31 PAŹDZIERNIKA 1944, EDENPLACE HOUSE - KENT
Mam być szpiegiem? - zapytała hrabina.
Dodo Smith podał jej kieliszek szampana i umościł się wygodnie w fotelu stojącym vis-a-vis kanapy. Z sali balowej dobiegały dźwięki fokstrota, a także podekscytowane głosy, śmiechy i jakieś okrzyki. Najwyraźniej goście hrabiny Waldstein doskonale się bawili. W bibliotece, znajdującej się obok salonu, panował przytulny nastrój, iście anglosaski: kominek i lampy rzucały wokół przyćmione światło, ustawiono tu wazy pełne kwiatów. Można było odetchnąć od balowego zgiełku, pogawędzić w spokoju, odpocząć chwilę. Na to właśnie liczyła Maria, zaszywając się tu z przyjacielem z dawnych lat, Dodem Smithem.
Jak się okazało, w Anglii - Donaldem Turlingtonem-Smithem.
Co stanowiło pewną różnicę.
Dodo, który zbiegł z obozu jenieckiego i przez pewien czas, jeszcze w Polsce, pełnił funkcję jej lokaja, okazał się ważną figurą. I jak teraz wyszło na jaw, miał wobec niej pewne zamiary - niczym dickensowski Barkis.
Maria, na pozór rozluźniona, najzwyczajniej w świecie się przestraszyła.
- Zaraz szpiegiem! Mary, jak zwykle przesadzasz, dajże spokój. Po prostu potrzebuję damy, z którą mógłbym pojechać do Niemiec. Pomyślałem więc o tobie.
- Cudownie! Jestem zachwycona - wyszeptała zduszonym altem, oczy jej zabłysły.
Upiła łyk szampana, wpatrując się intensywnie w niewielkie bąbelki na dnie kieliszka.
- Czy tam nadal ścinają skazanym głowy toporem? - zainteresowała się po chwili, podnosząc wzrok.
- Zaraz toporem! - Dodo się skrzywił. - Histeryzuje pani, droga hrabino.
- Istotnie. Topór to przeżytek. Ale od czegóż broń palna? Śmierć przez rozstrzelanie to jednak nadal śmierć, nieprawdaż? Ostatnio słyszałam też coś o wieszaniu na strunie fortepianu, ale to chyba plotki? - Każdemu jej słowu towarzyszył zalotny uśmiech.
Dodo jednak spoważniał, odstawił kieliszek i splótł ręce przed sobą. Nachylił się do niej. Maria popatrzyła nań uważnie spod przymrużonych powiek. Jego zielone oczy zdawały się fosforyzować w świetle lampy.
Może to z powodu oświetlenia? Ten abażur...
- Rzeczywiście, robią to wszystko, nie da się ukryć. Strzelają, duszą, wieszają, a także ścinają głowy toporem - powiedział spokojnie. - Ale stawka jest wysoka. Muszę pojechać do niemieckiego zamku Waldsteinów i coś stamtąd zabrać, a być może z kimś się spotkać. Byłoby nie od rzeczy, gdyby towarzyszyła mi kobieta. Mądra, rozważna i inteligentna partnerka, wspierająca partnerka. Czy to dziwne, że pomyślałem o tobie, Mario...?
- No cóż. Bez wątpienia to dla mnie zaszczyt, niemniej zamierzam przeżyć tę wojnę... - Hrabina uśmiechnęła się rozbrajająco. - A taka wyprawa do Niemiec raczej mi w tym nie pomoże.
W tym momencie drzwi biblioteki otworzyły się z hałasem i stanął w nich ubrany w elegancki frak profesor Leon Rosenblatt. Wraz z nim do tej oazy spokoju wdarły się balowy gwar, szum i upojne dźwięki melodii Cheek to Cheek5, granej przez orkiestrę.
- Wszędzie cię szukam! - zawołał. - Zatańczysz, Marysiu? Wiem, że to twój ulubiony kawałek. No, nie daj się prosić...
Był cały w skowronkach. Zupełnie jak nie Leon.
