Jego Królewska Mość Boa Dusiciel. Fraszki - Zygmunt Niedźwiecki

-
Proszę czekać

Jego Królewska Mość Boa Dusiciel

Jak cudnie się mienisz barw kraśnych tysiącem!... Jak lśnisz i oślepiasz blaskami złota, jedwabiu, brylantów, Vindobono urocza!... Jak wre, szumi i pryska swawolną pianą szampańskich egzystencji pyszny ogród letniego hipodromu, kąpiący się w piekielnie rozkosznej spiece czerwcowego słońca!...

A na tym przecudnym tle - ona!...

Sentymentalna, jak stare miłosne piosnki naddunajskiego gminu, śliczna jak nagie rozpustnice Makarta, jak motyl lekka i jak grono dojrzałej winorośli słodka w dwudziestej wiośnie swych grzechów, chichocze i fruwa wśród oślepiających połysków świeżego lakieru i kojącej zieleni roślin, wiedenka wszystkich sfer - niby tłumek swawolnych niks Dunaju, co owinąwszy rusałkową nagość w przeświecające mgły letnich strojów, wybiegły w takt Straussowskiego walca z fal, czule zwanych modrymi, by swych śmiejąco-łzawych kryształem, brzoskwiniową świeżością lic, wiśniami warg i tysiącem diablich ponęt płci, zdobiących je od puszystego karczku aż po pieniste spódniczki, rozpalać w tłumie krew, w krwi niecić żądze i najwyższy z cudów lata: kobietę pijaną szczęściem - ukoronować glorią złud jeszcze piękniejszych!...

Dookoła zaś tych czarodziejek, głoszących pół dziecięcym, pół szatańskim uśmiechem tryumfu swą wszechmoc, roją się bezczelni, uprzykrzeni, brutalniejsi niż umizg zwierzęcia samym wyrazem swych oczu, z furmańska eleganccy, wąsaci "królowie" stworzenia, z szkiełkiem w oku, dymem u warg i kijami w ręku, pocharakteryzowane na milionerów, a pachnące Louisem jednodniówki hulaszcze.

Rozkoszne jest to nieustające święto tarzającego się w próżniactwie i rozpuście zbytku w olbrzymiej, powietrznej i jasnej hali, pełnej potężnych drzew, zasłanej kobiercami pysznej murawy i kwiecia, iskrzącej się nieustannym rozkwitem zimnych, srebrzystych pąków fontann na szczycie kryształowej łodygi, co z paszczy brązowego delfina wytryska i nakrytej cudnym jak sen niedościgły stropem bladego lazuru tam, nad głowami, nad szczytami drzew, wieżyc, gór nad wszystkim...

I mierzy to wszystko naiwnie szyderczym wzrokiem wyższości - żebrzących papierosa albo dwudziestohalerzówki różnokolorowych golców zza mórz, gór, którzy w zamian za ekspozycję swych azjatyckich i afrykańskich brzydot przywożą sobie stąd do domu trochę grosza i pokaźne suchoty. I daje się to przez próżność naciągać na przedostatnią często koronę trupem nawleczonego na drut kwiatka bezczelnym i milutkim kwiaciarkom. I otacza wrzawą modnego entuzjazmu trójkę japońskich magików - urodziwy komplet akrobatów perskich - tybetańskiego wróżbitę - na koniec ciśnie się na złamanie karku w sezonowym szale przed okratowaną scenę amfiteatru, gdzie dwanaście pysznych lwów nubijskich, w wściekłym humorze, poniża się wraz ze swą wielokrotnie dekorowaną poskromicielką do zapełnienia wstępnego, ignorowanego przez wszystkich numeru przed spektaklowym clou: popisem zaklinaczki wężów Ijony, Indianki, z jej królewskim kochankiem "dwunastometrowym (!) olbrzymim, po raz pierwszy żywcem w niewoli okazywanym tych rozmiarów" Boą Constrictofem!

