?
Prolog
Sobota, 2 XI 1963 r.
- Oddaj to! - krzyknęłam, wbiegając do naszego wspólnego pokoju, i powaliłam moją głupią siostrę na podłogę. Mocniej chwyciła lalkę, tuląc ją w ramionach, ale tym razem jej nie dostanie. Zawsze otrzymywała to, co chciała. Mama zrobiła tę lalkę dla mnie. Szturchałam siostrę zwiniętą w pięść dłonią. Chociaż była ode mnie o rok starsza, była mniejsza i bardziej niezdarna. Wszyscy mówili, że urodziła się za wcześnie. Ja byłam mądrzejsza w wieku sześciu lat, niż ta durnota kiedykolwiek będzie. Pokazałabym jej, jak bardzo jest tępa. Musiała znać swoje miejsce. To, co było jej, było też moje, i tak miało być zawsze.
Gdy szarpnęłam za rączkę dzierganej lalki, jej guziczkowe oko oderwało się i uderzyło o ramę łóżka. Ten dźwięk zmroził nas obie. Docierały do mnie jedynie słowa piosenki, której tata słuchał z radia. Coś o diable w przebraniu. Moja głupia siostra była takim diabłem.
Rzuciła mi łzawe spojrzenie, gdy przytulała oszpeconą zabawkę.
- Tylko nie waż się płakać! Wiesz, co cię czeka, jak będziesz płakać! - Nie pierwszy raz moja siostra-idiotka chciała mnie wpędzić w kłopoty, rycząc bez powodu. Zawsze była ulubienicą mamusi i tatusia z jej jasnorudymi lokami i głupią, chorowicie bladą twarzą. Drżenie jej dolnej wargi przeszło w głośny szloch. Uszczypnęłam ją mocno. - Przestań, przestań, przestań! - powtarzałam.
Serce zaczęło mi walić, gdy usłyszałam, że muzyka umilkła. Kroki taty zadudniły na starych, skrzypiących schodach.
- Wasza mama wychodzi na pięć minut, a ty nie możesz być grzeczną dziewczynką? Co tu się dzieje? Powinienem dać wam wciry! - krzyczał tata.
Zdałam sobie sprawę, że trzymam siostrę tak mocno, że robi się czerwona.
- Zepsuła swoją lalkę i jest zdenerwowana - powiedziałam, udając, że ją przytulam. Czułam, że odsuwa się ode mnie, więc przyciągnęłam ją bliżej. - Nie waż się ruszyć - wyszeptałam do jej ucha, głaszcząc ją po włosach. Jej łzy zaczęły moczyć mój rękaw. Wszystko przez jej głupią lalkę.
- Wszystko w porządku, moja kochana? - zapytał tata i klęknął przy mojej siostrze, odrywając od niej moje ręce. Bo ona nigdy nie mogła zrobić niczego złego.
Przyciągnęłam ją z powrotem do siebie i ścisnąłem mocniej, szczypiąc z tyłu w jej ramię, a ona kiwnęła mu potakująco. Jednak wyraz jej twarzy zdradzał co innego. Gdy jej dolna warga znów zaczęła drżeć, tata przeniósł spojrzenie na mnie.
- Mówiłem ci już o tym wcześniej, tak?! - krzyknął i odsunął mnie od siostry. Ruszył korytarzem, ciągnąc mnie za sobą po drewnianej podłodze, a sukienka w kwiaty, którą uszyła mi mama, podwinęła mi się powyżej pasa.
- Nie do szafy! Tatusiu, proszę! Przepraszam, przepraszam!
Nie reagował na moje prośby. Dał mi klapsa w tyłek i wepchnął do ciemnej szafy, a następnie przekręcił klucz i zostawił go w zamku w taki sposób, że nie dochodził przez niego nawet promień światła. Drżałam w ciemności. To była jej wina, jak zawsze. Gdy tylko mama wróci do domu, wypuści mnie, a ja pokażę mojej okropnej siostrze, na co mnie stać. Radio ponownie zaczęło grać. Tata znowu był na dole i śpiewał jakąś starą piosenkę, którą lubiła babcia. Prawdopodobnie odpoczywała teraz przed kominkiem i czekała na powrót mamy.
- Wypuść mnie! - zawołałam. Ciemność zastąpił snop światła. Zielone oczy mojej siostry wpatrywały się we mnie przez dziurkę od klucza. - Wypuść mnie!
Zrobiła krok do tyłu, trzymając kurczowo rozdartą lalkę. Z każdym krokiem włóczkowa zabawka coraz bardziej się pruła. Gdy czerwone, obrzmiałe oczy mojej siostry spotkały się z moimi, pokręciła przecząco głową, a kolejna łza spłynęła po jej policzku.
- Poczekaj. Tylko poczekaj, ty wredna gówniaro! - Kopnęłam wnętrze szafy i zdałam sobie sprawę, że wystraszyłam tym wszystkie pająki. Moja okropna siostra wsunęła klucz z powrotem do zamka, odcinając mi jedyne źródło światła. - Nie wkładaj tego klucza! - krzyknęłam i kopnęłam mocniej niż poprzednio. Tata zwiększył głośność muzyki, aż moje krzyki stały się niesłyszalne.
Nienawidzę jej, naprawdę. Zawsze będę nienawidzić.
?
Rozdział pierwszy
Sobota, 14 VII 2018 r.
Toby przyssał się do resztki swojego skręta. Właściwie były to resztki jego tytoniu - woreczek był naprawdę pusty. Może uda mu się wysępić papierosa w czasie przerwy. Może wesprze go jakaś życzliwa osoba. Pokręcił głową, czując strach przed rozpoczęciem nowej pracy, której tak naprawdę nie chciał. Gdyby nie ten bydlak z urzędu, który ukarał go za spóźnienie, otrzymałby już swoje pieniądze z zasiłku. Toby powiedział mu, że zranił się w kostkę, spadając z łóżka, ale facet chyba mu nie uwierzył. Owszem, skłamał, ale wiedział, że nie potraktują go ulgowo tylko dlatego, że zaspał. "Budzik się nie włączył" - tak, racja. Wyszedł stamtąd z namiarem na ofertę pracy w lokalnej agencji pośrednictwa, nasłuchawszy się wcześniej wykładu na temat punktualności.
