Jej ostatnie życzenie. Detektyw Gina Harte tom 10 - Carla Kovach

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

?

Rozdział 2

Komisarz Gina Harte przewracała się z boku na bok w przepoconej pościeli, nie mogąc spokojnie spać. Kołdra zsunęła się do połowy jej ciała, kiedy w koszmarze pojawili się dziennikarze Lyndsey Saunders i Pete Bloxwich. Całowali się, a potem na nią spojrzeli, gdy stała na końcu tego samego ciemnego korytarza, który często odwiedzała w snach. Chciała się odwrócić i uciec, ale za jej plecami był ceglany mur. Miała do wyboru albo stawić czoła reporterom, albo zginąć, nie mając jak uciec.

Sapnęła głośno i wyprężyła się na łóżku, ściskając poduszkę. Do spoconych policzków przykleiły się jej brązowe, podobne do szczurzych ogonów pasma falowanych włosów, które wymknęły się z upiętego wcześniej koka. Deszcz, a może nawet grad walił o szyby, co potęgowało jej dezorientację. Kotka Ebony miauknęła, a potem zeskoczyła na podłogę. Gina złapała się za klatkę piersiową, czując, jak pospiesznie bije jej serce, dopóki nie uspokoiła oddechu. Chciała, by był to zaledwie koszmar, ale wiedziała, że musi się z czymś uporać. Dopiero wtedy zniknie ten niepokój. Najważniejsze pytanie brzmiało: jak sobie z tym poradzi? W prawdziwym życiu utknęła tak samo jak w tym głupim śnie.

Lyndey Saunders została zawieszona w pracy, ale teraz dla "Herald" pisał ten obślizgły Pete Bloxwich. Dawał jej do wiwatu na wszystkie możliwe sposoby. Wzięła telefon i popatrzyła na e-mail, który jej wysłał. Od razu przeszła do części, która wydała się jej najbardziej niepokojąca.

Zbyt wiele osób chce mówić, pani Harte. Teściowa Hetty i szwagier Stephen mają tak wiele do powiedzenia. A kiedy nikt nie chce ich słuchać, choć mówią głośniej. Musi pani jako pierwsza przedstawić swoją wersję wydarzeń.

To coś więcej niż artykuł w prasie. Coś więcej niż pierwsza strona lokalnej gazety. Będzie pani gwiazdą mojego śledztwa. Niech mi pani powie, czy krzyczała pani tamtego wieczoru, gdy posunął się za daleko? Czy panią skrzywdził? Ludzie mówili, że pił. Nawet jego własna rodzina wspomniała, że miał problem alkoholowy.

Wszyscy uwielbiają słuchać o prawdziwych zbrodniach. Wystarczy, że obejrzy pani najpopularniejsze programy telewizyjne, a jest ich pełno. Mam nadzieję, że jest pani gotowa na blamaż. Hmm, Terry Smithson poznaje ładną, niewinną Ginę Harte. Ona studiuje, a on jest wulkanizatorem. Młodzieńcza miłość. Może mi pani o tym opowiedzieć albo mogę trochę pozmyślać, żeby dodać tej historii nieco pikanterii. Może wasz pierwszy pocałunek miał miejsce na przystanku autobusowym, kiedy Terry macał panią po tyłu? Jeśli mi pani o tym opowie, nie przedstawię zdarzeń w niewłaściwy sposób, zresztą bardzo tego nie chcę. Zasługuje pani na należytą reprezentację, a ja mogę się tym zająć.

Przecież chce się pani wyspowiadać. Musi być pani ciężko przez cały ten czas dźwigać ten ciężar. Proszę go zrzucić z barków. Niech pani stawi czoła sytuacji i powie prawdę. Co dokładnie wydarzyło się wtedy, gdy zginął pani mąż Terry? Społeczeństwo zasługuje na to, żeby wiedzieć, że ktoś, kto powinien ich chronić, sam stanowi zagrożenie. Czy jest pani niebezpieczna? Proszę do mnie zadzwonić.

Rzuciła telefon na łóżko i oparła się o zagłówek, starając się zapomnieć o śnie z Lyndsey i Pete'em. Nie, nie została uwięziona w żadnym korytarzu bez wyjścia, a Pete nie miał na nią haka. Wiedziała o tym, ponieważ Hetty i Stephen nie mieli dowodów, ale nie byli głupi. Wcześniej nie doceniła tego duetu matki i syna. Na pogrzebie męża nie prezentowała się jak pogrążona w głębokiej żałobie żona, a oni to zauważyli. Cokolwiek powiedzieli dziennikarzowi, przestawili jedynie swoje domysły, ale pewne było, że nie odpuszczą tej sprawy, a im głośniej będą o niej mówić, tym więcej wątpliwości zrodzi się w Ginie. Jeżeli wystarczająco dużo osób zakwestionuje to, co stało się wtedy, gdy umarł jej mąż, może wszystko utracić. Rozmowa z kimś takim jak Pete Bloxwich w niczym jej nie pomoże. Najlepszym wyjściem będzie zignorowanie go, a nawet zagrożenie pozwem o zniesławienie. Upieranie się, że wszystko, co powiedzieli mu bliscy jej zmarłego męża było kłamstwem.

O mało nie spadła z łóżka, gdy rozdzwonił się jej telefon.

Dobijał się do niej sierżant Jacob Driscoll.

- Wszystko w porządku, szefowo?

- Tak. Co się stało? - Mógł dzwonić do niej w środku nocy tylko wówczas, jeżeli stało się coś bardzo złego. Przemknęło jej przez myśl, że może chodzić o nią samą. Czy Pete Bloxwich odkrył jakieś dowody na to, że zabiła Terry'ego?

- Podpalenie - powiedział.

Odetchnęła i zamknęła oczy, słuchając dalszych informacji.

- Zginął mężczyzna. Jadę na miejsce, wezwano techników. W tej chwili panuje tam niezły chaos, bo strażacy jeszcze nie zwinęli węży.

- Już jadę. Wyślesz mi adres?

- Tak, oczywiście. Do zobaczenia na miejscu. - Rozłączył się i chwilę później dostała namiary na miejsce zdarzenia.

Zrzuciła całą pościel z łóżka na podłogę, a potem poszła pod prysznic. Trzęsła się w łazience, gdy odkręcała wodę.

"Czy jest pani niebezpieczna?" - rozbrzmiały w jej głowie słowa z wiadomości dziennikarza. Mimo wszystko, nie uratowała Terry'ego, choć zapewne mogła to zrobić. Podjęła decyzję i czekała, aż umrze, zanim wezwała karetkę. Tak, była niebezpieczna i to bardziej, niż kiedykolwiek zakładała. Najgorsze, że bez wahania by to powtórzyła. Może Pete to dostrzeże, gdy na nią spojrzy? Nigdy w pełni nie zrozumie okrucieństwa, którego doświadczyła z ręki męża oraz tego, że obawiała się o swoje życie. Mężczyzna miał jednak dzieci. Musiał więc wiedzieć, że rodzic zrobi wszystko, co w jego mocy, by chronić swoje pociechy.

Zapowiadał się długi dzień. Gina nie miała najmniejszych wątpliwości, że w którymś momencie zobaczy reportera kręcącego się na miejscu zdarzenia, chcącego pozyskać informacje jeszcze przed konferencją prasową. Musiał jakoś zarobić na chleb, dopóki nie napisze okropnego artykułu o jej życiu. Zarówno on, jak i Stephen i Hetty wychodzili z siebie, żeby ją załatwić.

?

Prolog

Osiem lat wcześniej

Leżę na podłodze, w drżącej ręce trzymając komórkę, i czekam, aż zadzwoni. Potrzebuję cię w tej chwili bardziej niż kiedykolwiek, jednak ciebie tu nie ma. Wydawało mi się, że chodziło o to, żeby wzajemnie się chronić i troszczyć się o siebie, ale się mną nie przejmujesz i to boli bardziej niż krwawiące rany na moim ciele. Jednak to coś więcej niż poraniona skóra. To znajduje się głęboko w moim wnętrzu. Silny ból promieniuje z serca, które przepełnione emocjami gotowe jest wybuchnąć. Powinno eksplodować, ale jak zwykle w takich sytuacjach trzymam nerwy na wodzy.

Nic już nie wydaje się prawdziwe. Czuję mrowienie, które daje znać o odrętwieniu. Martwię się, bo nic mnie nie boli. Zajmując się pękniętą wargą i myjąc brudną od krwi głowę, wiem, że jutro obudzę się w zupełnie normalnym stanie. Pójdę biegać, a potem wrócę do domu i zjem śniadanie. Pomacham sąsiadowi, który wyjdzie na spacer z psem, po czym wpadnę do sklepu po kilka czasopism. Będzie zupełnie zwyczajnie. Pozostaje mi tylko zapomnieć.

Lustro jednak nie kłamie. Gdy tak wpatruję się w swoje odbicie, kwestionuję ostatnią myśl. Srebrna tafla pokazuje jedno wielkie kłamstwo, dowiódłby tego krótki pobyt w gabinecie luster. W tej chwili wszystko wydaje się zamglone. Moja sylwetka jest rozmazana. Jednak to nie wina odbicia, a moich oczu.

Jedna noc. Wystarczyła jedna noc i wszystko się zmieniło. Moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Nie ma co temu zaprzeczać. Wzdrygam się, ponownie ocierając wargę. Niedobrze mi z powodu woni zgnilizny dobywającej się z porów mojej skóry, ale nie ma sensu wywoływać torsji. I tak nie mam czym wymiotować. A może...

Ponownie spoglądam na telefon, choć wiem, że nie zadzwoni. Porzucono mnie. Smakuję sól, którą na mojej górnej wardze pozostawiły wysychające łzy. Nagły skowyt lisa sprawia, że się podrywam, a serce wali mi jak młotem, jakby chciało wyskoczyć z mojej piersi, więc natychmiast zamykam okno. Znów otwieram skrzynkę odbiorczą i po raz setny czytam tę samą wiadomość. Dygoczę. Muszę się pozbyć tego numeru. Powoli osuwam się na podłogę i przyciągam kolana do piersi. Mam wrażenie, że głowa zaraz mi eksploduje. Potwór znów warczy w moim brzuchu, a głos w moim umyśle odzywa się dokładnie tak, jak brzmiał zaledwie dwie godziny temu, powtarzając w pętli te same słowa. Mam wrażenie, jakby robaki pełzały mi pod skórą, przez co się drapię i uderzam po całym ciele, ale to uczucie nie ustępuje.

Nigdy nie zniknie.

?

Rozdział 4

- Dzień dobry, jestem komisarz Harte, a to sierżant Driscoll. Koledzy przekazali mi, że pana syn mógł widzieć kogoś na miejscu zdarzenia jeszcze zanim wybuchł pożar.

Mężczyzna mocniej owinął się kurtką.

- Tak. Nie mam nic przeciwko temu, żebyście z nim porozmawiali, ale proszę, nie przyspórzcie mu stresu. I tak już ma koszmary, nie jestem w stanie położyć go w jego pokoju. Nie chcę, żeby jeszcze bardziej się wystraszył. Jeżeli dostrzegę choćby najmniejsze oznaki jego niepokoju, będę musiał prosić o zakończenie rozmowy.

Gina spojrzała na stojącego w oknie niewinnego chłopczyka, nie chcąc go wystraszyć.

- Jestem babcią dziewczynki w podobnym wieku. - Uśmiechnęła się, żeby uspokoić mężczyznę.

- Więc wie pani, jak to jest. Proszę za mną. - Poprowadził ich podjazdem. Ciemne włosy pokręciły mu się pod wpływem wilgoci w powietrzu.

- Proszę zaczekać. - Gina przystanęła przy samochodzie. - Możemy najpierw porozmawiać z panem, zanim pójdziemy do małego?

- Oczywiście. - Zdenerwowany ojciec zmarszczył brwi.

Jacob otarł oczy chusteczką, a potem kichnął.

- Przepraszam. Dym naprawdę daje mi w kość. - Wyjął notes.

Gina stała pod włączoną przez fotokomórkę lampą.

- Mogę prosić o pana nazwisko?

- Aiden Marsh - odparł. Wyjął z kieszeni wełniane rękawiczki i je włożył. - Lodowato tu. Czy moglibyśmy wejść przynajmniej do kuchni?

- Tak, przepraszam. Chciałam tylko ustalić kilka faktów, zanim porozmawiamy z pana synkiem. Kuchnia będzie dobra.

