Jej śliczne kości. Tom 3 - Carla Kovach

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (31,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Książkę tę de­dy­kuję wszyst­kim tym, któ­rzy opie­kują się bli­skimi lub pra­cują w opiece spo­łecz­nej. To, co ro­bi­cie, jest na­prawdę nie­sa­mo­wite i je­stem prze­ko­nana, że opie­ko­wa­nie siępo­trze­bu­ją­cymi to je­den z naj­trud­niej­szych za­wo­dów.Wa­sza fi­zyczna i psy­chiczna siła to praw­dziwa su­per­moc.

?

Pro­log

So­bota, 2 XI 1963 r.

- Od­daj to! - krzyk­nę­łam, wbie­ga­jąc do na­szego wspól­nego po­koju, i po­wa­li­łam moją głu­pią sio­strę na pod­łogę. Moc­niej chwy­ciła lalkę, tu­ląc ją w ra­mio­nach, ale tym ra­zem jej nie do­sta­nie. Za­wsze otrzy­my­wała to, co chciała. Mama zro­biła tę lalkę dla mnie. Sztur­cha­łam sio­strę zwi­niętą w pięść dło­nią. Cho­ciaż była ode mnie o rok star­sza, była mniej­sza i bar­dziej nie­zdarna. Wszy­scy mó­wili, że uro­dziła się za wcze­śnie. Ja by­łam mą­drzej­sza w wieku sze­ściu lat, niż ta dur­nota kie­dy­kol­wiek bę­dzie. Po­ka­za­ła­bym jej, jak bar­dzo jest tępa. Mu­siała znać swoje miej­sce. To, co było jej, było też moje, i tak miało być za­wsze.

Gdy szarp­nę­łam za rączkę dzier­ga­nej lalki, jej gu­zicz­kowe oko ode­rwało się i ude­rzyło o ramę łóżka. Ten dźwięk zmro­ził nas obie. Do­cie­rały do mnie je­dy­nie słowa pio­senki, któ­rej tata słu­chał z ra­dia. Coś o dia­ble w prze­bra­niu. Moja głu­pia sio­stra była ta­kim dia­błem.

Rzu­ciła mi łzawe spoj­rze­nie, gdy przy­tu­lała oszpe­coną za­bawkę.

- Tylko nie waż się pła­kać! Wiesz, co cię czeka, jak bę­dziesz pła­kać! - Nie pierw­szy raz moja sio­stra-idiotka chciała mnie wpę­dzić w kło­poty, ry­cząc bez po­wodu. Za­wsze była ulu­bie­nicą ma­musi i ta­tu­sia z jej ja­sno­ru­dymi lo­kami i głu­pią, cho­ro­wi­cie bladą twa­rzą. Drże­nie jej dol­nej wargi prze­szło w gło­śny szloch. Uszczyp­nę­łam ją mocno. - Prze­stań, prze­stań, prze­stań! - po­wta­rza­łam.

Serce za­częło mi wa­lić, gdy usły­sza­łam, że mu­zyka umil­kła. Kroki taty za­dud­niły na sta­rych, skrzy­pią­cych scho­dach.

- Wa­sza mama wy­cho­dzi na pięć mi­nut, a ty nie mo­żesz być grzeczną dziew­czynką? Co tu się dzieje? Po­wi­nie­nem dać wam wciry! - krzy­czał tata.

Zda­łam so­bie sprawę, że trzy­mam sio­strę tak mocno, że robi się czer­wona.

- Ze­psuła swoją lalkę i jest zde­ner­wo­wana - po­wie­dzia­łam, uda­jąc, że ją przy­tu­lam. Czu­łam, że od­suwa się ode mnie, więc przy­cią­gnę­łam ją bli­żej. - Nie waż się ru­szyć - wy­szep­ta­łam do jej ucha, głasz­cząc ją po wło­sach. Jej łzy za­częły mo­czyć mój rę­kaw. Wszystko przez jej głu­pią lalkę.

- Wszystko w po­rządku, moja ko­chana? - za­py­tał tata i klęk­nął przy mo­jej sio­strze, od­ry­wa­jąc od niej moje ręce. Bo ona ni­gdy nie mo­gła zro­bić ni­czego złego.

Przy­cią­gnę­łam ją z po­wro­tem do sie­bie i ści­sną­łem moc­niej, szczy­piąc z tyłu w jej ra­mię, a ona kiw­nęła mu po­ta­ku­jąco. Jed­nak wy­raz jej twa­rzy zdra­dzał co in­nego. Gdy jej dolna warga znów za­częła drżeć, tata prze­niósł spoj­rze­nie na mnie.

- Mó­wi­łem ci już o tym wcze­śniej, tak?! - krzyk­nął i od­su­nął mnie od sio­stry. Ru­szył ko­ry­ta­rzem, cią­gnąc mnie za sobą po drew­nia­nej pod­ło­dze, a su­kienka w kwiaty, którą uszyła mi mama, pod­wi­nęła mi się po­wy­żej pasa.

- Nie do szafy! Ta­tu­siu, pro­szę! Prze­pra­szam, prze­pra­szam!

Nie re­ago­wał na moje prośby. Dał mi klapsa w ty­łek i we­pchnął do ciem­nej szafy, a na­stęp­nie prze­krę­cił klucz i zo­sta­wił go w zamku w taki spo­sób, że nie do­cho­dził przez niego na­wet pro­mień świa­tła. Drża­łam w ciem­no­ści. To była jej wina, jak za­wsze. Gdy tylko mama wróci do domu, wy­pu­ści mnie, a ja po­każę mo­jej okrop­nej sio­strze, na co mnie stać. Ra­dio po­now­nie za­częło grać. Tata znowu był na dole i śpie­wał ja­kąś starą pio­senkę, którą lu­biła bab­cia. Praw­do­po­dob­nie od­po­czy­wała te­raz przed ko­min­kiem i cze­kała na po­wrót mamy.

- Wy­puść mnie! - za­wo­ła­łam. Ciem­ność za­stą­pił snop świa­tła. Zie­lone oczy mo­jej sio­stry wpa­try­wały się we mnie przez dziurkę od klu­cza. - Wy­puść mnie!

Zro­biła krok do tyłu, trzy­ma­jąc kur­czowo roz­dartą lalkę. Z każ­dym kro­kiem włócz­kowa za­bawka co­raz bar­dziej się pruła. Gdy czer­wone, obrzmiałe oczy mo­jej sio­stry spo­tkały się z mo­imi, po­krę­ciła prze­cząco głową, a ko­lejna łza spły­nęła po jej po­liczku.

- Po­cze­kaj. Tylko po­cze­kaj, ty wredna gów­niaro! - Kop­nę­łam wnę­trze szafy i zda­łam so­bie sprawę, że wy­stra­szy­łam tym wszyst­kie pa­jąki. Moja okropna sio­stra wsu­nęła klucz z po­wro­tem do zamka, od­ci­na­jąc mi je­dyne źró­dło świa­tła. - Nie wkła­daj tego klu­cza! - krzyk­nę­łam i kop­nę­łam moc­niej niż po­przed­nio. Tata zwięk­szył gło­śność mu­zyki, aż moje krzyki stały się nie­sły­szalne.

Nie­na­wi­dzę jej, na­prawdę. Za­wsze będę nie­na­wi­dzić.

?

Roz­dział pierw­szy

So­bota, 14 VII 2018 r.

Toby przy­ssał się do resztki swo­jego skręta. Wła­ści­wie były to resztki jego ty­to­niu - wo­re­czek był na­prawdę pu­sty. Może uda mu się wy­sę­pić pa­pie­rosa w cza­sie prze­rwy. Może wes­prze go ja­kaś życz­liwa osoba. Po­krę­cił głową, czu­jąc strach przed roz­po­czę­ciem no­wej pracy, któ­rej tak na­prawdę nie chciał. Gdyby nie ten by­dlak z urzędu, który uka­rał go za spóź­nie­nie, otrzy­małby już swoje pie­nią­dze z za­siłku. Toby po­wie­dział mu, że zra­nił się w kostkę, spa­da­jąc z łóżka, ale fa­cet chyba mu nie uwie­rzył. Ow­szem, skła­mał, ale wie­dział, że nie po­trak­tują go ulgowo tylko dla­tego, że za­spał. "Bu­dzik się nie włą­czył" - tak, ra­cja. Wy­szedł stam­tąd z na­mia­rem na ofertę pracy w lo­kal­nej agen­cji po­śred­nic­twa, na­słu­chaw­szy się wcze­śniej wy­kładu na te­mat punk­tu­al­no­ści.

