Jej wszystkie życia - Briana Cole

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Z tam­tym dniem coś było nie tak. De­ven to czuła.

Jej sio­stra na­zy­wała to de­ve­nin­stynk­tem, a te­ra­peuta lę­kiem. A jej chło­pak po­wie­dział, że to za­bu­rze­nia typu bor­der­line - niby żar­tem, ale jego ko­men­tarz był dla niej naj­bar­dziej przy­kry. Zna­jomy z ma­ry­narki wo­jen­nej na­zwał to kie­dyś ci­szą przed bu­rzą. W każ­dym ra­zie jak tylko otwo­rzyła oczy, do­słow­nie kilka se­kund za­nim bu­dzik prze­szył upiorną ci­szę, ogar­nął ją nie­po­kój.

Się­gnęła na szafkę nocną po urzą­dze­nie i za­częła na chy­bił tra­fił wci­skać gu­ziki, aż w końcu je­den z nich na­gle uciął ha­łas. Usia­dła na łóżku otu­lona ciem­no­ściami i za­częła prze­szu­ki­wać wzro­kiem cie­nie, jakby są­dziła, że źró­dło jej trwogi bę­dzie wi­doczne go­łym okiem. Po­tra­fiła wy­ło­wić z mroku kształty me­bli, za­mon­to­wany na ścia­nie te­le­wi­zor z du­żym ekra­nem i spore lu­stro po­wie­szone w rogu po to, żeby po­więk­szyć optycz­nie nie­zbyt prze­stronną sy­pial­nię. Nie do­strze­gła ni­czego od­bie­ga­ją­cego od normy.

Ma­te­rac uniósł się obok niej, jakby chciał jej przy­po­mnieć, skąd może się brać jej nie­przy­jemne od­czu­cie. De­ven zer­k­nęła na krępą po­stać, któ­rej na­gość nie­zbyt sku­tecz­nie ukry­wała po­ściel. Ju­stin. Wspo­mnie­nie ostat­niej nocy po­wró­ciło z hu­kiem, ob­razy ła­pały i tra­ciły ostrość, jakby pa­trzyła na nie przez obiek­tyw.

Te­le­fon od Ju­stina był nie­spo­dzie­wany, tak jak wszyst­kie jego te­le­fony przez ostat­nie sześć mie­sięcy, od­kąd za­częli to "coś" na od­le­głość (czy na­prawdę mo­gła w tym mo­men­cie na­zwać to związ­kiem?). A po­nie­waż przez wiele dni z rzędu nie od­bie­rał te­le­fo­nów od niej, chciała mu się od­wza­jem­nić ta­kim sa­mym cham­stwem. Ale cho­ciaż to było ża­ło­sne, sa­mot­ność prze­zwy­cię­żyła upór: ode­brała po pierw­szym dzwonku i przy­jęła za­pro­sze­nie na ko­la­cję, jesz­cze za­nim skoń­czył za­da­wać py­ta­nie.

Mimo że do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia po­winny ją na to przy­go­to­wać, De­ven była za­sko­czona, że przy­je­chał pro­sto z lot­ni­ska i uda­wał, że z po­wodu zmiany stref cza­so­wych jest za bar­dzo zmę­czony, aby za­brać ją na randkę, cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie był za bar­dzo zmę­czony na seks.

De­ven była sfru­stro­wana jego za­gryw­kami. A na­zy­wa­jąc rzecz po imie­niu: była wku­rzona na maksa. Do pew­nego mo­mentu Ju­stin był za­du­rzo­nym chło­pa­kiem, który z po­rywu serca dzwoni i daje jej pre­zenty. De­ven tak bar­dzo przy­wy­kła do jego spon­ta­nicz­no­ści, że kiedy wra­cała do domu, spo­dzie­wała się, że za­sta­nie go cze­ka­ją­cego na dole, żeby ją po­rwać na ja­kąś wy­kwintną ko­la­cję albo fajną im­prezę. Ale wtedy Ju­stin ni stąd, ni zo­wąd po­pro­sił swo­ich kor­po­ra­cyj­nych sze­fów o prze­nie­sie­nie do Bal­ti­more, bo tam bę­dzie miał "lep­sze moż­li­wo­ści roz­woju". Jego im­pul­sywna na­tura na­gle prze­stała być tak atrak­cyjna, a jego de­cy­zja o wy­jeź­dzie stwo­rzyła mię­dzy nimi więk­szy dy­stans niż trzy­go­dzinna po­dróż sa­mo­lo­tem. Ju­stin dał jed­nak wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że ocze­kuje od niej, aby po­pły­nęła z prą­dem. Jego prą­dem. Czy z lo­jal­no­ści, czy ze zwy­czaj­nej głu­poty za­wsze tak ro­biła.

