?
Prolog
Sobota, 8 VI 2019 r.
Susan usłyszała zgrzyt drzwi samochodowych i skurczył jej się żołądek. Jej mąż Ryan - mężczyzna, który powinien ją kochać i jej ufać - spojrzał na nią surowo. Doświadczyła tego tylko przy kilku okazjach, podczas których dygotała na całym ciele, bo wiedziała, co ją czeka. Dostrzegała szalejący w nim ogień, który zaraz miał doprowadzić go do eksplozji. Chciała uciec z domu do pubu. Zabrać troje swoich dzieci do Dale'a.
- Proszę, Ryanie, nie zrobiłam niczego złego. Kocham cię. Przepraszam. - Wiedziała, że wyczuwał koniec ich małżeństwa. Zanosiło się na to od dłuższego czasu. Susan się do tego przygotowywała, spotkała się nawet z prawnikiem. Założyła konto w banku, na którym zgromadziła trochę pieniędzy, by jakoś przeżyć. Dowiedział się o tym? Przyszedł za nią do Angel Arms. Nie zdziwiłaby się, gdyby przeszukał jej gabinet. Wpatrywał się w nią, wyczekując jej reakcji, ale odwróciła wzrok, nie chcąc bardziej go denerwować. W takich chwilach zmuszał ją, by czekała, aby przewidywała nadchodzący cios.
Przełknęła ślinę, gdy przypomniała sobie, jak było między nimi na początku. Poznali się i stali nierozłączni, spędzali razem romantyczne wieczory. Tulili się przed telewizorem, jedząc zamówione z dostawą do domu dania i pijąc wino, co wydawało się spełnieniem jej marzeń. Pragnęła jedynie mężczyzny, który chciałby z nią być, który kochałby ją do utraty tchu, który nieskończenie by jej pożądał. W wieku dwudziestu dwóch lat ledwo wiązała koniec z końcem jako pracownica biurowa, gdy niespodziewanie pojawił się w jej życiu i zabrał do swojego pięknego domu. Kilka miesięcy później zaszła w ciążę, urodziła córkę Phoebe i była najszczęśliwszą kobietą na świecie. Później przeprowadzili się do nowego domu i urodziła Jasmine, ale wszystko było już inaczej. Dzieci oznaczały koniec wolności i wywołały zmianę w Ryanie. Teraz, gdy miała trzydzieści cztery lata, pragnęła zakończyć to małżeństwo bez względu na konsekwencje, o których myślała nieustannie. Przeszedł ją dreszcz. Jeśli Ryan wiedział, że przygotowywała się do rozwodu, był o krok przed nią.
Wsunął rękę do auta i niczym atakujący wąż wbił palce w jej rękę i zaczął ciągnąć do domu. Wpatrywała się w pozasłaniane okna, żywiąc nadzieję, że nie zobaczą ich sąsiedzi. Nikt nie patrzył. Zapaliło się światło w jednym z pokojów, gdy najstarsze z ich dzieci, Phoebe, wyjrzało przez okno, po czym dom wypełnił przeszywający płacz. Obudził się najmłodszy synek. Susan pękało serce, gdy krzyczał. Chciała go uściskać i mocno przytulić, aby przestał się bać.
Na jej policzku rozmazała się krew z knykci jej męża, lecz nie należała ani do niego, ani do niej. Zadrżała na myśl, że zaraz poleje się i jej posoka. Dysząc, tłumiła szloch w gardle. Wyrwała się mężowi, gdy próbował wsunąć klucz do zamka w drzwiach.
- Przestań, Ryanie. Zadajesz mi ból. To nie tak, jak myślisz. To tylko przyjaciel. - Do jej oczu napłynęły łzy.
Ponownie ją zignorował. Rzucił klucze na stolik w przedpokoju, przeszedł do kuchni i kilkakrotnie uderzył pięściami w drzwi. Krew, którą miał na palcach, rozmazała się na powierzchni drewna i stworzyła obraz podobny do tego, jaki mógłby namalować dwuletni Rory. Kwaśny smak wina osiadł na jej języku i spłynął do gardła, aż zrobiło się jej niedobrze. Niepokój sprawiał, że kurczył jej się żołądek, gdy słuchała kroków na górze. Dzieci nie mogły zobaczyć ojca w takim stanie. Nie, Susan nie zamierzała na to pozwolić.
- Wracajcie do łóżek! - krzyknęła, a po policzku spłynęła jej łza.
Ryan chodził cicho, ponownie sprawiając, że czekała na cios. Krew tętniła jej w uszach. Przeniosła spojrzenie z krwi na drzwiach na własne stopy. Nie mogła na niego patrzeć. Może się uspokoi, jeśli będzie milczała i nie sprowokuje go wzrokiem.
Wróciła myślami do Dale'a, najłagodniejszego mężczyzny, jakiego znała, który został w Angel Arms z krwawiącym nosem. Mieli do omówienia kilka kwestii, nawet jeśli obawiała się tego spotkania. Nie powinna tam iść - popełniła wielki błąd. Tak naprawdę nie chciała się spotkać z nim i ze Steph, nie zamierzała się udawać na zjazd, ale nalegali. Miało wydarzyć się coś znaczącego, co zniszczy jej życie. Mieli plan, w którym również odgrywała rolę. Wróciły jej własne słowa, by ją prześladować:
"Sekret staje się sekretem nie przez przyrzeczenie zachowania czegoś w tajemnicy, a w dużo bardziej subtelnym procesie. To coś, o czym się nie mówi i nie pisze - to wspomnienie pogrzebane w najgłębszych zakamarkach umysłu".
Obiecali dochować jej tajemnicy. To tyle w kwestii przyrzeczeń. Będzie skończona, gdy prawda wyjdzie na jaw.
Zamknęła oczy, wyobrażając sobie długie, czarne włosy i bladą twarz Steph. Wiele lat temu nazywano ją Śnieżką. I Dale'a z czekoladowymi oczami i różowymi policzkami, wyglądającego młodziej, niż wskazywała na to jego metryka. Wiele lat temu uporał się z trądzikiem, ale wciąż miał po nim ślady na skórze. Zadrżała, wyobrażając sobie innych gości zjazdu - i jednego, którego miała nadzieję już nigdy nie zobaczyć. Machina została wprawiona w ruch i nie było już odwrotu.
- Mamo?! - zawołała Phoebe ze szczytu schodów.
- Córeczko, wracaj do łóżka - poleciła z drżeniem w głosie. Zastanawiała się, czy dziewczynka ją zrozumiała. Rory nadal płakał w swoim pokoju. - Sprawdź, proszę, co u brata. Boi się. Utul go ode mnie.
