Jego uczniowska mość - John le Carré, Robert Sudół

Reflow text when sidebars are open.
Potem, w zakurzonych kątach, gdzie pospołu piją londyńscy pracownicy służb specjalnych, doszło do sporu, kiedy tak naprawdę zaczyna się historia Delfina. Jedna grupa, na której czele stał zatwardzialec odpowiedzialny za transkrypcję podsłuchów mikrofonowych, posunęła się do tego, że stwierdziła, iż prologu należy szukać przed sześćdziesięciu laty, kiedy pod zdradziecką gwiazdą przyszedł na świat "ten gbur nad gbury Bill Haydon". Mroziło ich na sam dźwięk tego nazwiska. I tak jest do dziś. Albowiem to ten sam Haydon, który będąc jeszcze w Oksfordzie, został zwerbowany przez Rosjanina Karlę jako "kret", albo raczej "śpioch", czyli agent penetrujący, aby pracować przeciwko nim. I który pod kierownictwem Karli przeniknął do ich szeregów i szpiegował ich przez trzydzieści, a może i więcej lat. I którego ostateczne zdemaskowanie - taki był tok rozumowania - tak pognębiło Brytyjczyków, że doprowadziło ich do nieszczęsnej zależności od siostrzanej, amerykańskiej służby, której pracowników nazywali w swoim osobliwym żargonie "kuzynami". "Kuzyni" zupełnie zmienili taktykę gry - powiedział zacietrzewieniec - równie dobrze mógłby boleć nad kiksem w krykiecie lub tenisem siłowym. I zupełnie sknocili, dorzucili jego podwładni.
Dla mniej kwiecistych umysłów prawdziwą genezą było zdemaskowanie Haydona przez George'a Smileya i w konsekwencji wyznaczenie Smileya na głównego reorganizatora zdradzonej służby, co nastąpiło pod koniec listopada 1973 roku. Jak już George się wkurzył z powodu Karli, powiedzieli, nie było sposobu, by go powstrzymać. Biedny stary George. Ale jaki wykonał majstersztyk w tak beznadziejnej sytuacji!
Jedna uczona dusza, badacz swego rodzaju, "dłubacz" w ich żargonie, upierał się nawet, mając mocno w czubie, przy dwudziestym szóstym stycznia 1841 roku jako naturalnym początku, kiedy to niejaki kapitan Elliot z Marynarki Królewskiej wylądował z desantem na okrytej mgłą skale o nazwie Hongkong u ujścia Rzeki Perłowej i kilka dni później ogłosił tę ziemię brytyjską kolonią. Z przybyciem Elliota, rzekł ów uczony, Hongkong stał się centrum brytyjskiego handlu opium z Chinami, a w konsekwencji jednym z filarów gospodarki Imperium. Gdyby Brytyjczycy nie wymyślili rynku opium, powiedział półżartem, nie byłoby sprawy, nie byłoby żadnych zysków - a więc także renesansu Cyrku, który nastąpił po zdradzieckich zagrywkach Billa Haydona.
Tymczasem twardziele - starzy "frontowcy", szkoleniowcy i oficerowie operacyjni, którzy zawsze pomrukiwali razem - widzieli sprawę jedynie w kategoriach operacyjnych. Wskazali na zręczne podchody Smileya, który odnalazł ślady płatnika Karli w Vientiane, na to, jak rozegrał partię z rodzicami poszukiwanej dziewczyny, jak poradził sobie z opornymi baronami z Whitehall, którzy trzymali łapę na skarbcu i rozdzielali prawa i pozwolenia w świecie tajnych służb. A ponad wszystko wskazali na ów cudowny moment, kiedy dokonał nagłego zwrotu w operacji. Dla nich sprawa Delfina była zwycięstwem techniki, niczym więcej. Przymusowy mariaż z "kuzynami" traktowali jedynie jako kolejny przejaw zręczności w długiej i napiętej grze w pokera. A jeśli chodzi o ostateczny wynik? Co tam, umarł król, niech żyje król.
Spór ten powstaje tylekroć, ilekroć spotykają się starzy kumple, choć rzadko wymienia się nazwisko Jerry'ego Westerby'ego, co jest zupełnie zrozumiałe. Prawda, że czasami ktoś, przez nonszalancję, sentyment lub może zwykłe zapomnienie, wyciągnie je na wierzch i wtedy psuje się atmosfera, ale nie na długo. Oto na przykład któregoś dnia młody rekrucik, świeżo po odnowionym ośrodku szkolenia Cyrku w Sarratt - "wylęgarni" w ich żargonie - zaczął trąbić o tej historii w barze dla młodziaków. Wprowadzono już wtedy rozcieńczoną wersję sprawy Delfina do zajęć jako materiał do dyskusji, nawet do gier, i biedny chłopak, wciąż zielony jak groszek, palił się, by wykazać, że wie, w czym rzecz.
- Ale na Boga - zaprotestował, delektując się wolnością błazna, którą czasem obdarowuje się kadetów marynarki w mesie oficerskiej - na Boga, dlaczego nikt nie docenia roli Westerby'ego w całej sprawie? Jeśli ktokolwiek zebrał to do kupy, to właśnie Jerry Westerby. To on był w awangardzie. No co, nie był? Tylko szczerze? - Oczywiście nie wymówił nazwiska "Westerby" ani imienia "Jerry", choćby dlatego, że ich nie znał; zamiast tego użył kryptonimu nadanego Jerry'emu na okres sprawy.
Bezpańską piłkę zgarnął Peter Guillam. Guillam jest wysoki, twardy i pełen wdzięku; rekruci oczekujący na pierwszą robotę mają zwyczaj podnosić ku niemu oczy, jakby spoglądali na greckiego boga.
- Westerby dolał jeszcze oliwy do ognia - stwierdził krótko, przerywając milczenie. - Tyle to mógłby zrobić każdy "frontowiec", a niektórzy o wiele więcej.
Kiedy do młodziaka dalej nie docierało, Guillam podniósł się, podszedł do niego i, bardzo blady, warknął mu w ucho, że powinien łyknąć jeszcze kielicha, pod warunkiem, że nie rozleje, a potem zamknąć jadaczkę na kilka dni lub tygodni. I wtedy rozmowa zeszła na starego kochanego George'a Smileya, z pewnością ostatniego z wielkich, na to, co porabia w tych czasach i czy jest z powrotem na emeryturze. Wiódł tak wiele żywotów; ma tyle do wspominania w spokoju, uznali zgodnie.
- Dorobek George'a i nasz to jak pięć do jednego - stwierdził ktoś lojalnie, kobieta.
Dziesięć, przyznali jednogłośnie. Dwadzieścia! Pięćdziesiąt! Wśród tych hiperbol cień Westerby'ego litościwie zniknął. W pewnym sensie George' a Smileya również. No cóż, George potrafił wspaniale zagrywać, powiedzieli. Czego innego można się spodziewać po facecie w jego wieku?
Być może punktem wyjścia lepiej odpowiadającym rzeczywistości byłoby popołudnie pewnej huraganowej nocy, kiedy to Hongkong pozamykał się na cztery spusty w oczekiwaniu na kolejny atak tajfunu. W barze Klubu Zagranicznych Korespondentów tłumek dziennikarzy, głównie z byłych kolonii brytyjskich - Australii, Kanady i Ameryki - wygłupiał się i pił w nastroju nieokiełznanego próżniactwa: chór bez bohatera. Trzynaście kondygnacji poniżej stare tramwaje i piętrowe autobusy pokrywały się błotnistobrązowym potem z ulicznego kurzu i sadzy przywiewanej ze skupiska kominów na Koulunie. Niewielkie sadzawki wokół niebosiężnych hoteli kłuł powolny, uporczywy deszcz. W męskiej ubikacji, która dawała najlepszy widok na port, młody Luke Kalifornijczyk zanurzał twarz w umywalce, opłukując wargi z krwi.
Luke był nieobliczalnym, wielgachnym tenisistą, starym wygą w wieku dwudziestu siedmiu lat, do chwili wycofania się Amerykanów najbardziej płodnym korespondentem w sajgońskiej stajni swego pisma. Gdy się wiedziało, że grywa w tenisa, trudno było wyobrazić sobie, że może robić coś innego, choćby pić. Przedstawiano go sobie przy siatce, prostującego się gwałtownie i walącego każdą piłkę na drugą stronę świata albo serwującego asy pomiędzy podwójnymi błędami. Jego umysł, kiedy tak ssał i popluwał, rozpadł się za przyczyną alkoholu i lekkiego wstrząsu na kilka klarownych fragmentów - Luke pewnie użyłby słowa "odłamków". Jeden z nich wypełniała myśl o dziewczynie imieniem Ella z baru w Wanchai, przez wzgląd na którą uderzył tę świnię policjanta i poniósł tego nieuniknione konsekwencje: przy minimalnym użyciu siły wspomniany inspektor Rockhurst, znany inaczej jako Rocker, w tejże chwili odprężający się po wysiłku, zwalił go z nóg bez trudu i kopnął sprytnie w żebra. Inna część umysłu skupiła się na czymś, co tego ranka powiedział mu jego gospodarz domu, kiedy wpadł poskarżyć się na hałas gramofonu i został na piwo.
Jakaś sensacja, to na pewno. Tylko jaka?
Luke przeczekał kolejne nudności i wyjrzał przez okno. Wiatr chłostał dżonki za barierkami, a prom Star Ferry nie kursował. Wysłużona brytyjska fregata stała na kotwicy i plotki w klubie głosiły, że Whitehall ją sprzedaje.
- Powinna wyjść w morze - wymamrotał nieskładnie, przypominając sobie okruchy marynarskich mądrości, których liznął podczas swych podróży. - W czas tajfunu fregaty wychodzą w morze. Tak jest.
Pod zwałami chmur wzgórza nabrały ciemnosinej barwy. Sześć miesięcy temu mruczałby z zadowolenia na ten widok. Port, zgiełk, nawet sklecone drapacze chmur, wspinające się od brzegu morza aż po sam Peak - po Sajgonie Luke żarłocznie obejmował wzrokiem całą scenerię. Ale dziś widział tylko kołtuński, bogaty, brytyjski kawałek skały w rękach zgrai utuczonych handlarzy, których horyzonty kończyły się na zarysach ich własnych brzuchów. Kolonia stała się dla niego dokładnie tym, czym była dla innych dziennikarzy: pasem lotniska, telefonem, pralnią, wyrkiem. Czasem - choć nigdy na długo - kobietą. Miejscem, gdzie nawet doświadczenie trzeba było sprowadzać. Jeśli zaś chodzi o wojnę, od dawna będącą jego nałogiem, Hongkong był od niej tak daleko jak Londyn czy Nowy Jork. Jedynie giełda wykazywała zdawkową wrażliwość, ale w soboty i tak była zamknięta.
- Przeżyjesz to, mistrzu? - spytał zarośnięty kowboj z Kanady, podchodząc do sąsiedniej umywalki.
- Dzięki za troskę, kolego. W życiu nie czułem się lepiej - odparł Luke ze swoim najbardziej nadętym angielskim akcentem.
Postanowił, że musi sobie przypomnieć, co powiedział mu tego ranka przy piwie Jake Chiu, i nagle, niczym dar z niebios, otworzyła mu się klapka.
- Mam! - wrzasnął. - Jezu, kowboju, przypomniałem sobie! Luke, ty pamiętasz! Główka pracuje! Chłopaki, słuchajcie, co Luke ma wam do powiedzenia!
- Lepiej sobie odpuść, mistrzu - poradził kowboj. - Tam ci dzisiaj los nie sprzyja. Nieważne, co to jest, odpuść sobie.
Ale Luke otworzył kopniakiem drzwi i z rozpostartymi rękoma wpadł do baru.
- Hej, chłopaki!
Nie odwróciła się ani jedna głowa. Przystawił dłonie do ust.
- Słuchajcie, zapijaczone mordy, mam nowiny. To fantastyczne, dwie butelki szkockiej dziennie, a umysł jak brzytwa. Uciszcie się.
Widząc, że nic z tego, chwycił kufel i walnął nim kilkakrotnie w poręcz przy kontuarze, rozlewając piwo. Nawet wtedy tylko karzeł ledwie zwrócił na niego uwagę.
- Co się stało, Lukie? - zajazgotał ze swoim pedalskim akcentem z Greenwich Village. - Czy Szycha znów dostał czkawki? Nie zniósłbym tego.
W klubie szychą nazywano gubernatora, a karzeł był szefem redakcji Luke'a, brzuchatym, ponurym stworem ze zmierzwionymi włosami, które spływały mu czarnymi kosmykami na twarz, umiejącym wyskakiwać jak spod ziemi u czyjegoś boku. Rok temu dwaj Francuzi, rzadko tu widywani, omal go nie zabili za rzuconą mimochodem uwagę na temat początków bałaganu w Wietnamie. Zawlekli go do windy, złamali mu szczękę i kilka żeber, po czym zostawili w postaci bezładnej kupy na podłodze i wrócili dokończyć drinki. Wkrótce potem podobne lanie sprawili mu Australijczycy za uczyniony im głupi zarzut o pozorne zaangażowanie w wojnę. Zasugerował; że Canberra weszła w układ z prezydentem Johnsonem, żeby trzymano Australijczyków w Wung Tau, gdzie było jak na pikniku, podczas gdy Amerykanie bili się naprawdę wszędzie indziej. W odróżnieniu od Francuzów Australijczycy nie zaprzątali sobie głowy windą i wpieprzyli karłowi tam, gdzie stał, a gdy upadł, dostał jeszcze na dokładkę. To go nauczyło, kiedy w Hongkongu należy się trzymać z daleka od pewnych ludzi. W czasie gęstej mgły na przykład. Albo kiedy dopływ wody w kranach skracano do czterech godzin dziennie. Albo w huraganową sobotę.
Kiedy indziej w klubie było pustawo. Z uwagi na swą reputację najlepsi korespondenci omijali to miejsce z daleka. Zjawiało się paru biznesmenów, którzy przychodzili dla atmosfery stwarzanej przez pismaków, i parę dziewczyn, które przychodziły ze względu na tych biznesmenów. Do tego kilku niedzielnych znawców wojny na usługach telewizji, w podrabianych mundurach polowych. I w swoim stałym kącie straszliwy Rocker, inspektor policji, eks-Palestyńczyk, eks-Kenijczyk, eks-Malaj, eks-Fidżyjczyk, nieubłagany stary wyjadacz z piwem, zestawem lekko zaczerwienionych kłykci i sobotnio-niedzielnym wydaniem "South China Morning Post". Rocker, jak mawiali ludzie, pochodził z wyższych sfer. A przy wielkim stole pośrodku, który w dni powszednie stanowił rezerwat United Press International, pokładali się, oddając z lubością swojemu cotygodniowemu turniejowi, członkowie Konserwatywnego Klubu Kręglarzy Anabaptystów, którym przewodził pstrokaty stary Australijczyk Craw. Celem rywalizacji był rzut zgniecioną serwetką przez całą salę i ulokowanie jej na stojaku z winem. Ilekroć ktoś wygrywał, współzawodnicy kupowali mu butelkę i pomagali ją wypić. Stary Craw mruczał komendy do rzutów, a posunięty w latach szanghajski kelner, jego ulubieniec, osowiale porządkował teren i podawał nagrody. Tego dnia gra nie była zbyt zacięta, niektórym członkom nie chciało się nawet rzucać. Niemniej to tę grupkę Luke wybrał na swoją publiczność.
- Szycha ma czkawkę! - upierał się karzeł. - Koń żony Szychy ma czkawkę! Stajenny konia żony Szychy ma czkawkę! Córka stajennego konia...
Podszedłszy do stołu, Luke wskoczył nań z trzaskiem, zbijając kilka szklanek i uderzając głową o sufit. Obramowany w ten sposób w półprzysiadzie na tle okna wydał się wszystkim niewspółmiernie wielki: ciemna mgła, w niej ciemny cień Peaku i ten olbrzym wypełniający bez reszty pierwszy plan. Ale grali i pili dalej, jakby go nie zauważyli. Tylko Rocker rzucił okiem w jego kierunku, raz jeden, po czym polizał ogromny kciuk i odwrócił stronę gazety.
- Trzecia runda - zarządził Craw ze swoim pełnym australijskim akcentem. - Brat Kanada przygotowuje się do rzutu. Czekaj, flejo. Teraz, rzucaj.
Zgnieciona serwetka poszybowała w kierunku stojaka, nabierając wysokości. Napotkawszy drzazgę, zawisła na moment, po czym spadła na ziemię. Zachęcony przez karła, Luke zaczął tupać po stole i wywrócił jeszcze kilka szklanek. W końcu złamał opór widowni.
- Wasze Łaskawości - powiedział Craw z westchnieniem. - Wysłuchajcie, proszę, tego młodzieńca. Mniemam, że chce się z nami układać. Bracie Luke, dokonałeś tego dnia kilku aktów agresji i jeszcze jeden wywoła nasze srogie niezadowolenie. Przemów jasno a zwięźle, nie zaniedbując żadnej sprawy, choćby najmniejszej, a potem nie strzęp więcej języka.
W niestrudzonych pogoniach za legendami o sobie nawzajem Craw był ich starym marynarzem[1]. Wytrząsł ze swoich szortów więcej piasku, mawiali, niż większość z nich kiedykolwiek podepcze, i mieli rację. W Szanghaju, gdzie zaczęła się jego kariera, był za przynieś-wynieś oraz za redaktora działu lokalnego w jedynym w tym porcie angielskim dzienniku. Od tamtej pory donosił o walce komunistów przeciw Czang Kaj-szekowi, Czang Kaj-szeka przeciw Japończykom i Amerykanów przeciw praktycznie wszystkim. Craw dawał im poczucie historii w tym mieście bez korzeni. Jego sposób wysławiania się, który w czas tajfunu nawet najwytrwalsi mogli uznać - co zrozumiałe - za wkurzający, był kacem po latach trzydziestych, kiedy to większość dziennikarzy na Wschodzie pochodziła z Australii, a żargon ich środowiska, nie wiedzieć czemu, pochodził z Watykanu.
Tak więc Luke, dzięki staremu Crawowi, wreszcie to wykrztusił.
- Panowie! Karle, cholerny Polaku, puść moją nogę! Panowie - przerwał, by wytrzeć usta chusteczką - budynek zwany High Haven został wystawiony na sprzedaż, a szlachetny Tufty Thesinger zwinął skrzydła i czmychnął do domciu.
Żadnej reakcji, ale i tak niczego wielkiego się nie spodziewał. Dziennikarze nie są skłonni do wydawania okrzyków niedowierzania, a nawet zdziwienia.
- High Haven - powtórzył Luke dobitnie - jest na sprzedaż. Panu Jake'owi Chiu, wziętemu handlarzowi nieruchomościami, wam bardziej znanemu jako mój chmurny gospodarz, rząd Jej Królewskiej Mości zlecił pozbycie się High Haven. To znaczy poszukiwanie kupca. Odwal się, ty polski skurczybyku, bo cię zabiję!
Karzeł ściął Luke'a z nóg, tak że tylko zwinny skok i rozpaczliwa młócka ramionami w powietrzu uratowały go od upadku. Z podłogi obrzucił napastnika nowym stekiem przekleństw. Tymczasem Craw odwrócił swoją wielką głowę i wpił w niego groźne spojrzenie wilgotnych oczu, które zdawało się trwać bez końca. Luke zastanawiał się, przeciw której z wielu zasad Crawa zgrzeszył. Pod wieloma maskami przywdziewanymi przez Australijczyka krył się mędrzec i samotnik, o czym wiedzieli wszyscy siedzący wokół stołu. Wymuszona oschłość skrywała miłość do Wschodu, która czasami dopiekała mu bardziej, niż mógł znieść, więc znikał z oczu na całe miesiące, jak posępny słoń, który rusza własną drogą, dopóki znów nie zacznie nadawać się do życia w stadzie.