Pokręcił głową, pstrykając niedopałkiem w trawiaste pobocze. Pokonywał kręte drogi Warwickshire swoim starym, niezawodnym samochodem i czuł się wolny. Ta wolność miała się wkrótce skończyć, zastąpiona przez jakiegoś nadętego kierownika przez cały dzień wykrzykującego rozkazy. Wredną gnidę o wiele mniej wykwalifikowaną od niego. Opuścił osłonę przeciwsłoneczną. Była siódma rano. I to w sobotę. Kto pracuje o tak nieludzkiej porze? On, najwyraźniej - przynajmniej przez najbliższe sześć tygodni. Po tym czasie ta straszna umowa za płacę minimalną dobiegnie końca, chyba że jego koszmar się spełni i zaoferują mu stałą posadę. Nie, jego strategia polegała na tym, żeby przyjść do roboty, wykonać wymagane minimum, nie wykazywać jakiejkolwiek ochoty na więcej, nie być zbyt produktywnym i uciekać do toalety tak często, jak to możliwe. I kraść papier toaletowy. Jego się skończył, a brak pieniędzy z zasiłku oznaczał brak papieru do kibla. Wczoraj wieczorem wrócił z kilkoma puszkami z banku żywności, ale papieru nie dostał. To nie było złodziejstwo, tylko przetrwanie. Poza tym wynagrodzi to społeczeństwu, kiedy odkryje, kim jest, i w końcu zdecyduje, dokąd w życiu zmierza.
W lipcowym słońcu zaczynał się już pocić. Przynajmniej w fabryce, gdzie paczkował mięso, będzie chłodno. Jeśli przez upał lub brak śniadania nie zrobi mu się niedobrze, to na pewno sprawi to widok porcjowanych martwych zwierząt i metaliczna woń krwi w powietrzu. Minęła siódma piętnaście, a on zaczynał za kilka minut. Wsunął taśmę do starego magnetofonu i "Ace of Spades" Motörhead wypełniło wnętrze małego samochodu. Z każdą chwilą zwiększał prędkość. Na drodze nie było nikogo. To był czas zabawy. Gdy wychodził z zakrętów, wykrzykiwał refren piosenki i stukał do rytmu placami w kierownicę.
Jego tata byłby taki dumny... - nic z tych rzeczy. Wyobraził sobie, że ojciec wygłasza mu kazanie o marnowaniu dyplomu uczelni. A przecież nigdy nie chciał być dentystą. Nienawidził żółtych zębów u ludzi, zapalenia dziąseł, spierzchniętych warg i ropni. Ojciec mógł go zmusić do studiowania stomatologii, ale teraz był mężczyzną i dokonywał własnych wyborów. Wybrał samotne życie w swojej kawalerce, prowadził swój samochód, pracował dorywczo i miał dużo wolnego czasu. To mu odpowiadało.
- Wypchaj się, tato! - krzyknął, pokonując ostatni zakręt, gdzie droga łączyła się z Laurel Lane.
Głos Lemmy'ego rozbrzmiewał ostatnim refrenem, kiedy Toby wyjechał z zakrętu. Zawieszone nisko nad horyzontem słońce oślepiło go w chwili, gdy tylne drzwi jadącego przed nim białego vana nagle się otworzyły. Toby gwałtownie wcisnął hamulec i wpadł w poślizg, a z pędzącego vana wypadł jakiś człowiek i wylądował na drodze tuż przed jego samochodem. Furgon z otwartymi tylnymi drzwiami pojechał dalej wzdłuż Laurel Lane. Lemmy przestał śpiewać, a świergot ptaków wypełnił ciszę między kolejnymi utworami. Toby uchylił okno i nasłuchiwał jakiegokolwiek odgłosu świadczącego o ludzkim bólu, ale nic do niego nie dotarło.
Oddychał szybko, a serce waliło mu w piersi, gdy spojrzał przez przednią szybę. Nikogo tam nie było. Przetarł rękawem spocone czoło, a Alice Cooper zaczął śpiewać początek "Poison". Uderzył płasko dłonią w odtwarzacz kasetowy i taśma się wysunęła.
Roztrzęsiony, otworzył skrzypiące drzwi samochodu. Popchnął je na tyle, by mógł wysiąść. Sprawdził godzinę, siódma trzydzieści. Naprawdę to spieprzył. Jeżeli zgłosi wypadek i złoży oświadczenie, nie było mowy, by zdążył dzisiaj do pracy. Sprzed samochodu dobiegł go jakiś szmer.
Chwiejąc się na nogach, zrobił jeden krok, potem drugi, aż dostrzegł dziewczynę.
- Cholera. - Ukląkł przy niej ostrożnie, na ile pozwalała mu na to jego tyczkowata sylwetka, sięgnął po telefon i wybrał numer na pogotowie. Dziewczyna próbowała mówić, ale zamiast słów z jej ust trysnęły krople krwi, plamiąc jego koszulkę.
- Pogotowie i policja! Laurel Lane, Warwickshire! Był wypadek, dziewczyna została ranna! Musicie tu kogoś szybko przysłać! - krzyczał, próbując zatamować krwawienie z jej brzucha. Krew spływała po jego drżących dłoniach. Puścił ją, zdjął koszulkę, zwinął ją i przycisnął do otwartej rany w jej boku, zatrzymując krwotok. - Mów do mnie - powtarzał, gdy dziewczyna traciła i odzyskiwała świadomość. Chciał ułożyć ją w pozycji bezpiecznej, ale zrezygnował. Mógłby pogorszyć jej obrażenia, gdyby miała połamane kości.
Dziewczyna była ubrudzona ziemią, a dochodzący od niej odór prawie przyprawił go o wymioty. Potargane włosy do połowy zakrywały wychudzoną twarz, a on wzdrygnął się na widok jej zębów pokrytych kamieniem. Kiedy dociskał koszulkę do jej kościstego ciała, czuł, że niewiele było w niej życia. Chciał, żeby znów odzyskała przytomność, jednak nie wyglądało to dobrze.
Wrócił myślami do białej furgonetki. Musiał jak najwięcej sobie przypomnieć. Czy to on ją przejechał? Nie, nie usłyszał uderzenia i nie było śladu uszkodzeń na masce albo zderzaku. Przekroczył prędkość. Wiedział, że tak. Na tym odcinku jest ograniczenie do sześćdziesięciu kilometrów, a wyszedł z zakrętu osiemdziesiątką. Jednak nie przejechał jej, wypadła niespodziewanie tylnymi drzwiami dużego vana i wylądowała przed jego autem.
Nie miał na swoim samochodzie aktualnej nalepki przeglądu technicznego. Czy ubezpieczenie miał nadal ważne? Nie mógł sobie przypomnieć. Ważność przeglądu technicznego skończyła się miesiąc temu. Cholera, nie obejdzie się bez mandatu, punktów karnych, a wszystko przez kogoś innego, z kim nie miał z nim nic wspólnego.
Nikt nie znał jego nazwiska. Mógł po prostu wrócić do samochodu, włączyć Alice'a Coopera na pełną głośność i jechać dalej.
Spojrzał na dziewczynę i zastanawiał się, co powiedziałby jego ojciec. Wiedział, że w tym przypadku racja byłaby po jego stronie. Zostanie z nią i przyjmie każdą karę. Nie miał żadnych wyroków i nie skrzywdził jej. Po prostu powie prawdę. Drugą ręką pogłaskał jej cienkie kosmyki rudych włosów i wyszeptał:
- Karetka jest w drodze. Trzymaj się.