- A ty, mamo? - Phoebe przygryzała końcówki włosów. Stojąc na górnym stopniu, wyglądała ze swoimi chudymi nogami jak bocian. Susan zauważyła, że drżały jej kolana. Phoebe to bardzo wrażliwe dziecko. Bez trudu wychwytywała niepokój innych, nie tak jak Jasmine, która wydawała się egzystować we własnej bańce. - Mamo, krwawisz!
- To nie moja krew. - Posłała jej wymuszony uśmiech i otarła z policzka krew Dale'a. - Wyszłam i wydarzył się wypadek. Tata po mnie przyjechał.
Ryan wszedł do korytarza.
- Natychmiast do łóżka. Słyszałaś matkę. I uspokój brata.
Phoebe nie trzeba było dwa razy powtarzać. Poszła do pokoju malca i trzasnęła drzwiami. Susan wyobraziła sobie dzieci skulone razem na górze.
- A ty wejdź teraz do kuchni.
Pisnęła, gdy szturchnął ją w plecy. W końcu zapędził w kąt. Ostrożnie zamknął drzwi i opuścił rolety. Kucnęła na podłodze, założyła drżące ręce na głowę i zwinęła się w najciaśniejszy kłębek, czekając na to, co się stanie.
- Jeśli dowiem się, że mnie zdradziłaś, zabiję cię. Przyrzekam.
?
Rozdział 1
Wtorek, 12 XI 2019 r.
Sebastian płakał, gdy Megan wciskała jego okryte grubym swetrem ręce w rękawy kurtki. Przedostatnie z dzieci miało zaraz wrócić do domu, a Megan mimowolnie uważała je za rozwydrzonego gówniarza. "Czy źle przyznawać, że nie lubi się jednego z wychowanków?". Nigdy nie wypowiedziałaby tych słów na głos, ale czy w porządku było je pomyśleć? Utrzymywało ją to przy zdrowych zmysłach.
Matka chłopca spóźniała się po niego i nawet raczyła za to przeprosić - co nie było jednak dziwne. Wszyscy wykorzystywali przedszkolankę, jakby uważali, że po to właśnie jest. Większość rodziców nie przepraszała za spóźnienie czy zajmowanie jej lub innym pracownikom czasu, co mocno ją wkurzało. Matka Sebastiana w końcu się pojawiła i przypięła malca w okropnym wózku wypełnionym jedzeniem. Synek wyginał się i krzyczał, gdy rodzicielka z nim walczyła. "Pospiesz się i zniknij z tym swoim małym upiorem".
- Pa - rzuciła kobieta, wychodząc z pomieszczenia. Skrzypienie kółek wózka cichło stopniowo, aż zanikło, gdy zamknęły się drzwi frontowe. Megan pozbierała ostatnie zabawki, zastanawiając się, gdzie podziewała się ostatnia matka.
Był kwadrans po szóstej i wciąż ani widu, ani słychu Susan. Żłobek zamykano o osiemnastej. Nikt tu nie zostawał po godzinach jak w innych placówkach. To główny powód, dla którego nadal pracowała w żłobku Dzwoneczki. Susan zawsze przyjeżdżała przed szóstą. Pewnego razu miała stłuczkę, ktoś urwał jej lusterko. Od razu do nich zadzwoniła i poinformowała o potencjalnym spóźnieniu.
Mały Rory przeciągnął się i ziewnął. Zamrugał i rozejrzał się w poszukiwaniu innych dzieci, które już dawno wróciły z rodzicami do domów. Wyciągnął rączki do obrazka przedstawiającego jego mamę, który wcześniej namalował. Uśmiechnął się i ścisnął kartkę w paluszkach, gdy mu ją podała.
Megan zdziwiła się, że płacz Sebastiana go nie obudził, ale najwyraźniej Rory zapadał w głęboki sen. Dzieci uczono spania w hałasie. Zaczęła mu drżeć dolna warga, a następnie ciszę wypełniło piskliwe zawodzenie:
- Mamusiu!
Megan wzięła go z pufa, na którym zasnął ponad godzinę temu. Nie powinna na to pozwalać tuż przed powrotem do domu, ale przecież właśnie została dłużej w pracy.
- Wciąż tu jesteś? - Przełożona weszła do pomieszczenia z pękiem kluczy, by wszystko pozamykać na noc. Małe, okrągłe okulary prawie podskakiwały na nosie kobiety, gdy coś mówiła.
Megan zastanawiała się, czy fryzura pani Andrews kiedykolwiek była w modzie. Gdyby lekko podkręciła włosy, jak robiło się to w latach pięćdziesiątych, może nawet udałoby się jej ładnie wyglądać. Być może powinna jednak zapuścić włosy i nosić je z przedziałkiem na boku jak Megan. Dzieci uwielbiały jej różowe, falowane pasma.
- Susan nie przyjechała po synka. Prawda, Rory? - Posadziła sobie dziecko na kolanie i uspokajała je, gdy płacz przeszedł w sporadyczne jęki. - Tęsknisz za mamusią, tak?
- Powinnam do niej zadzwonić. To do niej zupełnie niepodobne. - Pani Andrews wyjęła starą nokię, telefon z rodzaju tych, z którego dało się jedynie dzwonić. Rozłączyła się chwilę później. - Nie odbiera. Pewnie prowadzi. - Podeszła do okna, włożyła telefon do głębokiej kieszeni kardiganu i wyjrzała na zewnątrz.
Megan spojrzała na własną komórkę. Dostała wiadomość od Danny'ego. Musiała wyjść, bo spieszyła się do kina w Redditch. Miała nadzieję, że zdoła wpaść do domu, by się przebrać, ale najwyraźniej jej się to nie uda. Powąchała sweter - pachniała ciastkami i wymiocinami. Z winy Susan pójdzie na randkę, śmierdząc dziećmi.
Danny obiecał jej kolację, a potem coś strasznego do obejrzenia.
- Naprawdę zaraz muszę wyjść, pani Andrews. Na siódmą muszę być w Redditch. Śmierdzę i nawet nie zdołam się przebrać, bo już jestem spóźniona.
- Przykro mi, Megan. Musisz zostać do jej przyjazdu.
- Ale...
- Nic na to nie poradzisz. Umowa przewiduje takie przypadki. Czasem będziesz miała nadgodziny. Znów spróbuję do niej zadzwonić. - Kobieta obróciła się na pięcie w balerinach, nim Megan zdołała jakoś to skomentować.
Nieprzewidziane sytuacje w pracy już kilkakrotnie zepsuły jej plany. Dziewczyna wzięła więc telefon i napisała wiadomość do swojego chłopaka.
Przytuliła Rory'ego, który zamknął oczy i zaczął ssać kciuk. Obrazek upadł na podłogę. Praca przedszkolanki nie była jej wymarzoną, choć tulenie chłopczyka nieco poprawiło sytuację. Gdyby tylko wszystkie dzieci były równie urocze.
