolejne pięć lat, z trzyletnią psychoterapią włącznie.
Jedzenie w zgodzie z potrzebami naszego organizmu powinno być w pełni
normalne i intuicyjne. Nikt z nas nie rodzi się z potrzebą liczenia
kalorii, a organizm sam potrafi regulować porcje posiłków. Tyle że nie
po przebytych zaburzeniach odżywiania. One wywracają świat do góry
nogami, a my, zamiast słuchać potrzeb swojego organizmu, wszystko
kalkulujemy i wpisujemy do aplikacji. Im dłużej doświadczamy tego typu
zaburzeń, tym dłużej zajmuje nam dojście do umiejętności jedzenia
intuicyjnego. Mnie to zajęło pięć lat, ale ani przez chwilę nie
żałowałam czasu poświęconego na tę pracę.
Może teraz myślisz: "Ona naprawdę sporo przeszła w relacjach z jedzeniem". To nadal nie wszystko! Istotnym elementem mojego życia było
zajadanie emocji, stresu, lepszych i gorszych momentów. O tym również
zdecydowałam się napisać z jednego prostego powodu - dzięki terapii znam
przyczynę tego zachowania, poradziłam sobie z jedzeniem emocjonalnym i mam ogromną nadzieję, że ta historia otworzy oczy moim czytelniczkom i pozwoli im naprawić swoje relacje z jedzeniem. Zwłaszcza że jest to
bardzo częsty problem pacjentek, które trafiają do mojego gabinetu. Sama
byłam całkowicie nieświadoma, według jakich schematów działam i jakie
mechanizmy prowadzą do tego, że pod wpływem stresu zawsze sięgam po
jedzenie. Dopiero terapia zaburzeń odżywiania otworzyła mi oczy i znacząco ułatwiła wyjście z tego błędnego koła.
Jak się zapewne domyślasz, takie nawyki zazwyczaj mają początek w dzieciństwie i u mnie również się z niego wzięły. Jak już pisałam,
jedzenie od zawsze odgrywało istotną rolę w moim życiu. W nagrodę za
świetne oceny w szkole dostawałam słodycze, podobnie w prezencie, a nawet w podziękowaniu. Smakołyki kojarzyły mi się z czymś dobrym, więc
przez kolejne lata szkoły i dorosłości jedzenie było dla mnie
nieodłącznym elementem radości, świętowania, podziękowań czy wsparcia. W tym nie byłoby jeszcze nic złego (nadal uwielbiam świętować jedzeniem!),
gdyby nie fakt, że na trudne doświadczenia i przeżycia reagowałam
identycznie. Dzięki wieloletniej terapii zrozumiałam, że przez całe
dzieciństwo i lata nastoletnie nie umiałam wyrażać emocji. Z każdej
strony słyszałam, że muszę być silna, nie mogę płakać, nie mogę
krzyczeć, mam być grzeczna i spokojna, a płaczą tylko beksy. Nie czułam
też, żebym miała wokół siebie osoby, którym mogłabym się wygadać czy
wypłakać. Nie chciałam nikogo obciążać swoimi doświadczeniami i emocjami, wolałam je stłamsić. Jedynym źródłem pocieszenia, jakie
znałam, było jedzenie, sprawiające mi ogromną przyjemność i satysfakcję.
W tamtym czasie nie miałam żadnej innej aktywności, która tak mocno by
mnie "tuliła", jak jedzenie. W trudnej sytuacji, gdy zostawałam z emocjami sama, intuicyjnie zaczynałam jeść. A im bardziej słodkie i tłuste było jedzenie, tym lepiej, bo to czysta przyjemność! Często
słyszę takie powiedzenie "jedzenie nie pyta, jedzenie rozumie", i dokładnie tak się wtedy czułam. To poczucie towarzyszyło mi przez
kilkanaście lat.