Produkcję inscenizowano z całym pietyzmem blagi hecarskiej.

Zaczynają pełen dzikich, sugerujących wschód pisków i brzęków marsz "Siedmiu magów". Na scenie pstrzą się blaszki jaskrawych kap, błyszczą złociste kije ogromnych wachlarzy z piór różnej barwy.

Następuje taniec czterech bajader, jeszcze gwałtowniej udający Azję, dzikszy jeszcze, aż wśród formalnego jarmarku pikulin, fletów, dzwonków, czyneli, tamburynów, triangułów, rozpryskujących swe dźwięki najostrzejsze, najautentyczniej indyjskie - wjeżdża na ustrojonym w czaprak do samej ziemi słoniu Ijona, bogini, za nią zaś wnoszą jego, jej niewolnika i wielbiciela, arystokratycznego potomka starej szlachty smoków bajecznych, upiora puszcz Boę, w pąsowo-złotej skrzyni, jak w lektyce, czterej rośli, wytrykotowani z indyjska tragarze w dziwacznych turbanach i kurtach i z echt weanerisch klątwą pod kłakami brody przyprawnej.

Ijona, ulubienica, od paru tygodni, tego tłumu starych, zakochanych w błyskotkach i bladze, dzieci lekkomyślnych i pustych, przywitana huraganem oklasków, posyła im, zsuwając się ze słonia, ognistego całusa dwojgiem bujnych, miedzianoskórych, trochę poprawionych szminką ramion, po których się wiją złote żmije bransolet. Całus zażega nową eksplozję braw - protekcjonalnego umizgu u mężczyzn, siostrzanej aprobaty u kobiet, klaszczących w tej zalotnicy - koleżance. Kochają wszyscy jak swe odbicie, jak dziecko swego bruku, tę ładną ekskelnereczkę czy eksstatystkę, rodem z Hernals lub Favoriten, którą oko i węch impresaria wyniosły na wyżyny sztuki, dzięki czemu, zamiast niedawnych kufelków piwa z zakąską, jada obecnie kolacje z szampanem, a całus jej w miejsce wczorajszego guldena ma dziś kurs piątki na giełdzie pieszczot.

Wśród arcynastrojowego melodramatu, okrąża z kuglarską laseczką w ręce skrzynię, gdzie śni o niej, o czarach jej rzeźbionego tułowiu, gad olbrzymi i straszny.

Śliczne członki dziewczyny grają banalnie i głupio pantomimę zaklęć! Melodia muzyki snuje się koło jej kształtów niby dym usypiających kadzideł lub pajęcza osnowa miłosnej pieśni, która wyśpiewawszy wszystkie swe roztkliwienia i szepty, słabnie, cichnie, omdlewa, w końcu milknie - a wtenczas Ijona, cisnąwszy precz różdżkę, lekkim skokiem sarenki odrzuca się od skrzyni, dając znak służbie.

Najtęższy zdejmuje kłódki, uchyla lekko wieka i dłoń wsunąwszy przez szparę, ze skupioną uwagą szuka po omacku w mroku szyi krwiożercy. Znalazłszy ją, chwyta tuż przy łbie i płaski, zaspany, diabli pysk węża olbrzyma ukazuje się oczom widzów śledzących sprytnie zaaranżowany epizod z przyjemnie bijącym sercem i tchem zapartym tanich cyrkowych sensacji.

W miarę jak pstrokate cielsko gada wyłania się ze swego więzienia, coraz grubsze - czyhające pachołki chwytają je jeden po drugim oburącz, nie dając ani na mgnienie oka poczuć wolność zupełną ogłuszonej niewolą, otumanionej snem w mroku, olśnionej nagłym dnia blaskiem bestii. Muzyka, ściszona sordinami, gra coś rajskiego... coś z plusku źródełek leśnych, z brzęku muszek pijanych latem, z ptasiego w noc majową świergotania... Niemowlęca kołysanka na uśpienie potwora...

