Prolog
1884
Porywisty listopadowy wiatr targał gałęziami grabów rosnących wzdłuż prowadzącego do dworku na Przylesiu żwirowanego podjazdu. Wieczór już czyhał, gotów objąć okolicę kłębami chmur, zwiastującymi deszcz.
Zaprzężony w gniadego ogiera wolant, prowadzony pewną ręką zarządcy dworu, minął główne wejście i zatrzymał się bliżej bocznego, przeznaczonego dla służby. Józef Borek zeskoczył z kozła i poczekał, aż doktor Wawrzyn Matuszewski wysiądzie, osobiście zabrał jego torbę lekarską i dopiero wtedy dał znać stajennemu, żeby odprowadził powóz. Gwałtowny podmuch zafurkotał płaszczami obu mężczyzn i zmusił ich do podtrzymania kapeluszy.
- Psia pogoda! - Matuszewski poprawił zsuwające się z nosa okulary i nie powstrzymał złorzeczenia.
Zarządca tylko przytaknął, nie wiedząc, co mógłby dodać, wszak późną jesienią wiatr i deszcz nie były niczym wyjątkowym.
Józef odgonił łaszące mu się do nóg dwa brytany i jak to on, oszczędnym, ale uprzejmym gestem wskazał lekarzowi, by podążył za nim. Ten się nie ociągał, bo i jemu już chłód zdążył dać się we znaki. Nie pierwszy raz gościł we dworku Sorokinów, Natalia Nikołajewna wzywała go, gdy potrzebowała konsultacji w sprawie zdrowia małego Aleksandra, ale zdecydowanie wolał składać wizyty w czasie letnim, gdy tak wiele się tutaj działo, a otaczający Przylesie prowadzony z wyczuciem przez hrabinę kwiatowy ogród zachwycał feerią barw i zapachów. Najczęściej wraz z pierwszymi zapowiedziami pogorszenia pogody państwo hrabiostwo przenosili się do Petersburga, dlatego doktor Wawrzyn ze zdziwieniem przyjął prośbę Borka, by przyjechał ulżyć hrabiemu Konstantinowi w chorobie, która - jak opowiadał zarządca - wręcz przykuła go do łóżka.
Ledwo zdążyli przed kolejnym uderzeniem przenikliwego wiatru, z ulgą zanurzając się w ciepłą i cichą sień, zwłaszcza Matuszewski po podróży niczym nieosłoniętym wolantem, wychłostany podmuchami zimna, w tej chwili rozmyślał bardziej o gorącym napitku niż o czekającym na badanie pacjencie. "A i zjeść by się przydało, Borkowa znakomitego gulaszu z dziczyzny potrafi nagotować" - skonstatował na swój użytek, nie wypowiadając jednak tego głośno.
Z pospiesznie zapadającą ciemnością wieczoru nadciągnął deszcz, gęste krople szybko zamieniły się w zacinające ukosem strugi. Woda bębniła po gontowanym dachu, uderzała w szyby lub w zamknięte na noc drewniane okiennice. Zgasły pod naporem ulewy zawieszone na ganku latarnie, zrywane z drzew gwałtownymi powiewami żółtawe liście wirowały bezładnie i krótko, zanim mokre zasnuły drogę i pielęgnowany na angielską modę trawnik. Zdawało się, że z każdym nowym uderzeniem nawałnicy coraz większy ziąb przejmuje władzę, przenika ceglane ściany, wygrywa z rozpalonym w kominkach ogniem.
- Stefcia! - zawołał Borek niecierpliwie, oczekiwał przecież, że żona będzie przygotowana na ich przyjazd, tymczasem nigdzie nie było jej widać. Nie chcąc przedłużać, sam odebrał od Matuszewskiego okrycie i mrukliwie wytłumaczył nieobecność małżonki. - Zaproszę szanownego doktora do kuchni, tam teraz najcieplej. Pan hrabia, jak to przed zimą, większość służby kazał odesłać, część tylko z panią i chłopcem wyjechała jak co roku do Petersburga - wyjaśnił niepotrzebnie, wiedza o zwyczajach państwa Sorokinów nie była żadną tajemnicą, ale jak poznał po minie Wawrzyna, doktor nie poczuł się urażony. - Stefa! - Józef znowu podniósł głos, gdy weszli dalej, do wykładanej jasnym drewnem jadalni dla służby, rozgrzanej żarem od schowanego głębiej węglowego pieca.
