Jej mroczne serce. Tom 5 - Carla Kovach

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pra­gnę za­de­dy­ko­wać tę książkę wszyst­kim, któ­rzy zma­gają się z bo­le­sną prze­szło­ścią. Ży­wię szczerą na­dzieję, że od­naj­dzie­cie drogę, roz­wi­nie­cie skrzy­dła i wzle­ci­cie.

?

Pro­log

So­bota, 8 VI 2019 r.

Su­san usły­szała zgrzyt drzwi sa­mo­cho­do­wych i skur­czył jej się żo­łą­dek. Jej mąż Ryan - męż­czy­zna, który po­wi­nien ją ko­chać i jej ufać - spoj­rzał na nią su­rowo. Do­świad­czyła tego tylko przy kilku oka­zjach, pod­czas któ­rych dy­go­tała na ca­łym ciele, bo wie­działa, co ją czeka. Do­strze­gała sza­le­jący w nim ogień, który za­raz miał do­pro­wa­dzić go do eks­plo­zji. Chciała uciec z domu do pubu. Za­brać troje swo­ich dzieci do Dale'a.

- Pro­szę, Ry­anie, nie zro­bi­łam ni­czego złego. Ko­cham cię. Prze­pra­szam. - Wie­działa, że wy­czu­wał ko­niec ich mał­żeń­stwa. Za­no­siło się na to od dłuż­szego czasu. Su­san się do tego przy­go­to­wy­wała, spo­tkała się na­wet z praw­ni­kiem. Za­ło­żyła konto w banku, na któ­rym zgro­ma­dziła tro­chę pie­nię­dzy, by ja­koś prze­żyć. Do­wie­dział się o tym? Przy­szedł za nią do An­gel Arms. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby prze­szu­kał jej ga­bi­net. Wpa­try­wał się w nią, wy­cze­ku­jąc jej re­ak­cji, ale od­wró­ciła wzrok, nie chcąc bar­dziej go de­ner­wo­wać. W ta­kich chwi­lach zmu­szał ją, by cze­kała, aby prze­wi­dy­wała nad­cho­dzący cios.

Prze­łknęła ślinę, gdy przy­po­mniała so­bie, jak było mię­dzy nimi na po­czątku. Po­znali się i stali nie­roz­łączni, spę­dzali ra­zem ro­man­tyczne wie­czory. Tu­lili się przed te­le­wi­zo­rem, je­dząc za­mó­wione z do­stawą do domu da­nia i pi­jąc wino, co wy­da­wało się speł­nie­niem jej ma­rzeń. Pra­gnęła je­dy­nie męż­czy­zny, który chciałby z nią być, który ko­chałby ją do utraty tchu, który nie­skoń­cze­nie by jej po­żą­dał. W wieku dwu­dzie­stu dwóch lat le­dwo wią­zała ko­niec z koń­cem jako pra­cow­nica biu­rowa, gdy nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wił się w jej ży­ciu i za­brał do swo­jego pięk­nego domu. Kilka mie­sięcy póź­niej za­szła w ciążę, uro­dziła córkę Pho­ebe i była naj­szczę­śliw­szą ko­bietą na świe­cie. Póź­niej prze­pro­wa­dzili się do no­wego domu i uro­dziła Ja­smine, ale wszystko było już ina­czej. Dzieci ozna­czały ko­niec wol­no­ści i wy­wo­łały zmianę w Ry­anie. Te­raz, gdy miała trzy­dzie­ści cztery lata, pra­gnęła za­koń­czyć to mał­żeń­stwo bez względu na kon­se­kwen­cje, o któ­rych my­ślała nie­ustan­nie. Prze­szedł ją dreszcz. Je­śli Ryan wie­dział, że przy­go­to­wy­wała się do roz­wodu, był o krok przed nią.

Wsu­nął rękę do auta i ni­czym ata­ku­jący wąż wbił palce w jej rękę i za­czął cią­gnąć do domu. Wpa­try­wała się w po­za­sła­niane okna, ży­wiąc na­dzieję, że nie zo­ba­czą ich są­sie­dzi. Nikt nie pa­trzył. Za­pa­liło się świa­tło w jed­nym z po­ko­jów, gdy naj­star­sze z ich dzieci, Pho­ebe, wyj­rzało przez okno, po czym dom wy­peł­nił prze­szy­wa­jący płacz. Obu­dził się naj­młod­szy sy­nek. Su­san pę­kało serce, gdy krzy­czał. Chciała go uści­skać i mocno przy­tu­lić, aby prze­stał się bać.

Na jej po­liczku roz­ma­zała się krew z knykci jej męża, lecz nie na­le­żała ani do niego, ani do niej. Za­drżała na myśl, że za­raz po­leje się i jej po­soka. Dy­sząc, tłu­miła szloch w gar­dle. Wy­rwała się mę­żowi, gdy pró­bo­wał wsu­nąć klucz do zamka w drzwiach.

- Prze­stań, Ry­anie. Za­da­jesz mi ból. To nie tak, jak my­ślisz. To tylko przy­ja­ciel. - Do jej oczu na­pły­nęły łzy.

Po­now­nie ją zi­gno­ro­wał. Rzu­cił klu­cze na sto­lik w przed­po­koju, prze­szedł do kuchni i kil­ka­krot­nie ude­rzył pię­ściami w drzwi. Krew, którą miał na pal­cach, roz­ma­zała się na po­wierzchni drewna i stwo­rzyła ob­raz po­dobny do tego, jaki mógłby na­ma­lo­wać dwu­letni Rory. Kwa­śny smak wina osiadł na jej ję­zyku i spły­nął do gar­dła, aż zro­biło się jej nie­do­brze. Nie­po­kój spra­wiał, że kur­czył jej się żo­łą­dek, gdy słu­chała kro­ków na gó­rze. Dzieci nie mo­gły zo­ba­czyć ojca w ta­kim sta­nie. Nie, Su­san nie za­mie­rzała na to po­zwo­lić.

- Wra­caj­cie do łó­żek! - krzyk­nęła, a po po­liczku spły­nęła jej łza.

Ryan cho­dził ci­cho, po­now­nie spra­wia­jąc, że cze­kała na cios. Krew tęt­niła jej w uszach. Prze­nio­sła spoj­rze­nie z krwi na drzwiach na wła­sne stopy. Nie mo­gła na niego pa­trzeć. Może się uspo­koi, je­śli bę­dzie mil­czała i nie spro­wo­kuje go wzro­kiem.

Wró­ciła my­ślami do Dale'a, naj­ła­god­niej­szego męż­czy­zny, ja­kiego znała, który zo­stał w An­gel Arms z krwa­wią­cym no­sem. Mieli do omó­wie­nia kilka kwe­stii, na­wet je­śli oba­wiała się tego spo­tka­nia. Nie po­winna tam iść - po­peł­niła wielki błąd. Tak na­prawdę nie chciała się spo­tkać z nim i ze Steph, nie za­mie­rzała się uda­wać na zjazd, ale na­le­gali. Miało wy­da­rzyć się coś zna­czą­cego, co znisz­czy jej ży­cie. Mieli plan, w któ­rym rów­nież od­gry­wała rolę. Wró­ciły jej wła­sne słowa, by ją prze­śla­do­wać:

"Se­kret staje się se­kre­tem nie przez przy­rze­cze­nie za­cho­wa­nia cze­goś w ta­jem­nicy, a w dużo bar­dziej sub­tel­nym pro­ce­sie. To coś, o czym się nie mówi i nie pi­sze - to wspo­mnie­nie po­grze­bane w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach umy­słu".

Obie­cali do­cho­wać jej ta­jem­nicy. To tyle w kwe­stii przy­rze­czeń. Bę­dzie skoń­czona, gdy prawda wyj­dzie na jaw.

Za­mknęła oczy, wy­obra­ża­jąc so­bie dłu­gie, czarne włosy i bladą twarz Steph. Wiele lat temu na­zy­wano ją Śnieżką. I Dale'a z cze­ko­la­do­wymi oczami i ró­żo­wymi po­licz­kami, wy­glą­da­ją­cego mło­dziej, niż wska­zy­wała na to jego me­tryka. Wiele lat temu upo­rał się z trą­dzi­kiem, ale wciąż miał po nim ślady na skó­rze. Za­drżała, wy­obra­ża­jąc so­bie in­nych go­ści zjazdu - i jed­nego, któ­rego miała na­dzieję już ni­gdy nie zo­ba­czyć. Ma­china zo­stała wpra­wiona w ruch i nie było już od­wrotu.

- Mamo?! - za­wo­łała Pho­ebe ze szczytu scho­dów.

- Có­reczko, wra­caj do łóżka - po­le­ciła z drże­niem w gło­sie. Za­sta­na­wiała się, czy dziew­czynka ją zro­zu­miała. Rory na­dal pła­kał w swoim po­koju. - Sprawdź, pro­szę, co u brata. Boi się. Utul go ode mnie.

