Jej portret - Anna H. Niemczynow

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

Ne­go­cja­cje

Do­cho­dziła dwu­dzie­sta pierw­sza, kiedy Maja udała się do swo­jego ga­bi­netu. Otwo­rzyła plik i za­chciało jej się pła­kać. "Boże, a co, je­śli ja już nie po­tra­fię pi­sać? Może wy­czer­pa­łam już wszyst­kie po­my­sły?". Zła­pała się za głowę, za­mknęła oczy i usi­ło­wała po­bu­dzić swoją wy­obraź­nię, mimo że nie umiała pra­co­wać wie­czo­rami. Zde­cy­do­wa­nie wo­lała po­ranki. Po­czą­tek dnia był jak nie­od­kryta ta­jem­nica. Pach­niał świe­żo­ścią, roz­ta­cza­jąc do­okoła pa­letę róż­no­ra­kich barw, za­chę­ca­ją­cych, by sze­rzej otwo­rzyć oczy. Wie­czory przy­wo­ły­wały le­ni­stwo. Trudno było jej się sku­pić w chwili, gdy emo­cjo­nal­nie że­gnała się z prze­ży­tym dniem. Te­raz jed­nak po­czu­cie obo­wiązku nie po­zwa­lało jej od­pu­ścić. Czu­łaby się źle, gdyby nie po­sta­wiła ani jed­nego znaku. Co­dzien­nie do­sta­wała li­sty od czy­tel­ni­czek, które twier­dziły, że jej książki od­mie­niły ich ży­cie. W na­pi­sa­nych przez nią sło­wach ko­biety od­naj­dy­wały sie­bie. Nie­cier­pli­wie ocze­ki­wały każ­dej ko­lej­nej książki. Nie mo­gła ich za­wieść.

Znie­chę­cona po­ło­żyła głowę na biurku. Nie usły­szała na­wet, że do jej ga­bi­netu wła­śnie wszedł Mar­cel.

- Może zro­bię ci her­batę, ko­cha­nie? - za­py­tał. Jego oczy zda­wały się pro­sić o prze­ba­cze­nie.

Prze­żyli ra­zem tyle lat i mimo drob­nych nie­do­god­no­ści cały czas uwa­żała się za naj­szczę­śliw­szą mę­żatkę na świe­cie.

- Nie, dzię­kuję - od­parła zdaw­kowo i wbiła wzrok w ekran lap­topa.

Zro­biła to od­ru­chowo, bez­wied­nie. Cały czas krą­żyła my­ślami wo­kół po­wie­ści, na którą nie miała naj­mniej­szego po­my­słu.

- Na­prawdę nie mo­głem. Prze­pra­szam. Tak, wiem, że cią­gle tylko prze­pra­szam i obie­cuję, ale...

- Wszystko w po­rządku. Nie prze­pra­szaj. Wiem, ja­kie to dla cie­bie ważne.

- Bar­dzo cię ko­cham. Je­steś naj­lep­szym, co mi się w ży­ciu przy­da­rzyło. Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­bił.

Sły­szała to już tak wiele razy. Czuła się po­trzebna i ko­chana, ale... cza­sami miała wra­że­nie, że wy­ko­rzy­sty­wał jej do­broć i wy­ro­zu­mia­łość.

- Do­my­ślam się, że mo­żesz czuć się wy­ko­rzy­sty­wana.

Nie zdzi­wiła się jego sło­wom. Od dawna czy­tali so­bie w my­ślach. Znali się tak do­brze, iż w lot od­ga­dy­wali wła­sne pra­gnie­nia, tro­ski i żale.

- Nie czuję się tak - skła­mała.

- Kła­miesz.

- Czy ty za­wsze mu­sisz wszystko wie­dzieć? - wes­tchnęła.

- Za­wsze.

- Ko­cham cię, wiesz? Ko­cham w nas to, że je­ste­śmy tacy... - Za­my­śliła się na mo­ment.

- Tacy prze­wi­dy­walni?

Pod­szedł do niej i za­czął ma­so­wać jej kark.

- Nie wiem, czy to do­bre słowo.

- No, spe­cem od słów to ja nie je­stem. Ty za to je­steś w tym do­sko­nała, ko­cha­nie.

Uznała, że z wie­czor­nego pi­sa­nia nici. Na­wet je­śli uda­łoby się jej coś wy­mę­czyć, to po­tem re­dak­torka w mig by to wy­cięła, okra­sza­jąc sło­wami: "Chyba spa­łaś, jak to pi­sa­łaś".

- Pój­dziemy na górę? - za­py­tał.

Wie­działa, czego chce mąż, lecz dziś ich ocze­ki­wa­nia się róż­niły.

- Mar­cel? - Od­wró­ciła się do niego.

Męż­czy­zna oparł się o ścianę, skła­da­jąc ra­miona na klatce pier­sio­wej. Znał ten wy­raz twa­rzy. Miała go za­wsze wtedy, kiedy mó­wiła mu o tym, że jest w ciąży. Nie pla­no­wali wię­cej dzieci. Tak po praw­dzie, nie pla­no­wali żad­nego z tych, które już były na świe­cie. Dzieci w ich związku po pro­stu się ro­dziły i już. Były owo­cem ich mi­ło­ści, na­tu­ral­nym spo­iwem łą­czą­cym ich du­sze. Wy­star­czył uła­mek se­kundy, aby w ana­li­tycz­nym umy­śle męż­czy­zny po­ja­wił się sce­na­riusz ich dal­szego ży­cia w sió­demkę.

- Mam po­mysł, jak roz­wią­zać na­sze pro­blemy. - Wy­rwała go z za­my­śle­nia.

- To my mamy pro­blemy, ko­cha­nie? - W głębi sie­bie po­czuł lek­kie roz­cza­ro­wa­nie, że to jed­nak nie ko­lejna ciąża.

- Och, nie to mia­łam na my­śli. Nie łap mnie za słówka. Po­my­śla­łam, że... - Za­wa­hała się. Wie­działa, jak bar­dzo nie lubi się z nią roz­sta­wać.

- No, mów. Nie trzy­maj mnie dłu­żej w nie­pew­no­ści.

- Po­win­nam wy­je­chać. Na kilka ty­go­dni. Po­trze­buję od­de­chu... - Roz­ło­żyła ręce, jakby w po­wie­trzu gęst­nie­ją­cym mię­dzy nimi miała uchwy­cić błą­dzącą in­spi­ra­cję.

Męż­czy­zna od­chrząk­nął, od­wle­ka­jąc mo­ment prze­mó­wie­nia.

- Jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Wy­jazd? W ciągu roku szkol­nego?

- Pro­szę cię, nie znie­chę­caj mnie.

- Ko­cha­nie, ja cię wcale nie znie­chę­cam. Wręcz prze­ciw­nie, mo­żesz je­chać, ale dla­czego te­raz? Fi­na­li­zuję po­ważny pro­jekt.

- Pani Imke ci po­może.

- Wiesz, że dzieci po­trze­bują mamy.

- No, jak tak bę­dziesz mi mó­wił, to za­raz się okaże, że je­stem złą matką, bo po raz pierw­szy od pięt­na­stu lat za­pra­gnę­łam wy­je­chać sama. - Za­czy­nała się nie­cier­pli­wić.

Nie lu­biła u sie­bie tej ce­chy. Nie­cier­pli­wość w roz­mo­wach z mę­żem była jej zmorą. Po­tem oczy­wi­ście ża­ło­wała rzu­co­nych w ner­wach słów, ale cóż... czasu jesz­cze ni­komu nie udało się cof­nąć. Wzięła wdech, li­cząc do czte­rech, i na wy­de­chu po­li­czyła do ośmiu. Świa­domy od­dech opóź­niał strze­lankę z ka­ra­binu cierp­kich słów. Cza­sami ko­rzy­stała z tej me­tody na­wet kil­ka­dzie­siąt razy w ciągu dnia.

- Ni­gdy nie ma od­po­wied­niego mo­mentu. Za­wsze jest coś. Naj­pierw dzieci były małe i nie mo­głam. Te­raz, kiedy pod­ro­sły, też nie mogę. A ży­cie pły­nie. Ko­cham na­sze dzieci po­nad wszystko, ale czuję się, jak­bym była tylko matką. Ro­zu­miesz? Wiem... wiem, co po­wiesz. Po­wiesz, że pi­szę książki, mam spo­tka­nia au­tor­skie i tak da­lej. Ale ile ja mam tych spo­tkań w roku? Nie na tyle dużo, by mieć w sza­fie po­kaźną ko­lek­cję su­kie­nek. Nie ku­puję ich, bo na co dzień nie mam ich na­wet gdzie wło­żyć. Znów to samo! Znów to samo... - po­wtó­rzyła kilka razy pod­nie­sio­nym to­nem. - Chcę zro­bić coś dla sie­bie i mu­szę się z tego tłu­ma­czyć. Po­tem wyj­dzie jesz­cze na to, że za chwilę będę cię prze­pra­szać. Och... - Wzdry­gnęła się.

Mar­cel za­czął gła­dzić jej po­li­czek. Nie lu­biła tego. Kiedy była po­de­ner­wo­wana, wo­lała, aby się do niej nie zbli­żał. Iry­to­wał ją ten jego po­zorny spo­kój.

- Ależ mo­żesz, skar­bie! Mo­żesz wszystko, ale dla­czego te­raz?

Od­su­nęła się od jego dłoni.

- Bo tak czuję.

- A nie mo­żesz "tak po­czuć" w fe­rie?

- A nie mo­żesz prze­ło­żyć pro­jektu? Chcę na­pi­sać ko­lejną po­wieść. Po­trze­buję in­spi­ra­cji. Po­wiewu świe­żo­ści. Chcę coś prze­żyć, po­znać no­wych lu­dzi. Sama nie wiem...