Po­krę­cił głową, pstry­ka­jąc nie­do­pał­kiem w tra­wia­ste po­bo­cze. Po­ko­ny­wał kręte drogi War­wick­shire swoim sta­rym, nie­za­wod­nym sa­mo­cho­dem i czuł się wolny. Ta wol­ność miała się wkrótce skoń­czyć, za­stą­piona przez ja­kie­goś na­dę­tego kie­row­nika przez cały dzień wy­krzy­ku­ją­cego roz­kazy. Wredną gnidę o wiele mniej wy­kwa­li­fi­ko­waną od niego. Opu­ścił osłonę prze­ciw­sło­neczną. Była siódma rano. I to w so­botę. Kto pra­cuje o tak nie­ludz­kiej po­rze? On, naj­wy­raź­niej - przy­naj­mniej przez naj­bliż­sze sześć ty­go­dni. Po tym cza­sie ta straszna umowa za płacę mi­ni­malną do­bie­gnie końca, chyba że jego kosz­mar się spełni i za­ofe­rują mu stałą po­sadę. Nie, jego stra­te­gia po­le­gała na tym, żeby przyjść do ro­boty, wy­ko­nać wy­ma­gane mi­ni­mum, nie wy­ka­zy­wać ja­kiej­kol­wiek ochoty na wię­cej, nie być zbyt pro­duk­tyw­nym i ucie­kać do to­a­lety tak czę­sto, jak to moż­liwe. I kraść pa­pier to­a­le­towy. Jego się skoń­czył, a brak pie­nię­dzy z za­siłku ozna­czał brak pa­pieru do ki­bla. Wczo­raj wie­czo­rem wró­cił z kil­koma pusz­kami z banku żyw­no­ści, ale pa­pieru nie do­stał. To nie było zło­dziej­stwo, tylko prze­trwa­nie. Poza tym wy­na­gro­dzi to spo­łe­czeń­stwu, kiedy od­kryje, kim jest, i w końcu zde­cy­duje, do­kąd w ży­ciu zmie­rza.

W lip­co­wym słońcu za­czy­nał się już po­cić. Przy­naj­mniej w fa­bryce, gdzie pacz­ko­wał mięso, bę­dzie chłodno. Je­śli przez upał lub brak śnia­da­nia nie zrobi mu się nie­do­brze, to na pewno sprawi to wi­dok por­cjo­wa­nych mar­twych zwie­rząt i me­ta­liczna woń krwi w po­wie­trzu. Mi­nęła siódma pięt­na­ście, a on za­czy­nał za kilka mi­nut. Wsu­nął ta­śmę do sta­rego ma­gne­to­fonu i "Ace of Spa­des" Mo­tör­head wy­peł­niło wnę­trze ma­łego sa­mo­chodu. Z każdą chwilą zwięk­szał pręd­kość. Na dro­dze nie było ni­kogo. To był czas za­bawy. Gdy wy­cho­dził z za­krę­tów, wy­krzy­ki­wał re­fren pio­senki i stu­kał do rytmu pla­cami w kie­row­nicę.

Jego tata byłby taki dumny... - nic z tych rze­czy. Wy­obra­ził so­bie, że oj­ciec wy­gła­sza mu ka­za­nie o mar­no­wa­niu dy­plomu uczelni. A prze­cież ni­gdy nie chciał być den­ty­stą. Nie­na­wi­dził żół­tych zę­bów u lu­dzi, za­pa­le­nia dzią­seł, spierzch­nię­tych warg i ropni. Oj­ciec mógł go zmu­sić do stu­dio­wa­nia sto­ma­to­lo­gii, ale te­raz był męż­czy­zną i do­ko­ny­wał wła­snych wy­bo­rów. Wy­brał sa­motne ży­cie w swo­jej ka­wa­lerce, pro­wa­dził swój sa­mo­chód, pra­co­wał do­ryw­czo i miał dużo wol­nego czasu. To mu od­po­wia­dało.

- Wy­pchaj się, tato! - krzyk­nął, po­ko­nu­jąc ostatni za­kręt, gdzie droga łą­czyła się z Lau­rel Lane.

Głos Lemmy'ego roz­brzmie­wał ostat­nim re­fre­nem, kiedy Toby wy­je­chał z za­krętu. Za­wie­szone ni­sko nad ho­ry­zon­tem słońce ośle­piło go w chwili, gdy tylne drzwi ja­dą­cego przed nim bia­łego vana na­gle się otwo­rzyły. Toby gwał­tow­nie wci­snął ha­mu­lec i wpadł w po­ślizg, a z pę­dzą­cego vana wy­padł ja­kiś czło­wiek i wy­lą­do­wał na dro­dze tuż przed jego sa­mo­cho­dem. Fur­gon z otwar­tymi tyl­nymi drzwiami po­je­chał da­lej wzdłuż Lau­rel Lane. Lemmy prze­stał śpie­wać, a świer­got pta­ków wy­peł­nił ci­szę mię­dzy ko­lej­nymi utwo­rami. Toby uchy­lił okno i na­słu­chi­wał ja­kie­go­kol­wiek od­głosu świad­czą­cego o ludz­kim bólu, ale nic do niego nie do­tarło.

Od­dy­chał szybko, a serce wa­liło mu w piersi, gdy spoj­rzał przez przed­nią szybę. Ni­kogo tam nie było. Prze­tarł rę­ka­wem spo­cone czoło, a Alice Co­oper za­czął śpie­wać po­czą­tek "Po­ison". Ude­rzył pła­sko dło­nią w od­twa­rzacz ka­se­towy i ta­śma się wy­su­nęła.

Roz­trzę­siony, otwo­rzył skrzy­piące drzwi sa­mo­chodu. Po­pchnął je na tyle, by mógł wy­siąść. Spraw­dził go­dzinę, siódma trzy­dzie­ści. Na­prawdę to spie­przył. Je­żeli zgłosi wy­pa­dek i złoży oświad­cze­nie, nie było mowy, by zdą­żył dzi­siaj do pracy. Sprzed sa­mo­chodu do­biegł go ja­kiś szmer.

Chwie­jąc się na no­gach, zro­bił je­den krok, po­tem drugi, aż do­strzegł dziew­czynę.

- Cho­lera. - Ukląkł przy niej ostroż­nie, na ile po­zwa­lała mu na to jego tycz­ko­wata syl­wetka, się­gnął po te­le­fon i wy­brał nu­mer na po­go­to­wie. Dziew­czyna pró­bo­wała mó­wić, ale za­miast słów z jej ust try­snęły kro­ple krwi, pla­miąc jego ko­szulkę.

- Po­go­to­wie i po­li­cja! Lau­rel Lane, War­wick­shire! Był wy­pa­dek, dziew­czyna zo­stała ranna! Mu­si­cie tu ko­goś szybko przy­słać! - krzy­czał, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać krwa­wie­nie z jej brzu­cha. Krew spły­wała po jego drżą­cych dło­niach. Pu­ścił ją, zdjął ko­szulkę, zwi­nął ją i przy­ci­snął do otwar­tej rany w jej boku, za­trzy­mu­jąc krwo­tok. - Mów do mnie - po­wta­rzał, gdy dziew­czyna tra­ciła i od­zy­ski­wała świa­do­mość. Chciał uło­żyć ją w po­zy­cji bez­piecz­nej, ale zre­zy­gno­wał. Mógłby po­gor­szyć jej ob­ra­że­nia, gdyby miała po­ła­mane ko­ści.

Dziew­czyna była ubru­dzona zie­mią, a do­cho­dzący od niej odór pra­wie przy­pra­wił go o wy­mioty. Po­tar­gane włosy do po­łowy za­kry­wały wy­chu­dzoną twarz, a on wzdry­gnął się na wi­dok jej zę­bów po­kry­tych ka­mie­niem. Kiedy do­ci­skał ko­szulkę do jej ko­ści­stego ciała, czuł, że nie­wiele było w niej ży­cia. Chciał, żeby znów od­zy­skała przy­tom­ność, jed­nak nie wy­glą­dało to do­brze.

Wró­cił my­ślami do bia­łej fur­go­netki. Mu­siał jak naj­wię­cej so­bie przy­po­mnieć. Czy to on ją prze­je­chał? Nie, nie usły­szał ude­rze­nia i nie było śladu uszko­dzeń na ma­sce albo zde­rzaku. Prze­kro­czył pręd­kość. Wie­dział, że tak. Na tym od­cinku jest ogra­ni­cze­nie do sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów, a wy­szedł z za­krętu osiem­dzie­siątką. Jed­nak nie prze­je­chał jej, wy­pa­dła nie­spo­dzie­wa­nie tyl­nymi drzwiami du­żego vana i wy­lą­do­wała przed jego au­tem.

Nie miał na swoim sa­mo­cho­dzie ak­tu­al­nej na­lepki prze­glądu tech­nicz­nego. Czy ubez­pie­cze­nie miał na­dal ważne? Nie mógł so­bie przy­po­mnieć. Waż­ność prze­glądu tech­nicz­nego skoń­czyła się mie­siąc temu. Cho­lera, nie obej­dzie się bez man­datu, punk­tów kar­nych, a wszystko przez ko­goś in­nego, z kim nie miał z nim nic wspól­nego.