- A ty, mamo? - Pho­ebe przy­gry­zała koń­cówki wło­sów. Sto­jąc na gór­nym stop­niu, wy­glą­dała ze swo­imi chu­dymi no­gami jak bo­cian. Su­san za­uwa­żyła, że drżały jej ko­lana. Pho­ebe to bar­dzo wraż­liwe dziecko. Bez trudu wy­chwy­ty­wała nie­po­kój in­nych, nie tak jak Ja­smine, która wy­da­wała się eg­zy­sto­wać we wła­snej bańce. - Mamo, krwa­wisz!

- To nie moja krew. - Po­słała jej wy­mu­szony uśmiech i otarła z po­liczka krew Dale'a. - Wy­szłam i wy­da­rzył się wy­pa­dek. Tata po mnie przy­je­chał.

Ryan wszedł do ko­ry­ta­rza.

- Na­tych­miast do łóżka. Sły­sza­łaś matkę. I uspo­kój brata.

Pho­ebe nie trzeba było dwa razy po­wta­rzać. Po­szła do po­koju malca i trza­snęła drzwiami. Su­san wy­obra­ziła so­bie dzieci sku­lone ra­zem na gó­rze.

- A ty wejdź te­raz do kuchni.

Pi­snęła, gdy szturch­nął ją w plecy. W końcu za­pę­dził w kąt. Ostroż­nie za­mknął drzwi i opu­ścił ro­lety. Kuc­nęła na pod­ło­dze, za­ło­żyła drżące ręce na głowę i zwi­nęła się w naj­cia­śniej­szy kłę­bek, cze­ka­jąc na to, co się sta­nie.

- Je­śli do­wiem się, że mnie zdra­dzi­łaś, za­biję cię. Przy­rze­kam.

?

Roz­dział 1

Wto­rek, 12 XI 2019 r.

Se­ba­stian pła­kał, gdy Me­gan wci­skała jego okryte gru­bym swe­trem ręce w rę­kawy kurtki. Przed­ostat­nie z dzieci miało za­raz wró­cić do domu, a Me­gan mi­mo­wol­nie uwa­żała je za roz­wy­drzo­nego gów­nia­rza. "Czy źle przy­zna­wać, że nie lubi się jed­nego z wy­cho­wan­ków?". Ni­gdy nie wy­po­wie­dzia­łaby tych słów na głos, ale czy w po­rządku było je po­my­śleć? Utrzy­my­wało ją to przy zdro­wych zmy­słach.

Matka chłopca spóź­niała się po niego i na­wet ra­czyła za to prze­pro­sić - co nie było jed­nak dziwne. Wszy­scy wy­ko­rzy­sty­wali przed­szko­lankę, jakby uwa­żali, że po to wła­śnie jest. Więk­szość ro­dzi­ców nie prze­pra­szała za spóź­nie­nie czy zaj­mo­wa­nie jej lub in­nym pra­cow­ni­kom czasu, co mocno ją wku­rzało. Matka Se­ba­stiana w końcu się po­ja­wiła i przy­pięła malca w okrop­nym wózku wy­peł­nio­nym je­dze­niem. Sy­nek wy­gi­nał się i krzy­czał, gdy ro­dzi­cielka z nim wal­czyła. "Po­spiesz się i znik­nij z tym swoim ma­łym upio­rem".

- Pa - rzu­ciła ko­bieta, wy­cho­dząc z po­miesz­cze­nia. Skrzy­pie­nie kó­łek wózka ci­chło stop­niowo, aż za­ni­kło, gdy za­mknęły się drzwi fron­towe. Me­gan po­zbie­rała ostat­nie za­bawki, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie po­dzie­wała się ostat­nia matka.

Był kwa­drans po szó­stej i wciąż ani widu, ani sły­chu Su­san. Żło­bek za­my­kano o osiem­na­stej. Nikt tu nie zo­sta­wał po go­dzi­nach jak w in­nych pla­ców­kach. To główny po­wód, dla któ­rego na­dal pra­co­wała w żłobku Dzwo­neczki. Su­san za­wsze przy­jeż­dżała przed szó­stą. Pew­nego razu miała stłuczkę, ktoś urwał jej lu­sterko. Od razu do nich za­dzwo­niła i po­in­for­mo­wała o po­ten­cjal­nym spóź­nie­niu.

Mały Rory prze­cią­gnął się i ziew­nął. Za­mru­gał i ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu in­nych dzieci, które już dawno wró­ciły z ro­dzi­cami do do­mów. Wy­cią­gnął rączki do ob­razka przed­sta­wia­ją­cego jego mamę, który wcze­śniej na­ma­lo­wał. Uśmiech­nął się i ści­snął kartkę w pa­lusz­kach, gdy mu ją po­dała.

Me­gan zdzi­wiła się, że płacz Se­ba­stiana go nie obu­dził, ale naj­wy­raź­niej Rory za­pa­dał w głę­boki sen. Dzieci uczono spa­nia w ha­ła­sie. Za­częła mu drżeć dolna warga, a na­stęp­nie ci­szę wy­peł­niło pi­skliwe za­wo­dze­nie:

- Ma­mu­siu!

Me­gan wzięła go z pufa, na któ­rym za­snął po­nad go­dzinę temu. Nie po­winna na to po­zwa­lać tuż przed po­wro­tem do domu, ale prze­cież wła­śnie zo­stała dłu­żej w pracy.

- Wciąż tu je­steś? - Prze­ło­żona we­szła do po­miesz­cze­nia z pę­kiem klu­czy, by wszystko po­za­my­kać na noc. Małe, okrą­głe oku­lary pra­wie pod­ska­ki­wały na no­sie ko­biety, gdy coś mó­wiła.

Me­gan za­sta­na­wiała się, czy fry­zura pani An­drews kie­dy­kol­wiek była w mo­dzie. Gdyby lekko pod­krę­ciła włosy, jak ro­biło się to w la­tach pięć­dzie­sią­tych, może na­wet uda­łoby się jej ład­nie wy­glą­dać. Być może po­winna jed­nak za­pu­ścić włosy i no­sić je z prze­dział­kiem na boku jak Me­gan. Dzieci uwiel­biały jej ró­żowe, fa­lo­wane pa­sma.

- Su­san nie przy­je­chała po synka. Prawda, Rory? - Po­sa­dziła so­bie dziecko na ko­la­nie i uspo­ka­jała je, gdy płacz prze­szedł w spo­ra­dyczne jęki. - Tę­sk­nisz za ma­mu­sią, tak?

- Po­win­nam do niej za­dzwo­nić. To do niej zu­peł­nie nie­po­dobne. - Pani An­drews wy­jęła starą no­kię, te­le­fon z ro­dzaju tych, z któ­rego dało się je­dy­nie dzwo­nić. Roz­łą­czyła się chwilę póź­niej. - Nie od­biera. Pew­nie pro­wa­dzi. - Po­de­szła do okna, wło­żyła te­le­fon do głę­bo­kiej kie­szeni kar­di­ganu i wyj­rzała na ze­wnątrz.

Me­gan spoj­rzała na wła­sną ko­mórkę. Do­stała wia­do­mość od Danny'ego. Mu­siała wyjść, bo spie­szyła się do kina w Red­ditch. Miała na­dzieję, że zdoła wpaść do domu, by się prze­brać, ale naj­wy­raź­niej jej się to nie uda. Po­wą­chała swe­ter - pach­niała ciast­kami i wy­mio­ci­nami. Z winy Su­san pój­dzie na randkę, śmier­dząc dziećmi.

Danny obie­cał jej ko­la­cję, a po­tem coś strasz­nego do obej­rze­nia.

- Na­prawdę za­raz mu­szę wyjść, pani An­drews. Na siódmą mu­szę być w Red­ditch. Śmier­dzę i na­wet nie zdo­łam się prze­brać, bo już je­stem spóź­niona.

- Przy­kro mi, Me­gan. Mu­sisz zo­stać do jej przy­jazdu.

- Ale...

- Nic na to nie po­ra­dzisz. Umowa prze­wi­duje ta­kie przy­padki. Cza­sem bę­dziesz miała nad­go­dziny. Znów spró­buję do niej za­dzwo­nić. - Ko­bieta ob­ró­ciła się na pię­cie w ba­le­ri­nach, nim Me­gan zdo­łała ja­koś to sko­men­to­wać.

Nie­prze­wi­dziane sy­tu­acje w pracy już kil­ka­krot­nie ze­psuły jej plany. Dziew­czyna wzięła więc te­le­fon i na­pi­sała wia­do­mość do swo­jego chło­paka.

