Prolog
Pragnęłam jego obecności, choć siedział tuż obok. Od jakiegoś czasu żyliśmy daleko, jak dwa magnesy po przeciwnych polach, które nie mogą się zetknąć. To, co dobre zawsze trwało zbyt krótko. Mknęliśmy prosto do domu, a ja siedziałam najedzona na fotelu pasażera w najlepszej sukience, którą miałam w szafie - dopasowana, szmaragdowa kreacja przed kolano z dekoltem w serek i krótkim rękawkiem - i chciałam więcej. Co chwilę zerkałam na ostro zarysowaną szczękę mojego mężczyzny. Obserwował drogę. Trzymał kierownicę nonszalancko jednym palcem, druga ręka swobodnie spoczywała na skrzyni biegów. Jego cała postawa emanowała czystą męskością.
Darek zawsze wyglądał dobrze, ale dziś prezentował się wyjątkowo atrakcyjnie i nieziemsko pachniał. Mój powalająco przystojny trener personalny. Należał do mnie i dziś był tylko do mojej dyspozycji. Sporo trudu i wyrzeczeń kosztowało mnie zdobycie go i zatrzymanie przy sobie. Zawsze starałam się stworzyć dla niego bezpieczną przystań pełną miłości i zrozumienia, do której chętnie by wracał i ładował baterie. W końcu prowadził bardzo wyczerpujący tryb życia.
Wracaliśmy właśnie z naszej piątej rocznicowej kolacji. Mój kochany zawsze pamiętał o naszych rocznicach i celebrował je z wyjątkowym pietyzmem. Naszą rutyną było spożywanie posiłku w "Panteonie", jednej z najbardziej luksusowych restauracji kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Ja tradycyjnie zamawiałam krem z zielonego groszku i szparagów oraz wybitny stek z kalafiora z chipsem truflowym. Mój narzeczony, jak zawsze, zajadał się - z bólem mego serca - stekiem z Bogu ducha winnego stworzenia, które jeszcze niedawno cieszyło się życiem, dopóki nie zostało bestialsko zamordowane i położone na talerzu pod dachem tego ekskluzywnego lokalu.
Byłam wegetarianką; od 8 lat wiernie podążałam za głosem serca, który nakazywał mi nie uczestniczyć w aktach okrucieństwa wobec istot żywych, ale miałam na tyle wyrozumiałości, by nie potępiać, i nie zmuszać innych ludzi do swojego światopoglądu. Skrzywiłam się lekko, gdy wspomnienie Darka zajadającego się stekiem wyłoniło się z pamięci. Swoją karierę zawodową związał z tężyzną fizyczną, co wymagało od niego odpowiedniej diety. Potrzebował też dużo białka, stąd zamiłowanie do mięsa. W domu gotowaliśmy swoje potrawy osobno, dlatego tak ceniłam nasze wspólne wyjścia i spożywanie posiłków razem. Na tyle, by przymknąć oczy na zapach i wygląd tego, co miał na talerzu.
Jego muskularny biceps opięty przez zwykłą, białą koszulkę prezentował się fenomenalnie. Zerknęłam wymownie na jego rozluźnione palce spoczywające spokojnie na skrzyni biegów i, nie zastanawiając się zbytnio, nakryłam je swoją dłonią. Poczułam gorąco jego ciała. Promieniowało od niego do mnie. Przenikało mnie.
Przystojniak uśmiechnął się i rzucił krótkim, acz wymownym spojrzeniem. Takim, które mówiło: wiem, o czym myślisz niegrzeczna dziewczynko. Udając zawstydzoną, spuściłam lekko wzrok. Wiedziałam, że zadziała.
Darek przełknął głośno ślinę, uwolnił dłoń i wyćwiczonym gestem przeczesał swoje gęste, ciemne włosy. Zapach, który otulał jego ciało, wypełnił niewielką przestrzeń z nową mocą. Mmm, te moje ulubione perfumy...
Prawe kolano lekko się uniosło, a samochód zaczął tracić na prędkości. Ostry skręt w lewo wbił mnie w drzwi pojazdu, napięte pasy zatrzymały w miejscu. Nim się zorientowałam znaleźliśmy się na leśnej drodze.
- Kochanie? - zapytałam niepewnie, gdy odetchnęłam głębiej.
Odpowiedział szelmowskim uśmiechem. Tyle. Nie dał mi żadnego wyjaśnienia, gdy podążaliśmy niebezpiecznie szybko pofalowaną, leśną drogą w głąb lasu. Lekkie niebezpieczeństwo nieznanego terenu i oczekiwanie mnie podniecały. Gdyby ta koszmarna droga nie ciągnęła się w nieskończoność, byłoby jeszcze lepiej. Darek zahamował ostro, wznosząc za nami chmury kurzu. Zaciągnął hamulec ręczny i płynnym ruchem pochylił się ku mnie, wyszczerzając białe zęby.