Gorące słońce paliło jego blade jak ściana, nagie plecy. Naprawdę musiał zapalić, żeby uspokoić nerwy, ale teraz nie miał na to szansy. Im bardziej jej się przyglądał, tym większą miał pewność, że nie była zwykłą dziewczyną. Sama skóra i kości, blizny i spierzchnięte usta. Wyglądała na zagłodzoną i odwodnioną.
- Co się stało? - zapytał, dalej głaszcząc ją po włosach przy dźwięku zbliżających się syren.
Gdy przyjechała karetka, ciało dziewczyny drgnęło. Chcąc usłyszeć, co mówi, pochylił się nad nią niżej. Czuł jej rozpaczliwy, krótki oddech na swojej szyi.
- Pomóż jej - zdołała wyszeptać, zanim osunęła się bezwładnie w jego ramionach.
- Obudź się. Obudź się! - krzyczał, gdy jej ciało wpadło w konwulsje.
?
Rozdział drugi
Telefon komórkowy Giny zabrzęczał na jej nocnej szafce. Z zamkniętymi oczami wyciągnęła rękę, szukając palcami aparatu. Gdy go chwyciła, Gracie zawołała:
- Baba! Już rano, baba!
Otworzyła oko i odebrała połączenie.
- Poczekaj chwilę, kurczaku. Co jest, Jacob?
- Doszło do zdarzenia, szefowo. Wiem, że to twój wolny weekend, ale to poważna sprawa. Młody człowiek legitymujący się jako Toby Biddle zgłosił incydent przed siódmą trzydzieści. Powiedział, że kobieta wyskoczyła z vana na Laurel Lane. Wygląda na to, że jest niedożywiona. Włosy i zęby ma w okropnym stanie. Najwyraźniej działo się z nią coś złego, bo z jakiego innego powodu miałaby wyskoczyć z furgonetki? Funkcjonariusze sprawdzili jego samochód i stwierdzili, że jej nie potrącił. Ratownicy zajmują się nią na miejscu zdarzenia, a następnie zawiozą poszkodowaną do szpitala w Cleevesford. Z tego, co mówią, nie wygląda na to, że przeżyje. Jeśli umrze, to mamy do czynienia z morderstwem. Spotkamy się na miejscu? - zapytał Jacob.
- Baba? - Gracie ze śmiechem pociągnęła za zasłony i zaczęła śpiewać.
- Wygląda na to, że masz towarzystwo - zauważył sierżant Driscoll.
- To moja wnuczka, która nie pozwalała mi spać przez pół nocy... jestem wykończona. A czuję się jeszcze gorzej, kiedy myślę o tym, że muszę zadzwonić do córki i powiedzieć jej, że podrzucę małą o tej porze, i to w sobotę. Na pewno się ucieszy. Zjawię się, o ile to możliwe, w ciągu godziny.
Rozłączyła się i obserwowała wnuczkę, która zaczęła mocniej ciągnąć za zasłony.
- Gracie, nie rób tego, kurczaczku. Zrobisz sobie krzywdę. - Gracie zareagowała na jej ostrzeżenie psotnym uśmiechem i szarpnęła materiał, ściągając karnisz, który o mało co nie trafił jej w głowę. Dziewczynka zaczęła płakać, gdy zrozumiała, że prawie ją uderzył. Gina wstała z łóżka i zabrała dziecko z powstałego bałaganu. - Mówiłam ci, żebyś nie ciągnęła. Daj mi zobaczyć. - Przeczesała ręką lekkie kosmyki dziewczynki i uśmiechnęła się. - Czy Gracie zrobiła sobie "ała" na główce? Czy Gracie zrobiła sobie "ała" w rączki? A w nóżki? - Płacz wnuczki przeszedł w śmiech przerywany szlochem i łzami, gdy Gina dotykała jej delikatnych paluszków.
- Nie! - krzyknęła Gracie. Gina odsunęła swoje palce od jej stopy i dała buziaka w policzek.
- Racja, baba musi iść do pracy i zabrać cię z powrotem do mamusi. Miałyśmy jednak uroczą nockę, prawda?
- Chcę zostać, baba.
- Tak mi przykro, kochanie. Niedługo znów się zobaczymy. Wiesz, że baba ciebie kocha, prawda?
Gracie chichotała i trzymała Ginę za pasmo brązowych, kręconych włosów.
- Chcę zostać.
Gina wiedziała, że Hannah będzie rozczarowana. Jej wolny wieczór będzie zrujnowany przez brak odpoczynku. Babcia Hetty nigdy nie odwiozła Gracie wcześniej. Stale przypominano Ginie o tym, jak dobra była Babcia Hetty. Ale Babcia Hetty, była teściowa Giny, była od niej dużo starsza i przeszła na emeryturę wiele lat temu. Gina nigdy nie mogła z nią konkurować i nawet nie zamierzała próbować. Miała zajmującą pracę, którą kochała, a teraz zdarzył się nagły wypadek.
- Obiecuję, że wkrótce zrobimy coś fajnego - powiedziała Gina, gdy wkładała Gracie sukienkę przez głowę i wciągała ją na jej grubiutkie rączki.
Gdy prowadziła małą do łazienki, zadzwoniła do swojej córki.
- Mamo? Nie ma jeszcze dziewiątej. Czy coś się stało?
- Miałam telefon. Tak mi przykro, kochanie. Muszę podrzucić Gracie do domu w drodze na posterunek.
- Na litość boską! To była jedna noc. Jedna marna noc, a ty musisz iść do pracy? Myślałam, że zarezerwowałaś sobie wolny weekend. Że potem razem gdzieś wyjdziemy. Myślałam, że wszystko się zmieni... obiecałaś. Zarezerwowałam nawet bilety do kina na "Iniemamocnych 2" na dzisiejsze południe, chciałam zrobić ci niespodziankę. - Gracie zaczęła się śmiać, udając, że płucze gardło i jednocześnie bawiąc się w szczotkowanie zębów. - Nie, nie jesteś wobec nas w porządku.
- Przepraszam, kochanie...
- Zawsze mówisz przepraszam. Nawet po tym, co się stało z twoją ostatnią sprawą. Zawiodłaś mnie, ale tu nie chodzi o mnie czy Gracie. Jaka to sprawa tym razem? Nie kolejna, w której grozi ci poważne niebezpieczeństwo? Albo że jakiś szaleniec wtargnie do twojego domu i będzie próbował cię udusić? Jesteś naprawdę samolubna, wiesz o tym? Nie chcę stracić kolejnego rodzica i nie chcę, żeby Gracie dorastała bez babci.