Nikt nie znał jego na­zwi­ska. Mógł po pro­stu wró­cić do sa­mo­chodu, włą­czyć Alice'a Co­opera na pełną gło­śność i je­chać da­lej.

Spoj­rzał na dziew­czynę i za­sta­na­wiał się, co po­wie­działby jego oj­ciec. Wie­dział, że w tym przy­padku ra­cja by­łaby po jego stro­nie. Zo­sta­nie z nią i przyj­mie każdą karę. Nie miał żad­nych wy­ro­ków i nie skrzyw­dził jej. Po pro­stu po­wie prawdę. Drugą ręką po­gła­skał jej cien­kie ko­smyki ru­dych wło­sów i wy­szep­tał:

- Ka­retka jest w dro­dze. Trzy­maj się.

Go­rące słońce pa­liło jego blade jak ściana, na­gie plecy. Na­prawdę mu­siał za­pa­lić, żeby uspo­koić nerwy, ale te­raz nie miał na to szansy. Im bar­dziej jej się przy­glą­dał, tym więk­szą miał pew­ność, że nie była zwy­kłą dziew­czyną. Sama skóra i ko­ści, bli­zny i spierzch­nięte usta. Wy­glą­dała na za­gło­dzoną i od­wod­nioną.

- Co się stało? - za­py­tał, da­lej głasz­cząc ją po wło­sach przy dźwięku zbli­ża­ją­cych się sy­ren.

Gdy przy­je­chała ka­retka, ciało dziew­czyny drgnęło. Chcąc usły­szeć, co mówi, po­chy­lił się nad nią ni­żej. Czuł jej roz­pacz­liwy, krótki od­dech na swo­jej szyi.

- Po­móż jej - zdo­łała wy­szep­tać, za­nim osu­nęła się bez­wład­nie w jego ra­mio­nach.

- Obudź się. Obudź się! - krzy­czał, gdy jej ciało wpa­dło w kon­wul­sje.

?

Roz­dział drugi

Te­le­fon ko­mór­kowy Giny za­brzę­czał na jej noc­nej szafce. Z za­mknię­tymi oczami wy­cią­gnęła rękę, szu­ka­jąc pal­cami apa­ratu. Gdy go chwy­ciła, Gra­cie za­wo­łała:

- Baba! Już rano, baba!

Otwo­rzyła oko i ode­brała po­łą­cze­nie.

- Po­cze­kaj chwilę, kur­czaku. Co jest, Ja­cob?

- Do­szło do zda­rze­nia, sze­fowo. Wiem, że to twój wolny week­end, ale to po­ważna sprawa. Młody czło­wiek le­gi­ty­mu­jący się jako Toby Bid­dle zgło­sił in­cy­dent przed siódmą trzy­dzie­ści. Po­wie­dział, że ko­bieta wy­sko­czyła z vana na Lau­rel Lane. Wy­gląda na to, że jest nie­do­ży­wiona. Włosy i zęby ma w okrop­nym sta­nie. Naj­wy­raź­niej działo się z nią coś złego, bo z ja­kiego in­nego po­wodu mia­łaby wy­sko­czyć z fur­go­netki? Funk­cjo­na­riu­sze spraw­dzili jego sa­mo­chód i stwier­dzili, że jej nie po­trą­cił. Ra­tow­nicy zaj­mują się nią na miej­scu zda­rze­nia, a na­stęp­nie za­wiozą po­szko­do­waną do szpi­tala w Cle­eves­ford. Z tego, co mó­wią, nie wy­gląda na to, że prze­żyje. Je­śli umrze, to mamy do czy­nie­nia z mor­der­stwem. Spo­tkamy się na miej­scu? - za­py­tał Ja­cob.

- Baba? - Gra­cie ze śmie­chem po­cią­gnęła za za­słony i za­częła śpie­wać.

- Wy­gląda na to, że masz to­wa­rzy­stwo - za­uwa­żył sier­żant Dri­scoll.

- To moja wnuczka, która nie po­zwa­lała mi spać przez pół nocy... je­stem wy­koń­czona. A czuję się jesz­cze go­rzej, kiedy my­ślę o tym, że mu­szę za­dzwo­nić do córki i po­wie­dzieć jej, że pod­rzucę małą o tej po­rze, i to w so­botę. Na pewno się ucie­szy. Zja­wię się, o ile to moż­liwe, w ciągu go­dziny.

Roz­łą­czyła się i ob­ser­wo­wała wnuczkę, która za­częła moc­niej cią­gnąć za za­słony.

- Gra­cie, nie rób tego, kur­czaczku. Zro­bisz so­bie krzywdę. - Gra­cie za­re­ago­wała na jej ostrze­że­nie psot­nym uśmie­chem i szarp­nęła ma­te­riał, ścią­ga­jąc kar­nisz, który o mało co nie tra­fił jej w głowę. Dziew­czynka za­częła pła­kać, gdy zro­zu­miała, że pra­wie ją ude­rzył. Gina wstała z łóżka i za­brała dziecko z po­wsta­łego ba­ła­ganu. - Mó­wi­łam ci, że­byś nie cią­gnęła. Daj mi zo­ba­czyć. - Prze­cze­sała ręką lek­kie ko­smyki dziew­czynki i uśmiech­nęła się. - Czy Gra­cie zro­biła so­bie "ała" na główce? Czy Gra­cie zro­biła so­bie "ała" w rączki? A w nóżki? - Płacz wnuczki prze­szedł w śmiech prze­ry­wany szlo­chem i łzami, gdy Gina do­ty­kała jej de­li­kat­nych pa­lusz­ków.

- Nie! - krzyk­nęła Gra­cie. Gina od­su­nęła swoje palce od jej stopy i dała bu­ziaka w po­li­czek.

- Ra­cja, baba musi iść do pracy i za­brać cię z po­wro­tem do ma­musi. Mia­ły­śmy jed­nak uro­czą nockę, prawda?

- Chcę zo­stać, baba.

- Tak mi przy­kro, ko­cha­nie. Nie­długo znów się zo­ba­czymy. Wiesz, że baba cie­bie ko­cha, prawda?

Gra­cie chi­cho­tała i trzy­mała Ginę za pa­smo brą­zo­wych, krę­co­nych wło­sów.

- Chcę zo­stać.

Gina wie­działa, że Han­nah bę­dzie roz­cza­ro­wana. Jej wolny wie­czór bę­dzie zruj­no­wany przez brak od­po­czynku. Bab­cia Hetty ni­gdy nie od­wio­zła Gra­cie wcze­śniej. Stale przy­po­mi­nano Gi­nie o tym, jak do­bra była Bab­cia Hetty. Ale Bab­cia Hetty, była te­ściowa Giny, była od niej dużo star­sza i prze­szła na eme­ry­turę wiele lat temu. Gina ni­gdy nie mo­gła z nią kon­ku­ro­wać i na­wet nie za­mie­rzała pró­bo­wać. Miała zaj­mu­jącą pracę, którą ko­chała, a te­raz zda­rzył się na­gły wy­pa­dek.

- Obie­cuję, że wkrótce zro­bimy coś faj­nego - po­wie­działa Gina, gdy wkła­dała Gra­cie su­kienkę przez głowę i wcią­gała ją na jej gru­biut­kie rączki.

Gdy pro­wa­dziła małą do ła­zienki, za­dzwo­niła do swo­jej córki.

- Mamo? Nie ma jesz­cze dzie­wią­tej. Czy coś się stało?

- Mia­łam te­le­fon. Tak mi przy­kro, ko­cha­nie. Mu­szę pod­rzu­cić Gra­cie do domu w dro­dze na po­ste­ru­nek.

- Na li­tość bo­ską! To była jedna noc. Jedna marna noc, a ty mu­sisz iść do pracy? My­śla­łam, że za­re­zer­wo­wa­łaś so­bie wolny week­end. Że po­tem ra­zem gdzieś wyj­dziemy. My­śla­łam, że wszystko się zmieni... obie­ca­łaś. Za­re­zer­wo­wa­łam na­wet bi­lety do kina na "In­ie­ma­moc­nych 2" na dzi­siej­sze po­łu­dnie, chcia­łam zro­bić ci nie­spo­dziankę. - Gra­cie za­częła się śmiać, uda­jąc, że płu­cze gar­dło i jed­no­cze­śnie ba­wiąc się w szczot­ko­wa­nie zę­bów. - Nie, nie je­steś wo­bec nas w po­rządku.

- Prze­pra­szam, ko­cha­nie...

- Za­wsze mó­wisz prze­pra­szam. Na­wet po tym, co się stało z twoją ostat­nią sprawą. Za­wio­dłaś mnie, ale tu nie cho­dzi o mnie czy Gra­cie. Jaka to sprawa tym ra­zem? Nie ko­lejna, w któ­rej grozi ci po­ważne nie­bez­pie­czeń­stwo? Albo że ja­kiś sza­le­niec wtar­gnie do two­jego domu i bę­dzie pró­bo­wał cię udu­sić? Je­steś na­prawdę sa­mo­lubna, wiesz o tym? Nie chcę stra­cić ko­lej­nego ro­dzica i nie chcę, żeby Gra­cie do­ra­stała bez babci.