Przy­tu­liła Rory'ego, który za­mknął oczy i za­czął ssać kciuk. Ob­ra­zek upadł na pod­łogę. Praca przed­szko­lanki nie była jej wy­ma­rzoną, choć tu­le­nie chłop­czyka nieco po­pra­wiło sy­tu­ację. Gdyby tylko wszyst­kie dzieci były rów­nie uro­cze.

- Na­dal je­steś zmę­czony, prawda? - Ciemne loczki za­kry­wały czoło, chło­piec był bar­dzo po­dobny do mamy. Za­zwy­czaj oliw­kowe, zaś w tej chwili czer­wone po­liczki wy­dy­mał te­raz bar­dziej niż zwy­kle.

Pani An­drews wró­ciła i spraw­dziła wszyst­kie okna.

Me­gan wy­obra­żała so­bie, że Su­san za­raz wpad­nie do środka, za­cznie prze­pra­szać i na­wi­jać o tym, jak to pró­bo­wała nad wszyst­kim za­pa­no­wać. Za­wsze wy­glą­dała na po­de­ner­wo­waną, więc nie bę­dzie to nic no­wego.

- Nie­stety, na­dal się nie od­zywa - rzu­ciła prze­ło­żona, prze­cho­dząc obok niej, aby za­cią­gnąć za­słony, po czym po­pra­wiła sza­lik na szyi. - Mróz dziś co­raz więk­szy. - Za­drżała.

- My­śli pani, że coś jej się stało? - Me­gan po­ło­żyła śpią­cego już malca na pu­fie. Wier­cił się, gdy wy­cią­gała rękę spod jego karku. W końcu uło­żył głowę, a ona okryła go jego ulu­bio­nym ko­cy­kiem. Uwiel­biała pa­trzeć na śpiące dzieci, bo wtedy były naj­spo­koj­niej­sze. Ro­dzi­com się to jed­nak nie po­do­bało. Ocze­ki­wali, że przed­szko­lanki przez cały dzień będą się z nimi ba­wić, aby mo­gli za­brać je do domu i od razu po­ło­żyć spać.

Pani An­drews skrzy­wiła się i od­cią­gnęła lekko za­słonę. Wpa­try­wała się w każdy prze­jeż­dża­jący sa­mo­chód.

- Nie wiem, to do niej nie­po­dobne. Spraw­dzę jej akta. Chyba mamy w nich te­le­fon do babci chłopca. Bar­dzo mi przy­kro.

Me­gan wes­tchnęła. Jej wie­czór był już spi­sany na straty. Chcia­łaby, aby pani An­drews bar­dziej po­ma­gała przy dzie­ciach, ale prze­ło­żona więk­szość czasu spę­dzała w ga­bi­ne­cie za za­mknię­tymi drzwiami. Me­gan wzięła ostat­nią kredkę i wło­żyła ją do pu­dełka, które na­kryła wiecz­kiem, ma­jąc na­dzieję, że bab­cia Rory'ego się po­spie­szy.

Chłop­czyk wy­da­wał uro­cze dźwięki ssa­nia, za­pa­da­jąc w głęb­szy sen. Me­gan po­now­nie spoj­rzała na ze­ga­rek. Wie­działa, że Su­san ma te­raz wiele na gło­wie, nie sta­no­wiło ta­jem­nicy, że roz­wo­dziła się z mę­żem, ale coś jej nie pa­so­wało. Su­san za­wsze tu­liła synka, jakby był kru­chy. Uśmiech, jaki po­ja­wiał się na jej twa­rzy, gdy wo­łał ją z dru­giego końca sali, przy­pra­wiał przed­szko­lankę o ciarki. Te­raz, gdy moc­niej za­sta­no­wiła się nad sy­tu­acją, zdała so­bie sprawę, że Su­san nie dzwo­niła od kilku go­dzin. A ona za­wsze dzwo­niła, do­py­ty­wała o dziecko, chciała wie­dzieć, czy było szczę­śliwe. Dziew­czyna wzru­szyła jed­nak ra­mio­nami. Może to nic ta­kiego. Może to po pro­stu zwy­kłe spóź­nie­nie. Za­drżała i po­gła­skała ma­lu­cha po gło­wie.

- Ma­mu­sia nie­ba­wem przy­je­dzie.

?

Roz­dział 2

Środa, 13 XI 2019 r.

Mary cho­dziła po nie­wiel­kim domu z pła­czą­cym wnu­kiem na rę­kach, gdy w tle pły­nęło z gło­śni­ków "Baby Shark" - pio­senka, która co­raz bar­dziej dzia­łała jej na nerwy.

- Ci­chutko, Rory. Ma­mu­sia za­raz wróci. - Chcia­łaby wie­rzyć we wła­sne słowa. Od wczo­raj­szego te­le­fonu ze żłobka pil­no­wała wnuczka i co rusz dzwo­niła do córki. Żo­łą­dek skur­czył jej się do gra­nic moż­li­wo­ści, tak samo jak przed laty.

Za­bawki za­śmie­cały każdy po­kój, choć na­prawdę nie mieli z Ho­war­dem na nie miej­sca.

Za­uwa­żyła, że drzwi fron­towe są uchy­lone. Mary wy­bie­gła z dziec­kiem na ko­ry­tarz. To mu­siała być Su­san.

- O, to ty.

Ho­ward wszedł do ga­bi­netu, rzu­cił na biurko kilka prze­wo­dów do kom­pu­tera i wy­szedł. Zmierz­wione, siwe włosy opa­dły mu na oczy, gdy po­tarł za­ro­śnięty pod­bró­dek.

- Do­brze się czu­jesz, ko­cha­nie? Mu­sia­łem wziąć kilka ka­bli do jed­nego z pro­jek­tów. - Uśmiech­nął się do Rory'ego i szczyp­nął go w pulchny po­li­czek. - Ode­zwała się?

Dziecko pła­kało, loki kle­iły mu się do za­czer­wie­nio­nej, mo­krej od łez twa­rzy. Ho­ward wy­sta­wił ję­zyk i zro­bił zeza, a ma­lec za­chi­cho­tał.

- Nie. Mar­twię się o nią. - Mary wpa­try­wała się w czu­bek głowy wnuczka. Po­now­nie go przy­tu­liła, gdy za­czął pła­kać.

- Wiem, ko­cha­nie. Spró­bujmy nie wy­cią­gać po­chop­nych wnio­sków. Wiemy, jak bar­dzo była ze­stre­so­wana. Po­trzy­mać go, gdy bę­dziesz do niej dzwo­nić? - Wziął pła­czą­cego ma­lu­cha na ręce i po­sta­wił go na pod­ło­dze, ro­biąc ko­lejne śmieszne miny. Rory pró­bo­wał ukryć uśmiech, bo za­po­mi­nał o pła­czu. Mary uwiel­biała to, że wnu­czek na­tych­miast się roz­po­ga­dzał na wi­dok dziadka, który się przed nim wy­dur­niał. - Po­wiem ci coś. Na­le­jemy po kie­liszku winka, co? Mam dać ba­buni kie­li­szek winka? - Rory po­ki­wał głową i za­cią­gnął Ho­warda do kuchni, ssąc pa­luszki.

Mary po­krę­ciła głową.

- Le­piej nie. Za­bierz go na chwilę do kuchni. Dzwo­nię na po­li­cję.

- Już to prze­ra­bia­li­śmy, mamo - po­wie­działa Clare. Prze­szła obok niej z pu­deł­kiem lo­dów, z któ­rych wy­sta­wała łyżka. - Mi­nął do­piero je­den dzień i nie jest jak wtedy, pa­mię­tasz?

Otwo­rzyły się drzwi do sa­lonu, a Mary po­czuła, że głowa za­raz jej pęk­nie, gdyż z po­koju na cały re­gu­la­tor pły­nęła pio­senka "Baby Shark". Sy­nek Clare tań­czył i się wy­dzie­rał:

- Lody! Lody! Chcę lody! Ma­mu­siu, chcę lody! - Wy­rwał matce łyżkę, która po­fru­nęła do przed­po­koju i roz­pać­kała de­ser na wa­ni­lio­wej ścia­nie. Kiedy utwór do­biegł końca, Har­ri­son wró­cił do sa­lonu po pi­lota do te­le­wi­zora. - Jesz­cze raz, ma­mu­siu. "Baby Shark"!

Mary po­krę­ciła głową. Star­sza córka rok temu wró­ciła do ro­dzin­nego domu i wy­wró­ciła jej ci­chy ką­cik do góry no­gami. Har­ri­son ni­gdy nie spał ani nie sie­dział spo­koj­nie. Na­wet są­sie­dzi skar­żyli się na nie­usta­jący ha­łas.

- Nie od­biera te­le­fonu, nie skon­tak­to­wała się przez cały dzień. Nie po­rzu­ci­łaby Rory'ego. Po­win­nam już wczo­raj to zgło­sić. Co ja so­bie my­śla­łam?