Gina przypomniała sobie moment, w którym załamała się przed psychologiem policyjnym. Hannah miała rację, ostatnia sprawa mocno ją dotknęła, a Hannah widziała, jak powoli się po tym oddalała. Ich relacje nigdy nie były najlepsze, ale w głębi duszy żadna z nich nie chciała, by drugiej stała się krzywda. Hannah i Gracie były jedyną rodziną, jaką miała Gina. Jej rodzice odeszli dawno temu, a ona nie miała rodzeństwa. Na wspomnienie o tym, jak napastnik dusił ją na podłodze w kuchni, serce zaczęło jej walić i poczuła ucisk w gardle.
- Mamo, mamo...
- Przepraszam. Ja tylko... - Tylko co? Nie wiedziała, co odpowiedzieć Hannah, gdy otworzyła usta, by jej to wyjaśnić. Niespójny zlepek słów utkwił w jej głowie i nie mógł się z niej wydostać.
- Mówiłam tylko, że straciłam już tatę. Wiem, co się działo między wami, i wiem, że nie był dla ciebie dobry...
- Dobry dla mnie? Zabiłby mnie, gdyby miał okazję. Rozmawiałyśmy o tym! - Zaczęła drżeć z wściekłości. Czy jej córka nic nie zrozumiała, gdy opowiadała jej, jak mocno Terry ją bił? Jak łamał jej żebra, rzucał nią, kopał i psychicznie uwiązał w domu? Wszystkie te lata, które minęły, zanim w końcu zwierzyła się Hannah, zostały jej teraz odpłacone całkowitym brakiem zrozumienia. Żałowała, że cokolwiek powiedziała. "Czasami prawda jest przereklamowana" - pomyślała.
Usłyszała, jak Hannah wzdycha. Woda leciała z kranu, a Gracie wpatrywała się w nią, kiedy nadaremnie próbowała umyć zęby łaskoczącą ją szczoteczką. Gina przyciągnęła wnuczkę blisko siebie, nie chcąc jej denerwować.
- Przepraszam. Nie powinnam była tego mówić. - Hannah zaczęła płakać. - Chodzi o to... nie mogę stracić również ciebie. Wiem, że czasami bywam suką, ale nigdy nie każ mi znowu przechodzić przez to, co się stało ostatnim razem. Powinnaś z tym skończyć.
- Mówisz mi, że powinnam zrezygnować z pracy? Nie mogę tego zrobić. Nie możesz oczekiwać, że zostawię wszystko, co kocham, bo inaczej po co mam żyć. - Gina trzymała mocno telefon w oczekiwaniu na odpowiedź córki.
- Teraz naprawdę wiem, na czym stoimy, ja i Gracie. Nie mów nic więcej, matko. - Hannah zakończyła połączenie. Wnuczka wywinęła się i zaczęła śpiewać, bawiąc się szczoteczką do zębów.
- Cholera jasna - powiedziała Gina, przeczesując szczotką splątane włosy, po czym je związała. Zdała sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziała Hannah, i żałowała, że nie zachowała tych myśli dla siebie.
- Cholera jasna - powtórzyła Gracie, naśladując jej gniewną minę. Gina uśmiechnęła się, powstrzymując łzy, a mała posmarowała sobie pastą do zębów mały nosek.
- Kurczaczku, tylko nie mów tak do mamusi, dobrze? Baba powiedziała bardzo nieładnie.
- Cholera jasna! - krzyknęła ze śmiechem. Gina wiedziała, że czeka ją więcej kłopotów.
Spięła Gracie włosy z tyłu głowy.
- No, już, wyglądasz uroczo. Chodźmy po twoją torbę i wsiądziemy do samochodu baby.
- Baba płacze?
- Nie, kurczaczku. Babie po prostu wpadło coś do oka. Nic takiego. - Otarła łzę spływającą po jej twarzy i pocałowała Gracie w głowę. Kiedy odwróciła się w stronę wyjścia, na jej telefon przyszła wiadomość od Jacoba.
Musisz tu szybko przyjechać. Sprawy nie wyglądają dobrze.
Podniosła Gracie, wzięła jej torbę z sypialni, zbiegła po schodach i wyszła z domu.
?
Rozdział trzeci
Gina pospiesznie przeszła przez szpitalny hol i dotarła do rejestracji oddziału ratunkowego.
- Komisarz Harte. Przywieziono dziewczynę z wypadku. - Pokazała swój identyfikator.
Młody ratownik stuknął w kilka przycisków na klawiaturze.
- Proszę kierować się do tamtych drzwi. Przepuszczę panią.
Pokój był w połowie wypełniony ludźmi. Kobieta pocieszała dziecko, które trzymało się za spuchniętą kostkę, a mężczyzna stał pod ścianą, trzymając się za głowę, z niezapalonym papierosem w ustach.
Drzwi zabrzęczały. Weszła na oddział i patrzyła na zapracowany personel medyczny: ktoś pchał przenośny sprzęt monitorujący, ktoś pobierał próbki krwi od pacjentów w specjalnej kabinie, a ktoś inny zajmował się krzyczącym dzieckiem z najwyraźniej wybitym barkiem. Gina wzdrygnęła się, gdy ustawiano jego ramię z powrotem w stawie.
- Komisarz Harte. Jestem tu w sprawie tego wypadku - powiedziała do pielęgniarki w dyżurce.
Kobieta ściągnęła mocniej swój kucyk i wskazała w kierunku dalekiego końca oddziału.
- Proszę iść do końca w tamtą stronę, to ostatnia kabina po lewej.
- Dziękuję.
Kiedy Gina przeszła przez labirynt kabin, przysłuchując się odgłosom bólu i nieszczęścia, i utkwiła wzrok w końcu korytarza. Zasłona była zaciągnięta, a pielęgniarka przepchnęła przez nią z wózek medyczny. Posterunkowy Smith siedział na krześle po drugiej stronie zasłony i czytał gazetę, zajadając się ciastkiem.
- Kawy? - zapytał Jacob, stając za nią. Jego pokryte pomadą włosy były starannie ułożone wokół uszu i czoła. W przeszłości fryzurą zawsze przypominał nieco Action Mana, ale ostatnio zapuścił włosy trochę bardziej na czubku głowy i nawoskował, robiąc przedziałek z boku, dzięki czemu wyglądał bardziej elegancko.
Zauważyła też, że zaczął nosić lepiej dopasowane garnitury i koszule. Odkąd zakochał się w Amber, dbał o siebie. Wzięła od niego kawę z ekspresu i popiła z plastikowego kubka.
- Zdaje się, że musimy po prostu czekać na nowe informacje.