- Zaczniemy świętować kocico? - gardłowe mruknięcie zawibrowało w małej przestrzeni. Czułam się tak, jakbyśmy siedzieli Microcarze Lizardzie, a nie w pełnowymiarowym aucie.
Przechyliłam lekko głowę, udając niedostępną. Darek lubił takie gierki, zresztą ja również. Musiałam przygryźć wargę, żeby powstrzymać się od uniesienia kącików ust. Byłam spragniona jego dotyku i, choć spodziewałam się, że nasze celebracyjne zbliżenie nastąpi w godniejszych warunkach, to wciąż go pragnęłam. Chciałam odnowić żar, który był między nami na początku, poczuć jeszcze raz ogień, który nas połączył.
Darek zdawał sobie sprawę, że szanuje naturę i zwierzęta, ale nie mam ochoty być aktywnie jej częścią. Ceniłam wygody i komfort, a nie... dzicz. Nie chciałam dopuszczać do siebie negatywnych myśli, ale odnosiłam nieoparte wrażenie, że Darek coraz mniej się o mnie stara. Pieprzyć to.
Mężczyzna dotknął wargami mojego policzka, a ten mały gest rozgrzał moje serce. Spojrzał mi głęboko w oczy i pocałował namiętnie, napierając nachalnie na moje wargi. Nasze języki przeplatały się ze sobą w namiętnym tańcu, którego kroki znaliśmy doskonale. Smaki naszych ust mieszały się ze sobą w kulinarną symfonię. Nie było mowy o sprzeciwie, nawet, gdy obcy, inwazyjny posmak niczym zbój gwałcący dziewkę, zdominował moje kubki smakowe.
Z otwartymi ramionami powitałam jego rwącą żądzę. Złapał moją dolną wargę zębami, kończąc niedosytem namiętny pocałunek i przygryzł ją, wydzierając z mojego gardła bolesny pomruk. Warga pulsowała lekkim bólem. Oblizałam ją, podczas gdy mój ukochany, przeniósł aktywność ust w dół szyi. Zaczął ssać i kąsać wrażliwe miejsce, a po każdym ugryzieniu lizał i całował czule obrzmiałą skórę. Wiedział, co na mnie działa.
Ciało oblała fala gorąca. Traciłam kontrolę, miękły mi kolana, brakowało oddechu. W ostatnim odruchu trzeźwości wplotłam dłonie w jego ułożone na żel włosy i odsunęłam go od siebie, robiąc głębszy wdech. Dając dojść do głosu mojej prozaicznej naturze, powiedziałam:
- Wracajmy czym prędzej do domu, tak bardzo cię pragnę, że dłużej nie wytrzymam.
To, co wyszło z moich ust, nie brzmiało jak argument, bardziej jak błaganie. Darek doskonale to wykorzystał.
- Kotku nie musimy czekać - szepnął mi zalotnie do ucha. - Chcę mieć cię TU i TERAZ.
Zadrżałam od siły tego przekazu. Kogo ja oszukiwałam? Wiedziałam, że mu ulegnę. Zawsze mu ulegałam; czegokolwiek chciał, nieważne jak bardzo nierozsądne to było, zawsze mu to dawałam.
- Jesteś pewien, że nikt nas tutaj nie zobaczy?
To była jawna kapitulacja i mężczyzna doskonale o tym wiedział.
- Wejdźmy głębiej w las, to na pewno na nikogo się nie natkniemy - zaproponował w ramach hojnego kompromisu.
Ogarnęło mnie coś na kształt ulgi. Kochany jednak dbał o mój komfort, a lekkie innowacje przecież nie były niczym złym. Nie zamierzałam wybrzydzać. Rozgrzana do czerwoności łechtaczka domagała się podjęcia natychmiastowych akcji. Kiedy był nasz poprzedni raz? Miesiąc temu? Mgła mózgowa powodowana podnieceniem przesłaniała mi rozsądek.
Otworzyłam drzwi zdecydowanym pchnięciem i chętnie podążyłam za moim ukochanym w nieprzyjemne czeluści lasu. Chwycił mnie za rękę, a jego silny, męski uścisk dawał mi poczucie bezpieczeństwa w tym ponurym środowisku. Trzymając mnie ciasno, prowadził nas coraz głębiej w las. Samochód już dawno zniknął w oddali, a ja drżałam po równo z niepokoju i podniecenia. Nigdy nie myślałam, że poczuje jednocześnie żądze i stęchliznę otoczenia, że doświadczę ich fizycznie i to jednocześnie. Szybko wyjaśniło się skąd ten nieprzyjemny, wodny zapach. Moim oczom ukazał się duży potok z szerokim rozlewiskiem otoczonym trawami. Kilka spróchniałych drzew zanurzyło swe zwłoki w tafli wody - jak martwe posągi minionego życia. Lekko wystraszona odwróciłam uwagę od ukochanego. A to bardzo mu się nie spodobało.