- Znasz ją. Cza­sami ma pro­blemy i wy­cho­dzi z domu, by so­bie z nimi po­ra­dzić. Na­prawdę są­dzisz, że po­win­ni­śmy po­wia­da­miać po­li­cję? - Clare oparła się non­sza­lancko o ścianę.

- To było dawno temu! Znam Su­san. Tak, uwa­żam, że po­win­ni­śmy za­dzwo­nić. Ni­gdy nie zo­sta­wi­łaby syna w żłobku. Nie wie­rzę, że da­łam się na­mó­wić to­bie i Ho­war­dowi, by tak długo z tym zwle­kać. - Spoj­rzała su­rowo na córkę. Cho­ciaż sio­stry mocno się od sie­bie róż­niły, my­ślała, że Clare do­strzeże nie­co­dzien­ność tej sy­tu­acji i za­cznie się mar­twić. - Mo­żesz przy­pil­no­wać, żeby było ci­cho, gdy będę roz­ma­wiać? I wy­łącz tę cho­lerną pio­senkę, za­nim stracę nad sobą pa­no­wa­nie.

Znów pod­biegł do niej za­pła­kany Rory.

- Chcę do ma­musi. Gdzie mama?

Mary przy­tu­liła go i po­gła­skała po wło­sach.

- Ma­mu­sia cię ko­cha i za­raz wróci. Ba­bu­nia ci to obie­cuje.

Har­ri­son po­now­nie wy­padł na ko­ry­tarz.

- Mamo, patrz. Je­stem au­tkiem. Brum, brum...

- Har­ri­so­nie, włóż pi­żamę. Czas spać - wark­nęła Mary. Wnucz­kowi przy­da­łaby się dys­cy­plina, a córka żad­nej nie utrzy­my­wała.

- Ale chcę lody, ba­bu­niu.

Mary wy­rwała po­jem­nik z rąk córki i rzu­ciła go Ho­war­dowi. Mąż od­wró­cił wzrok, chcąc unik­nąć ko­lej­nej sprzeczki. Zo­sta­wił wszyst­kich w ko­ry­ta­rzu, po­daw­szy żo­nie te­le­fon. Har­ri­son pła­kał, jakby na­stą­pił ko­niec świata.

- A te­raz przy­go­tuj go do spa­nia, Clare. Ma dwa lata, na mi­łość bo­ską. - Wie­działa, że córka bę­dzie miała trud­no­ści z po­ło­że­niem syna do łóżka, ale mu­siała się po­sta­rać.

Clare się skrzy­wiła, ale wzięła na ręce za­wo­dzą­cego chłopca. Har­ri­son ude­rzał piąst­kami w jej plecy, bo nie chciał iść spać.

- Lody, lody, lody...

- Weź­miesz Rory'ego? Po­łożę go po tym, jak za­dzwo­nię na po­li­cję. - Mary po­dała wnuczka mę­żowi. Rory był ma­łym anioł­kiem, więc z ra­do­ścią się nim opie­ko­wała.

- Chodź, ma­lu­chu. Obej­rzymy coś w te­le­wi­zji? - Chłop­czyk wtu­lił się w pierś dziadka, który niósł go do sa­lonu.

Mary po­szła do kuchni i za­trzy­mała pa­lec nad kla­wia­turą te­le­fonu. Tylko ten je­den raz. Mu­siała po­now­nie spró­bo­wać za­dzwo­nić do córki. Kiedy miała na­ci­snąć na jej nu­mer, roz­ja­śnił się ekran.

- Ry­anie? Wszystko w po­rządku?

- Tak. Je­stem z dziew­czyn­kami. Mogę z nią po­roz­ma­wiać? Nie od­biera te­le­fonu. Pho­ebe jest już zmę­czona, obie idą ju­tro do szkoły. Chcą do domu.

Serce Mary zgu­biło rytm, gdy jej wkrótce były zięć cze­kał na jej od­po­wiedź.

- Od­zy­wała się dzi­siaj do cie­bie?

- Nie. Tak jak mó­wi­łem ci ze­szłej nocy. Roz­ma­wia­łem z nią wczo­raj, za­nim po­je­chała po po­łu­dniu do klienta. Po­pro­siła, że­bym ode­brał dziew­czynki ze szkoły i za­brał je do sie­bie. Wię­cej się nie ode­zwała. Chcesz po­wie­dzieć, że nie ma jej z tobą?

Mary ode­tchnęła głę­boko. Po­winna dzwo­nić do Ry­ana, by in­for­mo­wać go na bie­żąco, ale nie chciała, by wie­dział, że Su­san ma pro­blemy, z któ­rymi so­bie nie ra­dzi, zwłasz­cza że zro­biło się mię­dzy nimi nie­przy­jem­nie, kiedy oświad­czyła mu, że chce roz­wodu. Nie za­mie­rzała da­wać zię­ciowi ar­gu­men­tów do kłótni. Miała na­dzieję, że sprawa dziś się wy­ja­śni.

- Ry­anie, Su­san nie ode­brała Rory'ego ze żłobka, wiesz o tym. Nie od­zy­wała się do mnie. Dzwo­nię na po­li­cję.

- Cho­lera. Co z nią? Nie­po­trzeb­nie się wy­głu­pia. Chyba le­piej, że­bym przy­je­chał po Rory'ego? To nie fair w sto­sunku do cie­bie i Ho­warda.

Mary na­słu­chi­wała przy drzwiach sa­lonu, lecz wszystko uci­chło. Miała na­dzieję, że ma­luch uspo­koił się na tyle, że bę­dzie mo­gła od razu po­ło­żyć go w łó­żeczku tu­ry­stycz­nym.

- Może u nas zo­stać. Chyba na­wet już śpi.

- W prze­ci­wień­stwie do tego dru­giego - rzu­cił Ryan, gdy wrza­ski Har­ri­sona roz­brzmiały w ca­łym bu­dynku.

- Nic się nie dzieje. No chyba że chce ci się po niego je­chać. Może u nas zo­stać. Wiem, że mu­sisz rano iść do pracy. Mo­żesz za­jąć się dziew­czyn­kami? I daj znać, pro­szę, gdyby Su­san się ode­zwała. Też będę cię in­for­mo­wać.

- Dzięki, Mary. Dam znać, je­śli cze­goś się do­wiem. Będę pró­bo­wał do niej dzwo­nić.

Roz­łą­czył się, a ko­bieta po­de­szła do zlewu i na­lała so­bie wody do szklanki. Od roz­sta­nia z mę­żem za­cho­wa­nie Su­san znacz­nie się po­gor­szyło. Wię­cej piła, po­zwa­lała so­bie na swo­bodę, zwłasz­cza je­śli cho­dziło o opiekę nad dziećmi, cza­sami się spóź­niała i nie od­bie­rała te­le­fo­nów, ale ni­gdy nie po­rzu­ci­łaby ma­lu­chów, bo ko­chała je po­nad wszystko.

Wy­brała nu­mer. Je­śli coś się stało, a ona nie za­dzwoni na po­li­cję, ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czy.

- Dzień do­bry, chcia­ła­bym zgło­sić za­gi­nię­cie córki.

?

Roz­dział 3

Ko­mi­sarz Gina Harte za­trzy­mała się za ra­dio­wo­zem po­ste­run­ko­wej Ka­poor. Jak zwy­kle nie za­pla­no­wała na wie­czór ni­czego szcze­gól­nego. W domu miała tylko czer­stwy chleb i ja­kiś stary se­rek. We­zwa­nie oka­zało się bło­go­sła­wień­stwem.

Drobna funk­cjo­na­riuszka o wy­glą­dzie na­sto­latki stała już przy drzwiach i za­mie­rzała za­pu­kać.

Nie­wielki bu­dy­nek typu bliź­niak znaj­do­wał się w star­szej czę­ści Cle­eves­ford - dzięki kre­mo­wemu tyn­kowi i prze­suw­nym oknom miał na­wet nieco wiej­skiego uroku. Wznie­siono go na prze­ło­mie ubie­głego wieku. Gina wie­działa, że pier­wot­nie były to do­mo­stwa ro­bot­ni­ków rol­nych. Na końcu ogrodu wła­ści­ciel umie­ścił nie­wielką la­tar­nię, która wy­glą­dała jak sta­ro­dawna lampa ga­zowa i do­peł­niała kli­matu przy na­gich drze­wach, które wio­sną i la­tem na pewno pięk­nie kwitną. Gina za­drżała i za­pięła górny gu­zik płasz­cza.

Wy­sia­dła z auta, a Ka­poor do niej po­ma­chała i za­pu­kała do drzwi domu.

- Cześć, sze­fowo! - za­wo­łała z moc­nym ak­cen­tem z Bir­ming­ham.