- Na to wygląda. Powiedzieli, że lekarz wkrótce przyjdzie. Byłem tu, gdy ją przywieźli. Nie wygląda to dobrze, szefowo. Miałem nadzieję, że będziemy mogli zadać jej kilka pytań, ale jej stan szybko się pogorszył. Otworzyła oczy, kiedy przyjechałem, i wiedziałem, że chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła. - Jacob wpatrywał się w zasłonę. Na materiale rysował się kształt czyichś pośladków.
- Czy możemy coś wywnioskować z miejsca zdarzenia?
- Teren, na którym doszło do wypadku, został otoczony kordonem przed moim przybyciem, i dostałem informację, że Keith przyjechał na miejsce zdarzenia gotowy do sprawdzenia wszelkich dowodów. Od kierowcy samochodu i personelu karetki pobrano odciski. Pierwsi funkcjonariusze, którzy przybyli na miejsce, eskortowali karetkę do szpitala. Smith przejechał się karetką i zrobił notatki.
- Świetnie.
- Chłopak, który zgłosił to zdarzenie, jest na posterunku i czeka na przesłuchanie. - Jacob dopił kawę, a ich spojrzenia powędrowały w stronę kabiny. Mieli nadzieję, że lekarz wkrótce ich przyjmie.
- Zatem nasz świadek twierdzi, że dziewczyna wypadła z tyłu furgonetki. Poważna sprawa, jeśli tak jest. Czy mogła być porwana? Czy udało jej się uciec? To znaczy, kto tak po prostu wyskakuje z furgonetki i to w takim stanie, w jakim była?
- Z tego, co słyszałem i widziałem, biedna dziewczyna cierpiała od dłuższego czasu. Może była transportowana - odpowiedział Jacob.
- Może. Ale dlaczego ktoś miałby ją przewozić i nie zamknąć drzwi furgonetki? Naprawdę mam nadzieję, że się pospieszą, żebyśmy mogli z nią porozmawiać.
Gina sprawdziła godzinę. Zawiozła wcześniej Gracie do domu i stawiła czoło swojej zagniewanej córce nie po to, by teraz czekać w szpitalu. Powinna była wiedzieć, że to potrwa. Zaburczało jej w brzuchu, kiedy zauważyła automat ze słodyczami. Tabliczka czekolady naprawiłaby wiele, ale oparła się zachciance.
Jacob przeglądał wiadomości na swoim telefonie, zabijając czas.
- Czytasz swoje liściki miłosne?
- Być może.
- Jak tam sprawy z Amber?
- Tinder okazał się strzałem w dziesiątkę. Poważnie, sprawy idą naprawdę dobrze. Ostatnie kilka miesięcy było jak sen.
- Nigdy nie sądziłam, że to powiesz. Cieszę się, że znalazłeś kogoś, kto cię uszczęśliwia. Życzę ci, żeby to trwało. - Gina podniosła swój kubek z kawą i stuknęła nim o kubek Jacoba.
- Praktycznie mieszkamy u mnie, jemy razem śniadanie i, o mój Boże, ona nie narzeka na moją pracę. Być może w końcu mi się udało. A jak mają się sprawy z tobą? Żadnych tajemniczych mężczyzn w zasięgu wzroku?
- Nie mam nikogo do ukrycia. Za kogo ty mnie bierzesz? - Gina była świadoma, że Jacob wiedział, że ktoś był w jej życiu. I miał rację. Chris Briggs, nadkomisarz, o którym myślała jeszcze przez wiele miesięcy po ich krótkim romansie. Zakończenie go było trudne, jednak ich przyjaźń przetrwała. Nie chciała jej ponownie narażać na ryzyko, a żadne z nich nie chciało ryzykować przeniesienia z Cleevesford.
W ich stronę szedł mężczyzna w okularach i białym kitlu. Gina skończyła kawę i wyrzuciła kubek do kosza.
- Doktor Nowak. Znowu się spotykamy.
- Pani detektyw...
Widziała, że nie może przypomnieć sobie jej nazwiska. Poznała go kilka miesięcy temu podczas poprzedniej sprawy. Pracował wtedy na oddziale położniczym.
- Komisarz Harte, a to jest sierżant Driscoll. Jesteśmy tu w sprawie ofiary wypadku, która leży w tej kabinie. Czy zbadał pan już poszkodowaną?
Lekarz rozprostował kitel, zmrużył ukryte za okularami oczy i odezwał się z delikatnym polskim akcentem:
- Krótko mówiąc, obawiam się, że pacjentka nie ma się najlepiej. Jesteśmy w trakcie torakotomii... wprowadzania rurki do klatki piersiowej, czyli drenażu płucnego, ze względu na płyn w jej płucach. Wygląda na to, że ma poważną infekcję, a dokładniej zapalenie płuc. Po jej przywiezieniu zrobiliśmy wstępną ocenę, wysłaliśmy ją na prześwietlenie, a wkrótce potem musieliśmy jej podać środki uspokajające. Jej narządy przestają działać. Niedługo będziemy mogli powiedzieć wam więcej. Niepokojący jest również stan jej ciała. Ma ślady na rękach i w okolicach pachwin, co sugeruje długotrwałe używanie narkotyków, a to wiąże się z jeszcze większymi problemami, co zapewne wiecie. Ma ranę brzucha, którą musieliśmy się zająć. Nie wiem, jakim cudem jeszcze żyje. Jest bardzo wychudzona i niedożywiona. Wiecie, kim jest? Nie mamy nawet jej nazwiska.
- Niestety, też go nie znamy - odparła Gina. - Miałam nadzieję, że będę mogła ją o to zapytać.
- Sądzę, że już z nią nie porozmawiacie. Właśnie chciałem przekazać, że podjęliśmy decyzję o podłączeniu pacjentki do respiratora. Zespół medyczny w tej chwili się nią zajmuje. Jeżeli się nie pospieszymy, nie będzie miała szans na przeżycie. A te i tak są nikłe, nawet z tym wszystkim, co robimy. To bardzo chora dziewczyna.
Gina spuściła wzrok. Spieszyła się tutaj tak bardzo, a nawet nie mogła porozmawiać z ofiarą.
- Czy możemy spróbować zadać jej kilka pytań, zanim się nią dalej zajmiecie?
- Niestety muszę postawić dobro pacjenta na pierwszym miejscu. Nikt nie będzie z nią rozmawiał. Ta kobieta nie jest w stanie mówić, pani detektyw.
Gina przetarła czoło. W szpitalu było duszno, a ich główny trop do niczego ich nie doprowadził.
- Jacob, zadzwoń do Bernarda z medycyny sądowej. Zapytaj go, kiedy będzie.
Jacob skinął głową.
- Robi się, szefowo - odparł i wyszedł na korytarz w poszukiwaniu zasięgu.
- Będziemy musieli zidentyfikować ofiarę, doktorze. Wiemy, że nie miała przy sobie żadnych dokumentów, więc technik kryminalistyki wkrótce się tu zjawi. Będziemy musieli zabrać wszystkie jej ubrania oraz pobrać próbki do sprawdzenia ich w naszej bazie danych DNA.