Oplótł silnym uściskiem moje ramiona, palce wbiły się w ciało. Zalała mnie fala bólu. Zostałam przygnieciona do drzewa, a krzyk zamarł w gardle. Chropowata kora otarła beznamiętnie moje plecy. Dała mi oparcie, którego potrzebowałam. Nie zdążyłam zaczerpnąć oddechu, nim źródło powietrza zostało odcięte przez gorące wargi kochanka. Całował namiętnie, wodząc rękami po moich biodrach, i sięgając coraz niżej. Moje ciało zalewały naprzemiennie fale gorąca i bólu, gdy chropowata powierzchnia kory odrapywała mi plecy.
Spomiędzy naszych splecionych warg ledwo słyszalnie wydarł się mój jęk. Darek przywarł do mnie swoją pobudzoną męskością coraz twardszą z sekundy na sekundę. Chwycił mnie za pośladki i, unosząc do góry, zmusił do oplecenia go w pasie nogami. Rozległ się głośny dźwięk rozrywanych szwów, gdy dół sukienki pękł po prawej stronie. Dopasowana tkanina nie wytrzymała naprężenia i dała za wygraną zupełnie jak mój rozsądek.
Uwolniona spod czaru jego warg oparłam płonący policzek na jego ramieniu. Niósł mnie w niewiadomym kierunku jak cygan, który porywa sobie niewiastę. A ja chciałam być porwana, niesiona. Nie bałam się, że spadnę. Siła tych mięśni nie służyła tylko na pokaz.
Darek oparł mnie na pobliskim kamieniu. Pewnym ruchem chwycił za krawędzie rozerwanej sukienki i pogłębił rozdarcie aż do kości miedniczej. Zerwał ze mnie koronkowe brazyliany, co opatrzyłam niecierpliwym westchnieniem. Ujął swoją męskość w dłoń, przygotowując się na mnie. Oblizałam łakomie wargi, uwielbiałam jego penisa; zawsze przygotowany, wygolony i niesamowicie apetyczny. Rozwarłam nogi w niecierpliwym oczekiwaniu, zapraszając tego ogiera do środka. Darek wszedł we mnie sprawnym szybkim pchnięciem, a moje ciało powitało go druzgocącą rozkoszą. Krzyknęłam głośno, odchylając głowę do tyłu. Byłam tak wyposzczona, że kompletnie zapomniałam, jak przyjemna może być zwykła penetracja.
W moje uniesienie wdarł się przemocą szorstki, męski ryk:
- Co do kurwy?!
Serce zerwało się do biegu w przeciwieństwie do ciała, które zastygło. Oddech zamarł na chwilę. Wzrok podążył za źródłem dźwięku. Byłabym przysięgła, że przed chwilą nikogo tu nie było!
Och!
Wszystkie myśli natychmiast uleciały z głowy.
Zanurzony po pas w wodzie spoglądał na nas istny Zeus - bóg wody i potoków. Wzrostem górował nad zwykłym śmiertelnikiem, rosły i potężny. Jego muskularną klatkę piersiową pokrywał ciemny zarost i liczne tatuaże, w pojedynczych włosach tańczyły refleksy słoneczne. Gdyby nie sposób, w jaki brnął w wodzie, gotowa bym była przysięgnąć, że nie był człowiekiem. Poczułam, jak uścisk mojego kochanka zelżał, a jego męskość szybko zaczęła się kurczyć. Po pięciu sekundach byłam już wolna. Ukryłam się natychmiast za kamieniem zawstydzona i wystraszona, ale wychyliłam się obrobię kierowana ciekawością. To nic złego, że chciałam tylko zerknąć.
Brodził ku nam gniewnym, żmudnym krokiem. Wyglądał na surowego mężczyznę nie tylko z wyglądu, ale też z charakteru. Jego ciemne oczy spozierały złowrogo spod regularnych, grubych brwi, ostro zarysowana szczęka napinała się przy żuchwie, zdradzając zaciśnięte zęby. Muskularne ramiona obleczone w liczne tatuaże napinały się, nadając rytm jego krokom. Nie odrywał od Darka wrogiego spojrzenia i rozkazał obcesowo:
- Wypierdalać z mojego lasu.