Gina przy­po­mniała so­bie mo­ment, w któ­rym za­ła­mała się przed psy­cho­lo­giem po­li­cyj­nym. Han­nah miała ra­cję, ostat­nia sprawa mocno ją do­tknęła, a Han­nah wi­działa, jak po­woli się po tym od­da­lała. Ich re­la­cje ni­gdy nie były naj­lep­sze, ale w głębi du­szy żadna z nich nie chciała, by dru­giej stała się krzywda. Han­nah i Gra­cie były je­dyną ro­dziną, jaką miała Gina. Jej ro­dzice ode­szli dawno temu, a ona nie miała ro­dzeń­stwa. Na wspo­mnie­nie o tym, jak na­past­nik du­sił ją na pod­ło­dze w kuchni, serce za­częło jej wa­lić i po­czuła ucisk w gar­dle.

- Mamo, mamo...

- Prze­pra­szam. Ja tylko... - Tylko co? Nie wie­działa, co od­po­wie­dzieć Han­nah, gdy otwo­rzyła usta, by jej to wy­ja­śnić. Nie­spójny zle­pek słów utkwił w jej gło­wie i nie mógł się z niej wy­do­stać.

- Mó­wi­łam tylko, że stra­ci­łam już tatę. Wiem, co się działo mię­dzy wami, i wiem, że nie był dla cie­bie do­bry...

- Do­bry dla mnie? Za­biłby mnie, gdyby miał oka­zję. Roz­ma­wia­ły­śmy o tym! - Za­częła drżeć z wście­kło­ści. Czy jej córka nic nie zro­zu­miała, gdy opo­wia­dała jej, jak mocno Terry ją bił? Jak ła­mał jej że­bra, rzu­cał nią, ko­pał i psy­chicz­nie uwią­zał w domu? Wszyst­kie te lata, które mi­nęły, za­nim w końcu zwie­rzyła się Han­nah, zo­stały jej te­raz od­pła­cone cał­ko­wi­tym bra­kiem zro­zu­mie­nia. Ża­ło­wała, że co­kol­wiek po­wie­działa. "Cza­sami prawda jest prze­re­kla­mo­wana" - po­my­ślała.

Usły­szała, jak Han­nah wzdy­cha. Woda le­ciała z kranu, a Gra­cie wpa­try­wała się w nią, kiedy nada­rem­nie pró­bo­wała umyć zęby ła­sko­czącą ją szczo­teczką. Gina przy­cią­gnęła wnuczkę bli­sko sie­bie, nie chcąc jej de­ner­wo­wać.

- Prze­pra­szam. Nie po­win­nam była tego mó­wić. - Han­nah za­częła pła­kać. - Cho­dzi o to... nie mogę stra­cić rów­nież cie­bie. Wiem, że cza­sami by­wam suką, ale ni­gdy nie każ mi znowu prze­cho­dzić przez to, co się stało ostat­nim ra­zem. Po­win­naś z tym skoń­czyć.

- Mó­wisz mi, że po­win­nam zre­zy­gno­wać z pracy? Nie mogę tego zro­bić. Nie mo­żesz ocze­ki­wać, że zo­sta­wię wszystko, co ko­cham, bo ina­czej po co mam żyć. - Gina trzy­mała mocno te­le­fon w ocze­ki­wa­niu na od­po­wiedź córki.

- Te­raz na­prawdę wiem, na czym sto­imy, ja i Gra­cie. Nie mów nic wię­cej, matko. - Han­nah za­koń­czyła po­łą­cze­nie. Wnuczka wy­wi­nęła się i za­częła śpie­wać, ba­wiąc się szczo­teczką do zę­bów.

- Cho­lera ja­sna - po­wie­działa Gina, prze­cze­su­jąc szczotką splą­tane włosy, po czym je zwią­zała. Zdała so­bie sprawę z tego, co wła­śnie po­wie­działa Han­nah, i ża­ło­wała, że nie za­cho­wała tych my­śli dla sie­bie.

- Cho­lera ja­sna - po­wtó­rzyła Gra­cie, na­śla­du­jąc jej gniewną minę. Gina uśmiech­nęła się, po­wstrzy­mu­jąc łzy, a mała po­sma­ro­wała so­bie pa­stą do zę­bów mały no­sek.

- Kur­czaczku, tylko nie mów tak do ma­musi, do­brze? Baba po­wie­działa bar­dzo nie­ład­nie.

- Cho­lera ja­sna! - krzyk­nęła ze śmie­chem. Gina wie­działa, że czeka ją wię­cej kło­po­tów.

Spięła Gra­cie włosy z tyłu głowy.

- No, już, wy­glą­dasz uro­czo. Chodźmy po twoją torbę i wsią­dziemy do sa­mo­chodu baby.

- Baba pła­cze?

- Nie, kur­czaczku. Ba­bie po pro­stu wpa­dło coś do oka. Nic ta­kiego. - Otarła łzę spły­wa­jącą po jej twa­rzy i po­ca­ło­wała Gra­cie w głowę. Kiedy od­wró­ciła się w stronę wyj­ścia, na jej te­le­fon przy­szła wia­do­mość od Ja­coba.

Mu­sisz tu szybko przy­je­chać. Sprawy nie wy­glą­dają do­brze.

Pod­nio­sła Gra­cie, wzięła jej torbę z sy­pialni, zbie­gła po scho­dach i wy­szła z domu.

?

Roz­dział trzeci

Gina po­spiesz­nie prze­szła przez szpi­talny hol i do­tarła do re­je­stra­cji od­działu ra­tun­ko­wego.

- Ko­mi­sarz Harte. Przy­wie­ziono dziew­czynę z wy­padku. - Po­ka­zała swój iden­ty­fi­ka­tor.

Młody ra­tow­nik stuk­nął w kilka przy­ci­sków na kla­wia­tu­rze.

- Pro­szę kie­ro­wać się do tam­tych drzwi. Prze­pusz­czę pa­nią.

Po­kój był w po­ło­wie wy­peł­niony ludźmi. Ko­bieta po­cie­szała dziecko, które trzy­mało się za spuch­niętą kostkę, a męż­czy­zna stał pod ścianą, trzy­ma­jąc się za głowę, z nie­za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem w ustach.

Drzwi za­brzę­czały. We­szła na od­dział i pa­trzyła na za­pra­co­wany per­so­nel me­dyczny: ktoś pchał prze­no­śny sprzęt mo­ni­to­ru­jący, ktoś po­bie­rał próbki krwi od pa­cjen­tów w spe­cjal­nej ka­bi­nie, a ktoś inny zaj­mo­wał się krzy­czą­cym dziec­kiem z naj­wy­raź­niej wy­bi­tym bar­kiem. Gina wzdry­gnęła się, gdy usta­wiano jego ra­mię z po­wro­tem w sta­wie.

- Ko­mi­sarz Harte. Je­stem tu w spra­wie tego wy­padku - po­wie­działa do pie­lę­gniarki w dy­żurce.

Ko­bieta ścią­gnęła moc­niej swój ku­cyk i wska­zała w kie­runku da­le­kiego końca od­działu.

- Pro­szę iść do końca w tamtą stronę, to ostat­nia ka­bina po le­wej.

- Dzię­kuję.

Kiedy Gina prze­szła przez la­bi­rynt ka­bin, przy­słu­chu­jąc się od­gło­som bólu i nie­szczę­ścia, i utkwiła wzrok w końcu ko­ry­ta­rza. Za­słona była za­cią­gnięta, a pie­lę­gniarka prze­pchnęła przez nią z wó­zek me­dyczny. Po­ste­run­kowy Smith sie­dział na krze­śle po dru­giej stro­nie za­słony i czy­tał ga­zetę, za­ja­da­jąc się ciast­kiem.

- Kawy? - za­py­tał Ja­cob, sta­jąc za nią. Jego po­kryte po­madą włosy były sta­ran­nie uło­żone wo­kół uszu i czoła. W prze­szło­ści fry­zurą za­wsze przy­po­mi­nał nieco Ac­tion Mana, ale ostat­nio za­pu­ścił włosy tro­chę bar­dziej na czubku głowy i na­wo­sko­wał, ro­biąc prze­dzia­łek z boku, dzięki czemu wy­glą­dał bar­dziej ele­gancko.

Za­uwa­żyła też, że za­czął no­sić le­piej do­pa­so­wane gar­ni­tury i ko­szule. Od­kąd za­ko­chał się w Am­ber, dbał o sie­bie. Wzięła od niego kawę z eks­presu i po­piła z pla­sti­ko­wego kubka.

- Zdaje się, że mu­simy po pro­stu cze­kać na nowe in­for­ma­cje.

