ŚMIERĆ PIERWSZA
Erwin Cis przysunął fotel do szyby i opadł na skórzane oparcie. Zwyczaj,
by co wieczór patrzeć z siedemnastego piętra szklanego biurowca na auta
płynące przez centrum Hamburga, wszedł mu w krew.
Kółka fotela stały na tyle blisko okna, by mógł swobodnie oprzeć czubki
swoich butów o szklaną ścianę i udawać, że zgniata kolejne samochody
sunące po asfalcie. Liczył dokładnie, a przynajmniej robił, co mógł, aby
żaden co dziesiąty kierowca nie umknął mu spod podeszwy z logo
New&Lingwood. Pantofle za tysiąc euro, które kupił w domu handlowym
Hanse-Viertel, świetnie się do tego nadawały.
Rytuał deptania ludziom po dachach samochodów powtarzał codziennie od
pięciu lat, kiedy to na drzwiach swojego gabinetu powiesił tabliczkę z napisem "Sense of Your Life". Sens Twojego Życia, firmę szkoleniową,
otworzył dla tych, którzy mają problem ze sobą, swoim szefem czy własnym
ojcem. Prostowanie ludzkich fobii i wbijanie do głowy, że wystarczy
nauczyć się kilku zdań wytrychów i powtarzać je codziennie przed
lustrem, by z ludzkiej ofermy stać się asertywną skałą, stało się łatwym
zarobkiem. Popyt był, wystarczyło kilkanaście zleceń w miesiącu, by
wyjść na swoje.
Brązowe pantofle co rusz uderzały w szklaną ścianę. Równie dobrze mógłby
nosić zwykłe adidasy lub trampki, ale Simone uważała, że z jego pozycją
społeczną nie wypada nosić niczego, co wyglądałoby, jakby pochodziło ze
zwykłej sieciówki.
Pozycja społeczna. To określenie mierziło go, a już zwłaszcza wtedy, gdy
Simone dokładała do niego kolejne słowa i tworzyła twór w stylu: pozycja
społeczna ludzi z naszego wyselekcjonowanego kręgu. Za każdym razem
czekał, aż któreś ze słów wypadnie z tego bełkotu lub zamieni się
kolejnością z innym, ale Simone nigdy się nie pomyliła.
No więc miał dobre buty, pozycję społeczną, gabinet i trzydzieści trzy
lata. I Simone, swoją niemiecką żonę, którą poznał na otwarciu klubu w centrum miasta. Przed wejściem do lokalu pamiętał jeszcze jego nazwę,
ale po kilku głębszych było mu obojętne, gdzie się znajduje. Simone
podeszła do jego stolika, gdy zaciągał się drugim skrętem. Nie zdążył
wypuścić dymu z płuc, kiedy postawiła przed nim ociekający pianą kufel.
Kiedy mieszkał w Polsce, żadna kobieta nie postawiła mu piwa. Tylko raz
w dość podłym klubie jazzowym w centrum Łodzi kelner przyniósł mu do
stolika kieliszek z koniakiem, dorzucając jednocześnie karteczkę, na
której ktoś odcisnął uszminkowane usta. Właścicielka karminowych warg do
końca wieczora pozostała anonimowa.
Simone nie znała słowa "nieśmiałość". Kiedy ściekła piana, Erwin
podniósł kufel w geście podziękowania i z wypracowanym luzem zanurzył
usta w paulanerze. Gówno, nie piwo, pomyślał, czując pszeniczno-owocowy
smak, ale uśmiechnięta twarz Simone nie pozwoliła mu na wykrzywienie się
w geście rozczarowania.
O tym, że przyciąga wzrok kobiet, wiedział od zawsze. Były student
warszawskiej AWF, wysoki i wysportowany, z ciemnymi włosami i orzechowymi oczami, odkąd sięgał pamięcią, był obiektem zainteresowania
kobiet od osiemnastego do osiemdziesiątego roku życia. Miał jedną cechę,
za którą wszyscy jego koledzy z dawnych lat oddaliby życie: im mniej o siebie dbał, tym bardziej przypominał Hugh Jackmana z kilkudniowym
zarostem. Na co dzień niewiele go to obchodziło, był, jaki był, i nie
robił z tego sensacji.
Simone wyrosła przed nim niespodzianie, na chwilę przed tym, jak
zamierzał wyjść z baru i zamknąć się w swoim pustym dwupokojowym
mieszkaniu na przedmieściach. Nie miał pojęcia, skąd się tam wzięła.
Wtedy w ogóle nie myślał zbyt wiele. Ważne, że jak na Niemkę była w miarę ładna, a jej duży biust podtrzymywał czerwony stanik, który
przebijał przez koronkową białą bluzkę. Jakby celowo ubrała się w jego
narodowe barwy. Uśmiech też miała ładny i nie była zbyt gadatliwa.
Wtedy. Odkąd wsunął jej obrączkę na palec, zaczęła mówić jakby więcej. I głośniej. Ważne było jednak, że dbała o Karla, ich czteroletniego syna z syndromem nadpobudliwości ruchowej. Erwin tak to nazywał, ona zaś
uważała, że to normalne u chłopców w jego wieku i żeby przestał szukać
problemów tam, gdzie ich nie ma. Przestał. Był przecież dobrym mężem, a przynajmniej starał się taki być. Wszystko dla niego, dla Karla.
Simone miała też zalety. Potrafiła w ciągu kilku sekund rozdać wizytówki
jego firmy szkoleniowej połowie miasta. Jako redaktorka naczelna
brukowej gazety miała wystarczająco wiele kontaktów, aby jego biznes
kręcił się, jak należy. Wciskała je więc każdemu, bez względu na to, czy
miał ze sobą problemy, czy też unosił się na pierzastej chmurze
samozadowolenia, nie dotykając stopami ziemi. Naganiała mu uczestników
szkoleń, a Erwin miał być wdzięczny i odpowiednio się prezentować,
nosząc dobre buty i markowe garnitury. I zastanowić się wreszcie, czy
dwupokojowe mieszkanie przy Hagedornstrasse z widokiem na park nie jest
aby zbyt skromne dla ich trójki.
Erwin rozgniótł butem pięćdziesiątego kierowcę. Na dziś wystarczy.
Światła ledowych jarzeniówek na siedemnastym piętrze zaczynały gasnąć
wraz z opuszczaniem biurowca przez pracowników sąsiadujących przez
ścianę firm. Powinien włączyć pocztę w komputerze i przejrzeć zgłoszenia
na kolejne tygodnie, ale postanowił posiedzieć w ciemności jeszcze kilka
minut i już bezkrwawo poobserwować, jak smugi czerwonych świateł suną z centrum na przedmieścia.
Kiedy znów spojrzał na zegarek, dochodziła ósma. Za trzy minuty zadzwoni
Simone i da mu do słuchawki Karla, który słodkim głosem zapyta, czy
tatuś położy go dziś do łóżka.
Erwin zgarbił plecy i schował twarz w dłoniach. Gdyby mógł to wszystko
zmienić, poprzestawiać klocki w swoim życiu tak, aby byli tylko we
dwóch, on i Karl. Jednak odebranie go matce graniczyłoby z cudem. Co
miałby powiedzieć przed sądem? Że Simone jest dobrą matką, ale z tą ich
wzajemną miłością coś poszło nie tak? Że tylko bawią się w kochającą
rodzinę?
Wrócił do biurka. Czujniki światła natychmiast wychwyciły ruch. Szarówka
za oknem znikła, zamiast niej gabinet wypełnił ostry blask jarzeniówek.
Podszedł do ściany i wyłączył czujnik. Pokój znów pogrążył się w ciemności. Erwin wrócił na fotel i zapalił lampkę na biurku. Światło
padło na zamkniętego laptopa i pustą puszkę po Red Bullu. Zamiast
wrzucić ją do kosza, zaczął zginać cienkie aluminium równo pomiędzy "d"
i "B". Gdy dwa nacierające na siebie czarne byki z rysunku pod napisem
zostały ostatecznie rozdzielone, zadzwonił telefon. Simone nigdy nie
dzwoniła na stacjonarny, zawsze wybierała komórkę, żeby złapać go
wszędzie i o każdej porze. Tymczasem na wyświetlaczu nie pokazał się ani
numer domowy, ani żaden, który mógłby zidentyfikować. Na ekranie, tuż
obok migającego czerwonego światełka, pojawił się krajowy czterdzieści
osiem i kierunkowy dwadzieścia dwa. Ze starej ekipy ze studiów pozostało
kilku dobrych kumpli, ale telefon z Polski zadzwonił tylko raz.
Niezobowiązujący system działał w obie strony i tak właśnie miało
pozostać. Wystarczały doraźne kontakty na Facebooku i dołączanie do grup
miłośników motocykli, tenisa czy buddyjskich medytacji. Czasem któryś z nich wrzucił zdjęcie ze swoim potomstwem i żoną, która robi dzióbek do
aparatu. Kliknięcie "lubię to" pozwalało poczuć, że jest się w kontakcie.
Czterdzieści osiem dwadzieścia dwa nie przestawał dzwonić. Erwin
podniósł słuchawkę i tym razem zamiast codziennego "Ja, bitte" odezwał
się dawno nieużywanym "Tak, słucham". W słuchawce przebijał odgłos,
jakby połączenie nie przychodziło z Warszawy, a z zaświatów.
- Halo, jest tam kto? - Niemal krzyknął i nachylił się nad aparatem,
jakby to miało poprawić połączenie.
- Moje nazwisko Adam Nawrocki. - Głos w słuchawce był równie
podniesiony. - Dzwonię z kancelarii adwokackiej Nawrocki i Bujakiewicz.
Czy pan Cis? Erwin Cis?
- Zgadza się.
Erwin usłyszał, że mężczyzna po drugiej stronie odetchnął z ulgą.
- Nigdy nie przypuszczałem, że tak trudno jest zlokalizować człowieka w tych czasach.
- Nie zależy mi na rozgłosie. Formalnym właścicielem mojej firmy jest
żona, to na nią zarejestrowany jest interes. Poza tym wyjechałem z Polski dziesięć lat temu, to pewnie też nie pomogło panu w odnalezieniu
mnie aż tutaj - wyjaśnił Erwin. Gdyby Nawrocki prowadził swoją
kancelarię nad Łabą, nie nad Wisłą, być może i do niego dotarłaby Simone
ze swoją natarczywą reklamą.
- Rozumiem. - Głos w słuchawce zatrzymał się na chwilę i dodał: -
Najważniejsze, że w końcu udało mi się pana odnaleźć. Jak już
powiedziałem, jestem prawnikiem. Nie szukałbym pana i nie zakłócał
spokoju, gdyby nie moje zobowiązanie wobec pewnej osoby. Jak mniemam,
dość panu bliskiej.