- Nadal jesteś zmęczony, prawda? - Ciemne loczki zakrywały czoło, chłopiec był bardzo podobny do mamy. Zazwyczaj oliwkowe, zaś w tej chwili czerwone policzki wydymał teraz bardziej niż zwykle.
Pani Andrews wróciła i sprawdziła wszystkie okna.
Megan wyobrażała sobie, że Susan zaraz wpadnie do środka, zacznie przepraszać i nawijać o tym, jak to próbowała nad wszystkim zapanować. Zawsze wyglądała na podenerwowaną, więc nie będzie to nic nowego.
- Niestety, nadal się nie odzywa - rzuciła przełożona, przechodząc obok niej, aby zaciągnąć zasłony, po czym poprawiła szalik na szyi. - Mróz dziś coraz większy. - Zadrżała.
- Myśli pani, że coś jej się stało? - Megan położyła śpiącego już malca na pufie. Wiercił się, gdy wyciągała rękę spod jego karku. W końcu ułożył głowę, a ona okryła go jego ulubionym kocykiem. Uwielbiała patrzeć na śpiące dzieci, bo wtedy były najspokojniejsze. Rodzicom się to jednak nie podobało. Oczekiwali, że przedszkolanki przez cały dzień będą się z nimi bawić, aby mogli zabrać je do domu i od razu położyć spać.
Pani Andrews skrzywiła się i odciągnęła lekko zasłonę. Wpatrywała się w każdy przejeżdżający samochód.
- Nie wiem, to do niej niepodobne. Sprawdzę jej akta. Chyba mamy w nich telefon do babci chłopca. Bardzo mi przykro.
Megan westchnęła. Jej wieczór był już spisany na straty. Chciałaby, aby pani Andrews bardziej pomagała przy dzieciach, ale przełożona większość czasu spędzała w gabinecie za zamkniętymi drzwiami. Megan wzięła ostatnią kredkę i włożyła ją do pudełka, które nakryła wieczkiem, mając nadzieję, że babcia Rory'ego się pospieszy.
Chłopczyk wydawał urocze dźwięki ssania, zapadając w głębszy sen. Megan ponownie spojrzała na zegarek. Wiedziała, że Susan ma teraz wiele na głowie, nie stanowiło tajemnicy, że rozwodziła się z mężem, ale coś jej nie pasowało. Susan zawsze tuliła synka, jakby był kruchy. Uśmiech, jaki pojawiał się na jej twarzy, gdy wołał ją z drugiego końca sali, przyprawiał przedszkolankę o ciarki. Teraz, gdy mocniej zastanowiła się nad sytuacją, zdała sobie sprawę, że Susan nie dzwoniła od kilku godzin. A ona zawsze dzwoniła, dopytywała o dziecko, chciała wiedzieć, czy było szczęśliwe. Dziewczyna wzruszyła jednak ramionami. Może to nic takiego. Może to po prostu zwykłe spóźnienie. Zadrżała i pogłaskała malucha po głowie.
- Mamusia niebawem przyjedzie.
?
Rozdział 2
Środa, 13 XI 2019 r.
Mary chodziła po niewielkim domu z płaczącym wnukiem na rękach, gdy w tle płynęło z głośników "Baby Shark" - piosenka, która coraz bardziej działała jej na nerwy.
- Cichutko, Rory. Mamusia zaraz wróci. - Chciałaby wierzyć we własne słowa. Od wczorajszego telefonu ze żłobka pilnowała wnuczka i co rusz dzwoniła do córki. Żołądek skurczył jej się do granic możliwości, tak samo jak przed laty.
Zabawki zaśmiecały każdy pokój, choć naprawdę nie mieli z Howardem na nie miejsca.
Zauważyła, że drzwi frontowe są uchylone. Mary wybiegła z dzieckiem na korytarz. To musiała być Susan.
- O, to ty.
Howard wszedł do gabinetu, rzucił na biurko kilka przewodów do komputera i wyszedł. Zmierzwione, siwe włosy opadły mu na oczy, gdy potarł zarośnięty podbródek.
- Dobrze się czujesz, kochanie? Musiałem wziąć kilka kabli do jednego z projektów. - Uśmiechnął się do Rory'ego i szczypnął go w pulchny policzek. - Odezwała się?
Dziecko płakało, loki kleiły mu się do zaczerwienionej, mokrej od łez twarzy. Howard wystawił język i zrobił zeza, a malec zachichotał.
- Nie. Martwię się o nią. - Mary wpatrywała się w czubek głowy wnuczka. Ponownie go przytuliła, gdy zaczął płakać.
- Wiem, kochanie. Spróbujmy nie wyciągać pochopnych wniosków. Wiemy, jak bardzo była zestresowana. Potrzymać go, gdy będziesz do niej dzwonić? - Wziął płaczącego malucha na ręce i postawił go na podłodze, robiąc kolejne śmieszne miny. Rory próbował ukryć uśmiech, bo zapominał o płaczu. Mary uwielbiała to, że wnuczek natychmiast się rozpogadzał na widok dziadka, który się przed nim wydurniał. - Powiem ci coś. Nalejemy po kieliszku winka, co? Mam dać babuni kieliszek winka? - Rory pokiwał głową i zaciągnął Howarda do kuchni, ssąc paluszki.
Mary pokręciła głową.
- Lepiej nie. Zabierz go na chwilę do kuchni. Dzwonię na policję.
- Już to przerabialiśmy, mamo - powiedziała Clare. Przeszła obok niej z pudełkiem lodów, z których wystawała łyżka. - Minął dopiero jeden dzień i nie jest jak wtedy, pamiętasz?
Otworzyły się drzwi do salonu, a Mary poczuła, że głowa zaraz jej pęknie, gdyż z pokoju na cały regulator płynęła piosenka "Baby Shark". Synek Clare tańczył i się wydzierał:
- Lody! Lody! Chcę lody! Mamusiu, chcę lody! - Wyrwał matce łyżkę, która pofrunęła do przedpokoju i rozpaćkała deser na waniliowej ścianie. Kiedy utwór dobiegł końca, Harrison wrócił do salonu po pilota do telewizora. - Jeszcze raz, mamusiu. "Baby Shark"!
Mary pokręciła głową. Starsza córka rok temu wróciła do rodzinnego domu i wywróciła jej cichy kącik do góry nogami. Harrison nigdy nie spał ani nie siedział spokojnie. Nawet sąsiedzi skarżyli się na nieustający hałas.
- Nie odbiera telefonu, nie skontaktowała się przez cały dzień. Nie porzuciłaby Rory'ego. Powinnam już wczoraj to zgłosić. Co ja sobie myślałam?
- Znasz ją. Czasami ma problemy i wychodzi z domu, by sobie z nimi poradzić. Naprawdę sądzisz, że powinniśmy powiadamiać policję? - Clare oparła się nonszalancko o ścianę.