- Na to wy­gląda. Po­wie­dzieli, że le­karz wkrótce przyj­dzie. By­łem tu, gdy ją przy­wieźli. Nie wy­gląda to do­brze, sze­fowo. Mia­łem na­dzieję, że bę­dziemy mo­gli za­dać jej kilka py­tań, ale jej stan szybko się po­gor­szył. Otwo­rzyła oczy, kiedy przy­je­cha­łem, i wie­dzia­łem, że chciała mi coś po­wie­dzieć, ale nie mo­gła. - Ja­cob wpa­try­wał się w za­słonę. Na ma­te­riale ry­so­wał się kształt czy­ichś po­ślad­ków.

- Czy mo­żemy coś wy­wnio­sko­wać z miej­sca zda­rze­nia?

- Te­ren, na któ­rym do­szło do wy­padku, zo­stał oto­czony kor­do­nem przed moim przy­by­ciem, i do­sta­łem in­for­ma­cję, że Ke­ith przy­je­chał na miej­sce zda­rze­nia go­towy do spraw­dze­nia wszel­kich do­wo­dów. Od kie­rowcy sa­mo­chodu i per­so­nelu ka­retki po­brano od­ci­ski. Pierwsi funk­cjo­na­riu­sze, któ­rzy przy­byli na miej­sce, eskor­to­wali ka­retkę do szpi­tala. Smith prze­je­chał się ka­retką i zro­bił no­tatki.

- Świet­nie.

- Chło­pak, który zgło­sił to zda­rze­nie, jest na po­ste­runku i czeka na prze­słu­cha­nie. - Ja­cob do­pił kawę, a ich spoj­rze­nia po­wę­dro­wały w stronę ka­biny. Mieli na­dzieję, że le­karz wkrótce ich przyj­mie.

- Za­tem nasz świa­dek twier­dzi, że dziew­czyna wy­pa­dła z tyłu fur­go­netki. Po­ważna sprawa, je­śli tak jest. Czy mo­gła być po­rwana? Czy udało jej się uciec? To zna­czy, kto tak po pro­stu wy­ska­kuje z fur­go­netki i to w ta­kim sta­nie, w ja­kim była?

- Z tego, co sły­sza­łem i wi­dzia­łem, biedna dziew­czyna cier­piała od dłuż­szego czasu. Może była trans­por­to­wana - od­po­wie­dział Ja­cob.

- Może. Ale dla­czego ktoś miałby ją prze­wo­zić i nie za­mknąć drzwi fur­go­netki? Na­prawdę mam na­dzieję, że się po­spie­szą, że­by­śmy mo­gli z nią po­roz­ma­wiać.

Gina spraw­dziła go­dzinę. Za­wio­zła wcze­śniej Gra­cie do domu i sta­wiła czoło swo­jej za­gnie­wa­nej córce nie po to, by te­raz cze­kać w szpi­talu. Po­winna była wie­dzieć, że to po­trwa. Za­bur­czało jej w brzu­chu, kiedy za­uwa­żyła au­to­mat ze sło­dy­czami. Ta­bliczka cze­ko­lady na­pra­wi­łaby wiele, ale oparła się za­chciance.

Ja­cob prze­glą­dał wia­do­mo­ści na swoim te­le­fo­nie, za­bi­ja­jąc czas.

- Czy­tasz swoje li­ściki mi­ło­sne?

- Być może.

- Jak tam sprawy z Am­ber?

- Tin­der oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę. Po­waż­nie, sprawy idą na­prawdę do­brze. Ostat­nie kilka mie­sięcy było jak sen.

- Ni­gdy nie są­dzi­łam, że to po­wiesz. Cie­szę się, że zna­la­złeś ko­goś, kto cię uszczę­śli­wia. Ży­czę ci, żeby to trwało. - Gina pod­nio­sła swój ku­bek z kawą i stuk­nęła nim o ku­bek Ja­coba.

- Prak­tycz­nie miesz­kamy u mnie, jemy ra­zem śnia­da­nie i, o mój Boże, ona nie na­rzeka na moją pracę. Być może w końcu mi się udało. A jak mają się sprawy z tobą? Żad­nych ta­jem­ni­czych męż­czyzn w za­sięgu wzroku?

- Nie mam ni­kogo do ukry­cia. Za kogo ty mnie bie­rzesz? - Gina była świa­doma, że Ja­cob wie­dział, że ktoś był w jej ży­ciu. I miał ra­cję. Chris Briggs, nad­ko­mi­sarz, o któ­rym my­ślała jesz­cze przez wiele mie­sięcy po ich krót­kim ro­man­sie. Za­koń­cze­nie go było trudne, jed­nak ich przy­jaźń prze­trwała. Nie chciała jej po­now­nie na­ra­żać na ry­zyko, a żadne z nich nie chciało ry­zy­ko­wać prze­nie­sie­nia z Cle­eves­ford.

W ich stronę szedł męż­czy­zna w oku­la­rach i bia­łym ki­tlu. Gina skoń­czyła kawę i wy­rzu­ciła ku­bek do ko­sza.

- Dok­tor No­wak. Znowu się spo­ty­kamy.

- Pani de­tek­tyw...

Wi­działa, że nie może przy­po­mnieć so­bie jej na­zwi­ska. Po­znała go kilka mie­sięcy temu pod­czas po­przed­niej sprawy. Pra­co­wał wtedy na od­dziale po­łoż­ni­czym.

- Ko­mi­sarz Harte, a to jest sier­żant Dri­scoll. Je­ste­śmy tu w spra­wie ofiary wy­padku, która leży w tej ka­bi­nie. Czy zba­dał pan już po­szko­do­waną?

Le­karz roz­pro­sto­wał ki­tel, zmru­żył ukryte za oku­la­rami oczy i ode­zwał się z de­li­kat­nym pol­skim ak­cen­tem:

- Krótko mó­wiąc, oba­wiam się, że pa­cjentka nie ma się naj­le­piej. Je­ste­śmy w trak­cie to­ra­ko­to­mii... wpro­wa­dza­nia rurki do klatki pier­sio­wej, czyli dre­nażu płuc­nego, ze względu na płyn w jej płu­cach. Wy­gląda na to, że ma po­ważną in­fek­cję, a do­kład­niej za­pa­le­nie płuc. Po jej przy­wie­zie­niu zro­bi­li­śmy wstępną ocenę, wy­sła­li­śmy ją na prze­świe­tle­nie, a wkrótce po­tem mu­sie­li­śmy jej po­dać środki uspo­ka­ja­jące. Jej na­rządy prze­stają dzia­łać. Nie­długo bę­dziemy mo­gli po­wie­dzieć wam wię­cej. Nie­po­ko­jący jest rów­nież stan jej ciała. Ma ślady na rę­kach i w oko­li­cach pa­chwin, co su­ge­ruje dłu­go­trwałe uży­wa­nie nar­ko­ty­ków, a to wiąże się z jesz­cze więk­szymi pro­ble­mami, co za­pewne wie­cie. Ma ranę brzu­cha, którą mu­sie­li­śmy się za­jąć. Nie wiem, ja­kim cu­dem jesz­cze żyje. Jest bar­dzo wy­chu­dzona i nie­do­ży­wiona. Wie­cie, kim jest? Nie mamy na­wet jej na­zwi­ska.

- Nie­stety, też go nie znamy - od­parła Gina. - Mia­łam na­dzieję, że będę mo­gła ją o to za­py­tać.

- Są­dzę, że już z nią nie po­roz­ma­wia­cie. Wła­śnie chcia­łem prze­ka­zać, że pod­ję­li­śmy de­cy­zję o pod­łą­cze­niu pa­cjentki do re­spi­ra­tora. Ze­spół me­dyczny w tej chwili się nią zaj­muje. Je­żeli się nie po­spie­szymy, nie bę­dzie miała szans na prze­ży­cie. A te i tak są ni­kłe, na­wet z tym wszyst­kim, co ro­bimy. To bar­dzo chora dziew­czyna.

Gina spu­ściła wzrok. Spie­szyła się tu­taj tak bar­dzo, a na­wet nie mo­gła po­roz­ma­wiać z ofiarą.

- Czy mo­żemy spró­bo­wać za­dać jej kilka py­tań, za­nim się nią da­lej zaj­mie­cie?

- Nie­stety mu­szę po­sta­wić do­bro pa­cjenta na pierw­szym miej­scu. Nikt nie bę­dzie z nią roz­ma­wiał. Ta ko­bieta nie jest w sta­nie mó­wić, pani de­tek­tyw.

Gina prze­tarła czoło. W szpi­talu było duszno, a ich główny trop do ni­czego ich nie do­pro­wa­dził.

- Ja­cob, za­dzwoń do Ber­narda z me­dy­cyny są­do­wej. Za­py­taj go, kiedy bę­dzie.

Ja­cob ski­nął głową.

- Robi się, sze­fowo - od­parł i wy­szedł na ko­ry­tarz w po­szu­ki­wa­niu za­sięgu.