- Nie mam żadnych bliskich osób w Polsce. Już nie - powiedział Erwin,
biegnąc myślami ku cmentarzowi na łódzkim Zarzewie. - Musiała zajść
pomyłka.
- Nie, panie Cis, tu nie ma żadnej pomyłki, zapewniam pana. - Głos w słuchawce przyspieszył, żeby uniknąć rozłączenia. - Sprawa, z którą
dzwonię, należy do... jak by to ująć... dość osobliwych. Rzadko mi się
zdarza szukać kogoś po świecie. Mówiąc wprost, powierzono mi
odnalezienie pana.
Erwin poczuł się nieswojo. W ciągu kilku sekund przewinął w pamięci
wszystkich, którzy byliby skłonni odszukać go po to, aby przekazać mu
wielomilionowy spadek, jak i tych, co nie szczędziliby wysiłku, żeby
odebrać mu ostatnią koszulę. Jakkolwiek by liczył, druga lista wydawała
się znacznie dłuższa.
- Ktoś zapłacił pana kancelarii za odszukanie mnie?
- Tak jak powiedziałem.
To brzmiało jak kiepski żart. Rozmowa przez telefon miała jednak tę
niewątpliwą zaletę, że mecenas Nawrocki nie mógł zobaczyć, jak Erwin
nerwowo poluzowuje krawat pod szyją.
- Mam dla pana wiadomość, a właściwie przesyłkę. - Głos zatrzymał się na
chwilę, jakby mówiący szukał odpowiednich słów. W końcu powiedział
krótko: - Od Izabeli Wirskiej.
Nawrocki mówił coś jeszcze, ale Erwin nie słyszał ani wyrazu. Dźwięki
wydobywające się ze słuchawki zlały się w niezrozumiałą masę głosek,
które blokował ogłuszający dźwięk tego jednego słowa. Wypowiadał je z rzadka, ale miało wartość świętego Graala.
Izabela.
* * *
Trzasnął drzwiami czarnego mercedesa i włączył się w ciągnący ulicą tłum
aut. Piskliwy dźwięk wydobywający się spod deski rozdzielczej szaleńczo
dopominał się o podstawę jego bezpieczeństwa. Na pierwszym skrzyżowaniu
ochłonął na tyle, żeby przeciągnąć pas przez brzuch. Piszczenie ustało.
Dopiero teraz zauważył nieodebrane połączenia od Simone. Czekała na
niego z otwartą butelką wina, jak co weekend. Piątkowe wieczory zawsze
wyglądały tak samo: obowiązkowa obecność, wino, a potem seks. Simone
zaczynała wchodzić w nastrój koło dziewiątej, gdy Karl spał już za
ścianą. Kręciła się po mieszkaniu, sprawdzając, czy wystarczająco dobrze
wywietrzyła sypialnię przed wspólną nocą, i przymierzała koronkową
koszulę nocną skropioną przesłodzonym zapachem od Victoria's Secret.
Zapachem, który od pewnego czasu przyprawiał Erwina o mdłości.
To był ten wieczór. Wieczór zbiórki i stania na baczność, wszystko
zgodnie z grafikiem. Najpierw odgrzewana kolacja, potem kieliszek
czerwonego wina. Nie za dużo, żeby go nie otumaniło. Koniecznie
przyciemnione światło i drzwi do sypialni dociśnięte pufą, aby Karl nie
wszedł do pokoju w krępującej sytuacji. Teraz te wszystkie wspólnie
spędzone noce stanęły mu przed oczami. A właściwie jedna noc, bo każda z nich była taka sama, różniła się jedynie kolorem koszulki Simone.
Kim była dla niego? Przede wszystkim matką Karla. To wystarczało, aby
mógł całować ją na dzień dobry i dobranoc oraz wypełniać jak Bóg
przykazał wszystkie swoje obowiązki. Ale miała jedną wadę. Największą i nie do pokonania.
Nie była Izabelą.
Liczba mijanych aut zmniejszyła się, gdy tylko wjechał na długą ulicę
biegnącą wzdłuż jeziora Aussenalster. Minął park i skręcił w boczną
asfaltówkę. Lubił to miejsce, z ciągnącymi się wzdłuż ulicy białymi
szeregowcami o frontach przedwojennych kamienic, codziennie zamiatanymi
chodnikami i drzewami kipiącymi zielenią liści. Jeszcze kilka lat temu
nawet o nim nie marzył. Simone nazywała je przedmieściem dla
parweniuszy.
Znalazł wolne miejsce wzdłuż szpaleru drzew i wcisnął się między swojego
Thunderbirda LT, oldschoolowe motocyklowe cudo z przytwierdzonymi
skórzanymi sakwami, a kontener na śmieci. Wyłączył silnik i opuścił
szybę w samochodzie. Odór dolatujący z kontenera zmieszał się z zapachem
kwitnącej leszczyny i wypełnił kabinę auta.
Oparł ramiona na kierownicy i zapatrzył się w uchylone okno na pierwszym
piętrze, skąd zza zasuniętych zasłon dochodziło przytłumione światło
świec. Simone czekała już na swój cykliczny seans miłosny.
Upewnił się, że w kieszeni marynarki leży komórka z nagraniem rozmowy z mecenasem z Warszawy. Odruchowo wcisnął przycisk REC na swym służbowym
telefonie, aby móc potem przegrać całość na iPhone'a i odsłuchać
wszystko jeszcze raz, gdy już dojdzie do siebie i będzie mógł w spokoju
przeanalizować zdanie po zdaniu.
Zasłona w oknie poruszyła się i wyjrzała zza niej tleniona głowa Simone.
Rozejrzała się po tonącej w mroku ulicy i zauważywszy czarnego
mercedesa, dała Erwinowi znać, żeby się pośpieszył.
Zrobił, jak mu kazała. Zasunął szybę i już po chwili stał w przedpokoju
wypełnionym słodkim zapachem Victoria's Secret. Karl spał w swoim łóżku.
Widok rozchylonych ust dziecka wywołał w Erwinie falę czułości. Simone
zamknęła cicho drzwi do pokoju syna i rozpoczęła swój godowy taniec.
- Weź szybki prysznic i chodź do mnie - powiedziała i wypięła piersi pod
prześwitującą koronką.
Zawsze było tak samo. Kocie ruchy Simone, świece i chłodne
prześcieradło. Nigdy jej nie odmawiał, ale tym razem nie zamierzał
tarzać się z nią w pościeli do białego rana. Nie dziś. Chwycił butelkę z winem i rozwiązując pod szyją krawat, zaszył się w łazience. Szum
prysznica stłumił kilka odchrząknięć dobywających się z dyktafonu
komórki. Wyciągnął zębami korek z Chateau Bonfort i wypluł go na
posadzkę.
Łyk pierwszy i drugi.
- Cztery miesiące temu, w lutym, pana przyjaciółka odwiedziła mnie w kancelarii i spytała, czy może powierzyć mi pewną sprawę. - Głos
skopiowany z telefonu na telefon był zniekształcony, ale nadal wyraźny.
- Znamy się od lat, więc oczywiście zgodziłem się natychmiast, mimo że
nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi. Położyła przede mną dużą, żółtą
kopertę. Nie miałem pojęcia, co jest w środku, a ona nie chciała jej
otworzyć ani powiedzieć, co zawiera. Zresztą do tej pory do niej nie
zaglądałem.
Łyk trzeci, czwarty i piąty.
- Prosiła, żebym o nic nie pytał i nie dociekał. Miałem przechować tę
kopertę w bezpiecznym miejscu. Musiała być ważna, skoro Izabela
upewniała się kilkakrotnie, że nie wpadnie w niepowołane ręce.
Łyk dziesiąty i dwunasty.
- Koperta jest zaadresowany do pana. Adres na Puławskiej, który
wskazała pani Wirska, jest, jak już obaj wiemy, nieaktualny. Niemniej
jednak obiecałem jej, że gdyby nie pojawiła się u mnie do końca czerwca,
by odwołać zlecenie, znajdę pana i przekażę kopertę wraz z zawartością.
Przyznam, że rozpocząłem poszukiwania pańskiego adresu dużo wcześniej,
niż życzyła sobie tego moja klientka. Sprawy przybrały inny obrót i czekanie do wyznaczonej daty nie miałoby sensu. To wyjątkowo dziwne
zlecenie. Nieczęsto zdarzają się takie przypadki, a właściwie to
pierwszy raz, kiedy... - tu słowa mecenasa stały się niezrozumiałe -
...ale taką mam pracę. Nie wnikać, jeśli tak mam przykazane.
Erwin zastopował na chwilę odtwarzanie. Siedział bez butów w swojej
luksusowo urządzonej łazience i opierał się plecami o zimne kafelki. W głowie mu szumiało i serce biło jakby mocniej niż zwykle. Denko butelki
chłodziło jego tors, który wysunął się spomiędzy rozpiętych guzików
błękitnej koszuli.
- Musimy się spotkać. Wtedy oddam panu to, co zostawiła dla pana
Izabela Wirska. Nie... nie wyślę pocztą ani kurierem, tego nie wolno mi
zrobić. Gdyby koperta zaginęła w drodze... Czekam w swoim biurze przy
Nowogrodzkiej... Tak, niezwłocznie. Choćby jutro. Tak, wiem, że sobota...
będę na pewno... Dobranoc.
Simone leżała na swojej połowie łóżka. Naciągnięta pod szyję kołdra i wzrok wbity w ścianę dały Erwinowi jasny sygnał, że romantische
situation dobiegło końca. Kara za to, że zostawił ją samą na tak długo
i wrócił do sypialni z pustą butelką po winie.
Bez tłumaczenia położył komórkę na swojej poduszce i usiadł na materacu.
- Masz kogoś? - usłyszał jak przez mgłę.
Wysokoprocentowy Chateau Bonfort odebrał mu część świadomości.
Simone obróciła się przez ramię i spojrzała na jego zgarbione plecy.
- Zabiję cię, jeśli okaże się, że jest ktoś inny. Wiesz, że nie żartuję.
Przekręcił się tak, żeby widzieć jej twarz. Była napięta i z pewnością
nieskłonna do żartów.
- Śmierć za przerwę w dostawie seksu? - Erwin spróbował rozładować
sytuację, ale usta jego żony ani drgnęły. - Nikogo nie ma. Nie bądź
niemądra, Simone.
- A ty głupi. Nie bądź głupi, Erwin. Dobrze ci radzę.
Bezszelestnie wróciła do poprzedniej pozycji na swojej połowie łóżka.