Im bli­żej domu Gina była, tym wy­raź­niej sły­szała do­cho­dzący z niego ha­łas. Po­niósł się dzie­cięcy krzyk, po czym za­fa­lo­wała za­słona i w oknie po­ka­zał się dzie­ciak. Drzwi otwo­rzyła zde­ner­wo­wana ko­bieta, która wy­glą­dała na sześć­dzie­się­cio­latkę. Gina mu­siała się opa­no­wać, by się na nią nie ga­pić. Po­do­bień­stwo było nie­sa­mo­wite, przez co po­li­cjantce za­parło dech w piersi.

Mary unio­sła nogę, blo­ku­jąc drogę ży­wio­ło­wemu mal­cowi, który pró­bo­wał wy­biec na ze­wnątrz w pi­ża­mie w di­no­zaury.

- Clare, zaj­mij się, pro­szę, Har­ri­so­nem.

- Chcę lody! Chcę lody! - wo­łało dziecko, gdy ko­bieta wzięła go na ręce. Z wierz­ga­ją­cym ma­lu­chem pod pa­chą za­pro­siła po­li­cjantki do środka.

- Je­stem in­spek­tor Harte, a to po­ste­run­kowa Ka­poor.

- Dzię­kuję za przy­jazd. Mam na imię Mary, a to moja druga córka, Clare. - Ze scho­dów zbie­gła młod­sza ko­bieta i wzięła dziecko od matki. Na jej twa­rzy wi­dać było czer­woną szramę. Wzdry­gnęła się, gdy jej do­tknęła. - Ten mały to nie­złe ziółko. Pro­szę do kuchni.

Gina po­szła za Ka­poor i Mary ko­ry­ta­rzem. Dom wy­peł­niły wrza­ski chłopca. Wy­raź­nie wi­działa, że se­niorka rodu wy­gląda na wy­czer­paną wszyst­kim, co się tu działo.

- Na­piją się pa­nie cze­goś?

Gina i Ka­poor po­krę­ciły gło­wami.

- Dzię­ku­jemy. We­zwała nas pani, po­nie­waż córka nie wró­ciła jesz­cze do domu. Mo­żemy usiąść? - za­py­tała Gina, bo łydki bo­lały ją po pró­bie po­po­łu­dnio­wego biegu.

Mary po­ki­wała głową i wska­zała, aby za­jęły miej­sce przy ku­chen­nej wy­spie. Jak na starą chatę, ko­bieta pięk­nie ją wy­re­mon­to­wała. Ja­sno­szare fronty i ja­sny drew­niany blat wy­kań­czały wnę­trze z ele­gancką pre­cy­zją. Po­miesz­cze­nie oświe­tlały diody pod szaf­kami. Na ta­blicy przy­cze­piono kartki z dzie­cię­cymi ko­lo­ro­wymi bo­ho­ma­zami. Mary włą­czyła lampę, która stała w ką­cie.

- Te­raz bę­dziemy coś wi­dzieć. Pil­nuję, by oświe­tle­nie było sto­no­wane. Jak mo­gły pa­nie za­uwa­żyć, mój wnu­czek Har­ri­son jest dość ży­wio­ło­wym dziec­kiem. Sta­ram się za­ciem­niać po­miesz­cze­nia w na­dziei, że się zmę­czy i może za­śnie. Jed­nak to my­śle­nie ży­cze­niowe.

Gina wy­jęła z to­rebki no­tes.

- Czy to on zo­stał w żłobku?

Mary po­krę­ciła głową.

- Nie, ten jest mo­jej dru­giej córki, Clare, któ­rej nie stać było na czynsz, więc w ubie­głym roku wró­ciła do domu, niby tym­cza­sowo. Har­ri­son to jej dziecko. Sy­nem Su­san jest Rory. Jest te­raz na gó­rze, śpi w na­szym po­koju. Sta­nowi cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo ku­zyna. Jest ci­chy - urwała. - Prze­pra­szam, że pa­nie fa­ty­go­wa­łam...

- To ża­den kło­pot. Pani córka za­gi­nęła. Cie­szę się, że pani za­dzwo­niła, i wła­śnie dla­tego tu je­ste­śmy.

- Wiem, że nie ma jej do­piero je­den dzień, ale na­prawdę się mar­twię. To zna­czy, nie ode­brała synka ze żłobka. Ni­gdy by go tam nie zo­sta­wiła i za­wsze wra­cała na noc. Po­zo­stała dwójka jej dzieci prze­bywa w miesz­ka­niu ojca, a je rów­nież miała za­brać. Po pro­stu nie wiem... Po­cząt­kowo są­dzi­łam, że może wróci wie­czo­rem, że po­trze­bo­wała chwili wol­nego, by po­my­śleć. - Mary otarła łzę z po­liczka. - Ro­dzina uważa, że tro­chę prze­sa­dzam, ale wcale tak nie czuję. Je­stem matką, a ona by mi cze­goś ta­kiego nie zro­biła. Nie zro­bi­łaby tego swoim dzie­ciom.

- W po­rządku, pani Hud­son. - Gina po­dała ko­bie­cie paczkę chu­s­te­czek.

- Prze­pra­szam.

- Mary, po­może nam pani, od­po­wia­da­jąc na kilka py­tań.

Ka­poor wy­jęła no­tes i od­chrząk­nęła. Czarny, lśniący ku­cyk za­ko­ły­sał się, gdy ukła­dała się wy­god­nie na stołku.

- Mogę pro­sić pełne imię i na­zwi­sko za­gi­nio­nej?

- Su­san He­lena Whe­eler. Na­zwi­sko ma po mężu.

- Wiek?

- Trzy­dzie­ści cztery lata.

Chwilę póź­niej Ka­poor za­pi­sała pod­sta­wowe dane.

Gina wy­jęła dłu­go­pis i zna­la­zła czy­stą kartkę, go­towa prze­py­tać Mary.

- Wiem, że to dla pani trudne, ale omówmy wczo­raj­sze wy­da­rze­nia. Chcę wie­dzieć, co ro­biła pani córka.

Ko­bieta za­częła na­wi­jać na pa­lec far­bo­wane na brąz włosy, które się­gały jej do pod­bródka. Gina od­wró­ciła wzrok, bo jej matka rów­nież za­wsze tak ro­biła. Wi­dok ten oży­wił wspo­mnie­nia.

- Wszystko w po­rządku, pani ko­mi­sarz? - Mary prze­chy­liła lekko głowę.

Gina przy­tak­nęła i po­czuła, że prze­szedł ją dreszcz.

- Tak, dzię­kuję. Mo­żemy za­czy­nać. - Wbiła pa­znok­cie w nogę, aby przy­po­mnieć so­bie, że jest tu i te­raz, i by nie za­tra­cać się we wła­snych my­ślach. Wiele osób miało brą­zowe włosy, które na­krę­cały na palce pod wpły­wem stresu. "Ale nie w tak nie­sa­mo­wi­cie po­dobny spo­sób".

Mary za­częła mó­wić przy akom­pa­nia­men­cie tu­potu na gó­rze.

- Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym tak na­prawdę. To był zwy­kły dzień. Wie­dzia­łam, że Su­san w tym ty­go­dniu umó­wiła się na parę spo­tkań, kil­ka­krot­nie roz­ma­wia­ły­śmy przez te­le­fon.

Gina ob­da­rzyła ją ko­ją­cym uśmie­chem.

- Czym zaj­muje się Su­san?

- Jest księ­gową, ma swoją dzia­łal­ność. Przez więk­szość czasu zaj­muje się wszyst­kim w domu. Od czasu do czasu robi coś dla ja­kichś firm. Naj­czę­ściej jeź­dzi do róż­nych osób po do­ku­menty, co za­wsze mnie mar­twiło. Mó­wi­łam jej, że we­dług mnie to tro­chę ry­zy­kowne, ale nie wy­da­wała się tym przej­mo­wać. Za­wsze opo­wia­dała, że jej klienci są uro­czy. Nie­kiedy pod­rzu­cali jej fak­tury do domu. W ogóle mi się to nie po­do­bało, a już zwłasz­cza po tym, jak roz­stała się z Ry­anem. Zo­stała w domu sama z dziećmi, a lu­dzie dzwo­nią do niej, zna­la­zł­szy jej ogło­sze­nia w ga­ze­cie czy na Fa­ce­bo­oku. Klien­tem może być każdy. - Zmarsz­czyła brwi.

Gina wi­działa, że wa­runki pracy Su­san mar­twiły jej matkę. Za­sta­na­wiała się, czy jej wła­sna ro­dzi­cielka przej­mo­wała się za każ­dym ra­zem, gdy Gina kła­mała, że jest zbyt za­jęta, by ją od­wie­dzić lub przy­jąć w go­ścinę. Trzy­mała się od niej z dala, by chro­nić ją przed wszyst­kim, co zro­bił jej Terry. By nie po­ka­zać, jak bar­dzo była wtedy roz­trzę­siona i po­si­nia­czona. Gdyby tylko wpu­ściła ją do swo­jego ży­cia...