Jako dziecko i nastolatka nauczyłam się, że nie mogę przeżywać emocji,
nie mogę płakać i obciążać innych swoimi problemami. Muszę być silna i samodzielna. Być może jedną z przyczyn, dla których kobiety tak często
borykają się z zaburzeniami jelitowymi i zaburzeniami odżywiania, jest
to, że w dzieciństwie uczy się je tłumić emocje i potrzeby na rzecz
zaspokajania potrzeb i standardów innych? Kobiety z syndromem grzecznej
dziewczynki doświadczają całej gamy trudności. Wygląda na to, że
spotkało to również mnie. Sądziłam, że nie wolno okazywać uczuć, bo
emocje są dla słabeuszy. Czułam, że nie mogę nikomu powiedzieć, że mam
gorszy dzień. O płaczu nie było mowy. Nieustannie bałam się opinii i oceny innych ludzi... Miałam poczucie, że powinnam być miła, skromna i że
nie wolno mi się wychylać. Trzymałam się tej myśli, chcąc zadowolić
rodziców. Zamiast poradzić sobie z emocjami, jadłam. Jedzenie dawało mi
ukojenie i radość, chociaż na chwilę. Jedząc, tłumiłam wszystkie trudne
emocje - smutek, żal, rozpacz, zawiedzenie. Nie musiałam ich przeżywać,
zastanawiać się nad nimi. Jedząc, udawałam, że wszystko jest w porządku.
Odtwarzałam ten schemat w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum. Gdy
było mi smutno i źle, gdy czułam się samotna i odrzucona, gdy się
stresowałam, gdy napotkałam na swojej drodze jakiekolwiek trudności -
jadłam. Nie znałam innej metody radzenia sobie z problemami. Nie
potrafiłam mówić o swoich emocjach i nie chciałam obciążać nimi innych
osób, które - tak czułam - nie interesowały się moimi problemami.
Ucieczka w jedzenie stała się pułapką, z której nie potrafiłam się
wyrwać. Aż w końcu straciłam nad sobą jakąkolwiek kontrolę. Dopiero
wtedy sięgnęłam po pomoc i rozpoczęłam psychoterapię zaburzeń
odżywiania. Właśnie podczas niej zrozumiałam, gdzie tkwi źródło moich
zaburzeń i schematów, które wciąż powielam. Ona też uświadomiła mi, że
nie odzyskam zdrowia, jeśli nie uporam się z tymi schematami i przekonaniami. A przede wszystkim, jeżeli nie nauczę się wyrażać emocji
i z nimi obcować. Samodzielnie poradziłam sobie z anoreksją i przestałam
liczyć kalorie. Samodzielnie zerwałam też z kompulsywnym objadaniem się,
ale nie potrafiłam sama poradzić sobie z emocjonalnym jedzeniem, które
towarzyszyło mi przez połowę życia. Tak, zmagałam się z zaburzeniami
odżywiania na tle emocjonalnym od szkoły podstawowej aż do wieku 25 lat.
Ostatecznie, po trzech latach terapii uwolniłam się od tych wszystkich
problemów, w tym od towarzyszącego mi najdłużej emocjonalnego jedzenia.
Dzisiaj wreszcie mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem: jestem zdrowa i mam prawidłowe relacje z jedzeniem. Zajęło mi to jednak połowę życia...
Żałuję, że w dzieciństwie nie doświadczyłam dobrych wzorców i zaczęłam
na własną rękę walczyć z problemami, które mnie przerastały. Żałuję też,
że w tamtym momencie zdrowie nie miało dla mnie żadnego znaczenia i nikt
nie potrafił mi wyjaśnić, dlaczego jest ono tak istotne. Ale nie żałuję
ani jednego dnia poświęconego na terapię, naukę swojego organizmu i poprawę relacji z jedzeniem. Choć momentami zaczynałam wątpić, wiele
razy chciałam się poddać, tysiące razy myślałam, że nigdy mi się nie
uda... Teraz mam zdrową, prawidłową relację z jedzeniem i śmiało mogę
powiedzieć, że pod tym względem jestem w najlepszym miejscu, w jakimkolwiek byłam.
Ale tak jak wspomniałam wcześniej, zaburzenia odżywiania wywołały u mnie
całą kaskadę problemów zdrowotnych. Tego typu problemy nigdy nie
przemkną niezauważone, ich obecność zawsze mocno daje się organizmowi we
znaki. W moim przypadku zaburzenia odżywiania i skrajnie niska masa
ciała doprowadziły do zaniku miesiączki i najpewniej przyczyniły się do
rozwoju zaburzeń hormonalnych. Oprócz wcześniej wykrytych zaburzeń
funkcji tarczycy, w wieku 17 lat usłyszałam diagnozę PCOS. Kiedy zespół
policystycznych jajników mógł się u mnie pojawić? Tego dokładnie nie
wiem, ale wiem, jak ogromnie te informacje wpłynęły na moje dalsze
życie.