Ugniotła poduszkę pod głową i mocniej zacisnęła palce na kołdrze.
Patrzył, jak jej ciało unosi się w oddechu, szybko i nerwowo.
Odczekał kilka sekund i pomagając sobie stopami, zsunął z kolan spodnie.
Ściągnięta przez głowę koszula wylądowała na podłodze tuż obok skarpet i slipek.
Zasypiał wpatrzony w leżący tuż przy poduszce telefon i myślał tylko o jednym. Izabela go potrzebowała. Dla niej gotów był zaryzykować śmierć z ręki Simone.
Obudził się z rwącym bólem głowy. Odruchowo sięgnął pod poduszkę. Ręka
przesunęła się po nagrzanym prześcieradle, ale nie natrafiła na komórkę.
Telefon leżał na stole pod oknem. Kod dostępu, na który składał się rok
urodzin Karla, Simone zasugerowała mu zaraz po tym, jak odebrał nowy
aparat ze sklepu. Wybór hasła był oczywisty, przecież tak kochał syna,
nie mógł postąpić inaczej. To, że odsłuchała nagranie zaraz po tym, jak
Erwin usnął, też było pewne. Nie znała polskiego i nie zamierzała się go
uczyć. Z całej rozmowy mogła zrozumieć jedynie dwa słowa: Izabela
Wirska. Ale to wystarczyło.
Po Simone i Karlu nie było śladu. Łóżko w dziecięcym pokoju było
rozgrzebane, ale poza tym wszystko wyglądało po staremu. Musiała zawieźć
go do matki, a on przez ułamek sekundy myślał, że... Nie, nie zrobiłaby
tego. Zadzwoni do niej i wszystko wyjaśni. Przecież wie, że Izabela
należy do przeszłości. Należała. Do wczorajszego wieczora, ale o tym już
nie zdążył jej powiedzieć. A raczej nie chciał. Jakakolwiek wzmianka na
temat Izabeli budziła w niej agresję. Dlatego wolał milczeć.
Szybki prysznic postawił go na nogi. Pasta do zębów usunęła lepki odór z ust i gardła. Wrzucał do torby wszystko, na co natrafił w swojej szafie.
Bez ładu i wreszcie bez dobierania wszystkiego we wzory i kolory. Na
wierzch rzucił mokasyny i miękkie adidasy. Tym razem będzie sobą. Tam,
dokąd jedzie, nie będzie Simone, lakierowanych pantofli i firmowych
krawatów. Musi jeszcze tylko zajrzeć do biura i ustawić wiadomość na
automatycznej sekretarce.
Na podkoszulek zarzucił skórzaną kurtkę i stanął w drzwiach z kluczykami
do motocykla. Za osiem godzin będzie na miejscu.
* * *
Warszawa pachniała rozpoczynającym się latem. Alejami Ujazdowskimi
przemykali rowerzyści, a matki pchały przed sobą wózki z dziećmi. Na
ławkach pod Łazienkami przysiadali zmęczeni wędrówką po mieście turyści,
wczytując się w trzymane w rękach przewodniki. Przy bramie do pomnika
Chopina, tak jak kiedyś, stał sprzedawca cukrowej waty i nawijał na
cienkie patyki lepiącą się do palców słodycz.
Plac Trzech Krzyży też niewiele się zmienił. Gmach Ministerstwa
Gospodarki błyszczał dziesiątkami okien, przed wejściem kręcili się
przechodnie. Erwin zatoczył dwa koła wokół starego kościoła i minąwszy
Bracką, stanął pod adresem wskazanym przez mecenasa Nawrockiego.
Tabliczka na kamienicy z napisem "Kancelaria Adwokacka Nawrocki i Bujakiewicz" lśniła w czerwcowym, popołudniowym słońcu jak tarcza
zwycięskiego Achillesa. Erwin nacisnął guzik domofonu z cyfrą dziewięć i powiedział do metalowego pudełka swoje nazwisko. Brzęczyk zapiszczał
cicho i z głośnika przy bramie odezwał się kobiecy głos informujący, że
biuro mieści się na drugim piętrze i lepiej wziąć windę. Zapraszamy.
Zatrzasnął za sobą bramę i wszedł na podwórze. Była to typowa dla
przedwojennego budownictwa studnia z miernym klombem pośrodku, okolonym
drucianą siatką, aby nikt nie wyniósł stąd piasku i kilku kępek
przerzedzonej trawy.
Klatka schodowa kamienicy prezentowała się znacznie lepiej. Podłużny
chodnik rzucony na posadzkę dawał jasno do zrozumienia, że jest się w eleganckim miejscu. Erwin z przyzwyczajenia wytarł buty w czerwonobure
włosie i rozejrzał się wokół siebie. Skrzynka na listy, drewniana poręcz
i winda zamykana na żelazną kratę. Mimo zachęty miłej pani z domofonu
wybrał schody. Przeskakiwał po dwa stopnie naraz, łapiąc zadyszkę na
półpiętrach. Tryb życia, jaki ostatnio prowadził, był mało sportowy.
Siedział, stał lub leżał, nierozchodzone mięśnie i ból w łydce po dawnej
kontuzji, której doznał jeszcze na studiach, dawały się we znaki przy
byle podbiegnięciu. Forma, jaką się szczycił, gdy grał w reprezentacji
Polski w siatkówce juniorów, odeszła w zapomnienie.
Drugie piętro powitało go już nie kolejnym kobiercem, ale zapachem
dobrej wody kolońskiej. Palestra nie żałowała sobie na pachnidła.
Wszedł bez pukania. Na wprost wejścia siedziała drobna szatynka z włosami sięgającymi ramion, wciśnięta w szarą garsonkę z taniego tweedu.
Jak się domyślił, właścicielka głosu z domofonu. Wstała z fotela i wyciągnęła rękę na przywitanie.
- Proszę usiąść, pan mecenas za chwilę pana przyjmie, już go
poinformowałam, że pan przybył. Kawy? - spytała z dziwnym akcentem i wskazała wzrokiem wielofunkcyjny ekspres.
Za mocną kawę oddałby życie, godziny jazdy z Hamburga zrobiły swoje.
- Tak, mocnej. Bez mleka.
Dziewczyna kiwnęła głową. Grzeczna i miła, pomyślał.
Ruszył pod ścianę, stały pod nią trzy wygodne krzesła i mały stolik ze
szklaną półką na prasę. Odruchowo sięgnął po "Newsweeka" i przebiegł
wzrokiem po tytułach artykułów. Przerzucał kartki machinalnie, nie
zatrzymując się ani na treści, ani na zamieszczonych zdjęciach.
- To dla pana. - O stolik uderzył spodek i zaraz potem filiżanka z espresso. - Za chwilę podam wodę, kawa jest naprawdę mocna.
Zapach kawy zakręcił się w nosie. Nie czekając na szklankę z wodą, Erwin
przechylił filiżankę i pociągnął dwa łyki.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Drzwi gabinetu mecenasa
Nawrockiego wciąż pozostawały zamknięte. Dla zabicia czasu zaczął
oglądać poczekalnię. Białe ściany, duże lustro, stojak na parasole.
Biurko miłej szatynki, ksero, troje drzwi prowadzących do prawniczych
gabinetów. Kryształowy żyrandol u sufitu palił się, mimo że na zewnątrz
było jeszcze jasno. Wszystko czyste i świeże, niemal sterylne. Na
bogato, żeby zwykły ciułacz grosza wiedział, czym różni się jego
mieszkanie w dwunastopiętrowym wieżowcu na Pradze od tego, co jest
tutaj. Znajdź dziesięć różnic, tak to chyba leciało.
Znalazł już dziewięć i był o włos od odkrycia ostatniej, kiedy drzwi
jednego z pokoi otworzyły się i wyszła z nich kobieta w średnim wieku, w zwiewnej fioletowej sukience i w okularach przeciwsłonecznych. Na
ramieniu widać było cztery odciśnięte pręgi grubości palców. Miłość bywa
ulotna, zwłaszcza dwadzieścia lat po ślubie, pomyślał Erwin i dyskretnie
odwrócił wzrok od sińców kobiety.
Tuż za nią pokazał się wysoki mężczyzna przed czterdziestką. Ubrany był
w granatowy garnitur i taki sam krawat. Biała poszetka w złote prążki
dopełniała całości.
- Tak jak się umawialiśmy. Jeśli będzie pani gotowa, wniesiemy sprawę.
Sam nic nie mogę zrobić - powiedział i podprowadził kobietę do recepcji.
Ledwie widocznym ruchem głowy dał znać dziewczynie, żeby przejęła
klientkę i wypisała rachunek.
- Pan Cis? - spytał Erwina dla formalności. - Zapraszam do środka. -
Mecenas Nawrocki otworzył drzwi gabinetu na oścież i puścił swego gościa
przodem. Wyćwiczonym ruchem ręki wskazał krzesło stojące naprzeciw
dębowego biurka. - Widzę, że wziął pan sobie do serca moją prośbę.
Przyznam, że nie liczyłem, że aż tak będzie panu zależało na tej
kopercie. Ludzie nie są teraz zbyt sentymentalni.
- Nie otwierał jej pan?
- Tak jak mówiłem, pana przyjaciółka nie życzyła sobie, żeby ktokolwiek
poza panem miał dostęp do tego, co jest w środku.
- Niczego nie sugerowała?
- Co do zawartości? Nie, niczego.
Erwin zdjął z siebie kurtkę i powiesił ją na oparciu krzesła.
- Nie spytał jej pan o to? - Złożył dłonie i zaczął nerwowo uderzać o siebie kciukami. - Nie był pan ciekaw, co takiego skłoniło Izabelę do
opłacania pana tylko po to, aby przekazał mi pan tę kopertę?
Mecenas Nawrocki rozparł się wygodnie na swym fotelu.
- Od lat rodzina Wirskich korzysta z usług naszej kancelarii. Izabelę
poznałem jednak bliżej dopiero dwa lata temu. Wcześniej nie mieliśmy ze
sobą zbyt wiele wspólnego, to były raczej sporadyczne spotkania. Koniec
końców jednak każdy zawita kiedyś w progi gabinetu takiego jak mój w swojej własnej sprawie.
- Pewnie wie pan, o czym mówi.
- Zapewniam pana, że wiem doskonale. Kiedy więc stanęła w drzwiach,
wydała mi się dziwnie niespokojna. Tak, to dobre określenie: niespokojna
i, co od razu rzuciło mi się w oczy, jakby wystraszona.
Erwin patrzył nierozumiejącym wzrokiem na Nawrockiego.
- Wystraszona?
Fotel mecenasa zabujał się w tył i w przód.