Czyżby podsłuchiwał, czy coś usłyszał? - pomyślała. I postanowił interweniować? Nie, nic z tych rzeczy, raczej wypił ździebko za dużo szampana. Rzeczywiście, profesor był rozochocony, oczy mu się śmiały jak dawniej, za starych, dobrych, przedwojennych czasów.
- Wybacz, Dodo, chciałbym porwać Marię na parkiet - zwrócił się do jej towarzysza.
Twarz Anglika nie wyrażała zachwytu, mimo to Turlington-Smith kiwnął głową przyzwalająco. Hrabina zawahała się krótko.
- Leonku, później zatańczymy - powiedziała po chwili. - Usiądź. Dodo właśnie złożył mi nieoczekiwaną, delikatnie mówiąc, propozycję wyprawy do Waldstein.
- Waldstein? A gdzie to? - zapytał Rosenblatt, głównie po to, by mieć trochę czasu na pomyślenie. I tu się przeliczył, ponieważ Dodo nie dał mu ku temu sposobności.
- Jakieś piętnaście mil od Norymbergi - odparł prawie natychmiast. - Zameczek obronny.
- Piętnaście mil, powiadasz... - powtórzył za nim jak echo Leon. - Od Norymbergi, powiadasz. A co konkretnie mielibyśmy tam robić?
Kapitalnie! Chciał - i ma. Norymberga sama mu wpada w ręce. Ha! Rosenblatt poczuł przyspieszone bicie serca.
- Sorry, Leon, ale... myślałem tylko o Marii. Ty... chyba jednak nie pasujesz do tej eskapady.
- Dodo! Więcej taktu! - Profesor aż się żachnął. - Jeśli już, to Marysia nie pasuje. Jak ty, angielski dżentelmen, możesz proponować wspólną eskapadę na terytorium wroga kobiecie, w dodatku tej, która uratowała ci życie? Naprawdę chcesz z czystym sumieniem zabrać ją na tak niebezpieczną wyprawę? Własnym uszom nie wierzę! - powiedział jednym tchem, wpadając w patos, którym usiłował zetrzeć w proch przeciwnika, czyli nieszczęsnego Smitha, a dokładniej jeszcze Turlingtona. Wycelował oskarżycielsko palec w stronę tamtego, a Dodo skulił w fotelu swoją podługowatą postać, jakby przygnieciony wagą oskarżenia. Kilka piegów na nosie zabłysło trochę mocniej; jednym nerwowym ruchem zmierzwił czuprynę.
- A kto ci powiedział, że jestem dżentelmenem? Hę? - zapytał, zbijając z tropu Leona. Spojrzał na niego spod rudawych rzęs. - To prawda, jestem waszym dłużnikiem, nie musisz mi przypominać, ale ojczyzna, że tak to ujmę, w potrzebie.
Znów był pewnym siebie Angolem. Jak zwykle.
Spojrzał na Marię.
- So, hrabino, czy ma pani ochotę na małą przygodę?
Maria Łęska ciężko westchnęła. Ach, ostatnio życie zrobiło się takie sympatyczne. Powinna uznać to za ostrzeżenie. Życie takie już jest. Lubi zwodzić.
Popatrzyła na Leona, który uplasował się przy kominku. Był taki nobliwy i elegancki, we fraku, z kieliszkiem szampana i pejzażem Turnera w tle. Patrzył na nią z lekką kpiną, jak to on, ciekaw, jak Maria zareaguje na tę, no cóż, zaiste bulwersującą propozycję. Hrabina znów westchnęła. Podniosła kieliszek, zatrzepotała rzęsami i oświadczyła:
- Moi panowie, no cóż, ojczyzna w potrzebie! To mocno, bardzo mocno powiedziane. Dodo, gdybyś był łaskaw wyjaśnić co nieco, przybliżyć rzecz, wtedy, być może, mogłabym podjąć bardziej świadomie decyzję, czy zgodzę się na ów idiotyczny pomysł podróży do Niemiec w czasie, jak sądzę, ostatniej fazy wojny.