Mężczyzna otworzył drzwi, a Ginę otuliło ciepło. Usłyszała trzaski, gdy włączył się grzejnik. Maluch wyszedł z salonu w piżamce w potwory.

- Tatusiu, jestem głodny. Brzuszek mi burczy. - Uśmiechnął się, pokazując lukę pomiędzy przednimi zębami.

Mężczyzna kucnął przed synem i odsunął mu czarną grzywkę z oczu.

- Za chwilę coś na to poradzę. Muszę tylko porozmawiać z tym państwem. Posiedzisz w salonie z kocykiem jeszcze przez kilka minut?

Chłopiec uniósł głowę i zapatrzył się na Ginę, która się do niego uśmiechnęła, następnie pobiegł do salonu i wskoczył na kanapę, a Aiden zamknął za nim pokój. Kuchnia połączona z jadalnią była przestronna, na końcu znajdowały się drzwi harmonijkowe, a u góry świetlik, za którym wstawało już słońce.

- Proszę siadać. Kawy?

Gina popatrzyła na zegarek. Wiedziała, że ma jeszcze sporo roboty przed wyruszeniem na posterunek, żeby poinformować ekipę dochodzeniowo-śledczą o najnowszych ustaleniach.

- Nie, dziękuję. - Spojrzała na Jacoba, który również pokręcił głową.

Aiden i tak nastawił czajnik.

- Jak dobrze znał pan Chapmanów?

- Mój syn Elias czasami bawił się z ich synkiem Harveyem. Towarzysko się nie kontaktowaliśmy. Ich małżeństwo wydawało się burzliwe.

- Dlaczego pan tak uważa?

- Przez kłótnie i...

- I?

- Bił ją.

- Pan Chapman?

Aiden przytaknął.

- Kilka tygodni temu widziałem, jak się krzywiła, wysiadając ze swojego niebieskiego volvo. Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, co się między nimi działo. Jestem pewny, że już wcześniej ją tłukł. Słyszałem, jak mówili o tym ci, którzy mieszkają bezpośrednio obok nich. Kiedyś, jak pieliłem grządki przed domem, słyszałem, że przystanęli na chodniku i plotkowali o Faith i Glenie. Faith to jego żona. A on nie jest najmilszym z ludzi... Nie był. Podejrzewam, że czarny worek wyniesiony z jego domu oznacza, że nie żyje.

Gina przytaknęła.

- Dlaczego uważa pan, że to on był w tym worku?

Postawił kubek na blacie, trzęsły mu się ręce. Głośno przełknął ślinę, a nieco później czajnik zaczął gotować wodę.

- Co? Czy jestem oficjalnie przesłuchiwany?

- Przepraszam, panie Marsh. Po prostu wykonuję swoje obowiązki. Nie chciałam pana zdenerwować.

Wzruszył ramionami, następnie usiadł przy stole, ale nie zalał wodą napoju.

- Nie, to ja przepraszam. Rozumiem, że musicie zadawać pytania. Wiedziałem, że w nocy był sam w domu. Dwa dni temu Faith w dość dramatycznych okolicznościach od niego odeszła. Widzieli i słyszeli to chyba wszyscy na naszej ulicy. Płakała i krzyczała, wpychając dzieci do samochodu. Wszystko to było smutne, bo Elias widział Harveya. Cała rodzina miała zaczerwienione oczy.

- Czy pan Chapman też tam był?

Aiden zaprzeczył ruchem głowy.

- Początkowo nie, ale kiedy zapinała dzieci w fotelikach, wytoczył się z domu. Był bardzo pijany, więc podejrzewam, że właśnie dlatego Faith udało się tak sprawnie uciec. Słyszałem, że kilkakrotnie krzyczała coś o rozwodzie, a potem on zaklął, wrócił do środka i trzasnął drzwiami. I tyle. Zanim zdążyłem zapytać Faith, czy wszystko w porządku, wskoczyła za kierownicę i odjechała. Jednak widziałem, że nie była w dobrym stanie. Miała krew na wardze. Od tamtej pory jej nie widziałem. Dlatego właśnie pomyślałem, że w worku na zwłoki mógł być właśnie Glen.

Jacob pisał szybko, starając się jak najwięcej zanotować.

Gina zdjęła płaszcz i odchyliła się, żeby powietrze dostało się pod jej ubranie. Odkąd weszła do ciepłego domu, zdążyła się zagrzać.

- Widział pan, żeby ktoś podejrzany kręcił się wokół tamtego domu?

Aiden pokręcił głową.

- Ja nie, ale mój syn już tak. Zostawiłem go, gdy zasnął w moim łóżku, a sam poszedłem do salonu, by zdrzemnąć się na kanapie, dlatego w całym domu nadal jest pełno koców. Rok temu zmarła moja żona, a syn przychodzi do mojego łóżka prawie co noc i rozkłada się po mojej stronie, a ja nie mogę się wyspać. Nie położę się u niego w pokoju, bo ma mały materac obudowany na kształt samochodu. Najwyraźniej w nocy się obudził i wyjrzał przez okno, bo coś usłyszał. Ma bardzo płytki sen.

- Ma pan może numer telefonu pani Chapman?

Przygryzł dolną wargę i zmarszczył brwi.

- Tak. Dostałem go od niej, gdy umawialiśmy wspólną zabawę naszych dzieci, to wszystko. Dzwoniła, proponowała dzień i godzinę, a potem spotykaliśmy się w bawialni. Byli tam też inni rodzice... więc nie spotykaliśmy się sami. To znaczy, nie romansowałem z nią... ani nic z tych rzeczy. Spotykaliśmy się tylko przez nasze dzieci.

Podał zbyt wiele informacji. Gina zastanawiała się, czy w relacji Aidena i Faith nie było czegoś więcej.

- Panie Marsh, czy był pan z panią Chapman w jakimkolwiek bliskim związku?

Wyprostował się, przy czym skrzypnęło pod nim drewniane krzesło.

- Nie, wcale. Nigdy. Martwiłem się o nią, proponowałem, że mogę ją wysłuchać, gdyby chciała pogadać o tym, co się działo w jej domu. Miałem obawy, więc przypomniałem jej, że jestem tuż-tuż, gdyby mnie potrzebowała.

- Co odpowiedziała?

- Podziękowała, ale nigdy nie poprosiła o pomoc. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Miałem nadzieję, że znajdzie siłę, żeby go zostawić.

Gina wiedziała, że łatwiej jest powiedzieć, niż zrobić. Wydawało się jej, że pani Chapman mogłaby usunąć męża, który ją dręczył, a sąsiad Aiden Marsh się w to zaangażował. Wyraźnie coś do niej czuł, ale nie zamierzał o tym mówić. Oboje mieli motyw. Uśmiechnęła się, próbując go uspokoić.

- Czy możemy porozmawiać w tej chwili z Eliasem? Może moglibyśmy wszyscy przenieść się do salonu, gdzie małemu będzie wygodniej?

Aiden przytaknął. Jednak wyraźnie zmartwiony wpatrywał się czekoladowymi oczami w Ginę. Obdarzył ją wymuszonym uśmiechem, zabębnił palcami o blat i wstał.

- Tak. - Poprowadził funkcjonariuszy do korytarza, po czym ostrożnie otworzył drzwi.

Chłopczyk leżał pod kilkoma kocami, ściskając przytulankę. Książka z obrazkami upadła mu na podłogę.

- Możemy zjeść teraz śniadanie, tatusiu?

- Za chwileczkę, synku. Podnieś się.

Malec się przesunął, a ojciec zajął miejsce obok niego. Gdy objął dziecko, to wtuliło się w niego.

- Ci mili państwo chcieliby przez moment z tobą porozmawiać, dobrze?

Chłopczyk uśmiechnął się szeroko, zasłonił twarz rękami, a potem rozłożył palce i zza nich wyjrzał.

- Kim oni są?

Gina odchrząknęła i kucnęła przed nim. Jacob usiadł w fotelu przy oknie.

- Mam na imię Gina, a to jest Jacob. A ty? - Uśmiechnęła się życzliwie i pokiwała głową.

- Eli - pisnął, nim zaczął ssać kciuk.

Różowe policzki i słodka mina chłopca roztopiły jej serce. Popatrzyła na jego otwartą książkę, która ukazywała królika buszującego po kuchennych szafkach.

- Moja wnuczka uwielbia tę opowieść. Najbardziej podoba jej się to, że królik zjada wszystkie marchewki, a potem przez cały dzień leży na podłodze, bo nie może zapiąć spodni.

Chłopiec się zaśmiał.

- Też mi się to podoba.

- Twój tata mówił mi, że obudziłeś się wcześnie rano, tak wcześnie, że było jeszcze ciemno. Nie tak jak teraz, kiedy już robi się jasno.

Elias pokiwał przesadnie głową.

- Obudziłem się.

- A wiesz dlaczego? Bo wciąż była noc.

Zaśmiał się cicho.

- Bo coś słyszałem.

- A co takiego?

- Bum. - Klasnął i zachichotał.

- Dobrze, to głośne bum. Wiesz, skąd się wzięło? Widziałeś przez okno?

Ponownie przytaknął i położył dłonie na zaróżowionych policzkach.

- Na ścieżce stoi kosz. Ktoś niegrzeczny musiał go przewrócić. Widziałem, jak go podnosił.

- Dlaczego ten ktoś był niegrzeczny?

- Bo powinien spać. - Chłopczyk znów zachichotał.

- Rozumiem. - Gina cmoknęła i ponownie się uśmiechnęła. - Masz rację. Wszyscy powinni w nocy spać. Widziałeś tego kogoś?

- Tak, ale było ciemno. Miał kaptur, spodnie i był duży jak dorosły.

- A wiesz, czy to pani czy pan?

Dziecko pokręciło głową.

- A możesz wyjrzeć przez okno i pokazać kosz, który ten ktoś przewrócił? - Przy ścieżce stało kilka kubłów.

Malec zsunął się z kanapy i podbiegł do okna.

- Tamten. - Wskazał palcem.

- Dziękuję, Eli. Bardzo nam pomogłeś. - Gina spojrzała na kosz i dostrzegła, że leżały wokół niego śmieci, co potwierdzało wersję chłopca.

Dziecko włożyło palce do ust, a potem wróciło do ojca.

- Jestem okropnie głodny, tatusiu. Brzuszek tak chce jedzenia, że aż boli.

- Już, synu. - Mężczyzna poczochrał go po włosach i pocałował w głowę. Wstał. - Chyba tylko tyle widział. Później zszedł na dół i mnie obudził.

- O której to było?

- Wróćmy do kuchni. Eli, przygotuję ci śniadanie i zjesz tutaj. Zostań i zagrzej się pod kocem, dobrze? Panuje ziąb, a chcę, żeby było ci ciepło.

- Dobrze, tatusiu. - Malec złapał za postrzępione nakrycie i się nim owinął.

Gina wstała i się uśmiechnęła.

- Jeszcze raz ci dziękuję, Eli. Bardzo nam pomogłeś i miło mi się z tobą rozmawiało.

Dorośli przenieśli się do kuchni.

Aiden oparł się o blat i w końcu nalał wody do kubka z kawą.

- Eli obudził mnie chyba piętnaście po trzeciej, więc sam pewnie wstał niedługo wcześniej. Tuliliśmy się na kanapie, aż usłyszałem zamieszanie na zewnątrz.

Gina czekała, aż Jacob to zapisze.

- Dziękuję. Jeżeli da mi pan numer pani Chapman, to będzie już koniec. Wszystkie moje pytania były rutynowe, zadam je również pozostałym sąsiadom.

Przesuwał palcem po ekranie, a potem zapisał numer na karteczce samoprzylepnej.

- Proszę.

- Dziękuję za współpracę, pójdziemy już. - Włożyła płaszcz, żeby wyjść na chłodny poranek.

Aiden pokiwał im głową.

Kiedy wyszli, Gina spojrzała na Jacoba.

- Na pewno wpadła mu w oko bardziej, niż chciał przyznać. Za każdym razem, gdy o niej mówił, wydawał się trochę rozmarzony. Najlepiej będzie, jeśli przekażemy te straszne wieści pani Chapman, jednak najpierw musimy zlecić zabezpieczenie tego kosza. Możesz zadzwonić do żony denata i powiedzieć, że jedziemy do niej?

Jacob przytaknął, wziął od komisarz karteczkę i przeszedł podjazdem aż do ulicy.

Gina spojrzała na dom i przez okno zobaczyła, że w środku Aiden podał synowi miskę z płatkami, a potem popatrzył na nią, nim odwrócił wzrok. Ciepło czyjegoś oddechu na jej szyi sprawiło, że powoli się obróciła.

- Czego pan chce? - zapytała dziennikarza.

- Kiedy pani nie było, sąsiedzi zaczęli plotkować. Biedna pani Chapman, ofiara domowej przemocy. Miała dobry motyw, żeby go zabić. To sytuacja, w której szanse miało tylko jedno z nich. Któreś musiało skończyć martwe. Tak mi się wydaje. Och, i proszę się nie martwić, nie opublikuje tego... jeszcze. Najpierw chcę uporządkować fakty. - Pete Bloxwich wyszczerzył zęby w uśmiechu, prychnął i potarł nos. - Niech pani potraktuje to jako mój wkład w sprawę. To, że podzieliłem się zasłyszanymi na ulicy wieściami. Ja pomagam pani, a pani mnie. Może razem zdołamy odkryć prawdę, a prawda wyzwala... jak mawiają. - Wybuchnął śmiechem i odszedł.

Mylił się. Prawda oznaczała jej koniec.

?

Rozdział 1

Niedziela, 14 XI

Skradam się wzdłuż żywopłotu, wiedząc, że nikt mnie nie widzi. Wszyscy są w łóżkach, co o tej porze jest zupełnie normalne. W końcu jest środek nocy - idealny czas na to, co muszę zrobić. Benzyna chlupocze w kanistrze, od którego zaczyna bolec mnie ręka, ale nie mam już daleko.

Dom jest wspaniały, dokładnie taki, jaki chciałabym mieć. Z dwuspadowym dachem, wypielęgnowanym ogródkiem z przodu, który wygląda jak wprost z katalogu "Perfekcyjna posiadłość". Na podjeździe stoi kosztowny samochód klasy premium, który ma wszystkie nowoczesne dodatki. Chciałabym przyjść tu jedynie w odwiedziny. Kręci mi się w głowie na myśl o moich zamiarach.

Mijając karmik dla ptaków, który umiejscowiono pośrodku trawnika, wkładam do niego słoik z zapaloną świeczuszką do podgrzewaczy. Leży na szronie, który niebawem pewnie wszędzie się stopi i nadejdą powodzie. Trzęsę się. Zimno dziś na zewnątrz, więc wolałabym siedzieć okryta kocem w domu. Karmnik ma daszek, zatem świeczka będzie się palić, dopóki nie przyjdzie rzęsisty dreszcz. Wypuszczone z moich ust powietrze unosi się przede mną w postaci białego obłoczku, a potem czuję na twarzy kroplę dżdżu. Muszę zrobić to, co zaplanowane, a potem się wynosić, zanim zacznie lać. Rozglądam się i w oknie domu naprzeciwko zauważam niewielki ruch. Przez chwilę spoglądam w tamtą stronę, idiotycznie wstrzymując oddech, jakby to w czymkolwiek miało mi pomóc. Moja wyobraźnia pracuje na wyższych obrotach.

Podchodzę do drzwi wejściowych, przy których zapala się lampa na fotokomórkę. Unoszę głowę i dostrzegam kamerę monitoringu, która mnie jednak nie powstrzyma. Wiem, że od wieków nie jest podłączona, a ja mam na ustach szalik, a także nisko nasunięty na oczy kaptur. Wyglądam jak włamywacz. Wypchałam kurtkę, żeby sprawiać wrażenie większej, niż naprawdę jestem. Zrobiłam wszystko, by się chronić, więc nie ma mowy, żeby mnie złapano. Nie porzucę swoich zamiarów, nawet jeśli mnie to przeraża. Mam zbyt wiele do stracenia, jeśli zostanę schwytana.

Stoję na ganku, czekając, aż zgaśnie lampa, i nasłuchuję, ale nic nie słyszę. Światło zostaje wyłączone, a ja unoszę daszek wrzutni na listy w drzwiach. W domu panuje cisza. Tak dyskretnie, jak to tylko możliwe, odkręcam kanister, a potem wkładam lejek do szpary i wlewam benzynę. Jest dobrze, bo słyszę chlupot na korytarzu, ale brak szurania stóp czy kroków. Wiem, że co noc się upija i śpi na kanapie. Nie poczuje niczego, bo zginie we śnie, a przynajmniej taką mam nadzieję. Chociaż mogę się mylić. Wyobrażam sobie, jak skóra topi się na jego ciele, jak kapie niczym wosk ze świecy, przez co kurczy mi się żołądek. Zamieram, starając się wyrzucić te myśli z głowy. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, jednak w moim umyśle pojawia się pytanie, na które muszę odpowiedzieć. Czy jest coś, czego nie zrobiłabym dla swojego ciała i krwi, ale odpowiedź brzmi: "Nie, nie ma".

Wyjmuję zapalniczkę i szmatę, którą wieszam w szczelinie. Podpalam! Dom trzeszczy, gdy płoną opary benzyny. Ogień liże całą powierzchnię korytarza, więc wiem, że to tylko kwestia czasu, zanim budynek stanie w płomieniach. Wycofuję się z sercem w gardle. Niebawem ktoś wezwie straż pożarną lub zacznie wyć czujka dymu. Czekam, przez chwilę wyobrażając sobie, jak głośny może być alarm, ale się nie włącza. Tak wiele osób nie wymienia baterii w tego typu urządzeniach. Serce mi kołacze, gdy w trampkach biegnę podjazdem, trzymając się otaczającego ogród żywopłotu. Staram się nie potrącić kubła na śmieci, na który wpadłam, gdy tu szłam. Nie potrzebuję uwagi postronnych. Ponownie myślę o konsekwencjach, gdyby ktoś mnie złapał, i wiem, że muszę się spieszyć. Pomiędzy gałązkami krzewów dostrzegam świecę, która płonie jasno w karmniku dla ptaków. Zrobiłam wszystko, co miałam i nie zaliczyłam wpadki. Mam tylko nadzieję, że nikt go nie uratuje, bo wtedy wszyscy będą straceni. Płomienie obejmują wyższe partie domu, widzę je przez okna na schodach i w salonie. Szybko się rozprzestrzeniają, w powietrzu unosi się gryzący swąd.