- Bę­dziemy mu­sieli zi­den­ty­fi­ko­wać ofiarę, dok­to­rze. Wiemy, że nie miała przy so­bie żad­nych do­ku­men­tów, więc tech­nik kry­mi­na­li­styki wkrótce się tu zjawi. Bę­dziemy mu­sieli za­brać wszyst­kie jej ubra­nia oraz po­brać próbki do spraw­dze­nia ich w na­szej ba­zie da­nych DNA.

- Z ca­łym sza­cun­kiem...

- Z ca­łym sza­cun­kiem, ta dziew­czyna ma gdzieś ro­dzinę. Coś jej się przy­da­rzyło i mu­simy się z nimi skon­tak­to­wać, więc będę wdzięczna za współ­pracę. To nie bę­dzie in­wa­zyjne, wy­star­czy wy­maz lub kilka wło­sów.

Le­karz zdjął oku­lary, które za­wi­sły luźno na łań­cuszku na jego klatce pier­sio­wej.

- Ma pani ra­cję. Wrócę te­raz do mo­jego pa­cjenta. - Od­wró­cił się i wszedł za za­słonę.

- Pro­szę po­cze­kać. - Gina po­szła za nim i wrę­czyła mu wi­zy­tówkę. - Je­śli jej stan się zmieni lub uda się przy­wró­cić jej przy­tom­ność... co­kol­wiek się wy­da­rzy, pro­szę do mnie za­dzwo­nić.

- Tak zro­bię, pani de­tek­tyw. - Po­szedł da­lej ko­ry­ta­rzem, od­cią­gnął za­słonę na bok i wszedł do ka­biny, w któ­rej le­żała ofiara.

Smith pod­niósł wzrok znad ga­zety i po­ma­chał do Giny.

- Mam stos pa­pie­rów do prze­brnię­cia i di­le­rów nar­ko­ty­ków do zba­da­nia. Wiesz, jak długo tu będę?

Gina po­krę­ciła głową.

- Nie mam po­ję­cia.

- Nie twoja wina, sze­fowo. Ale daj mi znać, kiedy będę mógł wyjść. Po­woli w tym tonę. - Smith wzru­szył ra­mio­nami i kon­ty­nu­ował czy­ta­nie ga­zety. Gina wie­działa, że wkrótce po­jawi się ktoś, kto go za­stąpi.

Jedna z pie­lę­gnia­rek wy­szła zza za­słony. Ta roz­su­nęła się i uka­zała le­żącą na łóżku młodą dziew­czynę z rurką wło­żoną w usta. Gina zro­biła kilka kro­ków w jej kie­runku i przyj­rzała się jej ry­som. Po­tar­gane, far­bo­wane na rudo, skle­jone w koł­tuny włosy oka­lały jej bladą twarz. Ciemne kręgi pod­kre­śla­jące jej za­pad­nięte oczy nada­wały jej upiorny wy­gląd. Ką­ciki ust miała spierzch­nięte i po­pę­kane. Gina od­wró­ciła wzrok, nie ro­zu­mie­jąc, jak ktoś tak chudy może jesz­cze żyć. Skóra na jej klatce pier­sio­wej roz­cią­gała się na oboj­czyku, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby za­raz miała się ro­ze­rwać. Mo­gła mieć co naj­wy­żej szes­na­ście lat.

- Ber­nard jest już w dro­dze. - Gina wzdry­gnęła się i od­wró­ciła do Ja­coba sto­ją­cego tuż za nią.

- Do­bra, chodźmy i zo­baczmy, co nasz świa­dek ma do po­wie­dze­nia. Nie bę­dziemy mo­gli za­py­tać tej dziew­czyny o nic, więc w tej chwili mamy tylko jego. Wy­ko­rzy­stajmy to.

- Po­wie­dział, że jej ostat­nie słowa to: "Po­móż jej". Mu­simy się do­wie­dzieć, kim "ona" jest.

- Boże, do­po­móż nam, je­żeli jest gdzieś prze­trzy­my­wana ko­lejna biedna dziew­czyna w po­dob­nym sta­nie.

?

Roz­dział czwarty

Elisa wy­tarła dżem z gra­na­to­wej ka­mi­zelki. Chcia­łaby, żeby jej mun­dur był nieco bar­dziej do­pa­so­wany. Ob­ra­ca­jąc się bo­kiem, spraw­dziła swoje od­bi­cie w oknie. Ka­mi­zelka roz­cheł­stała się jej na biu­ście i tak już zo­stała; od­sta­wała, przez co wy­glą­dała, jakby miała piersi i brzuch tej sa­mej wiel­ko­ści. Spod niej wy­sta­wały od ko­lan w dół jej cien­kie nogi. Była pewna, że uni­form miał się­gać tylko tro­chę po­ni­żej pasa, ale ma­jąc metr pięć­dzie­siąt je­den wzro­stu, to­piła się w nim.

Zro­bi­łaby wszystko, by do­dać so­bie kilku cen­ty­me­trów, żeby nie mu­siała za­dzie­rać głowy, pa­trząc na przy­ja­ciół czy ko­rzy­stać z dra­biny, aby wy­jąć płatki z ku­chen­nej szafki w swoim domu. Przy­naj­mniej więk­szość pó­łek w skle­pie była w jej za­sięgu, cho­ciaż do­stała drew­nianą skrzynkę, by z niej sko­rzy­stać w ra­zie po­trzeby.

Po na­peł­nie­niu ko­ki­lek za­krę­ciła po­krywkę na sło­iku prób­nego dżemu. Kiedy wy­sy­py­wała na ta­lerz kilka po­ła­ma­nych kra­ker­sów, stała, cze­ka­jąc na klien­tów. To wła­śnie ro­biła przez cały dzień, cze­kała. Zda­rzali się spo­ra­dyczni ku­pu­jący, ale ni­gdy nie było ko­lejki. Od dwóch ty­go­dni pra­co­wała w skle­pie Smak Na­tury, za­sta­na­wia­jąc się, co zro­bić z wła­snym ży­ciem. Coś prze­wró­ciło jej się w żo­łądku, gdy po­my­ślała o eg­za­mi­nach ma­tu­ral­nych. Nie była pewna, czy na­prawdę dała z sie­bie wszystko. Wszyst­kie te noce spę­dzone z jej chło­pa­kiem Etha­nem mo­gły być le­piej wy­ko­rzy­stane do czasu za­koń­cze­nia eg­za­mi­nów, ale nie ża­ło­wała.

Miała plan. Gdy tylko bę­dzie wy­star­cza­jąco do­ro­sła, od­bie­rze swoje tym­cza­sowe prawo jazdy, a pie­nią­dze, które za­ra­biała tu­taj, prze­zna­czy na na­ukę jazdy. Mama już nie bę­dzie mu­siała jej cały czas pod­wo­zić ani od­bie­rać, jak dzi­siaj rano.

Elisa się­gnęła po swój te­le­fon z za­mia­rem wyj­ścia ze sklepu. Pra­co­dawcy nie za­uważą jej nie­obec­no­ści, a to i tak bę­dzie tylko kilka mi­nut. Chciała cie­szyć się pro­mie­niami słońca i czy­tać SMS-y od Ethana. Za­mknęła ostroż­nie drzwi, prze­kra­dła się wzdłuż boku bu­dynku i oparła się o ścianę. Prze­wi­ja­jąc wia­do­mo­ści, ro­ze­śmiała się. Gdyby jej matka kie­dy­kol­wiek zo­ba­czyła nie­które z tych SMS-ów, wście­kłaby się. Już od ja­kie­goś czasu upra­wiali seks, a wia­do­mo­ści wska­zy­wały, że roz­po­częło się to na długo przed jej szes­na­stymi uro­dzi­nami.

Upięła włosy i zro­biła so­bie sel­fie. Szybka edy­cja, psie uszy i słodki nos i wy­śle wia­do­mość do Ethana, a on otrzyma ją pod­czas prze­rwy. Kiedy za­częła się skra­dać w kie­runku drzwi wej­ścio­wych z pal­cem na przy­ci­sku wy­sy­ła­nia, pod­nio­sła wzrok i za­uwa­żyła, że na dole pod­jazdu stoi za­par­ko­wany srebrny se­dan. Klient. Po­spiesz­nie wró­ciła do głów­nego wej­ścia i otrze­pała rę­kami swój skle­powy uni­form. Od­wró­ciła się; sa­mo­chód wciąż tam stał. Gdyby to był klient, wje­chałby na par­king, a nie cze­kał na ulicy pro­wa­dzą­cej do niego.

Przy­trzy­mała rękę nad czo­łem, żeby za­sło­nić oczy przed słoń­cem i wy­tę­żyła wzrok. Na miej­scu kie­rowcy sie­dział męż­czy­zna. Za­drżała, a jej serce za­częło bić szyb­ciej, gdy zo­ba­czyła, że pa­trzy wprost na nią. Nie roz­róż­niała jego ry­sów. Pod­nio­sła rękę i uśmiech­nęła się, ma­jąc na­dzieję, że od­po­wie tym sa­mym i ją uspo­koi, ale nie zro­bił tego. Po­zo­stał w bez­ru­chu. Prze­łknęła ślinę i po­czuła, za­czyna się po­cić pod pa­chami. Nie była sama w skle­pie i dzięki temu czuła się wy­star­cza­jąco bez­piecz­nie. Gdyby coś się stało, ktoś z biura zszedłby na dół i jej po­mógł.