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją krzyk dziecka, więc za­częła pi­sać.

- A co może mi pani po­wie­dzieć na te­mat wczo­raj­szego dnia?

- Za­dzwo­niono do mnie ze żłobka. Było po osiem­na­stej, ale nie pa­mię­tam do­kład­nie ile. Po­wie­dziano, że Su­san nie ode­brała Rory'ego, a chcą iść do domu. Mały ma dwa latka, jest jej naj­młod­szym dziec­kiem i co­dzien­nie prze­bywa w żłobku do wpół do szó­stej. Czę­sto go od­bie­ra­łam, gdy Su­san po­po­łu­dniami mu­siała je­chać do klien­tów, ale tego dnia nie po­pro­siła mnie o po­moc. Dy­rek­torka po­wie­działa, że dzwo­niła do niej kil­ka­krot­nie, ale moja córka nie ode­brała. Ja rów­nież bez­sku­tecz­nie do niej wy­dzwa­nia­łam. Za­bra­łam więc Rory'ego do sie­bie, na­kar­mi­łam go i cze­ka­łam. Po dłuż­szej chwili za­dzwo­nił Ryan. Do niego rów­nież się nie od­zy­wała. Miała ode­brać córki od męża o ósmej i się nie po­ja­wiła. Jak so­bie pa­nie wy­obra­żają, za­czę­łam pa­ni­ko­wać. Nie po­rzu­ci­łaby dzieci.

- Jaka na co dzień jest Su­san? - Gina wy­obra­żała so­bie, że matka trójki dzieci, która pró­buje się roz­wieść i ciężko pra­cuje, by ja­koś so­bie po­ra­dzić i za­pew­nić dzie­ciom byt, musi być nieco ze­stre­so­wana. - Czy jest szczę­śliwa?

- Nie chcia­łaby się za­bić, je­śli o to pani pyta. Czy jest szczę­śliwa? Nie wiem. Nie miała de­pre­sji. - Mary wyj­rzała przez okno. - Nie od­biera te­le­fonu. Nie wiem, co mam zro­bić. - Na gó­rze roz­brzmiały huk i tu­pot ma­łych stóp, po czym po­niósł się głos żą­da­jący lo­dów.

- Może nam pani dać ak­tu­alne zdję­cie Su­san?

Mary przy­tak­nęła i wy­szła.

- Ci­szej tam! - krzyk­nęła, gdy była na scho­dach.

Spo­sób, w jaki Mary ki­wała głową, przy­po­mi­nał Gi­nie matkę. Ja­kim cu­dem ko­biety mo­gły być aż tak po­dobne? Miała ochotę prze­trzeć oczy i po­krę­cić głową. Mary nie mo­gła być jej mamą, bo ta nie żyła. Sap­nęła, gdy krew za­częła tęt­nić jej w uszach.

- Go­rąco tu.

- My­ślę, że to przez ten gruby płaszcz. - Ka­poor się uśmiech­nęła.

Gina nie chciała go zdjąć. Pla­no­wała się stresz­czać i wyjść. Mu­siała coś zro­bić, a Mary jej o tym przy­po­mniała. Po­wa­chlo­wała dło­nią przed twa­rzą i wy­mu­siła uśmiech, gdy do kuchni wró­ciła go­spo­dyni.

- Pro­szę. Po­pro­si­łam męża, by to wy­dru­ko­wał. Zro­bił je kilka ty­go­dni temu, gdy córka przy­je­chała z dzie­cia­kami na lunch.

Su­san miała taki sam lekko brą­zowy od­cień cery jak jej dzieci, ciemne oczy i dłu­gie, krę­cone włosy o bar­wie mokki. Była szczu­pła, miała sy­me­tryczne rysy twa­rzy i lśniące, białe zęby, przez co wy­glą­dała na dwu­dzie­sto­kil­ku­latkę.

- Dzię­kuję. Zgło­simy jej za­gi­nię­cie, aby mo­gła jej szu­kać dro­gówka. Czym jeź­dzi?

- Obec­nie ma­łym peu­ge­otem. Nie mam po­ję­cia, ile ma lat, ale wiem, że jest srebrny. - Gina z ła­two­ścią mo­gła spraw­dzić mo­del i nu­mery re­je­stra­cyjne.

- Wie pani może, z kim mo­gła się wczo­raj spo­tkać? Czy po­wie­działa ko­muś, do­kąd się udała? Może pro­wa­dziła dzien­nik?

- Dla­czego mia­łaby po­wie­dzieć mi, do­kąd do­kład­nie się wy­biera? Co­dzien­nie spo­ty­kała się z róż­nymi oso­bami. Wiem, że używa sta­rego no­tesu, bo wi­dy­wa­łam, jak wkłada go do to­rebki, ale nie wiem, czy ma ja­kiś inny, na przy­kład in­ter­ne­towy.

Gina za­sta­na­wiała się, dla­czego Mary przy­jęła bar­dziej de­fen­sywny ton.

- Mó­wiła pani, że pró­bo­wała się do niej do­dzwo­nić.

Mary przy­tak­nęła, ale mil­czała. Otarła oczy.

- Wy­dzwa­nia­łam do niej, od­kąd po­je­cha­łam wczo­raj po Rory'ego do żłobka. Ale nie ode­brała. Od razu włą­cza się poczta. Zo­sta­wi­łam jej kilka wia­do­mo­ści. To do niej nie­po­dobne, mu­szą mi pa­nie wie­rzyć.

- Oczy­wi­ście, że pani wie­rzymy - przy­znała Gina. - Czy coś ta­kiego zda­rzało się już wcze­śniej?

Mary otwo­rzyła usta, ale za­raz je za­mknęła i spoj­rzała na szafkę w ką­cie.

- Pani Hud­son? - Po raz pierw­szy dom był ci­chy zu­peł­nie jak jego wła­ści­cielka.

Ko­bieta po­krę­ciła głową.

- Prze­pra­szam, nie. To się ni­gdy wcze­śniej nie stało.

Zbyt długo. Gina wie­działa, że ozna­czało to, iż Mary kła­mała, ale dla­czego?

- Na pewno?

- Tak. Za kogo mnie pani ma? Córka ni­gdy nie zo­sta­wi­łaby dwu­latka w żłobku.

Skrzyp­nęły drzwi, we­szła Clare. Gina ob­ser­wo­wała, jak star­sza córka spoj­rzała na matkę. Clare była po­dobna do sio­stry, ale tęż­sza, miała krót­sze, wy­pro­sto­wane włosy i brwi pod­kre­ślone ciem­nym ma­ki­ja­żem.

Mary za­częła dy­go­tać.

- Znajdź­cie ją, pro­szę. I nie, ni­g­dzie by nie po­je­chała, nie mó­wiąc mi o tym, nie zo­sta­wi­łaby rów­nież dzieci. Nie wiem nic wię­cej.

Clare prze­stą­piła z nogi na nogę, jakby cze­kała, by po­li­cjantki wy­szły.

- Oczy­wi­ście. Bę­dziemy in­for­mo­wać pa­nią na bie­żąco, je­śli się cze­goś do­wiemy. Czy mogę pro­sić o ad­res męża Su­san?

Ko­bieta zgar­biła się z ulgi i za­pi­sała dane Ry­ana. Gina czuła mro­wie­nie na karku, jakby na­gle za­ata­ko­wał ją chłód. Za­gi­nęła młoda matka trójki dzieci, która się roz­wo­dziła. Wszystko mo­gło jej się przy­tra­fić. Jed­nak we­dług niej nie był to wy­star­cza­jący po­wód, by znik­nąć. Mro­wie­nie zmie­niło się w dreszcz, gdy przez jej umysł prze­wi­nęło się kilka moż­li­wych sce­na­riu­szy.

- Jest coś jesz­cze - wy­znała Mary. - Sły­sza­łam, że Su­san kłó­ciła się z Ry­anem przez te­le­fon. Po­wie­działa mu, że za­słu­guje na wszystko, co go spo­tka, po tym, co jej za­fun­do­wał. Pró­bo­wa­łam ją pod­py­tać, o co cho­dziło, ale nie chciała mnie mar­twić. Ostat­nio czę­sto wy­jeż­dżała i zo­sta­wiała dzieci u mnie, ale za­wsze wra­cała.

- Wie pani, do­kąd jeź­dziła?

Po­krę­ciła głową.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć. Py­ta­łam, ale uni­kała od­po­wie­dzi. Cały czas wy­glą­dała na po­ważną, na­wet nie­obecną. Coś się stało w jej ży­ciu, ale nie wiem, co ta­kiego. Nie chciała ze mną o tym roz­ma­wiać. Zło­ży­łam to na karb roz­wodu, ale wiem, że cho­dziło o coś in­nego.