Bardzo wcześnie, bo pod koniec szkoły podstawowej, dowiedziałam się, że
choruję na nadczynność tarczycy, która w ekspresowym tempie zmieniła się
w niedoczynność. Jak już wiesz, podejrzenia co do przyczyn zachorowania
w tak młodym wieku padły na skrajne wycieńczenie organizmu głodówkami i na predyspozycje genetyczne, ponieważ prawie każda kobieta w mojej
rodzinie ma jakąś formę zaburzeń funkcji tarczycy. Od diagnozy aż do 18.
roku życia kompletnie się nią nie przejmowałam, najpewniej nawet jej nie
rozumiałam. Nie zwracałam szczególnej uwagi na dietę. Aż do trzeciej
klasy liceum nie znałam zaleceń żywieniowych, imprezowałam, nie
stosowałam suplementów, a zlecone leki brałam, gdy mi się przypomniało.
Wydaje mi się, że moje zachowanie mieściło się w ówczesnej normie. Dla
nastolatek znacznie ważniejsze było wtedy, aby imprezować, jeść wszystko
to, na co mają ochotę, pić w swoim rodzinnym domu nie miałam i utrzymywać relacje ze znajomymi. Mimo że teraz uważam, iż alkohol
pojawił się w moim życiu zdecydowanie zbyt wcześnie, i wcale nie jestem
z tego powodu dumna, to jednocześnie mam świadomość, że moje pokolenie w taki sposób dorastało, czerpiąc wzorce z otoczenia czy teledysków. Nie
ma co ukrywać: mimo że teraz jestem w pełni świadomą kobietą, która nie
pije alkoholu i na pierwszym miejscu stawia zdrowie, nie zawsze tak
było. Wszystko diametralnie się jednak zmieniło właśnie wtedy, gdy w wieku 18 lat, przy okazji kontrolnych badań u ginekologa, usłyszałam
diagnozę PCOS. Choroba była na tyle zaawansowana, że poinformowano mnie
również o możliwych trudnościach z zajściem w ciążę. Wtedy coś nagle
"kliknęło" w mojej głowie. Zwłaszcza że zaraz po diagnozie pojawiły się
pierwsze problemy jelitowe.
W tak młodym wieku, kiedy ma się całe życie przed sobą, już chorowałam
na PCOS i niedoczynność tarczycy. Teraz mam świadomość, że nie tylko da
się z nimi normalnie żyć, ale mogą też nie dawać żadnych objawów, gdy
się o nie odpowiednio zatroszczymy. W tamtym momencie jednak diagnoza
wydawała mi się końcem świata, postanowiłam więc zrobić wszystko, żeby
mój organizm dobrze funkcjonował. Po raz pierwszy na poważnie zaczęłam
się interesować żywieniem i pomyślałam, że studia dietetyczne są moim
przeznaczeniem, kierunkiem, który da mi poczucie spełnienia. Wcześniej
bardzo długo chciałam być stomatolożką, później lekarką, a w wyższych
klasach liceum marzyłam o architekturze. Dietetyka pojawiła się
dosłownie chwilę przed maturą i zmotywowały mnie do niej własne problemy
zdrowotne. Po prostu chciałam sobie pomóc, a wtedy już wiedziałam, że
żywienie odgrywa w życiu ogromną rolę. To był również moment, w którym
przerzuciłam się z magazynów dla nastolatek na książki dotyczące
żywienia. Zapisywałam się na kolejne wykłady, kursy i szkolenia -
zarówno on-line, jak i stacjonarne, które kiedyś były bardziej
popularne. Moje życie nadal kręciło się wokół jedzenia, ale nareszcie w pozytywnym znaczeniu. Świadomość, wiedza, umiejętność słuchania własnego
organizmu, a przede wszystkim troska o zdrowie stały się moimi
nieodłącznymi towarzyszkami.
Udało mi się wyjść z zaburzeń odżywiania, ale nie tylko: odzyskałam
miesiączkę, ustabilizowałam poziomy hormonów i wprowadziłam w pełną
remisję niedoczynność tarczycy wraz z chorobą Hashimoto i PCOS.