Zmarsz­czyła brwi, pa­trząc na Ju­stina, który spo­koj­nie spał, zu­peł­nie nie­świa­domy jej na­ra­sta­ją­cego po­ru­sze­nia. Ze zło­ścią na sie­bie po­my­ślała, że to jej wina, bo nie po­słu­chała głosu roz­sądku. No i te­raz sie­działa na łóżku pod każ­dym wzglę­dem nie­za­do­wo­lona. Z wes­tchnie­niem po­sta­wiła nogę na pod­ło­dze, na­gle spra­gniona świa­tła. Jak tylko od­su­nęła za­słony i wpu­ściła do środka pierw­sze prążki roz­le­wa­ją­cego się po New Jer­sey świtu, wró­cił spo­kój, a to nie­przy­jemne uczu­cie na ra­zie znik­nęło. To wy­star­czyło, by uspo­koić nerwy. Dzięki Bogu. Mimo to od­ru­chowo za­śmiała się pod no­sem, kiedy wyj­rzała na dzie­dzi­niec apar­ta­men­towca. Taka duża dziew­czynka, a da­lej boi się ciem­no­ści!

Z punktu wi­dze­nia wścib­skiej na­tury De­ven jej po­ło­żone na pierw­szym pię­trze miesz­ka­nie było do­sko­nale zlo­ka­li­zo­wane. Dzie­dzi­niec skła­dał się przede wszyst­kim z ka­mien­nego chod­nika w kształ­cie li­tery T z ław­kami i sto­łami pik­ni­ko­wymi pod za­da­szoną per­golą. Chod­nik ota­czały wy­zna­cza­jące gra­nice ma­łych ogród­ków sta­ran­nie przy­cięte ży­wo­płoty, które nie­zbyt sku­tecz­nie po­wstrzy­my­wały psy od na­wo­że­nia tychże ogród­ków, mimo du­żej ta­bliczki z na­pi­sem "Za­kaz wy­pro­wa­dza­nia psów na dzie­dzi­niec".

Z miesz­kań za­czął się wy­le­wać mały stru­my­czek lo­ka­to­rów, któ­rzy prze­cho­dzili przez po­dwó­rze w dro­dze na swoje co­dzienne za­ję­cia: dwie ko­biety, które co­dzien­nie rano ra­zem bie­gały i za­wsze miały na so­bie do­pa­so­wane ko­lo­ry­stycz­nie spodnie do jogi i spor­towe biu­sto­no­sze, czte­ro­oso­bowa ro­dzina, która w nie­dziel­nych stro­jach uda­wała się do ko­ścioła, i stu­dent, który rano na ogół miał na so­bie kra­cia­ste spodnie od pi­żamy, po­nie­waż ro­bił szybką prze­bieżkę do po­bli­skiej bo­degi po kawę. De­ven po­winna być już uma­lo­wana i pę­dzić po­śród nich do pracy, ale nie mo­gła się zmu­sić do odej­ścia od okna. Na­dal coś ją drę­czyło. Ale jak wy­de­du­ko­wała za­le­d­wie kilka chwil wcze­śniej, wszystko wy­glą­dało nor­mal­nie.

Spoj­rzała w stronę par­kingu, kiedy przed wej­ście do bu­dynku za­je­chał ra­dio­wóz. Praw­do­po­dob­nie przy­je­chali do pary w miesz­ka­niu A. Nie byłby to pierw­szy raz, kiedy ich na­le­żąca do ka­te­go­rii prze­mocy do­mo­wej kłót­nia wy­mknęła się spod kon­troli.

- Wcze­śnie wsta­łaś.

Od­wró­ciła się od po­ran­nej krzą­ta­niny, by zo­ba­czyć, jak Ju­stin stęka i prze­ciąga się, uwy­dat­nia­jąc na­pięte mię­śnie. Wy­mu­siła na so­bie, aby prze­stać się ga­pić. Przy­pusz­czal­nie mię­dzy in­nymi dla tego wi­doku wpa­ko­wała się w tę re­la­cję. Poza tym nie mo­gła za­po­mi­nać, że bez względu na to, jak bar­dzo sek­sowny jest ten męż­czy­zna z cerą barwy szam­pana i cze­ko­la­do­wo­brą­zo­wymi oczami, nie za wiele z tego wy­nika. Seks był mniej niż prze­ciętny albo - jak sio­stra De­ven opi­sała kie­dyś nie­za­do­wa­la­jący seks - ni­czym "kich­nię­cie, które w to­bie wzbiera, ale zo­staje w środku". Tak, to naj­lep­sze pod­su­mo­wa­nie.

Ju­stin pod­cią­gnął się i oparł o wez­gło­wie łóżka.

- Pra­cu­jesz dzi­siaj? - za­py­tał.

De­ven wes­tchnęła i ski­nęła głową, już te­raz prze­ra­żona dwu­na­sto­go­dzinną zmianą w szpi­talu.

- Może pój­dziemy na śnia­da­nie, za­nim po­jadę? - za­pro­po­no­wała, ale z jego wzroku tak sil­nie biła od­mowa, że De­ven nie po­zwo­liła mu na­wet otwo­rzyć ust. - Wiesz co, nie­ważne. Nie przej­muj się tym.

Znowu się od­wró­ciła, usi­łu­jąc zi­gno­ro­wać przy­kre uczu­cie, ja­kie wy­wo­łała w niej ta niema od­mowa.