Gina za­częła in­ten­syw­nie my­śleć, gdy przez chwilę wpa­try­wała się w Mary. Clare od­wró­ciła wzrok i wes­tchnęła. Co ta­kiego z ży­cia Su­san Whe­eler obie pa­nie ukry­wały? Może mąż bę­dzie miał coś do do­da­nia.

?

Roz­dział 4

Po­li­cjantki od­je­chały, a Mary wpa­try­wała się przez okno w ciemny ogród, wy­czu­wa­jąc roz­cza­ro­wa­nie Clare.

- Po­win­naś była coś po­wie­dzieć. - Córka otwo­rzyła szafkę i wy­jęła paczkę ma­śla­nych cia­stek.

- Jak mo­żesz jeść w ta­kiej chwili? Nie­na­wi­dzi­łaś jej, prawda?

Clare za­częła chru­pać.

- Nie­na­wi­dzi­łam tego, że na każde za­wo­ła­nie ska­ka­łaś wo­kół niej.

Mary wzru­szyła ra­mio­nami. Star­sza córka sama się o to pro­siła.

- Tak samo jak w twoim przy­padku! Zro­bi­łam tyle samo dla cie­bie i Har­ri­sona. Przy­ję­łam cię z po­wro­tem, wspie­ra­łam. Czę­sto pil­no­wa­łam two­jego dziecka, że­byś mo­gła ko­rzy­stać z ży­cia. To miał być czas dla mnie. Ho­ward chciał przejść na eme­ry­turę, więc pra­gnę­li­śmy spo­koj­nego ży­cia, ale nie, mu­sia­łaś tu wró­cić i wy­peł­nić ten dom cha­osem i...

- No wła­śnie o to mi cho­dzi. Ni­gdy nie po­wie­dzia­ła­byś cze­goś ta­kiego Su­san, która była zło­tym dziec­kiem. Prze­cież ona nie może źle po­stę­po­wać. Nie za­po­mi­naj, przez kogo lata temu nie prze­spa­łaś tylu nocy. Czy to może przeze mnie? - Wrzu­ciła ciastko do puszki i trza­snęła drzwicz­kami szafki. - Ale te­raz przy­naj­mniej wiem, że nie mo­żesz się do­cze­kać, aż się wy­pro­wa­dzę, że­by­ście mo­gli żyć beze mnie i mo­jego pro­ble­ma­tycz­nego syna. Mam do­syć, że wszy­scy cią­gle się mnie cze­pia­cie. Nie, nie po­szłam na stu­dia, nie mia­łam do­brej pracy i po­peł­nia­łam błędy. Za­wsze ko­cha­łaś ją bar­dziej niż mnie. Naj­wy­raź­niej je­stem czarną owcą tej ro­dziny.

Mary po­ło­żyła dłoń na ręce córki.

- Nie cze­piamy się cie­bie, chcemy ci po­móc zna­leźć pracę. Je­steś moją córką i cię ko­cham...

- Nie mów tego. Nie­na­wi­dzisz, gdy tu je­stem, i za­wsze masz pre­ten­sje do mo­jego syna.

Za­cho­wa­nie Har­ri­sona sta­no­wiło wy­zwa­nie dla nich wszyst­kich i współ­czuła Clare, że musi to zno­sić. Wnu­czek był iry­tu­jący, bra­ko­wało mu dys­cy­pliny, ale czy ona go kry­ty­ko­wała? Czy tak to wy­glą­dało? Sy­tu­acja nie była ła­twa, ale to ni­czyja wina. Clare miała jed­nak w pe­wien spo­sób ra­cję. Mary za­wsze więk­szą uwagę po­świę­cała Su­san, ale to nie ozna­czało, że Clare ko­chała mniej. Mała Su­san źle się za­cho­wy­wała, więc Mary po­świę­cała jej całą swoją uwagę, za­nie­dbu­jąc Clare. Żo­łą­dek jej się skur­czył, gdy po­ja­wiły się wy­rzuty su­mie­nia.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię zde­ner­wo­wać...

- Jak za­wsze. - Clare ude­rzyła obiema dłońmi w blat, wy­szła z kuchni i trza­snęła drzwiami. Har­ri­son za­czął ją wo­łać. Spo­kój znik­nął, o ile w ogóle na chwilę się po­ja­wił.

- Chodź tu, ko­cha­nie. - Ho­ward wszedł, ob­jął ją i przy­tu­lił. - Po­li­cja ją znaj­dzie. Nie może być da­leko, je­stem pe­wien, że wszystko do­brze się skoń­czy.

Od­su­nęła się od niego.

- Pro­blem wła­śnie w tym, że każdy to ba­ga­te­li­zuje.

- Opo­wie­dzia­łaś po­li­cji o tym, co się stało? No wiesz, o prze­szło­ści?

Mary po­krę­ciła głową.

- Nie mo­głam. Nie szu­ka­liby jej, gdy­bym o tam­tym po­wie­działa. Wiem, że tym ra­zem jest ina­czej. Nie zo­sta­wi­łaby Rory'ego i dziew­czyn, kiedy po­wie­działa, że je od­bie­rze. Nie zro­bi­łaby tego, bo czu­łaby się, jakby jej od­cięto rękę.

- Przy­kro mi. Chodź tu. Masz ra­cję, ko­cha­nie. - Po­now­nie przy­cią­gnął ją do sie­bie i wtu­liła się w niego. Gła­skał ją ko­jąco po wło­sach, jego cie­pło spra­wiło, że po­czuła się bez­piecz­nie. Może i mar­no­wała czas po­li­cji, bo Su­san po­jawi się ju­tro czy po­ju­trze, ale co, je­śli nie? Co, gdyby Mary tego nie zgło­siła, a coś by się stało? To, że reszta ro­dziny nie trak­to­wała znik­nię­cia Su­san zbyt po­waż­nie, nie ozna­czało, że ona nie mo­gła się przej­mo­wać. Tym ra­zem czuła, że to coś in­nego, i po­sta­no­wiła się do­wie­dzieć, co to ta­kiego. Mu­siała zna­leźć za­pa­sowy klucz do domu córki, ten, który do­stała lata temu, by pod­le­wać kwiaty, gdy całą ro­dziną wy­jeż­dżali na wa­ka­cje. Gdzieś go po­ło­żyła. Od­po­wie­dzi znaj­do­wały się w jej domu, i to ona mu­siała je od­na­leźć.

?

Roz­dział 5

- Za kilka mi­nut wrócę na po­ste­ru­nek. Mu­simy po­roz­ma­wiać z mę­żem Su­san, za­nim po­je­dzie rano do pracy, i chcia­ła­bym zo­ba­czyć jej dom. Wy­ślij też prośbę do ob­sługi sys­temu roz­po­zna­wa­nia ta­blic, by po­szu­kali jej auta. Za­dzwoń, Ja­co­bie. - Za­koń­czyła po­łą­cze­nie w ze­sta­wie gło­śno­mó­wią­cym, na­dal pro­wa­dząc sa­mo­chód w ciem­no­ści. Nie pla­no­wała ko­lej­nych od­wie­dzin, ale Mary ją do tego skło­niła. Tę­sk­niła za chwi­lami spę­dza­nymi z mamą.

Gina po­ło­żyła goź­dziki na sie­dze­niu pa­sa­żera i ru­szyła ciem­nymi, wiej­skimi dro­gami z po­wro­tem w kie­runku cy­wi­li­za­cji. Wkrótce miała wró­cić do prze­szło­ści, o któ­rej tak bar­dzo chciała za­po­mnieć, a za którą mo­gła wi­nić je­dy­nie sie­bie.

Po­my­ślała o Han­nah, z którą prze­waż­nie łą­czyły ją burz­liwe re­la­cje. Córka po­rzu­ciła ją i prze­nio­sła się do Glo­uce­ster­shire, a Gina na­wet nie mo­gła jej za to wi­nić. Mimo wszystko sama też po­rzu­ciła matkę. Za­sta­na­wiała się, czy ro­dzi­cielka by­łaby z niej dumna, gdyby wciąż żyła. Zmarła, my­śląc, że Gina jest ży­cio­wym nie­udacz­ni­kiem. Jed­nak po­tem Gina się zmie­niła. Sa­mot­nie wy­cho­wy­wała Han­nah, stu­dio­wała i ha­ro­wała, by móc pra­co­wać w eki­pie do­cho­dze­niowo-śled­czej.

Prze­mie­rza­jąc ciemną ulicę, którą oświe­tlały je­dy­nie re­flek­tory jej sa­mo­chodu, czuła, że za­czyna ją bo­leć głowa. Na sta­cji ku­piła kawę, bo wy­raź­nie do­skwie­rał jej brak ko­fe­iny.

Goź­dziki za­czy­nały więd­nąć, ale tylko ta­kie zdo­łała ku­pić.