- Takie odniosłem wrażenie. Przychodzą do mnie różni ludzie i potrafię
rozpoznać, czy ktoś się czegoś lub kogoś boi. Izabela co prawda starała
się zachowywać swobodnie, ale od razu zauważyłem, że zastanawia się nad
każdym słowem - ciągnął Nawrocki. - Była nerwowa, jakby bała się
powiedzieć za dużo. Sprawdzała, czy może mi zaufać. Chodziła po
gabinecie i oglądała wszystkie kąty, zupełnie jak gdyby sprawdzała, czy
nie mam tu ukrytej kamery albo podsłuchu. W końcu powiedziała, że weszła
w środowisko, którego do tej pory nie znała, i nie wie, czy sobie z tym
wszystkim poradzi.
- Mówiła konkretnie, o co chodzi?
Mecenas kiwnął głową.
- To brudne sprawy...
- Półświatek? - Erwinowi serce podeszło do gardła.
- Wszystko zaczęło się w chwili, gdy otworzyła agencję nieruchomości.
Małą, dwuosobową. Na początku szło jej kiepsko, ledwie wiązała koniec z końcem. Mieszkania w centrum Warszawy chodziły w dobrych cenach, ale w innych agencjach, nie u niej, więc zainteresowała się przedmieściami. Po
pół roku szarpania się interes w końcu ruszył. Nawiązała więcej
kontaktów i coraz częściej kojarzyła ze sobą wynajmujących i najemców.
Zwłaszcza tych nielegalnych, ze Wschodu, szukających zarobku w Polsce.
Podwarszawskie miejscowości pełne są takich lokali. Obskurnych, ale
tanich. Na papierze. W rzeczywistości wynajmujący płacili jej więcej,
niż chciał tego właściciel. Kim byli najemcy, tego do końca nie wiem,
mogę się jedynie domyślać. Grunt, że chcieli mieć pewność, że będzie
trzymała język za zębami na wypadek wpadki. Różnica pozostawała w kieszeni Izabeli. Popyt się zwiększał, zaczęła zarabiać. Dużo, coraz
więcej. Interes kręcił się w najlepsze.
- Po co więc przyszła do pana?
- Dwa lata temu Izabela kupiła swoje pierwsze własne mieszkanie, które
również postanowiła wynająć za spore pieniądze. Z ta różnicą, że nie
było to już mieszkanie na peryferiach. Lokal mieścił się przy Ptasiej.
- Samo centrum Warszawy.
- Nie inaczej. Co ciekawe, Izabela zamieszkała w wynajętej kawalerce. W tym samym bloku, obok mieszkania, które kupiła. Kawalerkę opłaciła na
rok z góry, wyszło trochę taniej. Potem przedłużyła umowę o kolejne
dwanaście miesięcy. Mówiła, że jak uzbiera pieniądze, odkupi ją od
właściciela.
- Nie wyjaśniła panu, po co to robi? Dlaczego zależało jej na tym, by
zamieszkać właśnie tam? I dlaczego nie mieszkała w swoim własnym
mieszkaniu?
- Nie. - Mecenas Nawrocki sięgnął do bocznej szafki biurka po butelkę z wodą mineralną. Spojrzał pytająco na Erwina i postawił na stole dwie
szklanki z zadymionego szkła. Gaz z butelki zasyczał i ucichł. - Aż tak
mi się nie zwierzała. Ale widocznie miała swoje powody. Podejrzewam, że
chciała mieć oko na to, co dzieje się za ścianą. To w końcu było jej
pierwsze własne mieszkanie. Zarabiała na nim znacznie więcej, niż sama
musiała płacić za wynajmowaną przez siebie kawalerkę.
- Czysty zysk. - Erwin upił łyk wody. Po mocnej kawie jego gardło
zaczynało przypominać papier ścierny. - Przychodziła do pana jeszcze?
- Tak, w lutym. Przyniosła kopertę. Potem widziałem ją już tylko raz,
miesiąc później. Chciała spisać testament.
Erwin poczuł, jak jego plecy, i tak wilgotne od upału, stają się mokre.
- Nie, nie zrobiła tego. - Nawrocki uprzedził jego pytanie. - Rozmyśliła
się, zanim wpisałem do dokumentu jej nazwisko. Przeprosiła za
zamieszanie i wyszła. Zadzwoniła do kancelarii po kilku godzinach i powiedziała, że musi jeszcze załatwić parę spraw. Miała przyjść, jak już
będzie gotowa.
- Ale nie przyszła? - Erwin odstawił szklankę na idealnie wypolerowane
biurko.
Nawrocki pokręcił głową.
- Ludziom często się wydaje, że spisanie ostatniej woli to jak wbicie
gwoździa do trumny. Jakby bronili się przed ściągnięciem na siebie
śmiertelnego fatum. Podejrzewam, że Izabela miała problemy większe, niż
chciała przyznać.
Erwin parsknął nerwowo.
- Nigdy nie była przesądna, o ile to ma pan na myśli. Nie mogę jednak
zrozumieć, co skłoniło ją do spisania testamentu. Powiedział pan, że
weszła w środowisko półświatka.
- Takie odniosłem wrażenie, sądząc po jej relacji.
- Może chciała zabezpieczyć się przed tymi ludźmi, uporządkować swoje
sprawy? Na wszelki wypadek.
- Niewykluczone.
- A to oznacza, że bała się o swoje życie. Ludzie, którzy działają pod
wpływem nerwów, zaczynają robić różne dziwne rzeczy.
- I tu się pan myli! - Nawrocki wycelował palec prosto w czoło Erwina. -
Podczas ostatniej wizyty Izabeli zadziwił mnie jej spokój. Nie było w niej śladu nerwowości. Siedziała naprzeciw mnie bardzo opanowana, jakby
przestała odczuwać wszelkie bodźce. Zachowywała się, jakby było jej już
wszystko jedno. Biedna dziewczyna...
Nawrocki zamyślił się na dłuższą chwilę. Z zadumy wyrwał go dobiegający
zza okna sygnał gnającego ulicą pogotowia.
- Co to ja miałem...? - Spojrzał pytająco na Erwina i zaraz pstryknął
palcami w powietrzu. Wysunął szufladę biurka, po czym wyjął z niej plik
kolorowych karteczek biurowych spiętych spinaczem i potrząsnął nimi w powietrzu.
- Bez tej podręcznej pamięci za Boga nie zapamiętałbym szyfru. Moja
asystentka zmienia go częściej niż filtry w ekspresie do kawy.
Odwrócił się i otworzył szafę za swoimi plecami. Drzwiczki uchyliły się
i pokazały metalowe skrzydło niewielkiego sejfu.
Kilka uderzeń palca w guziki z cyframi wypełniło ciszę. Po chwili pękata
żółta koperta znalazła się na stole tuż obok pustych szklanek i teczki z prawniczymi formularzami. Nawrocki docisnął brzegiem dłoni niedokładnie
zalepione zamknięcie.
- To dla pana, zgodnie z jej wolą. Nie wiem, dlaczego nie chciała
przekazać tego panu osobiście, ale widocznie miała powód. - Wskazał ręką
kopertę z nazwiskiem "Izabela M. Wirska" i sięgnął po aktówkę. Wyjął z niej przygotowany wcześniej formularz i narysował ptaszka na dole
strony. - Trzeba pokwitować odbiór. - Podsunął kartkę w stronę Erwina. -
Data i pełne nazwisko.
Erwin sięgnął po długopis. Spocone palce ześlizgiwały się z plastikowej
oprawki tak jak w dniu, kiedy podpisywał się pod aktem ślubu z ciężarną
Simone. Teraz przyczyna napięcia w jego ciele była zupełnie inna. Na
blacie leżało coś, co kusiło go i przerażało zarazem. To, że Izabela
wolała nie kontaktować się z nim bez pośrednictwa prawnika, było dla
niego oczywiste. Po tym, co zrobił, sam nie wysłałby do siebie kartki na
Boże Narodzenie. Jeśli podczas robienia porządków wpadły jej w ręce ich
wspólne zdjęcia lub listy i chciała się ich pozbyć, miała do tego prawo.
Nie wyrzuciłaby ich na śmietnik, była na to zbyt szlachetna. Wolała
zamknąć za sobą przeszłość w elegancki sposób i o wszystkim zapomnieć.
Podpis wyszedł krzywo. Żaden grafolog nie potwierdziłby autentyczności
jego pisma. Erwin postawił na papierze ostatnią literę nazwiska.
- Czy Izabela... czy ona nadal tam mieszka, na Ptasiej? - Rzucił długopis
na biurko i natychmiast potarł o siebie zgrzane dłonie. Wciąż miał
nadzieję, że pod pretekstem odbioru przesyłki uda mu się spotkać ją w centrum Warszawy. Niby przypadkiem znaleźć się na ulicy, gdy będzie
otwierała drzwi na klatkę schodową.
Mecenas Nawrocki wkładał już podpisany druk do aktówki, gdy jego ręka
zatrzymała się i zawisła w powietrzu. Erwin odniósł wrażenie, że całe
jego ciało nagle znieruchomiało.
- Niech pan odpowie, mecenasie. Czy ona wciąż tam mieszka?
Czoło Nawrockiego zsunęło się nad linię brwi. Przyglądał się Erwinowi
już inaczej, jakby z troską.
- Panie Cis... pan naprawdę o niczym...?
Spojrzenie Erwina nie pozostawiało żadnych wątpliwości.
- Taak... rzeczywiście, niby kto miałby pana o tym poinformować. - Mecenas
zawiesił głos na chwilę, która zdawała się trwać wieczność. - Niech mi
pan wybaczy, ale aż do teraz nie przypuszczałem... nie sądziłem, że pan o niczym nie wie. Zwykle do ludzi docierają takie informacje. No cóż...
Obawiam się, że nie mam dla pana dobrych wieści. Nie znajdzie pan
Izabeli na Ptasiej ani w żadnym innym miejscu. Izabela Wirska od sześciu
tygodni nie żyje. Panie Cis, czy pan mnie słyszy?
* * *
Izabeli nie ma. Nigdzie. Odeszła i została po niej jedynie nierówno
zalepiona, żółta koperta. Gdyby to był absurdalny żart mecenasa, Erwin
wykrzywiłby może tylko twarz w równie głupim grymasie albo rozkwasił mu
nos, żeby zapamiętał na całe życie, że są sprawy, z których żartować nie
należy. Z tą różnicą, że ludzie pokroju Nawrockiego nie znają się na
żartach, jeśli chodzi o ich klientów, szczególnie tych martwych.