Matuszewski w pierwszej chwili żachnął się na propozycję, choć nie pokazał tego po sobie, ale kiedy wyobraził sobie niedogrzany salon, bo podczas nieobecności hrabiostwa we dworze na pokojach nie utrzymywano licznego personelu, zdecydował, że woli posiedzieć w przyjemnym cieple, niechby już w jadalni dla służby.
- Proszę siadać, panie konsyliarzu, przy stole. Grzanego piwa dam, a i Stefa pewnikiem zaraz coś ciepłego poda, ja tymczasem się dowiem, kiedy pan hrabia pozwoli... Rozumie pan doktor, już późno się zrobiło - przerwał zakłopotany.
- Rozumiem, panie Borek. Konstantin Aleksandrowicz nigdy nie przepadał za moimi odwiedzinami. - Matuszewski się uśmiechnął i zaraz pogładził wąsy, jakby chcąc ukryć niestosowną wesołość. - Sprawa jednak musi być poważna, skoro hrabia nie zdecydował się na wyjazd - dodał.
Zarządca kiwnął głową. W myślach już planował, czego jeszcze będzie musiał dopilnować, zanim uda się na spoczynek. Znużony był, bo na podróż do Rudy zmitrężył więcej czasu, a i za żoną też już nieco się stęsknił.
Borek zarządzał dworem od niecałych piętnastu lat, przejął niejako obowiązki po swoim ojcu, który u poprzedniego właściciela Przylesia, hrabiego Ostaszewskiego, służył długie lata jako rządca. W zasadzie Józef mógł mówić o sporym szczęściu, które stało się jego udziałem. Do powstania w sześćdziesiątym trzecim pewnie by poszedł, ale rok wcześniej wzięto go do carskiej armii i odbywał służbę poza Królestwem. Zresztą Rosjanie trzymali wszystkich rekrutów pod strażą, zapewne w obawie, by nie dołączyli do rewolty. Kiedy Józef wrócił do Przylesia, ze smutkiem odkrył, że ojciec i starszy brat polegli w trakcie walk w lesie bolimowskim, hrabia Ostaszewski trafił do sybirskiego więzienia, majątek rodzinny zaś został skonfiskowany i teraz należy do hrabiego Konstantina Aleksandrowicza Sorokina. Rosjanin zakupił pewną część udziałów w żyrardowskiej fabryce lnu i na Przylesiu spędzał z rodziną kilka miesięcy w roku. Mimo obaw miejscowych okazał się przyjaźnie nastawiony do Polaków i nie robił trudności, żeby we dworze pozostali wszyscy chętni do pracy. We wsi mówiono, że o matkę Józefa, o której się dowiedział, że jest znakomitą kucharką, nawet zabiegał, mimo udziału jej męża w powstaniu. Za to nowy zarządca, którego Sorokin przyjął na miejsce starego Borka, zupełnie się nie sprawdził, nie miał posłuchu i szybko wyszło na jaw, że trwoni pieniądze. Los zechciał, żeby właśnie wtedy pojawił się Józef. W niedługim czasie, dzięki wstawiennictwu matki, a i sumienności, jaką on sam się wykazał, hrabia powierzył mu obowiązki zarządcy. Tutaj też poznał Stefanię, którą najęto na przyuczenie do jego matki, i szybko stało się to, co według Borka było nieuniknione: zapowiedzi, ślub i nie minęło pół roku, gdy na świat przyszło ich pierwsze dziecko, a właściwie dzieci - dwóch pięknych chłopców: Juliusz i Adam. Poród był ciężki i Stefa utraciła mnóstwo krwi, a potem szczęście już na dobre Józefa opuściło. Najpierw na krup umarł Adaś, a niedługo po nim kostucha zabrała Juleczka. Pomimo usilnych starań, modlitw i zabiegów słynnej w okolicy zielarki Borkowa już więcej w ciążę nie zaszła. Borek jakoś pogodził się z brakiem Bożej przychylności, ale jego żonie przyszło to o wiele trudniej i nie było miesiąca, żeby nie pochlipywała w ukryciu. Dopiero po kilku latach możliwość zajmowania się synem Sorokinów, Aleksandrem, nieco uśmierzyła jej boleść.
Po dłuższej chwili Stefania pojawiła się w drugim wejściu do pomieszczenia kuchennego. Wykrochmalony biały fartuch, narzucony na suknię, wskazywał, że przynajmniej w tej chwili pełni obowiązki nie tylko kucharki, ale także pokojówki. Z uśmiechem powitała lekarza i pewnymi ruchami zaczęła odstawiać przyniesione na tacy brudne naczynia. Maruszewskiemu nie umknęło, że żona zarządcy nadal wygląda kwitnąco jak na swoje lata, a czas nie odjął gibkości jej ruchom, ciągle tak samo zachwycającym, jak wtedy, gdy zdarzyło mu się ją obserwować podczas swojej poprzedniej bytności w dworku.
Ledwie przywitała Matuszewskiego, obrzuciła swojego męża gradem informacji.
- No toć nie krzycz tak, Józef, nie rozdwoję się. Zaniosłam teraz na górę kolację, ale hrabia nie ma apetytu, nawet na rosół z kuropatwy, a przecież zawsze to był jego ulubiony. Kazał za to powiedzieć, że dość się naczekał i spać będzie. - Stefania mitygowała męża, nie przejmując się obecnością doktora Matuszewskiego. Zaraz jednak, rzuciwszy w jego kierunku wymowne spojrzenie, dopowiedziała znacznie łagodniejszym głosem: - Już panu doktorowi naszykowałam pokój na spanie, niech się pan Wawrzyniec nie martwi, porządnie tam kazałam napalić i zaraz podam ciepłej strawy. A i ty, Józef, zjedz, bo cały dzień ci zeszło. - Pokręciła głową z widoczną dezaprobatą. - Martwiłam się, bo ta burza w powietrzu od dawna wisiała.
- Tak wypatrujesz, że jak przyjeżdżamy, to cię nie ma. Po drodze żeśmy przymusowy postój we wsi mieli - mruknął Borek.
- Poród. Komplikacje - wyjaśnił krótko Matuszewski, przysuwając do siebie koszyk z chlebem.
Stefania Borkowa, która właśnie nalewała okraszony kawałkami boczku krupnik, zamarła w pół gestu. Łyżka wazowa wysunęła jej się z dłoni i brzydko szczęknęła o wazę.
- Przepraszam - wymamrotała, odwracając się do mężczyzn. - To nasza Helcia?
- Tak, ale nie czas na to teraz - uciszył jej kolejne pytania Józef. - Niech pan doktor zje w spokoju.
Kobieta bez słowa wróciła do podawania posiłku, choć talerz przed mężem postawiła nieco zbyt mocno, aż gorąca zupa chlapnęła na jego dłoń. Józef, przyzwyczajony do fochów małżonki, ze spokojem sięgnął po serwetę i starannie wytarł ręce, usiłując nie widzieć nieco kpiącego uśmieszku błąkającego się pod wąsem Matuszewskiego.
***
Hrabia Konstantin Aleksandrowicz Sorokin mimo swojej zapowiedzi nie spał. Bezsenność męczyła go od dawna. Nie miał apetytu i odesłał Stefanię, przykazując, żeby dziś nikt go nie niepokoił. Oczywiście wiedział o wizycie lekarza, jednak nie miał już nadziei, że jakiekolwiek jego specyfiki uśmierzą ból choćby na tyle, żeby spokojnie przespał noc. Borek uparł się sprowadzić tego - w ocenie hrabiego - zwykłego konowała, Matuszewskiego, lekceważąc całkowicie wolę swojego chlebodawcy. Rzecz jasna Sorokin nie wątpił, że zachowanie Józefa podszyte jest jedynie troską i poczuciem odpowiedzialności, cechami bardzo pożądanymi, kiedy decyduje się powierzyć zarządzanie posiadłością Polakowi, nie zmniejszało to jednak irytacji na Wawrzyna, za którym hrabia nigdy nie przepadał. Natomiast lubiła go i darzyła uznaniem żona Konstantina, stąd pewnie decyzja Borka, żeby sprowadzić Matuszewskiego, a nie starszego i bardziej cenionego przez hrabiego doktora Jawurka. Druga rzecz, że Natalia Nikołajewna zapewne już napisała do rządcy list z pytaniami o zdrowie męża i gdyby Józef poinformował, że żadnego lekarza przy nim nie było, gotowa sprowadzić jakiegoś z Rosji. A na to Konstantin nie zamierzał wydawać ani rubla.
Leżał więc w niedawno zmienionej przez Stefanię wykrochmalonej pościeli i leniwie przyglądał się zdobieniom na inkrustowanych macicą perłową w kwiatowe motywy gałkach swojego łoża. Szalejące za oknem - wydawałoby się, że w rytm nacierającego wiatru - błyskawice raz po raz rozświetlały pokój, wydobywając z mroku złocenia zdobiące tapety. Ból ku jego zdziwieniu nie dokuczał mu aż tak dotkliwie, jak zazwyczaj, za to ogarniała go nieznana dotąd, dziwna słabość. "Nie potrzeba mi tego konowała. Sam umrę, jeszcze tej nocy" - westchnął w myślach, nie odmawiając nawet sobie sarkazmu. "Dobrze mi było w tej Polsce - myślał dalej, pozwalając leniwie płynąć wspomnieniom. - Lepiej czasem niż w Rosji, choć ten ubiegłoroczny kwietniowy strajk szpularek nieco napsuł mi krwi".
Krwawe starcia robotników z wojskiem na tyle zdenerwowały hrabinę, że w obawie o małego Aleksandra Konstantinowicza omal nie wróciła do Petersburga. Pokłócili się wówczas jak nigdy dotąd i kilka następnych tygodni panowała między nimi zimna cisza. Sorokin przypuszczał, że bardziej niż o zamieszki jego żonie mogło chodzić o ręcznie malowany wazon z chińskiej porcelany, który w gniewie rozbił o ścianę, bo kolejne strajki z sierpnia tego roku zrobiły na niej zdecydowanie mniejsze wrażenie...
Hrabia, pogrążony w przeszłości, niemal przegapił ciche pukanie do drzwi.
- Wejść - nakazał po rosyjsku.
Borek najwyraźniej też nie wierzył, że hrabia zdoła usnąć. Jeszcze kilka tygodni temu pewnie by z tego żartował, ale dziś oddychało mu się na tyle ciężko, że bez potrzeby nie wdawał się w żadne konwersacje.
- Mam wieści, Konstantinie Aleksandrowiczu. - Rosyjski Józefa nie był tak śpiewny, jak potrzeba, ale przynajmniej nie wymawiał słów, jakby się nimi brzydził, co hrabia niejednokrotnie obserwował u Polaków.
- Mów - polecił krótko.
- Orłowska urodziła dziś syna. Może i dobrze, żem z doktorem wracał. Stara Wiskówna, akuszerka, wołała o pomoc, bo dzieciak wyjść nie chciał. Mówili, że w drugą stronę ułożony. - Borek umilkł, zbierał siłę na dalsze słowa.
- To wszystko? - ponaglił go w końcu Sorokin.
- Nie, panie hrabio... Orłowska nie przeżyła.
Konstantin posmutniał. Helenka zwabiła go smukłą kibicią i delikatnością. Czerwieniła się niczym pensjonarka, gdy wołał ją do swojego gabinetu na pieszczoty, wykorzystując czas codziennej przechadzki Natalii Nikołajewny. Ach, cudowna była jej świeżość i hrabiemu zrobiło się żal, że już nigdy nie posmakuje skóry na jędrnych piersiach swojej ulubionej kochanki. Owszem, ciąża była utrudnieniem, zwłaszcza że dziewka się uparła i nie chciała jej spędzić, czemu Sorokin, powodowany słabością do młódki, uległ, obiecał nawet uznać dziecko, ale postawił warunek, że jeśli Hela zostanie przy dworze, to da jej na wykształcenie dzieciaka, gdy urodzi się chłopak, lub na posag, gdy dziewuszka, i nie zamierzał tego zobowiązania wycofywać, ale na nic więcej Orłowska liczyć nie może. Konstantin nie miał złudzeń, że i jego małżonka, i cała dworska służba doskonale się domyślali, skąd ciąża u młodziutkiej Helenki. Jednak co innego plotki, a co innego gdyby jednoznacznie nie wykluczył nieślubnego potomka z testamentu, czego, oczywiście, hrabia nie planował, bo z pewnością uraziłby Natalię Nikołajewnę - a na to tym bardziej nie było go stać. Hrabina mogła przymykać oko na brzuch jego kochanki, ale nawet minimalny udział bękarta w spadku nie wchodził w grę.
- Wiesz, Józefie Antonowiczu, gdzie są moje zapisy, prawda? Dopilnuj, żeby trafiły gdzie trzeba. I na pogrzeb Orłowskiej możesz wziąć z kasy odpowiednią sumę. - Uniósł się lekko na łokciu i przez najbliższą minutę zanosił się kaszlem.
Borek podał mu rozcieńczone wodą wino, do którego dodał porcję uśmierzającego ból laudanum, i cofnąwszy się o krok, czekał cierpliwie, a odezwał się dopiero, kiedy atak minął i Sorokin wypił lekarstwo.
- Jak hrabia sobie życzy. Dopilnuję wszystkiego i do kancelarii notarialnej Goldbluma akt urodzenia dziecka przekażę - zapewnił i skłonił głowę.
Pomyślał przy tym, że jego chlebodawca wygląda dziś nieco lepiej niż jeszcze przed tygodniem, i zdziwiła go ta nagła dyspozycja, jakby Sorokin już żegnał się ze światem. Chciał nawet coś na ten temat napomknąć, ale w tym samym momencie Konstantin dał znać, żeby Józef przybliżył się do łóżka.
- Weźmiecie chłopaka na wychowanie? - zaproponował. Myśl powstała nagle w jego głowie, niczym iskra, i hrabia schwycił ją w ostatniej chwili. - Nie macie ze Stefanią dzieci, to nikt nie będzie się szczególnie dziwił.
- Oczywiście, Konstantinie Aleksandrowiczu.
- A teraz już mnie zostaw - jęknął i opadł na poduszki. - Tego konowała po śniadaniu przyprowadź.
Józef bez słowa spełnił polecenie. To także lubił w nim Sorokin - nie mielił niepotrzebnie językiem, stronił od zabaw z pijatykami, za to zawsze hrabia mógł na niego liczyć.
Konstantin ułożył się wygodniej i zamknął oczy. Poczuł nagłą ulgę i spokój. "Może prześpię noc" - pomyślał z nadzieją i po raz pierwszy nie ogarnął go lęk, że sześćdziesiąty rok jego życia okaże się ostatnim. Słuchał wiatru uderzającego deszczem o szyby i błądził myślami wokół Heleny i nowo narodzonego syna, co rusz wracając do wspomnień o małym Aleksandrze, którego po wielu latach nieudanych starań o ciążę wydała na świat jego ukochana Natka. Nie przypuszczał wtedy, że jeszcze kiedykolwiek doczeka się potomka. Obrazy się mieszały, nakładały na siebie, przenikały, aż przestał odróżniać jawę od majaków. Ból odszedł od niego całkowicie, a wraz z nim świadomość.
Konstantin Aleksandrowicz Sorokin zmarł we śnie jeszcze tej nocy.