- To było dawno temu! Znam Susan. Tak, uważam, że powinniśmy zadzwonić. Nigdy nie zostawiłaby syna w żłobku. Nie wierzę, że dałam się namówić tobie i Howardowi, by tak długo z tym zwlekać. - Spojrzała surowo na córkę. Chociaż siostry mocno się od siebie różniły, myślała, że Clare dostrzeże niecodzienność tej sytuacji i zacznie się martwić. - Możesz przypilnować, żeby było cicho, gdy będę rozmawiać? I wyłącz tę cholerną piosenkę, zanim stracę nad sobą panowanie.
Znów podbiegł do niej zapłakany Rory.
- Chcę do mamusi. Gdzie mama?
Mary przytuliła go i pogłaskała po włosach.
- Mamusia cię kocha i zaraz wróci. Babunia ci to obiecuje.
Harrison ponownie wypadł na korytarz.
- Mamo, patrz. Jestem autkiem. Brum, brum...
- Harrisonie, włóż piżamę. Czas spać - warknęła Mary. Wnuczkowi przydałaby się dyscyplina, a córka żadnej nie utrzymywała.
- Ale chcę lody, babuniu.
Mary wyrwała pojemnik z rąk córki i rzuciła go Howardowi. Mąż odwrócił wzrok, chcąc uniknąć kolejnej sprzeczki. Zostawił wszystkich w korytarzu, podawszy żonie telefon. Harrison płakał, jakby nastąpił koniec świata.
- A teraz przygotuj go do spania, Clare. Ma dwa lata, na miłość boską. - Wiedziała, że córka będzie miała trudności z położeniem syna do łóżka, ale musiała się postarać.
Clare się skrzywiła, ale wzięła na ręce zawodzącego chłopca. Harrison uderzał piąstkami w jej plecy, bo nie chciał iść spać.
- Lody, lody, lody...
- Weźmiesz Rory'ego? Położę go po tym, jak zadzwonię na policję. - Mary podała wnuczka mężowi. Rory był małym aniołkiem, więc z radością się nim opiekowała.
- Chodź, maluchu. Obejrzymy coś w telewizji? - Chłopczyk wtulił się w pierś dziadka, który niósł go do salonu.
Mary poszła do kuchni i zatrzymała palec nad klawiaturą telefonu. Tylko ten jeden raz. Musiała ponownie spróbować zadzwonić do córki. Kiedy miała nacisnąć na jej numer, rozjaśnił się ekran.
- Ryanie? Wszystko w porządku?
- Tak. Jestem z dziewczynkami. Mogę z nią porozmawiać? Nie odbiera telefonu. Phoebe jest już zmęczona, obie idą jutro do szkoły. Chcą do domu.
Serce Mary zgubiło rytm, gdy jej wkrótce były zięć czekał na jej odpowiedź.
- Odzywała się dzisiaj do ciebie?
- Nie. Tak jak mówiłem ci zeszłej nocy. Rozmawiałem z nią wczoraj, zanim pojechała po południu do klienta. Poprosiła, żebym odebrał dziewczynki ze szkoły i zabrał je do siebie. Więcej się nie odezwała. Chcesz powiedzieć, że nie ma jej z tobą?
Mary odetchnęła głęboko. Powinna dzwonić do Ryana, by informować go na bieżąco, ale nie chciała, by wiedział, że Susan ma problemy, z którymi sobie nie radzi, zwłaszcza że zrobiło się między nimi nieprzyjemnie, kiedy oświadczyła mu, że chce rozwodu. Nie zamierzała dawać zięciowi argumentów do kłótni. Miała nadzieję, że sprawa dziś się wyjaśni.
- Ryanie, Susan nie odebrała Rory'ego ze żłobka, wiesz o tym. Nie odzywała się do mnie. Dzwonię na policję.
- Cholera. Co z nią? Niepotrzebnie się wygłupia. Chyba lepiej, żebym przyjechał po Rory'ego? To nie fair w stosunku do ciebie i Howarda.
Mary nasłuchiwała przy drzwiach salonu, lecz wszystko ucichło. Miała nadzieję, że maluch uspokoił się na tyle, że będzie mogła od razu położyć go w łóżeczku turystycznym.
- Może u nas zostać. Chyba nawet już śpi.
- W przeciwieństwie do tego drugiego - rzucił Ryan, gdy wrzaski Harrisona rozbrzmiały w całym budynku.
- Nic się nie dzieje. No chyba że chce ci się po niego jechać. Może u nas zostać. Wiem, że musisz rano iść do pracy. Możesz zająć się dziewczynkami? I daj znać, proszę, gdyby Susan się odezwała. Też będę cię informować.
- Dzięki, Mary. Dam znać, jeśli czegoś się dowiem. Będę próbował do niej dzwonić.
Rozłączył się, a kobieta podeszła do zlewu i nalała sobie wody do szklanki. Od rozstania z mężem zachowanie Susan znacznie się pogorszyło. Więcej piła, pozwalała sobie na swobodę, zwłaszcza jeśli chodziło o opiekę nad dziećmi, czasami się spóźniała i nie odbierała telefonów, ale nigdy nie porzuciłaby maluchów, bo kochała je ponad wszystko.
Wybrała numer. Jeśli coś się stało, a ona nie zadzwoni na policję, nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Dzień dobry, chciałabym zgłosić zaginięcie córki.
?
Rozdział 3
Komisarz Gina Harte zatrzymała się za radiowozem posterunkowej Kapoor. Jak zwykle nie zaplanowała na wieczór niczego szczególnego. W domu miała tylko czerstwy chleb i jakiś stary serek. Wezwanie okazało się błogosławieństwem.
Drobna funkcjonariuszka o wyglądzie nastolatki stała już przy drzwiach i zamierzała zapukać.
Niewielki budynek typu bliźniak znajdował się w starszej części Cleevesford - dzięki kremowemu tynkowi i przesuwnym oknom miał nawet nieco wiejskiego uroku. Wzniesiono go na przełomie ubiegłego wieku. Gina wiedziała, że pierwotnie były to domostwa robotników rolnych. Na końcu ogrodu właściciel umieścił niewielką latarnię, która wyglądała jak starodawna lampa gazowa i dopełniała klimatu przy nagich drzewach, które wiosną i latem na pewno pięknie kwitną. Gina zadrżała i zapięła górny guzik płaszcza.
Wysiadła z auta, a Kapoor do niej pomachała i zapukała do drzwi domu.
- Cześć, szefowo! - zawołała z mocnym akcentem z Birmingham.
Im bliżej domu Gina była, tym wyraźniej słyszała dochodzący z niego hałas. Poniósł się dziecięcy krzyk, po czym zafalowała zasłona i w oknie pokazał się dzieciak. Drzwi otworzyła zdenerwowana kobieta, która wyglądała na sześćdziesięciolatkę. Gina musiała się opanować, by się na nią nie gapić. Podobieństwo było niesamowite, przez co policjantce zaparło dech w piersi.