- Z całym szacunkiem...
- Z całym szacunkiem, ta dziewczyna ma gdzieś rodzinę. Coś jej się przydarzyło i musimy się z nimi skontaktować, więc będę wdzięczna za współpracę. To nie będzie inwazyjne, wystarczy wymaz lub kilka włosów.
Lekarz zdjął okulary, które zawisły luźno na łańcuszku na jego klatce piersiowej.
- Ma pani rację. Wrócę teraz do mojego pacjenta. - Odwrócił się i wszedł za zasłonę.
- Proszę poczekać. - Gina poszła za nim i wręczyła mu wizytówkę. - Jeśli jej stan się zmieni lub uda się przywrócić jej przytomność... cokolwiek się wydarzy, proszę do mnie zadzwonić.
- Tak zrobię, pani detektyw. - Poszedł dalej korytarzem, odciągnął zasłonę na bok i wszedł do kabiny, w której leżała ofiara.
Smith podniósł wzrok znad gazety i pomachał do Giny.
- Mam stos papierów do przebrnięcia i dilerów narkotyków do zbadania. Wiesz, jak długo tu będę?
Gina pokręciła głową.
- Nie mam pojęcia.
- Nie twoja wina, szefowo. Ale daj mi znać, kiedy będę mógł wyjść. Powoli w tym tonę. - Smith wzruszył ramionami i kontynuował czytanie gazety. Gina wiedziała, że wkrótce pojawi się ktoś, kto go zastąpi.
Jedna z pielęgniarek wyszła zza zasłony. Ta rozsunęła się i ukazała leżącą na łóżku młodą dziewczynę z rurką włożoną w usta. Gina zrobiła kilka kroków w jej kierunku i przyjrzała się jej rysom. Potargane, farbowane na rudo, sklejone w kołtuny włosy okalały jej bladą twarz. Ciemne kręgi podkreślające jej zapadnięte oczy nadawały jej upiorny wygląd. Kąciki ust miała spierzchnięte i popękane. Gina odwróciła wzrok, nie rozumiejąc, jak ktoś tak chudy może jeszcze żyć. Skóra na jej klatce piersiowej rozciągała się na obojczyku, sprawiając wrażenie, jakby zaraz miała się rozerwać. Mogła mieć co najwyżej szesnaście lat.
- Bernard jest już w drodze. - Gina wzdrygnęła się i odwróciła do Jacoba stojącego tuż za nią.
- Dobra, chodźmy i zobaczmy, co nasz świadek ma do powiedzenia. Nie będziemy mogli zapytać tej dziewczyny o nic, więc w tej chwili mamy tylko jego. Wykorzystajmy to.
- Powiedział, że jej ostatnie słowa to: "Pomóż jej". Musimy się dowiedzieć, kim "ona" jest.
- Boże, dopomóż nam, jeżeli jest gdzieś przetrzymywana kolejna biedna dziewczyna w podobnym stanie.
?
Rozdział czwarty
Elisa wytarła dżem z granatowej kamizelki. Chciałaby, żeby jej mundur był nieco bardziej dopasowany. Obracając się bokiem, sprawdziła swoje odbicie w oknie. Kamizelka rozchełstała się jej na biuście i tak już została; odstawała, przez co wyglądała, jakby miała piersi i brzuch tej samej wielkości. Spod niej wystawały od kolan w dół jej cienkie nogi. Była pewna, że uniform miał sięgać tylko trochę poniżej pasa, ale mając metr pięćdziesiąt jeden wzrostu, topiła się w nim.
Zrobiłaby wszystko, by dodać sobie kilku centymetrów, żeby nie musiała zadzierać głowy, patrząc na przyjaciół czy korzystać z drabiny, aby wyjąć płatki z kuchennej szafki w swoim domu. Przynajmniej większość półek w sklepie była w jej zasięgu, chociaż dostała drewnianą skrzynkę, by z niej skorzystać w razie potrzeby.
Po napełnieniu kokilek zakręciła pokrywkę na słoiku próbnego dżemu. Kiedy wysypywała na talerz kilka połamanych krakersów, stała, czekając na klientów. To właśnie robiła przez cały dzień, czekała. Zdarzali się sporadyczni kupujący, ale nigdy nie było kolejki. Od dwóch tygodni pracowała w sklepie Smak Natury, zastanawiając się, co zrobić z własnym życiem. Coś przewróciło jej się w żołądku, gdy pomyślała o egzaminach maturalnych. Nie była pewna, czy naprawdę dała z siebie wszystko. Wszystkie te noce spędzone z jej chłopakiem Ethanem mogły być lepiej wykorzystane do czasu zakończenia egzaminów, ale nie żałowała.
Miała plan. Gdy tylko będzie wystarczająco dorosła, odbierze swoje tymczasowe prawo jazdy, a pieniądze, które zarabiała tutaj, przeznaczy na naukę jazdy. Mama już nie będzie musiała jej cały czas podwozić ani odbierać, jak dzisiaj rano.
Elisa sięgnęła po swój telefon z zamiarem wyjścia ze sklepu. Pracodawcy nie zauważą jej nieobecności, a to i tak będzie tylko kilka minut. Chciała cieszyć się promieniami słońca i czytać SMS-y od Ethana. Zamknęła ostrożnie drzwi, przekradła się wzdłuż boku budynku i oparła się o ścianę. Przewijając wiadomości, roześmiała się. Gdyby jej matka kiedykolwiek zobaczyła niektóre z tych SMS-ów, wściekłaby się. Już od jakiegoś czasu uprawiali seks, a wiadomości wskazywały, że rozpoczęło się to na długo przed jej szesnastymi urodzinami.
Upięła włosy i zrobiła sobie selfie. Szybka edycja, psie uszy i słodki nos i wyśle wiadomość do Ethana, a on otrzyma ją podczas przerwy. Kiedy zaczęła się skradać w kierunku drzwi wejściowych z palcem na przycisku wysyłania, podniosła wzrok i zauważyła, że na dole podjazdu stoi zaparkowany srebrny sedan. Klient. Pospiesznie wróciła do głównego wejścia i otrzepała rękami swój sklepowy uniform. Odwróciła się; samochód wciąż tam stał. Gdyby to był klient, wjechałby na parking, a nie czekał na ulicy prowadzącej do niego.