- Wasza Łaskawość, czy nie zechciałbyś ochłonąć? - odezwał się w końcu Craw, odrzucając do tyłu głowę wielkopańskim ruchem. - Toczysz pianę. Powstrzymaj się, proszę, i przemów słowem czystym niczym woda zdrojowa. High Haven to gniazdko szpiegów. Od lat. Nora majora Thesingera o kocich oczach, kiedyś w Strzelcach Jej Królewskiej Mości, obecnie w hongkońskim oddziale Yardu. On nie zwinąłby skrzydeł, to sokół, a nie kanarek. Monsignor - to do szanghajskiego kelnera - pokrzep tego młodzieńca napitkiem, bo bredzi.
Wymamrotał kolejną komendę do rzutu i klub powrócił do swych intelektualnych rozrywek. Prawdę powiedziawszy, rewelacje Luke'a na temat szpiegów nie były niczym nowym. Nie od wczoraj miał reputację mitomana i na jego informacje niezmiennie machano ręką. Od czasów Wietnamu ten głupek widział agentów w każdej szafie. Wierzył, że świat jest w ich szponach i większość wolnego czasu, pod warunkiem, że był trzeźwy, spędzał na wałęsaniu się wśród batalionów kiepsko zamaskowanych obserwatorów Chin, a nawet gorszych typków, od których roiło się w amerykańskim konsulacie na wzgórzu. I gdyby nie był to tak nudny dzień, sprawa z pewnością na tym by się zakończyła, lecz karzeł nie przegapił okazji, by się rozerwać.
- Powiedz nam, Luke - poprosił, dziwacznie wykręcając uniesione ręce - sprzedają High Haven z zawartością czy bez?
Za to pytanie nagrodzono go oklaskami. Czy High Haven było więcej warte ze swoimi sekretami czy puste?
- Sprzedają go razem z Thesingerem? - dorzucił południowoafrykański fotoreporter ze swoim śmiertelnie poważnym zaśpiewem i znów parsknęli śmiechem, choć nie aż tak przyjaznym. Ów facet był postacią niepokojącą; wychudły, o włosach obciętych na jeża i twarzy pokiereszowanej jak pola bitew, które lubił nawiedzać. Pochodził z Kapsztadu, ale oni zwali go Szwab Śmierciolub. Mawiali, że pochowa ich wszystkich, bo snuje się za nimi jak karawaniarz.
Pod nawałem historyjek o majorze Thesingerze i jego metodach kamuflażu, w których opowiadanie włączyli się wszyscy prócz Crawa, sprawa Luke'a zeszła chwilowo na drugi plan. Przypomniano, że Thesinger pokazał się po raz pierwszy w dokach kolonii durnie zakamuflowany jako importer, by sześć miesięcy później pojawić się zaskakująco na liście personelu Sekcji Współpracy i, wraz ze swoją załogą bladych urzędników i tęgawych, dobrze odżywionych sekretarek, wprowadzić się w ramach wymiany pracowników do wspomnianego już gniazda. Zrelacjonowano szczegółowo jego lunche t?te-a-t?te, na które, jak się teraz okazało, zaprosił swego czasu każdego ze słuchających teraz dziennikarzy. I które kończyły się pokrętnymi propozycjami przy brandy, nie wyłączając takich ofert jak: "Posłuchaj, chłopie, gdybyś przypadkiem styknął się z jakimś ciekawym Kitajcem z drugiej strony rzeki, no wiesz, z takim, co ma dojścia - kapujesz? - to pamiętaj: High Haven!". Po czym przychodziła kolej na magiczny numer telefonu, który "dzwoni prosto na moim biurku, żadnych sekretarek, magnetofonów, niczego takiego, rozumiemy się?" i który co najmniej sześciu z nich miało zapisany w notesach. "Dobra, machnij go na mankiecie, udawaj, że to jakaś babka, dziewczyna czy ktoś taki. Już? Lewy brzeg, pięć-zero-dwa-cztery..."
Odśpiewali numer chórem i zamilkli. Gdzieś zegar wybił piętnaście po trzeciej. Luke wstał powoli i otrzepał kurz z dżinsów. Stary kelner porzucił stanowisko przy stojaku i sięgnął po menu w nadziei, że ktoś może coś zje. Na chwilę opanowało ich uczucie niepewności. Dzień był stracony. Stracony już przy pierwszym kieliszku. W tle rozległ się niski pomruk - to Rocker zamawiał obfity lunch.
- I do tego zimne piwo, zimne, słyszysz, chłopcze? Baaaardzo ziiiimne. Migiem. - Inspektor miał swój sposób na tubylców i mówił tak za każdym razem. Znów zapadła cisza.
- No i masz, Luke - odezwał się karzeł, odsuwając się. - W ten sposób zdobyłeś Pulitzera. Gratulacje, kolego. Sensacja Roku.
- A wypchajcie się wszyscy - rzekł Luke od niechcenia, ruszając w kierunku baru, gdzie siedziały dwie blade dziewczyny, wojskowe córy na łowach. - Jake Chiu przecież pokazał mi list ze zleceniem, no nie? W cholernej "służbie Jej Królewskiej Mości". Z tym cholernym herbem u góry, lwem pieprzącym kozę. Cześć, laleczki, pamiętacie mnie? Jestem tym miłym panem, który wam kupił watę cukrową na festynie.
- Thesinger nie odpowiada - zaintonował żałobnie Szwab Śmierciolub przy telefonie. - Nikt nie odbiera, ani Thesinger, ani żaden z jego ludzi. Odłączyli linię.
Zaaferowani, a raczej śmiertelnie znudzeni, nie zauważyli, że Śmierciolub popada w zadumę.
Craw siedział dotąd w niedbałej pozie bez ruchu jak martwy dodo. Teraz podniósł gwałtownie głowę.
- Wykręć jeszcze raz, głupku - rozkazał opryskliwie jak musztrujący sierżant.
Wzruszywszy ramionami, Śmierciolub ponownie wybrał numer Thesingera, a kilku z nich podeszło, by popatrzeć. Craw się nie ruszył, spoglądał z daleka. Były dwa aparaty. Śmierciolub spróbował z drugiego, ale bez rezultatu.
- Połącz się z centralą - rozkazał Craw ze środka sali. - No, nie stój tam jak wampirzyca w ciąży. Dzwoń na centralę, afrykański gorylusie!
Numer odłączony, powiedział telefonista.
- Od kiedy? - spytał Śmierciolub w słuchawkę. Informacja zastrzeżona, odpowiedział telefonista.
- Facet, to może oni mają jakiś nowy numer, co? - Śmierciolub zawył do nieszczęsnego telefonisty. Nikt jeszcze nie widział, żeby się tak przejmował. Dla Śmiercioluba życie było jak wszystko, co się dzieje po drugiej stronie wizjera; tę pasję należało złożyć na karb tajfunu.
Informacja zastrzeżona, powiedział telefonista.
- Dzwoń do Płytkiego Gardła - rozkazał Craw, całkiem już rozeźlony. - Dzwoń do wszystkich jedwabnych gaci w całej kolonii! - Śmierciolub pokręcił niepewnie długą głową. Płytkie Gardło był oficjalnym rzecznikiem prasowym rządu, obiektem powszechnej nienawiści. Zagaić o cokolwiek, i facet już miał wściekłą minę.
- Daj mi to - powiedział Craw, podnosząc się z krzesła. Odsunął ich na bok, by dostać się do telefonu, i rozpoczął ponure umizgi do Płytkiego Gardła: - Oddany panu Craw, do usług. Jak się miewa Nasza Eminencja na ciele i duszy? To wspaniale, po prostu wspaniale, proszę pana. A żona i dzieci? Ufam, że mają apetyt? Żadnego tyfusu ani szkorbutu? To bardzo dobrze. Hmm, a może pan łaskawie by mnie oświecił, dlaczego, do cholery, Tufty Thesinger zwinął skrzydełka? - Wpatrzyli się w Crawa, lecz jego twarz znieruchomiała jak skała i nic nie można było z niej wyczytać.
- Wzajemnie, drogi panie - prychnął na zakończenie i trzasnął słuchawkę na widełki z taką siłą, że zatrząsł się stolik. Następnie odwrócił się do szanghajskiego kelnera. - Monsignor Goh, niech pan będzie łaskaw zamówić dla mnie osła na benzynę. Wasze Łaskawości, ruszcie tyłki, wszyscy!
- Po cholerę? - spytał karzeł, mając nadzieję, że i jego dotyczyło to polecenie.
- Po informacje, ty zasmarkany kardynałku, po informacje, wy rozpustne, zapijaczone eminencje. Po bogactwo, sławę, kobiety i długowieczność!
Żaden z nich nie potrafił rozszyfrować, co oznacza jego kwaśny nastrój.
- Ale co ci takiego powiedział Płytkie Gardło? - spytał niechlujny kowboj z Kanady, zaintrygowany.
- No właśnie - powtórzył za nim karzeł. - Co on powiedział, brachu?
- Powiedział no comment - odrzekł z wielką godnością Craw, jakby te słowa były najohydniejszą plamą na jego dziennikarskim honorze.
I tak ruszyli aż na Peak, zostawiając w spokoju milczącą większość gości: oporny Szwab Śmierciolub, długi Luke, a za nimi niechlujny kowboj z Kanady, rzucający się w oczy przez swoje rewolucyjne, meksykańskie wąsy, karzeł, który jak zawsze przylepił się do pozostałych, i na końcu stary Craw oraz dwie wojskowe córy, a zatem sesja plenarna Konserwatywnego Klubu Kręglarzy Anabaptystów, dodatkowo w towarzystwie dam, mimo że Klub zaprzysiężony był w celibacie. Zabawne, że wesoły kantoński taksówkarz zabrał wszystkich - zwycięstwo nad fizyką. Zgodził się nawet wypisać trzy rachunki za kurs, po jednym dla każdej reprezentowanej gazety, coś, czego - o ile wiadomo - nie zrobił wcześniej żaden hongkoński taryfiarz. Był to dzień precedensów. Craw siedział z przodu, mając na głowie swój słynny słomkowy kapelusz ze wstążką w barwach Eton, zapisany mu przez kolegę. Karzeł wcisnął się za dźwignię zmiany biegów, a pozostali trzej mężczyźni siedzieli z tyłu, Luke z dziewczynami na kolanach, co utrudniało mu opatrywanie krwawiącej wargi. Rocker nie uważał za wskazane się przyłączyć. Założył serwetkę pod szyję, szykując się na specjalność zakładu: smażoną baraninę, sos miętowy i furę ziemniaków.
- Jeszcze jedno piwo! Ale tym razem zimne, słyszysz, chłopcze? Baaaaardzo ziiiiimne, i to raz, raz.
Kiedy jednak uspokoiło się wokół, on też skorzystał z telefonu i zamienił słowo z Kimś Ważnym, tak na wszelki wypadek, choć obaj uznali zgodnie, że nic nie da się zrobić.
Taksówką był czerwony mercedes, całkiem nowy, ale żadna podróż nie wykańcza samochodu szybciej niż jazda na Peak - co chwila zmiana biegu, klimatyzacja do oporu. Pogoda nadal była okropna. Kiedy tak posuwali się z rzężeniem silnika w górę betonowych nawisów, otoczyła ich tak gęsta mgła, że można się było zakrztusić. Gdy wysiedli, było jeszcze gorzej. Na szczycie zaległa gorąca, nieporuszona zasłona, cuchnąca benzyną i wypełniona zgiełkiem dochodzącym z doliny. Wilgoć unosiła się ciepłymi, delikatnymi falami. W pogodny dzień mieliby widok z dwóch stron, jeden z najpiękniejszych na ziemi: na północy Koulun i błękitne góry Nowych Terytoriów, kryjące osiemset milionów Chińczyków pozbawionych dobrodziejstwa brytyjskiego panowania; na południu Repulse, Zatoka Głębokich Wód i otwarte Morze Południowochińskie. W końcu High Haven został zbudowany w latach dwudziestych przez Marynarkę Królewską ze świadomością niewinności zaszczytnej służby, by zyskać i roztaczać dokoła poczucie władzy. Ale tego popołudnia, gdyby budynek nie znajdował się w zagłębieniu i wśród drzew, które wyrósłszy w wysiłku dosięgnięcia nieba powstrzymały mgłę, nie mieliby czego wypatrywać oprócz dwóch białych betonowych kolumn z przyciskami dzwonków opatrzonymi napisami "dzień" i "noc" oraz zamkniętej na łańcuch bramy. Dzięki drzewom ujrzeli budynek wyraźnie, choć znajdował się pięćdziesiąt metrów dalej. Mogli odróżnić rynny, schody przeciwpożarowe i sznurki na pranie i podziwiać zieloną kopułę, którą dobudowali japońscy żołnierze podczas czteroletniego zamieszkiwania w tym miejscu.
Chcąc wejść do środka jak najszybciej, karzeł pośpieszył do bramy i nacisnął dzwonek oznaczony "dzień". W kolumnę wmontowany był głośniczek i wszyscy wlepili weń wzrok, czekając, aż coś powie lub, jak wolałby Luke, wydmucha obłoczek dymu z trawki. Na poboczu kantoński taryfiarz włączył radio na cały regulator i popłynęła jękliwa, niekończąca się chińska piosenka o miłości. Druga kolumna nie miała nic prócz mosiężnej tabliczki z napisem "Sekcja Współpracy Między Urzędami" - wytarty kamuflaż Thesingera. Szwab Śmierciolub wyjął aparat i obfotografowywał metodycznie cały teren, jakby był na jednym z pól bitewnych w swoim kraju.
- Może nie pracują w soboty - zasugerował Luke, kiedy tak czekali, na co Craw odrzekł, żeby nie był taki cholernie głupi: szpiedzy pracują świątek, piątek i niedziela, na okrągło. Nigdy też nie jedzą, oprócz Tufty'ego.
- Dzień dobry - rzekł karzeł. Nacisnął nocny dzwonek i przyłożywszy swoje wykrzywione czerwone usta do szczelin głośnika, odezwał się, naśladując angielski wyższych sfer, co - trzeba przyznać - udało mu się zadziwiająco dobrze:
- Nazywam się Michael Hanbury-Steadly-Heamor i jestem chłoptasiem na posylki u Szychy. Chcialbym baaardzo mówić z majorem Thesingerem, bo oto chodzi o sprawę nie cierpiącą zwloki: nad Rzeką Perlową ukazala się chmura w ksztalcie grzyba, której major mógl nie zauważyć. Jak się wydaje, powstala ona nad samą rzeką i przeszkadza Szysze grać w golfa. Dziękujęęę baaardzo. Czy móglbym wejść wobec tego?
Jedna z blondynek zachichotała.
- Nie wiedziałam, że on się nazywa Steadly-Heamor - rzekła.
Porzuciwszy Luke'a, uwiesiły się obie u ramion niechlujnego Kanadyjczyka i od dłuższego czasu szeptały mu coś do ucha.
- To Rasputin - powiedziała jedna z podziwem, głaszcząc go z tyłu po udzie. - Widziałam film. Jest jego sobowtórem. Prawda, że jesteś, Kanada?
Przegrupowując się i zastanawiając, co robić, wszyscy pociągnęli z flaszki Luke'a. Z taksówki wciąż płynęła ochoczo piosenka o miłości, za to głośniczek w kolumnie milczał. Karzeł wcisnął oba dzwonki naraz i spróbował groźby... a la Al Capone:
- Dość tego, Thesinger, wiemy, że tam jesteś. Wychodź z rękami do góry, bez płaszcza, a gnata rzuć na ziemię... ej, uważaj, głupi baranie!
Obelga nie była skierowana ani do Kanadyjczyka, ani do starego Crawa - pomykającego niepostrzeżenie w kierunku drzew, najwyraźniej za potrzebą - lecz do Luke'a, który postanowił siłą dostać się do budynku. Brama stała w zabłoconej ulicznej zatoczce, pod osłoną ociekających deszczem drzew. Nieco z boku znajdowała się kupa odpadków, niektóre świeże. Podszedłszy tam w poszukiwaniu wyjaśniającej wszystko wskazówki, Luke wygrzebał ze stosu kawał żelastwa w kształcie litery S. Przytaszczył to pod bramę, choć musiało ważyć przynajmniej z piętnaście kilogramów, po czym zamachnął się tym oburącz nad głową i przyłożył w pręty, na co brama zadzwoniła jak pęknięty dzwon.
Śmierciolub przyklęknął na jedno kolano, trzaskając zdjęcie za zdjęciem, a jego wklęsłą twarz rozdarł męczeński uśmiech.
- Liczę do pięciu, Tufty - zawył Luke, zadając drugi niszczący cios. - Raz - kolejne uderzenie - dwa...
Z drzew wzbiły się ptaki - różne, niektóre bardzo okazałe - i krążyły teraz powoli w górze, lecz ich krzyki zagłuszył szum doliny i huk katowanej bramy. Taksówkarz tańczył w kółeczko, klaszcząc w dłonie i śmiejąc się, zapomniawszy o miłosnej piosence. Jakby tego było mało, na ulicy pojawiła się mimo psiej pogody chińska rodzina, pchająca nie jeden wózek, ale dwa, i oni też zaczęli się śmiać - nawet najmniejsze bobo - przykładając dłonie do ust, żeby zasłonić zęby. Nagle kowboj wydał okrzyk, strząsnął z siebie dziewczyny i pokazał palcem na bramę.
- Na miłość boską, co ten Craw wyprawia, cholera jasna. Stary myszołów przeskoczył przez płot.
Jeśli dotąd istniało jakiekolwiek poczucie umiaru, to w tej chwili prysnęło. Opanowało ich zbiorowe szaleństwo. Alkohol, ponury dzień, klaustrofobia, wszystko to uderzyło im do głowy. Dziewczyny bez zahamowań pieściły Kanadyjczyka, Luke dalej walił w bramę, chiński kierowca dorwał się ze śmiechem do klaksonu, aż tu nagle z boskim wyczuciem czasu podniosła się mgła, świątynie niebiesko-czarnych chmur przepłynęły bezpośrednio nad nimi i na drzewa runął potok deszczu. Nie minęła chwila i ich dosięgnął, mocząc do suchej nitki pierwszym uderzeniem. Dziewczyny, nagle półnagie w prześwitujących koszulkach, uciekły ze śmiechem i piskiem do mercedesa, lecz męskie szeregi nie ustąpiły z pola - nie wyłączając karła. Patrzyli tylko poprzez strugi deszczu na nieomylnie charakterystyczną postać Australijczyka Crawa w etońskim kapeluszu, ukrytą w prowizorycznej sieni, która wyglądała, jakby ją zrobiono na rowery, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie pedałowałby na Peak.
- Craw! - wrzasnęli. - Ty skurczybyku, wyprzedziłeś nas!
Szum deszczu ogłuszał, gałęzie zdawały się łamać pod naporem ulewy. Luke odrzucił na bok swój młot szaleńca. Najpierw przeskoczył niechluj, za nim właśnie Luke i karzeł, a tyły zamykał Śmierciolub z tym swoim uśmiechem i aparatem, przyklękując i kicając, w biegu cykając na oślep zdjęcia. Deszcz zlewał ich, jak chciał, tworząc błotniste czerwone rzeczułki wokół ich kostek, gdy podążali pod górę śladem Crawa. Do hałasu dołączyło kumkanie żab. Wdrapali się na stromy nasyp, zahamowali z poślizgiem przed wewnętrznym ogrodzeniem z drutu kolczastego, przedarli się przez rozciągnięte druty i przeskoczyli niewielki rów. Kiedy dopadli Crawa, ten miał wzrok utkwiony w zielonej kopule, a deszcz pomimo słomkowego kapelusza ściekał mu obficie z brody, przeistaczając jego wymuskany płowy garnitur w poczerniałą, bezkształtną powłokę. Stał jak zahipnotyzowany, patrząc prosto do góry. Luke, który najbardziej go lubił, odezwał się pierwszy:
- Wasza Łaskawość? Hej, obudź się, to ja, Romeo! Jezu Chryste, co mu jest?
Naprawdę już zaniepokojony, dotknął Australijczyka w ramię. Ale Craw wciąż milczał.
- Może umarł na stojąco - zasugerował karzeł, a uśmiechnięty Śmierciolub sfotografował go podczas wyrażania tej genialnej myśli.
Niczym stary bokser, Craw w końcu się otrząsnął.
- Luke, bracie, winni ci jesteśmy przeprosiny - wymamrotał.