Mary uniosła nogę, blokując drogę żywiołowemu malcowi, który próbował wybiec na zewnątrz w piżamie w dinozaury.
- Clare, zajmij się, proszę, Harrisonem.
- Chcę lody! Chcę lody! - wołało dziecko, gdy kobieta wzięła go na ręce. Z wierzgającym maluchem pod pachą zaprosiła policjantki do środka.
- Jestem inspektor Harte, a to posterunkowa Kapoor.
- Dziękuję za przyjazd. Mam na imię Mary, a to moja druga córka, Clare. - Ze schodów zbiegła młodsza kobieta i wzięła dziecko od matki. Na jej twarzy widać było czerwoną szramę. Wzdrygnęła się, gdy jej dotknęła. - Ten mały to niezłe ziółko. Proszę do kuchni.
Gina poszła za Kapoor i Mary korytarzem. Dom wypełniły wrzaski chłopca. Wyraźnie widziała, że seniorka rodu wygląda na wyczerpaną wszystkim, co się tu działo.
- Napiją się panie czegoś?
Gina i Kapoor pokręciły głowami.
- Dziękujemy. Wezwała nas pani, ponieważ córka nie wróciła jeszcze do domu. Możemy usiąść? - zapytała Gina, bo łydki bolały ją po próbie popołudniowego biegu.
Mary pokiwała głową i wskazała, aby zajęły miejsce przy kuchennej wyspie. Jak na starą chatę, kobieta pięknie ją wyremontowała. Jasnoszare fronty i jasny drewniany blat wykańczały wnętrze z elegancką precyzją. Pomieszczenie oświetlały diody pod szafkami. Na tablicy przyczepiono kartki z dziecięcymi kolorowymi bohomazami. Mary włączyła lampę, która stała w kącie.
- Teraz będziemy coś widzieć. Pilnuję, by oświetlenie było stonowane. Jak mogły panie zauważyć, mój wnuczek Harrison jest dość żywiołowym dzieckiem. Staram się zaciemniać pomieszczenia w nadziei, że się zmęczy i może zaśnie. Jednak to myślenie życzeniowe.
Gina wyjęła z torebki notes.
- Czy to on został w żłobku?
Mary pokręciła głową.
- Nie, ten jest mojej drugiej córki, Clare, której nie stać było na czynsz, więc w ubiegłym roku wróciła do domu, niby tymczasowo. Harrison to jej dziecko. Synem Susan jest Rory. Jest teraz na górze, śpi w naszym pokoju. Stanowi całkowite przeciwieństwo kuzyna. Jest cichy - urwała. - Przepraszam, że panie fatygowałam...
- To żaden kłopot. Pani córka zaginęła. Cieszę się, że pani zadzwoniła, i właśnie dlatego tu jesteśmy.
- Wiem, że nie ma jej dopiero jeden dzień, ale naprawdę się martwię. To znaczy, nie odebrała synka ze żłobka. Nigdy by go tam nie zostawiła i zawsze wracała na noc. Pozostała dwójka jej dzieci przebywa w mieszkaniu ojca, a je również miała zabrać. Po prostu nie wiem... Początkowo sądziłam, że może wróci wieczorem, że potrzebowała chwili wolnego, by pomyśleć. - Mary otarła łzę z policzka. - Rodzina uważa, że trochę przesadzam, ale wcale tak nie czuję. Jestem matką, a ona by mi czegoś takiego nie zrobiła. Nie zrobiłaby tego swoim dzieciom.
- W porządku, pani Hudson. - Gina podała kobiecie paczkę chusteczek.
- Przepraszam.
- Mary, pomoże nam pani, odpowiadając na kilka pytań.
Kapoor wyjęła notes i odchrząknęła. Czarny, lśniący kucyk zakołysał się, gdy układała się wygodnie na stołku.
- Mogę prosić pełne imię i nazwisko zaginionej?
- Susan Helena Wheeler. Nazwisko ma po mężu.
- Wiek?
- Trzydzieści cztery lata.
Chwilę później Kapoor zapisała podstawowe dane.
Gina wyjęła długopis i znalazła czystą kartkę, gotowa przepytać Mary.
- Wiem, że to dla pani trudne, ale omówmy wczorajsze wydarzenia. Chcę wiedzieć, co robiła pani córka.
Kobieta zaczęła nawijać na palec farbowane na brąz włosy, które sięgały jej do podbródka. Gina odwróciła wzrok, bo jej matka również zawsze tak robiła. Widok ten ożywił wspomnienia.
- Wszystko w porządku, pani komisarz? - Mary przechyliła lekko głowę.
Gina przytaknęła i poczuła, że przeszedł ją dreszcz.
- Tak, dziękuję. Możemy zaczynać. - Wbiła paznokcie w nogę, aby przypomnieć sobie, że jest tu i teraz, i by nie zatracać się we własnych myślach. Wiele osób miało brązowe włosy, które nakręcały na palce pod wpływem stresu. "Ale nie w tak niesamowicie podobny sposób".
Mary zaczęła mówić przy akompaniamencie tupotu na górze.
- Nie zastanawiałam się nad tym tak naprawdę. To był zwykły dzień. Wiedziałam, że Susan w tym tygodniu umówiła się na parę spotkań, kilkakrotnie rozmawiałyśmy przez telefon.
Gina obdarzyła ją kojącym uśmiechem.
- Czym zajmuje się Susan?
- Jest księgową, ma swoją działalność. Przez większość czasu zajmuje się wszystkim w domu. Od czasu do czasu robi coś dla jakichś firm. Najczęściej jeździ do różnych osób po dokumenty, co zawsze mnie martwiło. Mówiłam jej, że według mnie to trochę ryzykowne, ale nie wydawała się tym przejmować. Zawsze opowiadała, że jej klienci są uroczy. Niekiedy podrzucali jej faktury do domu. W ogóle mi się to nie podobało, a już zwłaszcza po tym, jak rozstała się z Ryanem. Została w domu sama z dziećmi, a ludzie dzwonią do niej, znalazłszy jej ogłoszenia w gazecie czy na Facebooku. Klientem może być każdy. - Zmarszczyła brwi.
Gina widziała, że warunki pracy Susan martwiły jej matkę. Zastanawiała się, czy jej własna rodzicielka przejmowała się za każdym razem, gdy Gina kłamała, że jest zbyt zajęta, by ją odwiedzić lub przyjąć w gościnę. Trzymała się od niej z dala, by chronić ją przed wszystkim, co zrobił jej Terry. By nie pokazać, jak bardzo była wtedy roztrzęsiona i posiniaczona. Gdyby tylko wpuściła ją do swojego życia...