Nie wiedział, jak wyszedł z kancelarii ani jak trafił na parking. Przed
oczami miał ciemność i wędrujące plamy, które przesuwały się przez jego
źrenice jak wielkie, czarne samoloty.
Przytrzymał się ulicznego pachołka i usiadł na krawężniku.
- Izabela... - wymamrotał do siebie. - Moja Izzy...
Z ledwością powstrzymał się, żeby nie zwymiotować. Skurcze żołądka
szarpnęły jego ciałem tak mocno, że z ust wypłynęła mu strużka śliny.
Otarł ją wierzchem dłoni.
Jak...? Chryste, jak?! - powtarzał wciąż w myślach, zaciskając palce na
żółtej kopercie.
Pod krawężnik podjechał czarny ford mondeo. Zahamował tuż przed
wyciągniętymi nogami Erwina. Człowiek za kierownicą krzyczał coś i wymachiwał rękami. Erwin patrzył na niego jak na szarpaną sznurkami
marionetkę.
Kierowca forda w końcu zrezygnował i zaczął wycofywać się z parkingu.
Pożegnał Erwina przeciągłym wyciem klaksonu. Erwin tego nie słyszał. W głowie dźwięczały mu słowa, które były stokroć głośniejsze od wszystkich
klaksonów świata.
Ona nie żyje, nie żyje...
* * *
Chyba nie ma w Warszawie droższego hotelu niż Bristol. W każdym razie
Erwinowi tylko ten przyszedł na myśl. Na złość, za te wszystkie lata
cholernego ciułania euro do euro po to tylko, żeby Simone miała uciechę
z powiększającego się salda na koncie. Teraz, po raz pierwszy od dawna,
przestało mieć to dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Zaparkował swojego Thunderbirda na ostatnim wolnym miejscu, jaki
oferował hotelowy parking na Krakowskim Przedmieściu, i ściskając w jednej ręce kopertę od mecenasa Nawrockiego, a w drugiej - niewielką
torbę podróżną, stanął przed wejściem.
Odźwierny przyjrzał mu się uważnie. Erwin miał wrażenie, że zawahał się,
zanim szarpnął za drzwi i wpuścił go do środka. Bo i nie wyglądał na
typowego klienta. W skórzanych motocyklowych butach, T-shircie z rozlewającymi się pod pachami plamami potu oraz dwudniowym zarostem,
mimo całego swego uroku, różnił się od wytwornych gości, którym do tej
pory usłużnie otwierał drzwi do hotelowej krainy luksusu.
Przestronny hol był pusty, nie licząc dwóch młodych kobiet stojących za
lśniącym bielą recepcyjnym kontuarem. Złote ni to kwiatki, ni gałązki
splatały się na ścianie za ich plecami w coś na kształt czterolistnych
koniczyn. Pośrodku lobby stały kanapy wyściełane miękkim, granatowym
welurem. Aż prosiły, żeby się na nich rozłożyć i popatrzeć przez szybę
na ciągnący Krakowskim Przedmieściem tłum przechodniów.
Nie tym razem.
Erwin bez zbytniego rozglądania się po kątach podszedł do wpatrujących
się weń recepcjonistek i postawił na połyskującym blacie swój bagaż.
Twarze kobiet, wyćwiczone podczas wielogodzinnych szkoleń z obsługi
trudnych klientów, nie drgnęły na widok zakurzonej sportowej torby,
która o mały włos uderzyłaby w stojący na ladzie komputer.
Erwin położył ręce tuż obok recepcyjnego dzwonka.
- Witamy w Hotelu Bristol. Czy ma pan u nas rezerwację? - Jedna z kobiet, blondynka ze ściśle upiętymi włosami, spojrzała mu prosto w oczy, starając się ominąć wzrokiem wilgotne zacieki na podkoszulku.
- Nie. - Erwin odchrząknął w zwiniętą pięść. - Wezmę, co jest, może być
mała jedynka, byle cicha.
- Uhm... - Rozległ się dźwięk klikania w klawiaturę. - Łóżko podwójne czy
pojedyncze?
- Obojętnie. Albo nie, niech będzie podwójne.
- Na ile nocy?
- Nie wiem. Na razie na jedną.
Blondynka kiwnęła głową na znak, że za cenę tysiąca dwustu złotych na
pewno znajdzie się jakieś podwójne łóżko. Nawet na jedną noc.
- Jeśli zamierza pan przyjąć gościa, powinien opuścić hotel do
dwudziestej czwartej. Taki jest regulamin.
- Nie będzie żadnego gościa. Pokój jest tylko dla mnie.
- Uhm... Oczywiście. - Do "oczywiście" dołączony był uśmiech, który -
gdyby miał ręce - mógłby rozmasować plecy. - Zatem widok na miasto,
klimatyzacja, bezpłatne wi-fi, telewizor i podwójne łóżko. Poproszę
dokument.
Erwin odruchowo pomacał tylne kieszenie dżinsów. Poza paragonem za
benzynę znalazł w nich kilka eurocentów i zwitek polskich banknotów,
które wywiózł z kraju dziesięć lat temu.
Uśmiech blondynki zastygł w oczekiwaniu na dowód osobisty.
- Może ma pan w torbie? - Kobieta wskazała brodą na tobołek.
Erwin bez słowa rozpiął zamek i zaczął grzebać między złożonymi kiedyś
równo podkoszulkami i slipkami.
- Będzie panu łatwiej, jeśli odłoży pan na chwilę tę kopertę. Jedną ręką
trochę trudno...
Ani myślał. Zagryzł zęby i po raz kolejny wywrócił ubrania do góry
nogami. W końcu wyczuł pod palcami to, czego szukał. Dokument w sztywnych okładkach i ze złotym napisem Reisepass pozwolił
recepcjonistce na obniżenie brwi. Z kolei idealnie ogolona twarz Erwina
na paszportowym zdjęciu podniosła kąciki jej ust jeszcze wyżej. W ciszy
hotelowego holu dało się wreszcie słyszeć uderzenia palców w klawiaturę
komputera.
Spisywanie danych z paszportu przeciągało się w nieskończoność.
Szybciej! Pisz szybciej, cisnęło się Erwinowi na usta, ale siłą woli
powstrzymał się od pośpieszania dziewczyny. Cis. C i s. Trzy litery,
które wpisuje się do systemu w ciągu jednej sekundy! Tak, na stałe w Niemczech. Tak, teraz w odwiedzinach. Oczywiście, że się ucieszy!
Płatność przy wymeldowaniu, zgadza się. Nie, nie gotówką. Tak, bez
faktury.
Odetchnął, gdy poczuł w ręku kartonik z wsuniętą kartą do pokoju.
- To wszystko z mojej strony. - Dziewczyna wskazała drzwi do windy. -
Życzę panu miłego pobytu w naszym hotelu.
Erwin zrobił kilka kroków w kierunku dźwigu, ale po chwili cofnął się i z zarzuconą na ramię torbą ponownie stanął przed kontuarem.
- Ma pani papierosa?
- Zaraz konsjerż doniesie panu do pokoju.
- Chcę tylko jednego.
Kobieta niepewnie spojrzała na asystującą jej koleżankę. Ta wzruszyła
ramionami i schyliła się pod blat.
- Mam tylko cienkie, miętowe.
- Mogą być. I zapalniczkę.
Kilka sekund później Erwin stał przed drzwiami hotelu i wciągał dym w płuca. Nie palił od lat. Nie mógł i nie chciał, nie przy Simone i Karlu.
Nikotyna lekko zawirowała w głowie. Mózg zdążył się odzwyczaić. Kolejne
pociągnięcie. Tego mu było trzeba. Fajki babskie i słabe, ale, jasna
cholera, jakie dobre!
Rzucił pod nogi spalonego do cna papierosa i wrócił do środka.
Nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Krążył po pokoju, zręcznie wymijając
sportową torbę rzuconą na środek podłogi. Żółta koperta leżała
nietknięta na szklanym stole tuż obok ceramicznego wazonu z ciętymi
mieczykami. Przestawił kwiaty na parapet, zajmując na chwilę ręce, po
czym usiadł na skrzyni stojącej w nogach łóżka.
Powinien wziąć prysznic. Śmierdział i doskonale o tym wiedział. Osiem
godzin drogi, wizyta u Nawrockiego i jazda do hotelu.
Obejrzał się za siebie, na drzwi, za którymi z wszelkim
prawdopodobieństwem znajdowała się łazienka. Rozpiął pasek od spodni i stanął w progu.
Marmury i marmury. I jeszcze marmury. Spodobałoby jej się tu. Pałac,
ocenił - naturalne środowisko jego żony.
Suwak dżinsów stawiał opór. Szarpnął go dwoma silnymi ruchami.
Nie ma to jak sikanie do marmuru.
Gdy skończył, zapiął rozporek i obrócił się w stronę uchylonych drzwi do
sypialni. Koperta. Otworzy ją za chwilę. Najpierw jednak obmyje twarz
zimną wodą, żeby przegnać ciepło, które nagromadziło się pod skórą. Ale
jeszcze wcześniej naleje sobie czegoś z cholernie drogiego barku pod
telewizorem. Może włączy wiadomości, żeby sprawdzić, co się dzieje na
świecie. Tak dawno nie słuchał polskiej telewizji. Albo lepiej MTV.
Choćby na kilka minut, ale głośno. Powinni tu uchylić okno, jest tak
duszno. I zimno zarazem.
Papieros dziewczyny z recepcji rozbudził w nim chęć sięgnięcia po
kolejnego. Kiosk jest po przeciwnej stronie ulicy, wystarczy przebiec.
Małe buteleczki z barku też są za małe. Za małe na długą noc. Musi się
przygotować. Znieczulić. Zrobić wszystko, zanim po raz drugi tego dnia
serce zadudni zbyt mocno podczas otwierania koperty z rzeczami Izabeli.
Po prostu musi.
* * *
Jack Daniels rozgrzał gardło, jak obiecał.
Dochodziła północ, kiedy Erwin Cis włączył wszystkie cztery nocne
lampki, jakie stały i wisiały w okolicy łóżka. Zasunął zasłony, które
odgrodziły go od widoku oświetlonego Krakowskiego Przedmieścia. Nie miał
ochoty patrzeć na ludzi. Byli zbyt szczęśliwi i zbyt żywi. Izabela nie
była ani żywa, ani, co rozumiało się samo przez się, szczęśliwa. Izabeli
nie było w ogóle. Jedyne, co po niej zostało, to leżąca na bawełnianej
poszwie żółta koperta z wypisanymi jej ręką słowami na odwrocie "Erwin
Cis. Szukać do skutku".