- Oj, prze­pra­szam cię, skar­bie. - Ju­stin wstał, pod­szedł do niej i za­czął pie­ścić jej ra­miona, a jed­no­cze­śnie de­li­kat­nie ca­ło­wać ją w szyję. De­ven po­czuła, że skóra jej się roz­grzewa od jego do­tyku. To okropne, że ten fa­cet wciąż tak działa na moje ciało, po­my­ślała. - Nie że­bym nie chciał - ar­gu­men­to­wał. - Po pro­stu je­stem w mie­ście tylko na kilka dni i mam parę spraw do za­ła­twie­nia przed wy­jaz­dem. Ale... - Jego dło­nie zmie­rzały pod jej pod­ko­szul­kiem w stronę piersi. - Ty mi wy­star­czysz za śnia­da­nie...

Na­gły dźwięk dzwonka szarp­nął nimi, prze­ta­cza­jąc się przez po­kój. De­ven z ulgą wy­do­stała się z uści­sku Ju­stina i spoj­rzała w stronę drzwi, jakby po­tra­fiła zo­ba­czyć nie­zna­nego przy­by­sza przez ścianę. Ju­stin zmarsz­czył brwi i z nie mniej­szym za­cie­ka­wie­niem szybko spoj­rzał na cy­frowy ze­gar na szafce noc­nej. Dwa­dzie­ścia trzy po siód­mej.

- Spo­dzie­wasz się ko­goś?

Oskar­ży­ciel­ski wy­dźwięk jego py­ta­nia nie spodo­bał się De­ven. Prze­wró­ciła oczami. On na­prawdę ma czel­ność być za­zdro­sny?

Za­miast za­szczy­cać go od­po­wie­dzią, wzru­szyła ra­mio­nami, za­wią­zała szla­frok w pa­sie, rzu­ciła szyb­kie "Za­raz wra­cam" i wy­szła z po­koju. Spe­cjal­nie żeby wzbu­dzić w nim po­dej­rze­nia, za­mknęła za sobą drzwi sy­pialni. Ale po­mi­ja­jąc zło­śli­wość, ta nie­spo­dzie­wana wi­zyta bar­dzo za­cie­ka­wiła De­ven, która po­spie­szyła do drzwi, za­pa­la­jąc po dro­dze świa­tło w przed­po­koju. Nie spoj­rzaw­szy przez ju­dasz, prze­krę­ciła za­suwy i na­ci­snęła klamkę.

Za­marła na wi­dok dwójki po­li­cjan­tów, a w jej pier­siach wez­brała pierw­sza fala pa­niki, gę­sta i du­sząca. Po­ża­ło­wała, że nie wy­słała do drzwi Ju­stina. Może ona mo­głaby się wtedy sku­lić gdzieś w ła­zience i uda­wać, że po­li­cjanci nie przy­szli tu­taj z tego jesz­cze nie­zna­nego po­wodu, który ich spro­wa­dził przed jej próg.

Pierw­sza ode­zwała się po­li­cjantka, któ­rej cy­na­mo­nowa cera zbla­dła z po­wodu zmę­cze­nia albo dys­kom­fortu, czyli dość czę­stych w jej za­wo­dzie stre­so­rów. Mimo to spró­bo­wała się uśmiech­nąć.

- Dzień do­bry. Pani De­ven Rey­nolds?

Odrę­twiała De­ven wy­ko­nała ja­kiś le­dwo za­uwa­żalny ruch głową, ale to naj­wy­raź­niej wy­star­czyło, bo ko­bieta mó­wiła da­lej, ro­biąc nie­pewny krok w jej kie­runku.

- Na­zy­wam się McKin­ney, a to jest funk­cjo­na­riusz Wise - przed­sta­wiła się, a po­tem wska­zała na pulch­nego męż­czy­znę u jej boku. - Mo­żemy wejść na chwilę?

Wzrok De­ven prze­ska­ki­wał mię­dzy nimi, a od­dech uwiązł jej w gar­dle. Miny funk­cjo­na­riu­szy były aż nadto zna­jome. Pra­cu­jąc jako po­łożna, nie­stety czę­sto była świad­kiem tra­ge­dii: bliź­niak uro­dził się mar­twy, żona do­stała krwo­toku pod­czas ce­sar­skiego cię­cia, a ma­lutka dziew­czynka nie wy­szła z OIOM-u. Per­so­nel, nie wy­łą­cza­jąc jej sa­mej, za­wsze miał tę samą udrę­czoną minę i oczy prze­peł­nione bó­lem, ale po tylu ra­zach już jakby uogól­nio­nym. Nie można po­wie­dzieć, żeby po­dzia­łało na nią uspo­ka­ja­jąco, kiedy to samo zo­ba­czyła u tej dwójki.

Te­raz stało się zro­zu­miałe, skąd to uczu­cie - ten de­ve­nin­stynkt - które ją nę­kało od sa­mego rana, jak zło­wróżbne wa­ha­dło, które się z nią draż­niło, drwiło z niej. De­ven wstrzy­mała od­dech i od­su­nęła się na bok, aby ich wpu­ścić. Me­ta­fora z ci­szą przed bu­rzą oka­zała się trafna: naj­wy­raź­niej bu­rza wła­śnie na­de­szła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki