?
Rozdział 4
- Dzień dobry, jestem komisarz Harte, a to sierżant Driscoll. Koledzy przekazali mi, że pana syn mógł widzieć kogoś na miejscu zdarzenia jeszcze zanim wybuchł pożar.
Mężczyzna mocniej owinął się kurtką.
- Tak. Nie mam nic przeciwko temu, żebyście z nim porozmawiali, ale proszę, nie przyspórzcie mu stresu. I tak już ma koszmary, nie jestem w stanie położyć go w jego pokoju. Nie chcę, żeby jeszcze bardziej się wystraszył. Jeżeli dostrzegę choćby najmniejsze oznaki jego niepokoju, będę musiał prosić o zakończenie rozmowy.
Gina spojrzała na stojącego w oknie niewinnego chłopczyka, nie chcąc go wystraszyć.
- Jestem babcią dziewczynki w podobnym wieku. - Uśmiechnęła się, żeby uspokoić mężczyznę.
- Więc wie pani, jak to jest. Proszę za mną. - Poprowadził ich podjazdem. Ciemne włosy pokręciły mu się pod wpływem wilgoci w powietrzu.
- Proszę zaczekać. - Gina przystanęła przy samochodzie. - Możemy najpierw porozmawiać z panem, zanim pójdziemy do małego?
- Oczywiście. - Zdenerwowany ojciec zmarszczył brwi.
Jacob otarł oczy chusteczką, a potem kichnął.
- Przepraszam. Dym naprawdę daje mi w kość. - Wyjął notes.
Gina stała pod włączoną przez fotokomórkę lampą.
- Mogę prosić o pana nazwisko?
- Aiden Marsh - odparł. Wyjął z kieszeni wełniane rękawiczki i je włożył. - Lodowato tu. Czy moglibyśmy wejść przynajmniej do kuchni?
- Tak, przepraszam. Chciałam tylko ustalić kilka faktów, zanim porozmawiamy z pana synkiem. Kuchnia będzie dobra.
Mężczyzna otworzył drzwi, a Ginę otuliło ciepło. Usłyszała trzaski, gdy włączył się grzejnik. Maluch wyszedł z salonu w piżamce w potwory.
- Tatusiu, jestem głodny. Brzuszek mi burczy. - Uśmiechnął się, pokazując lukę pomiędzy przednimi zębami.
Mężczyzna kucnął przed synem i odsunął mu czarną grzywkę z oczu.
- Za chwilę coś na to poradzę. Muszę tylko porozmawiać z tym państwem. Posiedzisz w salonie z kocykiem jeszcze przez kilka minut?
Chłopiec uniósł głowę i zapatrzył się na Ginę, która się do niego uśmiechnęła, następnie pobiegł do salonu i wskoczył na kanapę, a Aiden zamknął za nim pokój. Kuchnia połączona z jadalnią była przestronna, na końcu znajdowały się drzwi harmonijkowe, a u góry świetlik, za którym wstawało już słońce.
- Proszę siadać. Kawy?
Gina popatrzyła na zegarek. Wiedziała, że ma jeszcze sporo roboty przed wyruszeniem na posterunek, żeby poinformować ekipę dochodzeniowo-śledczą o najnowszych ustaleniach.
- Nie, dziękuję. - Spojrzała na Jacoba, który również pokręcił głową.
Aiden i tak nastawił czajnik.
- Jak dobrze znał pan Chapmanów?
- Mój syn Elias czasami bawił się z ich synkiem Harveyem. Towarzysko się nie kontaktowaliśmy. Ich małżeństwo wydawało się burzliwe.
- Dlaczego pan tak uważa?
- Przez kłótnie i...
- I?
- Bił ją.
- Pan Chapman?
Aiden przytaknął.
- Kilka tygodni temu widziałem, jak się krzywiła, wysiadając ze swojego niebieskiego volvo. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, co się między nimi działo. Jestem pewny, że już wcześniej ją tłukł. Słyszałem, jak mówili o tym ci, którzy mieszkają bezpośrednio obok nich. Kiedyś, jak pieliłem grządki przed domem, słyszałem, że przystanęli na chodniku i plotkowali o Faith i Glenie. Faith to jego żona. A on nie jest najmilszym z ludzi... Nie był. Podejrzewam, że czarny worek wyniesiony z jego domu oznacza, że nie żyje.
Gina przytaknęła.
- Dlaczego uważa pan, że to on był w tym worku?
Postawił kubek na blacie, trzęsły mu się ręce. Głośno przełknął ślinę, a nieco później czajnik zaczął gotować wodę.
- Co? Czy jestem oficjalnie przesłuchiwany?
- Przepraszam, panie Marsh. Po prostu wykonuję swoje obowiązki. Nie chciałam pana zdenerwować.
Wzruszył ramionami, następnie usiadł przy stole, ale nie zalał wodą napoju.
- Nie, to ja przepraszam. Rozumiem, że musicie zadawać pytania. Wiedziałem, że w nocy był sam w domu. Dwa dni temu Faith w dość dramatycznych okolicznościach od niego odeszła. Widzieli i słyszeli to chyba wszyscy na naszej ulicy. Płakała i krzyczała, wpychając dzieci do samochodu. Wszystko to było smutne, bo Elias widział Harveya. Cała rodzina miała zaczerwienione oczy.
- Czy pan Chapman też tam był?
Aiden zaprzeczył ruchem głowy.
- Początkowo nie, ale kiedy zapinała dzieci w fotelikach, wytoczył się z domu. Był bardzo pijany, więc podejrzewam, że właśnie dlatego Faith udało się tak sprawnie uciec. Słyszałem, że kilkakrotnie krzyczała coś o rozwodzie, a potem on zaklął, wrócił do środka i trzasnął drzwiami. I tyle. Zanim zdążyłem zapytać Faith, czy wszystko w porządku, wskoczyła za kierownicę i odjechała. Jednak widziałem, że nie była w dobrym stanie. Miała krew na wardze. Od tamtej pory jej nie widziałem. Dlatego właśnie pomyślałem, że w worku na zwłoki mógł być właśnie Glen.
Jacob pisał szybko, starając się jak najwięcej zanotować.
Gina zdjęła płaszcz i odchyliła się, żeby powietrze dostało się pod jej ubranie. Odkąd weszła do ciepłego domu, zdążyła się zagrzać.
- Widział pan, żeby ktoś podejrzany kręcił się wokół tamtego domu?
Aiden pokręcił głową.
- Ja nie, ale mój syn już tak. Zostawiłem go, gdy zasnął w moim łóżku, a sam poszedłem do salonu, by zdrzemnąć się na kanapie, dlatego w całym domu nadal jest pełno koców. Rok temu zmarła moja żona, a syn przychodzi do mojego łóżka prawie co noc i rozkłada się po mojej stronie, a ja nie mogę się wyspać. Nie położę się u niego w pokoju, bo ma mały materac obudowany na kształt samochodu. Najwyraźniej w nocy się obudził i wyjrzał przez okno, bo coś usłyszał. Ma bardzo płytki sen.
- Ma pan może numer telefonu pani Chapman?
Przygryzł dolną wargę i zmarszczył brwi.
- Tak. Dostałem go od niej, gdy umawialiśmy wspólną zabawę naszych dzieci, to wszystko. Dzwoniła, proponowała dzień i godzinę, a potem spotykaliśmy się w bawialni. Byli tam też inni rodzice... więc nie spotykaliśmy się sami. To znaczy, nie romansowałem z nią... ani nic z tych rzeczy. Spotykaliśmy się tylko przez nasze dzieci.
Podał zbyt wiele informacji. Gina zastanawiała się, czy w relacji Aidena i Faith nie było czegoś więcej.
- Panie Marsh, czy był pan z panią Chapman w jakimkolwiek bliskim związku?
Wyprostował się, przy czym skrzypnęło pod nim drewniane krzesło.
- Nie, wcale. Nigdy. Martwiłem się o nią, proponowałem, że mogę ją wysłuchać, gdyby chciała pogadać o tym, co się działo w jej domu. Miałem obawy, więc przypomniałem jej, że jestem tuż-tuż, gdyby mnie potrzebowała.
- Co odpowiedziała?
- Podziękowała, ale nigdy nie poprosiła o pomoc. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Miałem nadzieję, że znajdzie siłę, żeby go zostawić.
Gina wiedziała, że łatwiej jest powiedzieć, niż zrobić. Wydawało się jej, że pani Chapman mogłaby usunąć męża, który ją dręczył, a sąsiad Aiden Marsh się w to zaangażował. Wyraźnie coś do niej czuł, ale nie zamierzał o tym mówić. Oboje mieli motyw. Uśmiechnęła się, próbując go uspokoić.
- Czy możemy porozmawiać w tej chwili z Eliasem? Może moglibyśmy wszyscy przenieść się do salonu, gdzie małemu będzie wygodniej?
Aiden przytaknął. Jednak wyraźnie zmartwiony wpatrywał się czekoladowymi oczami w Ginę. Obdarzył ją wymuszonym uśmiechem, zabębnił palcami o blat i wstał.
- Tak. - Poprowadził funkcjonariuszy do korytarza, po czym ostrożnie otworzył drzwi.
Chłopczyk leżał pod kilkoma kocami, ściskając przytulankę. Książka z obrazkami upadła mu na podłogę.
- Możemy zjeść teraz śniadanie, tatusiu?
- Za chwileczkę, synku. Podnieś się.
Malec się przesunął, a ojciec zajął miejsce obok niego. Gdy objął dziecko, to wtuliło się w niego.
- Ci mili państwo chcieliby przez moment z tobą porozmawiać, dobrze?
Chłopczyk uśmiechnął się szeroko, zasłonił twarz rękami, a potem rozłożył palce i zza nich wyjrzał.
- Kim oni są?
Gina odchrząknęła i kucnęła przed nim. Jacob usiadł w fotelu przy oknie.
- Mam na imię Gina, a to jest Jacob. A ty? - Uśmiechnęła się życzliwie i pokiwała głową.
- Eli - pisnął, nim zaczął ssać kciuk.
Różowe policzki i słodka mina chłopca roztopiły jej serce. Popatrzyła na jego otwartą książkę, która ukazywała królika buszującego po kuchennych szafkach.
- Moja wnuczka uwielbia tę opowieść. Najbardziej podoba jej się to, że królik zjada wszystkie marchewki, a potem przez cały dzień leży na podłodze, bo nie może zapiąć spodni.
Chłopiec się zaśmiał.
- Też mi się to podoba.
- Twój tata mówił mi, że obudziłeś się wcześnie rano, tak wcześnie, że było jeszcze ciemno. Nie tak jak teraz, kiedy już robi się jasno.
Elias pokiwał przesadnie głową.
- Obudziłem się.
- A wiesz dlaczego? Bo wciąż była noc.
Zaśmiał się cicho.
- Bo coś słyszałem.
- A co takiego?
- Bum. - Klasnął i zachichotał.
- Dobrze, to głośne bum. Wiesz, skąd się wzięło? Widziałeś przez okno?
Ponownie przytaknął i położył dłonie na zaróżowionych policzkach.
- Na ścieżce stoi kosz. Ktoś niegrzeczny musiał go przewrócić. Widziałem, jak go podnosił.
- Dlaczego ten ktoś był niegrzeczny?
- Bo powinien spać. - Chłopczyk znów zachichotał.
- Rozumiem. - Gina cmoknęła i ponownie się uśmiechnęła. - Masz rację. Wszyscy powinni w nocy spać. Widziałeś tego kogoś?
- Tak, ale było ciemno. Miał kaptur, spodnie i był duży jak dorosły.
- A wiesz, czy to pani czy pan?
Dziecko pokręciło głową.
- A możesz wyjrzeć przez okno i pokazać kosz, który ten ktoś przewrócił? - Przy ścieżce stało kilka kubłów.
Malec zsunął się z kanapy i podbiegł do okna.
- Tamten. - Wskazał palcem.
- Dziękuję, Eli. Bardzo nam pomogłeś. - Gina spojrzała na kosz i dostrzegła, że leżały wokół niego śmieci, co potwierdzało wersję chłopca.
Dziecko włożyło palce do ust, a potem wróciło do ojca.
- Jestem okropnie głodny, tatusiu. Brzuszek tak chce jedzenia, że aż boli.
- Już, synu. - Mężczyzna poczochrał go po włosach i pocałował w głowę. Wstał. - Chyba tylko tyle widział. Później zszedł na dół i mnie obudził.
- O której to było?
- Wróćmy do kuchni. Eli, przygotuję ci śniadanie i zjesz tutaj. Zostań i zagrzej się pod kocem, dobrze? Panuje ziąb, a chcę, żeby było ci ciepło.
- Dobrze, tatusiu. - Malec złapał za postrzępione nakrycie i się nim owinął.
Gina wstała i się uśmiechnęła.
- Jeszcze raz ci dziękuję, Eli. Bardzo nam pomogłeś i miło mi się z tobą rozmawiało.
Dorośli przenieśli się do kuchni.
Aiden oparł się o blat i w końcu nalał wody do kubka z kawą.
- Eli obudził mnie chyba piętnaście po trzeciej, więc sam pewnie wstał niedługo wcześniej. Tuliliśmy się na kanapie, aż usłyszałem zamieszanie na zewnątrz.
Gina czekała, aż Jacob to zapisze.
- Dziękuję. Jeżeli da mi pan numer pani Chapman, to będzie już koniec. Wszystkie moje pytania były rutynowe, zadam je również pozostałym sąsiadom.
Przesuwał palcem po ekranie, a potem zapisał numer na karteczce samoprzylepnej.
- Proszę.
- Dziękuję za współpracę, pójdziemy już. - Włożyła płaszcz, żeby wyjść na chłodny poranek.
Aiden pokiwał im głową.
Kiedy wyszli, Gina spojrzała na Jacoba.
- Na pewno wpadła mu w oko bardziej, niż chciał przyznać. Za każdym razem, gdy o niej mówił, wydawał się trochę rozmarzony. Najlepiej będzie, jeśli przekażemy te straszne wieści pani Chapman, jednak najpierw musimy zlecić zabezpieczenie tego kosza. Możesz zadzwonić do żony denata i powiedzieć, że jedziemy do niej?
Jacob przytaknął, wziął od komisarz karteczkę i przeszedł podjazdem aż do ulicy.
Gina spojrzała na dom i przez okno zobaczyła, że w środku Aiden podał synowi miskę z płatkami, a potem popatrzył na nią, nim odwrócił wzrok. Ciepło czyjegoś oddechu na jej szyi sprawiło, że powoli się obróciła.
- Czego pan chce? - zapytała dziennikarza.
- Kiedy pani nie było, sąsiedzi zaczęli plotkować. Biedna pani Chapman, ofiara domowej przemocy. Miała dobry motyw, żeby go zabić. To sytuacja, w której szanse miało tylko jedno z nich. Któreś musiało skończyć martwe. Tak mi się wydaje. Och, i proszę się nie martwić, nie opublikuje tego... jeszcze. Najpierw chcę uporządkować fakty. - Pete Bloxwich wyszczerzył zęby w uśmiechu, prychnął i potarł nos. - Niech pani potraktuje to jako mój wkład w sprawę. To, że podzieliłem się zasłyszanymi na ulicy wieściami. Ja pomagam pani, a pani mnie. Może razem zdołamy odkryć prawdę, a prawda wyzwala... jak mawiają. - Wybuchnął śmiechem i odszedł.
Mylił się. Prawda oznaczała jej koniec.