Leon poczuł, że najwyższy czas interweniować; odsunął się od kominka, usiadł na oparciu fotela Marii i ująwszy jej dłoń, zaoponował:
- Kochanie, to nie nasz cyrk i nie nasze pchły. Może lepiej nie proś o szczegóły, gdyż w ten sposób dopuszczasz możliwość udziału w tej eskapadzie. A to z pewnością nie podobałoby mi się wcale. Może jestem staroświecki, ale kobiety...
- Och, Leo, tylko nie to! Źle zacząłeś. Robię, co chcę i uważam za słuszne. Żadnych takich tam, jestem już dużą dziewczynką. Zatem, Dodo, z łaski swojej przybliż temat, please.
Tamten usiadł wygodniej w fotelu, wyciągnął długie nogi i sięgnął po cygaro. Wyraźnie złapał wiatr w żagle.
- Mario, pozwolisz?
A gdy ta skinęła głową, zwrócił się do Leona:
- Panie profesorze, zapali pan? - I podsunął mu prawie pod nos elegancką cygarnicę z krokodylej skóry.
Leon kiwnął głową i wziął havanę, myśląc, że coś mu ta scena przypomina. Rzadko palił cygara. Teraz nacisnął je lekko i skorzystał z płomienia zapalniczki podsuniętej przez Turlingtona-Smitha.
- No więc? - zniecierpliwiony ponaglił Anglika. Siedział jak na szpilkach, nie mogąc się już doczekać na relację, nie, rewelacje, tego "asa wywiadu".
- To prosta historia. - Dodo rozparł się wygodnie w fotelu.
- Byle nie prostacka - wpadła mu w słowo hrabina, która lubiła bawić się słowami.
Leon też lubił, ale nie tym razem.
Znał ten greps, więc przeszył ją swoim spojrzeniem numer pięć oznaczającym tais-toi et sois belle6. Maria zagryzła wargi i umilkła. Powtarzała się, tak, wiedziała o tym. Ten męski szowinizm. Zacisnęła zęby, ale tylko na chwilę. Kochała. Westchnęła.
- Nie, skądże! - Dodo uśmiechnął się i zaczął referować całą sprawę, już poważny i skupiony: - Waldstein należy do naszej gospodyni. Wiemy, że w zameczku ukryto coś cennego dla służb, wartościowego dla Rosjan, ba, nawet dla Amerykanów, Niemcy zaś szantażują nas tymi papierami, bo są to papiery... - Tu chrząknął dla wzmocnienia efektu. - Słowem, grożą ich ujawnieniem. Byłoby to bardzo nie na rękę zarówno rządowi, jak i rodzinie królewskiej.
- Aj, rodzina królewska? - Leon się zachłysnął. - Jestem pod wrażeniem. Tym nas chcesz omamić!
Dodo, nie zaszczyciwszy go nawet spojrzeniem, mówił dalej:
- Zwrócono się do nas, do mojej sekcji, z prośbą, byśmy spróbowali odzyskać te dokumenty. To nie są żadne plany wojskowe, nic z tych rzeczy. Choć właściwie mogą tam być i jakieś rysunki. To... coś zgoła innego, jednak nie jestem upoważniony do składania obszerniejszych wyjaśnień. Musicie mi zaufać. - Przesunął wzrokiem po swoich słuchaczach, którzy po prostu wbili wzrok w jego usta.
- Hrabina Waldstein nie może się pokazać w Niemczech, gdyż była jedną z aktywniejszych działaczek opozycji antyhitlerowskiej. Dlatego też jeszcze w roku trzydziestym siódmym przeniosła się do Anglii. W zamku mieszka obecnie jej teść, leciwy już generał von Rottenberg. On to właśnie jest depozytariuszem naszych papierów. Inaczej: papierów, które musimy zabrać stamtąd.
Rosenblatt dolał szampana do kieliszków, Dodo machinalnie podniósł swój do ust, upił kilka łyków i kontynuował, wpatrzony w zasłuchaną Marię. Chyba nie zamierza uwieść mi kobiety, przemknęło przez głowę Leonowi, który nie lubił być ignorowany, na razie jednak odgonił złe myśli i słuchał równie uważnie jak hrabina.
- Może jednak zechciałbyś uchylić rąbka tajemnicy? Byłabym wdzięczna, gdybyś nam wyjaśnił, z jakiego to niezwykle ważnego powodu mamy się pchać w tę awanturę i narażać życie.