Darek miał już naciągnięte bokserki i właśnie zapinał rozporek. W gniewie przybrał jedną ze swoich bardziej męskich i kogucich póz. Ja za to zawstydzona i oświecona przebłyskiem rozsądku szybko zlokalizowałam swoje majtki i naciągnęłam je na tyłek. Z jakiegoś powodu policzki płonęły mi czerwienią. Z jakiegoś powodu też nie mogłam powstrzymać się od zerkania na mężczyznę zza swojej kamiennej tarczy. I z jakiegoś powodu moje podniecenie wcale nie ostygło.
Leśna sceneria mnie omamiła: to był tylko zwykły człowiek. Ale jaki!
Powinnam chwycić Darka za rękę i uciec, jednak coś trzymało mnie w miejscu. Darek lekko uniósł brew, doceniając niemo swojego przeciwnika. Miał zamiar się bić? Bezsensownie byłoby wdawać się w sprzeczkę z dala od cywilizacji, zwłaszcza że aura, którą niósł ze sobą przybysz, była podobna do szarży niedźwiedzia. Nie żebym wiedziała, jak wygląda szarża niedźwiedzia, ale gdybym miała sobie ją wyobrazić, to pewnie wyglądałaby podobnie. Darek trzymała się zawsze po stronie rozsądku, więc i tym razem szukał porozumienia. Uniósł ręce do góry w geście kapitulacji i rzucił, siląc się na swobodę:
- Koleś, wyluzuj, już stąd spadamy.
Który już raz na niego zerknęłam? Setny? Mężczyzna wbijał spojrzenie ciemnych oczu w odsłoniętego przeciwnika - Darka - z wyrazem politowania i potępienia na twarzy. Nieoczekiwanie przeniósł je na mnie.
Nie mogłam odwrócić spojrzenia. Nie mogłam też patrzeć. Błądziłam wzrokiem gdzieś po jego twarzy, omijając oczy. Wzbudzał we mnie potężną ciekawość i przerażenie, magnetyzm, którego nie mogłam zignorować. Mogłabym trwać tam do końca świata, gdyby Darek nie wyrwał mnie z letargu. Chwycił mnie za łokieć i pociągnął do siebie silnym ruchem. Moje ciało zderzyło się z górą mięśni kochanka. Zostałam objęta w pasie i pociągnięta w drogę powrotną. Nie odważyłam się obejrzeć się za siebie, choć kurewsko mnie to kusiło. Westchnęłam ciężko.
Nie rozumiałam reakcji swojego ciała. Wiedziałam tylko jedno - czar prysł.
Rozdział 4
Moje życie w ciągu minionego tygodnia wróciło do względnej równowagi. Gdy wróciłam do domu po moim małym wybryku, Darka jeszcze nie było. Dało mi to czas na uporządkowanie swojej fizycznej i wewnętrznej szaty. Nie zastanawiając się nad tym, co i z kim robił mój jeszcze narzeczony, wzięłam prysznic. Domyłam też wnętrze paznokci. Krew jakoś szczególnie mnie obrzydzała, a spędziłam w jej towarzystwie dobrą godzinę. Doszłam też do wniosku, że czekanie na powrót drugiej połówki jest bezsensowne. Dalsze rozmowy mogłyby nas tylko od siebie oddalić zamiast przybliżyć. Postanowiłam skupić się na sobie i ostudzić wzburzone emocje. Wtedy wydobyłam z czeluści szafy wibrator i, fantazjując o najbardziej zwierzęcych zachowaniach, skończyłam się w ciągu 15 minut. Orgazm przyniósł mi ulgę, ale nie satysfakcje, przyniósł też dalsze wątpliwości. W związkach było różnie, wiedziałam o tym, ale wciąż czułam się osamotniona wręcz porzucona. Odepchnęłam myśli na bok i zażyłam tabletkę nasenną.
Nie wiedziałam o której wrócił Darek i co robił. Nie pytałam, a on zachowywał się, jakby nic się pomiędzy nami nie wydarzyło. Zdziwiłam się, z jaką ulgą to przyjęłam. Może w rzeczywistości pasował mi ten status quo i dopóki tylko wiedziałam, że jest ktoś inny, nie robiło mi to wielkiej różnicy? W końcu to do mojego domu wracał ten piękny mężczyzna i u mojego boku był przez większość dnia. Może to wystarczy? Byliśmy razem ponad 5 lat, kryzysy przy takim stażu są nieuniknione.
- Żyjesz tam? - usłyszałam poirytowany głos.
Och. Wyrwałam się z natłoku myśli, uświadamiając sobie, że stoję przy ekspresie do kawy, wgapiając się w niego bezmyślnie, a pusty kubek czekał w gotowości na napełnienie. Pospiesznie wybrałam latte, a gdy maszyna wypluła kawę, dodałam jeszcze trochę spienionego mleka z kurka obok. Do tego potrójny cukier i kawa była gotowa wedle życzenia klientki. Odstąpiłam miejsce kolejnej osobie czekającej za mną.