Zastanawiasz się, jakim cudem? Dokładnie w taki sam sposób, jaki promuję
każdego dnia w swoich mediach społecznościowych i o jakim przeczytasz w niniejszej książce. Zmieniłam swoje życie. Zaczęłam odżywiać się zdrowo,
wprowadziłam regularną aktywność fizyczną, zastosowałam odpowiednie
suplementy i brałam leki zgodnie z zaleceniami. Każdego dnia czytałam
też materiały źródłowe, uczyłam się i szukałam nowych informacji na
temat zaburzeń, z którymi przyszło mi się mierzyć. Od dawna mam wręcz
modelowe wyniki badań, a coroczne USG ginekologiczne nie wykazuje
jakichkolwiek niebezpiecznych zmian. Ogromną rolę w tym procesie
odegrała praca nad zaburzeniami odżywiania oraz wyleczenie zaburzeń
jelitowych, które się u mnie rozwinęły. Pełna remisja moich problemów
hormonalnych to stosunkowo świeża sprawa, bo dopiero od trzech, czterech
lat moje wyniki badań są perfekcyjne, a ja nie odczuwam żadnych
konsekwencji choroby Hashimoto czy PCOS. Z perspektywy czasu uważam, że
główną rolę w pokonaniu tych trudności odegrał przewód pokarmowy, a najważniejsze było wyjście z zaburzeń jelitowych. Dopóki nad nimi nie
zapanowałam, poziom hormonów nieustannie mocno się wahał, a mnie nie
udawało się wprowadzić tych zaburzeń w pełną remisję. Po całkowitym
wyleczeniu IBS (od ang. irritable bowel syndrome, zespół jelita
nadwrażliwego/drażliwego) i SIBO (od ang. small intestinal bacterial
overgrowth, zespół rozrostu bakteryjnego jelita cienkiego) sytuacja
diametralnie się zmieniła...
No właśnie. IBS i SIBO. To problemy pojawiły się u mnie najpóźniej, bo
po maturze, w okolicy 19 roku życia. W tamtym okresie byłam kompletnie
załamana i absolutnie nie wiedziałam, co się dzieje. Wcześniej, mimo
skrajnych zaburzeń odżywiania, prowokowania wymiotów czy wahań
hormonalnych, nie odczuwałam żadnych nieprawidłowości w działaniu jelit
i żołądka. Ujawniły się one dopiero z czasem. Teraz, z perspektywy,
doskonale wiem, jakie czynniki doprowadziły do ich zaistnienia. Moja
historia zaburzeń odżywiania, problemy z tarczycą czy PCOS na pewno się
do nich zaliczają. Rozregulowały one skład mikrobioty jelitowej, a to
przełożyło się na rozwój IBS czy SIBO. Dzięki lekturze kolejnych
rozdziałów zrozumiesz, jak łączą się ze sobą te problemy, i sama
zaczniesz dostrzegać mnóstwo tego rodzaju powiązań.
Dziś sądzę, że największe znaczenie w moim życiu miał stres. Stres,
jakiego nie życzę nikomu. Na moje osiemnastoletnie barki zwaliły się
matura, podjęcie studiów, burzliwe rozstanie rodziców, przeprowadzki,
kłótnie, choroby w rodzinie... Byłam "silna", udawałam, że wszystko idzie
świetnie, tłumiłam emocje i płakałam w zaciszu własnego pokoju, bo
przecież tylko taki schemat znałam. Oczywiście uciekałam też w jedzenie,
bo wtedy jeszcze nie potrafiłam sobie radzić z emocjami w inny sposób.
Pewnego dnia, po bardzo trudnej dla mnie nocy, wstałam rano z ogromnym
bólem brzucha i tak już zostało... Od tego momentu dolegliwości bólowe i biegunki towarzyszymy mi nieprzerwanie. Wstawałam z łóżka z ogromnym
bólem, momentami płacząc z bezsilności, i kładłam się z nim wieczorem.
Uznałam, że nie był to "odpowiedni" moment, żeby dzielić się tymi
troskami z innymi, więc po raz kolejny zostałam z tym sama.