- Zaprowadźcie go do taksówki - powiedział Luke i zaczął robić przejście, ale stary wyga się nie ruszył.
- Tufty Thesinger. Niezły sokół. Nie żaden orzeł, za mało sprytny, by szybować wysoko, ale niezły sokół.
- Tufty Thesinger niech spoczywa w spokoju - rzekł zniecierpliwiony Luke. - Chodźmy. Karle, rusz się.
- On skamieniał - odezwał się kowboj.
- Zważ na ślady, Watsonie - zaczął znowu Craw po kolejnej przerwie na medytację, podczas której Luke ciągnął go za ramię, a deszcz lał coraz rzęsiściej. - Zauważcie najpierw dziury przy oknach, skąd pośpiesznie powyrywano klimatyzatory. Oszczędność, mój synu, zaleta godna pochwały, szczególnie, jeśli mogę się tak wyrazić, u szpiega. Spójrzcie na kopułę, o tam. Przypatrzcie się uważnie, panowie. Rysy. Niestety, to nie są ślady pazurów gigantycznego psa, tylko zarysowania po zdejmowanych nerwowo, drżącą ręką, antenach radiowych. Słyszeliście kiedykolwiek o szpiegowskim gnieździe bez anten? To jak burdel bez pianina.
Deszcz osiągnął crescendo. Ogromne krople sypały się wokół nich jak kule. Twarz Crawa wyrażała mieszane uczucia; Luke mógł się jedynie ich domyślać. Głęboko w duszy zakiełkowało podejrzenie, że może Craw naprawdę umiera. Luke niewiele wiedział o naturalnej śmierci, niemniej był na nią wyczulony.
- Pewnie zarazili się gorączką diamentów i poszli w rozsypkę - mruknął, usiłując ponownie namówić Crawa do powrotu do samochodu.
- Bardzo możliwe, Wasza Łaskawość, naprawdę bardzo możliwe. Z pewnością mamy porę roku sprzyjającą wybrykom.
- Do domu - rzekł Luke i pociągnął go stanowczo za ramię. - Zróbcie przejście, dobra? Niesiemy go.
Ale stary wyga wciąż się ociągał, chcąc po raz ostatni spojrzeć na angielskie gniazdo szpiegów, nadąsane w czas burzy.
Pierwszy ukończył pisanie Kanadyjczyk i jego artykuł zasługiwał na lepszy los. Wysmażył go jeszcze tej samej nocy, podczas gdy dziewczyny spały w jego łóżku. Doszedł do wniosku, że informacja pójdzie lepiej w formie dłuższego tekstu, jak dla czasopisma, a nie jako krótki news, tak więc wplótł ją w ogólną historyjkę o Peaku i wykorzystał Thesingera jedynie jako pretekst. Wyjaśnił, jak to Peak był tradycyjnie Olimpem Hongkongu - "czym wyżej się mieszkało, tym wyżej się stało na drabinie społecznej" - i jak to zamożni brytyjscy handlarze opium, ojcowie-założyciele Hongkongu, uciekali tam przed cholerą i gorączką trawiącą miasto, jak to jeszcze kilkadziesiąt lat temu obywatel chińskiego pochodzenia musiał mieć przepustkę, żeby mógł postawić tam nogę. Przedstawił historię High Haven, wspominając na końcu o reputacji brytyjskiej wylęgarni spisków przeciwko Mao, którą temu budynkowi wyrobiła chińskojęzyczna prasa. W ciągu jednej nocy wylęgarnię zamknięto, a sekserzy się wynieśli.
"Kolejny gest pojednania?" - pytał. - "Ustępstwa? Krok w ramach ugodowej polityki Wielkiej Brytanii wobec Chin? Czy może po prostu kolejny sygnał, że w południowo-wschodniej Azji, jak wszędzie indziej, Brytyjczycy zmuszeni są do zejścia z piedestału?"
Jego błąd polegał na tym, że wybrał poważną niedzielną gazetę anglojęzyczną, w której od czasu do czasu publikował artykuły. Na jego dzieło czekała już tam blokada informacyjna, zakazująca wszelkich wzmianek o tej sprawie.
"Żałuję, ale nie mogliśmy puścić tego tekstu" - zadepeszował do niego naczelny i wyrzucił artykuł do kosza. Kilka dni później, wróciwszy do domu, kowboj zastał swój pokój przewrócony do góry nogami. Jego telefon dostał na kilka tygodni czegoś w rodzaju zapalenia krtani, tak że kiedy kowboj dzwonił, zawsze rzucał uprzednio w słuchawkę kilka soczystych uwag pod adresem Szychy i jego świty.
Luke poszedł do domu, tryskając pomysłami. Wykąpał się, wypił mnóstwo czarnej kawy i zabrał się do pracy. Zadzwonił do linii lotniczych, wtyczek w rządzie i do całej chmary bladych, wymuskanych znajomków z konsulatu amerykańskiego, którzy wkurzyli go dowcipnymi i wymijającymi odpowiedziami. Niepokoił firmy przewozowe, specjalizujące się w wykonywaniu zleceń rządowych. Jeszcze tej samej nocy miał, jak to sam określił w rozmowie z karłem, do którego też kilka razy telefonował, "niezbity dowód do piątej potęgi", że Thesinger, jego żona i wszyscy pracownicy High Haven opuścili Hongkong w czwartek wczesnym rankiem czarterem lecącym do Londynu. Szczęśliwym trafem dowiedział się, że seter Thesingera poleci samolotem towarowym jeszcze w tym tygodniu. Zrobiwszy kilka notatek, Luke przemierzył pokój, zasiadł do maszyny do pisania, wystukał kilka linijek i dobrze wiedząc, że tak się stanie, stracił wenę. Zaczął pośpiesznie, płynnie:
"Dziś nad okopanym ze wszystkich stron, wybranym niedemokratycznie rządem jedynej pozostałej brytyjskiej kolonii unosi się chmura nowego skandalu. Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie rewelacje o łapówkarstwie w policji i administracji, a już słychać, że jedna z najbardziej zawoalowanych instytucji Brytanii, High Haven, baza dla jej wypadów spod znaku płaszcza i szpady przeciw czerwonym Chinom, została w pośpiechu zamknięta".
Nagle, z bluźnierczym szlochem impotencji, przerwał i wcisnął twarz w otwarte dłonie. Koszmary, te mógł znieść. Kiedy po tak potężnej dawce wojny budził się drżący i zlany potem z powodu nieopisanych wizji, z nozdrzami wypełnionymi smrodem spalonej napalmem ludzkiej skóry, było to w pewnym stopniu dla niego pociechą, bo wiedział, że wreszcie, po tych wszystkich przejściach, otwarły się śluzy jego uczuć. W czasach, gdy doświadczał tych okropności, pragnął odrobiny wytchnienia, by odzyskać zdolność do odczuwania wstrętu. Jeśli koszmary były niezbędne, by mógł powrócić w szeregi normalnych ludzi, to witał je z wdzięcznością. Ale nawet w najgorszym z nich nie przeczuł, że napisawszy tyle o wojnie, nie będzie w stanie pisać o pokoju. Przez sześć godzin Luke walczył z okropną niemocą. Chwilami przypominał mu się Craw, jak tam stał, ociekając deszczem, i wygłaszał mowę pogrzebową: może o tym napisać? Ale kto buduje historyjkę na osobliwym poczuciu humoru kumpla po fachu?
Wypociny karła też nie odniosły wielkiego sukcesu, z powodu czego zrobił się jędzowaty. Na pierwszy rzut oka jego tekst miał wszystko co trzeba. Karzeł naigrawał się w nim z Brytyjczyków, napisał wołami słowo "szpieg" i - choć raz - darował sobie przedstawienie Ameryki w roli kata południowo-wschodniej Azji. Ale po pięciu dniach czekania dostał jako odpowiedź jedynie lakoniczne polecenie, by się nie wychylał i przestał bić na alarm.
Został zatem stary Craw. Wprawdzie to, co wtedy zrobił i czego nie zrobił, było w porównaniu z wagą głównego wątku tylko występem towarzyszącym, ale zgranie jego posunięć w czasie po dziś dzień wywiera wrażenie. Przez trzy tygodnie nic nie dawał do gazety. Miał nabazgrać jakąś błahostkę, lecz sobie darował. Luke'owi, który poważnie się o niego martwił, z początku wydawało się, że trwa jego tajemniczy schyłek. Craw całkowicie stracił wyniosłość i upodobanie do towarzystwa. Zrobił się zgryźliwy, chwilami wręcz opryskliwy, i tylko szczekał kiepskim kantońskim na kelnerów, nawet na swego ulubieńca Goha. Traktował Kręglarzy, jakby byli jego wrogami, i wypominał im domniemane grzeszki, o których dawno zapomnieli. Siedząc samotnie na krześle przy oknie, wyglądał jak stary emeryt, któremu przyszło żyć w ciężkich czasach: zły jak osa, skryty, zgnuśniały. I oto pewnego dnia zniknął, i kiedy Luke, pełen obaw, zadzwonił do niego, stara służąca powiedziała mu, że: "Whisky Papa myk, myk Londyn siipko". Była dziwnym, małym stworzonkiem i Luke nie bardzo jej wierzył. Nudny najemnik "Der Spiegla" z Niemiec północnych twierdził, że widział Crawa w Vientiane, hulającego w Barze pod Gwiazdozbiorem, ale Luke wątpił. Śledzenie Crawa zawsze było czymś w rodzaju sportu dla wtajemniczonych i każdy chciał się uważać za jednego z wybranych.
Aż tu nastał poniedziałek i około południa stary wyga wkroczył do klubu w nowym beżowym garniturze z bajerancką butonierką, wśród zmartwychwstałych uśmiechów i anegdot. Tego dnia wziął się za historyjkę o High Haven. Zaczął lekką ręką wydawać pieniądze, więcej, niż pozwalały jego pobory w gazecie. Zjadł w jowialnej atmosferze kilka lunchów z elegancko ubranymi Amerykanami z różnych agencji o niejasnych nazwach. Paru z nich Luke znał. W słynnym kapeluszu na głowie zabierał każdego z nich po kolei do cichych, starannie wybranych restauracji. W klubie urągano mu za wazeliniarstwo wobec dyplomatów - poważne przestępstwo - co go cieszyło. Następnie został wezwany do Tokio na konferencję obserwatorów Chin i patrząc z perspektywy, należy chyba przyjąć, że wykorzystał tę podróż dla sprawdzenia innych fragmentów układanki, która powoli nabierała kształtów w jego oczach. Z całą pewnością prosił starych przyjaciół spotkanych na konferencji, by wydobyli dla niego na światło dzienne to i owo, kiedy już wrócą do Bangkoku, Singapuru, Tajpej czy gdzie tam mieszkają, a ci zgodzili się, bo nie mieli wątpliwości, że to samo zrobiłby dla nich. W tajemniczy sposób zdawał się wiedzieć, czego szuka, jeszcze zanim to dla niego znaleźli.
Rezultaty ukazały się w pełnej wersji w jednej z sydneyowskich gazet porannych, której nie sięgało długie ramię angloamerykańskiej cenzury. Uznano zgodnie, że artykuł przypomina najlepsze lata mistrza. Miał dwa tysiące słów. Znamienne, że na pierwszy plan Craw wysunął nie sprawę High Haven, lecz zagadkę "opustoszałego w tajemniczych okolicznościach skrzydła" brytyjskiej ambasady w Bangkoku, które jeszcze miesiąc temu mieściło dziwną instytucję o nazwie "Jednostka koordynacyjna SEATO", jak również sekcję wizową, chlubiącą się aż sześcioma podsekretarzami. Czy to rozkosze salonów masażu w londyńskim Soho, zapytywał słodko stary Australijczyk, tak wabiły Kitajców do Wielkiej Brytanii, że do załatwiania podań o wizę potrzebnych było aż sześciu podsekretarzy? Jakież to dziwne, dumał dalej, że po ich wyjeździe i zamknięciu skrzydła pod ambasadą nie uformowały się długie kolejki potencjalnych podróżnych. Stopniowo, ciągnął swobodnie, ale bez nonszalancji, rozwijał się przed oczami czytelnika zdumiewający obraz. Chodziło o brytyjski wywiad, który Craw nazwał Cyrkiem. Wyjaśnił, że miano to pochodzi od słynnego londyńskiego placu u zbiegu ulic, na którym stoi kwatera główna tej tajnej służby[2]. Cyrk wyniósł się nie tylko z High Haven, napisał, ale również z Bangkoku, Singapuru, Sajgonu, Tokio, Manili i Dżakarty. I z Seulu. Nie ostał się nawet samotny Tajwan, gdzie - jak się okazało - nieopiewany przez nikogo rezydent Wielkiej Brytanii pozbył się trzech urzędników-kierowców i dwóch podsekretarzy ledwie na tydzień przed ukazaniem się artykułu.
"Dunkierka - nazwał to Craw - tyle że w roli kentyjskiej floty występują czarterowe DC8, a francuskich żołnierzy zastąpili angielscy szpiedzy".
"Co wywołało ten exodus?" Sformułował kilka nieśmiałych hipotez. "Czy jesteśmy świadkami kolejnych cięć w wydatkach rządowych Wielkiej Brytanii?" - zapytał, po czym odniósł się do tego wyjaśnienia z wielkim sceptycyzmem. " W ciężkich czasach Brytania ma zwyczaj jeszcze bardziej, a nie mniej polegać na swoich szpiegach. Jej cała imperialna historia skłania ją do tego. Im wątlejsze są jej szlaki handlowe, tym więcej wkłada wysiłku, by je zabezpieczyć. Im słabszy jest jej kolonialny uścisk, tym bardziej desperackie są jej działania przeciw tym, którzy chcą go jeszcze poluźnić. Nie: być może Brytania rzeczywiście ledwo wiąże koniec z końcem, ale szpiedzy byliby ostatnim zbytkiem, którego by się wyrzekła". Craw przedstawił inne możliwości i kolejno je obalił. "Gest dobrej woli wobec Chin?" - zasugerował, powtarzając domysły kowboja. Brytania zrobiłaby wszystko, by utrzymać Hongkong z dala od antykolonialnych zapędów Mao - tylko nie pozbyła się swoich szpiegów. I tak oto Craw doszedł do hipotezy, która najbardziej mu się podobała:
"Na szachownicy Dalekiego Wschodu - napisał - Cyrk wykonuje manewr, który w szpiegowskim fachu nazywa się "daniem nura"".
Ale dlaczego?
W tym miejscu autor powołał się na "wyższych rangą prebendariuszy wojującego kościoła św. Szpiega w Azji". "Agenci wywiadu amerykańskiego ogółem - napisał - nie tylko w Azji, szaleją z wściekłości z powodu lichych środków bezpieczeństwa w brytyjskiech służbach". Najwięcej krwi napsuło niedawne odkrycie rosyjskiego superszpiega - tu wrzucił fachowe określenie: "kret" - w londyńskiej kwaterze głównej Cyrku: brytyjskiego zdrajcy, którego nazwiska prebendariusze nie zgodzili się podać, a który - zgodnie z ich słowami - "w ostatnich dwudziestu latach wystawił na szwank każdą tajną angloamerykańską operację wartą miedziaka". "Gdzie przebywa teraz kret?" - autor zadał pytanie informatorom. Odpowiedzieli na to z niepohamowaną złością: "W zaświatach. Albo w Rosji. Oby i tu, i tu".
Craw nigdy nie gonił za tanią sensacją, a ten artykuł, w przychylnych oczach Luke'a, miał w sobie posmak czegoś naprawdę wyjątkowego. To był niemal dowód życia, choćby tylko skrytego życia.
"Czy zatem mały szpieg Kim zniknął na dobre z legend Wschodu?" - pytał na koniec Craw. - "Czy angielski mądrala już nigdy nie pociemni sobie skóry, nie wskoczy w tubylczy strój i nie zasiądzie przy plemiennym ognisku? Bądźcie spokojni" - zapewnił. - "Brytyjczycy wrócą! Tradycyjna gra o nazwie "łapaj szpiega" znów się rozkręci! Szpieg nie umarł, jeno zasnął".
Artykuł się ukazał. W klubie wywołał przelotny podziw i zazdrość, po czym popadł w zapomnienie. Tutejsza gazeta anglojęzyczna, ściśle powiązana z Amerykanami, przedrukowała go w całości, dzięki czemu motyl żył o jeden dzień dłużej. Zrzutka na rzecz starego, powiedzieli: uchylano przed nim czapkę, zanim zejdzie ze sceny. Potem puściła to zagraniczna sieć BBC, a na końcu leniwa sieć z kolonii dała wersję wersji BBC, i przez cały dzień toczyła się dyskusja, czy Szycha zdecydował się zdjąć tutejszym mediom kaganiec. Ale nawet przy tak przeciągniętym serialu nikt, ani Luke, ani nawet karzeł, nie uważał za stosowne zastanowić się, skąd, do cholery, stary wyga znał tylne wejście do High Haven.
Co jedynie dowodzi - jeśli taki dowód w ogóle jest potrzebny - że dziennikarze wcale nie widzą lepiej od innych, co się dzieje pod ich nosem. No, ale ostatecznie w pamiętną sobotę szalał tajfun.
Jeśli chodzi o Cyrk, jak Craw trafnie nazwał wywiad brytyjski, reakcje na artykuł różniły się w zależności od stopnia wtajemniczenia reagującego. W sekcji administracyjnej, na przykład - to ona odpowiadała za owe strzępy kamuflażu, na które w tym okresie było stać Cyrk - stary wyga wywołał falę zdławionej furii, co mogą w pełni zrozumieć tylko ci, którzy zasmakowali atmosfery oblężonej tajnej służby. Nawet tolerancyjne zazwyczaj dusze nawoływały o surową karę. Zdrada! Złamał umowę! Pozbawić go emerytury! Wpisać na listę objętych dozorem! Postawić w stan oskarżenia, gdy tylko wróci do Anglii! Trochę dalej w korytarzu łagodniejszą postawę przyjęli ci, którzy nie traktowali kwestii bezpieczeństwa tak chorobliwie, choć i oni nie wiedzieli wszystkiego. No, no, mówili trochę smutnym tonem, tak to już jest, nie ma faceta, który od czasu do czasu nie wytrąbiłby czegoś o nas, szczególnie gdy pozostawał tak długo w nieświadomości jak stary Craw. Prawdę mówiąc, nie wyjawił niczego, co nie byłoby ogólnie dostępne; administracyjni powinni okazać trochę umiaru. Pamiętacie, jak potraktowali biedną Molly Meakin, siostrę Mike'a, dopiero co "wyklutą", za to, że zostawiła kawałek czystego papieru w koszu na śmieci!
Tylko ci u samego źródła wiedzieli, jak się rzeczy mają. Dla nich artykuł Crawa był mistrzowską dezinformacją: George Smiley w szczytowej formie, orzekli. To przecież jasne, że sprawa i tak wyszłaby na jaw, toteż wszyscy zgodzili się, że cenzura w żadnym razie nie jest wskazana. O wiele lepiej zatem, żeby wyszła na jaw pod nasze dyktando. Odpowiedni czas, odpowiednia data, odpowiedni ton: arcydzieło całego życia, uznali zgodnie, w każdym pociągnięciu pędzla. Ale ten pogląd nie wyszedł poza ich krąg.
Znów Hongkong. To jasne, powiedzieli Kręglarze, że stary wyga, podobnie jak człowiek będący jedną nogą na tamtym świecie, miał prorocze przeczucie sprawy - historia High Haven stała się dla Crawa łabędzim śpiewem. Miesiąc później okazało się, że się wycofał, nie z kolonii, ale z dziennikarskiego fachu, i z wyspy też. Wynająwszy chatę na Nowych Terytoriach, oznajmił, że postanowił resztę życia spędzić pod niebem Wschodu. Dla Kręglarzy mógł równie dobrze wybrać Alaskę. To po prostu za daleko, cholera jasna, żeby wracać samochodem po pijaku. Krążyły plotki - nieprawdziwe, bo Crawa nie ciągnęło w tę stronę - że do towarzystwa sprowadził sobie ładniutkiego chińskiego chłopca. To była robota karła: on nie lubił, gdy starzy ludzie go ubiegają. Tylko Luke wciąż myślał o Crawie. Pewnego ranka po nocnej zmianie pojechał tam. Po cholerę? Po to, żeby się z nim zobaczyć, bo stary myszołów wiele dla niego znaczył. Craw nie posiadał się z radości, powiedział im później Luke, ten sam podły charakterek, trochę zaskoczony nieoczekiwaną wizytą w jego jaskini. Był tam też jego przyjaciel, ale nie żaden młody Chińczyk, tylko jakiś ważniak na walizkach, którego Craw przedstawił jako George'a: tęgawy, mały typek o słabo widzących oczach za okrągłymi okularami, który najwyraźniej wpadł bez zapowiedzi. Na boku Craw wyjaśnił Luke'owi, że ten George pracuje dla brytyjskiego syndykatu prasowego, dla którego on sam robił wieki temu.
- Pisze o staruszkach, Wasza Łaskawość. Jest w trakcie przejażdżki po Azji.
Kimkolwiek był ten tęgawy facet, dało się zauważyć, że Craw czuje przed nim respekt, bo nazywał go nawet "Wasza Świątobliwość". Luke zorientował się, że wpadł nie w porę, toteż wyjechał, nie upiwszy się.
To tyle. Czmychnięcie Thesingera, pozorna śmierć i zmartwychwstanie Crawa, jego łabędzi śpiew na przekór kagańcom niejawnej cenzury, obsesja Luke'a na punkcie tajnych służb, natchnione wykorzystanie przez Cyrk zła koniecznego. Nic z tego nie było zaplanowane, ale - jak życie często chce - stało się przygrywką do późniejszych wydarzeń. Huraganowa sobota; krąg na powierzchni cuchnącej, mętnej, mulistej kałuży, jaką jest Hongkong; znudzony chór, wciąż bez bohatera. I, o dziwo, kilka miesięcy później, znów Luke'owi przypadła w udziale rola szekspirowskiego posłańca. To on zapowiedział, że przybywa bohater. Akurat miał dyżur, gdy przyszedł telegram do gazety. Obwieścił nowinę znudzonej widowni z typowym dla niego zapałem.
- Ludzie, nadstawcie uszu, mam wiadomości! Jerry Westerby znowu w obiegu! Wali na Wschód, słyszycie mnie? Znowu na liście płac tego samego komiksu!
- Jego lordowska mość - wykrzyknął natychmiast karzeł w udawanej ekstazie. - Świeży dopływ błękitnej krwi, no nie, że użyję pospolitego wyrażenia. Niech żyje profesjonalizm, a niech mnie!
Zakląwszy, rzucił zgniecioną serwetkę prosto na stojak z winem.
- Jezu - powiedział i opróżnił szklankę Luke'a.
[1] Aluzja do wiersza Samuela Coleridge'a pt. Pieśń o starym marynarzu (przyp. tłum.).
[2] Chodzi o skrzyżowanie Cambridge Circus (przyp. tłum.).
Tylko George Smiley, powiedział Roddy Martindale, pulchny dowcipniś z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, dałby się mianować kapitanem tonącego okrętu. I tylko Smiley, dodał, mógł spotęgować ból tego awansu, bo akurat w tym samym czasie porzucił swoją piękną, acz niekiedy błądzącą żonę.
Na pierwszy, a nawet drugi rzut oka George Smiley nie wydawał się odpowiedni ani do jednej, ani do drugiej roli, jak szybko zauważył Martindale. Był baryłkowatym i beznadziejnie nieśmiałym mężczyzną, gdy rzecz dotyczyła drobnych spraw. Wrodzony brak pewności siebie przydawał mu czasem śmiesznej powagi i dla ludzi z fantazją Martindale'a jego powściągliwość jawiła się jako nieustanny wyrzut. Był też krótkowidzem i każdy, kto by go zobaczył w tych pierwszych dniach po holocauście, wspieranego przez swego smukłego i milkliwego lokaja, Petera Guillama, w idealnie okrągłych okularach i żałobnym stroju urzędnika państwowego, jak dyskretnie wędruje po co bardziej bagiennych bezdrożach Whitehall lub też tkwi pochylony nad stosem papierów o każdej porze dnia i nocy w swojej sali tronowej na piątym piętrze edwardiańskiego mauzoleum przy Cambridge Circus, którym teraz dowodził, pomyślałby, że to on, a nie martwy Haydon, rosyjski szpieg, zasługuje na miano "kreta". Po długich godzinach pracy w tym na wpół wyludnionym budynku wory pod jego oczami przemieniały się w sińce; rzadko się uśmiechał, choć nie brakowało mu poczucia humoru, i niekiedy zwykłe uniesienie się z krzesła zdawało się go wyczerpywać. Stanąwszy na nogi, nieruchomiał, z rozchylonymi ustami, wydawał małe, szczelinowe "uh" i dopiero wtedy ruszał z miejsca. Inną jego manierą było bezwiedne wycieranie okularów grubym końcem krawata, przez co jego twarz wydawała się tak niepokojąco naga, że pewną znacznie posuniętą w latach sekretarkę - w ich żargonie zwano takie kobiety "matkami" - niejeden raz owładnęła ledwo pohamowana chęć, by rzucić się do przodu i uwolnić go od tego niewykonalnego zadania, które najwyraźniej zdecydowany był wykonać.
- George Smiley nie tylko sprząta stajnię - zauważył ten sam Roddy Martindale podczas lunchu, siedząc przy swoim stoliku w Garrick - ale jeszcze dodatkowo dźwiga swego kulawego konia pod górę, niech mnie.
Autorzy innych pogłosek, powtarzanych głównie w tych departamentach, które starały się o spadek po upadającej służbie, okazywali mniej szacunku dla jego wysiłków.
- George jedzie na swojej reputacji - mawiano po kilku miesiącach opowiadania tych historii. - Zdemaskowanie Billa Haydona to czysty przypadek.
To był cynk od Amerykanów, twierdzono, nie żaden strzał George'a w dziesiątkę: to "kuzyni" powinni byli zebrać brawa, ale dyplomatycznie usunęli się w cień. Nie, nie, mówili inni, to Holendrzy. Holendrzy złamali szyfr centrali moskiewskiej i przesłali zdobycz przez łącznika, spytajcie Roddy'ego Martindale'a - tyle że o Cyrku Martindale wiedział akurat najmniej. I tak w kółko, podczas gdy Smiley, pozornie nieświadomy, co się mówi, zatrzymał swoją radę starszych, a oddalił żonę.
Nie mogli w to uwierzyć.
Nie mogli wyjść z osłupienia.
Martindale, który w życiu nie kochał żadnej kobiety, czuł się szczególnie znieważony. Zrobił z tego niezłą sprawę w Garrick.
- Co za tupet! On jest nikim, a ona ma w żyłach krew Sawleyów! Pawłowizm, tak to nazywam. Najzwyklejsze pawłowiańskie okrucieństwo. Po tylu latach godzenia się na jej całkiem zrozumiałe grzeszki, popychania jej do nich, zważcie na moje słowa, co robi nasz mały przyjaciel? Odwraca się i z napoleońską brutalnością kopie ją w tyłek! To skandal. Powiem wszystkim, że to skandal. Jestem człowiekiem tolerancyjnym, ufam, że światowym, ale Smiley posunął się za daleko, oj, za daleko.
Tym razem, co nie zdarzało się często, Martindale wiedział, co mówi. Wszyscy mieli dowody przed nosem. Po śmierci Haydona Smileyowie zerwali z przeszłością, puścili w niepamięć sprzeczki i, jako pogodzona para, z powrotem wprowadzili się, z drobnym ceremoniałem, do małego domku w Chelsea przy Bywater Street. Próbowali nawet zaistnieć w towarzystwie. Wychodzili, używali życia stosownie do nowego stanowiska George'a; "kuzyni", jakiś poseł, różni baronowie z Whitehall, wszyscy u nich jadali i wracali do domu z pełnymi brzuchami; przez kilka tygodni Smileyowie zgrywali nawet lekko egzotyczną parkę w wyższych sferach biurokracji. Aż tu nagle pewnej nocy, niewątpliwie ku strapieniu żony, George Smiley zszedł jej z oczu i rozłożył się obozem na skromnym poddaszu za swoją salą tronową w Cyrku. Wkrótce ponurość tego miejsca zaczęła odciskać swoje piętno na fakturze jego twarzy, jak kurz na cerze więźnia. Tymczasem w Chelsea Ann Smiley usychała z tęsknoty, z bólem przyzwyczajając się do roli porzuconej żony.
Oddanie sprawie, orzekli wtajemniczeni. Mnisia wstrzemięźliwość. George to święty. I to w jego wieku!
Bzdury, zareplikowała frakcja Martindale'a. Oddanie jakiej sprawie? A co tam zostało, w tym ponurym gmaszysku z czerwonej cegły, co wymagałoby takiej samoofiary? I w ogóle czy jest jeszcze coś takiego gdziekolwiek w tym nieludzkim Whitehall albo, Boże, miej nas w swojej opiece, w tym nieludzkim kraju, co wymagałoby takiego poświęcenia?
Praca, odrzekli wtajemniczeni.
Jaka praca? - rozległy się falsety protestujących samozwańczych sędziów Cyrku, rozpowiadających na prawo i lewo, niczym gorgony, o tym, co zasłyszano i podejrzano. Co on tam robi, z siatkami agenturalnymi w strzępach, pozbawiony trzech czwartych personelu, wszystkich oprócz kilku starych wron do parzenia herbatki? Jego zagraniczne placówki puste, jego niewidzialny fundusz zamrożony na amen przez Skarb - mieli na myśli konta operacyjne - i nikogo w Whitehall czy w Waszyngtonie, kogo mógłby nazwać przyjacielem! Chyba że za jego przyjaciela uważacie tę fikającą świnię Lacona z biura rządowego, zdecydowanego iść mu na rękę w każdej sytuacji. Oczywiście, Lacon stanąłby do walki o Smileya: miałby inne wyjście? Cyrk był podstawą potęgi Lacona. Bez niego byłby on - no cóż, tym, czym i tak już jest - kapłonem. Naturalnie, że Lacon dałby sygnał do bitwy.
- To skandal - oznajmił rozeźlony Martindale, kosztując wędzonego węgorza i stek z nereczkami oraz klubowe wino, znów droższe o dwadzieścia pensów za butelkę. Między wieśniakami z Whitehall a wieśniakami z Toskanii była czasami zdumiewająco niewielka różnica.
Czas nie przepłoszył plotek. Wprost przeciwnie, mnożyły się, żywiąc odosobnieniem Smileya, przedstawiając je jako obsesję.
Pamiętano, że Bill Haydon był nie tylko kolegą George'a, ale także kuzynem Ann i jeszcze kimś więcej. Wściekłość na Haydona, mówili, nie minęła Smileyowi wraz z jego śmiercią: on najzwyczajniej w świecie tańczył na jego grobie. Na przykład osobiście nadzorował sprzątanie osławionego pokoju Haydona, z oknami wychodzącymi na Charing Cross Road, i niszczenie wszystkich jego rzeczy, co do ostatniej, od miernych obrazów olejnych, namalowanych jego własną ręką, po różne drobiazgi leżące w szufladach jego biurka, a nawet samo biurko, które rozkazał pociąć na kawałki i spalić. A kiedy to zostało zrobione, zawołał robociarzy Cyrku, by rozebrali ściany działowe. Tak, tak, zapewniał Martindale.
Albo żeby dać inny przykład i to, prawdę mówiąc, zupełnie wytrącający człowieka z równowagi, to zdjęcie wiszące na ścianie w obskurnej sali tronowej Smileya, sądząc po wyglądzie, zdjęcie paszportowe, tylko powiększone do takich rozmiarów, że według niektórych ziarno rzucało upiorne spojrzenie. Jeden z chłopców z Ministerstwa Skarbu zauważył je podczas doraźnego posiedzenia na temat łatania kont operacyjnych.
Czy to portret Kontroli zrobiony przez wiadomo kogo? - spytał Petera Guillama, jedynie żeby zagadać, bez żadnych złych intencji. No chyba wolno się zapytać? Kontrola, inne imiona nieznane, był legendą tego miejsca, przewodnikiem i nauczycielem Smileya przez całych trzydzieści lat. W rzeczywistości Smiley go pochował, mawiali, bo najtajniejsi z tajnych, podobnie jak i najbogatsi, mają skłonność umierać nieopłakiwani.
- Nie, cholera jasna, to nie jest Kontrola - odwarknął lokaj Guillam, w ten swój bezceremonialny, lekceważący sposób. - To Karla.
A kim był tak naprawdę Karla?
Karla, moi drodzy, to roboczy pseudonim radzieckiego oficera operacyjnego, który zwerbował Billa Haydona i potem go prowadził.
- Też legendarna postać, tyle że, mówiąc delikatnie, innego rodzaju - rzekł Martindale, cały roztrzęsiony. - Wygląda na to, że jesteśmy świadkami regularnej wendety. Nie mogę wyjść ze zdumienia, jak dziecinnie potrafią się zachowywać co poniektórzy.
Nawet Lacon był odrobinę zaniepokojony tym zdjęciem.
- Poważnie, George, dlaczego trzymasz to na ścianie? - zapytał swoim gromkim głosem naczelnika prefektury, wpadłszy pewnego wieczoru do Smileya w drodze z siedziby rządu do domu. - Zastanawiam się, co on dla ciebie znaczy? Myślałeś o tym? Nie sądzisz, że to makabreska? Zwycięski przeciwnik? Czy to cię nie przygnębia, kiedy on tak wlepia w ciebie gały?
- No cóż, Bill nie żyje - odparł niejasno Smiley, jak to czasem miał w zwyczaju, podając raczej wskazówkę prowadzącą do jego racji, a nie samą rację.
- A Karla tak, czy o to ci chodzi? - dopowiedział Lacon. - I ty wolisz mieć żywego wroga niż umarłego? Czy to masz na myśli?
Ale w pewnych okolicznościach pytania do George' a Smileya miały skłonność chybiania celu, a nawet, zdaniem jego kolegów, sprawiały wrażenie pytań w złym guście.
Wydarzenie, dzięki któremu bazar Whitehall obiegły bardziej konkretne pogłoski, dotyczyło "fretek", czyli wymiataczy elektroniki. Nie pamiętano gorszego wypadku nepotyzmu. Mój Boże, te łobuzy mają tupet! Martindale, który czekał rok, żeby sprawdzili jego gabinet, wysłał skargę do podsekretarza stanu. Napisaną odręcznie, do rąk własnych. Podobnie uczynił jego brat w Chrystusie z Ministerstwa Obrony i niewiele brakowało, by to samo zrobił Hammer z Ministerstwa Skarbu, tyle że ten albo zapomniał ją wysłać, albo się w ostatniej chwili rozmyślił. To nie była tylko kwestia priorytetów, o nie. Nawet nie zasad. Tu chodziło o pieniądze, publiczne pieniądze. Na nalegania George'a Skarb i tak wymienił połowę przewodów w Cyrku. Ale najwyraźniej jego obsesja na punkcie podsłuchu była nieuleczalna. Do tego "fretkom" brakowało personelu, toczyły się dyskusje z pracownikami na temat niecywilizowanych godzin pracy - rany, padały wszystkie argumenty! Beczka prochu, cała ta sprawa.
I co się w końcu wydarzyło? Martindale miał szczegóły w wypielęgnowanym małym palcu. George poszedł do Lacona w czwartek - w tę niesamowitą spiekotę, pamiętacie, kiedy wszyscy praktycznie o mało się nie przekręcili, nawet w Garrick - i w sobotę - uwaga, w sobotę, a więc nadgodziny! - Cyrk już roił się od tych wandali, rozrywających budynek na kawałki, wkurzających sąsiadów rumorem. Z bardziej rażącym wypadkiem ślepego uprzywilejowania jednych kosztem drugich nie zetknięto się od czasu, no, od czasu, kiedy to wbrew rozsądkowi pozwolili Smileyowi przywrócić do służby tę jego rosyjską badaczkę Sachs, Connie Sachs, dziekana z Oksfordu, nazywaną "matką", choć przecież nią nie była.
Martindale zadał sobie sporo trudu, by dyskretnie, lub raczej na tyle dyskretnie, na ile potrafił, dowiedzieć się, czy "fretki" cokolwiek znalazły, ale natrafił na mur. W świecie tajnych służb informacja to pieniądze i według tego kryterium, być może nie tylko tego, Martindale, choć nie miał chyba o tym pojęcia, był biedakiem. Tajniki tej operacji znane były nielicznym. To prawda, że w czwartek Smiley zawitał w wyłożonym boazerią gabinecie Lacona z widokiem na St James's Park i że dzień był nadzwyczaj upalny jak na jesienną porę roku. Ostre promienie słoneczne lały się na reprezentacyjny dywan, a pyłki kurzu igrały w nich jak maluteńkie rybki tropikalne. Lacon zdjął nawet marynarkę, choć oczywiście nie krawat.
- Connie Sachs przyjrzała się odciskom palców Karli w podobnych wypadkach - oznajmił Smiley.
- Palców? - powtórzył Lacon, jakby robienie czegoś palcami było zabronione.
- Jego stylowi pracy. Jego zagrywkom. Wygląda na to, że kiedy tylko było to operacyjnie możliwe, zawsze prowadził w tandemie krety i pluskwy.
- Jeszcze raz, George, dobrze? Tylko tym razem po ludzku.
Kiedy sprzyjały okoliczności, powiedział Smiley, Karla wspierał operacje swego agenta podsłuchem. Wprawdzie, stwierdził z zadowoleniem, w budynku nie zostało powiedziane nic, co mogłoby zniweczyć "obecne plany", ale wnioski są niepokojące.
Lacon poznawał teraz także odciski palców Smileya.
- Czy jest coś na poparcie tej raczej wątpliwej hipotezy? - spytał, przyglądając się pozbawionej wyrazu twarzy Smileya znad ołówka trzymanego jak linijka między dwoma palcami wskazującymi.
- Zrobiliśmy inwentaryzację naszej elektroniki - wyznał Smiley, marszcząc czoło. - Brakuje trochę domowego sprzętu. Wygląda na to, że sporo zniknęło podczas zmian w sześćdziesiątym szóstym. - Lacon czekał, wyciągając z niego słowa. - Haydon był w komisji odpowiedzialnej za wykonanie roboty - dokończył Smiley w ostatnim wyznaniu. - W rzeczywistości był duchem przewodnim. Po prostu, no, po prostu wydaje mi się, że gdyby "kuzyni" się o tym dowiedzieli, byłby to gwóźdź do trumny.
Lacon nie był głupi, a gniewu "kuzynów", podczas gdy wszyscy dokoła starali się ich ugłaskać, należało uniknąć za wszelką cenę. Gdyby to od niego zależało, wysłałby "fretki" jeszcze tego samego dnia. Sobota była kompromisem; nie konsultując się z nikim, oddelegował cały zespół, dwunastkę, w dwóch szarych furgonetkach z napisem "Zwalczanie szkodników". To prawda, że poszatkowali budynek na kawałki, stąd te pogłoski, że zniszczyli pokój Haydona. Diabli ich brali, bo był weekend, może rzeczywiście niepotrzebnie zachowywali się tak brutalnie: na myśl o podatku, który płacili za nadgodziny, burzyła się w nich krew. Lecz ich nastrój szybko się zmienił, bo już przy pierwszej "zmiotce" znaleźli pięć mikrofonów, wszystkie co do jednego standardowe cacka z magazynów Cyrku. Haydon rozmieścił je w sposób klasyczny, co przyznał i Lacon, kiedy wpadł osobiście dokonać inspekcji. Jeden w szufladzie nieużywanego biurka, jakby włożony tam bez złych zamiarów i zapomniany, tyle tylko że biurko stało w pokoju szyfrantów. Inny pokrywał się kurzem na metalowej szafce w sali konferencyjnej na piątym piętrze - czyli mówiąc ich żargonem, w "bawialni". Jeszcze inny wciśnięty był z typowo Haydonowską fantazją za rezerwuar w ubikacji dla wyższych oficerów. Druga "zmiotka", obejmująca ściany nośne, ujawniła jeszcze trzy mikrofony, osadzone głęboko w murze podczas prac remontowych. Sondy z plastikowymi rurkami wpompowującymi dźwięk. "Fretki" ułożyły je w rzędzie jak myśliwskie trofea. Oczywiście były martwe od pewnego czasu, niemniej zostały zainstalowane przez Haydona i nastawione na częstotliwości, których Cyrk nie używał.