Pracowałam tu od 3 lat i nie znałam nawet połowy kadry. W firmie panował spory przemiał, ludzie odchodzili i ich zwalniano, więc zapamiętywanie coraz to nowych twarzy było zupełnie pozbawione sensu. Bardziej ambitne projekty generowały więcej przychodów i wymagały bardziej zaangażowanych i oddanych pracowników, ci, który nie spełniali wymagań lub nie nadążali, byli zbyteczni.
Ja pracowałam ze stałym zestawem fotografów i modelek, radziłam sobie dobrze, a moje stanowisko nie wymagało ode mnie zbytniego poświęcenia. Asystowałam reżyserowi pokazów, robiłam wszystko to, czego ten ambitny człowiek z adhd nie mógł lub zapomniał zrobić sam. Gdy trzeba było, parzyłam kawę i podawałam modelkom, kupowałam dla nich to czego chciały, pocieszałam, gdy wymagała sytuacja, słuchałam, gdy nie miały się komu zwierzyć, dodawałam odwagi, gdy jej zabrakło. Byłam od wszystkiego związanego z poprawianiem relacji, wnoszeniem dobrej atmosfery i pilnowaniem terminów. Byłam też workiem treningowym dla frustracji tych pięknych i bardzo nieszczęśliwych kobiet. Dobrze odczytywałam emocje, więc wiedziałam, co robić i jak, żeby osiągnąć zamierzony przez szefa efekt. Nawet jeśli miałabym zebrać opieprz za sytuacje będącą poza moją kontrolą, to na poczet dobrej współpracy robiłam to z odpowiednio pochyloną głową. Dlatego wciąż tu pracowałam. Nie wpychałam nosa w nie moje sprawy, trzymałam język za zębami i nie próbowałam włazić nikomu do łóżka. Byłam nawet całkiem lubiana ze względu na powyższe. Personel nawet mi ufał i czasem zwierzał mi się z drobnych prywatnych tajemnic. Kolekcjonowałam je jak kolorowe znaczki, ale nigdy ich przeciwko nikomu nie wykorzystałam. Dyskrecja była tu w cenie.
Zaniosłam kawę znanej i lubianej fotografce Fionie Rutkowskiej, która robiła teraz sesję zdjęciową dziewczynom startującym w konkursie miss. Na tym etapie kandydatek było 50, więc pracy także nie brakowało. Zajmowaliśmy się wszystkim od makijażu po fryzury przez stroje. Powodzenie tej sesji było ważną składową wyniku dla tych dziewczyn. Zbliżały się eliminację, a do następnego etapu miało szansę zakwalifikować się tylko dwadzieścia.
- Co tak długo? - powitał mnie pretensją Adam, gdy wróciłam jak pies na swoje miejsce.
- Przepraszam.
- Zadzwoń do Marka i przełóż moje wieczorne spotkanie o godzinę, nie dam rady wyrobić się przed 20. Przeproś go i powiedz, że mu to wynagrodzę - mówił szybko. - Potem przynieś rzeczy Fiony, zostawiła torbę na recepcji. Zajrzyj do Romy, sprawdź, jak idą przygotowania kreacji na pokaz. Trzeba zadzwonić do stacji i upewnić się, że ze wszystkim zdążą. I jak te futra do cholery? - zapytał ostro.
Jego wywody zawsze były nieco chaotyczne. Lepiej było milczeć i pozwolić mu zebrać myśli do kupy niż próbować je za niego uporządkować.
- Brakuje jednej pary szpilek! - zawołała Ada z oddali.
- Jak to się kurwa stało?! - odkrzyknął Adam i pospieszył ku niej wartko.
Z tego, co zauważyłam, sesja szła dobrze, ale Adam był piekielnym perfekcjonistą. Tak wielkim, że żadna z jego asystentek nie wytrzymała z nim dłużej niż pół roku. Oprócz mnie oczywiście. Mój przełożony zdawał sobie sprawę z mankamentów swojego charakteru i po każdej udanej akcji odpalał mi bonus pieniężny w ramach rekompensaty psychicznej. Nie narzekałam.
Oddaliłam się pospiesznie, wykonać polecenia. Telefon do Marka był na liście priorytetów i jednocześnie był najłatwiejszym zadaniem. Nic dziwnego, że Adamowi najbardziej zależało na tym, żeby jego partner nie czekał na niego bez sensu godzinę w restauracji. Marek nie robił problemów, miał pojęcie, jak wymagająca jest praca w branży zwłaszcza na tym stanowisku. Lubiłam go. Czasem wpadał do nas pogawędzić o tym i tamtym, było widać, że im się układa. Nigdy nie wspomniałam Darkowi, że mój bezpośredni przełożony jest gejem. Nie wiem, jak zniósłby fakt, że jego kobieta otoczona jest osobami o przeróżnych preferencjach seksualnych i na dodatek nie mających na tym punkcie ani uncji wstydu.