Tak przetrwałam maturę i poszłam na studia. Minął co najmniej rok, a moje dolegliwości jelitowe z każdym miesiącem się nasilały. Jadłam coraz
mniej i coraz więcej produktów mi szkodziło. Dojrzała we mnie decyzja -
idę do lekarza, szukam przyczyny tych problemów i działam! Wtedy po raz
pierwszy usłyszałam diagnozę IBS i pomyślałam: "Okej, wiem, co mi jest,
ale co mam zrobić, żeby nie bolało?". Dopiero zaczynałam studia, więc
moja wiedza na temat zaburzeń tego typu była zerowa. Chciałam wtedy
specjalizować się w dietetyce sportowej, a nie klinicznej z ukierunkowaniem na gastroenterologię. Nie pozostało mi nic innego, jak
oddać się w ręce gastrologa i mu zaufać.
Otrzymałam receptę na standardowe leki z ryfaksyminą (Xifaxan), które
przyniosły ukojenie na dwa tygodnie. Po tym czasie problem wrócił ze
zdwojoną siłą. Po raz kolejny zapisałam się na wizytę, a potem jeszcze
raz. Za każdym razem dostawałam takie same leki, bez żadnego wsparcia
dietetycznego, suplementacyjnego czy szerszej diagnostyki. Teraz wiem,
że to nie mogło się udać. Wtedy wzrosło u mnie poczucie osamotnienia.
Czułam, że jeśli nie pomogę sobie sama, to nikt inny tego nie zrobi. Tak
jak zaburzenia hormonalne były moją motywacją do podjęcia studiów
dietetycznych, tak zaburzenia jelitowe i zdiagnozowane wtedy IBS
popchnęły mnie do wyspecjalizowania się w gastrologii, oczywiście w kontekście żywienia.
Początkowo byłam jednak na tyle zniechęcona brakiem efektów leczenia, że
poniekąd nauczyłam się żyć z tymi problemami. Zrobiłam to, o czym mówi
większość naszych pacjentów, czyli "przyzwyczaiłam się" do bólu. Oni
również w swej bezsilności uczą się żyć z bólem i codziennymi
dolegliwościami. Do takiego bólu nie można się jednak przyzwyczaić, bo
jeden przysparzający cierpienia problem zawsze prowadzi do kolejnego i rozwoju innych zaburzeń, a cierpienie tylko się zwiększa. U mnie było
dokładnie tak samo... Mimo że wiedziałam o IBS, nie miałam świadomości,
czym ono dokładnie jest, jak je wyleczyć i co zrobić, żeby już nie
wróciło.
Poświęciłam ogrom czasu na naukę, szkolenia, wykłady, czytanie tekstów
naukowych i wyników badań. Los chciał, że na swojej drodze trafiłam na
świetnych wykładowców, którzy byli praktykującymi w szpitalu
gastrologami. Dziś wiem, że to jedni z najlepszych specjalistów w swojej
dziedzinie! Poszerzanie wiedzy nie chroniło mnie niestety przed
dolegliwościami. Wzrastała liczba produktów spożywczych, po których
zjedzeniu źle się czułam. Ból narastał. Jajka, które dotychczas były dla
mnie bezpiecznym produktem, nagle zaczęły nasilać dolegliwości. Owoce,
które uwielbiałam, teraz powodowały biegunki. Jedzenie poza domem? Nigdy
- zawsze miałam przy sobie pudełko. Mój stan pogarszał się z miesiąca na
miesiąc.
W pewnym sensie zaczęłam godzić się ze swoim losem "do końca życia będę
na diecie", ale jednocześnie, z zapałem godnym neofitki, rzuciłam się do
zgłębiania swojego przypadku! Wykonałam wszystkie możliwie badania, o których przeczytałam w internecie - od morfologii, przez test na SIBO,
po badania składu mikrobioty jelitowej. Robiłam nawet badania alergii
pokarmowych z krwi włośniczkowej, choć teraz wiem, że to ostatnie nie
miało sensu. Nie bierz więc ze mnie pod tym względem przykładu - kieruj
się raczej tym, co zalecą ci specjaliści (podstawową listę badań
znajdziesz też w kolejnych rozdziałach). Możesz sobie wyobrazić moje
zaskoczenie, gdy okazało się, że oprócz IBS moimi problemami są również
SIBO, nietolerancja fruktozy i bardzo silna dysbioza jelitowa. Nie
wykonałam odpowiednich badań w kierunku alergii białek mleka krowiego
czy jaj, ale mój organizm ich nie znosił nawet w minimalnych ilościach,
wiedziałam więc, że mam takie nietolerancje. Błądziłam, bo te kilka lat
temu nie mieliśmy dostępu do tak szerokiej wiedzy z zakresu zaburzeń
przewodu pokarmowego jak obecnie. Wyciągałam informacje z przeróżnych
źródeł, łączyłam je w całość i po prostu eksperymentowałam na własnym
organizmie, sprawdzając, co zadziała. Z jednej strony byłam załamana...