- Sprzęt eksploatowany na koszt Ministerstwa Skarbu - rzekł Lacon z najbardziej cierpkim uśmiechem, pieszcząc w palcach kable, które łączyły kiedyś mikrofony z siecią wysokiego napięcia. - Przynajmniej dopóki George nie wymienił przewodów w budynku. Muszę pamiętać, żeby powiedzieć o tym koledze Hammerowi. Będzie zachwycony.
Hammer, Walijczyk, był najbardziej zajadłym wrogiem Lacona.
Za namową Lacona Smiley urządził małe przedstawienie. Kazał "fretkom" z powrotem podłączyć mikrofony w sali konferencyjnej i dostroić odbiornik w jednym z kilku ostatnich wozów inwigilacyjnych Cyrku. Następnie zaprosił trzech z najmniej przychylnych mu biurokratów, w tym Walijczyka Hammera, na przejażdżkę w promieniu pół kilometra od budynku, by posłuchali wyreżyserowanej zawczasu rozmowy dwóch tajemniczych pomocników Smileya, siedzących w "bawialni". Słyszeli każde słówko. Nie umknęła im ani jedna sylaba.
Następnie Smiley osobiście zaprzysiągł ich, by dochowali tajemnicy, i dla efektu kazał podpisać zobowiązanie, zredagowane naprędce przez administracyjnych. Peter Guillam uważał, że będą siedzieć cicho około miesiąca. Albo krócej, jeżeli się rozpada, dodał kwaśno.
Lecz jeśli Martindale i jego koledzy ze skraju boiska Whitehall pozostawali w dziewiczej nieświadomości realiów świata Smileya, to ci, którzy znajdowali się bliżej tronu, czuli się równie oddaleni. Smileya otaczały coraz to mniejsze kręgi współpracowników i z początku zaledwie kilku wybrańców miało dostęp do środka. Wchodząc przez posępne brązowe drzwi Cyrku, z ustawionymi tymczasowo barierkami, obsadzonymi czujnymi odźwiernymi, Smiley nie pozbywał się ani krztyny swego powszedniego odosobnienia. Przez całe dnie i noce drzwi jego maleńkiego biura pozostawały zamknięte, a jedynymi towarzyszami byli Peter Guillam i krążący ciemnooki totumfacki o nazwisku Fawn, który podczas wykurzania Haydona pełnił wespół z Guillamem funkcję niańki Smileya. Czasami Smiley znikał tylnym wyjściem, ledwo skinąwszy głową, zabierając ze sobą Fawna, gładką, drobną istotę, a zostawiając Guillama, by odbierał telefony i zawiadomił go w razie ważnej sprawy. "Matki" przyrównywały jego zachowanie do ostatnich dni Kontroli, zmarłego na posterunku, za sprawą Haydona, na serce. Zgodnie z procesami organicznymi zachodzącymi w zamkniętej społeczności w żargonie pojawiło się nowe słowo. Zdemaskowanie Haydona nazywano teraz "upadkiem", a historia Cyrku została podzielona na tę przed "upadkiem" i po. Wraz ze znikaniem i pojawianiem się Smileya fizyczne podupadanie samego budynku, pustego w trzech czwartych, będącego po wizycie "fretek" w stanie rozkładu, budziło w tych, którzy musieli w nim przebywać, posępne poczucie ruiny, nabierającej w ciężkich chwilach symbolicznego znaczenia. Co "fretki" rozszarpią, tego już nie złożą: to samo, być może tak uważali, tyczy się Karli, którego przykurzone oblicze, przybite do ściany przez ich nieuchwytnego szefa, bezustannie obserwowało wszystkich z ciemności jego spartańskiej sali tronowej.
To straszne, jak mało wiedzieli. Nudne sprawy, choćby kwestie personalne, nabrały ogromnego znaczenia. Smiley zamaszystym ruchem skreślał nazwiska i rezydentury; na przykład biednego Tufty'ego Thesingera z Hongkongu, choć Hongkong, będąc dość daleko od sceny sowieckiej, padł jako jeden z ostatnich. Po Whitehall, terenie, na którym Smiley czuł się okropnie niepewnie, krążyły pogłoski, że wdaje się w jakieś dziwaczne i raczej nieeleganckie spory na temat warunków zwolnień i powtórnych przyjęć. Zdarzało się - biedny Tufty Thesinger jeszcze raz posłuży za najlepszy przykład - że Bill Haydon umyślnie promował spalonych oficerów, co do których mógł być pewien, że nie będą działać z własnej inicjatywy. Czy należało się z nimi rozliczyć według ich rzeczywistej wartości czy według wyśrubowanej ceny, ustalonej złośliwie przez Haydona? Byli i inni, których w obawie o własną skórę zwolnił pod byle pretekstem. Czy powinni otrzymywać pełną emeryturę? Czy mogli rościć sobie prawo, by ich ponownie zainstalować? Zakłopotani młodzi ministrowie, świeżo u władzy po ostatnich wyborach, podejmowali odważne i sprzeczne decyzje. W konsekwencji smutna procesja skołowaciałych "frontowców", kobiet i mężczyzn, przeszła przez ręce Smileya, a administracyjni dostali polecenie, by ze względów bezpieczeństwa, jak i chyba smaku, żaden z powracających z zagranicznych rezydentur nie przestąpił progu Cyrku. Smiley nie będzie też tolerował żadnych kontaktów między potępionymi a ułaskawionymi. W związku z tym, przy niechętnej pomocy Walijczyka Hammera z Ministerstwa Skarbu, administracyjni otworzyli tymczasowy punkt przyjęć w wynajętym domu w Bloomsbury, pod przykrywką szkoły języków (Tylko Za Uprzednim Umówieniem Się) i obsadzili go kwartetem oficerów z księgowości. To ciało nieuchronnie zyskało miano Grupy Bloomsbury[3] i wiadomo było, że czasem, mając wolną chwilę, Smiley nie omieszkał wślizgnąć się tam i, niczym odwiedzający w szpitalu, złożyć wyrazy ubolewania nieznanym sobie często twarzom. Innym razem, zależnie od nastroju, siedział w kącie zakurzonego pokoju przesłuchań, milczący, zagadkowy, podobny do posążku Buddy.
Co nim kierowało? Czego szukał? Jeśli motorem jego działań był gniew, w takim razie był to gniew wspólny im wszystkim. Siadywali razem w "bawialni" po całym dniu pracy, żartując i plotkując, ale kiedy komuś wyrwało się nazwisko Karli albo jego "kreta" Haydona, zlatywały się im na głowy anioły ciszy i wówczas nawet stara przebiegła Connie Sachs, Moskiewska Baczność, nie mogła zdjąć z nich uroku. Jeszcze bardziej wzruszające w oczach podwładnych były wysiłki Smileya, by uratować coś z zagłady siatek agenturalnych. Nie minął dzień od aresztowania Haydona i nastąpił zgon wszystkich dziewięciu siatek Cyrku w Związku Radzieckim i Europie Wschodniej. Zapadła śmiertelna cisza, kurierzy przestali kursować i były wszelkie racje ku temu, by uznać, że jeśli ostali się jeszcze jacyś prawdziwi agenci Cyrku, to do rana zostaną zwinięci. Lecz Smiley gwałtownie przeciwstawił się temu łatwemu poglądowi, podobnie jak nie chciał wierzyć, że Karla i centrala w Moskwie działają ze stuprocentową skutecznością, dokładnością i logiką. Wiercił dziurę w brzuchu Laconowi, wiercił "kuzynom" ulokowanym w rozległych biurach na Grosvenor Square, upierał się, żeby latać po częstotliwościach, i pomimo gwałtownego protestu Ministerstwa Spraw Zagranicznych - jak zwykle z Roddym Martindale'em na czele - kazał zagranicznym stacjom BBC nadać otwartym tekstem wiadomość instruującą każdego pozostałego przy życiu agenta, który by ją usłyszał i rozumiał hasło wywoławcze, by natychmiast opuścił okręt. Powoli, ku ich zdumieniu, zaczęły napływać lekusieńkie oznaki życia, niczym zniekształcone sygnały z innej planety.
Najpierw "kuzyni", w osobie podejrzanie prostodusznego szefa tutejszej placówki, Martella, dali znać z Grosvenor Square, że dwoje brytyjskich agentów podąża amerykańską "drogą ewakuacyjną" do starego kurortu Soczi nad Morzem Czarnym, gdzie szykowana jest dla nich łódź do przeprowadzenia operacji, którą cisi ludzie Martella z uporem nazywali "eksfiltracją". Sądząc po opisie, Martello mówił o Czurajewach, spiritus movens siatki "Kontemplacja", obejmującej Gruzję i Ukrainę. Nie czekając na pozwolenie z Ministerstwa Skarbu, Smiley przywrócił do życia emeryta nazwiskiem Roy Bland, krzepkiego eks-dialektyka marksistowskiego, a w pewnym okresie "frontowca" Cyrku i oficera prowadzącego tę siatkę. Pod komendę Blanda, który runął z wysokiego konia w okresie "upadku", oddelegował de Silsky'ego i Kaspara, dwa rosyjskie charty, też ludzi w odstawce, też byłych protegowanych Haydona, żeby pojechali ich przejąć. Byli na pokładzie rafowskiego transportowca, kiedy nadeszła wiadomość, że Czurajewowie zostali zastrzeleni przy wypływaniu z portu. Z "Operacji eksfiltracji" nici, powiedzieli "kuzyni". Powodowany współczuciem, Martello osobiście zadzwonił z nowiną do Smileya. Był na swój sposób życzliwym facetem, stara szkoła, jak Smiley. Środek nocy i lało jak z cebra.
- Słuchaj, George, nie bierz tego za bardzo do siebie - ostrzegł ciepłym tonem. - Słyszysz mnie? Są ludzie od roboty w terenie i są ludzie od roboty za biurkiem i do nas należy dopilnowanie, żeby ten podział się zachował. W przeciwnym razie wszyscy dostaniemy bzika. Nie możesz sam ich wszystkich powyciągać. To truizm. Pamiętaj o tym.
Peter Guillam, który stał tuż obok Smileya, kiedy ten dostał wiadomość, przysięgał później, że Smiley nie okazał niczego po sobie, a Guillam znał go dobrze. Niemniej jednak dziesięć minut później Smiley wyszedł, niezauważony przez nikogo, a z wieszaka zniknął jego obszerny płaszcz przeciwdeszczowy. Wrócił z nastaniem świtu, przemoknięty do suchej nitki, z płaszczem przewieszonym przez ramię. Przebrawszy się, zasiadł z powrotem za biurkiem, i kiedy Guillam, nieproszony, przydreptał na palcach z herbatą, ku swemu zażenowaniu znalazł przełożonego siedzącego sztywno przed starym tomikiem niemieckiej poezji, z pięściami zaciśniętymi po bokach książki, płaczącego bezgłośnie.
Bland, Kaspar i de Silsky błagali o szansę powrotu do pracy. Wskazali na małego Toby'ego Esterhase'a, Węgra, który przeszedł weryfikację, i żądali takiego samego potraktowania, ale na próżno. Usunięto ich i więcej o nich nie wspomniano. Niesprawiedliwość rodzi niesprawiedliwość. Choć byli skompromitowani, mogli się jeszcze przydać, ale Smiley nie chciał o nich słyszeć; nie wtedy, później też nie, w ogóle nie. W tych dniach Cyrk sięgnął dna. Niejeden - i w Cyrku, i poza nim - był święcie przekonany, że usłyszał ostatnie uderzenie serca angielskich służb specjalnych.
Los nie poskąpił jednak Smileyowi odrobiny pocieszenia. Kilka dni po tej katastrofie pewien agent będący w odwrocie usłyszał w Warszawie, w jasny dzień, sygnał z BBC i poszedł prosto do ambasady brytyjskiej. Dzięki ostrym naciskom Smileya i Lacona, wbrew Martindale'owi, facet jeszcze tego samego wieczoru wyleciał do Londynu w przebraniu kuriera dyplomatycznego. Nie wierząc w jego historyjkę, Smiley przekazał go Cyrkowym inkwizytorom, którzy pozbawieni innych zdobyczy, niemal go rozszarpali, lecz w końcu orzekli, że jest czysty. Zainstalowano go w Australii.
Następnie Smiley, wciąż na początku swego panowania, musiał wydać werdykt w sprawie spalonych ośrodków krajowych Cyrku. Instynkt mówił mu, by zamknąć wszystko: kryjówki, teraz już odkryte, "wylęgarnię" w Sarratt, gdzie tradycyjnie odbywało się szkolenie agentów i nowicjuszy, eksperymentalne audiolaboratoria w Harlow, szkółkę pirotechniczną w Argyll, "akademię morską" u ujścia Helfordu, gdzie niegdysiejsze wilki morskie uprawiały czarną magię małej żeglugi, jakby to były rytuały wymarłej religii, oraz radiotelegraficzną bazę przekaźnikową w Canterbury. Chciał nawet skreślić ośrodek geniuszy matematycznych w Bath, gdzie łamano szyfry.
- Wszystko do śmieci - powiedział Laconowi, wpadłszy do jego biura.
- A co potem? - zapytał Lacon, zaskoczony jego gwałtownością, która od klęski w Soczi rzucała się w oczy.
- Od początku.
- Rozumiem - rzekł Lacon, co oczywiście znaczyło, że nie rozumie. Lacon miał przed sobą zestawienia liczbowe z Ministerstwa Skarbu i właśnie się z nimi zapoznawał.
- "Wylęgarnia" w Sarratt, z powodu, którego niestety nie potrafię odgadnąć, utrzymuje się z budżetu wojska - zauważył z namysłem. - Nie z twojego niewidzialnego funduszu. Ministerstwo Spraw Zagranicznych łoży na Harlow i jestem pewien, że dawno już o tym zapomniało. Argyll jest pod skrzydłami Obrony, która z pewnością nie ma pojęcia o jego istnieniu, poczta płaci za Canterbury, a marynarka za Helford. Bath, co z przyjemnością stwierdzam, też jest finansowane z budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na podstawie osobistego podpisu Martindale'a, dołączonego sześć lat temu, co pewnie wypadło urzędasom z pamięci. Więc jeść nie wołają, mam rację?
- Ale to jałowa ziemia - upierał się Smiley. - Dopóki ich nie zamkniemy, nie zastąpimy ich nowymi. Sarratt zeszło na psy już dawno temu, dni Helford są policzone, Argyll to kupa śmiechu. Jeśli zaś chodzi o matematyków, to praktycznie przez ostatnich pięć lat pracowali na pełen etat dla Karli.
- Mówiąc Karla, masz na myśli centralę w Moskwie?
- Mam na myśli wydział odpowiedzialny za Haydona i pół tuzina innych...
- Wiem, co masz na myśli. Ale uważam, że bezpieczniej jest utrzymać te ośrodki, jeśli się nie sprzeciwiasz. W ten sposób oszczędzimy sobie wycieczek personalnych, a w końcu po to są instytucje, czyż nie? - Lacon stukał rytmicznie ołówkiem w biurko. W końcu podniósł wzrok i przypatrzył się Smileyowi z lekkim zdziwieniem. - No, no, wykosiłbyś wszystko, co, George? Aż boję się pomyśleć, co by się stało, gdybyś zaczął machać kosą po mojej stronie pola. Te ośrodki to pozłacana zastawa, jak się ich pozbędziesz, nigdy ich nie odzyskasz. Później, jeśli chcesz, kiedy już będziesz na fali, możesz je sprzedać i kupić coś lepszego. Ale nie wolno sprzedawać, gdy ceny idą w dół, wiesz przecież. Trzeba zaczekać, żeby opchnąć z zyskiem.
Smiley niechętnie poszedł za jego radą.
Jakby tych wszystkich zmartwień było mało, nadszedł pewien czarny poniedziałek, kiedy to rewident z Ministerstwa Skarbu wykrył poważne nadużycia w zarządzaniu niewidzialnym funduszem w ostatnich pięciu latach, zanim został on zamrożony po "upadku". Smiley był zmuszony urządzić sąd kapturowy. Podczas obrad pewien starszy urzędnik z sekcji finansów, wyciągnięty z emeryckich pieleszy, załamał się i przyznał do zgubnej namiętności do dziewczyny z działu rejestracji, która wodziła go za nos. Targany okropnymi wyrzutami sumienia, staruszek poszedł do domu i powiesił się. Wbrew wszelkim radom Guillama Smiley poszedł na pogrzeb.
Należy jednak zaznaczyć, że po tych fatalnych początkach, po zaledwie kilku tygodniach na urzędzie, George Smiley przeszedł do ofensywy.
Mobilizacja miała po pierwsze wymiar filozoficzny, po drugie teoretyczny, i dopiero po trzecie, dzięki dramatycznemu pojawieniu się zatwardziałego hazardzisty Sama Collinsa, ludzki.
Filozofia była prosta. Zadaniem służby wywiadowczej, obwieścił stanowczo Smiley, nie jest gra w chowanego, lecz dostarczanie informacji swoim klientom. Jeśli ona tego nie robi, klienci zwracają się do bardziej operatywnych sprzedawców lub - co gorsza - rozpoczynają amatorskie działania na własną rękę. A służba schodzi na psy. Nie być widzianym na rynkach Whitehall oznacza nie być potrzebnym, kontynuował. Gorzej: jeśli Cyrk nie będzie produkował, nie będzie miał towaru na handel wymienny z "kuzynami" ani z innymi siostrzanymi służbami, z którymi tradycyjnie dokonywano wymian. Nie ma produkcji, nie ma handlu, a nie handlować oznacza umrzeć.
Amen, odpowiedzieli.
Teoria Smileya - nazwał ją "założeniem" - jak można zdobyć informacje, nie mając do tego środków, była w niespełna dwa miesiące po jego wstąpieniu na urząd tematem nieformalnego zebrania niewielkiego, wewnętrznego kręgu podwładnych, którzy do pewnego stopnia tworzyli grupę jego zauszników. W "bawialni" znalazła się cała piątka: Smiley, jego lokaj Peter Guillam, wielka, zaokrąglona Connie Sachs, czyli Moskiewska Baczność, ciemnooki totumfacki Fawn w czarnych pepegach, obsługujący miedziany samowar i częstujący herbatnikami, i w końcu doktor di Salis, znany jako Szalony Jezuita, pierwszy spec od Chin w Cyrku. Kiedy Bóg skończył tworzyć Connie Sachs, mawiali dowcipnisie, musiał odpocząć, a więc ulepił di Salisa z resztek. Doktor był małą ciemnawą, niechlujną istotką, wyglądającą bardziej na małpkę Connie niż na jej kolegę po fachu, a jego ciało - to prawda! - począwszy od nastroszonych srebrnych włosów, sięgających brudnawego kołnierzyka, a skończywszy na wilgotnych niekształtnych palcach, dziobiących wszystko dokoła jak kurczaki, sprawiało przemożne wrażenie nieudanego tworu. Jeśli Beardsley by go narysował, to owłosionego i na łańcuchu, wyglądającego zza poły ogromnego kaftana Connie. Lecz za to di Salis był wybitnym orientalistą, uczonym, a także kimś w rodzaju bohatera, bo część wojny spędził w Chinach na werbowaniu chętnych do armii Boga i Cyrku, a część w więzieniu w Czangi, za sprawą Japończyków. Oto oni, Wielka Piątka. Z czasem grupa się powiększyła, lecz zaczynać w tym składzie oznaczało znaleźć się w doborowym towarzystwie, a potem, jak powiedział di Salis, wspomimać, że tak się zaczynało; to "jak mieć legitymację członkowską partii komunistycznej z jednocyfrowym numerem".
Najpierw Smiley przedstawił rozmiary zniszczeń, co zabrało trochę czasu, tak jak czas zabiera przejście po splądrowanym mieście czy zapoznanie się z długą listą zlikwidowanych osób. Zajrzał we wszystkie zakamarki Cyrku, ukazując bezlitośnie, w jaki sposób i - nierzadko - kiedy dokładnie Haydon odsłonił ich tajniki swoim moskiewskim pracodawcom. Miał oczywiście nad słuchaczami tę przewagę, że osobiście go przesłuchiwał i że prowadził wcześniej dochodzenie, które zaowocowało zdemaskowaniem. Niemniej to podsumowanie strat stanowiło pewien tour de force w dziedzinie analizy destrukcyjnej.
- Zatem nie miejcie złudzeń - zakończył zwięźle. - Ta służba już nigdy nie będzie taka sama. Może być lepsza, ale nie taka sama.
Amen, powiedzieli ponownie i, przygnębieni, zrobili sobie przerwę dla rozprostowania kości.
Osobliwe, wspominał później Guillam, że wszystkie ważne sprawy w tych pierwszych miesiącach rozgrywały się nocą. "Bawialnia" była długim pomieszczeniem z krokwiami, z wysoko umieszczonym rzędem okien mansardowych, za którymi widać było jedynie pomarańczowe nocne niebo i zagajnik pordzewiałych anten radiowych - relikt wojny - których nikt nie uznał za stosowne usunąć.
"Założenie", zaczął Smiley, kiedy usiedli z powrotem, sprowadza się do tego, że Haydon nie zrobił nic przeciwko Cyrkowi ponad to, co mu kazano, a rozkazy przychodziły tylko od jednego człowieka, Karli.
Według "założenia" Smileya Karla, instruując Haydona, odsłonił luki w wiedzy centrali moskiewskiej, a polecając mu blokować informacje napływające do Cyrku, umniejszać ich znaczenie lub zniekształcać je, lekceważyć albo nawet zupełnie zaprzeczać ich istnieniu, wskazywał tajemnice, których nie chciał ujawnić.
- A więc możemy iść po śladach gumki, prawda, kochanieńki? - mruknęła Connie Sachs, która jak zwykle połapywała się o kwadrans szybciej od innych.
- Zgadza się, to właśnie możemy zrobić. Iść po śladach gumki do wycierania. - Smiley wrócił do wykładu, a Guillam był jeszcze bardziej zdezorientowany niż przed chwilą. Nakreślając dokładnie niszczycielski szlak Haydona, jego marszrutę, jak to nazwał, sporządzając wyczerpującą listę wybieranych przez niego akt, zbierając ponownie, miesiącami, jeśli będzie trzeba, informacje zdobyte w dobrej wierze przez ośrodki Cyrku i porównując je, w każdym szczególe, z informacjami dostarczonymi przez Haydona klientom z Whitehall, natrafią na ślady gumki, jak trafnie wyraziła się Connie, i wtedy będzie można ustalić punkt wyjścia Haydona, a więc i Karli, powiedział Smiley.
Kiedy już odnajdą ślady gumki, otworzą się przed nimi niespodziewane możliwości i Cyrk, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, będzie w stanie przejąć inicjatywę - czy też, jak ujął to Smiley - przejść ze stanu reakcji w stan akcji.
"Założenie", by użyć późniejszych radosnych słów Connie Sachs, oznaczało: "poszukiwanie drugiego cholernego Tutanchamona - George Smiley trzyma zapaloną zapałkę, a my, biedne głupki, machamy łopatami".
Rzecz jasna, nikomu z nich nie śniło się jeszcze, by do operacji włączyć Jerry'ego Westerby'ego.
Następnego dnia ruszyli do bitwy, ogromna Connie Sachs w swoim kącie, opryskliwy di Salis w swoim. Jak powiedział di Salis nosowym, pełnym dezaprobaty tonem, w którym czaiła się dzikość: "Przynajmniej wiemy w końcu, po co tu jesteśmy". Ich ekipy bladych dłubaczy przedzieliły archiwa na dwie części. Connie i jej "bolszojom", jak ich nazywała, przypadła Rosja i satelity. Di Salisowi i jego "żółtkom" - Chiny i Trzeci Świat. To, co się ostało, na przykład raporty źródłowe na temat teoretycznych sojuszników Brytanii, zostało złożone w specjalnej skrzyni do późniejszej oceny. Pracowali, podobnie jak Smiley, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Personel bufetu narzekał, dozorcy grozili, że pójdą do domu, ale stopniowo energia dłubaczy udzieliła się nawet pracownikom pomocniczym, tak że w końcu przestano utyskiwać. Powstała przyjacielska rywalizacja. Pod wpływem Connie chłopcy i dziewczęta z dokumentacji, na których twarzach rzadko gościł uśmiech, nagle nauczyli się podrwiwać z siebie językiem ich wielkich znajomych spoza Cyrku. Zajadli carscy imperialiści pili kawę bez smaku z kłótliwymi nieortodoksyjnymi szowinistycznymi stalinistami i byli z tego dumni. Lecz najgłębsza przemiana zaszła niewątpliwie w di Salisie, który przerywał teraz nocną pracę krótkimi, lecz wyczerpującymi pojedynkami przy stole pingpongowym, gdzie stawał przeciwko każdemu, skacząc dokoła jak lepidopterolog za rzadkimi okazami motyli. Wkrótce praca przyniosła pierwsze owoce, co dodało im sił. W ciągu miesiąca puszczono w ściśle zamknięty obieg trzy raporty, które znalazły uznanie nawet u sceptycznie nastawionych "kuzynów". Miesiąc później opracowanie w twardych okładkach, zatytułowane Raport na temat luk w wiedzy Sowietów o zdolności NATO w zakresie działań morze-powietrze, zyskało wstrzemięźliwe pochwały od dowódców Martella z Langley w Wirginii oraz nagrodę w postaci entuzjastycznego telefonu od niego samego.
- George, mówiłem im! - wrzasnął tak głośno, że telefon zdawał się zbyteczną ekstrawagancją. - Powiedziałem im: "Cyrk się podniesie". Uwierzyli mi? Akurat.
Tymczasem Smiley, wraz z Guillamem dla towarzystwa, to znowu z opiekuńczym Fawnem, odbywał własne, mozolne wędrówki, aż był ledwie żywy ze zmęczenia. Bez rezultatu. Wędrował jednak dalej. Nocą i dniem przemierzał angielskie hrabstwa, przesłuchując dawnych oficerów Cyrku i byłych agentów, będących teraz na zielonej trawce. W Chiswick, siedząc półdupkiem w tanim biurze podróży i rozmawiając szeptem z byłym polskim oficerem kawalerii, który przekładał tam papierki, już myślał, że coś błysnęło, ale niczym fatamorgana, obietnica się rozwiała, gdy tylko się zbliżył. W Sevenoaks, w sklepie z używanym sprzętem elektronicznym, pewien Czech sudecki obudził w nim podobną nadzieję, ale kiedy pognał z Guillamem z powrotem, by szukać potwierdzenia w dokumentach Cyrku, okazało się, że aktorzy nie żyją i nie ostał się nikt, kto mógłby poprowadzić ich dalej tym tropem. Z kolei w prywatnej stadninie w Newmarket, ku ledwo pohamowanej wściekłości Fawna, spotkała go, wciąż goniącego za nie wiadomo czym, zniewaga z ust czerstwego, zawziętego Szkota, protegowanego jednego z jego poprzedników, Alleline'a. Wróciwszy do siebie, Smiley kazał przynieść dokumenty, ale zobaczył tylko, że światełko znowu niknie.
To właśnie był ostatni, niewypowiedziany głośno pewnik "założenia" przedstawionego pokrótce przez Smileya w "bawialni", a mianowicie, że wpadki Haydona nie spowodowało nic nadzwyczajnego. Że koniec końców to nie papierkowa robota, nie żonglowanie raportami, nie utrata kontroli nad niewygodnymi dokumentami doprowadziła do jego upadku, ale panika. Że krach wywołała spontaniczna interwencja Haydona w operację terenową, kiedy to groźba wykrycia jego samego lub być może innego agenta Karli stała się tak wielka, że jego jedyną myślą było wkroczyć bez względu na ryzyko. To prawidłowość i Smiley pragnął, by powtórzyła się i tym razem. Tego dotyczyło pytanie, które zadawali kolejkowiczom - niewyraźnie, jakby mimochodem - Smiley i jego pomocnicy z Grupy Bloomsbury:
"Czy przypominasz sobie, żeby kiedyś podczas twojej służby powstrzymano cię, według ciebie bez powodu, od podążania śladem operacyjnym?".
To właśnie wytworny Sam Collins, o uśmieszku wiejskiego eleganta, w smokingu, z przystrzyżonym wąsikiem i brązowym papierosem, wezwany pewnego dnia na cichą pogawędkę, wypalił:
"Tak, chłopie, jeśli się nad tym zastanowić, to było coś takiego".
Z tła tego pytania i przełomowej odpowiedzi Sama wyłaniała się już krocząca, ogromna postać Connie Sachs, rozpoczynjącej poszukiwania rosyjskiego złota.
Z kolei w tle za nią, jak zawsze, czaiło się zamglone zdjęcie Karli.
- Mam coś - szepnęła Connie do Petera Guillama przez wewnętrzny telefon pewnego późnego wieczoru. - To pewne jak amen w pacierzu.
Nie było to bynajmniej jej pierwsze znalezisko w tych poszukiwaniach, ani nawet piętnaste, ale lisi instynkt podpowiedział jej od razu, że to "strzał w dziesiątkę, kochanieńki, zapamiętaj sobie moje słowa". Zatem Guillam powiedział Smileyowi, a ten zamknął czytane akta w szufladzie, usunął wszystko z biurka i rzekł:
- Dawaj ją.
Connie była olbrzymią, kaleką, przebiegłą kobietą, córką i siostrą wykładowcy uniwersyteckiego, sama kimś w rodzaju nauczyciela akademickiego, znaną starszym graczom jako Matka Rosja. Tradycja głosiła, że Kontrola zwerbował ją przy partyjce brydża, gdy jeszcze była zielona, w noc, kiedy to Neville Chamberlain obiecał "pokój naszym czasom". Gdy Haydon wspiął się na szczyty władzy po plecach swego protektora Alleline'a, jednym z jego pierwszych i najmądrzejszych ruchów było wysłanie Connie na zieloną trawkę. Connie wiedziała bowiem więcej o tajemnicach centrali w Moskwie niż większość żałosnych bydlaków, jak zwykła była ich nazywać, którzy tam działali, a prywatna armia "kretów" i "śpiochów" Karli zawsze cieszyła się jej szczególnym zainteresowaniem. Nie było dawniej ani jednego sowieckiego odstępcy, którego raporty nie przeszłyby przez jej artretyczne ręce, ani jednego zidentyfikowanego łowcy talentów ze stajni Karli, którego śladem by nie podążała, najmniejszego strzępu informacji w ciągu niemal czterdziestu lat trwania na posterunku, który nie zostałby przez nią przyswojony, umieszczony w jej głowie wśród różnych okruchów encyklopedycznej wiedzy po to, by w odpowiedniej chwili go wydobyć. Umysł Connie, powiedział kiedyś Kontrola, jakby w przystępie rozpaczy, jest niczym ogromna koperta. Zwolniona, Matka Rosja pojechała do Oksfordu i do diabła. Kiedy Smiley wezwał ją ponownie, żyła na dwóch butelkach dziennie, a jej jedyną rozrywką była krzyżówka w "Timesie". Ale tej nocy, na swój sposób historycznej nocy, kiedy tak taszczyła swe wielkie kształty korytarzem na piątym piętrze ku gabinetowi Smileya, miała na sobie czysty szary kaftan, namalowane różowe usteczka, które nie różniły się tak bardzo od prawdziwych, i przez cały dzień nie łyknęła nic prócz miętowych kropli nasercowych, których zapach zostawiała teraz za sobą. Biła od niej, jak uznano potem zgodnie, świadomość, że nastał wyjątkowy dzień. Dźwigała ciężką plastikową torbę, bo nie uznawała skóry. W norze na niższym piętrze, gdzie pracowała, jej kundel, ochrzczony Trot, zwerbowany w przypływie tęsknoty za jego zmarłym poprzednikiem, skamlał płaczliwie pod biurkiem ku sporemu rozdrażnieniu kolegi z pokoju, di Salisa, który od czasu do czasu ukradkiem częstował zwierzę kopniakiem lub, jeśli był w lepszym humorze, zadowalał się recytowaniem Connie wszystkich sposobów, w jakie Chińczycy przyrządzają smacznie psie mięso. Za edwardiańskimi mansardowymi oknami, kiedy tak je mijała jedno za drugim, padał rzęsisty późnoletni deszcz, kończący długą posuchę, a ona dostrzegała w tym - jak im później powiedziała - symboliczne, jeśli nie biblijne znaczenie. Krople dudniły o łupkowy dach niczym śrut, rozgniatając suche liście, które na niego spadły. W sekretariacie niewzruszone "matki" robiły swoje, przyzwyczajone do pielgrzymek Connie i wcale im przez to nie bardziej życzliwe.
- Kochanieńkie - mruknęła Connie, machając do nich wielgachną ręką jak królowa. - Co za lojalność, co za lojalność.
Do sali tronowej prowadził jeden stopień w dół - niewtajemniczeni zwykle tracili tam równowagę mimo wyblakłej tabliczki z ostrzeżeniem - i cierpiąca na artretyzm Connie pokonała go mozolnie jak wysoki parkan, podczas gdy Guillam podtrzymał jej ramię. Smiley przypatrywał się jej, dotykając pulchnymi dłońmi biurka, ona zaś z namaszczeniem wyjmowała z torby swoje pomoce: nie oko żaby ani paluszek uduszonego noworodka - jak to ujął Guillam - lecz akta, cały stos, wymięte, z adnotacjami, łupy z jej beznamiętnych studiów nad archiwum centrali moskiewskiej, które aż do jej powrotu z krainy umarłych kilka miesięcy wcześniej pleśniały zapomniane za sprawą Haydona przez okrągłe trzy lata. Kiedy je wyciągała, wygładzając poprzypinane do nich karteczki - listy pozostawione przy ścieżce w harcerskich podchodach - uśmiechała się swoim pełnym uśmiechem - znów słowa Guillama; ciekawość kazała mu porzucić robotę i przyjść, żeby popatrzeć - mrucząc "a tu jesteś, cholero" i "gdzie się zapodziałaś, zarazo"; oczywiście nie miała na myśli ani Smileya, ani Guillama, tylko swoje dokumenty, wyznawała bowiem pogląd, że wszystko jest żywe i krnąbrne, czy to będzie Trot, jej pies, czy krzesło stojące jej na drodze, czy centrala w Moskwie, czy też w końcu sam Karla.
- Wycieczka z przewodnikiem, kochanieńcy - oznajmiła - oto, co miałam. Świetna zabawa. Przypomniała mi się Wielkanoc, kiedy matka zawsze chowała po domu malowane jajka i grała z nami, dziouszkami, w "zimno-ciepło".
Przez następne trzy godziny, podczas których ciemnooki Fawn z uporem przynosił im kawę, kanapki i inne niechciane przekąski, Guillam pocił się, by nadążyć za nagłymi zwrotami i przyśpieszeniami akcji w relacji Connie z jej niecodziennej podróży. Przekazywała Smileyowi akta, jakby to były karty do gry, ciskając je na blat, po czym chwytała je z powrotem powykręcaną dłonią tak szybko, że ledwo miał czas rzucić okiem. Jednocześnie paplała bez przerwy żargonem wytrawnych dłubaczy, który Guillam nazwał "kuglarskim trajkotem do piątej potęgi". Sednem jej odkrycia, o ile dobrze się zorientował, było coś, co nazwała rosyjską "żyłą złota", sowiecka operacja prania brudnych pieniędzy, dzięki której tajne fundusze lądowały na świeżym powietrzu. Trasa nie była jej znana do końca. Dzięki izraelskiemu kontaktowi miała jeden odcinek, dzięki "kuzynom" drugi, dzięki Steve'owi Mackelvore'owi, nieżyjącemu już rezydentowi w Paryżu, trzeci. Z Paryża ślad prowadził na Wschód, przez Banque de l'Indochine. Stosowne dokumenty zostały przekazane londyńskiej placówce Haydona, jak nazywano centrum operacyjne, wraz z poleceniem od uszczuplonej sekcji sowietologicznej Cyrku, by je udostępnić i by sprawą zajęli się wywiadowcy w terenie. Ale londyńska placówka ukręciła jej łeb.
"Potencjalnie szkodliwe dla pewnej zagrożonej placówki", napisał jeden z popleczników Haydona, i tyle.
- Szuflada i szlus - mruknął Smiley, z roztargnieniem przerzucając kartki. - Zawsze mamy dobry powód, by nic nie robić.
Na zewnątrz świat spał.
- Właśnie tak, kochanieńki - rzekła Connie bardzo cicho, jakby się bała, że go obudzi.
Akta i skoroszyty porozkładane były teraz po całej sali tronowej. Wyglądało to raczej na scenę klęski niż zwycięstwa. Przez kolejną godzinę Guillam i Connie patrzyli w milczeniu w przestrzeń lub na zdjęcie Karli, podczas gdy Smiley skrupulatnie wracał po śladach Connie, z napiętą twarzą nachyloną ku lampie - grube rysy uwydatnione w snopie światła - z dłońmi brykającymi po papierach, czasem z prawą podniesioną do ust dla poślinienia palca. Raz czy dwa wpatrzył się w Connie i otworzył usta, by coś powiedzieć, ale ona miała gotową odpowiedź, zanim zdążył zadać pytanie. W myśli kroczyła ścieżką u jego boku. Kiedy skończył, oparł się wygodnie, zdjął okulary i przetarł je, tym razem nie grubym końcem krawata, ale nową jedwabną chusteczką wyjętą z górnej kieszonki czarnej marynarki; spędził większość dnia zamknięty na cztery spusty z "kuzynami", łatając dziury w murze. Connie rzuciła Guillamowi promienne spojrzenie i wypowiedziała z namaszczeniem swoje ulubione zdanie na temat szefa, które omal nie doprowadzało Guillama do szału:
- Czyż on nie jest boski?
W słowach Smileya zabrzmiała nuta lekkiego sprzeciwu.
- Connie, ale formalne polecenie, by zbadać sprawę, wyszło jednak z londyńskiej placówki do naszej rezydentury w Vientiane.
- Ale to się stało, jeszcze zanim Bill zdążył położyć na tym łapę - odrzekła. Jakby nie słysząc, Smiley wziął otwarty skoroszyt, żeby podać go jej nad biurkiem.
- A Vientiane wysłało długą odpowiedź. Wszystko jest wykazane w indeksie. Lecz my jej nie mamy, więc gdzie ona jest?
Connie nie pofatygowała się, by wziąć z jego rąk skoroszyt.
- Wylądowała w niszczarce, kochanieńki - odpowiedziała, rzucając Guillamowi kolejne promienne spojrzenie.
Nastał ranek. Guillam przeszedł po budynku i pogasił światła. Tego samego popołudnia wpadł do cichego domu gry na West Endzie, gdzie Sam Collins, przedstawiciel profesji, dla której noc nigdy się nie kończy, znosił trudy emerytury. Guillam spodziewał się, że znajdzie go przy zwykłej popołudniowej partyjce chemin-de-fer, był więc zdumiony, kiedy wprowadzono go do rozległego pokoju z napisem "Kierownictwo". Collins królował za wspaniałym biurkiem, uśmiechając się szeroko w chmurze dymu z nieodłącznego brązowego papierosa.
- Co ty, cholera, wyrabiasz, Sam? - spytał Guillam teatralnym szeptem, udając, że nerwowo rozgląda się dokoła. - Wykończyłeś mafię czy co? Jezu!
- Och, to nie było konieczne - odrzekł Sam z łobuzerskim uśmiechem. Włożywszy płaszcz na smoking, wyprowadził Guillama, nie mogącego się w cichości nadziwić jego nagłemu powodzeniu, ciemnym korytarzem przez drzwi przeciwpożarowe na ulicę, gdzie obydwaj wskoczyli do czekającej taksówki.
"Frontowcy" mają różne sposoby, by maskować uczucia. Sam się uśmiechał, wolniej palił, a jego oczy, spoczywając na rozmówcy, wypełniały się ciemnym blaskiem osobliwej pobłażliwości. Był specem od Azji, starym cyrkowcem z długą przeszłością w terenie: pięcioma latami na Borneo, sześcioma w Birmie, kolejnymi pięcioma w północnej Tajlandii i na ostatku trzema w stolicy Laosu Vientiane, wszędzie pod przykrywką handlarza. Tajowie wzięli go dwa razy w obroty, ale puścili, z Sarawaku wyjechał w skarpetkach. Kiedy był w nastroju, opowiadał o wędrówkach wśród górskich plemion północnej Birmy i szczepów Szanów, ale w nastroju był rzadko. Sam należał do ofiar Haydona. Przed pięciu laty nadszedł moment, kiedy dzięki ospałemu kunsztowi stał się poważnym kandydatem do awansu na piąte piętro - nawet, jak twierdzili niektórzy, na stanowisko szefa - lecz Haydon poparł komicznego Percy'ego Alleline'a. Tak więc zamiast wylądować na szczycie, gnił w terenie, aż w końcu Haydon znalazł sposób, by go odwołać i zdymisjonować za nagłośnione wykroczenia.
- Sam, dzięki, że wpadłeś! Klapnij sobie - powiedział Smiley, okazując nagłą jowialność. - Chcesz się czegoś napić? Jaka to pora twojego dnia? Może powinniśmy ci zaproponować śniadanie?
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[3] Aluzja do kręgu artystyczno-intelektualnego z początku XX wieku, którego członkowie spotykali się między innymi w domu Virginii Woolf w Bloomsbury (przyp. tłum.).
Tego popołudnia, kiedy przyszedł telegram, Jerry Westerby stukał w swoją maszynę do pisania na ocienionej części balkonu walącej się farmy, z workiem pełnym starych książek rzuconym u stóp. Kopertę przyniosła na czarno odziana kierowniczka poczty, oschła i sroga chłopka, która wskutek zmierzchu tradycyjnych urzędów została naczelnikiem zapadłej toskańskiej wioski. Zwykle zachowywała przebiegłość, lecz tego dnia dramatyzm wypadków wziął nad nią górę i pomimo upału mknęła spalonym traktem ile sił w nogach. W księdze sprawozdań wpisała potem godzinę sześć po piątej jako historyczną chwilę doręczenia telegramu, co było kłamstwem, ale świadczyło o jej pedanterii. Tak naprawdę była wtedy punkt piąta. Koścista dziewczyna Westerby'ego, nazywana w wiosce sierotą, waliła tłuczkiem w oporny kawałek koziego mięsa, gwałtownie, tak jak obchodziła się ze wszystkim. Bystre oko kierowniczki dostrzegło ją w otwartym oknie ze sporej odległości: łokcie wypchnięte na wszystkie strony, górne zęby wpite w dolną wargę, bez wątpienia była wściekła jak zwykle.
- Dziwka - pomyślała kierowniczka z pasją. - Masz teraz to, na co czekałaś!
Z radia dudnił Verdi: sierota słuchała tylko muzyki klasycznej, o czym przekonała się cała wioska, kiedy wywłoka zrobiła scenę w gospodzie tego wieczoru, gdy kowal chciał wybrać z szafy grającej muzykę rockową. Rzuciła w niego kuflem. Co za hałas - Verdi, maszyna do pisania i walenie w mięso naraz - nawet Włochowi by przeszkadzał.
Jerry przysiadł na drewnianej podłodze niczym szarańcza, przypomniała sobie później - może miał poduszkę - wykorzystując torbę na książki jako podnóżek. Siedział w rozkroku, pisząc między kolanami. Dokoła siebie porozkładał kartki popstrzonego przez muchy rękopisu, przygniecione kamieniami na wypadek powiewów piekącego wiatru, będących utrapieniem na jego spalonym wzgórzu, oraz, pod ręką, postawił plecioną flaszkę miejscowego czerwonego wina, bez wątpienia z myślą o chwilach - znanych nawet największym artystom - kiedy to zawodzi naturalne natchnienie. Pisał na sposób orli, powiedziała im później wśród pochwalnego śmiechu, długie krążenie w powietrzu i nagłe runięcie w dół. Miał na sobie to, co nosił zawsze, bez względu na to, czy przechadzał się bez celu po wygonie dla koni, czy pielęgnował ów tuzin bezużytecznych drzewek oliwnych, które wtrynił mu ten oszust Franco, czy sunął z sierotą po zakupy do wioski, czy też siedział w gospodzie nad jednym głębszym, zanim wyruszył na długą wspinaczkę do domu: buty z kozłowej skóry, których sierota ani razu nie wypastowała i stąd świeciły się matowo na czubkach, skarpety do kostki, których nigdy nie uprała, brudną koszulę, kiedyś białą, i szare krótkie spodenki, które wyglądały, jakby je dopadły złe psy, i które porządna kobieta dawno by połatała. Powitał ją znanym już dobrze bełkotliwym potokiem słów, nieśmiałych i radosnych, których nie rozumiała za dobrze, tylko piąte przez dziesiąte, jak nadawane wiadomości, ale które potrafiła powtórzyć poprzez czarne szpary między zniszczonymi zębami ze zdumiewającymi przebłyskami dokładności.
- Mama Stefano, ho, ho, super! Widzę stan wrzenia. Proszę, kobitko, umocz dziób - wykrzyknął, schodząc z ceglanych stopni, ze szklanką wina dla niej, uśmiechnięty jak uczniak; tak go we wsi nazywano: uczniak, telegram dla uczniaka, pilne, z Londynu! W ciągu dziewięciu miesięcy przyszło nie więcej niż sterta tanich książek i co tydzień kilka słów nabazgranych przez jego dziecko, aż tu nagle jak grom z jasnego nieba ten mrożący krew w żyłach telegram, krótki jak polecenie, ale z góry zapłacone pięćdziesiąt słów odpowiedzi. Wyobraźcie sobie, co za koszt! Pięćdziesiąt słów! To przecież oczywiste, że wszyscy razem powinni spróbować go odczytać.
Najpierw zakrztusili się przy słowie "wielmożny". "Wielmożny pan Gerald Westerby". Dlaczego? Piekarz, który był jeńcem wojennym w Birmingham, wyjął postrzępiony słownik: "tytuł wysoko postawionej osoby, członka szlacheckiego rodu". Oczywiście. Se?ora Sanders, mieszkająca po drugiej stronie doliny, stwierdziła kiedyś, że w żyłach uczniaka płynie szlachecka krew. Drugi syn barona prasowego, powiedziała. "Lord" Westerby, właściciel gazety, nie żyje. Najpierw umarła gazeta, a potem on - oto cała se?ora Sanders, dowcipna istota - tak sobie opowiadali ten żart. Następnie "z żalem", ale to było łatwe. Tak samo "radzimy". Kierowniczka z zadowoleniem odkryła, ileż to dobrej łaciny wbrew wszelkim oczekiwaniom zasymilował angielski pomimo swojej dekadencji. Słowo "opiekun" okazało się trudniejsze i zawiodło ich do "protektora", a to z kolei oczywiście wywołało wśród mężczyzn niewybredne żarty, którym kierowniczka natychmiast gniewnie położyła kres. W końcu, krok po kroku, kod został złamany, wiadomość odczytana. Uczniak miał opiekuna, to znaczy zastępczego ojca. Ten opiekun leżał śmiertelnie chory w szpitalu i żądał zobaczenia się z chłopcem, zanim umrze. Nie chciał nikogo innego, tylko wielmożnego Westerby'ego, nikogo innego. Szybko uzupełnili cały obraz: łkająca rodzina zebrała się wokół łoża, na pierwszym planie żona w czarnej rozpaczy, dystyngowani księża udzielający ostatnich sakramentów, kosztowności zabezpieczone i wszędzie, w całym domu, w korytarzach, w kuchniach, to samo szeptane słowo: Westerby - gdzie jest wielmożny Westerby?
Zostało już tylko objaśnić podpisy pod telegramem. Były trzy, opatrzone wyrażeniem "szczerze oddany radca prawny", co wywołało nową serię sprośnych skojarzeń, aż nagle znaleziono w słowniku słowo "notariusz" i twarze natychmiast spoważniały. Santa Maria! Jeśli zaangażowanych jest w to aż trzech notariuszy, to musi chodzić o wielkie sumy. I skoro wszyscy trzej nie omieszkali się podpisać, a na dodatek zapłacili z góry za pięćdziesiąt słów odpowiedzi, to nie chodziło o wielkie, ale o ogromne pieniądze. Całe wagony pieniędzy! Góry! Nic dziwnego, że sierota tak się do niego przyssała, dziwka! Nagle wszyscy gorąco zapragnęli udać się z wiadomością na wzgórze. Guido zajechałby swoją lambrettą aż po zbiorniki z wodą. Mario potrafił pomykać jak zając, a Manuela, córka sklepikarza, miała łzawe oko, przystoił jej cień żałoby. Odrzuciwszy wszystkich ochotników i przyłożywszy Mariowi kuksańca za nachalność, kierowniczka zamknęła kasę i zostawiła pocztę-sklep pod opieką swego niedorozwiniętego syna, choć czekało ją dwadzieścia minut wędrówki w spiekocie oraz - jeśli ten ognisty wiatr tam wieje - usta pełne czerwonego pyłu za cały jej trud.
Z początku mieli Jerry'ego za nic. Żałowała tego teraz, kiedy tak mozolnie posuwała się przez gaje oliwne, lecz ten błąd był uzasadniony. Po pierwsze, Jerry zjawił się zimą, kiedy przyjeżdżają kupcy nie śmierdzący groszem. Zjawił się sam, ale miał niewyraźną minę kogoś, kto pozbył się sporego balastu, takiego jak dzieci, żona, matka: kierowniczka dobrze poznała mężczyzn w swoim czasie; widziała ten zraniony uśmiech zbyt często, by nie dostrzec go na twarzy Jerry'ego: "Jestem żonaty, ale wolny", mówił, a żadne z tych dwóch twierdzeń nie było prawdziwe. Po drugie, sprowadził go wyperfumowany angielski major, znana tu dobrze świnia, który prowadził agencję nieruchomości wyzyskującą chłopów: kolejny powód, by myśleć o uczniaku z pogardą. Wyperfumowany major pokazał mu kilka atrakcyjnych gospodarstw, także to, którym kierowniczka sama była zainteresowana, przypadkowo najładniejszym, ale uczniak i tak osiedlił się w ruderze pederasty Franco, tkwiącej na szczycie tego zapomnianego wzgórza, na które teraz się pięła: nazywali je Diabelskim Wzgórzem. Diabeł tu przychodzi, kiedy w piekle mu za zimno, mawiali. Ze wszystkich ludzi uczniak wybrał akurat gładkiego Franco! Tego, który wodą rozcieńcza mleko i wino, który spędza niedziele na umizgach do różnych gogusiów na rynku miasteczka! Wyśrubowana cena wynosiła pół miliona lirów, z czego jedną trzecią usiłował ukraść wyperfumowany major, po prostu za to, że była umowa.
- Każdy wie, dlaczego major faworyzuje gładkiego Franco - syknęła tamtego dnia przez zaślinione zęby, a wśród jej zwolenników rozległo się znaczące hm, hm, aż w końcu kazała im się zamknąć.
Jako że była bystrą kobietą, coś w Jerrym wzbudzało jej nieufność. Surowość pokryta wielkodusznością. Widziała to wcześniej u Anglików, ale uczniak stanowił klasę samą w sobie i nie ufała mu, z powodu jego niespokojnego uroku uważała go za niebezpiecznego człowieka. Dziś oczywiście należało złożyć te wczesne nieporozumienia na karb ekscentryczności angielskiego pisarza, lecz wtedy kierowniczka nie okazała takiej wyrozumiałości.
- Zaczekajcie do lata - warknęła ostrzegawczo do swoich klientów, jak tylko Jerry, powłóczywszy nogami, opuścił jej sklep po pierwszej wizycie: makaron, chleb, środek na muchy. - Jak przyjdzie lato, przekona się, co kupił, kretyn jeden. Jak przyjdzie lato, myszy gładkiego Franco rozpełzną się po sypialni, pchły Franco zjedzą go żywcem, pedalskie szerszenie Franco będą go ścigać po ogrodzie, a ten diabelski, palący wiatr spali mu małego na popiół. Skończy mu się woda, będzie się musiał wypróżniać w polu, jak zwierzę. A jak znowu przyjdzie zima, wyperfumowany major będzie mógł sprzedać dom kolejnemu naiwniakowi, ze stratą dla wszystkich prócz siebie.
Przez pierwsze miesiące uczniak nie pokazywał po sobie, że jest jakąś znakomitością. Nigdy się nie targował, nigdy nie słyszał o obniżkach; kierowniczka nie miała żadnej przyjemności z oszwabiania go. A kiedy pewnego dnia w sklepie zapędziła go w rozmowie poza tych kilka nędznych zwrotów wypowiadanych łamanym włoskim, nie podniósł głosu, nie wrzasnął na nią jak prawdziwy Anglik, tylko wzruszył pogodnie ramionami i sam wziął to, o co mu chodziło. Pisarz, powiedzieli. No to co, a kto nim nie jest? Doskonale, kupował u niej arkusze papieru kancelaryjnego. Zamówiła więcej, kupił. Brawo. Miał książki: z wyglądu zbutwiała kolekcja, którą nosił w szarym worku jutowym, jakie mają kłusownicy. Zanim zjawiła się sierota, widywali go, jak kroczy w jakieś zacisze z workiem przewieszonym przez ramię, żeby poczytać. Guido natknął się kiedyś na niego w lesie contessy, usadowionego na balu drzewa jak ropucha i wertującego je jedna po drugiej, jakby wszystkie były jedną książką, a on zgubił ostatnie zdanie. Miał również maszynę do pisania, noszoną w utytłanym pokrowcu pstrokato oklejonym wytartymi hotelowymi nalepkami: brawo jeszcze raz. Tak jak pierwszy lepszy długowłosy brudas, który kupuje sobie puszkę farby i uważa się za artystę: taki z niego pisarz. Wiosną zjawiła się sierota i jej kierowniczka też nienawidziła.
Ruda, a to już w połowie kurwa. Piersi nawet nie tyle, żeby wykarmić królika, i co najgorsze, mocna głowa do liczb. Mówili, że znalazł ją w miasteczku, no więc jasne, że to dziwka. Od pierwszego dnia nie spuszczała go z oka. Przylgnęła do niego jak dziecko. Jadła z nim i się dąsała, piła z nim i się dąsała, robiła z nim zakupy, używając złodziejskiego języka, aż w końcu ich widok opatrzył się tutejszym mieszkańcom: angielski olbrzym i ten jego nadąsany strzęp dziwki, oboje wlokący się razem ze wzgórza z koszykiem z sitowia, on w postrzępionych spodenkach, szczerząc się do wszystkich, ona nachmurzona, w tym swoim dziwkarskim worku pokutniczym, nie mająca nic pod spodem, tak że choć była wstrętna jak skorpion, mężczyźni oglądali się za nią, żeby zobaczyć drgające pod materiałem pośladki. Szła, wpiwszy się wszystkimi palcami w jego ramię, i puszczała go tylko w chwili, gdy przychodziło jej płacić - marnie - z portfela, który teraz znajdował się w jej pieczy. Kiedy spotykali znajomą twarz, on pozdrawiał przechodnia za oboje, wznosząc potężne ramię jak faszysta. Boże, miej w opiece mężczyznę, który ośmielił się zagaić ją śmielszym słowem albo rzucić z podziwem fiu! fiu!, podczas tych rzadkich wypadków, kiedy była sama: odwracała wtedy ku niemu twarz i spluwała jak uliczna zdzira, a jej oczy płonęły jak u diabła.
- I wiemy, dlaczego! - wykrzyknęła kierowniczka donośnym głosem, kiedy wciąż wspominając, weszła na zdradziecką grań. Sierota ma apetyt na jego spadek. W przeciwnym razie dlaczego dziwka byłaby komuś wierna?
To wizyta se?ory Sanders w sklepie spowodowała, że Mama Stefano gruntownie zrewidowała swą opinię o uczniaku i motywach kierujących sierotą. Sanders była zamożną kobietą, hodowała konie dalej w dolinie, gdzie mieszkała z przyjaciółką noszącą krótko przystrzyżone włosy i paski z kółek w spodniach, znaną jako stara-malutka. Ich konie wszędzie zdobywały nagrody. Sanders była bystra, inteligentna i oszczędna na sposób, jaki cenią Włosi, znała wszystkich zramolałych Anglików rozsianych po tutejszej okolicy, których warto było znać. Wpadła niby po to, żeby kupić szynkę, musiało to być z miesiąc temu, ale tak naprawdę szukała uczniaka. "Czy to prawda? - spytała. - Se?or Gerald Westerby mieszka tu we wsi? Potężny mężczyzna, włosy pieprz i sól, atletycznie zbudowany, energiczny, arystokrata, nieśmiały?" Jej ojciec, generał, znał jego rodzinę w Anglii, rzekła; przez pewien czas mieszkali po sąsiedzku na wsi, ojciec uczniaka i jej. Pani Sanders nosiła się z zamiarem złożenia mu wizyty: czy uczniak mieszka sam? Kierowniczka mruknęła coś o sierocie, ale Sanders to nie zraziło.
- Och, Westerby'owie zawsze byli kobieciarzami - powiedziała ze śmiechem i odwróciła się do wyjścia.
Kierowniczka oniemiała. Zatrzymała Angielkę, po czym zasypała ją pytaniami.
Ale kim on jest? Co robił w młodości? Był dziennikarzem, odrzekła Sanders i opowiedziała o rodzinie wszystko, co wiedziała: ojciec - postać bardzo malownicza, jasnowłosy jak syn, hodował konie, spotkała go ponownie tuż przed jego śmiercią i nadal był pełen wigoru. Tak jak syn, nigdy nie usiedział w jednym miejscu: kobiety i domy, cały czas je zmieniał, zawsze wrzeszczał na kogoś, jeśli nie na syna, to na kogoś po drugiej stronie ulicy. Kierowniczka naciskała dalej. Ale sam z siebie, czy sam z siebie uczniak jest kimś wyjątkowym? No cóż, pracował, rzecz jasna, dla pewnych wyjątkowych gazet, odrzekła Sanders, uśmiechając się tajemniczo.
- Anglicy z reguły niezbyt cenią dziennikarzy - wyjaśniła ze swoim klasycznym, rzymskim akcentem.
Ale kierowniczka koniecznie chciała wiedzieć więcej, o wiele więcej. Jego pisanina, jego książka, o czym to jest? Tak długo! I tyle zmarnowanego papieru! Pełne kosze, powiedział jej o tym kiedyś śmieciarz - bo nikt przy zdrowych zmysłach nie paliłby tam ognia latem. Beth Sanders rozumiała ożywienie samotnych ludzi i wiedziała, że na pustkowiu ich inteligencja musi się skupiać na drobnych sprawach. Tak więc postanowiła pójść kierowniczce na rękę. No cóż, rzekła, podchodząc z powrotem do lady i kładąc na nią swe sprawunki, ustawicznie podróżował, dziś, rzecz jasna, wszyscy dziennikarze podróżują, śniadanie w Londynie, obiad w Rzymie, kolacja w Delhi, ale se?or Westerby był wyjątkiem nawet wśród dziennikarzy. Może to zatem książka podróżnicza, zaryzykowała.
- Ale po co podróżował? - nie dawała za wygraną kierowniczka, dla której każda podróż ma swój cel. - Po co?
- Żeby zobaczyć oblicza wojny, odpowiedziała cierpliwie Sanders: wojny, epidemie i głód.
- Cóż innego robi w naszych czasach dziennikarz, jeśli nie pisze o nieszczęściach? - spytała.
Kierowniczka pokiwała ze zrozumieniem głową, skupiając wszystkie myśli na tej rewelacji: syn lorda-koniarza, który wrzeszczał, szalony podróżnik, pisujący dla wyjątkowych gazet! A czy był jakiś kraj, spytała, jakiś zakątek świata, w którym się specjalizował? Myślę, że przeważnie przebywał na Wschodzie, odpowiedziała po chwili namysłu Sanders. Bywał wszędzie, ale są tacy Anglicy, dla których domem jest Wschód. Bez wątpienia to dlatego przyjechał do Włoch. Niektórzy mężczyźni kapcanieją z braku słońca.