Minęło południe, gdy obudził go przepraszający głos pokojówki. Widok
rozgrzebanej pościeli i tkwiącego w niej na wpół nagiego mężczyzny
sprawił, że kobieta wycofała się z sypialni ze spłoszonym wzrokiem.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, rozejrzał się po pustym już pokoju.
Wywieszka "Nie przeszkadzać" leżała na wykładzinie pod drzwiami.
Uderzył czołem w poduszkę, żeby jeszcze przez kilka sekund oderwać się
od tego, co kłębiło się dookoła: sterty zapisków, wycinków z gazet,
zdjęć, pendrive'a oraz jakichś kluczy. W kopercie znalazł to, o czym
pomyślał w gabinecie Nawrockiego. Kilka wspólnych fotografii i jeden
list Erwina pisany nocą, kiedy Izzy już spała, a on ślęcząc w łazience,
próbował sklecić w niezgrabnych zdaniach swoje miłosne wyznanie. Miał
włożyć go Izabeli pod poduszkę, by po przebudzeniu czekał na nią poemat
a la młody Leśmian. Kilka niezgrabnych zdań ułożonych do rymu napawało
go dumą, ale i obawą, czy nie zostanie wyśmiany za grafomanię, której,
mimo starań, nie zdołał uniknąć.
Nie pamiętał, kiedy ostatnia kropla whisky przepłynęła mu przez żołądek
i ścięła go z nóg. Leżał w tym samym brudnym podkoszulku i wczorajszych
skarpetach, ze spodniami rzuconymi w kąt łóżka.
Powoli przekręcił głowę i wytarł w poduszkę ślinę, która zebrała się w ustach. Łupanie w czaszce przypominało osuwającą się kamienną lawinę.
Nie tak miało być. Chciał spędzić tę noc przytomnie i jak dorosły facet.
Wyszło inaczej.
Bąbel powietrza przemknął przez przełyk i ugrzązł w gardle. Ciąg dalszy
nastąpi, bo musi. Szybki bieg do łazienki i zwrot treści żołądka do
marmuru trwał łącznie zaledwie kilka sekund.
Szklana szyba prysznica oddalała się i przybliżała. Erwin odczekał
dłuższą chwilę, zanim udało mu się zrzucić z siebie wczorajsze ubranie.
Puścił strumień wody i osunął się na dno brodzika. Starał się skupić,
ale jedyną rzeczą, o jakiej mógł myśleć, była okrągła tabletka aspiryny.
Konsjerż dostarczy ją z radością. Dwie dychy za dwie tabletki.
Woda spływała po ciele, kojąc rozpaloną skórę. Nie czuł, czy była zimna,
czy ciepła, wiedział jedynie, że równie dobrze mogłaby przepłukać go od
środka. Przeciec przez płuca i nerki, aż do miednicy.
Zapiski i zdjęcia z żółtej koperty przesuwały mu się przed oczami. Poza
ich wspólnymi fotografiami były też inne. Nie rozpoznawał tych twarzy.
Nie znał nikogo, kogo znała Izabela. Od ich ostatniego spotkania minęło...
Boże, ile to już lat... Wciąż pamiętał ten dzień. Lodowaty styczeń i ją na
lotnisku. Nie miał pojęcia, że przyjdzie. Ale była. Stała wciśnięta w tłum z zakręconym wokół szyi czerwonym szalikiem i patrzyła, jak on
znika z paszportem tuż za bramkami. Zobaczył ją zbyt późno, kiedy
odbierał plecak z taśmy i rozglądał się za bramką numer 6. Oddałby
wszystko, żeby móc cofnąć czas choćby o kwadrans i znaleźć się na powrót
w kolejce do odprawy. Jeszcze wtedy mógłby wrócić i wziąć ją w ramiona.
Złapać taksówkę i zapomnieć o Hamburgu. Zostałby z nią mimo wszystko.
Mimo tego, co stało się między nimi kilka miesięcy wcześniej.
Dlaczego go wtedy nie zawołała? Nie podbiegła i nie chwyciła za ramię.
Stała tylko i czekała w ciszy, aż będzie za późno. Gdy dojrzał jej
krzykliwy, czerwony szalik, ich spojrzenia się skrzyżowały. Stali w bezruchu jak wrośnięte w ziemię drzewa. Po czym odeszła. Zniknął jej
szalik i smutne oczy. Wtedy widział ją po raz ostatni.
Erwin skrył twarz w dłoniach. Siedział z łokciami opartymi na kolanach i czuł, jak krople wody wkręcają się pod rzęsy. "Do skutku". Zatem musiało
jej cholernie zależeć, żeby koperta trafiła w jego ręce. Ale co miały
znaczyć te artykuły z gazet, pozakreślane kolorowymi pisakami? Po co je
wycinała i zbierała? Informacje o miejscach i ludziach. Kim dla niej
byli? Skoro włożyła ten cały papierowy szmelc do koperty, musieli coś
znaczyć. I on miał się tego dowiedzieć, właśnie teraz, sześć tygodni po
jej śmierci.
Z wciąż mokrymi plecami poszedł do pokoju i zaczął zbierać z posłania
rozsypane poprzedniego wieczora rzeczy. Dwa razy sprawdził, czy nic nie
zawieruszyło się między zmierzwionymi poszwami i narzutą. W skopanym
prześcieradle wciąż leżał dziecinny brelok Hello Kitty z wytłaczanym
sztucznymi diamencikami kotkiem z różową kokardą na uchu, a na nim dwa
klucze. Wsunął je do kieszeni dżinsów. Docisnął zamknięcie koperty i położył ją na wierzchu swojej sportowej torby.
Wszystko było już spakowane. Ostatni raz spojrzał na pokój, bardziej z przyzwyczajenia niż z troski, że pod łóżkiem został jakiś podkoszulek
czy inny drobiazg. Pusta butelka po Jacku Danielsie leżała jak nocny
wyrzut sumienia na jednej z poduszek. Już chciał zrobić krok, żeby ją
stamtąd zabrać i rzucić do kubła pod stołem, ale zrezygnował. Tresura
jego niemieckiej żony wryta w polską mentalność przestawała działać.
Gdy zbiegał z piętra, czuł łupanie w głowie nie mniejsze niż w chwili,
gdy otworzył oczy. Nie ma tabletki aspiryny za dwie dychy, nie ma
spokoju. Musi swoje odcierpieć. Na myśl o śniadaniu żołądek podjeżdżał
mu pod gardło.
Przewalutowanie po dzikim kursie nie zabolało ani Erwina, ani tym
bardziej jego karty kredytowej. Nawet nie spojrzał na przelicznik. W milczeniu przesunął plastikiem przez terminal i wstukał PIN. Po chwili
trzymał w ręku rachunek za kilka najdrożej spędzonych godzin w centrum
Warszawy.
Czarny thunderbird wjechał w Królewską, po czym skręcił w Marszałkowską.
W temperaturze sięgającej dwudziestu ośmiu stopni głowa Erwina pękała od
wciąż parującej whisky. Gdyby nie przyciemniane szkła okularów
przeciwsłonecznych, oczy odmówiłyby posłuszeństwa.
Rozpędzony motocykl minął Halę Mirowską. Tłumy kupujących z wózkami na
kółkach załadowanymi warzywami i owocami wypływały z bramy i przeciskały
się pomiędzy dostawczakami. Musiał zawrócić, krótki odcinek Ptasiej zbyt
szybko znalazł się za jego plecami. Cofnął się kilkadziesiąt metrów do
żółtego, pięciopiętrowego budynku. Zgasił silnik i nie zsiadając z motoru, spojrzał na blok. Dziesiątki okien, ale jego interesowały tylko
dwa, należące do mieszkania numer trzydzieści jeden.
To było dziwne uczucie, gdy wyjmował z kieszeni spodni brelok z Hello
Kitty. Dwa klucze do dwóch zamków. Zwykle ludzie w pośpiechu zamykają
drzwi tylko na jeden, zwłaszcza gdy mają zamiar zaraz wrócić. Drzwi
mieszkania Izabeli zamknięte były na oba.
* * *
Dawno nie czuł w sobie takiego niepokoju. Nie była to jednak zwykła
gonitwa myśli spowodowana tym, że stał teraz w przedpokoju kogoś, kto
zniknął z jego życia raz na zawsze. Ani że znalazł się tu, gdzie
wszystko nadal przesiąknięte było zapachem jej skóry. Mógłby przysiąc,
że zza uchylonych drzwi łazienki, która znajdowała się tuż przy wejściu
do mieszkania, wyczuwa rumiankowy szampon do włosów i balsam do ciała,
którym Izabela pachniała po wyjściu z kąpieli. Zawsze ten sam, waniliowy
z nutą pomarańczy. Słodki, wkręcający się w koszulę nocną i lekki
szlafrok. Teraz, mimo tylu tygodni od jej śmierci, wciąż pachniała nim
wisząca na drzwiach łazienki podomka.
W tym mieszkaniu nie było go przy niej i to z jego winy. Z jego winy te
ściany nigdy nie słyszały rzucanego niby od niechcenia: "Wiesz, że
cokolwiek się zdarzy, zawsze będę przy tobie". Brzmiało tanio, ale
naprawdę tak myślał. Ilekroć to słyszała, przekrzywiała głowę i posyłała
mu słodki pocałunek. Tutaj spędziła samotnie ostatnie dwa lata swojego
życia.
Erwin stał nieruchomo w przedpokoju, opierając się o szafę wnękową.
Potrzebował dodatkowej chwili, zanim odważył się wejść w głąb
mieszkania.
Kiedy przekroczył próg pokoju, wstrzymał oddech. Było przerażająco
cicho, mimo odgłosów wydawanych przez kręcących się pod oknami ludzi i szumu samochodów. Zwykle po wejściu do zbyt długo zamkniętych
pomieszczeń otwierał na oścież okna, by wpuścić trochę świeżego
powietrza, ale tym razem tego nie zrobił. Nie chciał, by choć jedna
molekuła z zapachem rumianku uleciała bezpowrotnie i rozpłynęła się w ulicznym gwarze.
Rozejrzał się po pokoju. Dębowy parkiet ułożony w jodełkę, stolik z telewizorem, nierozkładana granatowa kanapa i fotel w takim samym
obiciu. Na parapecie doniczka z kwitnącymi białymi storczykami,
ukochanymi kwiatami Izabeli. To od niej dowiedział się, że odrastają po
zrzuceniu płatków i że nie można ich wyrzucać na śmietnik, nawet jeśli
wydają się całkiem martwe. Gdy o tym mówiła, kiwała palcem, żeby dobrze
to sobie zapamiętał. I że storczyki lubią, jak się je zrasza prysznicem,
jakby padał na nie tropikalny deszcz. Nie zapomni tego do końca życia,
obiecał.