- Jak by wam to powiedzieć... - Dodo się zamyślił. - Ktoś, nie mogę, niestety, zdradzić kto taki, jednak ważny, bardzo ważny, uczestniczył w pewnej misji i zachował się nieprofesjonalnie. Korespondował. A jak wiadomo, nic tak nie plami jak atrament. Rottenberg, w przeciwieństwie do swojej synowej, jest, powiedzmy, wielbicielem Adolfa. I ma te listy. Nie on, lecz ktoś z otoczenia Hitlera skontaktował się z nami i usiłuje wymusić pewne gwarancje, których nie chcemy dawać, w zamian za plik korespondencji. Ponieważ jednak dyskretnie obserwujemy hrabinę Waldstein, wiemy, że teść napisał do niej, prosząc o przysłanie mu personelu z jej pałacu na Riwierze Francuskiej. Potrzebna mu kucharka, lokaj i pokojówka, a skoro pałac w Carneville już trzeci rok stoi pusty, to może synowa zechciałaby mu pomóc, bo u niego, w Waldstein, krucho z obsługą, prawie cały personel zamkowy powołano do wojska lub służby pomocniczej, a starej kucharce się zmarło. Generał z sentymentem wspominał znakomitą kucharkę synowej, jakąś Hildę. Wpadliśmy na pomysł, żeby zastąpić prawdziwy personel hrabiny Waldstein naszymi ludźmi.
- Ja mam być kucharką?! Jakąś Hildą? To chyba żart - wycedziła Maria, zaraz jednak uśmiechnęła się rozbawiona. - Teatr absurdu, słowo daję. Żeby choć Witkacy...
- Bez obrazy, myślałem raczej o roli pokojówki.
- Och, tak. To zmienia postać rzeczy. - Kiwnęła głową i uśmiechnęła się sardonicznie. - A jakie ja, twoim zdaniem, mam predyspozycje do grania pokojówki? Poza tym, że jestem dystyngowana i...
- I bystra, i piękna - wpadł jej w słowo. - Chodzi o to, że nie mamy zaufanej Niemki, której moglibyśmy powierzyć tę rolę. Ty, po pierwsze, niemiecki masz w małym palcu, francuski także. Prócz tego, jako hrabina, wiesz najlepiej, co robią pokojówki. Więc summa summarum są to dość konkretne kwalifikacje. Francuska subretka, tak bym to widział. Damy ci oryginalne francuskie dokumenty. Wiesz, Francuzki są takie... takie zmysłowe... Będziesz cudowna. Beaumarchais, Wesele Figara, te sprawy. - Uśmiechnął się filuternie do Marii i nawet puścił do niej oko. - A ja, śmiem twierdzić, byłbym pierwszorzędnym lokajem, wszak mam już wprawę. Głuchowska praktyka nie poszła w las.
- Gdyby... - wpadł mu w słowo Leon - gdyby kucharkę zastąpić kucharzem... to może ja mógłbym nim być?
- Ty, Leonku? Zwariowałeś do imentu. Chcesz jechać do Niemiec?! Teraz? Z twoim wyglądem? - zaprotestowała Maria.
- Samej cię nie puszczę. Nawet o tym nie myśl!
Dodo poczuł, że chyba naprawdę ma szansę skaptować hrabinę, a przyjemnie byłoby znów przeżyć jakąś przygodę razem z profesorem, wszak ongiś stanowili niezły team.
- Nie widzę przeciwwskazań, czemu nie. To dobry pomysł! Pan, profesorze, istotnie mógłby odgrywać rolę kucharza, że też na to nie wpadłem! - Gorliwie przytaknął, w nadziei, że pozyska hrabinę do swojego przedsięwzięcia.
- Operetuchna! - jęknęła Maria. - Znowu operetuchna. Leon kucharzem! Toż on w życiu niczego nie ugotował! Czy już zawsze będzie mnie prześladowała ta farsa? Koniec świata!
5 Przedwojenny przebój Freda Astaire'a, napisany przez Irwinga Berlina ("Policzek przy policzku", ang.).
6 Milcz i bądź piękna - franc.