Już nie wspominając o tym, co działo się za kulisami. Rzadko byłam zapraszana na spendy, ale dużo się o tym gadało i mimowolnie moich uszu dobiegały plotki. Niektóre brzmiały niedorzecznie, ale nie wątpiłam w nie. Zbyt dużo rzeczy widziałam.
Zanim się obejrzałam zostało tylko ostatnie przykazanie szefa. Niechętnie i najwolniejszym możliwym tempem skierowałam się ku szwalni, w której przywództwo sprawowała Roma. To właśnie spod jej ręki wychodziły kostiumy na pokaz dla kandydatek. Skrzywiłam się zanim zapukałam. Samo wspomnienie tych nieszczęsnych futer sprawiało, że czułam się niekomfortowo. Tu już nawet nie chłodziło o martwe zwierzęta i części ich zwłok. Chodziło o niego.
Weszłam do pomieszczenia, gdzie na manekinie wisiał już prototyp okrycia z aplikacjami z lisiego futerka. Roma była świetna w tym, co robiła. Kreacja łączyła elegancje i uliczny styl w coś absolutnie wyjątkowego. W kroju przypominało lekko dłuższą parkę, rękawy zwężały się nieco ku dołowi, a na plecach leżał długi zawadiacki kaptur. Obejrzałam prototyp z bliska, próbując nie odpłynąć myślami.
- Widzę, że dobrze wam idzie - powiedziałam szczerze do ekipy pracującej z Romą.
Szwaczki dwoiły się troiły, żeby powielić kreacje w liczbie 20 sztuk z materiału, który został dostarczony przeze mnie trzy dni temu. Nie mogła nie wracać myślami do absurdalnej sytuacji. Pech chciał, że Kleo dostała biegunki, a to ona właśnie miała jechać po odbiór surowca. Reszta ekipy była względnie zajęta, więc Adam ustalił, że ja - najmniej ambitna z ekipy - przejmę ten niezbyt kuszący obowiązek. Na nic zdały się ciche protesty i błagania. Towar trzeba było odebrać jak najszybciej, a Kleo z taką przypadłością raczej niedaleko by dojechała. Powinnam była wtedy rozbić się o drzewo i gdybym wiedziała, co mnie czeka na tym pieprzonym odludziu, pewnie bym to zrobiła. Nie dość, że odbierałam resztki zwłok, za które kazano nam zapłacić fortunę, to jeszcze facet, który mi je przygotował, okazał się być...
To był ten facet. Nigdy go nie zapomniałam. Nakrył mnie i Darka wtedy w lesie, gdy wracaliśmy z naszej rocznicowej kolacji, przestraszył nas i przepędził. Jechał godzinami na to wygwizdowie, zgubiłam się dwa razy po drodze, na dodatek czarny kot przebiegł mi przez drogę i już wiedziałam, że ten dzień będzie do dupy. A gdy już dojechałam na miejsce, zanim zdążyłam odetchnąć, szpilka utkwiła mi w tym cholernym kamieniu. Gdybym spodziewała się takiej podróży, ubrałabym inne buty. A gdy napotkałam to ciemne spojrzenie i porządną muskulaturę małe drobiazgi przestały się liczyć, zwłaszcza że typ okazał się rzeźnikiem.
Moje durne wyobrażenie została gwałtem wdeptane w ziemię i poczułam się idiotycznie oszukana. W mojej głowie typ urastał do rozmiarów mitycznej bestii z tajemniczymi korzeniami, a okazał się zwykłym najemnikiem. Musiałam przyznać - czasem o nim fantazjowałam - a wtedy poczułam się tak, jakby ktoś mi coś odebrał. Jak mogłam podniecać się kimś, kto szlachtował bezbronne zwierzęta? I cóż, zareagowałam złością. Teraz było mi trochę wstyd, ale nie zmierzałam mówić o tym głośno.
Gość był żonaty, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego obrączka i nie wiem, dlaczego tak mnie to dziwiło. Był przystojny, wysoki i silny, wiele kobiet musiało chcieć mieć go w łóżku i na pewno znalazłoby się kilka, które zaakceptowałyby jego niechlubną profesję. Cóż, to nie miało większego znaczenia. Nigdy więcej się już nie spotkamy.
Tylko czasem bez sensu zastanawiałam się co mogły zawierać jego oczy, ciemne i pełne głębi. Widziałam je nawet teraz, gdy bezmyślnie wlepiałam spojrzenie w lisie futro. Ciekawe czy zwierzęta przed śmiercią widziały diabelskie spojrzenie rzeźnika? Ciekawe, czy zdawały sobie sprawę z tego, co je czeka? Gdybym miała umrzeć, nie chciałbym, żeby ostatnią rzeczą, jaką zobaczę, były ciemne, bezdenne źrenice okrutnego łowcy.
- Wszystko zgodnie z harmonogramem - powiedziała Roma, podchodząc do manekina. - Adam nie musi się martwić, materiału jest wystarczająco, a praca aż pali nam się w rękach. Są jakieś nowe ploteczki z firmy? - zapytała dyskretnie, pochylając się ku mnie.
Nie zaszkodzi uchylić rąbka tajemnicy dla zmiany nastroju, prawda?
Jakim cudem się tu znalazłam? Siedziałam sztywno i popijałam herbatkę w małej nieprzyjaznej kuchni. Już po raz setny naplułam sobie w brodę, że szybko się nie ulotniłam, gdy nadarzyła się okazja. Barbara mieszała łyżeczką w swoim kubku, wzrok miała tak skupiony, jakby wykonywanie tej czynności mogło kogoś uzdrowić. A ja ledwo zdążyłam zapomnieć, jak cudowną aurę roztaczała moja matka, a już mi o tym przypomniano. Patrzyłam na nią z braku innego zajęcia. Nie była jeszcze stara i nie wyglądała źle. Zwyczajna, nieco chudsza szatynka tuż przed 50. Figurę miała jeszcze dobrą i wyglądała na zdrową, gdyby tylko chciała, mogłaby jeszcze ułożyć sobie życie. Tylko nie chciała. Wolała kontrolować moje.
- Co u ciebie dziecko? - zapytała, gdy cukier w jej kubku całkowicie się rozpuścił, a dalsze mieszanie straciło sens.
Nienawidziłam, gdy o cokolwiek pytała. Przez całe swoje życie nie potrafiłam udzielić jednej odpowiedzi, która by ją zadowoliła. Każde jej pytanie kojarzyło mi się z przesłuchaniem i karą. Ciągle czułam, że cokolwiek bym nie zrobiła, to i tak tego nie zauważy i nie doceni. Byłam dla niej nikim. W końcu byłam kobietą. Kobiety według niej startowały ze straconej pozycji i tylko te najpiękniejsze i najbardziej fartowne były w stanie wygrać sobie dobrego mężczyznę i dobre życie. Potępiałam ją i pogardzałam nią, ale wciąż gdzieś głęboko żebrałam o jej miłość.
- Darek mnie zdradza - wypaliłam.
Kamienna twarz matki nadal pozostała kamienna. Westchnęła tylko, podnosząc się z krzesła. Oparła się o szafkę kuchenna, spoglądając na mnie z góry.
- Macie ustalony termin ślubu? - zapytała.
Pokręciłam głową.
- Błąd - skarciła. - Jesteście razem szmat czasu, czemu się dziwisz, że cię zdradza, skoro może?
Dlaczego to powiedziałam? Może chciałam, żeby wreszcie się mną przejęła? A może żeby mi choć raz pomogła? Żeby mnie zrozumiała? Mogłabym zaśmiać się sobie w twarz. Na co ty liczyłaś idiotko? Ona się nigdy nie zmieni. Odkąd pamiętam, nie było w niej ani krzty ciepła i zrozumienia, tylko wieczna ocena i krytyka.
- To co powinnam według ciebie zrobić? - wycedziłam z trudem. - Udawać, że nie wiem, czy pogłaskać go po głowie?
Barbara milczała długą chwilę, a potem tym beznamiętnym głosem, który mogłaby mieć sama kostucha, wyrzekła:
- Mężczyźni tacy już są dziecko.
Doznałam nagłego szoku, jakby ktoś raził mnie piorunem. Kurwa, serio? To wszystko, co miała mi do powiedzenia? W głowie miałam totalną pustkę, a moje emocje szalały jak latawce ciskane wiatrem. Ściskałam i rozluźniałam palce na kubku, a noga nerwowo uderzała o podłogę.
- Czyli co, mam normalnie wyjść za niego, jak gdyby nigdy nic? - zapytałam zmienionym głosem z tłumionego zdenerwowania.
- Dał ci w końcu pierścionek?
Kolejne pytanie - noga chodziła mi coraz szybciej.
- Nie.
- Nie pomyślałaś, że już czas, żeby wziąć sprawy w swoje ręce?