Wzdry­gnęła się, gdy męż­czy­zna włą­czył sil­nik, chwy­ciła za klamkę i ob­ser­wo­wała, jak za­wraca na trzy na żwi­ro­wej dro­dze i przy­spie­sza, skrę­ca­jąc w prawo w kie­runku Cle­eves­ford. Ode­tchnęła i otwo­rzyła główne drzwi, serce jej wa­liło, bo pra­wie ude­rzyła pa­nią Han­ley w twarz swoim te­le­fo­nem.

- Elisa, to już trzeci raz, kiedy przy­ła­pa­łam cię na za­ba­wie te­le­fo­nem, kiedy je­steś w pracy. Odłóż go i spra­wiaj wra­że­nie, jak­byś była cze­kała na klien­tów. Je­śli zła­pię cię wy­głu­pia­jącą się na ze­wnątrz w cza­sie, kiedy po­win­naś pra­co­wać, bę­dziemy mu­sieli zwe­ry­fi­ko­wać twoje sta­no­wi­sko tu­taj. Idź. - Ko­bieta po­pro­wa­dziła ją do przodu. - Wra­caj za ladę. Sło­dy­cze wy­ma­gają uzu­peł­nie­nia. Weź kilka cola cu­bes z kre­densu.

- Prze­pra­szam. Było tak spo­koj­nie. Chcia­łam tylko za­czerp­nąć tro­chę świe­żego po­wie­trza...

- Mo­żesz mieć tyle świe­żego po­wie­trza, ile ze­chcesz o sie­dem­na­stej.

Ko­bieta chwiała się na ab­sur­dal­nie wy­so­kich szpil­kach, po­pra­wia­jąc kilka sło­ików z dże­mem, po czym cof­nęła się, aby po­dzi­wiać swoją pracę. Po­szu­ku­jąc w skle­pie ko­lej­nych rze­czy do zro­bie­nia, po­pra­wiła piersi w sta­niku, po czym roz­pięła górny gu­zik bluzki.

- Pani Han­ley?

- Co te­raz? - Ko­bieta przyj­rzała się swo­jemu od­bi­ciu w oknie, uśmiech­nęła się do sie­bie i po­pa­trzyła na Elisę.

- Kiedy by­łam na ze­wnątrz, wi­dzia­łam srebrny sa­mo­chód za­par­ko­wany na pod­jeź­dzie. Ktoś w nim był, ale kie­rowca po pro­stu sie­dział w środku. Chyba mnie ob­ser­wo­wał.

Ko­bieta wzru­szyła ra­mio­nami.

- To brzmi tro­chę me­lo­dra­ma­tycz­nie. Może źle skrę­cił, dzwo­nił do ko­goś albo miał prze­rwę w po­dróży. Zdjęła kła­czek z ra­mie­nia i strzep­nęła go na pod­łogę. - Do­brze, wra­ca­jąc do te­matu, masz mieć te­le­fon wy­łą­czony pod­czas pracy.

Do czego wra­ca­jąc? Nie mieli żad­nych klien­tów. Uzu­pełni sło­dy­cze i co da­lej? Ko­bieta przy­glą­dała się, jak pod­nio­sła te­le­fon. Po­spiesz­nie na­ci­snęła "wy­ślij" przy wia­do­mo­ści do Ethana i wy­łą­czyła ko­mórkę. Pani Han­ley mi­nęła ją i po­szła na górę.

Elisa ostroż­nie prze­szła w pła­skich bu­tach po wy­ło­żo­nej płyt­kami pod­ło­dze i spoj­rzała przez szklane drzwi. Dreszcz prze­biegł po jej karku, aż znów się za­trzę­sła. Była pewna, że męż­czy­zna w sa­mo­cho­dzie ją ob­ser­wo­wał. Po­krę­ciła głową, obej­rzała się za sie­bie na wy­pa­dek, gdyby pani Han­ley skra­dała się z po­wro­tem na dół, a na­stęp­nie wzięła je­den z wy­ło­żo­nych lu­zem cu­kier­ków i wło­żyła do ust. Z per­spek­tywy czasu ża­ło­wała, że nie po­de­szła tro­chę bli­żej do sa­mo­chodu i nie przyj­rzała się temu czło­wie­kowi. W my­ślach od­two­rzyła mo­ment, w któ­rym zo­ba­czyła srebr­nego se­dana. Męż­czy­zna pa­trzył w jej kie­runku. Była tego pewna.

?

Roz­dział piąty

Gina i Ja­cob sie­dzieli na­prze­ciwko mło­dego czło­wieka. Mu­siał mieć co naj­mniej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Po­chy­lał się, nie­zdar­nie ba­wiąc się po­strzę­pioną ba­weł­nianą ko­szulką, którą dano mu po przy­jeź­dzie.

- Czy wszystko bę­dzie z nią w po­rządku? - za­py­tał. - Trzy­ma­łem ją, nie mo­głem zro­bić nic in­nego.

- Zro­bił pan wszystko, co mógł, Toby. Jest pod opieką w szpi­talu. Czy może pan po­twier­dzić swoje pełne imię i na­zwi­sko? - za­py­tała Gina.

Ja­cob wziął dłu­go­pis, go­towy za­no­to­wać wszel­kie szcze­góły.

- Toby Ben­ja­min Bid­dle.

- Do­kąd je­chał pan dziś rano? - Gina ob­ser­wo­wała, jak męż­czy­zna sku­bie pa­zno­kieć. Jego lekko tłu­ste ciemne włosy za­czy­nały przy­kle­jać się do czoła po­kry­tego bli­znami po trą­dziku. Cho­ciaż zdą­żył się umyć po wstęp­nym ba­da­niu przez ofi­cera me­dycz­nego, za­uwa­żyła plamkę krwi po le­wej stro­nie jego ucha. Po roz­mo­wie z Nic­kiem, sier­żan­tem w re­cep­cji, wie­działa, że przy­je­chał po­bru­dzony krwią dziew­czyny po pró­bie za­ta­mo­wa­nia krwo­toku z rany na jej brzu­chu.

- Mia­łem je­chać do no­wej pracy. Agen­cja po­śred­nic­twa pracy wy­słała mnie do pacz­kowni mięsa w Parku Prze­my­sło­wym Cle­eves­ford. Mia­łem za­czy­nać o siód­mej trzy­dzie­ści. Na­wet nie udało mi się jesz­cze do nich za­dzwo­nić.

- Mo­żemy to zro­bić za cie­bie. - Gina wie­działa, że i tak będą we­ry­fi­ko­wać tę in­for­ma­cję.

- Dzię­kuję. Cho­ciaż wąt­pię, że będą chcieli mnie za­trud­nić po tym, jak się nie zja­wi­łem. Ci gów­niani pra­co­dawcy jako uspra­wie­dli­wie­nie przyj­mują tylko śmierć. - Toby po­my­ślał o tym, co wła­śnie po­wie­dział. - Tak mi przy­kro. Co za idiota ze mnie, nie po­wi­nie­nem był tego mó­wić...

Gina po­chy­liła się do przodu.

- Toby, wszystko jest w po­rządku. Być może ura­to­wał jej pan ży­cie. Pro­szę, po­wie­dzieć mi wszystko, co pan pa­mięta. Pro­szę za­cząć od po­czątku.

- Wła­śnie je­cha­łem, cie­sząc się spo­ko­jem na dro­dze. Nie ma du­żego ru­chu, kiedy je­dzie się bocz­nymi dro­gami w so­botę rano. Nie ra­do­wało mnie spe­cjal­nie roz­po­czę­cie pracy, to zna­czy, kto by się cie­szył na pa­ko­wa­nie mięsa przez cały dzień w taką po­godę? Otarł pot z czoła i upił łyk wody. -Pa­mię­tam tylko, że bra­łem za­kręt na Lau­rel Lane i zo­ba­czy­łem, jak dziew­czyna wy­pada z tyłu fur­go­netki. To stało się tak szybko, że nie wiem, co wię­cej mogę do­dać.

- Pro­szę opi­sać, jak wy­pa­dła z fur­go­netki.

Za­mknął oczy, jakby pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, co się stało.

- Z tego, co pa­mię­tam, wy­glą­dało to tak, jakby pchnęła drzwi i pró­bo­wała się wy­śli­zgnąć. Nie, to było bar­dziej... jakby opie­rała się o drzwi i wy­pa­dła, chyba... Och, nie wiem. Nie była przy­go­to­wana do skoku. To stało się zbyt szybko. Prze­pra­szam, nie wiem. Wiem tylko, że do­słow­nie mu­sia­łem ha­mo­wać awa­ryj­nie. My­śla­łem, że mo­głem ją ude­rzyć, ale spraw­dzi­łem i oka­zało się, że nie.