Mar­cel wy­szedł z po­koju. Uciekł przed jej sło­wo­to­kiem, co jesz­cze bar­dziej ją zde­ner­wo­wało. W kon­flik­to­wych sy­tu­acjach re­ago­wał zwy­kle tak samo.

- Su­per, jesz­cze się po­kłóćmy - po­wie­działa do sie­bie.

Po­dą­żyła za nim. Mu­siała kuć że­lazo, póki go­rące. Za­stała go w kuchni, gdzie wła­śnie wy­grze­by­wał z za­ka­mar­ków szafki cze­ko­ladę. Za­wsze tak ro­bił, gdy chciał się uspo­koić.

- Ko­cha­nie... - szep­nęła i przy­tu­liła się do jego ple­ców.

Ten gest wiele ją kosz­to­wał. Ła­twiej by było się wściec, trza­snąć drzwiami i ob­ra­zić. Kie­dyś tak ro­biła, ale im była star­sza, tym czę­ściej zda­wała so­bie sprawę, że traci w ten spo­sób czas. O wiele szyb­ciej się do­ga­dać po do­broci.

- To tylko kilka ty­go­dni. Może kró­cej... Na­prawdę tego po­trze­buję. Po­ra­dzisz so­bie świet­nie. Poza tym prze­cież nie wy­jadę na ko­niec świata. Będę pod te­le­fo­nem, w każ­dej chwili mo­żesz za­dzwo­nić. Tak jak dzwo­nisz do nas, kiedy wy­jeż­dżasz.

- Tylko że ja wy­jeż­dżam służ­bowo, nie dla przy­jem­no­ści. Gdy­bym mógł de­cy­do­wać, ni­g­dzie bym się stąd nie ru­szył.

Od­wró­cił się i od­su­nął ją od sie­bie. Po chwili przy­sta­nął. Uniósł pa­lec, jakby na­gle do­stał olśnie­nia.

- To może po­je­dziemy z tobą? Dla­czego chcesz je­chać sama? Do­brze wiesz, że nie lu­bię, jak się roz­sta­jemy. Wła­śnie przez te cią­głe roz­łąki zde­cy­do­wa­li­śmy się prze­pro­wa­dzić do Nie­miec.

Mai co­raz trud­niej było za­cho­wać spo­kój. Sy­tu­acja za­czy­nała zba­czać na zu­peł­nie zbędne z jej punktu wi­dze­nia tory. Nie chciała po­zwo­lić emo­cjom de­cy­do­wać o prze­biegu roz­mowy.

- Skar­bie, je­śli po­je­dzie­cie ze mną, to ta książka bę­dzie zu­peł­nie inna, niż­bym chciała. Nie chcę pi­sać ko­lej­nej hi­sto­rii o tym, jak trudno jest wy­cho­wy­wać dzieci i ta­kie tam. Ileż można czy­tać o mał­żeń­skich pro­ble­mach? Nie mogę tak trak­to­wać swo­ich czy­tel­ni­czek. Po­trze­buję in­nej per­spek­tywy, ro­zu­miesz? Cze­goś, co po­rwie moje serce.

- Ja już go nie po­ry­wam?

- Po­ry­wasz, cały czas, i tego nic nie zmieni. Ni­gdy! Ale nie o taki po­ryw mi cho­dzi. Chcę chwili wol­no­ści, bez ko­niecz­no­ści my­śle­nia, o któ­rej kogo mam ode­brać ze szkoły czy przed­szkola. Wol­no­ści od sprzą­ta­nia, za­ku­pów i ko­lejki do ła­zienki. Ro­zu­miesz?

- Ko­lejki do ła­zienki? Mamy trzy ła­zienki w domu.

- Do­brze wiesz, że nie o to mi cho­dzi. To była tylko prze­no­śnia.

- Prze­no­śnia? Do­bra mi prze­no­śnia. No, nie po­wiem, su­per to wy­my­śli­łaś. Ja też bym chciał móc tak pra­co­wać jak ty... - Męż­czy­zna wy­szedł do ogrodu. - Bez obo­wiąz­ków! Oba­wiam się, ko­cha­nie, że zbyt mocno cię po­nio­sło. Mamy dzieci. Czworo dzieci! Pa­mię­tasz? Psa też mamy. - Stał na ze­wnątrz, wy­ma­chi­wał rę­kami i mó­wił, co mu ślina na ję­zyk przy­nie­sie. - Sra, gdzie po­pad­nie. Wczo­raj znów wdep­ną­łem w jej kupę. Traw­nik jest cały w mi­nach. Strach tu wy­cho­dzić! Może Kac­per ru­szyłby swoje sza­nowne cztery li­tery i coś z tym zro­bił? Prze­cież to prze­cho­dzi ludz­kie po­ję­cie! Czło­wiek nie może spo­koj­nie na bo­saka na trawę wyjść. I to we wła­snym ogro­dzie! Wszę­dzie te bobki się wa­lają. A tak obie­cy­wali, że będą sprzą­tać. Da­łem się na­brać, jak za­wsze. Te­raz sam mu­szę to zbie­rać...

Sy­tu­acja wy­glą­dała do tego stop­nia ko­micz­nie, że ką­ciki ust Mai mi­mo­wol­nie się unio­sły.

- Je­steś zde­ner­wo­wany, chyba po­win­ni­śmy za­koń­czyć tę roz­mowę - rze­kła po­jed­naw­czym to­nem. - Nie chcę się kłó­cić. Na­leję so­bie mar­tini, chcesz? Po­kroję ser. Po­czy­tam ja­kąś książkę. Zo­ba­czę, co po­czy­niły moje wolne od trosk ko­le­żanki. Wy­dawca przy­słał mi kilka no­wo­ści. Po­dobno mają je­den świetny de­biut. Kon­ku­ren­cja nie śpi. Kon­ku­ren­cja pi­sze. Zu­peł­nie od­wrot­nie niż ja.

Na od­chodne wy­mknęła jej się drobna zło­śli­wość, któ­rej od razu po­ża­ło­wała. Mar­cel udał, że tego nie sły­szy. Nie chciała wy­mu­szać ni­czego na mężu. Kie­dyś zło­żyli so­bie obiet­nicę, że w chwi­lach na­pię­cia każde bę­dzie pa­mię­tać o tym, że to dru­gie ma tylko do­bre in­ten­cje. Te­raz trudno jej było do­strzec do­bre in­ten­cje męża, za to jego ego­izm wi­działa w ca­łej oka­za­ło­ści. Mach­nęła ręką, zo­sta­wiła Mar­cela w ogro­dzie i we­szła do kuchni. Uznała, że go nie prze­kona. A je­śli już, to na pewno nie tym ra­zem.

Wy­cią­gnęła z szafki lampkę do mar­tini i na­lała. Za­mo­czyła usta i od razu przy­po­mniała so­bie, dla­czego tak bar­dzo nie lubi al­ko­holu. Się­gnęła po ser i ner­wowo za­częła go kroić.

- Maja! - Usły­szała wo­ła­nie męża. Głos wciąż do­bie­gał z po­dwórka.

- Jesz­cze po­bu­dzisz są­sia­dów - mruk­nęła do sie­bie.

- Maja!

- Idę już, nie krzycz. Nie mu­szą wszy­scy wie­dzieć, że się sprze­czamy - syk­nęła przez zęby.

- My­ślisz, że ktoś nas ro­zu­mie? Prze­cież roz­ma­wiamy po pol­sku.

- Że­byś się nie zdzi­wił. Po­lacy są wszę­dzie. Wy­łażą z każ­dej dziury. Gdzie dia­beł nie może, tam Po­laka po­śle. Gdy­byś ro­bił za­kupy, to­byś wie­dział. - Znów była zło­śliwa.

Opa­dła ciężko na wi­kli­nowe krze­sło. "Za­wsze to samo" - po­my­ślała. "Po co ja za­czy­na­łam? Do­póki dzieci nie uro­sną, je­stem ska­zana na szu­ka­nie in­spi­ra­cji je­dy­nie w su­per­mar­ke­cie. Albo u są­siada za pło­tem, to jesz­cze gor­sze, bo z jego domu do­cie­rają tylko od­głosy brzę­czą­cego na cały re­gu­la­tor te­le­wi­zora". Ze wszyst­kich sił po­wstrzy­my­wała się przed wy­bu­chem. Im dłu­żej trwała ta "roz­mowa", tym trud­niej jej było opa­no­wać wście­kłość.

- Słu­chaj, a ty nie mo­żesz po pro­stu cze­goś wy­my­ślić? Prze­cież za­wsze tak ro­bi­łaś i zo­bacz, jak świet­nie ci idzie. - Mąż bły­snął złotą radą.

Ka­wa­łek sera utknął jej w gar­dle. Wy­chy­liła lampkę i wy­piła jej za­war­tość dusz­kiem.

- Ty pi­jaczku drobny. - Zła­pał ją za ko­lano, usi­łu­jąc roz­ba­wić. - No, już, już, nie prze­wra­caj oczami. Do­brze wi­dzę, że to ro­bisz.

- Skoro wi­dzisz, to po­wi­nie­neś za­uwa­żyć, że wszystko w na­szym domu jest co­dzien­nie ta­kie samo. Mar­cel, ja cały czas sie­dzę w tych czte­rech ścia­nach. Nie chcę, abyś po­my­ślał, że na­rze­kam. Po pro­stu czuję, że po­win­nam coś zmie­nić. Ina­czej za­cznę pi­sać hor­rory.

- O nie, co to, to nie. Po­stać in­spi­ro­waną moją osobą uśmier­ci­ła­byś na pierw­szej stro­nie.