Z zamyślenia wyrwał ją krzyk dziecka, więc zaczęła pisać.
- A co może mi pani powiedzieć na temat wczorajszego dnia?
- Zadzwoniono do mnie ze żłobka. Było po osiemnastej, ale nie pamiętam dokładnie ile. Powiedziano, że Susan nie odebrała Rory'ego, a chcą iść do domu. Mały ma dwa latka, jest jej najmłodszym dzieckiem i codziennie przebywa w żłobku do wpół do szóstej. Często go odbierałam, gdy Susan popołudniami musiała jechać do klientów, ale tego dnia nie poprosiła mnie o pomoc. Dyrektorka powiedziała, że dzwoniła do niej kilkakrotnie, ale moja córka nie odebrała. Ja również bezskutecznie do niej wydzwaniałam. Zabrałam więc Rory'ego do siebie, nakarmiłam go i czekałam. Po dłuższej chwili zadzwonił Ryan. Do niego również się nie odzywała. Miała odebrać córki od męża o ósmej i się nie pojawiła. Jak sobie panie wyobrażają, zaczęłam panikować. Nie porzuciłaby dzieci.
- Jaka na co dzień jest Susan? - Gina wyobrażała sobie, że matka trójki dzieci, która próbuje się rozwieść i ciężko pracuje, by jakoś sobie poradzić i zapewnić dzieciom byt, musi być nieco zestresowana. - Czy jest szczęśliwa?
- Nie chciałaby się zabić, jeśli o to pani pyta. Czy jest szczęśliwa? Nie wiem. Nie miała depresji. - Mary wyjrzała przez okno. - Nie odbiera telefonu. Nie wiem, co mam zrobić. - Na górze rozbrzmiały huk i tupot małych stóp, po czym poniósł się głos żądający lodów.
- Może nam pani dać aktualne zdjęcie Susan?
Mary przytaknęła i wyszła.
- Ciszej tam! - krzyknęła, gdy była na schodach.
Sposób, w jaki Mary kiwała głową, przypominał Ginie matkę. Jakim cudem kobiety mogły być aż tak podobne? Miała ochotę przetrzeć oczy i pokręcić głową. Mary nie mogła być jej mamą, bo ta nie żyła. Sapnęła, gdy krew zaczęła tętnić jej w uszach.
- Gorąco tu.
- Myślę, że to przez ten gruby płaszcz. - Kapoor się uśmiechnęła.
Gina nie chciała go zdjąć. Planowała się streszczać i wyjść. Musiała coś zrobić, a Mary jej o tym przypomniała. Powachlowała dłonią przed twarzą i wymusiła uśmiech, gdy do kuchni wróciła gospodyni.
- Proszę. Poprosiłam męża, by to wydrukował. Zrobił je kilka tygodni temu, gdy córka przyjechała z dzieciakami na lunch.
Susan miała taki sam lekko brązowy odcień cery jak jej dzieci, ciemne oczy i długie, kręcone włosy o barwie mokki. Była szczupła, miała symetryczne rysy twarzy i lśniące, białe zęby, przez co wyglądała na dwudziestokilkulatkę.
- Dziękuję. Zgłosimy jej zaginięcie, aby mogła jej szukać drogówka. Czym jeździ?
- Obecnie małym peugeotem. Nie mam pojęcia, ile ma lat, ale wiem, że jest srebrny. - Gina z łatwością mogła sprawdzić model i numery rejestracyjne.
- Wie pani może, z kim mogła się wczoraj spotkać? Czy powiedziała komuś, dokąd się udała? Może prowadziła dziennik?
- Dlaczego miałaby powiedzieć mi, dokąd dokładnie się wybiera? Codziennie spotykała się z różnymi osobami. Wiem, że używa starego notesu, bo widywałam, jak wkłada go do torebki, ale nie wiem, czy ma jakiś inny, na przykład internetowy.
Gina zastanawiała się, dlaczego Mary przyjęła bardziej defensywny ton.
- Mówiła pani, że próbowała się do niej dodzwonić.
Mary przytaknęła, ale milczała. Otarła oczy.
- Wydzwaniałam do niej, odkąd pojechałam wczoraj po Rory'ego do żłobka. Ale nie odebrała. Od razu włącza się poczta. Zostawiłam jej kilka wiadomości. To do niej niepodobne, muszą mi panie wierzyć.
- Oczywiście, że pani wierzymy - przyznała Gina. - Czy coś takiego zdarzało się już wcześniej?
Mary otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła i spojrzała na szafkę w kącie.
- Pani Hudson? - Po raz pierwszy dom był cichy zupełnie jak jego właścicielka.
Kobieta pokręciła głową.
- Przepraszam, nie. To się nigdy wcześniej nie stało.
Zbyt długo. Gina wiedziała, że oznaczało to, iż Mary kłamała, ale dlaczego?
- Na pewno?
- Tak. Za kogo mnie pani ma? Córka nigdy nie zostawiłaby dwulatka w żłobku.
Skrzypnęły drzwi, weszła Clare. Gina obserwowała, jak starsza córka spojrzała na matkę. Clare była podobna do siostry, ale tęższa, miała krótsze, wyprostowane włosy i brwi podkreślone ciemnym makijażem.
Mary zaczęła dygotać.
- Znajdźcie ją, proszę. I nie, nigdzie by nie pojechała, nie mówiąc mi o tym, nie zostawiłaby również dzieci. Nie wiem nic więcej.
Clare przestąpiła z nogi na nogę, jakby czekała, by policjantki wyszły.
- Oczywiście. Będziemy informować panią na bieżąco, jeśli się czegoś dowiemy. Czy mogę prosić o adres męża Susan?
Kobieta zgarbiła się z ulgi i zapisała dane Ryana. Gina czuła mrowienie na karku, jakby nagle zaatakował ją chłód. Zaginęła młoda matka trójki dzieci, która się rozwodziła. Wszystko mogło jej się przytrafić. Jednak według niej nie był to wystarczający powód, by zniknąć. Mrowienie zmieniło się w dreszcz, gdy przez jej umysł przewinęło się kilka możliwych scenariuszy.
- Jest coś jeszcze - wyznała Mary. - Słyszałam, że Susan kłóciła się z Ryanem przez telefon. Powiedziała mu, że zasługuje na wszystko, co go spotka, po tym, co jej zafundował. Próbowałam ją podpytać, o co chodziło, ale nie chciała mnie martwić. Ostatnio często wyjeżdżała i zostawiała dzieci u mnie, ale zawsze wracała.
- Wie pani, dokąd jeździła?
Pokręciła głową.
- Chciałabym wiedzieć. Pytałam, ale unikała odpowiedzi. Cały czas wyglądała na poważną, nawet nieobecną. Coś się stało w jej życiu, ale nie wiem, co takiego. Nie chciała ze mną o tym rozmawiać. Złożyłam to na karb rozwodu, ale wiem, że chodziło o coś innego.