Gina spoj­rzała na swoje no­tatki. Je­den z ofi­ce­rów za­uwa­żył, że nie zna­le­ziono żad­nych śla­dów na przo­dzie sa­mo­chodu Toby'ego, które pa­so­wa­łyby do ude­rze­nia w dziew­czynę. Na zde­rzaku, na ma­sce i w za­sa­dzie na ca­łym sa­mo­cho­dzie było je­dy­nie za­schnięte błoto. Dzięki temu, że nie mył sa­mo­chodu, mógł do­wieść, że mówi prawdę. Brud po­zo­stał nie­na­ru­szony. Za­uwa­żyła też ko­lejną no­tatkę o tym, że ba­gaż­nik jego sa­mo­chodu był pe­łen sta­rych ubrań w wor­kach, a tylne sie­dze­nie jego sa­mo­chodu było za­śmie­cone po­jem­ni­kami po fast fo­odach, wy­mie­sza­nymi z bu­tami i sta­rymi tor­bami z książ­kami. Nie było tam ni­czego, co mo­głoby su­ge­ro­wać, że dziew­czyna była w jego sa­mo­cho­dzie, i bio­rąc pod uwagę jego ko­lek­cję szpar­ga­łów, nie by­łoby w nim dla niej miej­sca.

- Co się po­tem stało?

- By­łem prze­ra­żony. Chyba zro­biło mi się nie­do­brze, ale nie wie­dzia­łem, co ro­bić. My­śla­łem, co by się stało, gdy­bym ją prze­je­chał? Co bym zo­ba­czył? Czy bę­dzie cała we krwi? Wy­sia­dłem i po­sze­dłem przed sa­mo­chód. Nie ude­rzy­łem jej, na szczę­ście. Po pro­stu le­żała tam, z lekko otwar­tymi oczami. Pró­bo­wała coś po­wie­dzieć, ale tylko za­mru­czała.

- Czy do­sły­szał pan coś, co pró­bo­wała po­wie­dzieć? - Gina miała na­dzieję, że coś so­bie przy­po­mni. Dziew­czyna sta­rała się mu coś prze­ka­zać.

- To brzmiało jak: "Po­móż jej".

- Czy po­wie­działa coś wię­cej? Na przy­kład o kim my­ślała?

- Nie, do­stała ataku i ze­mdlała. Przy­je­chała ka­retka i za­brała ją. Nie pró­bo­wała po­wie­dzieć nic wię­cej. Za­uwa­ży­łem, że krwa­wiła z boku, kiedy po­sze­dłem jej po­móc. Zdją­łem ko­szulkę i przy­ło­ży­łem ją do rany, żeby po­wstrzy­mać krwo­tok. Wtedy za­dzwo­ni­łem do was. Na­prawdę nie mam nic wię­cej do do­da­nia. Cho­lera, nie mogę uwie­rzyć, że to się stało. - Oparł się z po­wro­tem na pla­sti­ko­wym krze­śle i prze­tarł oczy. Awa­ryjna ko­szulka, którą mu wy­dali, pod­je­chała do góry, od­sła­nia­jąc jego owło­siony brzuch. Była zde­cy­do­wa­nie za krótka na tak wy­dłu­żony tors.

- Wróćmy do fur­go­netki. Może ją pan opi­sać?

- Fur­go­netka. Była zde­cy­do­wa­nie biała i miała roz­miar trans­ita. Dość wy­soki dach. Wi­dzia­łem ja­kiś na­pis na boku, gdy od­jeż­dżała. Nie mo­głem od­czy­tać tek­stu, ale li­tery były ciem­no­zie­lone.

Gina wie­działa, że od­szu­ka­nie wszyst­kich wła­ści­cieli du­żych bia­łych fur­go­ne­tek to sporo pracy. To jedne z naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych po­jaz­dów ro­bo­czych na dro­gach. Zie­lony na­pis za­wę­ziłby tro­chę po­dej­rza­nych.

- Czy przy­po­mi­nasz so­bie coś jesz­cze, co do­ty­czy tej fur­go­netki?

- Nie. Ża­łuję, że nie za­uwa­ży­łem nic wię­cej. Jed­no­cze­śnie sta­ra­łem się za­trzy­mać sa­mo­chód i pa­ni­ko­wa­łem, że mo­głem ude­rzyć dziew­czynę.

Gina pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się.

- Na­prawdę do­brze się spi­sa­łaś. Je­śli przy­po­mni pan so­bie coś jesz­cze, póź­niej lub na­wet ju­tro, pro­szę do mnie za­dzwo­nić. Być może bę­dziemy mu­sieli po­roz­ma­wiać z pa­nem po­now­nie i za­trzy­mać pań­skie ubra­nia. Czy jest coś jesz­cze, co pan pa­mięta? - Po­dała mu wi­zy­tówkę. Jego ubra­nia zo­stały już za­pa­ko­wane i wy­słane do ana­lizy.

- Nie. Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy. Po­li­cjanci, któ­rzy mnie przy­wieźli, za­brali mój sa­mo­chód. Co mam zro­bić?

Gina spraw­dziła swoje no­tatki.

- Wy­ja­śnimy to wkrótce. Stwier­dzi­li­śmy, że nie ma pan waż­nego ba­da­nia tech­nicz­nego, ale na szczę­ście pań­skie ubez­pie­cze­nie jest na­dal ak­tu­alne. Nie­stety zo­sta­nie to prze­ka­zane do wy­działu ru­chu dro­go­wego. Zaj­miemy się tym póź­niej. - Gina chciała wspo­mnieć o nie­bez­pie­czeń­stwach zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem po­jazdu nie­na­da­ją­cego się do ru­chu, ale wi­działa, że chło­pak prze­szedł zbyt wiele jak na je­den dzień. Je­śli ta biedna dziew­czyna prze­żyje, to tylko dzięki temu, że za­trzy­mał się i udzie­lił jej pierw­szej po­mocy na miej­scu zda­rze­nia. Po­ten­cjal­nie stra­cił pracę i mu­siał za­dzwo­nić do matki, żeby go ode­brała, bo jego sa­mo­chód zo­stał skon­fi­sko­wany. - Sier­żant Dri­scoll za­trzyma pana jesz­cze przez ja­kiś czas, żeby uzu­peł­nić ze­zna­nia. Po­prosi o pod­pi­sa­nie ze­znań, a po­tem bę­dzie mógł pan wró­cić do domu. Pana matka jest w po­cze­kalni.

Młody czło­wiek ode­tchnął i osu­nął się na stół, cze­ka­jąc. Gina uśmiech­nęła się i wy­szła z po­koju. Po­ste­run­kowy Harry O'Con­nor szedł ko­ry­ta­rzem. Jego błysz­cząca łysa głowa od­bi­jała świa­tło su­fi­to­wych ja­rze­nió­wek.

- W głów­nym biu­rze czeka tarta Ba­ke­well dzięki uprzej­mo­ści pani O - po­wie­dział, prze­cho­dząc.

Gi­nie za­bur­czało w brzu­chu. Zde­cy­do­wa­nie pój­dzie po ka­wa­łek, nim to wszystko się skoń­czy.

- Za­nim usią­dziesz, za­dzwoń do pacz­karni mięsa w Cle­eves­ford. Po­wiedz im, że mamy ich naj­now­szego re­kruta i dla­tego nie po­ja­wił się w pracy. Wy­ja­śnij, że po­maga nam w do­cho­dze­niu po in­cy­den­cie w oko­licy dzi­siej­szego ranka. Mam na­dzieję, że ten biedny dzie­ciak nie zo­sta­nie zwol­niony.

Harry po­ka­zał kciuki i po­szedł da­lej.

Gina po­my­ślała o tym, co po­wie­dział Toby. Ze­znał, że dziew­czyna wy­pa­dła. Czy pró­bo­wała po­zo­stać w fur­go­netce i czy zo­stała wy­rzu­cona, gdy sa­mo­chód wy­je­chał pę­dem zza za­krętu? Czy może pró­bo­wała uciec swo­jemu po­ry­wa­czowi? Wie­działa, że do­bro­wolne wy­sko­cze­nie z po­ru­sza­ją­cego się vana wy­ma­gało du­żego wy­siłku, zwłasz­cza w jej sta­nie fi­zycz­nym. Czy wy­ko­rzy­stała swoją je­dyną szansę na ucieczkę? W gło­wie wi­ro­wały jej py­ta­nia. Po­my­ślała też, że kie­rowca fur­go­netki mu­siał zo­rien­to­wać się, że jego tylne drzwi są otwarte i po­sta­no­wił nie za­trzy­my­wać się, aby je za­mknąć. Kie­rowca vana stał się te­raz ich głów­nym po­dej­rza­nym i Gina mu­siała się do­wie­dzieć, kim był.