Ro­ze­śmiała się z żartu męża. Mar­cel uklęk­nął przed nią i uło­żył ra­miona na jej ko­la­nach.

- Na­prawdę to cię uszczę­śliwi? Wy­jazd, i to beze mnie, bez nas? Za psem nie bę­dziesz tę­sk­nić cho­ciaż? Tak troszkę, tyci-tyci? - Zbli­żył kciuk do palca wska­zu­ją­cego, aby una­ocz­nić wy­po­wie­dziane przed chwilą słowa.

- Nic mnie nie musi uszczę­śli­wiać. Ja je­stem szczę­śliwa. Ty je­steś moją szczę­śliwą oj­czy­zną. Dla cie­bie będę za­wsze! Dla was... Po­trze­buję tylko chwili wy­tchnie­nia. Chcę ze­brać my­śli. Cho­dzi o to, że nie po­tra­fię pi­sać. Po­win­nam zro­bić so­bie prze­rwę. W trak­cie po­dróży na pewno po­znam ko­goś, z kim bez­sen­sowna roz­mowa sta­nie się czymś ge­nial­nym. Ro­zu­miesz?

- Nie bar­dzo - wes­tchnął. - Cza­sami trudno mi ogar­nąć twój ar­ty­styczny świat i chyba za to naj­bar­dziej cię ko­cham.

Ro­ze­śmiała się.

- Ale nie chcesz mi nic po­wie­dzieć? Nie na­wią­za­łaś przez in­ter­net żad­nego ro­mansu, prawda? Wiesz, to te­raz bar­dzo po­pu­larne. Przez te fejs­buki to po­tem za­miast mał­żeństw zo­stają "zbuki". Śmier­dzące jak stare jaja, któ­rych już nikt nie chce. Maja, to jest straszne. Lu­dzie się te­raz na po­tęgę roz­wo­dzą. Mam ciary.

Zmarsz­czyła czoło.

- Niby co mia­ła­bym ci po­wie­dzieć? My­ślisz, że przy czwórce dzieci mam czas, aby po­dra­pać się po tyłku? Jesz­cze pi­sać mu­szę. To zna­czy, nie mu­szę, chcę. Ale nie mogę. Och... zwa­riuję za­raz. Ja na­prawdę po­trze­buję tlenu. - Za­wa­chlo­wała przed nim otwar­tymi dłońmi.

- Sam nie wiem... - Wy­raź­nie po­smut­niał.

Zmierz­wiła dło­nią jego ciemne włosy, po czym na­chy­liła się, by je po­ca­ło­wać.

- Je­steś ca­łym moim świa­tem. Ty i dzieci. Nic tego nie zmieni. Żadne "zbuki" nam nie­groźne. Przy­się­ga­łam przed Bo­giem. To zna­czy, przy­się­ga­li­śmy. Pa­mię­tasz?

Wznio­sła dłoń ku gó­rze, eks­po­nu­jąc złotą ob­rączkę, gę­sto wy­sa­dzaną dia­men­tami. Kosz­to­wała ma­ją­tek, ale Mar­cel uparł się, że po­da­ruje jej coś wy­jąt­ko­wego. Coś, na czego wi­dok jej ko­le­żanki zzie­le­nieją z za­zdro­ści. Był dumny, gdy mógł ob­da­ro­wy­wać ją czymś eks­klu­zyw­nym. Cho­ciaż tę ob­rączkę ku­pił w cza­sach, kiedy tak na­prawdę nie było ich stać na nic.

- Nie wiem, co bym bez cie­bie zro­bił. Bez cie­bie nic nie ma sensu. Wiesz o tym?

- Wiem, ko­cha­nie. Nie wy­jeż­dżam na wieki. Szybko mi­nie, zo­ba­czysz. Jak chcesz, zo­sta­wię ci klu­czyki do swo­jego SUV-a.

- Bła­gam cię - prych­nął. - Roz­ma­wiasz z go­ściem, który pro­jek­tuje sa­mo­chody. Tro­chę ci nie wy­szedł ten żart.

- Sta­ra­łam się. Tego nie mo­żesz mi ująć.

Do mo­mentu pod­ję­cia de­cy­zji za­wsze idzie opor­nie. Póź­niej wszystko za­czyna to­czyć się znacz­nie szyb­ciej. Nie by­łaby ko­bietą, gdyby nie za­częła się za­sta­na­wiać, czy aby na pewno po­stę­puje pra­wi­dłowo. Matka czwórki dzieci wy­biera się w sa­motną po­dróż. Niech no tylko me­dia to zwę­szą, to za­raz bę­dzie te­mat do plo­tek. Cho­ciaż au­to­rzy ksią­żek rzadko byli na ce­low­niku, bo - jak po­wszech­nie wia­domo - "lu­dzie ksią­żek nie czy­tają", to jed­nak zda­rzało się, że za coś jej się obe­rwało. Kiedy wy­pu­ściła jedną książkę w roku, pi­sano, że jej mał­żeń­stwo prze­cho­dzi kry­zys i dla­tego stra­ciła wenę. Kiedy wy­dała trzy, w za­sa­dzie pi­sano to samo: "Znana pi­sarka prze­cho­dzi kry­zys w mał­żeń­stwie. Cały swój wolny czas po­święca na two­rze­nie". Tak źle i tak nie­do­brze. Zbyt długo pra­co­wała w tym za­wo­dzie, aby się przej­mo­wać. Po pro­stu ro­biła swoje.

Od cza­sów wy­da­nia jej trze­ciej po­wie­ści, za­ty­tu­ło­wa­nej Ple­jada, prze­stała się za­głę­biać w in­ter­ne­towe cze­lu­ści. Dziś pod przy­krywką wol­no­ści słowa można było na­pi­sać każdą bzdurę. Ple­jada przy­nio­sła jej ogromny suk­ces ko­mer­cyjny, który prze­ło­żył się rów­nież na fi­nanse. Nie wszyst­kim się to po­do­bało. Re­cen­zenci ro­ze­brali cały tekst na czę­ści pierw­sze, wy­wle­ka­jąc na świa­tło dzienne każdą li­te­rówkę. Za­le­wała się łzami, czy­ta­jąc nie­po­chlebne ko­men­ta­rze. W końcu jed­nak po­ukła­dała so­bie wszystko w gło­wie i szła na­przód.

Lu­dzi suk­cesu od lu­dzi po­rażki różni to, że ci pierwsi ni­czym zu­chwali ama­to­rzy po­tra­fią biec w kie­runku swo­ich ma­rzeń. Lu­dzie suk­cesu ży­czą in­nym do­brze, ema­nują ra­do­ścią, po­tra­fią za­ak­cep­to­wać zmiany. Biorą od­po­wie­dzial­ność za wła­sne nie­po­wo­dze­nia, bez ob­wi­nia­nia za nie ko­goś. Wła­śnie z tym ostat­nim chciała się zmie­rzyć Maja. Zrzu­ca­nie winy za twór­czą blo­kadę na ro­dzinę było naj­gor­szym, co mo­gła zro­bić. Źró­dło zmian tkwiło w niej sa­mej. Dla­tego cie­szyła się, że udało jej się dojść z Mar­ce­lem do po­ro­zu­mie­nia w spra­wie wy­jazdu.

Za­ło­żyła so­bie nowy cel, po­dróż miała być po­mocna w jego osią­gnię­ciu. Ma­rzyła o tym, by na­pi­sać po­wieść, która po­rwie ją samą tak bar­dzo, że czas spę­dzony przy kom­pu­te­rze bę­dzie się zda­wał pły­nąć jak ten ofia­ro­wany nowo po­zna­nemu ko­chan­kowi. Chciała wzbu­dzić w czy­tel­ni­kach pa­sję. Przy­cią­gnąć ich do lek­tury, spra­wić, by wy­łą­czyli prze­siąk­nięte fe­sti­wa­lem agre­sji te­le­wi­zory. Głę­boko wie­rzyła, że czy­ta­nie przy­nosi ogromne ko­rzy­ści. Co­kol­wiek się czyta, ta czyn­ność jest war­to­ścią samą w so­bie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 2

Proza ży­cia

Ko­lejny dzień wy­glą­dał nie­malże iden­tycz­nie. Z tą tylko róż­nicą, że Mar­cel tuż po prze­bu­dze­niu prze­ka­zał Mai in­for­ma­cję o tym, że nie­stety nie da rady wy­wią­zać się ze zło­żo­nych wczo­raj obiet­nic.

- Ale ko­cha­nie - jęk­nęła.

- Wiem...

- Dla­czego mi to ro­bisz?

- To nie ja. Po pro­stu na pewne sprawy nie mam wpływu. Zro­zum, pro­szę. Cha­rak­ter mo­jej pracy jest inny niż two­jej. Wiele za­leży od lu­dzi, z któ­rymi pra­cuję. Nie mogę so­bie wszyst­kiego za­pla­no­wać.

Przy­mknęła oczy i za­ci­snęła usta w wą­ską kre­skę. Pró­bo­wał do niej po­dejść, lecz się od­su­nęła, rzu­ca­jąc oschle, że nie ma czasu.

- Maja, prze­pra­szam. Ju­tro...

- Ju­tro bę­dzie tak samo, Mar­cel.

- Ale ty prze­cież... już nic nie mu­sisz, osią­gnę­łaś suk­ces. Twoje książki od lat sprze­dają się fan­ta­stycz­nie. Zro­zum, to jest moje pięć mi­nut. Mam szansę za­ist­nieć, zro­bić coś do­brego dla świata. Ty wiesz, co ja czuję?

- Tego nie wiem. Mogę się je­dy­nie do­my­ślać. Nie sie­dzę w two­jej gło­wie.