I niektóre kobiety też, pisnęła kierowniczka i obie serdecznie się uśmiały.
Och, ten Wschód, dodała, przechylając teatralnie głowę - wojna za wojną, dlaczego papież tego nie powstrzyma? Podczas gdy dalej podążała tym tropem, Sanders coś się najwyraźniej przypomniało. Uśmiechnęła się lekko, po chwili szerzej. Uśmiech wygnańca, przyszło do głowy kierowniczce, kiedy tak na nią patrzyła: wygląda jak żeglarz wspominający morze.
- Miał w zwyczaju taszczyć ze sobą worek pełen książek - odezwała się Sanders. - Mawialiśmy, że kradł je z rezydencji różnych arystokratów.
- Ma go i teraz! - wykrzyknęła kierowniczka i opowiedziała, jak Guido napatoczył się w lesie contessy na czytającego uczniaka.
Sanders zebrało się na wspominki.
- O ile wiem, chciał zostać powieściopisarzem - powiedziała. - Pamiętam, co mówił o tym jego ojciec. Był straszliwie wściekły, wydzierał się na cały dom.
- Uczniak? Uczniak był wściekły? - wykrzyknęła Mama Stefano z najwyższym niedowierzaniem.
- Nie, nie, ojciec. - zaśmiała się gromko Sanders. W angielskiej drabinie społecznej, wyjaśniła, powieściopisarze stoją nawet niżej od dziennikarzy. - Czy wciąż maluje?
- Maluje? To on jest też malarzem?
Próbował swych sił, odrzekła Sanders, ale ojciec i tego mu zabronił. Malarze są w Anglii najniższymi stworzeniami ze wszystkich, dodała, znów parskając: toleruje się jedynie wziętych.
Wkrótce po tych rewelacjach o uczniaku kowal - ten sam, w którego sierota cisnęła kuflem - doniósł, że widział Jerry'ego i dziewczynę w stadninie Sanders, dwa razy w jednym tygodniu, a potem trzy razy, i nawet tam jedli. I że uczniak ma dryg do koni, obchodzi się z nimi z naturalną swobodą, nawet z narowistymi. Sierota nie brała w tym udziału, dodał. Siedziała w cieniu ze starą-malutką: albo czytała coś z worka, albo obserwowała go zazdrosnymi, nieruchomymi oczyma, czekając - jak wszyscy dobrze wiedzieli - aż umrze opiekun. I dziś ten telegram!
Jerry zobaczył Mamę Stefano z daleka. Miał instynkt, pewna część jego świadomości nigdy nie przestawała czuwać: czarna postać kuśtykająca niestrudzenie niczym kulawy żuk, to w cieniu stojących rzędem cedrów, to w słońcu na zakurzonej ścieżce, w górę wyschniętego kanału przy gajach oliwnych gładkiego Franco, do ich własnego, jak to nazywał, kawałka Włoch, wszystkiego dwieście metrów kwadratowych, jednak wystarczająco dużo, by w chłodne wieczory, kiedy przychodziła im ochota na odrobinę ruchu, uderzyć przywiązaną do palika piłkę tenisową. Niemal od razu spostrzegł niebieską kopertę, którą machała, i doszło go nawet jej utyskiwanie, rozbrzmiewające fałszywie wśród odgłosów doliny: warkotu lambretty i pił taśmowych. Pierwsze, co zrobił, bez przerywania pisania, to rzucił ukradkowe spojrzenie na dom, by się upewnić, czy dziewczyna zamknęła okno w kuchni przed upałem i owadami. Po czym, tak jak to później opisała kierowniczka, zszedł szybko ku niej po stopniach, ze szklanką w dłoni, by wyjść jej naprzeciw, zanim podejdzie zbyt blisko.
Przeczytał telegram powoli, jeden raz, nachyliwszy się, by rzucić cień na kartkę. Jego twarz, obserwowana przez kierowniczkę, sposępniała, stała się zamknięta. Położył jej na ramieniu potężną, miękką dłoń.
- La sera - wydukał ochrypłym głosem, prowadząc ją ścieżką z powrotem. Chciał powiedzieć, że wyśle odpowiedź jeszcze tego wieczoru. - Molto grazie, Mama. Super, wielkie dzięki. Doskonale.
Kiedy się rozstawali, ona wciąż świergotała jak najęta, proponując mu wszelką pomoc pod słońcem: taksówki, tragarzy, telefony na lotnisko, a Jerry klepał się bezwiednie po kieszeniach spodenek w poszukiwaniu drobnych albo grubych: najwyraźniej zapomniał na moment, że to dziewczyna trzyma forsę.
Uczniak przyjął wiadomość z godnością, doniosła wsi kierowniczka. Z klasą, do tego stopnia, że odprowadził ją kawałek drogi; tak mężnie, że tylko kobieta światowa - i tylko taka, która zna angielski - potrafiłaby dostrzec maskowany ból, tak wielki, że zapomniał dać jej napiwek. Albo może już opanowało go niesłychane skąpstwo, typowe dla bogaczy?
- A jak się zachowała sierota? - spytali. - Nie łkała, nie wzywała imienia Dziewicy, udając, że dzieli z nim jego ból?
- On jeszcze jej o tym nie powiedział - wyszeptała kierowniczka, przypominając sobie w zadumie przelotny profil dziewczyny okładającej mięso. - Musi dopiero rozważyć, co z nią.
Wieś się uspokoiła, oczekując wieczoru, a Jerry usiadł w polu pełnym szerszeni, wpatrując się w morze i okręcając na pasku worek z książkami, do końca, aż zaczynał się sam odkręcać.
Najpierw była dolina, a nad nią wznosiło się w półkolu pięć wzgórz, nad wzgórzami zaś rozciągało się morze, które o tej porze dnia było tylko brązową plamą na niebie. Pole szerszeni, na którym siedział, było długą, obramowaną kamieniami terasą ze zniszczoną stodołą, która podczas pikników i opalania służyła im za schronienie. Dostrzegli ją dopiero wtedy, gdy w jednej ze ścian zagnieździły się szerszenie. Sierota spostrzegła je podczas rozwieszania prania i pobiegła do Jerry'ego, by mu o tym powiedzieć, a on bez namysłu chwycił wiadro zaprawy z domu gładkiego Franco i wypełnił nią wszystkie wejścia do gniazda. Potem ją zawołał, żeby podziwiała jego robotę: mój mężczyzna, jak on mnie chroni. Widział ją wyraźnie we wspomnieniu: stała skulona u jego boku, drżała, wpatrzona w nowy cement i wsłuchana w odgłosy oszalałych wewnątrz szerszeni. "Jezu, Jezu", szeptała, zbyt przestraszona, by się ruszyć.
Może na mnie zaczeka, pomyślał.
Przypomniał sobie dzień, kiedy ją spotkał. Wspominał to wydarzenie często, bo jeśli chodzi o kobiety, to brakowało mu fartu, więc gdy już go miał, lubił, jak sam mawiał, smakować go na języku. Czwartek. Jak zwykle podjechał autostopem do miasteczka, żeby zrobić maleńkie zakupy, a może żeby zobaczyć parę nowych twarzy i na chwilę odpocząć od pisania albo wyrwać się na moment z wrzaskliwej monotonii pustego krajobrazu, który coraz częściej był dla niego jak więzienie, i to z osobną celą, lub być może, niewykluczone, chciał poderwać jakąś babkę, co mu się czasami zdarzało, gdy kręcił się po barze hotelowym. Siedział zaczytany na rynku - karafka, talerz szynki, oliwki - i nagle uświadomił sobie obecność chudego, smukłego dzieciaka - rude włosy, posępna buzia, brązowa sukienczyna podobna do mniszego habitu i torba zrobiona z wykładziny dywanowej.
Wygląda nago bez gitary, pomyślał.
Przypominała mu mgliście jego córkę Cat, to zdrobnienie od Catherine, ale tylko mgliście, bo nie widział małej od dziesięciu lat, to znaczy od czasu, kiedy rozleciało się jego pierwsze małżeństwo. Dlaczego właściwie jej nie widywał, nie potrafił teraz dokładnie powiedzieć. W pierwszym szoku po rozstaniu błędne poczucie rycerskości kazało mu myśleć, że dla Cat będzie lepiej, jeśli o nim zapomni. "Musi mnie wyrzucić z myśli. Jej serce powinno być tam, gdzie jej dom". Kiedy jej matka powtórnie wyszła za mąż, polityka wyrzeczeń stała się jeszcze bardziej wskazana. Ale czasami tęsknił za nią okropnie i to prawdopodobnie dlatego zwrócił na dziewczynę więcej niż przelotną uwagę. Czy Cat też tak łazi, samotna, najeżona ze zmęczenia? Czy wciąż ma piegi i szczękę jak kamyczek? Później dziewczyna powiedziała mu, że jest na gigancie. Dostała pracę guwernantki u jakiejś zamożnej rodziny we Florencji. Matka była zbyt zajęta kochankami, by zaprzątać sobie głowę dziećmi, za to mąż miał mnóstwo czasu - dla guwernantki. Złapała więc całą forsę, jaką udało się jej znaleźć, i dała dyla, i oto jest: bez rzeczy, z policją na karku i z ostatnim wymiętym banknotem na solidny obiad przed zatraceniem.
Na rynku nie było tego dnia na kim zawiesić oko - właściwie nigdy nie było - i zanim mała usiadła, zdążyli się do niej przystawić niemal wszyscy sprawni fizycznie faceci w miasteczku, począwszy od kelnerów, mruczących "piękna panienka" i jeszcze inne, znacznie bardziej grubiańskie słowa, których sens umykał Jerry'emu, ale które wzbudzały szyderczy śmiech dokoła. Nagle jeden z nich spróbował uszczypnąć dziewczynę w pierś, na co Jerry podniósł się i podszedł do jej stolika. Nie był typem bohatera, wręcz przeciwnie w swoim skrytym mniemaniu, ale mnóstwo myśli kłębiło mu się w głowie, i przecież to równie dobrze mogłaby być Cat, przyciśnięta do muru. Zatem: gniew. Jedną ręką pacnął więc w ramię małego kelnera, przystawiającego się do dziewczyny, a drugą większego, który przyklaskiwał tym aktom męstwa, i wyjaśnił im, kiepskim włoskim, ale w rozsądny sposób, że powinni przestać się naprzykrzać i dać pięknej panience zjeść w spokoju obiad. W przeciwnym razie złamie im te ich małe wytłuszczone karki. Nie można powiedzieć, żeby po tych słowach zrobiła się szampańska atmosfera, mały najwyraźniej miał nawet ochotę do bójki, bo jego rękę uparcie ciągnęło do tylnej kieszeni spodni, pod połę marynarki, ale przyjrzawszy się dobrze Jerry'emu, rozmyślił się. Jerry rzucił na stół zapłatę, wziął torbę dziewczyny, wrócił do stolika po swój worek i poprowadził małą przez plac do Apolla, niemal unosząc ją nad ziemią.
- Jesteś Anglikiem? - spytała po drodze.
- Wiejscy amanci - prychnął wściekły i wtedy zobaczył po raz pierwszy, jak się uśmiecha. Był to uśmiech, na który warto było pracować: jej koścista drobna twarz pojaśniała jak buzia ulicznika pod warstwą brudu.
Jerry, kiedy już trochę ochłonął, nakarmił ją, a gdy uspokoił się całkowicie, spróbował nawiązać rozmowę, bo czuł, że po tych tygodniach bez treści powinien otworzyć do kogoś usta. Wyjaśnił jej, że jest pismakiem, obecnie na zielonej trawce, i że płodzi powieść, że to jego pierwszy strzał, że palce go do tego świerzbiły od dawna i że forsa, którą dostał na odprawę od gazety, kończy mu się - śmiechu warte, powiedział, bo całe życie jest odprawiany z kwitkiem.
- To jak chusteczka na otarcie łez - rzekł. Część poszło na dom, część przejadł i teraz została już tylko niewielka kupka złota. I wtedy uśmiechnęła się po raz drugi. Zachęcony, poruszył kwestie samotności w dziele tworzenia: - Mówię ci, Jezu, nie uwierzyłabyś, ile to potu kosztuje, żeby to z człowieka wyszło, te sprawy...
- Jakieś żony? - spytała, przerywając mu. Przez chwilę myślał, że ona wczytuje się w powieść, ale nagle dostrzegł jej podejrzliwe oczy, więc odpowiedział ostrożnie:
- Sprawy wygasłe. - Jakby żony były wulkanami. W świecie Jerry'ego tym właśnie były. Po lunchu, kiedy szli przez plac, nieco do siebie przyklejeni w ostrym słońcu, złożyła jedną deklarację:
- Wszystko, co mam, jest w tej torbie, kapujesz? - spytała. To o torbie z wykładziny. - I chcę, żeby tak zostało, więc żebyś nie dawał mi niczego, czego nie mogę unieść. Rozumiesz?
Gdy doszli na przystanek, powałęsała się wokół, a kiedy nadjechał autobus, wsiadła za Jerrym i pozwoliła kupić sobie bilet. Gdy wysiedli, ruszyła pod górę u jego boku, Jerry z workiem książek, ona ze swoją torbą, i tak to było. Przez trzy noce i większość dnia spała; czwartego wieczoru przyszła do niego. Zupełnie się tego nie spodziewał, toteż zamknął wcześniej drzwi do pokoju: miał tę obsesję na punkcie drzwi i okien, szczególnie w nocy. Musiała walnąć pięścią kilka razy i krzyknąć:
- Na miłość boską, wpuść mnie do tej swojej cholernej koi. Nigdy mnie nie okłamuj - ostrzegła, gramoląc mu się do łóżka, jakby mieli coś wspólnie świętować w akademiku. - Żadnych słów, żadnych kłamstw, rozumiesz?
Jako kochanka była niczym motyl, pomyślał teraz: przypominała Chinki. Zwiewna, nigdy nie zastygała w bezruchu, tak otwarta, że się o nią bał. Kiedy powychodziły robaczki świętojańskie, przyklęknęli na parapecie, przypatrując się im, i Jerry pomyślał o Wschodzie. Cykady cykały, żaby rechotały, ogniki robaczków nurkowały w plamę czerni przed nimi, zataczając kręgi, a oni dwoje klęczeli tam nadzy przez godzinę, a może i dłużej, wpatrzeni i wsłuchani, podczas gdy gorący księżyc spłynął na stoki wzgórz. Nigdy nie rozmawiali w takich chwilach, nie postanawiali niczego, czego byłby świadom. Ale przestał zamykać drzwi.
Muzyka i walenie w mięso ucichły, ale rozległo się za to wołanie dzwonów, na wieczorne nabożeństwo, jak przypuszczał. W dolinie nigdy nie zapadała cisza, ale teraz dzwony brzmiały donośniej z powodu rosy. Podszedł do metalowego palika z piłką, szarpnął za sznurek, po czym kopnął piłkę od spodu swoim starym butem z kozłowej skóry, przypominając sobie, jak gibkie ciało dziewczyny śmigało przy strzałach, a mniszy habit falował.
- Najważniejsze jest słowo "opiekun" - powiedzieli mu. - "Opiekun" oznacza drogę powrotną. - Jerry zawahał się przez chwilę, spoglądając w dół na niebieską dolinę, którą biegła droga do miasta i na lotnisko, prawdziwa, nie metaforyczna, szemrząca i prosta jak kanał.
Według swego mniemania nie był człowiekiem myśli. Dzieciństwo spędzone na wysłuchiwaniu wrzasków ojca szybko go nauczyło, ile są warte wielkie idee, i wielkie słowa też. Może to właśnie niechęć do nich pociągała go przede wszystkim w dziewczynie. Ciągle o tym truła: "Nie dawaj mi niczego, czego nie mogłabym unieść".
Może. A może nie. Znajdzie sobie kogoś. Zawsze się kogoś znajduje.
Już czas, pomyślał. Pieniądze się skończyły, powieść poroniona, dziewczyna zbyt młoda: no, dalej. Już czas.
Czas na co?
Czas! Czas, by znalazła sobie młodego byczka, zamiast zajeżdżać starego. Czas, by obudził się w nim duch obieżyświata. Czas zagrać pobudkę. Obudzić wielbłądy i w drogę! Jerry zrobił to już raz czy dwa. Rozbił stary namiot, osiadł gdzieś na chwilę, po czym ruszał dalej; przykro mi, kobitko.
To rozkaz, powiedział sobie. Tacy jak ja nie są od myślenia. Rozlega się gwizdek i zbiórka. Koniec gadania. Opiekun. Dziwne, czuł, że to nadchodzi, zawsze tak samo, pomyślał, wciąż wpatrzony w zamazaną dolinę. Żadne wielkie przeżycie, nic z tych bredni, po prostu wyczucie czasu. Pora. A jednak zamiast radosnej ochoty do działania jego ciało opanowała ospałość. Poczuł się nagle zbyt zmęczony, zbyt gruby, zbyt śpiący, by jeszcze kiedyś się poruszyć. Mógłby się tu położyć, tu, gdzie teraz stoi. Mógłby spać na ostrej trawie, aż dziewczyna by go obudziła albo nadszedł mrok.
Kicz, powiedział sobie, najzwyklejszy kicz. Wyjąwszy telegram z kieszeni, wszedł energicznie do domu, wołając ją po imieniu:
- Hej, kobitko! Mała! Gdzie jesteś? Złe nowiny. - Podał jej. - Koniec pieśni - rzekł i podszedł do okna, żeby nie widzieć, jak czyta.
Stał tam, aż usłyszał szelest rzuconego na stół papieru. Wówczas się odwrócił, bo nic innego mu nie pozostało. Nie powiedziała słowa, wcisnęła jedynie skrzyżowane ręce pod pachy i tylko mowa jej ciała była ogłuszająca. Widział, jak jej palce gwałtownie się poruszają, usiłując się na czymś zamknąć.
- Dlaczego nie posuniesz do Beth na jakiś czas? - zaproponował. - Przyjmie cię z otwartymi ramionami. Bardzo cię lubi, będziesz mogła u niej zostać, jak długo zechcesz.
Stała tak z założonymi rękoma, dopóki nie zszedł w dolinę, żeby wysłać telegram. Zanim wrócił, zdążyła wyjąć jego błękitny garnitur, ten niebieski, z którego zawsze się naśmiewali - nazywała go strojem więziennym. Drżała, a twarz jej zbladła i poszarzała jak wtedy, gdy zrobił porządek z szerszeniami. Kiedy spróbował ją pocałować, była zimna jak marmur, więc nie nalegał. Noc przespali razem, i to było gorsze niż bycie samemu.
Mama Stefano oznajmiła nowiny w porze lunchu, z zapartym tchem. Jego uczniowska mość wyjechał, rzekła. Miał na sobie garnitur. Dźwigał walizkę, maszynę do pisania i worek z książkami. Franco zabrał go furgonetką na lotnisko. Sierota pojechała z nimi, ale tylko do wylotu szosy na autostradę. Wysiadając, nie powiedziała mu nawet żegnaj, tylko usiadła przy drodze, jak śmieć, którym była. Przez chwilę, po tym, jak ją wyrzucili, uczniak był cichy i zamyślony. Ledwo do niego docierały naiwne pytania Franco i bez przerwy mierzwił swoją jasną grzywkę - Sanders nazwała ją pieprz i sól. Na lotnisku, mając wolną godzinę przed odlotem, zasiedli razem do buteleczki wina i partyjki domina, ale kiedy Franco spróbował zedrzeć za kurs, uczniak okazał niezwykłe grubiaństwo, bo wreszcie potargował się jak prawdziwy bogacz.
Franco jej o tym powiedział, rzekła: jej najserdeczniejszy przyjaciel, oskarżany fałszywie o pederastię. Czyż nie broniła go zawsze, eleganckiego Franco, ojca jej niedorozwiniętego syna? Owszem, dochodziło do nieporozumień między nimi - między kim nie dochodzi? - ale niech jej pokażą, jeśli mogą, chłopa bardziej prawego, pracowitszego, mającego więcej uroku i lepiej ubranego od Franco, jej przyjaciela, jej mężczyzny!
Uczniak pojechał po spadek, rzekła.