Szron na dro­dze mie­nił się w świe­tle lamp ni­czym ma­leń­kie dia­men­ciki. Dłu­gie, na­gie ga­łę­zie się­gały ży­wo­pło­tów - przy­po­mi­nały jej palce Jacka Fro­sta, śmier­tel­nie nie­bez­pieczne ku­siły, aby ode­rwała my­śli od śli­skiego as­faltu. Wci­snęła ha­mu­lec, by nieco zwol­nić. Zi­mowe słońce, które za dnia ogrze­wało, dawno już za­szło. Po­czuła, że chłód owiał jej kark i prze­mknął po ple­cach. Za­drżała i pod­krę­ciła ogrze­wa­nie, ale sa­mo­chód wy­rzu­cił z sie­bie je­dy­nie wię­cej zim­nego po­wie­trza. Mu­siał je­chać dłu­żej niż kilka mi­nut, aby się na­grzać.

Po­ja­wił się za­kręt, goź­dziki prze­su­nęły się na sie­dze­niu, gdy moc­niej na­ci­snęła na ha­mu­lec. Kiedy znaj­do­wała się w po­ło­wie łuku, sa­mo­chód wpadł w po­ślizg i znio­sło go w kie­runku ży­wo­płotu. Za­wiódł układ kie­row­ni­czy. Opony w ogóle nie trzy­mały się drogi. Gina przy­go­to­wała się już na ude­rze­nie, ale guma w porę od­zy­skała przy­czep­ność. Za­trzy­mała się tuż przed ży­wo­pło­tem. Serce biło w jej klatce pier­sio­wej jak mło­tem, gdy jedną ręką przy­trzy­my­wała kwiaty przy piersi. Nie chciała ich stra­cić, były wszyst­kim, co miała do ofia­ro­wa­nia matce. Zer­k­nęła na nie i zdała so­bie sprawę, jaki to ża­ło­sny wy­si­łek.

W od­dali do­strze­gła świa­tła po­ste­runku. "Weź się w garść". Gina sta­rała się po­zbyć z ra­mion na­pię­cia, go­towa po­ka­zać ko­le­gom w pracy opa­no­waną pa­nią ko­mi­sarz. Do­dała gazu i po­woli pod­je­chała pod bu­dy­nek po­li­cji.

?

Roz­dział 6

Gina mi­nęła swój ga­bi­net i skie­ro­wała się do miej­sca, w któ­rym Ka­poor i sier­żant Ja­cob Dri­scoll pili kawę.

Młoda po­li­cjantka po­ma­chała kartką.

- Zna­la­złam nu­mer re­je­stra­cyjny, sze­fowo.

- Wszyst­kie pa­trole zo­stały po­in­for­mo­wane. Miejmy na­dzieję, że ktoś do­strzeże auto albo sys­tem wy­chwyci je gdzieś w mie­ście. - Ja­cob roz­luź­nił kra­wat.

Gdyby za­gi­niona po­ja­wiła się w oko­licy, sys­tem roz­po­zna­wa­nia ta­blic ozna­czyłby ją i wie­dzie­liby, gdzie szu­kać.

- Nie­źle. Oboje po­win­ni­ście wra­cać już do domu, by się wy­spać. Nie są­dzę, by­śmy dziś zdo­łali coś jesz­cze usta­lić.

Ka­poor przy­tak­nęła, do­piła kawę i się uśmiech­nęła.

Gina wło­żyła zimne dło­nie do kie­szeni.

- Za­sta­no­wi­łam się nad sprawą i do­szłam do wnio­sku, że nie ufam tej ro­dzi­nie. Mary za­wa­hała się, kiedy za­py­ta­łam ją, czy w prze­szło­ści już to się zda­rzyło. Co ta­kiego za­ta­iła?

Ka­poor wzru­szyła ra­mio­nami, Ja­cob słu­chał uważ­nie.

- Po­win­ni­śmy spró­bo­wać zlo­ka­li­zo­wać jej te­le­fon. Po­pro­sisz tech­ni­ków, żeby za­częli szu­kać, i dasz mi znać, je­śli się cze­goś do­wiesz?

Ja­cob przy­tak­nął.

- Ja­sne, sze­fowo. Zlecę to przed wyj­ściem.

Ka­poor ziew­nęła.

- To do zo­ba­cze­nia rano.

Gina ski­nęła głową. Ona rów­nież po­winna się prze­spać. Miała na­dzieję, że kiedy się rano obu­dzi, Su­san bę­dzie już w domu.

- Za­tem do zo­ba­cze­nia w wiel­kim dniu.

Ka­poor się uśmiech­nęła.

- Wiem, nie mogę się do­cze­kać. Tak się cie­szę, sze­fowo. Do ju­tra.

Słu­cha­jąc ci­chego stu­kotu bu­tów Ka­poor, za­sta­na­wiała się, ja­kie po­wody mo­gła mieć Su­san, by nie po­wie­dzieć ni­komu, gdzie się wy­biera. Roz­wo­dziła się. Czy szło gładko, czy może po­ja­wiło się wiele wza­jem­nych ani­mo­zji? Może Su­san miała po­ważne pro­blemy, mu­siała le­piej za­rzą­dzać fi­nan­sami, zwłasz­cza skoro pro­wa­dziła wła­sną dzia­łal­ność i nie miała sta­łego źró­dła do­chodu. Może sa­motna opieka nad trójką dzieci ją prze­ro­sła. Gina sa­mot­nie wy­cho­wy­wała Han­nah. Przy jed­nym dziecku było to wy­zwa­nie. Nie ża­ło­wała, a mimo to do­sko­nale wie­działa, ja­kie to trudne. Po prze­ży­ciach z Ter­rym przy­rze­kła ni­gdy wię­cej nie wpro­wa­dzać w ży­cie córki żad­nego męż­czy­zny. Wtedy były tylko we dwie.

Wró­ciła my­ślami do Mary. Nie mo­gła wy­rzu­cić z głowy ob­razu, jak ko­bieta na­kręca włosy na pa­lec.

- Wi­dzimy się ran­kiem, sze­fowo. Dzwo­ni­łem do Ry­ana Whe­elera, mu­simy być u niego o świ­cie. Po­tem za­dzwo­ni­łem do Mary Hud­son. Po­wie­działa, że ju­tro ma za­miar je­chać do domu córki. Zgo­dziła się, by­śmy jej to­wa­rzy­szyli. Po­je­dziemy póź­nym ran­kiem.

- Dzięki, Ja­co­bie. Za­tem le­piej wra­caj już do domu.

- Spo­tkamy się u niego? Po­wiedzmy... o siód­mej?

Skrzy­wiła się.

- Do zo­ba­cze­nia.

Wziął kubki i wy­szedł.

Gina znów wró­ciła my­ślami do Mary i Clare. Miała na­dzieję, że Su­san stawi się w domu w jed­nym ka­wałku, a ro­dzinna ta­jem­nica na za­wsze po­zo­sta­nie nie jej sprawą.

- Wciąż tu je­steś? - Wzdry­gnęła się, gdy po­czuła na karku od­dech nad­ko­mi­sa­rza Brig­gsa. - Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię wy­stra­szyć.

Uśmiech­nęła się i ob­ró­ciła. Męż­czy­zna wy­glą­dał na tak zmę­czo­nego, jak sama się czuła. Włosy opa­dły mu na czoło.

- Masz ochotę na drinka w dro­dze do domu? Bę­dziesz mo­gła opo­wie­dzieć mi o no­wej spra­wie.

- Le­piej nie. Wpi­szę in­for­ma­cje do sys­temu, kiedy tylko wrócę do sie­bie.

- Do­bra. Cho­dziło mi o nowe śledz­two, nie o nas. - Od­su­nął się o krok.

Wie­działa, że miał nie­usta­jącą na­dzieję na wzno­wie­nie ich se­kret­nego ro­mansu, ale nie za­mie­rzała go za­chę­cać, mimo że bar­dzo chciała, by do niej wró­cił.

- Wiem. Po pro­stu mu­szę jesz­cze coś zro­bić. - Nie zdo­łała ukryć bólu w gło­sie ani pra­gnie­nia, by być gdzie in­dziej, kiedy za­pi­nała płaszcz, szy­ku­jąc się do wyj­ścia.

- Do­brze się czu­jesz?

- Znów to py­ta­nie. Nie będę czuła się do­brze, je­śli cią­gle bę­dziesz do­py­ty­wał, czy wszystko u mnie w po­rządku.

Zgar­bił się.

- Wi­dzę, że coś nie daje ci spo­koju. Masz wtedy taki tik, skro­nie ci drgają, jak­byś zgrzy­tała zę­bami. Stąd za­wsze wiem, że coś jest nie tak.

Roz­luź­niła żu­chwę.

- Mu­szę iść. - Omi­nęła go i wy­szła z po­ste­runku. To, co miała do zro­bie­nia, nie mo­gło cze­kać.