- To jest bar­dzo pro­ste, ja ci wszystko mogę po­wie­dzieć.

- Po­zwól, że po­roz­ma­wiamy o tym wie­czo­rem, do­brze? Mam dla sie­bie czas tylko do pięt­na­stej. Na­prawdę po­win­nam się te­raz sku­pić na pracy.

Chwy­ciła za fi­li­żankę z kawą, którą kilka mi­nut wcze­śniej za­pa­rzył dla niej wy­so­kiej klasy eks­pres ci­śnie­niowy. Uśmiech­nęła się z czu­ło­ścią do wspo­mnie­nia z nim zwią­za­nego. Kiedy miesz­kali w Pol­sce, raz w ty­go­dniu od­wie­dzała swoją uko­chaną ka­wiar­nię. Gdy za­pa­dła de­cy­zja o emi­gra­cji, Mar­cel do­wie­dział się, ja­kim eks­pre­sem dys­po­nuje owa ka­wiar­nia i za­in­sta­lo­wał w ich no­wym domu iden­tyczny. W kry­zy­so­wych chwi­lach przy­wo­ły­wała te wspo­mnie­nia, tłu­ma­cząc so­bie, że mąż ma do­bre in­ten­cje.

- Maja, gnie­wasz się?

- Nie gnie­wam. Je­stem może tro­chę roz­cza­ro­wana twoją po­stawą, ale się nie gnie­wam. - Od razu po­ża­ło­wała swo­ich słów.

- Po­roz­ma­wiamy?

- Po­roz­ma­wiamy, jak opadną emo­cje, do­brze? Na­prawdę mu­szę się skon­cen­tro­wać na pi­sa­niu. Jak za­czniemy te­raz wszystko ana­li­zo­wać, to nic już dzi­siaj nie zro­bię.

Ob­ró­ciła się na pię­cie i wy­szła, zo­sta­wia­jąc męża sa­mego. Po chwili pod­sko­czyła, zlęk­niona gło­śnym trza­śnię­ciem drzwiami. Wes­tchnęła i po­sta­no­wiła za­jąć się tym, co było te­raz ważne.

Otwo­rzyła pu­sty plik, wo­ła­jący bła­gal­nie, by za­peł­nić go gę­stym macz­kiem czar­nych zna­ków o war­to­ścio­wej tre­ści. Wy­ci­szyła te­le­fon i za­częła pra­co­wać. Po­prze­pla­tane ze sobą słowa two­rzyły ma­lo­wane wy­obraź­nią zda­nia, ma­jące na celu przy­nieść do­bro lu­dziom, któ­rzy będą je czy­tać. Mimo to jej in­ten­cje nie za­wsze od­czy­ty­wane były pra­wi­dłowo. By­wało, że ktoś wy­wle­kał wy­rwane z kon­tek­stu frag­menty, do­pi­sy­wał wła­sną nad­in­ter­pre­ta­cję i wy­bu­chała afera na cały in­ter­net. Kiedy była młod­sza, ana­li­zo­wała i pró­bo­wała zro­zu­mieć każdą uwagę wy­ce­lo­waną w tar­czę jej pi­sar­skiego warsz­tatu. Lata funk­cjo­no­wa­nia w tym za­wo­dzie za­owo­co­wały po­wsta­niem cze­goś w ro­dzaju sko­rupy, ma­ją­cej od­dzie­lić ją od reszty nie za­wsze przy­chyl­nego świata. Dziś pi­sała dla tych, któ­rzy czy­tali ze zro­zu­mie­niem.

Li­tera po li­te­rze za­peł­niała ko­lejne strony. Od czasu do czasu krę­go­słup da­wał znać, że po­winna zro­bić prze­rwę. Wsta­wała wtedy, pod­cho­dziła do okna, za któ­rym roz­cią­gał się wi­dok na prze­piękne góry. Rze­czy­wi­ście - jak mó­wił Mar­cel - nie miała po­wo­dów do na­rze­ka­nia. I fak­tycz­nie sta­rała się tego nie ro­bić. Tyle że ostat­nio od­no­siła wra­że­nie, że zmiany za­cho­dzące w niej sa­mej umy­kają uwa­dze męża. Cza­sami czuła się z tego po­wodu przy­gnę­biona...

Kiedy pi­sała, czas pły­nął nie­wia­ry­god­nie szybko. Po­chło­nięta fa­bułą, od­pły­wała w nie­znane re­jony wy­obraźni, pod­da­jąc się jej cał­ko­wi­cie. Py­tana o to, dla­czego pi­sze tak dużo i w tak szyb­kim tem­pie, od­po­wia­dała: "A dla­czego nie? Skoro w du­szy mi gra, to pod­daję się tej me­lo­dii". Dziś nie mo­gła tego po­wie­dzieć. Nic się nie skła­dało. Za bar­dzo ana­li­zo­wała każdy aka­pit, co­fa­jąc się nie­po­trzeb­nie. Książka po­winna nieść czy­tel­nika. Skoro au­tor się mę­czy przy jej two­rze­niu, ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że jego od­czu­cia prze­łożą się na od­bior­ców.

Znie­chę­cona za­mknęła lap­top. Po­dą­ża­jąc za gło­sem ru­tyny, ru­szyła do kuchni. Wrzu­ciła do wy­ci­skarki kilka mar­che­wek i po chwili sok był go­towy. Pi­jąc go, ob­ser­wo­wała wska­zówki ze­gara, nie­ubła­ga­nie zbli­ża­jące się do pięt­na­stej. Ko­chała swoje dzieci nad ży­cie. Go­towa była zro­bić dla nich wszystko, ale ostat­nimi czasy za­częła so­bie uświa­da­miać, że po­trze­buje odro­biny od­de­chu, ja­kiejś zmiany, czasu tylko dla sie­bie... Ru­tyna, którą ko­chała, zda­wała się jej cią­żyć.

- Zde­cy­do­wa­nie za dużo my­ślę - po­wie­działa do sie­bie, od­sta­wia­jąc pu­stą szklankę do zmy­warki.

Gdy wy­cho­dziła z domu, na­tknęła się na pa­nią Imke, nio­sącą w rę­kach kosz pe­łen ubrań do pra­so­wa­nia. "Jak do­brze, że nie mu­szę tego ro­bić" - po­my­ślała.

- Dzień do­bry, pani Maju - po­wie­działa go­spo­sia.

Do­piero te­raz Maja się zo­rien­to­wała, że cały dzień spę­dziły obie w tym sa­mym domu, a mimo to nie spo­tkały się ani razu.

- Wi­tam, pani Imke. Miło pa­nią wi­dzieć. Ja... - za­jąk­nęła się, pró­bu­jąc zna­leźć nie­miec­kie słowo ozna­cza­jące uzna­nie, ja­kim da­rzyła ko­bietę. - Ja je­stem pani wdzięczna za to, że pani z nami jest. - Spoj­rzała wy­mow­nie na kosz z ubra­niami.

Zmie­szana Niemka mach­nęła tylko ręką.

Rze­czy­wi­stość mocno od­bie­gała od sche­matu. Prze­waż­nie to Po­lki pra­co­wały w nie­miec­kich do­mach, dla­tego zna­le­zie­nie nie­miec­kiej go­spo­dyni, otwar­tej i po­zba­wio­nej kom­plek­sów, za­jęło Pre­isom kil­ka­na­ście mie­sięcy. Mar­ce­lowi za­le­żało na tym, aby go­spo­sia po­ro­zu­mie­wała się z nimi po nie­miecku. Wie­dział z do­świad­cze­nia, że prak­tyczna na­uka ję­zyka jest o wiele sku­tecz­niej­sza niż bez­sen­sowne kle­pa­nie ob­co­brz­mią­cych wy­ra­żeń. Oczy­wi­ście miał ra­cję.

- Nie chcę się wtrą­cać, pani Maju, ale wy­gląda pani na zmę­czoną.

- Pro­szę na­zy­wać mnie Mają, po pro­stu - upo­mniała de­li­kat­nie po raz ko­lejny.

Go­spo­sia się za­czer­wie­niła.

- Mo­głaby pani być moją mamą. Jest mi nie­zręcz­nie, gdy od­nosi się pani do mnie tak ofi­cjal­nie. - Maja po raz pierw­szy otwar­cie na­zwała swe uczu­cia. Cie­szyła się, że wszel­kie dwu­znacz­no­ści wciąż może zwa­lać na karb kiep­skiej zna­jo­mo­ści ję­zyka.

- Co­raz le­piej pani mówi. Co­raz le­piej - po­chwa­liła ją Imke.

- Dzię­kuję. - Z wdzięcz­no­ścią przy­jęła kom­ple­ment i ru­szyła w kie­runku drzwi pro­wa­dzą­cych do ga­rażu. Po chwili za­trzy­mała się i znów zwró­ciła do go­sposi: - Pani Imke, pro­szę zo­sta­wić ten kosz. Niech pani wraca do ro­dziny. Może ja po­pra­suję wie­czo­rem? Tak dawno tego nie ro­bi­łam... - do­dała, już bar­dziej do sie­bie.

- Nie, nie, pan Mar­cel bę­dzie nie­po­cie­szony. Wy­pra­suję jego ko­szule.

- Pani Imke... - wes­tchnęła prze­cią­gle Maja. - Mar­cel nie­po­cie­szony? Prze­cież on na­wet nie od­różni, czy te ko­szule w ogóle były prane. - Przy­ło­żyła dłoń do ust, gdy zdała so­bie sprawę, że wła­śnie kpiła z wła­snego męża.

Go­spo­dyni wstrzy­mała od­dech w nie­mym ocze­ki­wa­niu na to, co za chwilę miało na­stą­pić. Zgęst­niałą ci­szę prze­rwał wresz­cie śmiech obu ko­biet.