Pytanie tym razem zahaczało o ton oceniająco-krytyczny. Barbara już wydała osąd o mojej winie. Wiedziałam to, znałam ją, kurwa, od dziecka. Wszystko było moją winą; cokolwiek bym nie zrobiła i cokolwiek bym zrobiła. Cokolwiek ktoś mi zrobił i cokolwiek ktoś mi nie zrobił, też było pieprzoną moja winą. Nie zauważyłam, kiedy wstałam. Herbata z powalonego kubka rozlała się po stole i strużka zaczęła spływać na podłogę. Oddychałam szybko - tylko matka potrafiła mnie wyprowadzić z równowagi do takiego stopnia.
- To co mam sama sobie kupić pierścionek? - mój głos z wkurwiania był o 2 oktawy wyższy. - Czy zmusić go do ślubu? Wiem! - walnęłam pięścią w stół, a kubek zakołysał się niebezpiecznie. - Wsypie mu tabletkę gwałtu i zaciągnę do ołtarza!
- Urszulo! - wrzasnęła matka. - Nie histeryzuj!
Oddychałam szybko, próbując się uspokoić, ale drżenie całego ciała spowodowane emocjami nie ustawało. Byłam realnie zaangażowana w tę sytuacje, nie mogłam tak po prostu stanąć obok i spojrzeć na siebie z oddali! Matka za każdym razem przypominała mi, że jestem warta tylko tyle; zdradzieckiego narzeczonego, który nawet nigdy nie podarował mi pierścionka zaręczynowego. Byłam tylko małą Ulką z pryszczami na czole, pulchną rudą dziewczynką, którą rówieśnicy odtrącali ze względu na sytuację rodzinną. Byłam warta tylko tyle. Cała postawa mojej matki mówiła: to cud, że ktoś taki jak Darek ciebie chce.
Potarłam czoło i zaśmiałam się ponuro. Nienawidziłam jej z całego serca.
- Nie martw się mamo, zrobię wszystko, żeby pójść do ołtarza jeszcze w tym roku - wyszydziłam.
Rozdział 5
Droga do domu rodzinnego minęła mi przyjemnie. Jadąc, układałem sobie w głowie odpowiedzi na prowokacyjne teksty ojca. Tym razem nie dam się sprowokować. Za długo pracowałem nad sobą, żeby się uodpornić na jego toksyczne zachowanie i denne zaczepki. Tak, mogę to powiedzieć z pełną świadomością, Igor Zalewski był największym toksykiem jakiego znałem. Nieważne co się działo i z czyjego powodu zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto poniesie jebane konsekwencje, rzecz jasna, nie swoich czynów. Taki już był, ale tylko poza pracą dla najbliższych. W sferze zawodowej zawsze otaczał go wianuszek życzliwych mu ludzi skorych do pomocy, kiedy będzie tego potrzebował. Zaskarbił sobie nawet przychylność księdza proboszcza. Dyrekcja szkoły, wójt gminy, banda komunistów, która grała do jednej bramki.
Dzieliło nas tylko 100 kilometrów albo aż tyle. Nie żyłem z rodzicami zbyt blisko, ale starałem się dzwonić do matki raz w miesiącu. Nie zjawiałem się na uroczystościach rodzinnych, jednak zawsze dbałem by zaznaczyć swoją pamięć o nich, wysyłając kwiaty, czy też drobne upominki. Z Magdą byłem u nich tylko dwa razy, nie akceptowali mojego wyboru, ponieważ nie wziąłem ślubu kościelnego - Magda była ateistką. Mnie wychowali w obrządku katolickim, ale po przyjęciu sakramentu bierzmowania jak większość młodych odszedłem od Kościoła. Nie zależało mi. Może dlatego, że ksiądz był częstym gościem w moim domu rodzinnym i, słysząc to i owo, coraz bardziej się zniechęcałem. Nie było mowy o rodzinnych świętach, dla mnie i mojej żony była to raczej tradycja, a nie aspekt wiary. Najprzyjemniejsza dla mnie była Wigilia, co roku w kole mieliśmy polowanie tego dnia. Piękna tradycja sięgająca czasów przed II Wojną Światową. Boże Narodzenie spędzaliśmy oboje na obiedzie u Krysi i Tomasza. Później zazwyczaj moja żona jechała do swoich rodziców, ja natomiast zostawałem w domu, zasłaniając się pracą. Nie miałem nic do teściów, ale jakoś nie darzyłem ich szczególną sympatią, im też raczej nie zależało na bliższej relacji z zięciem.
Miałem ok 5 kilometrów do celu. Pomyślałem, że kupię mamie kwiaty. Na pewno będzie jej miło w chorobie. Kochała je, miała piękny zadbany ogród pełen rzadkich okazów roślin. Tam spędzała każdą wolną chwilę, czuła się szczęśliwa, kiedy ktoś zapytał o któryś z nich. Mogła opowiadać o swej pasji godzinami.