W sąsiednich budynkach zapalają się światła, dochodzi do mnie trzaśnięcie drzwi. Rozlegają się głosy, jakaś kobieta krzyczy o pożarze. Wszystko dzieje się naraz. Skręcam w ścieżkę prowadzącą na inną ulicę, oddalając od zamieszania. Idę, starając się nie poślizgnąć na oblodzonej ziemi. Zaczyna padać deszcz. Będzie ulewny, więc szybko przemoknę. Zaparkowałam znacznie dalej, żeby nikt nie zobaczył mojego auta w tej części miasta. W oddali słychać syreny. Pewnie dla niego będzie już za późno. Wlałam przez drzwi naprawdę dużo benzyny. Porażka nie wchodziła w grę. Drżę. Jeśli strażacy wyciągną go z domu żywego, to już po mnie. Kręcę głową. Minęło już za dużo czasu. Wszystko się uda i zdołam wrócić do normalności.

Zanim się obejrzę, będę leżała w łóżku, a potem obudzą mnie wieści, że w naszym pięknym, małym mieście doszło do pożaru. Postaram się smętnie wyglądać, gdy ludzie będą mi o tym opowiadać, chociaż na pewno skurczy mi się żołądek, a serce podejdzie do gardła. Co zrobię, jeżeli go uratują? Ponownie kręcę głową. Nie, nie ma szans, żeby przeżył. Nie może przetrwać czegoś takiego. Wcześniej, gdy go widziałam, był naprawdę mocno wstawiony, dlatego wiem, że będzie dobrze. Serce tęskni za tym, czego mu brakuje, a mi chce się płakać.

Mam tylko nadzieję, że moje wysiłki nie pójdą na marne i cały ten koszmar wreszcie się skończy.

?

Rozdział 5

Mały chłopiec nie wie, dlaczego zostawiono go samotnego w tym pokoju, ale obiecano mu, że jeśli będzie cicho, to się zmieni. Jeżeli zacznie hałasować, przyjdzie po niego potwór z dołu, a przecież malec tego nie chce. Potwór ma dziwny głos, nie wypowiada prawdziwych słów, tylko groźnie ryczy i mruczy. Brzydko też pachnie.

Ten dziwny pokój nie przypomina żadnego, w którym chłopiec mieszka. Po bokach ma skosy, jakby był na poddaszu. Jest niewielki, a na końcu znajduje się sedes i umywalka.

Chłopczyk kładzie się na posłaniu urządzonym na podłodze i myśli o tym, dokąd doszli w historii. Zastanawia się, co będzie dalej. To dobra opowieść, o wiele lepsza niż te, które opowiada nauczycielka, i fajniejsza niż te, które przeczytał w książkach. Nie powie mamie, ale bardziej jest udana niż te jej. Mamusia byłaby smutna, więc to będzie ich tajemnica.

Rozgląda się po pomieszczeniu. Jest długie, po drugiej stronie piętrzą się pudła. Nawdychał się kurzu, ale przestał już kichać. Pokój wydaje się dobry na przygodę, którą jest to wydarzenie, ale chłopczyk tęskni za swoim łóżkiem, ulubionymi zabawkami, a zwłaszcza za grami na iPadzie. Brakuje mu bajek w telewizji takich jak "Beat Bugs" i "Psi Patrol". W domu mógłby je teraz oglądać. Mama zawsze pozwala na te, które tylko chce. Tutaj ma inne rzeczy, głównie puzzle. Ułożył te z jabłkami i bananami. Były łatwe, więc stworzenie obrazka nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Ma też kolorowanki i mnóstwo kredek. Może tym się zajmie albo narysuje coś dla mamy.

Stojąca w kącie lampa była włączona przez całą noc, z czego malec się cieszy. Gdyby zgasła, nie wiedziałby, co robić, bo nie mógł wyjść - drzwi zamknięto na klucz. Rozumiał to jednak, bo zrobiono to dla jego bezpieczeństwa. Przeszedł go dreszcz, gdy pomyślał, co czai się za drzwiami. Chce, żeby ta zaprzyjaźniona osoba wróciła i dokończyła opowiadać historię, by mógł wrócić do domu, ale boi się, że ponownie zobaczy tamtego przerażającego pana. Czasami mężczyzna straszliwie wyje. Chłopcu zaschło w ustach, więc bierze szklankę z sokiem, którą tu dla niego zostawiono, ale upija tylko mały łyczek. Dziwnie smakuje i chce mu się po nim spać.

Boso przechodzi przez pokój, uważając, żeby nie uderzyć się w głowę o skośny sufit. Jego getry są za długie, potyka się o zwisające nogawki.

Wzdryga się, bo coś uderza w okno nad nim. Wraca biegiem do łóżka i zagrzebuje się w kocach. Serce wali mu jak młotem.

"Bądź dzielny", powtarza sobie. "Wyjrzyj spod nakrycia".

Drżącymi dłońmi odsuwa koc z oczu i patrzy do góry, spodziewając się, że zobaczy potwora, ale wszystko jest w porządku. To tylko gołąb, który chodzi po oknie dachowym i coś dziobie. Mama mówi, że nie powinno się karmić tych ptaków, ale on niekiedy rzuca im trochę jedzenia do ogrodu, szczególnie skórki od chleba, których nie lubi. W tej samej chwili słyszy ryk i huk.

Nadchodzi potwór. Czas się ukryć.

Copyright ? by Carla Kovach, 2021 

First published in Great Britain in 2021 by Storyfire Ltd trading as Bookouture.

Copyright for Polish translation ? by Katarzyna Agnieszka Dyrek, 2025

Copyright for this edition ? by Virtualo, 2025

Redakcja: Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda

Korekta: Aleksandra Wrońska / To Się Wyda

Skład i łamanie: Gabriel Gonta / To Się Wyda

Projekt okładki: Małgorzata Drabina / Yellow Room

Wydanie I

Warszawa 2025

ISBN 978-83-272-9334-3

Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do wersji elektronicznej: Tomasz Biernat / To Się Wyda

Virtualo Sp. z o.o.

ul. Marszałkowska 104/122

00-017 Warszawa

www.virtualo.pl

Chcesz wydać książkę lub audiobook? Napisz do nas na adres: redakcja@virtualo.pl

Zobacz nas na

?

Rozdział 3

Gina przemierzyła krętą, ciasno zabudowaną ulicę i zatrzymała się za karetką. Był wczesny ranek, więc ćwierkały ptaki, nawet jeśli słońce nie rozjaśniło jeszcze nieba. Przynajmniej deszcz stracił na sile, jednak zapowiadano kolejne opady, dlatego wszyscy musieli uwijać się jak w ukropie. Z tyłu wozu strażackiego stało kilku ogniomistrzów, reszta kręciła się tam i z powrotem. Cienie odbijały się na asfalcie, bo wokół rozstawiono przenośne reflektory. Uniosła głowę, ale ponad wierzchołkami iglastych drzew nie zauważyła oznak pożaru. Został jedynie unoszący się w powietrzu swąd spalenizny.

Podeszła, rozglądając się i szukając świadków. Zobaczyła mnóstwo ludzi. Sąsiedzi stali na ulicy pod parasolami w płaszczach narzuconych na piżamy. Niektórzy wyjęli telefony i nagrywali całą akcję gaśniczą. Kilkoro dzieci wyglądało przez okna. Posterunkowa Kapoor trzymała wszystkich w bezpiecznej odległości, a posterunkowy Smith kończył mocować taśmę policyjną do latarni za plecami koleżanki.

Gina zastanowiła się nad tym, w jakim stanie mogły być zwłoki, a potem zmarszczyła nos, wiedząc, że pozostanie w tych zgliszczach, dopóki ekipa techników nie zbierze dowodów. Spalone ciało to zawsze nieprzyjemny widok, a zapach? Żołądek jej się skurczył, gdy nozdrza zaatakowała ostra woń.

Uniosła wzrok i dostrzegła, że na podjeździe stoi kierujący ekipą techników Bernard Small. W domu nadal panowało zbyt wielkie zamieszanie, by tam mógł wejść. W chwili gdy do niego pomachała, na podjeździe pojawił się również Jacob.

- Dzień dobry, Bernardzie. - Podeszła do niego i spojrzała na budynek.

Do pięknie urządzonego domu prowadziła długa, kręta ścieżka. Gina zdawała sobie sprawę, że Meadows to jedna z najdroższych dzielnic Cleevesford. Nazwa wzięła się od tego, że niegdyś były tu same łąki. Wiele zachowano, ale naturalny teren stanowił w tej chwili jedynie otoczenie nowego osiedla.

- Komisarz Harte, mam nadzieję, że nie oczekujesz zbyt wiele, bo jeszcze nas tam nie wpuszczono, żebyśmy mogli rozpocząć pracę, a ze względu na okoliczności, wszystko na zewnątrz zostało zadeptane. Kiedy przyjechaliśmy, na trawniku kręcili się strażacy. Zerknąłem na ciało, jest mocno zwęglone. Nie potwierdzimy przyczyny zgonu, dopóki nie przeprowadzimy sekcji zwłok. W tej chwili nie wiem, czy zginął przed pożarem, czy zabiły go płomienie.

Gina przytaknęła, spodziewając się takiej relacji.

- Tylko otwarcie ciała zapewni nam potrzebne odpowiedzi - przyznała.

- Tak. - Spojrzał, czy nie wołają go do środka, ale dowódca strażackiej akcji się odwrócił.

Jacob się wyprostował, wpatrując w budynek.

- Szefowo, znaleźliśmy coś nietypowego.

- Co takiego?

- W słoiku paliła się niewielka świeczka. Ktoś zostawił ją w karmniku dla ptaków.

- Coś jak świeca, które ludzie odpalają, czuwając przy zwłokach lub na mszach za zmarłych?

Jacob przytaknął.

- No właśnie.

- Co wiemy o ofierze?

- Zakładamy, że to trzydziestotrzyletni Glen Chapman. Zginął dorosły człowiek, a jedyną zameldowaną w tym miejscu osobą był właśnie on.

- Musimy zadzwonić do jego krewnych, żeby potwierdzić te domysły. Czy mieszkał sam? - Gina spojrzała na zlany wodą dom z osmolonymi oknami na piętrze. Swąd gryzł ją w gardło. Kiedy się rozglądała, dostrzegła oparty o płot dziecięcy rowerek.

- Z tego, co zeznali do tej pory sąsiedzi, był żonaty i miał dwójkę małych dzieci, ale wszyscy potwierdzili, że kilka dni temu doszło do głośnej awantury, a pani Chapman zabrała maluchy i wyjechała.

- Czy jest możliwe, że wróciła?

- W budynku nie znaleziono innych ciał.

Gina przestała zagryzać zęby i odetchnęła z ulgą, że reszty rodziny nie było w domu.

- Musimy skontaktować się z tą kobietą. Co wskazuje na podpalenie? - Gina się wzdrygnęła, gdy za jej plecami podszedł do niej wysoki, dobrze zbudowany strażak.

- Środek łatwopalny. Poczułem go tuż po przyjeździe na miejsce. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pożar rozpoczął się tuż przy drzwiach wejściowych. Inspektor do spraw pożarnictwa wkrótce powinien rozmawiać z kierownikiem techników. Jestem pewien, że kiedy potwierdzi przyczynę i źródło wybuchu pożaru, będziecie mieć znacznie więcej informacji. Najpierw jednak musi wykluczyć wszystkie inne możliwe źródła zapłonu.

Gina pokiwała głową i podziękowała mężczyźnie. Zdawała sobie sprawę, że później będzie musiała omówić to z Bernardem, kiedy ten już obejrzy miejsce zdarzenia i porozmawia ze wspomnianym inspektorem.

- Wygląda zatem na to, że ktoś wlał środek łatwopalny przez szczelinę na listy w drzwiach, podpalił go i uciekł?

Jacob potarł piekące oczy.

- Tak, dokładnie. Ależ drażni mnie ten dym. - Zamrugał kilkakrotnie i ponownie otarł oczy. Miał je bardzo zaczerwienione, więc musiały go boleć.

- W porządku. - Gina obróciła się do Bernarda. - Mamy więc miejsce zbrodni. Możemy zabezpieczyć karmnik i teren wokół niego.

Bernard przeczesał palcami siwą, przyciętą w szpic brodę.

- Wszystko pięknie i ładnie, ale jak już wspominałem, po całej posesji kręcili się ludzie z wężami i innym sprzętem gaśniczym. Już wiem, że zabezpieczenie będzie trudne. Dodatkowo deszcz w niczym nam nie pomaga. W ogrodzie jest błoto. To będzie dla nas istny koszmar, ale znasz nas i wiesz, że jeśli jest tam coś do znalezienia, to to znajdziemy.

- Możecie zaczynać - przerwał mu inspektor do spraw pożarnictwa. - Sprawdziliśmy wszystko, co mogliśmy, i oczywiście pomożemy zarówno w śledztwie, jak i w zabezpieczeniu budynku. Zacznijcie od terenu wokół, dopóki nie pozwolimy wejść do środka.

- Dzięki. - Bernard uśmiechnął się do mężczyzny. - Lepiej weźmy się do roboty. Zadzwonię, jeśli coś znajdziemy. - Odwrócił się w stronę busa i pomachał. - Przyjechały psy tropiące. Mam nadzieję, że podejmą jakiś trop. Niebawem się odezwę.

Jacob uśmiechnął się do Jennifer i kilku innych techników, którzy wyszli zza rogu ubrani w białe kombinezony ochronne, gotowi szukać śladów, które pomogą rozwikłać sprawę. Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem. Para była razem już od dłuższego czasu, często spotykała się na miejscach zbrodni.

- Na razie, Jen - powiedział Jacob, a potem obrócił się do Giny. - Kto wie, o której to będzie?

- Taka praca. Najwyraźniej nie dostaniemy zbyt wiele od techników ani strażaków, ale sami możemy się tu rozejrzeć. Wiemy, że pożar wybuchł przez zastosowanie materiału łatwopalnego, więc możemy założyć, że został wzniecony celowo. Ktoś zostawił na miejscu zdarzenia świeczkę w słoiku. Dlaczego? I co to oznacza? - Spojrzała na ogród i zauważyła na elewacji błyszczącą kopułkę. - Monitoring. Ej, Bernard?

Mężczyzna na nią popatrzył.

- Kiedy już wejdziesz do budynku, sprawdź monitoring i zabezpiecz dyski twarde, komputery albo rejestratory najlepiej, jak zdołasz, a potem prześlij je do laboratorium tak szybko, jak będzie to możliwe. Może morderca się nagrał.

Uniósł kciuk.

- Jasne. - Włożył maseczkę, czepek i wziął się do pracy.

Jacob ruszył za Giną, zapinając kurtkę pod samą szyję.

- Cholernie zimno, aż się człowiek zastanawia, dlaczego ci ludzie tu marzną, zamiast wygrzewać się w domach.

- Zastanawiałam się nad tym, czy któraś z tych osób widziała coś lub słyszała. - Gina pomachała do Kapoor.

Młoda funkcjonariuszka rozmawiała z sąsiadami, podczas gdy Smith wypełniał dokumenty. Czarne, upięte w kucyk włosy kobiety kołysały się na boki, gdy podeszła do nich i rzuciła z akcentem z Birmingham:

- Cześć, szefowo. Przepytujemy po domach. Dobra wieść jest taka, że mamy świadka.

Gina uśmiechnęła się do Jacoba.

- Świetnie. Kto to? - Spojrzała na bladą kobietę w kurtce puchowej, potem na mężczyznę w spodniach od dresu, a następnie na resztę gapiów.

- Widzisz tego człowieka? - zapytała Kapoor.

Gina przytaknęła.

- Świadkiem jest jego syn. Chłopczyk ma tylko pięć lat.

Dziecko. Gina miała nadzieję, że maluch zdoła powiedzieć im coś pomocnego. Wzruszyła ramionami.

- Cóż, dobry początek. - Przez kolejną chwilę przyglądała się zgromadzonym, zastanawiając, czy zabójca nie został na miejscu zbrodni, by napawać się swoim dziełem. - Kiedy będę z nimi rozmawiała, możesz się dowiedzieć, czy ktoś ma numer do pani Chapman? Musimy jak najszybciej się z nią skontaktować. Powinna zostać o wszystkim poinformowana, zanim ludzie zaczną o tym pisać w mediach społecznościowych.

Wiele osób stało z telefonami w dłoniach. Zastanawiała się, czy filmiki już krążyły po sieci.

Kapoor pokiwała głową, a Gina i Jacob wyszli za taśmę. Właśnie wtedy dostrzegła Pete'a Bloxwicha z aparatem na szyi i telefonem w ręce, jakby chciał ją nagrać.

- Komisarz Harte, słyszałem, że mamy ofiarę. Czy to zabójstwo? Wiem, że takie przestępstwa są tu dość częste. Mam na myśli w Cleevesford. Nie chodziło mi konkretnie o panią. - Szeroko się uśmiechnął, żując gumę, a część jego podbródka przysłonił kołnierz kurtki.

- Jeżeli chce się pan czegokolwiek dowiedzieć, będzie pan musiał wziąć udział w konferencji prasowej, którą z pewnością przygotowuje nadinspektor Briggs. Zna pan zasady, a apel do świadków zawsze się przyda - odparła.

Mogła myśleć tylko o tym, żeby nie pozwolić mu się do siebie dobrać.

Zaśmiał się.

- Tak, chyba znam zasady. Ale niektórzy nie bardzo, prawda, pani komisarz? Przecież wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. Tak samo jak pani chciałbym pozbyć się niebezpiecznych ludzi z ulicy.

- Jestem panu wdzięczna. - Gina pochyliła się, żeby przejść pod taśmą, przez co szturchnęła dziennikarza, przechodząc obok niego.

- Dlaczego w karmniku dla ptaków była świeca?

- Do zobaczenia na konferencji razem ze wszystkimi innymi reporterami, panie Bloxwich. - Zerknęła przez ramię i zobaczyła, że się cofnął, rozłożył ręce i odszedł z szerokim uśmiechem, który zupełnie nie pasował do miejsca zbrodni. Następnie się odwrócił i zaczął rozmawiać ze stojącymi nieopodal sąsiadami.

- O co mu chodziło, szefowo? - Jacob dogonił ją i spojrzał wymownie.

- Ten facet to gnojek, to wszystko.

Policjant wzruszył ramionami.

Gina zerknęła na mężczyznę w spodniach od dresu i na chłopca, który siedział przy oknie wykuszowym. Wyglądał na malucha, więc Ginę smutek złapał za serce, bo prawdopodobnie to dziecko widziało zabójcę w akcji. Musiała ostrożnie rozmawiać zarówno z nim, jak i z jego ojcem, który wykazywał oznaki zdenerwowania. Chłopczyk przetarł oczy i przytulił misia.