- Co­fam to, co po­wie­dzia­łam o mężu, pani Imke. Nie sły­szała tego pani, prawda?

- Na­tu­ral­nie.

Po­now­nie się za­śmiały.

- Pę­dzę po dzieci. Mó­wię po­waż­nie, pro­szę zo­sta­wić to pra­so­wa­nie na ju­tro. Obo­wiązki do­mowe są nie do prze­ro­bie­nia.

- Bar­dzo dzię­kuję.

- Nie ma za co, do wi­dze­nia.

- Do wi­dze­nia.

Sie­działa za kie­row­nicą swo­jego SUV-a, mkną­cego w kie­runku przed­szkola. Nie kon­cen­tro­wała się na zna­kach ani na dro­dze, bo prze­mie­rzała tę trasę co­dzien­nie. Nie był to do­bry na­wyk. "Dla­czego jest mi ze sobą tak ciężko?" - za­py­tała sie­bie. Od mie­siąca pró­bo­wała coś na­pi­sać, ale ni­jak jej to nie wy­cho­dziło. Czyżby wła­śnie za­czął się ten kry­zys, o któ­rym czę­sto mó­wiły jej ko­le­żanki pi­sarki? "Zo­ba­czysz, każda na­stępna książka jest co­raz trud­niej­sza do na­pi­sa­nia" - sły­szała, ile­kroć wy­pusz­czała na ry­nek ko­lejne swoje li­te­rac­kie dziecko.

"Cza­sami czło­wiek tak bar­dzo chce wy­my­ślić coś, co po­rwie serca czy­tel­ni­ków, że za­po­mina o tym, iż każde słowo po­winno wła­śnie z niego pły­nąć. Może trzeba dać so­bie wię­cej czasu? Wy­je­chać gdzieś, po­znać no­wych lu­dzi, wy­słu­chać hi­sto­rii ich ży­cia, za­czerp­nąć in­spi­ra­cji? Tylko kto zo­sta­nie z dziećmi?" - ta­kie my­śli roz­pra­szały jed­nak cią­gle brzmiące jej w uszach słowa matki, która nie­spełna dwa lata temu zdo­była się na szcze­rość, wy­zna­jąc, że je­dyne, czego w ży­ciu ża­łuje, to tego, że nie miała wię­cej dzieci. Tu­ląc w ra­mio­nach do­ro­słą już Maję, pła­kała: "Po­win­nam czę­ściej ba­wić się z tobą. Za­miast tego wy­ty­ka­łam ci, że nie chcesz grać. Jakby te pie­przone nuty były wszyst­kim, na czym mi za­le­żało". Chwilę po­tem wy­du­siła z sie­bie obiet­nicę za­nie­cha­nia ukła­da­nia sce­na­riu­szy ży­cio­wych wła­snej córce: "Skoro twoim prze­zna­cze­niem jest pi­sa­nie, to pisz. Pisz, co ci w du­szy gra. Ma­luj sło­wem piękne ob­razy, a ja będę się temu z dumą przy­glą­dać".

Maja wie­działa, ile kosz­to­wało matkę to wy­zna­nie. Za­pa­mię­tała każde jego słowo, wra­cała do ich zna­cze­nia w chwi­lach ta­kich jak ta i za­sta­na­wiała się, czy były dla niej bło­go­sła­wień­stwem, czy blo­kadą, po­wstrzy­mu­jącą przed spon­ta­nicz­nym sko­kiem w nie­znane. Ma­rzył jej się sa­motny wy­jazd, ale też... ni­gdy nie chciała usły­szeć od któ­re­goś ze swo­ich dzieci, że prze­ga­piła ja­kiś ważny mo­ment ich ży­cia. Ot, zwy­czajne roz­terki matki. Nie róż­niła się pod tym wzglę­dem od zwy­kłych śmier­tel­ni­czek. Mimo że co chwilę ktoś uwa­żał jej ży­cie za ide­alne, ono wcale ta­kie nie było.

Kiedy we­szła na te­ren przed­szkola, do­znała déja vu. Roz­mowa z na­uczy­cielką, przy­tu­la­nie naj­młod­szej có­reczki, kur­tu­azyjna wy­miana życz­li­wo­ści. Póź­niej to samo w szkole trójki star­szych dzieci. "Mamo, masz wodę?". "Co na obiad?". "Dla­czego nie ode­brał mnie tata?". "Mamo, mów ci­szej, po co mają wie­dzieć, że je­ste­śmy z Pol­ski". W dro­dze po­wrot­nej te same tłu­ma­cze­nia.

- By­cie Po­la­kiem to za­szczyt. Kie­dyś to zro­zu­miesz, Ma­ry­siu.

- Na pewno nie­prędko. Z jej lot­no­ścią to bę­dzie ra­czej trudne.

- Kac­per, prze­proś sio­strę. Nie ży­czę so­bie, aby­ście zwra­cali się do sie­bie w ten spo­sób. Czy to jest ja­sne?

Chło­pak ze zde­ner­wo­wa­nia za­ci­snął pię­ści.

- Mamo, ale ona cię ob­raża!

- Uwa­żam, że Kac­per ma ra­cję - do­dała sied­mio­let­nia Kaja.

"Boże, skąd w niej taka doj­rza­łość?" - zdzi­wiła się.

Naj­młod­sza có­reczka, Mila, we­soło ma­chała no­gami, ude­rza­jąc sa­mo­cho­dowy fo­tel matki.

- Ko­cha­nie, nie kop mnie, pro­szę - upo­mniała ła­god­nie córkę.

Płacz dziecka mo­men­tal­nie wy­peł­nił szczel­nie wiel­kie auto, zda­jące się kur­czyć do roz­mia­rów puszki coca-coli.

- Ja chyba za­raz zwa­riuję! - Z taką siłą za­ci­snęła ręce na kie­row­nicy, aż po­bie­lały jej knyk­cie.

- Wy­koń­czy­cie matkę - stwier­dził Kac­per.

- Za­mknij się, mą­dralo - syk­nęła Ma­ry­sia.

Mila wciąż się darła, a Kaja, nie­wzru­szona, wpa­try­wała się w okno.

- CI­SZA! Je­żeli za mo­ment wszy­scy nie za­milk­nie­cie, przy­się­gam, że wy­sa­dzę was z tego sa­mo­chodu i bę­dzie­cie wra­cać na pie­chotę. Zro­zu­miano?

Efekt chwi­lo­wej utraty pa­no­wa­nia nad sobą był taki, że Mila krzy­czała jesz­cze gło­śniej. Do wrza­sku Mili do­łą­czył ci­chy szloch Kai. Kac­per i Ma­ry­sia spoj­rzeli na matkę zło­wrogo. Proza ży­cia. "Gdzie po­peł­niam błąd?" - po­my­ślała. "Co ro­bię nie tak? Po­trze­buję ja­kiejś zmiany. Te­raz, za­raz, już. Nie od dziś wia­domo, że tylko dzieci lub głupcy ocze­kują in­nych efek­tów, po­dą­ża­jąc wciąż tą samą, do­brze ukle­paną drogą".

Roz­dział 1

Dom

Nowo otwarty plik za­chę­cał swoją czy­sto­ścią, aby na­pi­sać coś kon­struk­tyw­nego. Coś, co bę­dzie war­to­ściowe i zbie­rze same po­zy­tywne re­cen­zje. Oj, na­iwna. Pra­co­wała w tym za­wo­dzie od lat i do­sko­nale wie­działa, że gu­sta są tym, z czym dys­ku­to­wać nie warto. Ściany ga­bi­netu były ozdo­bione rów­nymi rzę­dami ra­mek, w które Mar­cel opra­wił okładki wszyst­kich jej ksią­żek. Nie ro­zu­miała, po co to ro­bił, lecz wy­ro­sła już z chęci ob­ję­cia ro­zu­mem wszyst­kiego, co do­ty­czyło jej ży­cia. Po­wie­ści, które wy­szły spod jej rąk, uzna­wała nie­jako za twór obcy - od­da­wała je światu i nie lu­biła do nich wra­cać. Jakby nie chciała oglą­dać się za sie­bie. Bo i po co?

Pro­ce­sowi pi­sa­nia za­wsze to­wa­rzy­szyła ci­sza. Brzę­czała jej w gło­wie róż­no­rako. Cza­sami wy­gry­wała po­godne Eine Kle­ine Na­cht­mu­sik Mo­zarta, a cza­sami nie wy­gry­wała nic. Ni­gdy nie wie­działa, ja­kie efekty przy­nie­sie praca, lecz z uf­no­ścią od­da­wała jej całe swoje ży­cie. Cze­muś prze­cież trzeba się po­świę­cić, bo czymże by­łoby ży­cie bez celu?

Ostat­nio co­raz rza­dziej za­da­wała so­bie to py­ta­nie. Była tuż przed czter­dziestką i wresz­cie za­czy­nała ro­zu­mieć, o co tak na­prawdę cho­dzi w ży­ciu. Po­przeczne zmarszczki na czole ozna­czały umie­jęt­ność dzi­wie­nia się. Kró­li­cze - zdra­dzały po­godne uspo­so­bie­nie. Tylko te lwie dzia­łały jej na nerwy. Ot pa­ra­doks, prze­cież wła­śnie przez nerwy mię­dzy jej brwiami po­wstały nie­po­żą­dane wy­żło­bie­nia.