Położył torbę na kanapie i obejrzał się za siebie. Aneks kuchenny
wyglądał jak w większości mieszkań. Drewniane szafki, zlew i talerze
ustawione na suszarce. Zajrzał do lodówki. Była pusta, nie licząc masła
i kilku słoików. Kubeł na śmieci był opróżniony.
Promień słońca wpadł przez szybę i zatrzymał się na drzwiach
prowadzących do sypialni. Erwin pchnął je i stanął na progu drugiego
pokoju. Na wprost drzwi znajdowało się podwójne łóżko z naciągniętą
różową narzutą. Obok niego na długiej, cienkiej nodze pochylała się
lampa z kloszem w kształcie rozchylonego kwiatu. Po drugiej stronie
materaca stała komoda z Ikei, na jej blacie leżały równo ułożone
czasopisma. Nic więcej, ani obrazka, ani chodnika pod nogami. Tylko na
suficie widniał nalepiony ogromny, nieco już wyblakły od słońca plakat -
zdjęcie z centrum Hamburga.
A jednak tęskniła. Tak bardzo, że musiała patrzeć co wieczór przed
zaśnięciem na dachy wieżowców i szklane ściany biur. Naprawdę wyobrażała
sobie, że on siedzi w jednym z nich, czy to był czysty przypadek?
Jeszcze nie potrafił podejść do łóżka, jakby wyrosła przed nim
niewidzialna szyba. Było starannie zasłane, kobiece i przesycone
zapachem Izabeli. Dwie poduszki leżały równo, przykryte narzutą z wesołymi frędzlami. W pierwszym odruchu chciał na nim usiąść i wtulić
twarz w jedną z nich, ale coś go powstrzymywało. To było dziwne uczucie.
Obecność Izabeli była wręcz namacalna, jakby wciąż tu mieszkała i wyszła
tylko na chwilę do sklepu po świeże bułki. Albo po jej ukochane martini,
które lubiła wypić po całym dniu, dodawszy odrobinę sprite'a. On nalewał
sobie wtedy whisky i puszczał płytę z chilloutem. Muzyka sączyła się
spokojnym rytmem, który nastrajał do tego, co miało nastąpić wieczorem.
Wspólnej kąpieli z kieliszkiem na wannie i seksem. Dobrym, mocnym, bez
udawanych zahamowań i zbędnego skrępowania.
Izabela nie należała do wstydliwych, ale tylko wtedy, gdy on był przy
niej. Otwierała się, była cała dla niego. Różniła się od innych
dziewcząt. Pozornie skromnych i nie do zdobycia, a wymykających się
nocami w poszukiwaniu szybkiej miłości. Izabeli obca była sztuka
udawania. Czuł to za każdym razem, kiedy brał ją w ramiona. Nie opierała
się. Kochała i jego, i seks. Kiedyś powiedziała mu, że z nikim innym nie
byłoby jej tak dobrze. Patrzyła mu prosto w oczy z taką szczerością, że
byłby głupi, gdyby wątpił w jej oddanie. Wierzył jej jak zakochany
szczeniak.
Kiedy poznali się na pierwszym roku studiów, od razu wiedział, że to nie
jest przypadek. To musiało się stać, nie miał co do tego żadnych
wątpliwości - w przeciwieństwie do Izabeli, której wydawał się zbyt
głośny i zapalczywy. Powiedziała mu to prosto w twarz. Krążył jednak
wokół niej tak długo, aż jego wytrwałość i chłopięcy wdzięk, z jakim
starał się ją zdobyć, zwyciężyły. Nie żałowała. Którejś nocy, kiedy
spojrzał na nią z pożądaniem, jakie widuje się tylko w hollywoodzkich
filmach, i przycisnął do siebie tak mocno, że poczuła motyle w brzuchu,
zrozumiała, że nic ich nie rozłączy. Tak mu powiedziała. Ujęła to w proste słowa, które miał zapamiętać na długo. Była wtedy noc, lato
pachniało jak szalone. Stali nad brzegiem Wisły, w wodzie odbijały się
światła miasta. Wyszeptała swoim delikatnym głosem:
- Niech to się nigdy nie skończy. Ty i ja. Obiecaj mi, że to się nigdy
nie zmieni. My, razem, na zawsze.
Stał wtedy z zaschniętym gardłem i wtulał twarz w jej włosy. Nawet nie
pamiętał, czy coś jej odpowiedział. Jak przez mgłę widział tylko
przesuwające się po tafli wody kolorowe światła rzucane przez
rozśpiewane, pijane łajby. Chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie.
Oddałby wszystko, żeby zgodziła się spędzić z nim tych kilka godzin,
jakie pozostały do wschodu słońca.
Ich pierwsza noc nastąpiła zaledwie po tygodniu.
Kochali się do rana. Dziko i namiętnie. Smakował każdy centymetr jej
miękkiego ciała, jakby ta noc miała się nigdy więcej nie powtórzyć.
Stali się jednością. Kiedy rano otworzyła oczy, on już nie spał. Wsparty
na ramieniu patrzył, jak spokojnie oddycha przez sen, a potem przeciąga
się i uśmiecha jak dziecko. Teraz, stojąc w jej pokoju, żałował, że nie
zaznali wspólnego szczęścia, które sobie obiecali. Przecież jej dom to
jego dom. Łóżko, różowa narzuta i poduszki. Tak niewiele brakowało...
A jednak nie podszedł bliżej i nie dotknął poszewek ani nie usiadł na
materacu. Stał w progu z zadartą głową, wpatrując się w rozpięty na
suficie plakat z Hamburgiem.
Choć jego myśli wciąż wędrowały ku wspomnieniom, żołądek zaczynał
upominać się o coś zupełnie innego. Nie jadł od wczorajszego południa,
kiedy na stacji benzynowej przy granicy kupił najgorszego w świecie hot
doga polanego grubą warstwą ketchupu i musztardy. Gdyby nie to, tłusta
parówka i nieświeża cebula byłyby nie do przełknięcia. Zajrzał do
chlebaka w kuchni, był pusty. Wyszedł na klatkę schodową i zagryzł głód
vincesterem. W czasach studenckich zawsze pomagało, powinno pomóc i teraz.
Stanął na wycieraczce i rozejrzał się po piętrze. Na kondygnacji
znajdowały się trzy lokale. Ten wynajmowany przez Izabelę mieścił się
pośrodku. Erwin doskonale pamiętał słowa Nawrockiego o drugim
mieszkaniu. Ściana w ścianę. Tylko z której strony?
Wypuścił dym z płuc. Nie będzie się tym teraz zajmował. Ważne, że klucze
z Hello Kitty pasowały, że tu wszedł i ma do przeczytania pokaźny stos
papierów zamkniętych w żółtej kopercie.
Ktoś z sąsiadów chrząknął na tyle głośno, że Erwin, chcąc nie chcąc,
przydusił papierosa o podeszwę buta. Dym musiał się wedrzeć do któregoś
z mieszkań.
Wrócił do środka. Odkąd wyjechał z Hamburga, ani razu nie sprawdzał
poczty w telefonie. Nic nie stracił. Simone nie odezwała się i nie
napisała, co z Karlem. Wyświetlił numer żony i poczekał na sygnał. Po
kilku dźwiękach włączyła się automatyczna sekretarka. Erwin zagryzł
usta. Nie chodziło mu o Simone. To, że wciąż była jego żoną, nie
sprawiało, że na myśl o niej czuł szybsze bicia serca. Co innego Karl.
Rozłączył się z nadzieją na to, że syn, mimo że daleko, jest ze swoją
matką bezpieczny.
Na razie musiał zajrzeć do Internetu. Punkty na mapie z najbliższymi
barami i pizzą pokazały się natychmiast, wystarczyło wybrać. Wziął tę z pepperoni i oliwkami, rozmiar XL, żeby starczyło do wieczora. Do tego
litr coli.
Do przyjazdu obiadokolacji miał czterdzieści minut. Dużo czasu.
Wyrzucił zawartość swojej sportowej torby na podłogę i sięgnął po
kopertę. Nadeszła pora, aby wreszcie zmierzyć się z przeszłością
Izabeli.
* * *
Ludzie lubią zbierać pamiątki. Te ważne lub te całkiem bez znaczenia.
Nadają ich życiu wartość, wzruszają przy lada wspomnieniu, a ich
właściciele przecierają oczy ze zdumienia, że od dnia, w którym weszli w posiadanie byle drobiazgu, upłynęło już pięć czy piętnaście lat.
Izabela nigdy tego nie robiła. Uważała, że ważne jest to, co tu i teraz.
Bez mrugnięcia okiem wyrzucała do śmieci starocie i pilnowała Erwina,
żeby robił to samo. Sentyment do nic nieznaczących rzeczy był jej obcy.
Jej niemal puste mieszkanie było tego dowodem. Brakowało w nim
bibelotów, obrazków i tym podobnych głupstw, jakie upychają po kątach
inne kobiety. Nie była typem ani kolekcjonera, ani chomika. Wolała
czystą przestrzeń i wolność od przedmiotów.
A jednak tym razem postąpiła inaczej. Wypchana koperta mogła oznaczać
tylko jedno: każdy drobiazg, który włożyła do środka, był ważny. Erwin
ponownie wysypał zawartość koperty na kanapę w salonie i sięgnął po
pierwszy z brzegu wycinek z gazety. Oferty pracy i matrymonialne. Tylko
dla kobiet, w Polsce i na Zachodzie. Szybko i bez zbędnej biurokracji.
Dla młodych i odważnych, nawet tych bez znajomości języka.
Ogłoszenia ciągnęły się przez całą szpaltę. Zielonym pisakiem zaznaczone
były numery telefonów. Kilka numerów było do siebie podobnych, zaczynały
się od tych samych cyfr i kończyły inną, ostatnią. Wyglądały, jakby
należały do tej samej osoby albo firmy. Oddzielone były anonsami
szukającymi kogoś do skręcania długopisów i młodych mężczyzn do pracy na
budowie. Niewprawne oko mogłoby nie zauważyć powtarzających się
sekwencji cyfr w numerach telefonów z ogłoszeń. We wszystkich brakowało
strony internetowej i nazwy ogłaszającej się firmy. Tylko numery.
Izabela musiała je uważnie śledzić, skoro zielony pisak pozaznaczał tak
wiele z nich. Po co jednak zbierała te informacje? Dla kogo?
Erwin sięgnął po telefon i wystukał na klawiaturze jeden z numerów.