Przytrzymała rękę nad czołem, żeby zasłonić oczy przed słońcem i wytężyła wzrok. Na miejscu kierowcy siedział mężczyzna. Zadrżała, a jej serce zaczęło bić szybciej, gdy zobaczyła, że patrzy wprost na nią. Nie rozróżniała jego rysów. Podniosła rękę i uśmiechnęła się, mając nadzieję, że odpowie tym samym i ją uspokoi, ale nie zrobił tego. Pozostał w bezruchu. Przełknęła ślinę i poczuła, zaczyna się pocić pod pachami. Nie była sama w sklepie i dzięki temu czuła się wystarczająco bezpiecznie. Gdyby coś się stało, ktoś z biura zszedłby na dół i jej pomógł.
Wzdrygnęła się, gdy mężczyzna włączył silnik, chwyciła za klamkę i obserwowała, jak zawraca na trzy na żwirowej drodze i przyspiesza, skręcając w prawo w kierunku Cleevesford. Odetchnęła i otworzyła główne drzwi, serce jej waliło, bo prawie uderzyła panią Hanley w twarz swoim telefonem.
- Elisa, to już trzeci raz, kiedy przyłapałam cię na zabawie telefonem, kiedy jesteś w pracy. Odłóż go i sprawiaj wrażenie, jakbyś była czekała na klientów. Jeśli złapię cię wygłupiającą się na zewnątrz w czasie, kiedy powinnaś pracować, będziemy musieli zweryfikować twoje stanowisko tutaj. Idź. - Kobieta poprowadziła ją do przodu. - Wracaj za ladę. Słodycze wymagają uzupełnienia. Weź kilka cola cubes z kredensu.
- Przepraszam. Było tak spokojnie. Chciałam tylko zaczerpnąć trochę świeżego powietrza...
- Możesz mieć tyle świeżego powietrza, ile zechcesz o siedemnastej.
Kobieta chwiała się na absurdalnie wysokich szpilkach, poprawiając kilka słoików z dżemem, po czym cofnęła się, aby podziwiać swoją pracę. Poszukując w sklepie kolejnych rzeczy do zrobienia, poprawiła piersi w staniku, po czym rozpięła górny guzik bluzki.
- Pani Hanley?
- Co teraz? - Kobieta przyjrzała się swojemu odbiciu w oknie, uśmiechnęła się do siebie i popatrzyła na Elisę.
- Kiedy byłam na zewnątrz, widziałam srebrny samochód zaparkowany na podjeździe. Ktoś w nim był, ale kierowca po prostu siedział w środku. Chyba mnie obserwował.
Kobieta wzruszyła ramionami.
- To brzmi trochę melodramatycznie. Może źle skręcił, dzwonił do kogoś albo miał przerwę w podróży. Zdjęła kłaczek z ramienia i strzepnęła go na podłogę. - Dobrze, wracając do tematu, masz mieć telefon wyłączony podczas pracy.
Do czego wracając? Nie mieli żadnych klientów. Uzupełni słodycze i co dalej? Kobieta przyglądała się, jak podniosła telefon. Pospiesznie nacisnęła "wyślij" przy wiadomości do Ethana i wyłączyła komórkę. Pani Hanley minęła ją i poszła na górę.
Elisa ostrożnie przeszła w płaskich butach po wyłożonej płytkami podłodze i spojrzała przez szklane drzwi. Dreszcz przebiegł po jej karku, aż znów się zatrzęsła. Była pewna, że mężczyzna w samochodzie ją obserwował. Pokręciła głową, obejrzała się za siebie na wypadek, gdyby pani Hanley skradała się z powrotem na dół, a następnie wzięła jeden z wyłożonych luzem cukierków i włożyła do ust. Z perspektywy czasu żałowała, że nie podeszła trochę bliżej do samochodu i nie przyjrzała się temu człowiekowi. W myślach odtworzyła moment, w którym zobaczyła srebrnego sedana. Mężczyzna patrzył w jej kierunku. Była tego pewna.
?
Rozdział piąty
Gina i Jacob siedzieli naprzeciwko młodego człowieka. Musiał mieć co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu. Pochylał się, niezdarnie bawiąc się postrzępioną bawełnianą koszulką, którą dano mu po przyjeździe.
- Czy wszystko będzie z nią w porządku? - zapytał. - Trzymałem ją, nie mogłem zrobić nic innego.
- Zrobił pan wszystko, co mógł, Toby. Jest pod opieką w szpitalu. Czy może pan potwierdzić swoje pełne imię i nazwisko? - zapytała Gina.
Jacob wziął długopis, gotowy zanotować wszelkie szczegóły.
- Toby Benjamin Biddle.
- Dokąd jechał pan dziś rano? - Gina obserwowała, jak mężczyzna skubie paznokieć. Jego lekko tłuste ciemne włosy zaczynały przyklejać się do czoła pokrytego bliznami po trądziku. Chociaż zdążył się umyć po wstępnym badaniu przez oficera medycznego, zauważyła plamkę krwi po lewej stronie jego ucha. Po rozmowie z Nickiem, sierżantem w recepcji, wiedziała, że przyjechał pobrudzony krwią dziewczyny po próbie zatamowania krwotoku z rany na jej brzuchu.
- Miałem jechać do nowej pracy. Agencja pośrednictwa pracy wysłała mnie do paczkowni mięsa w Parku Przemysłowym Cleevesford. Miałem zaczynać o siódmej trzydzieści. Nawet nie udało mi się jeszcze do nich zadzwonić.
- Możemy to zrobić za ciebie. - Gina wiedziała, że i tak będą weryfikować tę informację.
- Dziękuję. Chociaż wątpię, że będą chcieli mnie zatrudnić po tym, jak się nie zjawiłem. Ci gówniani pracodawcy jako usprawiedliwienie przyjmują tylko śmierć. - Toby pomyślał o tym, co właśnie powiedział. - Tak mi przykro. Co za idiota ze mnie, nie powinienem był tego mówić...
Gina pochyliła się do przodu.
- Toby, wszystko jest w porządku. Być może uratował jej pan życie. Proszę, powiedzieć mi wszystko, co pan pamięta. Proszę zacząć od początku.
- Właśnie jechałem, ciesząc się spokojem na drodze. Nie ma dużego ruchu, kiedy jedzie się bocznymi drogami w sobotę rano. Nie radowało mnie specjalnie rozpoczęcie pracy, to znaczy, kto by się cieszył na pakowanie mięsa przez cały dzień w taką pogodę? Otarł pot z czoła i upił łyk wody. -Pamiętam tylko, że brałem zakręt na Laurel Lane i zobaczyłem, jak dziewczyna wypada z tyłu furgonetki. To stało się tak szybko, że nie wiem, co więcej mogę dodać.
- Proszę opisać, jak wypadła z furgonetki.
Zamknął oczy, jakby próbując sobie przypomnieć, co się stało.
- Z tego, co pamiętam, wyglądało to tak, jakby pchnęła drzwi i próbowała się wyślizgnąć. Nie, to było bardziej... jakby opierała się o drzwi i wypadła, chyba... Och, nie wiem. Nie była przygotowana do skoku. To stało się zbyt szybko. Przepraszam, nie wiem. Wiem tylko, że dosłownie musiałem hamować awaryjnie. Myślałem, że mogłem ją uderzyć, ale sprawdziłem i okazało się, że nie.