Wzięła głę­boki wdech, li­cząc do czte­rech. Na wy­de­chu po­li­czyła do ośmiu. Po­wtó­rzyła czyn­ność kil­ku­krot­nie, wie­rząc, że jej na­stęp­stwem bę­dzie po­tok wy­pły­wa­ją­cych z wnę­trza słów, przy­bie­ra­ją­cych po­stać barw­nej, chwy­ta­ją­cej za serce hi­sto­rii. Za­mknęła na chwilę oczy, po czym po­trzą­snęła głową i z re­zy­gna­cją wstała od biurka z za­mia­rem uda­nia się do kuchni po ja­kiś sok.

- No i jak? Dasz prze­czy­tać?

- Da­ła­bym, gdy­bym miała co. Nie na­pi­sa­łam ani słowa - burk­nęła, gdy wrzu­cała do wy­ci­skarki kilka mar­che­wek.

- Nie masz weny?

- Mar­celku... - Spoj­rzała na męża z czu­ło­ścią. - Prze­cież wiesz, że nie wie­rzę w coś ta­kiego jak wena. Pi­sa­nie ksią­żek to praca jak każda inna. Po pro­stu ostat­nio umysł płata mi fi­gle i co­raz trud­niej go zdy­scy­pli­no­wać. Kiedy mu­sia­łam za­bie­gać o po­zy­cję w tym na­szym li­te­rac­kim światku, umia­łam wal­czyć o każde słowo. A te­raz?

- Te­raz już nie mu­sisz - stwier­dził.

- A może mi się nie chce? - Zmarsz­czyła czoło, dzi­wiąc się zda­niu, które pa­dło z jej ust.

- Komu jak komu, ale to­bie za­wsze się chce, ko­cha­nie. Nie znam osoby, któ­rej chcia­łoby się bar­dziej. - Cmok­nął ją w po­li­czek.

Pi­sała od za­wsze. Od­no­siła wra­że­nie, że uro­dziła się z pió­rem w ręku. Wy­cho­wana w domu peł­nym ksią­żek i mu­zyki, córka pi­sa­rza i skrzy­paczki, nie miała in­nego wyj­ścia jak tylko kon­ty­nu­ować dzieło któ­re­goś z ro­dzi­ców. Wy­brała pi­sa­nie. A może to pi­sa­nie wy­brało ją? Co prawda od dziecka grała na pia­ni­nie, śpie­wała i na­wet skoń­czyła z wy­róż­nie­niem szkołę mu­zyczną, ale na pewno nie dla­tego, że o tym ma­rzyła.

Oparta o ka­mienny pa­ra­pet ku­chen­nego okna za­my­śliła się na chwilę. Mar­cel roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon, płyn­nie po­słu­gu­jąc się ję­zy­kiem nie­miec­kim. Nie­zmien­nie od lat za­chwy­cał ją spo­sób, w jaki to czy­nił. Pe­łen luz i nie­wy­mu­szona kon­cen­tra­cja na, bądź co bądź, in­nym niż ro­dzimy ję­zyku. Za­zdro­ściła mu tej umie­jęt­no­ści. Ona sama błą­dziła w prze­strze­niach poza oj­czy­stą mową. Umiała my­śleć tylko w ję­zyku pol­skim.

- Od­bie­rzesz dzieci? - za­py­tała, gdy skoń­czył mó­wić.

Po­spiesz­nie wci­skał stopy w śnież­no­białe trampki. Nie­zwy­kle ce­nił so­bie wy­godę.

- Ko­cha­nie, dziś nie dam rady. Wła­śnie się do­wie­dzia­łem, że chce ze mną roz­ma­wiać sam szef sze­fów.

- Te­raz?

- Tak, te­raz. Cze­ka­łem na ten mo­ment mie­sią­cami. Dasz radę ja­koś to ogar­nąć? - Spoj­rzał bła­gal­nie na żonę.

Sło­dycz soku na­gle zmie­niła smak na gorzki. Ko­bieta spoj­rzała z re­zy­gna­cją na szklankę, po czym wy­lała jej za­war­tość do zlewu.

- Mó­wię ci, Maja, ten po­jazd zre­wo­lu­cjo­ni­zuje świat! Per­fek­cyj­nie po­łą­czy­łem tech­niczne środki zmniej­sza­jące opór po­wie­trza z in­no­wa­cyj­nymi roz­wią­za­niami sty­li­stycz­nymi. Je­stem kre­atywny. Brawo ja!

Wes­tchnęła, pró­bu­jąc opa­no­wać zde­ner­wo­wa­nie.

- Mar­cel, ale ja mam de­adline, mu­szę pi­sać. Nie mo­żesz ot tak zo­sta­wiać mnie sa­mej z czwórką dzieci na gło­wie. Nie tak się uma­wia­li­śmy. Nie tylko ja je­stem ich ro­dzi­cem.

Po tych sło­wach mąż, który w po­śpie­chu zbie­rał się już do wyj­ścia, za­trzy­mał się. Pod­szedł do żony i przy­tu­la­jąc się do jej po­liczka, wy­szep­tał jej do ucha słowa o do­zgon­nej mi­ło­ści. Za­pew­nił, jaką wspa­niałą jest ko­bietą, matką i jak świet­nie so­bie ze wszyst­kim ra­dzi.

- Mam tego dość! - Od­su­nęła się gwał­tow­nie, od­py­cha­jąc go od sie­bie.

- Czego ty masz znowu dość, Maja? - Był wy­raź­nie znie­cier­pli­wiony. - Ży­jesz jak pą­czek w ma­śle. Miesz­kasz w pięk­nym miej­scu, masz dom, o ja­kim ma­rzy­łaś, jeź­dzisz wy­pa­sioną furą, masz czwórkę zdro­wych, faj­nych dzie­cia­ków, a także miłą i pra­co­witą go­spo­się. I jakby tego było mało, je­steś speł­niona za­wo­dowo... Zro­zum, mu­szę tam iść. To dla mnie je­dyna szansa. Tak długo na to pra­co­wa­łem... Ru­chome ele­menty z przodu, po bo­kach i z tyłu po­jazdu wpły­wają na prze­pływ po­wie­trza wo­kół sa­mo­chodu. Cał­ko­wi­cie za­mknięte, zop­ty­ma­li­zo­wane pod wzglę­dem ae­ro­dy­na­micz­nym pod­wo­zie, prze­stronne wnę­trze, trzy sil­niki elek­tryczne, po­jemny li­towo-jo­nowy aku­mu­la­tor umiesz­czony po­mię­dzy osiami, po­ni­żej prze­działu pa­sa­żer­skiego. To musi się udać! Po pro­stu musi! Maja, wy­obra­żasz so­bie dy­na­mikę jazdy po­łą­czoną z mak­sy­mal­nym bez­pie­czeń­stwem? Mu­szę prze­ko­nać Niem­ców. Nie chcia­ła­byś jeź­dzić czymś ta­kim? - Pod­su­nął jej pod nos szkice naj­now­szej wer­sji po­jazdu, który ak­tu­al­nie pro­jek­to­wał.

Zbyła go smęt­nym spoj­rze­niem, co nie do końca mu się spodo­bało, ale już nie miał czasu na roz­mowy o ko­bie­cych emo­cjach. Za­pa­ko­wał szkice do czar­nej skó­rza­nej teczki, cmok­nął żonę w po­li­czek i ru­szył w kie­runku wyj­ścia.

- Mar­cel!

- Tak, ko­cha­nie? - Za­trzy­mał się w pół drogi.

- Ja na­prawdę mu­szę pi­sać. Ju­tro ty od­bie­rasz dzieci. Wpisz to w swój ka­len­darz, wy­ryj na ścia­nie, nie wiem, zrób, co chcesz, tylko o tym nie za­po­mnij ani nie sta­wiaj mnie przed fak­tem, in­for­mu­jąc, że wła­śnie wy­cho­dzisz. Nie ob­cho­dzą mnie te twoje fu­tu­ry­styczne pro­jekty. Dla mnie sa­mo­chód to cztery koła, kie­row­nica i ja­kaś tam ka­ro­se­ria. Sza­nuję twoją pracę, ale nie wy­ma­gaj ode mnie, że­bym eks­cy­to­wała się ka­wał­kiem bla­chy. By­łoby miło, gdy­byś nie za­po­mi­nał o tym, że mamy dzieci. Sama ich so­bie nie zro­bi­łam!

- Obie­cuję, że ju­tro ja się nimi zajmę. Za­wiozę na ba­sen, tańce i gdzie tylko mi ka­żesz, ale te­raz mu­szę już iść. Ko­cham cię, je­steś wspa­niała - wy­gło­sił po­chwałę i znik­nął za drzwiami.