Zupełnie nie wiedział, dlaczego to robi. Kierował nim odruch, zwykła
ciekawość tego, co usłyszy i czy numer wciąż jest aktualny. Po trzecim
sygnale odezwał się męski głos.
- Dzwonię z ogłoszenia - zaczął Erwin, wiedząc, że nie może podać ani
nazwy gazety, ani tym bardziej daty jej wydania. Izabela wycięła
nożyczkami stronę tak, że nie wiedział nic poza tym, że ktoś wciąż może
żerować na naiwności kobiet. - W sprawie pracy. Dla żony - dodał bez
zająknięcia.
Po drugiej stronie ktoś nagle ściszył samochodowe radio.
- Nieaktualne - odpowiedział męski głos przypominający papier ścierny.
Głos rozłączył się szybciej, niż się odezwał. Wszystko jasne. Gdyby
Erwin był słodką dziewiętnastolatką, rozmowa wyglądałaby inaczej.
- Idiota ze mnie - burknął i rzucił komórkę na kanapę.
Sięgnął po kolejną rzecz z koperty. Mapa. Rozłożył ją na stole. Podobnie
jak ogłoszenia z gazety, mazak pozaznaczał punkty w centrum miasta i na
przedmieściach. Mieszkania do wynajęcia, domyślił się od razu. Doliczył
do szesnastu i zrezygnował. Niemal całe Śródmieście zaznaczone było na
zielono, zupełnie jakby kolorowy pisak wymalował nowy park w samym
środku Warszawy.
Skąd o nich wiedziała? Jeśli należały do właścicieli takich jak ona, nie
mogła mieć o nich pojęcia. Nikt nie spowiada się z rzeczy, które mogą
oznaczać kłopoty. Musiała mieć powód, skoro zaczęła węszyć. Po co ci to
było, Izzy?! Czasem lepiej jest nie wiedzieć. Nie pomyślałaś, że możesz
oberwać? Zobaczyłaś lub usłyszałaś coś, czego nie powinnaś, i zaczęłaś
dociekać albo, co gorsza, stawiać się. Bycie dla kogoś niewygodnym
świadkiem nigdy nie kończy się dobrze. Zapomniałaś o tym czy naiwnie
wierzyłaś, że akurat z tobą będzie inaczej?
Erwin jeszcze raz rzucił okiem na mapę. Grzybowska, Jana Pawła,
Jerozolimskie. Kurewsko drogie centrum rozpusty w sercu Warszawki.
Kawalerki wynajmowane lub sprzedawane w wiadomym celu. Biznes, który
zawsze się opłaca.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Erwin podniósł się z kanapy i zaczął
przeszukiwać kieszenie. Zwitek polskich banknotów stawał się coraz
cieńszy. Dał chłopakowi od pizzy pięćdziesiąt złotych i zamknął drzwi na
zamek. Pizza była ledwo ciepła, ale nie narzekał. Na poczekaniu wrzucił
w siebie kilka kawałków i popił bąbelkami coli.
Po zjedzeniu ósmego kawałka wytarł tłuste ręce o spodnie i wrócił do
przerwanego zajęcia. Znów jakaś gazeta i kolejny artykuł pod obiecującym
tytułem "Żony na sprzedaż". Bez zakreśleń, bez załączonych nazwisk ani
fotografii. Nie czuł się wstrząśnięty. O tym procederze nieraz słyszał.
Młode dziewczęta, marzące o domu z basenem i bogatym mężu, oczywiście
uczciwym i oddanym rodzinie. Setki razy zastanawiał się, jak to możliwe,
że kobiety mogą być tak naiwne.
Spod ułożonych wycinków i kserokopii wyciągnął kartkę, której wcześniej
nie zauważył. Zwykłą, wyrwaną ze szkolnego zeszytu w linie. Widok pisma
Izabeli spowodował, że krew uderzyła mu do głowy. Równe, okrągłe litery
stawiane z zadziwiającą starannością, jakby uczyła się w przedwojennej
szkole kaligrafii.
Jeśli myślał, że będzie to miłosne wyznanie lub wskazówki, co ma dalej
robić, mylił się. Izabela nie zostawiła mu w pożegnalnym geście tej
oczywistej wiadomości, że był mężczyzną jej życia, ani tym bardziej nie
była skłonna przekazać, dlaczego uwikłała go w tę przedziwną historię z mecenasem Nawrockim i żółtą kopertą.
Kartka zapisana była z obu stron. Pismo na pierwszej stronie było równe
i staranne, na drugiej litery stawiane były z coraz to mniejszą
dbałością, jakby drżała jej ręka lub jakby się gdzieś śpieszyła.
Kolejny dzień tygodnia, nie wiem który. Jest 23.55
Od miesiąca mam złe sny. Przychodzą nie wiadomo skąd i męczą mnie tak
długo, dopóki nie zerwę się z krzykiem w środku nocy, spocona i z bijącym sercem. Każdy z nich jest jak gwóźdź, który czyjaś ręka wbija w moją głowę coraz głębiej i mocniej. Nie potrafię się wyzwolić z tego
bólu, nie mogę od niego uciec ani schować się tam, gdzie byłabym
bezpieczna. Gdybym tylko wiedziała, jak go przegnać, jak skryć się przed
własnymi myślami i strachem, który dopada mnie każdej nocy. Ludzie,
którzy zasypiają ze spokojem i budzą się nad ranem, nie doznawszy
takiego stanu, są najszczęśliwszymi istotami na ziemi. Oddałabym
wszystko, żeby być jak oni. Móc otworzyć oczy bez wszechogarniającego
lęku, że to, co czyha w nocnych koszmarach, dopadnie mnie w końcu w prawdziwym życiu. Ale to się nie stanie, nie ucieknę od tego. Już nigdy
nie będzie tak jak dawniej. Przeznaczenia nie da się oszukać. W końcu
mnie znajdzie i zniszczy. Za raz popełnione błędy trzeba w końcu
płacić.
Boję się chwili, gdy nie będzie już odwrotu i dotrę na skraj ślepej
uliczki z napisem "koniec". Ten dzień jest blisko, idzie ku mnie, czuję
to wszystkimi zmysłami. Nie będzie znikąd ratunku, nie pojawi się nikt,
kto mógłby mnie stąd zabrać. Bo stąd nie ma ucieczki.
Za chwilę wyłączę światło i zapadnie ciemność. Moje ciało odda się
kolejnym uderzeniom ostrych gwoździ. To będzie trwało do końca moich
dni. Potem ustanie, a ja odpocznę.
Brakuje mi sił od ciągłego oglądania się za siebie. Niech to wszystko
już się wreszcie skończy.
Za szybą wisiała szarówka. Pojedyncze auta przesuwały się po wąskiej
ulicy, rozwożąc ludzi do ich domów. Aromat rumianku dawno zniknął
zastąpiony zapaszkiem pizzy, jaki dobywał się z otwartego pudełka. To,
co było w mieszkaniu Izabeli najpiękniejsze, odeszło.
Erwin nacisnął klamkę i otworzył okno. Ciepłe letnie powietrze wdarło
się do wnętrza. Lubił ten zapach miasta, tak odmienny od tego w Hamburgu. Równie ciężki od spalin, a jednak inny.
Przez lata tłumił w sobie sentyment do wszystkiego, co polskie. Ze
świetnym skutkiem udawało mu się zepchnąć to uczucie w głąb siebie, ale
w tej chwili nostalgia wróciła. Oddałby wszystko, żeby móc tu zostać.
Wszystko, z wyjątkiem syna. Na myśl o dziecku poczuł ucisk w krtani.
Musi zachować spokój, przecież Karlowi nie dzieje się krzywda. Jest ze
swoją matką. Simone, choć wściekła na to, że zostawił ich i przyjechał
do Polski, nie będzie się odgrywała na dziecku.
Przesunął doniczkę ze storczykiem, żeby zablokowała zamykające się okno.
Odgrzał kolejne dwa kawałki pizzy i przeniósł się z zawartością koperty
do sypialni Izabeli. Izzy, tak nazwał ją kiedyś i już zostało. Nie
pamiętał, kiedy wymyślił to zdrobnienie. Czy to było ich wspólne lato w górach, czy gdzieś nad morzem? Chyba jednak morze. Wymawiał je miękko,
niemal aksamitnie. Inaczej się nie dało. Jego Izzy była słodka i niewinna.
Stojąca przy łóżku lampa na długiej nodze rzuciła okrągłą poświatę na
sufit. Erwin przekrzywił klosz i nakierował światło na posłanie. Jednym
ruchem ściągnął różową narzutę i położył na taborecie pod ścianą. Spod
narzuty wyjrzała pościel w kwiecisty wzór. Cała ona: rumianki, różyczki,
storczyki. Gdzie w tym wszystkim miejsce na życie na krawędzi?
Zrzucił z nóg buty i wyciągnął się na kołdrze. Nie miał zamiaru spać,
stracił już wystarczająco dużo czasu. Co chwila podsuwał pod żarówkę
kolejne wycinki z gazet i odręczne zapiski Izabeli, które nic mu nie
mówiły. Tak jak imiona dziewczyn napisane na samoprzylepnych
karteczkach, bez nazwisk i adresów. Na odwrocie fiszki z tajemniczym
imieniem Honey zapisany był numer. Dziewiątka. Wziął do ręki kolejne.
Rubby, Roxy i Daisy również miały przypisane cyfry. Żadnych innych
danych, żadnych informacji. Imiona jak z burdelu w amerykańskim
westernie, tanie i żałosne. Nic z tego nie rozumiał. Po co je zbierała?
Już miał zgnieść kartki i rzucić je na podłogę, kiedy spojrzał na
rozsypane fotografie. One też na swoim odwrocie miały napisane numery.
Nie były to portrety, jakich używa się do paszportu. Przedstawiały młode
dziewczyny siedzące na fotelu lub brzegu kanapy, wyprostowane, jakby
ktoś poraził je prądem. Ze skrzyżowanymi w kostkach nogami i w spódnicach przed kolano. W butach na obcasach i z idealnie zrobionymi
fryzurami. Blondynki, czarne, rude, wszystkie typy urody. Łączyło je
jedno: były młode i dość ładne, przynajmniej jak na przeciętny męski
gust. Wszystkie miały ciężki makijaż, mocno wytuszowane rzęsy i obrysowane na grubo usta. Obcisłe bluzki opinały piersi w rozmiarach
dojrzałych grejpfrutów. Mało która się uśmiechała, a jeśli już, był to
uśmiech wymuszony albo wywołany zbyt dużą dawką alkoholu czy środków
halucynogennych. Erwin rozpoznał je od razu. Znał te powiększone lub,
przeciwnie, nazbyt wąskie oczy, które mówiły wszystko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki