Rozdział 1
Dom
Nowo otwarty plik zachęcał swoją czystością, aby napisać coś konstruktywnego. Coś, co będzie wartościowe i zbierze same pozytywne recenzje. Oj, naiwna. Pracowała w tym zawodzie od lat i doskonale wiedziała, że gusta są tym, z czym dyskutować nie warto. Ściany gabinetu były ozdobione równymi rzędami ramek, w które Marcel oprawił okładki wszystkich jej książek. Nie rozumiała, po co to robił, lecz wyrosła już z chęci objęcia rozumem wszystkiego, co dotyczyło jej życia. Powieści, które wyszły spod jej rąk, uznawała niejako za twór obcy - oddawała je światu i nie lubiła do nich wracać. Jakby nie chciała oglądać się za siebie. Bo i po co?
Procesowi pisania zawsze towarzyszyła cisza. Brzęczała jej w głowie różnorako. Czasami wygrywała pogodne Eine Kleine Nachtmusik Mozarta, a czasami nie wygrywała nic. Nigdy nie wiedziała, jakie efekty przyniesie praca, lecz z ufnością oddawała jej całe swoje życie. Czemuś przecież trzeba się poświęcić, bo czymże byłoby życie bez celu?
Ostatnio coraz rzadziej zadawała sobie to pytanie. Była tuż przed czterdziestką i wreszcie zaczynała rozumieć, o co tak naprawdę chodzi w życiu. Poprzeczne zmarszczki na czole oznaczały umiejętność dziwienia się. Królicze - zdradzały pogodne usposobienie. Tylko te lwie działały jej na nerwy. Ot paradoks, przecież właśnie przez nerwy między jej brwiami powstały niepożądane wyżłobienia.
Wzięła głęboki wdech, licząc do czterech. Na wydechu policzyła do ośmiu. Powtórzyła czynność kilkukrotnie, wierząc, że jej następstwem będzie potok wypływających z wnętrza słów, przybierających postać barwnej, chwytającej za serce historii. Zamknęła na chwilę oczy, po czym potrząsnęła głową i z rezygnacją wstała od biurka z zamiarem udania się do kuchni po jakiś sok.
- No i jak? Dasz przeczytać?
- Dałabym, gdybym miała co. Nie napisałam ani słowa - burknęła, gdy wrzucała do wyciskarki kilka marchewek.
- Nie masz weny?
- Marcelku... - Spojrzała na męża z czułością. - Przecież wiesz, że nie wierzę w coś takiego jak wena. Pisanie książek to praca jak każda inna. Po prostu ostatnio umysł płata mi figle i coraz trudniej go zdyscyplinować. Kiedy musiałam zabiegać o pozycję w tym naszym literackim światku, umiałam walczyć o każde słowo. A teraz?
- Teraz już nie musisz - stwierdził.
- A może mi się nie chce? - Zmarszczyła czoło, dziwiąc się zdaniu, które padło z jej ust.
- Komu jak komu, ale tobie zawsze się chce, kochanie. Nie znam osoby, której chciałoby się bardziej. - Cmoknął ją w policzek.
Pisała od zawsze. Odnosiła wrażenie, że urodziła się z piórem w ręku. Wychowana w domu pełnym książek i muzyki, córka pisarza i skrzypaczki, nie miała innego wyjścia jak tylko kontynuować dzieło któregoś z rodziców. Wybrała pisanie. A może to pisanie wybrało ją? Co prawda od dziecka grała na pianinie, śpiewała i nawet skończyła z wyróżnieniem szkołę muzyczną, ale na pewno nie dlatego, że o tym marzyła.
Oparta o kamienny parapet kuchennego okna zamyśliła się na chwilę. Marcel rozmawiał z kimś przez telefon, płynnie posługując się językiem niemieckim. Niezmiennie od lat zachwycał ją sposób, w jaki to czynił. Pełen luz i niewymuszona koncentracja na, bądź co bądź, innym niż rodzimy języku. Zazdrościła mu tej umiejętności. Ona sama błądziła w przestrzeniach poza ojczystą mową. Umiała myśleć tylko w języku polskim.
- Odbierzesz dzieci? - zapytała, gdy skończył mówić.
Pospiesznie wciskał stopy w śnieżnobiałe trampki. Niezwykle cenił sobie wygodę.
- Kochanie, dziś nie dam rady. Właśnie się dowiedziałem, że chce ze mną rozmawiać sam szef szefów.
- Teraz?
- Tak, teraz. Czekałem na ten moment miesiącami. Dasz radę jakoś to ogarnąć? - Spojrzał błagalnie na żonę.
Słodycz soku nagle zmieniła smak na gorzki. Kobieta spojrzała z rezygnacją na szklankę, po czym wylała jej zawartość do zlewu.
- Mówię ci, Maja, ten pojazd zrewolucjonizuje świat! Perfekcyjnie połączyłem techniczne środki zmniejszające opór powietrza z innowacyjnymi rozwiązaniami stylistycznymi. Jestem kreatywny. Brawo ja!
Westchnęła, próbując opanować zdenerwowanie.
- Marcel, ale ja mam deadline, muszę pisać. Nie możesz ot tak zostawiać mnie samej z czwórką dzieci na głowie. Nie tak się umawialiśmy. Nie tylko ja jestem ich rodzicem.
Po tych słowach mąż, który w pośpiechu zbierał się już do wyjścia, zatrzymał się. Podszedł do żony i przytulając się do jej policzka, wyszeptał jej do ucha słowa o dozgonnej miłości. Zapewnił, jaką wspaniałą jest kobietą, matką i jak świetnie sobie ze wszystkim radzi.
- Mam tego dość! - Odsunęła się gwałtownie, odpychając go od siebie.
- Czego ty masz znowu dość, Maja? - Był wyraźnie zniecierpliwiony. - Żyjesz jak pączek w maśle. Mieszkasz w pięknym miejscu, masz dom, o jakim marzyłaś, jeździsz wypasioną furą, masz czwórkę zdrowych, fajnych dzieciaków, a także miłą i pracowitą gosposię. I jakby tego było mało, jesteś spełniona zawodowo... Zrozum, muszę tam iść. To dla mnie jedyna szansa. Tak długo na to pracowałem... Ruchome elementy z przodu, po bokach i z tyłu pojazdu wpływają na przepływ powietrza wokół samochodu. Całkowicie zamknięte, zoptymalizowane pod względem aerodynamicznym podwozie, przestronne wnętrze, trzy silniki elektryczne, pojemny litowo-jonowy akumulator umieszczony pomiędzy osiami, poniżej przedziału pasażerskiego. To musi się udać! Po prostu musi! Maja, wyobrażasz sobie dynamikę jazdy połączoną z maksymalnym bezpieczeństwem? Muszę przekonać Niemców. Nie chciałabyś jeździć czymś takim? - Podsunął jej pod nos szkice najnowszej wersji pojazdu, który aktualnie projektował.
Zbyła go smętnym spojrzeniem, co nie do końca mu się spodobało, ale już nie miał czasu na rozmowy o kobiecych emocjach. Zapakował szkice do czarnej skórzanej teczki, cmoknął żonę w policzek i ruszył w kierunku wyjścia.
- Marcel!
- Tak, kochanie? - Zatrzymał się w pół drogi.
- Ja naprawdę muszę pisać. Jutro ty odbierasz dzieci. Wpisz to w swój kalendarz, wyryj na ścianie, nie wiem, zrób, co chcesz, tylko o tym nie zapomnij ani nie stawiaj mnie przed faktem, informując, że właśnie wychodzisz. Nie obchodzą mnie te twoje futurystyczne projekty. Dla mnie samochód to cztery koła, kierownica i jakaś tam karoseria. Szanuję twoją pracę, ale nie wymagaj ode mnie, żebym ekscytowała się kawałkiem blachy. Byłoby miło, gdybyś nie zapominał o tym, że mamy dzieci. Sama ich sobie nie zrobiłam!
- Obiecuję, że jutro ja się nimi zajmę. Zawiozę na basen, tańce i gdzie tylko mi każesz, ale teraz muszę już iść. Kocham cię, jesteś wspaniała - wygłosił pochwałę i zniknął za drzwiami.
Jeszcze przez chwilę czuła jego zapach. Zawsze ją nim obezwładniał. Dokładnie wiedział, co zrobić, aby zmusić ją do uległości, chociaż ostatnio coraz częściej zastanawiała się, jakim cudem od kilkunastu lat udawało im się tworzyć w miarę udaną i harmonijną rodzinę. Rodzące się w niewielkich odstępach czasu dzieci były żywym dowodem na bardzo udane życie seksualne. Tak, to zawsze im wychodziło. Marcel był jedynym liczącym się w jej życiu mężczyzną. Oczywiście oprócz syna. Praca skutecznie izolowała ją od reszty społeczeństwa, a w szczególności jego męskiej części, która zdecydowanie rzadziej sięgała po powieści wypływające spod jej pióra.
Zerknęła na zegarek. Dochodziła piętnasta. Oznaczało to koniec pierwszej zmiany. Do piętnastej była pisarką, a po piętnastej stawała się matką, szoferem, kucharką - gospodynią domową, ujmując najogólniej. Co prawda pani Imke wielokrotnie proponowała jej pomoc przy dzieciach, ale Maja nie chciała z niej korzystać. Zbyt dobrze pamiętała czasy, kiedy to tęskniła za własną matką, pasjami oddającą się muzyce i zapominającą o tym, co naprawdę ważne. Nie chciała popełniać jej błędów, dlatego choć czasami padała na twarz, obowiązki matki wypełniała samodzielnie. Bywało, że z tęsknotą w sercu wspominała czasy, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o jej powieściach. Mogła dopracowywać w nieskończoność każde zdanie, nie czując na plecach oddechu nieubłaganie upływającego czasu. Teraz wszystko było inaczej. "Pani Maju, musi pani istnieć w świadomości czytelników. Jedna powieść rocznie to za mało" - słyszała od wydawcy, do którego nie docierały argumenty, że pisanie powieści to nie wypiekanie bułek i nie tworzą się one same, według ustalonej wcześniej receptury. Żeby każdą uczynić wyjątkową, musiała poświęcić jej czas, a ostatnio miała go jak na lekarstwo.
Rzuciła okiem na pusty plik, zamknęła go i wyłączyła laptop. Do obszernej torby włożyła cztery półlitrowe butelki wody mineralnej i po chwili siedziała już w aucie przypominającym miniautobus.
Włączyła radio. Właśnie grali jej ulubiony kawałek. Pogłośniła i zaczęła śpiewać, nie spostrzegając nawet, jak szybko znalazła się przed przedszkolem najmłodszej córeczki, Mili. Dzieci akurat bawiły się na placu zabaw. Widok gromady brzdąców zawsze ją rozczulał.
- Mami, mami, mami! - Mila z impetem wpadła w ramiona matki, brudząc piaskiem jej śnieżnobiałą bluzkę.
Trzymając małą na rękach, Maja zrobiła kilka wesołych obrotów.
- Jak ci minął dzień? - zapytała po polsku.
- Bardzo dobrze. Tylko trochę tęskniłam - odparła Mila, przeplatając polskie słowa z niemieckimi.
Po chwili podeszła do nich wychowawczyni.
- Mila była bardzo grzeczna. Pięknie zjadła cały talerz zupy cebulowej - poinformowała pani Schmidt, nadając swej wypowiedzi nutkę matczynej troski. - Szykujemy przedstawienie dla rodziców. Proszę, oto tekst do nauczenia. Gdyby państwo mogli poćwiczyć z córeczką w domu, byłoby wspaniale.
Zawstydzona dziewczynka przytulała się teraz do nogi matki.
- Całe dwa zdania, bardzo odpowiedzialna rola. - Maja uśmiechnęła się do nauczycielki.
- Mila to bardzo zdolna dziewczynka. Jesteśmy dumni, że jest z nami.
- Dziękuję bardzo, to miłe, co pani mówi. Na pewno się przygotujemy, prawda, kochanie? - zwróciła się do córeczki, której twarz całkowicie zniknęła w jasnych dżinsach matki.
Skończywszy rozmowę z nauczycielką, Maja z Milą ruszyły w dalszą trasę.
Kilka lat temu, kiedy przenosili się z Polski do słonecznej Bawarii, Maja była pełna obaw o to, jak ułoży się ich życie na emigracji. Dziś uśmiechała się do starych lęków, stwierdzając, że człowiek jest w stanie dostosować się do każdych warunków, w jakich przyjdzie mu funkcjonować. Musi tylko chcieć się w nich odnaleźć. A Maja bardzo chciała. Jeszcze kilka lat temu nie wierzyła, że opanuje język niemiecki chociażby w stopniu zadowalającym. Dziś porozumiewała się nim sprawnie, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Znalazłszy się na boisku szkolnym, szybko zlokalizowała wzrokiem czternastoletniego Kacpra i siedmioletnią Kaję. Najgłośniej, jak tylko potrafiła, przywołała do siebie pociechy.
- Mama, masz wodę? - padło tradycyjne pytanie.
- Oczywiście. - Wyciągnęła z torby dwie butelki. Jedną wręczyła synowi, a drugą córce. - Poczekacie tu na mnie? Pójdę po Marię. Właśnie kończy lekcję pianina. - Zerknęła na zegarek.
Dzieciaki kiwnęły głowami. Usadziła całą trójkę na ławce i udała się do budynku, w którym dziesięciolatka akurat kończyła lekcje. Dźwięki usłyszanego preludium Jana Sebastiana Bacha powstrzymały ją przed naciśnięciem klamki. Marysia miała talent po babci, co cieszyło nie tylko seniorkę, lecz także wszystkich dookoła. Córka wygrywała właśnie ostatnie takty.
- Już jesteś! - krzyknęła Marysia na jej widok. - Bardzo dobrze, bo jestem głodna jak wilk. Co na obiad? Masz wodę?
- Tak, kochanie, oczywiście, że mam. - Sięgnęła do torby. Zawsze była przygotowana. Każdy ruch Mai zaplanowany był z należytym wyprzedzeniem.
Dziewczynka przyssała się do butelki, jakby przez ostatnią godzinę nie tyle biegała palcami po klawiaturze, ile wystartowała w maratonie.
- Słyszałam, jak grałaś. Idzie ci coraz lepiej.
Maria zdawała się nie słyszeć pochwał. Odessała się od "wodopoju", po czym silnym, zdecydowanym ruchem chwyciła matkę za rękaw.
- Idziemy, jestem bardzo głodna.
- Kochanie, poczekaj. Powoli... Gdzie ci tak spieszno?
- Jestem głodna.
- Rozumiem, ale pozwól, że najpierw zamienię kilka zdań z panią, dobrze?
Dziecko przewróciło oczami, czego matka postanowiła nie komentować. Przywitała się z nauczycielką i powoli, skupiając uwagę na każdym słowie, wypytała o postępy Marysi, która właśnie przygotowywała się do konkursu. Po krótkiej rozmowie odwróciła się do córki i oznajmiła, że teraz mogą już wracać do domu.
- Musiałaś to robić? - burknęła zagniewanym tonem Maria, kiedy tylko wyszły z klasy.
- Ale co, kochanie? Pytać, jak ci idzie? Owszem, musiałam. Jesteś moją córką. Nie dziw się, że jestem ciekawa. Co innego słyszeć, jak grasz w domu, a co innego zasięgnąć opinii fachowca.
- Mogłaś zapytać babcię.
- Przecież wiesz, że babcia jest daleko. Poza tym nie jest obiektywna, bo kocha cię całym sercem.
Maria sapnęła z rezygnacją.
- A chociaż zrozumiałaś coś z tego, co pani powiedziała?
- To, co najważniejsze, zrozumiałam. Powiem więcej: zrozumiałam prawie wszystko - stwierdziła Maja z dumą w głosie.
Dziewczynka znów sapnęła.
- Co jest, kochanie? Chcesz mi coś powiedzieć?
- Tak, mamo, chcę. Czy może mnie odbierać tata?
"Mógłby, gdyby w tym czasie nie próbował przekonywać Niemców do swojego nowego projektu jakiegoś odrzutowego auta, które ma zrewolucjonizować rynek samochodów elektrycznych" - pomyślała z gniewem, zduszając w sobie chęć wyrażenia swych myśli na głos.
- Tata jest w pracy - westchnęła.
- Mogłam poczekać w świetlicy - burknęła córeczka.
- Nie mogłaś, ponieważ nie wiem, o której tata wróci. Prawdopodobnie będzie w domu dopiero wieczorem - poinformowała, resztkami sił próbując ukryć irytację z powodu zachowania Marysi.
- A Frau Imke?
- Mów po polsku.
- Mów po polsku, mów po polsku! - przedrzeźniała matkę.
Maja wzięła głęboki wdech, zatrzymała się w pół kroku i przykucnęła przed córką.
- Kochanie, my zawsze będziemy Polakami. Zawsze, rozumiesz? Nie masz podstaw ku temu, aby się tego wstydzić. Przecież wszyscy i tak znają naszą historię. Wiedzą, że nie jesteśmy Niemcami. Nikt nie oczekuje ode mnie, że będę mówiła płynnie, bo raczej nigdy nie będę. Rozumiesz?
Marysia stała z naburmuszoną miną, a po chwili nakazała:
- To chociaż mów ciszej. Tak, żeby... cię nie słyszeli.
Zabolało. Własne dziecko się jej wstydziło. Postanowiła jednak nie komentować sytuacji.
- Chodźmy do domu. Twoje rodzeństwo czeka na ławce.
- A co na obiad?
- Rosół.
- Znów rosół? Mamo! Zjadłabym currywursta.
- Ale zjesz rosół. Bo jesteśmy Polakami - rzekła z irytacją.
Krzesło Marcela wciąż pozostawało puste. Maja starała się nie patrzeć w jego stronę, aby nie denerwować się jeszcze bardziej. Dzieci przekomarzały się przy stole, wysuwając co chwilę nowe żądania dotyczące zawartości ich talerzy.
- Usmażę wam jajecznicę, dobrze? - zaproponowała Maja.
- Ja chcę płatki - powiedział Kacper.
- A ja parówkę - wtrąciła Mila.
- Płatki się je na śniadanie, a parówki są niezdrowe, prawda, mamo? - rzekła Maria.
Kaja, zajęta oglądaniem bajki na tablecie, wyłączyła się z rodzinnego zamieszania. Dzieciaki zaczęły się kłócić. Maja użyła całej siły woli, aby zachować spokój.
- To nie jest bufet, żebyście przebierali. Będzie jajecznica i koniec. Kaja, odłóż, proszę, ten tablet i zainteresuj się tym, co się dookoła ciebie dzieje.
Dziewczynka nie zareagowała. Zniecierpliwiony sytuacją starszy brat podszedł do siostry i wyrwał jej z rąk urządzenie. Rozległ się wrzask, którego następstwem był przeraźliwy szloch. Tego już było za wiele. Maja złapała się za głowę. "Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród" - przypomniało jej się powiedzonko babci. Kwintesencja życia, jakże mądra i prawdziwa. Jakby tego było mało, rozległ się jazgot psa, informujący o powrocie głowy rodziny. Bolończyk o imieniu Lejka pojawił się w ich domu wiele lat temu i był spełnieniem marzeń pierworodnego rodziny Preisów.
- No, już, już, spokojnie. Jestem, jestem, kochana psino. - Marcel wziął zwierzaka na ręce.
Maja tymczasem była zajęta rozbijaniem szesnastu jajek.
- Lepiej ją odstaw, tata, bo zaraz cię osika - ostrzegła Kaja, która przed momentem zdołała się uspokoić.
- No, właśnie, pamiętacie, jak ją wybieraliśmy? - wtrącił się Kacper. - A właściwie ona wybrała nas, jak osikała mi spodnie. Dlatego została Lejką.
Marcel zdążył w porę odstawić psa. Pod jego nogami momentalnie powstała kałuża. Ominął ją i podszedł do żony. Objął ją w pasie i złożył na jej karku powitalny pocałunek.
- Boże, jak ty pachniesz - szepnął jej do ucha, wciągnąwszy ze świstem powietrze. - Miałem fantastyczne popołudnie. Uczcimy to, jak dzieci zasną?
- Nie ma mowy. Jestem skonana. - Wyswobodziła się z jego objęć i zaczęła energicznie mieszać jajka wylane na gigantyczną patelnię.
Po męczącym dniu trudno jej było wykrzesać z siebie entuzjazm. Mąż wydął usta, udając niepocieszonego.
- Nie chcę ci robić wymówek, kochanie, ale jak zostałbyś z nimi przez jedno popołudnie, wieczorem padłbyś jak kawka - próbowała się tłumaczyć.
- Aż tak wymęczyliście matkę? Bandziory, przebrzydłe darmozjady. Już ja wam pokażę! - krzyknął, podbiegając do dzieci i gilgotając je.
Zaczęła się gonitwa wokół stołu. Piski radości, szczekanie psa i zabawa na całego. Maja, nakładając jajecznicę na talerze i patrząc na to wszystko, zastanawiała się, ile tak naprawdę dzieci ma na wychowaniu. Oczywiście nikt jej nie słuchał.
- Marcel - upomniała rozbawionego męża, trenującego z synem ciosy ninja.
Dziewczynki sędziowały w najlepsze i nic nie wskazywało na to, że zabawa wkrótce dobiegnie końca.
- Marcel! - powtórzyła głośniej, próbując przekrzyczeć rozwrzeszczaną ferajnę. - Zaraz jajka ostygną.
Nikt jej nie słuchał. Wzięła głęboki wdech, licząc do czterech, i na wydechu policzyła do ośmiu. "Zaraz zwariuję" - rzekła do siebie w myślach. "Wyjdę z siebie i stanę obok, cokolwiek by ten stan oznaczał". Znów wdech i wydech. Westchnęła i zaczęła jeść.
- Dzieciaki, koniec. Mamusia zrobiła kolację. Siadać w tej chwili.
- Ale my nie jesteśmy głodni.
- Siadać, powiedziałem.
Cała czwórka spojrzała wymownie na matkę, która - zdawałoby się - nic nie robiąc, przerwała trwającą w najlepsze zabawę.
- Co tak patrzycie na mamę? Przecież wam powiedziałem, że macie siadać.
Maja powoli rozsmarowywała awokado na kromce pełnoziarnistego pieczywa, próbując zachować spokój. Kiedy jednak Marcel powtórzył jeszcze kilka razy to samo, a dzieciaki wciąż nic nie robiły sobie ze słów ojca - nie wytrzymała. Donośnym głosem zdyscyplinowała dzieci:
- Czy to zawsze ja muszę być tym złym policjantem? - zapytała męża.
Nie odpowiedział, za to spoważniał w jednej chwili, a wraz z nim spoważniało całe rodzinne towarzystwo. Zrobiło jej się przykro. Jak zawsze chciała dobrze i jak zwykle wyszło źle. Ech, życie. Dogodzenie każdemu członkowi rodziny było wyzwaniem przekraczającym często jej możliwości.
Rodzina jest jak gałęzie drzewa. Wszyscy rośniemy w innych kierunkach, lecz zawsze łączą nas korzenie.