Jesz­cze przez chwilę czuła jego za­pach. Za­wsze ją nim obez­wład­niał. Do­kład­nie wie­dział, co zro­bić, aby zmu­sić ją do ule­gło­ści, cho­ciaż ostat­nio co­raz czę­ściej za­sta­na­wiała się, ja­kim cu­dem od kil­ku­na­stu lat uda­wało im się two­rzyć w miarę udaną i har­mo­nijną ro­dzinę. Ro­dzące się w nie­wiel­kich od­stę­pach czasu dzieci były ży­wym do­wo­dem na bar­dzo udane ży­cie sek­su­alne. Tak, to za­wsze im wy­cho­dziło. Mar­cel był je­dy­nym li­czą­cym się w jej ży­ciu męż­czy­zną. Oczy­wi­ście oprócz syna. Praca sku­tecz­nie izo­lo­wała ją od reszty spo­łe­czeń­stwa, a w szcze­gól­no­ści jego mę­skiej czę­ści, która zde­cy­do­wa­nie rza­dziej się­gała po po­wie­ści wy­pły­wa­jące spod jej pióra.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Do­cho­dziła pięt­na­sta. Ozna­czało to ko­niec pierw­szej zmiany. Do pięt­na­stej była pi­sarką, a po pięt­na­stej sta­wała się matką, szo­fe­rem, ku­charką - go­spo­dy­nią do­mową, uj­mu­jąc naj­ogól­niej. Co prawda pani Imke wie­lo­krot­nie pro­po­no­wała jej po­moc przy dzie­ciach, ale Maja nie chciała z niej ko­rzy­stać. Zbyt do­brze pa­mię­tała czasy, kiedy to tę­sk­niła za wła­sną matką, pa­sjami od­da­jącą się mu­zyce i za­po­mi­na­jącą o tym, co na­prawdę ważne. Nie chciała po­peł­niać jej błę­dów, dla­tego choć cza­sami pa­dała na twarz, obo­wiązki matki wy­peł­niała sa­mo­dziel­nie. By­wało, że z tę­sk­notą w sercu wspo­mi­nała czasy, kiedy jesz­cze nikt nie sły­szał o jej po­wie­ściach. Mo­gła do­pra­co­wy­wać w nie­skoń­czo­ność każde zda­nie, nie czu­jąc na ple­cach od­de­chu nie­ubła­ga­nie upły­wa­ją­cego czasu. Te­raz wszystko było ina­czej. "Pani Maju, musi pani ist­nieć w świa­do­mo­ści czy­tel­ni­ków. Jedna po­wieść rocz­nie to za mało" - sły­szała od wy­dawcy, do któ­rego nie do­cie­rały ar­gu­menty, że pi­sa­nie po­wie­ści to nie wy­pie­ka­nie bu­łek i nie two­rzą się one same, we­dług usta­lo­nej wcze­śniej re­cep­tury. Żeby każdą uczy­nić wy­jąt­kową, mu­siała po­świę­cić jej czas, a ostat­nio miała go jak na le­kar­stwo.

Rzu­ciła okiem na pu­sty plik, za­mknęła go i wy­łą­czyła lap­top. Do ob­szer­nej torby wło­żyła cztery pół­li­trowe bu­telki wody mi­ne­ral­nej i po chwili sie­działa już w au­cie przy­po­mi­na­ją­cym mi­niau­to­bus.

Włą­czyła ra­dio. Wła­śnie grali jej ulu­biony ka­wa­łek. Po­gło­śniła i za­częła śpie­wać, nie spo­strze­ga­jąc na­wet, jak szybko zna­la­zła się przed przed­szko­lem naj­młod­szej có­reczki, Mili. Dzieci aku­rat ba­wiły się na placu za­baw. Wi­dok gro­mady brzdą­ców za­wsze ją roz­czu­lał.

- Mami, mami, mami! - Mila z im­pe­tem wpa­dła w ra­miona matki, bru­dząc pia­skiem jej śnież­no­białą bluzkę.

Trzy­ma­jąc małą na rę­kach, Maja zro­biła kilka we­so­łych ob­ro­tów.

- Jak ci mi­nął dzień? - za­py­tała po pol­sku.

- Bar­dzo do­brze. Tylko tro­chę tę­sk­ni­łam - od­parła Mila, prze­pla­ta­jąc pol­skie słowa z nie­miec­kimi.

Po chwili po­de­szła do nich wy­cho­waw­czyni.

- Mila była bar­dzo grzeczna. Pięk­nie zja­dła cały ta­lerz zupy ce­bu­lo­wej - po­in­for­mo­wała pani Schmidt, na­da­jąc swej wy­po­wie­dzi nutkę mat­czy­nej tro­ski. - Szy­ku­jemy przed­sta­wie­nie dla ro­dzi­ców. Pro­szę, oto tekst do na­ucze­nia. Gdyby pań­stwo mo­gli po­ćwi­czyć z có­reczką w domu, by­łoby wspa­niale.

Za­wsty­dzona dziew­czynka przy­tu­lała się te­raz do nogi matki.

- Całe dwa zda­nia, bar­dzo od­po­wie­dzialna rola. - Maja uśmiech­nęła się do na­uczy­cielki.

- Mila to bar­dzo zdolna dziew­czynka. Je­ste­śmy dumni, że jest z nami.

- Dzię­kuję bar­dzo, to miłe, co pani mówi. Na pewno się przy­go­tu­jemy, prawda, ko­cha­nie? - zwró­ciła się do có­reczki, któ­rej twarz cał­ko­wi­cie znik­nęła w ja­snych dżin­sach matki.

Skoń­czyw­szy roz­mowę z na­uczy­cielką, Maja z Milą ru­szyły w dal­szą trasę.

Kilka lat temu, kiedy prze­no­sili się z Pol­ski do sło­necz­nej Ba­wa­rii, Maja była pełna obaw o to, jak ułoży się ich ży­cie na emi­gra­cji. Dziś uśmie­chała się do sta­rych lę­ków, stwier­dza­jąc, że czło­wiek jest w sta­nie do­sto­so­wać się do każ­dych wa­run­ków, w ja­kich przyj­dzie mu funk­cjo­no­wać. Musi tylko chcieć się w nich od­na­leźć. A Maja bar­dzo chciała. Jesz­cze kilka lat temu nie wie­rzyła, że opa­nuje ję­zyk nie­miecki cho­ciażby w stop­niu za­do­wa­la­ją­cym. Dziś po­ro­zu­mie­wała się nim spraw­nie, a przy­naj­mniej tak jej się wy­da­wało.

Zna­la­zł­szy się na bo­isku szkol­nym, szybko zlo­ka­li­zo­wała wzro­kiem czter­na­sto­let­niego Kac­pra i sied­mio­let­nią Kaję. Naj­gło­śniej, jak tylko po­tra­fiła, przy­wo­łała do sie­bie po­cie­chy.

- Mama, masz wodę? - pa­dło tra­dy­cyjne py­ta­nie.

- Oczy­wi­ście. - Wy­cią­gnęła z torby dwie bu­telki. Jedną wrę­czyła sy­nowi, a drugą córce. - Po­cze­ka­cie tu na mnie? Pójdę po Ma­rię. Wła­śnie koń­czy lek­cję pia­nina. - Zer­k­nęła na ze­ga­rek.

Dzie­ciaki kiw­nęły gło­wami. Usa­dziła całą trójkę na ławce i udała się do bu­dynku, w któ­rym dzie­się­cio­latka aku­rat koń­czyła lek­cje. Dźwięki usły­sza­nego pre­lu­dium Jana Se­ba­stiana Ba­cha po­wstrzy­mały ją przed na­ci­śnię­ciem klamki. Ma­ry­sia miała ta­lent po babci, co cie­szyło nie tylko se­niorkę, lecz także wszyst­kich do­okoła. Córka wy­gry­wała wła­śnie ostat­nie takty.

- Już je­steś! - krzyk­nęła Ma­ry­sia na jej wi­dok. - Bar­dzo do­brze, bo je­stem głodna jak wilk. Co na obiad? Masz wodę?

- Tak, ko­cha­nie, oczy­wi­ście, że mam. - Się­gnęła do torby. Za­wsze była przy­go­to­wana. Każdy ruch Mai za­pla­no­wany był z na­le­ży­tym wy­prze­dze­niem.

Dziew­czynka przy­ssała się do bu­telki, jakby przez ostat­nią go­dzinę nie tyle bie­gała pal­cami po kla­wia­tu­rze, ile wy­star­to­wała w ma­ra­to­nie.

- Sły­sza­łam, jak gra­łaś. Idzie ci co­raz le­piej.

Ma­ria zda­wała się nie sły­szeć po­chwał. Ode­ssała się od "wo­do­poju", po czym sil­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem chwy­ciła matkę za rę­kaw.

- Idziemy, je­stem bar­dzo głodna.

- Ko­cha­nie, po­cze­kaj. Po­woli... Gdzie ci tak spieszno?

- Je­stem głodna.

- Ro­zu­miem, ale po­zwól, że naj­pierw za­mie­nię kilka zdań z pa­nią, do­brze?

Dziecko prze­wró­ciło oczami, czego matka po­sta­no­wiła nie ko­men­to­wać. Przy­wi­tała się z na­uczy­cielką i po­woli, sku­pia­jąc uwagę na każ­dym sło­wie, wy­py­tała o po­stępy Ma­rysi, która wła­śnie przy­go­to­wy­wała się do kon­kursu. Po krót­kiej roz­mo­wie od­wró­ciła się do córki i oznaj­miła, że te­raz mogą już wra­cać do domu.

- Mu­sia­łaś to ro­bić? - burk­nęła za­gnie­wa­nym to­nem Ma­ria, kiedy tylko wy­szły z klasy.

- Ale co, ko­cha­nie? Py­tać, jak ci idzie? Ow­szem, mu­sia­łam. Je­steś moją córką. Nie dziw się, że je­stem cie­kawa. Co in­nego sły­szeć, jak grasz w domu, a co in­nego za­się­gnąć opi­nii fa­chowca.

- Mo­głaś za­py­tać bab­cię.

- Prze­cież wiesz, że bab­cia jest da­leko. Poza tym nie jest obiek­tywna, bo ko­cha cię ca­łym ser­cem.

Ma­ria sap­nęła z re­zy­gna­cją.

- A cho­ciaż zro­zu­mia­łaś coś z tego, co pani po­wie­działa?

- To, co naj­waż­niej­sze, zro­zu­mia­łam. Po­wiem wię­cej: zro­zu­mia­łam pra­wie wszystko - stwier­dziła Maja z dumą w gło­sie.

Dziew­czynka znów sap­nęła.

- Co jest, ko­cha­nie? Chcesz mi coś po­wie­dzieć?

- Tak, mamo, chcę. Czy może mnie od­bie­rać tata?