Gina zaczęła intensywnie myśleć, gdy przez chwilę wpatrywała się w Mary. Clare odwróciła wzrok i westchnęła. Co takiego z życia Susan Wheeler obie panie ukrywały? Może mąż będzie miał coś do dodania.
?
Rozdział 4
Policjantki odjechały, a Mary wpatrywała się przez okno w ciemny ogród, wyczuwając rozczarowanie Clare.
- Powinnaś była coś powiedzieć. - Córka otworzyła szafkę i wyjęła paczkę maślanych ciastek.
- Jak możesz jeść w takiej chwili? Nienawidziłaś jej, prawda?
Clare zaczęła chrupać.
- Nienawidziłam tego, że na każde zawołanie skakałaś wokół niej.
Mary wzruszyła ramionami. Starsza córka sama się o to prosiła.
- Tak samo jak w twoim przypadku! Zrobiłam tyle samo dla ciebie i Harrisona. Przyjęłam cię z powrotem, wspierałam. Często pilnowałam twojego dziecka, żebyś mogła korzystać z życia. To miał być czas dla mnie. Howard chciał przejść na emeryturę, więc pragnęliśmy spokojnego życia, ale nie, musiałaś tu wrócić i wypełnić ten dom chaosem i...
- No właśnie o to mi chodzi. Nigdy nie powiedziałabyś czegoś takiego Susan, która była złotym dzieckiem. Przecież ona nie może źle postępować. Nie zapominaj, przez kogo lata temu nie przespałaś tylu nocy. Czy to może przeze mnie? - Wrzuciła ciastko do puszki i trzasnęła drzwiczkami szafki. - Ale teraz przynajmniej wiem, że nie możesz się doczekać, aż się wyprowadzę, żebyście mogli żyć beze mnie i mojego problematycznego syna. Mam dosyć, że wszyscy ciągle się mnie czepiacie. Nie, nie poszłam na studia, nie miałam dobrej pracy i popełniałam błędy. Zawsze kochałaś ją bardziej niż mnie. Najwyraźniej jestem czarną owcą tej rodziny.
Mary położyła dłoń na ręce córki.
- Nie czepiamy się ciebie, chcemy ci pomóc znaleźć pracę. Jesteś moją córką i cię kocham...
- Nie mów tego. Nienawidzisz, gdy tu jestem, i zawsze masz pretensje do mojego syna.
Zachowanie Harrisona stanowiło wyzwanie dla nich wszystkich i współczuła Clare, że musi to znosić. Wnuczek był irytujący, brakowało mu dyscypliny, ale czy ona go krytykowała? Czy tak to wyglądało? Sytuacja nie była łatwa, ale to niczyja wina. Clare miała jednak w pewien sposób rację. Mary zawsze większą uwagę poświęcała Susan, ale to nie oznaczało, że Clare kochała mniej. Mała Susan źle się zachowywała, więc Mary poświęcała jej całą swoją uwagę, zaniedbując Clare. Żołądek jej się skurczył, gdy pojawiły się wyrzuty sumienia.
- Przepraszam. Nie chciałam cię zdenerwować...
- Jak zawsze. - Clare uderzyła obiema dłońmi w blat, wyszła z kuchni i trzasnęła drzwiami. Harrison zaczął ją wołać. Spokój zniknął, o ile w ogóle na chwilę się pojawił.
- Chodź tu, kochanie. - Howard wszedł, objął ją i przytulił. - Policja ją znajdzie. Nie może być daleko, jestem pewien, że wszystko dobrze się skończy.
Odsunęła się od niego.
- Problem właśnie w tym, że każdy to bagatelizuje.
- Opowiedziałaś policji o tym, co się stało? No wiesz, o przeszłości?
Mary pokręciła głową.
- Nie mogłam. Nie szukaliby jej, gdybym o tamtym powiedziała. Wiem, że tym razem jest inaczej. Nie zostawiłaby Rory'ego i dziewczyn, kiedy powiedziała, że je odbierze. Nie zrobiłaby tego, bo czułaby się, jakby jej odcięto rękę.
- Przykro mi. Chodź tu. Masz rację, kochanie. - Ponownie przyciągnął ją do siebie i wtuliła się w niego. Głaskał ją kojąco po włosach, jego ciepło sprawiło, że poczuła się bezpiecznie. Może i marnowała czas policji, bo Susan pojawi się jutro czy pojutrze, ale co, jeśli nie? Co, gdyby Mary tego nie zgłosiła, a coś by się stało? To, że reszta rodziny nie traktowała zniknięcia Susan zbyt poważnie, nie oznaczało, że ona nie mogła się przejmować. Tym razem czuła, że to coś innego, i postanowiła się dowiedzieć, co to takiego. Musiała znaleźć zapasowy klucz do domu córki, ten, który dostała lata temu, by podlewać kwiaty, gdy całą rodziną wyjeżdżali na wakacje. Gdzieś go położyła. Odpowiedzi znajdowały się w jej domu, i to ona musiała je odnaleźć.
?
Rozdział 5
- Za kilka minut wrócę na posterunek. Musimy porozmawiać z mężem Susan, zanim pojedzie rano do pracy, i chciałabym zobaczyć jej dom. Wyślij też prośbę do obsługi systemu rozpoznawania tablic, by poszukali jej auta. Zadzwoń, Jacobie. - Zakończyła połączenie w zestawie głośnomówiącym, nadal prowadząc samochód w ciemności. Nie planowała kolejnych odwiedzin, ale Mary ją do tego skłoniła. Tęskniła za chwilami spędzanymi z mamą.
Gina położyła goździki na siedzeniu pasażera i ruszyła ciemnymi, wiejskimi drogami z powrotem w kierunku cywilizacji. Wkrótce miała wrócić do przeszłości, o której tak bardzo chciała zapomnieć, a za którą mogła winić jedynie siebie.
Pomyślała o Hannah, z którą przeważnie łączyły ją burzliwe relacje. Córka porzuciła ją i przeniosła się do Gloucestershire, a Gina nawet nie mogła jej za to winić. Mimo wszystko sama też porzuciła matkę. Zastanawiała się, czy rodzicielka byłaby z niej dumna, gdyby wciąż żyła. Zmarła, myśląc, że Gina jest życiowym nieudacznikiem. Jednak potem Gina się zmieniła. Samotnie wychowywała Hannah, studiowała i harowała, by móc pracować w ekipie dochodzeniowo-śledczej.
Przemierzając ciemną ulicę, którą oświetlały jedynie reflektory jej samochodu, czuła, że zaczyna ją boleć głowa. Na stacji kupiła kawę, bo wyraźnie doskwierał jej brak kofeiny.
Goździki zaczynały więdnąć, ale tylko takie zdołała kupić.
Szron na drodze mienił się w świetle lamp niczym maleńkie diamenciki. Długie, nagie gałęzie sięgały żywopłotów - przypominały jej palce Jacka Frosta, śmiertelnie niebezpieczne kusiły, aby oderwała myśli od śliskiego asfaltu. Wcisnęła hamulec, by nieco zwolnić. Zimowe słońce, które za dnia ogrzewało, dawno już zaszło. Poczuła, że chłód owiał jej kark i przemknął po plecach. Zadrżała i podkręciła ogrzewanie, ale samochód wyrzucił z siebie jedynie więcej zimnego powietrza. Musiał jechać dłużej niż kilka minut, aby się nagrzać.
Pojawił się zakręt, goździki przesunęły się na siedzeniu, gdy mocniej nacisnęła na hamulec. Kiedy znajdowała się w połowie łuku, samochód wpadł w poślizg i zniosło go w kierunku żywopłotu. Zawiódł układ kierowniczy. Opony w ogóle nie trzymały się drogi. Gina przygotowała się już na uderzenie, ale guma w porę odzyskała przyczepność. Zatrzymała się tuż przed żywopłotem. Serce biło w jej klatce piersiowej jak młotem, gdy jedną ręką przytrzymywała kwiaty przy piersi. Nie chciała ich stracić, były wszystkim, co miała do ofiarowania matce. Zerknęła na nie i zdała sobie sprawę, jaki to żałosny wysiłek.
W oddali dostrzegła światła posterunku. "Weź się w garść". Gina starała się pozbyć z ramion napięcia, gotowa pokazać kolegom w pracy opanowaną panią komisarz. Dodała gazu i powoli podjechała pod budynek policji.
?
Rozdział 6
Gina minęła swój gabinet i skierowała się do miejsca, w którym Kapoor i sierżant Jacob Driscoll pili kawę.
Młoda policjantka pomachała kartką.
- Znalazłam numer rejestracyjny, szefowo.
- Wszystkie patrole zostały poinformowane. Miejmy nadzieję, że ktoś dostrzeże auto albo system wychwyci je gdzieś w mieście. - Jacob rozluźnił krawat.
Gdyby zaginiona pojawiła się w okolicy, system rozpoznawania tablic oznaczyłby ją i wiedzieliby, gdzie szukać.
- Nieźle. Oboje powinniście wracać już do domu, by się wyspać. Nie sądzę, byśmy dziś zdołali coś jeszcze ustalić.
Kapoor przytaknęła, dopiła kawę i się uśmiechnęła.
Gina włożyła zimne dłonie do kieszeni.
- Zastanowiłam się nad sprawą i doszłam do wniosku, że nie ufam tej rodzinie. Mary zawahała się, kiedy zapytałam ją, czy w przeszłości już to się zdarzyło. Co takiego zataiła?
Kapoor wzruszyła ramionami, Jacob słuchał uważnie.
- Powinniśmy spróbować zlokalizować jej telefon. Poprosisz techników, żeby zaczęli szukać, i dasz mi znać, jeśli się czegoś dowiesz?
Jacob przytaknął.
- Jasne, szefowo. Zlecę to przed wyjściem.
Kapoor ziewnęła.
- To do zobaczenia rano.
Gina skinęła głową. Ona również powinna się przespać. Miała nadzieję, że kiedy się rano obudzi, Susan będzie już w domu.
- Zatem do zobaczenia w wielkim dniu.
Kapoor się uśmiechnęła.
- Wiem, nie mogę się doczekać. Tak się cieszę, szefowo. Do jutra.
Słuchając cichego stukotu butów Kapoor, zastanawiała się, jakie powody mogła mieć Susan, by nie powiedzieć nikomu, gdzie się wybiera. Rozwodziła się. Czy szło gładko, czy może pojawiło się wiele wzajemnych animozji? Może Susan miała poważne problemy, musiała lepiej zarządzać finansami, zwłaszcza skoro prowadziła własną działalność i nie miała stałego źródła dochodu. Może samotna opieka nad trójką dzieci ją przerosła. Gina samotnie wychowywała Hannah. Przy jednym dziecku było to wyzwanie. Nie żałowała, a mimo to doskonale wiedziała, jakie to trudne. Po przeżyciach z Terrym przyrzekła nigdy więcej nie wprowadzać w życie córki żadnego mężczyzny. Wtedy były tylko we dwie.
Wróciła myślami do Mary. Nie mogła wyrzucić z głowy obrazu, jak kobieta nakręca włosy na palec.
- Widzimy się rankiem, szefowo. Dzwoniłem do Ryana Wheelera, musimy być u niego o świcie. Potem zadzwoniłem do Mary Hudson. Powiedziała, że jutro ma zamiar jechać do domu córki. Zgodziła się, byśmy jej towarzyszyli. Pojedziemy późnym rankiem.
- Dzięki, Jacobie. Zatem lepiej wracaj już do domu.
- Spotkamy się u niego? Powiedzmy... o siódmej?
Skrzywiła się.
- Do zobaczenia.
Wziął kubki i wyszedł.
Gina znów wróciła myślami do Mary i Clare. Miała nadzieję, że Susan stawi się w domu w jednym kawałku, a rodzinna tajemnica na zawsze pozostanie nie jej sprawą.
- Wciąż tu jesteś? - Wzdrygnęła się, gdy poczuła na karku oddech nadkomisarza Briggsa. - Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć.
Uśmiechnęła się i obróciła. Mężczyzna wyglądał na tak zmęczonego, jak sama się czuła. Włosy opadły mu na czoło.
- Masz ochotę na drinka w drodze do domu? Będziesz mogła opowiedzieć mi o nowej sprawie.
- Lepiej nie. Wpiszę informacje do systemu, kiedy tylko wrócę do siebie.
- Dobra. Chodziło mi o nowe śledztwo, nie o nas. - Odsunął się o krok.
Wiedziała, że miał nieustającą nadzieję na wznowienie ich sekretnego romansu, ale nie zamierzała go zachęcać, mimo że bardzo chciała, by do niej wrócił.
- Wiem. Po prostu muszę jeszcze coś zrobić. - Nie zdołała ukryć bólu w głosie ani pragnienia, by być gdzie indziej, kiedy zapinała płaszcz, szykując się do wyjścia.
- Dobrze się czujesz?
- Znów to pytanie. Nie będę czuła się dobrze, jeśli ciągle będziesz dopytywał, czy wszystko u mnie w porządku.
Zgarbił się.
- Widzę, że coś nie daje ci spokoju. Masz wtedy taki tik, skronie ci drgają, jakbyś zgrzytała zębami. Stąd zawsze wiem, że coś jest nie tak.
Rozluźniła żuchwę.
- Muszę iść. - Ominęła go i wyszła z posterunku. To, co miała do zrobienia, nie mogło czekać.