Dlaczego ja?! Z drugiej strony wiedziałam, co się dzieje, z czym mam
problem, więc teraz miało być już z górki.
To "z górki" oznaczało w moim przypadku półtora roku intensywnego
leczenia IBS, SIBO i wtórnych nietolerancji pokarmowych, ale ostatecznie
doszłam do etapu pełnej remisji, która trwa u mnie już od prawie pięciu
lat. W wieku 25 lat udało mi się pozbyć wszystkich zaburzeń przewodu
pokarmowego, które ujawniły się w 19. roku życia. Jestem teraz bardziej
świadoma i z perspektywy czasu widzę powiązania. Rozumiem, od czego
rozpoczęły się moje problemy i do czego doprowadziły. W okresie
poszukiwania rozwiązań miałam poczucie, że jeśli ja sama nie znajdę
właściwej drogi, to będę skazana na cierpienie, bo nikt nie będzie umiał
mi pomóc. Ty jesteś w lepszej sytuacji: nawet jeśli problemy zdrowotne
utrudniają ci już codzienne funkcjonowanie, masz dostęp do sprawdzonej
wiedzy i specjalistów, dzięki którym leczenie będzie o wiele łatwiejsze
i efektywne. No i czytasz książkę, która może odmienić twoje życie!
Określenie "eksperymentowanie na własnym organizmie" nie brzmi
najlepiej, ale w moim przypadku tak właśnie było. Niektóre metody
przyniosły mi ukojenie, wiele nie zmieniło absolutnie nic. Ale nie
żałuję tego czasu i kolejnych "eksperymentów". Po pierwsze, w tamtym
okresie, chcąc rozwiązać swoje problemy zdrowotne, zaczęłam intensywnie
zgłębiać zagadnienia z zakresu gastroenterologii w dietetyce, a jak już
wspominałam we wstępie, moim zdaniem problemy z tej dziedziny to jedno z największych wyzwań dla lekarza, dietetyka, a nawet psychoterapeuty. Po
drugie, podejmowane przeze mnie próby pozwoliły mi ostatecznie opracować
skuteczną metodę leczenia. Powstała ona na podstawie tysięcy godzin
spędzonych na nauce i czytaniu źródeł naukowych, ale też moich
prywatnych doświadczeń. W 2024 roku usystematyzowałam jej założenia i nazwałam ją metodą leczenia MajDiet.
Gdybym mogła samodzielnie zdecydować o kolejach swojego losu, to jak się
pewnie domyślasz, wybrałabym życie bez chorób i zaburzeń. Jednocześnie
mam poczucie, że jeśli już musiałam się z nimi zmierzyć, to zrobiłam to
najlepiej, jak się dało, a moja postawa względem problemów zdrowotnych
napawa mnie dumą. Nie tylko bowiem nie poddałam się w walce i wyprowadziłam swój organizm na prostą, ale też stworzyłam metodę, która
pomaga tysiącom pacjentów z zaburzeniami podobnymi do moich.
Jeśli czytasz tę książkę, to albo interesujesz się tematem, albo ty
również doświadczasz problemów zdrowotnych. Pewnie też uświadamiasz
sobie, że zdrowie mamy tylko jedno i warto o nie zadbać, oraz liczysz na
to, że uwolnisz się od swoich trudności. Taki jest właśnie mój cel.
Kolejne rozdziały zarysują ci prawidłową ścieżkę efektywnego leczenia,
od pierwszego do ostatniego kroku, oraz utrzymania efektów. Jestem
pewna, że już wkrótce twoje życie odmieni się na lepsze - dołożę
wszelkich starań, by ci w tym pomóc.