Gina spojrzała na swoje notatki. Jeden z oficerów zauważył, że nie znaleziono żadnych śladów na przodzie samochodu Toby'ego, które pasowałyby do uderzenia w dziewczynę. Na zderzaku, na masce i w zasadzie na całym samochodzie było jedynie zaschnięte błoto. Dzięki temu, że nie mył samochodu, mógł dowieść, że mówi prawdę. Brud pozostał nienaruszony. Zauważyła też kolejną notatkę o tym, że bagażnik jego samochodu był pełen starych ubrań w workach, a tylne siedzenie jego samochodu było zaśmiecone pojemnikami po fast foodach, wymieszanymi z butami i starymi torbami z książkami. Nie było tam niczego, co mogłoby sugerować, że dziewczyna była w jego samochodzie, i biorąc pod uwagę jego kolekcję szpargałów, nie byłoby w nim dla niej miejsca.
- Co się potem stało?
- Byłem przerażony. Chyba zrobiło mi się niedobrze, ale nie wiedziałem, co robić. Myślałem, co by się stało, gdybym ją przejechał? Co bym zobaczył? Czy będzie cała we krwi? Wysiadłem i poszedłem przed samochód. Nie uderzyłem jej, na szczęście. Po prostu leżała tam, z lekko otwartymi oczami. Próbowała coś powiedzieć, ale tylko zamruczała.
- Czy dosłyszał pan coś, co próbowała powiedzieć? - Gina miała nadzieję, że coś sobie przypomni. Dziewczyna starała się mu coś przekazać.
- To brzmiało jak: "Pomóż jej".
- Czy powiedziała coś więcej? Na przykład o kim myślała?
- Nie, dostała ataku i zemdlała. Przyjechała karetka i zabrała ją. Nie próbowała powiedzieć nic więcej. Zauważyłem, że krwawiła z boku, kiedy poszedłem jej pomóc. Zdjąłem koszulkę i przyłożyłem ją do rany, żeby powstrzymać krwotok. Wtedy zadzwoniłem do was. Naprawdę nie mam nic więcej do dodania. Cholera, nie mogę uwierzyć, że to się stało. - Oparł się z powrotem na plastikowym krześle i przetarł oczy. Awaryjna koszulka, którą mu wydali, podjechała do góry, odsłaniając jego owłosiony brzuch. Była zdecydowanie za krótka na tak wydłużony tors.
- Wróćmy do furgonetki. Może ją pan opisać?
- Furgonetka. Była zdecydowanie biała i miała rozmiar transita. Dość wysoki dach. Widziałem jakiś napis na boku, gdy odjeżdżała. Nie mogłem odczytać tekstu, ale litery były ciemnozielone.
Gina wiedziała, że odszukanie wszystkich właścicieli dużych białych furgonetek to sporo pracy. To jedne z najczęściej spotykanych pojazdów roboczych na drogach. Zielony napis zawęziłby trochę podejrzanych.
- Czy przypominasz sobie coś jeszcze, co dotyczy tej furgonetki?
- Nie. Żałuję, że nie zauważyłem nic więcej. Jednocześnie starałem się zatrzymać samochód i panikowałem, że mogłem uderzyć dziewczynę.
Gina podniosła wzrok i uśmiechnęła się.
- Naprawdę dobrze się spisałaś. Jeśli przypomni pan sobie coś jeszcze, później lub nawet jutro, proszę do mnie zadzwonić. Być może będziemy musieli porozmawiać z panem ponownie i zatrzymać pańskie ubrania. Czy jest coś jeszcze, co pan pamięta? - Podała mu wizytówkę. Jego ubrania zostały już zapakowane i wysłane do analizy.
- Nie. Nic mi nie przychodzi do głowy. Policjanci, którzy mnie przywieźli, zabrali mój samochód. Co mam zrobić?
Gina sprawdziła swoje notatki.
- Wyjaśnimy to wkrótce. Stwierdziliśmy, że nie ma pan ważnego badania technicznego, ale na szczęście pańskie ubezpieczenie jest nadal aktualne. Niestety zostanie to przekazane do wydziału ruchu drogowego. Zajmiemy się tym później. - Gina chciała wspomnieć o niebezpieczeństwach związanych z prowadzeniem pojazdu nienadającego się do ruchu, ale widziała, że chłopak przeszedł zbyt wiele jak na jeden dzień. Jeśli ta biedna dziewczyna przeżyje, to tylko dzięki temu, że zatrzymał się i udzielił jej pierwszej pomocy na miejscu zdarzenia. Potencjalnie stracił pracę i musiał zadzwonić do matki, żeby go odebrała, bo jego samochód został skonfiskowany. - Sierżant Driscoll zatrzyma pana jeszcze przez jakiś czas, żeby uzupełnić zeznania. Poprosi o podpisanie zeznań, a potem będzie mógł pan wrócić do domu. Pana matka jest w poczekalni.
Młody człowiek odetchnął i osunął się na stół, czekając. Gina uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Posterunkowy Harry O'Connor szedł korytarzem. Jego błyszcząca łysa głowa odbijała światło sufitowych jarzeniówek.
- W głównym biurze czeka tarta Bakewell dzięki uprzejmości pani O - powiedział, przechodząc.
Ginie zaburczało w brzuchu. Zdecydowanie pójdzie po kawałek, nim to wszystko się skończy.
- Zanim usiądziesz, zadzwoń do paczkarni mięsa w Cleevesford. Powiedz im, że mamy ich najnowszego rekruta i dlatego nie pojawił się w pracy. Wyjaśnij, że pomaga nam w dochodzeniu po incydencie w okolicy dzisiejszego ranka. Mam nadzieję, że ten biedny dzieciak nie zostanie zwolniony.
Harry pokazał kciuki i poszedł dalej.
Gina pomyślała o tym, co powiedział Toby. Zeznał, że dziewczyna wypadła. Czy próbowała pozostać w furgonetce i czy została wyrzucona, gdy samochód wyjechał pędem zza zakrętu? Czy może próbowała uciec swojemu porywaczowi? Wiedziała, że dobrowolne wyskoczenie z poruszającego się vana wymagało dużego wysiłku, zwłaszcza w jej stanie fizycznym. Czy wykorzystała swoją jedyną szansę na ucieczkę? W głowie wirowały jej pytania. Pomyślała też, że kierowca furgonetki musiał zorientować się, że jego tylne drzwi są otwarte i postanowił nie zatrzymywać się, aby je zamknąć. Kierowca vana stał się teraz ich głównym podejrzanym i Gina musiała się dowiedzieć, kim był.