"Mógłby, gdyby w tym cza­sie nie pró­bo­wał prze­ko­ny­wać Niem­ców do swo­jego no­wego pro­jektu ja­kie­goś od­rzu­to­wego auta, które ma zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać ry­nek sa­mo­cho­dów elek­trycz­nych" - po­my­ślała z gnie­wem, zdu­sza­jąc w so­bie chęć wy­ra­że­nia swych my­śli na głos.

- Tata jest w pracy - wes­tchnęła.

- Mo­głam po­cze­kać w świe­tlicy - burk­nęła có­reczka.

- Nie mo­głaś, po­nie­waż nie wiem, o któ­rej tata wróci. Praw­do­po­dob­nie bę­dzie w domu do­piero wie­czo­rem - po­in­for­mo­wała, reszt­kami sił pró­bu­jąc ukryć iry­ta­cję z po­wodu za­cho­wa­nia Ma­rysi.

- A Frau Imke?

- Mów po pol­sku.

- Mów po pol­sku, mów po pol­sku! - prze­drzeź­niała matkę.

Maja wzięła głę­boki wdech, za­trzy­mała się w pół kroku i przy­kuc­nęła przed córką.

- Ko­cha­nie, my za­wsze bę­dziemy Po­la­kami. Za­wsze, ro­zu­miesz? Nie masz pod­staw ku temu, aby się tego wsty­dzić. Prze­cież wszy­scy i tak znają na­szą hi­sto­rię. Wie­dzą, że nie je­ste­śmy Niem­cami. Nikt nie ocze­kuje ode mnie, że będę mó­wiła płyn­nie, bo ra­czej ni­gdy nie będę. Ro­zu­miesz?

Ma­ry­sia stała z na­bur­mu­szoną miną, a po chwili na­ka­zała:

- To cho­ciaż mów ci­szej. Tak, żeby... cię nie sły­szeli.

Za­bo­lało. Wła­sne dziecko się jej wsty­dziło. Po­sta­no­wiła jed­nak nie ko­men­to­wać sy­tu­acji.

- Chodźmy do domu. Twoje ro­dzeń­stwo czeka na ławce.

- A co na obiad?

- Ro­sół.

- Znów ro­sół? Mamo! Zja­dła­bym cur­ry­wur­sta.

- Ale zjesz ro­sół. Bo je­ste­śmy Po­la­kami - rze­kła z iry­ta­cją.

Krze­sło Mar­cela wciąż po­zo­sta­wało pu­ste. Maja sta­rała się nie pa­trzeć w jego stronę, aby nie de­ner­wo­wać się jesz­cze bar­dziej. Dzieci prze­ko­ma­rzały się przy stole, wy­su­wa­jąc co chwilę nowe żą­da­nia do­ty­czące za­war­to­ści ich ta­le­rzy.

- Usmażę wam ja­jecz­nicę, do­brze? - za­pro­po­no­wała Maja.

- Ja chcę płatki - po­wie­dział Kac­per.

- A ja pa­rówkę - wtrą­ciła Mila.

- Płatki się je na śnia­da­nie, a pa­rówki są nie­zdrowe, prawda, mamo? - rze­kła Ma­ria.

Kaja, za­jęta oglą­da­niem bajki na ta­ble­cie, wy­łą­czyła się z ro­dzin­nego za­mie­sza­nia. Dzie­ciaki za­częły się kłó­cić. Maja użyła ca­łej siły woli, aby za­cho­wać spo­kój.

- To nie jest bu­fet, że­by­ście prze­bie­rali. Bę­dzie ja­jecz­nica i ko­niec. Kaja, odłóż, pro­szę, ten ta­blet i za­in­te­re­suj się tym, co się do­okoła cie­bie dzieje.

Dziew­czynka nie za­re­ago­wała. Znie­cier­pli­wiony sy­tu­acją star­szy brat pod­szedł do sio­stry i wy­rwał jej z rąk urzą­dze­nie. Roz­legł się wrzask, któ­rego na­stęp­stwem był prze­raź­liwy szloch. Tego już było za wiele. Maja zła­pała się za głowę. "Kto ma psz­czoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród" - przy­po­mniało jej się po­wie­dzonko babci. Kwin­te­sen­cja ży­cia, jakże mą­dra i praw­dziwa. Jakby tego było mało, roz­legł się ja­zgot psa, in­for­mu­jący o po­wro­cie głowy ro­dziny. Bo­loń­czyk o imie­niu Lejka po­ja­wił się w ich domu wiele lat temu i był speł­nie­niem ma­rzeń pier­wo­rod­nego ro­dziny Pre­isów.

- No, już, już, spo­koj­nie. Je­stem, je­stem, ko­chana psino. - Mar­cel wziął zwie­rzaka na ręce.

Maja tym­cza­sem była za­jęta roz­bi­ja­niem szes­na­stu ja­jek.

- Le­piej ją od­staw, tata, bo za­raz cię osika - ostrze­gła Kaja, która przed mo­men­tem zdo­łała się uspo­koić.

- No, wła­śnie, pa­mię­ta­cie, jak ją wy­bie­ra­li­śmy? - wtrą­cił się Kac­per. - A wła­ści­wie ona wy­brała nas, jak osi­kała mi spodnie. Dla­tego zo­stała Lejką.

Mar­cel zdą­żył w porę od­sta­wić psa. Pod jego no­gami mo­men­tal­nie po­wstała ka­łuża. Omi­nął ją i pod­szedł do żony. Ob­jął ją w pa­sie i zło­żył na jej karku po­wi­talny po­ca­łu­nek.

- Boże, jak ty pach­niesz - szep­nął jej do ucha, wcią­gnąw­szy ze świ­stem po­wie­trze. - Mia­łem fan­ta­styczne po­po­łu­dnie. Uczcimy to, jak dzieci za­sną?

- Nie ma mowy. Je­stem sko­nana. - Wy­swo­bo­dziła się z jego ob­jęć i za­częła ener­gicz­nie mie­szać jajka wy­lane na gi­gan­tyczną pa­tel­nię.

Po mę­czą­cym dniu trudno jej było wy­krze­sać z sie­bie en­tu­zjazm. Mąż wy­dął usta, uda­jąc nie­po­cie­szo­nego.

- Nie chcę ci ro­bić wy­mó­wek, ko­cha­nie, ale jak zo­stał­byś z nimi przez jedno po­po­łu­dnie, wie­czo­rem padł­byś jak kawka - pró­bo­wała się tłu­ma­czyć.

- Aż tak wy­mę­czy­li­ście matkę? Ban­dziory, prze­brzy­dłe dar­mo­zjady. Już ja wam po­każę! - krzyk­nął, pod­bie­ga­jąc do dzieci i gil­go­ta­jąc je.

Za­częła się go­ni­twa wo­kół stołu. Pi­ski ra­do­ści, szcze­ka­nie psa i za­bawa na ca­łego. Maja, na­kła­da­jąc ja­jecz­nicę na ta­le­rze i pa­trząc na to wszystko, za­sta­na­wiała się, ile tak na­prawdę dzieci ma na wy­cho­wa­niu. Oczy­wi­ście nikt jej nie słu­chał.

- Mar­cel - upo­mniała roz­ba­wio­nego męża, tre­nu­ją­cego z sy­nem ciosy ninja.

Dziew­czynki sę­dzio­wały w naj­lep­sze i nic nie wska­zy­wało na to, że za­bawa wkrótce do­bie­gnie końca.

- Mar­cel! - po­wtó­rzyła gło­śniej, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć roz­wrzesz­czaną fe­rajnę. - Za­raz jajka osty­gną.

Nikt jej nie słu­chał. Wzięła głę­boki wdech, li­cząc do czte­rech, i na wy­de­chu po­li­czyła do ośmiu. "Za­raz zwa­riuję" - rze­kła do sie­bie w my­ślach. "Wyjdę z sie­bie i stanę obok, co­kol­wiek by ten stan ozna­czał". Znów wdech i wy­dech. Wes­tchnęła i za­częła jeść.

- Dzie­ciaki, ko­niec. Ma­mu­sia zro­biła ko­la­cję. Sia­dać w tej chwili.

- Ale my nie je­ste­śmy głodni.

- Sia­dać, po­wie­dzia­łem.

Cała czwórka spoj­rzała wy­mow­nie na matkę, która - zda­wa­łoby się - nic nie ro­biąc, prze­rwała trwa­jącą w naj­lep­sze za­bawę.

- Co tak pa­trzy­cie na mamę? Prze­cież wam po­wie­dzia­łem, że ma­cie sia­dać.

Maja po­woli roz­sma­ro­wy­wała awo­kado na kromce peł­no­ziar­ni­stego pie­czywa, pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój. Kiedy jed­nak Mar­cel po­wtó­rzył jesz­cze kilka razy to samo, a dzie­ciaki wciąż nic nie ro­biły so­bie ze słów ojca - nie wy­trzy­mała. Do­no­śnym gło­sem zdy­scy­pli­no­wała dzieci:

- Czy to za­wsze ja mu­szę być tym złym po­li­cjan­tem? - za­py­tała męża.

Nie od­po­wie­dział, za to spo­waż­niał w jed­nej chwili, a wraz z nim spo­waż­niało całe ro­dzinne to­wa­rzy­stwo. Zro­biło jej się przy­kro. Jak za­wsze chciała do­brze i jak zwy­kle wy­szło źle. Ech, ży­cie. Do­go­dze­nie każ­demu człon­kowi ro­dziny było wy­zwa­niem prze­kra­cza­ją­cym czę­sto jej moż­li­wo­ści.

Ro­dzina jest jak ga­łę­zie drzewa. Wszy­scy ro­śniemy w in­nych kie­run­kach, lecz za­wsze łą­czą nas ko­rze­nie.