Skoro się rozstąpili w szereg z rękoma obciążonymi grubym jak kobiece udo ciałem boy - ogon sięgał jednego krańca sceny, łeb drugiego, mimo falistej linii całości.

- Colossal! - stwierdzają widzowie po raz setny, spierając się: - "Ma w każdym razie swoje siedem, osiem metrów". - "Dwanaście, według afisza!" - "Ba! To co plotą afisze!" - "Czytajcie w zoologii: dorasta najwyżej sześciu!"

Ijona zaś pląsa powabnie przed mieniącym się metalicznymi blikami łusek prawnukiem przedpotopowych poczwar, w którego martwym na pozór, prężącym się nieznacznie bezruchu, czai się utajona moc piorunu i piorunowa błyskawiczność rzutu. Na koniec przyfrunąwszy w swych motylich, jedwabnych szatkach baletowego chochlika pod sam łeb Dusiciela, z ustami stulonymi do całowania, miękkim, aksamitnym umizgiem ręki posyła zbójowi leśnemu, dzierżonemu silnie przez stalowe ręce pachołów, gest pieszczotliwie głaszczący.

Wtem ustawiła się w połowie długości węża, zrzuca znad czoła diadem, rozpuszcza czarne strugi włosów, zrywa z piersi i bioder górną, lekko upiętą część stroju, i staje przed widzami półnaga, jak ta w Stuckowskiej "Die Sünde".

- Lebende Copie des beruhmten Stuck'schen... - szepcą za afiszem w tłumie.

Służba, zgrupowawszy się w pobliżu hecarki, okala jej tułów obłymi skrętami gadziny, która wijąc się wałem potężnym w poprzek brzucha ku ramionom na barki, okrąża je, wychyla ponad prawe ramię w stronę widzów najcieńszą część szyi i najpodlejszy z tworów ziemi błysnął szatańską zielenią swych ślepiów zbójeckich w podkreślone oczy zaklinaczki, która pochyliła ku płaskiej, nikczemnej, kołyszącej się w powietrzu mordzie swą główkę powabną, przytuliła się do niej na chwilę ze zmrużonymi rozkosznie oczyma, a potem wymierzyła jej lekki, przyjacielski, przez nieuwagę trochę mocniejszy niż zwykle klapsik, jakby dla przebudzenia siebie i jego z pieszczoty...

- Er liebt sie, ich sag Dir, er liebt sie! - poczynają szeptać w ucho kochankowi lub przyjaciółce przeczulone seksualnie samiczki, aby w sobie podniecić do ekstatycznych spazmów rozkoszne dreszcze na widok pieszczot dziewczyny z gadem...

W tej samej chwili jednak przeszył powietrze cienki i ostry krzyk kobiecy... Odepchnięci nagłym zamachem ogona boy sługusi odskoczyli i uciekli, Ijona zaś, w przerwanym poruszeniu ciała, usiłującego się wydrzeć rozpacznie z objęć straszliwych, osunęła się wraz z wężem na ziemię, miażdżona potężnym skurczem cielska, którego lodowo zimny połysk zdawał się żarzyć nagłym ogniem piekielnej pasji...

Groza śmiertelnej paniki unieruchomiła na sekundę muzykantów i publiczność, pogrążając amfiteatr w ścinającej krew ciszy, wśród której zdawało się, iż słychać trzask wybijanych z panewek stawów i suchy chrobot gruchotanych - ponad program - kości cyrkówki.

Naraz rzuciło się ku drzwiom wszystko w gromadnym porywie strachu, rozpychając się, tratując i wrzeszcząc, na scenie zaś mordował dalej zemdlałą w niemym milczeniu skrytobójcy, z zimnym okrucieństwem maniaka furiata, spoliczkowany ręką nierządnicy ku zabawce gawiedzi świętokradczo: igraszka jej błazeństw wszetecznych, jej chwilowy niewolnik, jej od wieków doradca i pan, jej ojciec nieprawy, jej szatan - wąż!