PROLOG
Suszarka bębnowa stojąca na pralce wydała tępy odgłos, gdy ubrania w niej zawirowały. W jednym z pomieszczeń w piwnicy, służącym za pralnię, unosiły się wilgoć i ciepło, które szybko docierały do drugiego pokoju przy schodach. Kartonowe pudła i styropian z opakowań po nowych sprzętach AGD stały w dwóch rzędach przy wejściu. W kącie znajdował się stół do ping-ponga, a na nim poskładane ubrania. Nie było widać siatki ani rakietek, najwyraźniej od dawna nikt już na nim nie grał. Z żelaznej obręczy zamontowanej w suficie, na środku pomieszczenia, zwisała lina z pętlą na końcu.
Scott Davies zerknął do sąsiedniego pokoju, na sfatygowane schody bez poręczy, które prowadziły do holu na parterze. Pod nimi stała skórzana sofa, a naprzeciwko niej wisiał ekran projektora. Przy jednej ze ścian stały wąskie, wysokie regały z filmami DVD i Blu-ray. Żadne pudełko nie wystawało ani nie leżało z boku. Wszystkie były w idealnie równej linii, co potęgowało wrażenie pedantycznego porządku. Zaciekawiony Scott zbliżył się do regałów. Uśmiechnął się. Nie zdziwiło go, że były tam głównie seriale dokumentalne o amerykańskich konfliktach zbrojnych. Począwszy od wojny secesyjnej w XIX wieku i wojen światowych po Koreę, Wietnam i Afganistan. W zbiorach było bardzo mało filmów fabularnych, lecz Daviesowi udało się kilka znaleźć. Coś mu podpowiadało, że Philip Richards wieczorami nie oglądał z żoną komedii romantycznych ani dramatów.
Scott wyłączył lampy w obu pomieszczeniach i wrócił do pralni. Zrobiło się zupełnie ciemno. Jedynym źródłem światła była zielona lampka alarmu przy drzwiach wejściowych, ale to wystarczyło, by dostrzec ich zarys. Po chwili Scott dostrzegł także pętlę. A może tylko wydawało mu się, że widzi ją przed sobą - przecież wiedział, że lina tam jest. Wyjął broń i usiadł na krześle tuż przy wejściu do sąsiedniego pokoju. Trzymał pistolet oparty na udzie. Nie spuszczał wzroku z drzwi wejściowych.
Czekał.
Wkrótce usłyszał szczęk klucza w zamku.
Davies wyprostował się i położył palec na spuście. Zamek kliknął. Ktoś wyciągnął klucz. Usłyszał szuranie, a klamka zatrzeszczała, gdy ktoś ją nacisnął.
Drzwi otworzyły się, wpuszczając światło z lampki z czujnikiem przy wejściu. Scott siedział za daleko, więc jasny snop go nie dosięgnął. Pozostał w ukryciu. Nie poruszył żadnym mięśniem. Nawet nie oddychał.
Zdecydował, że pozwoli mu najpierw wejść.
Richards miał na sobie mundur generalski z trzema gwiazdkami. Do jego obowiązków należało uczestniczenie w wielu spotkaniach i zebraniach. Dziś był na uroczystości ku czci poległych w tym roku żołnierzy.
Co za pieprzony hipokryta.
Richards zamknął za sobą drzwi i włączył światło. Scott znalazł się nagle w pełnym świetle i przypominał teraz mówcę na scenie. Generał wzdrygnął się i przez chwilę Davies myślał, że mężczyzna dostał ataku serca. Jednak po chwili okazało się, że nie - ku lekkiemu rozczarowaniu Scotta. Zaoszczędziłoby mu to czasu.
- Kurwa! - krzyknął Richards. - Co ty tu, do cholery, robisz?
Nie zauważył jeszcze broni.
Davies się uśmiechnął.
- Witaj, Philipie - powiedział, unosząc pistolet. - Zanim spróbujesz czegoś głupiego, chcę ci tylko powiedzieć, że mój kolega stoi w sypialni na górze z bronią wycelowaną w głowę twojej żony. - Podniósł wolną rękę. - Spokojnie. Ona śpi i nie ma o niczym pojęcia.
Richards zmarszczył brwi. W ręku wciąż trzymał teczkę. Ozdoby na jego lewej piersi były liczne i wielobarwne, a na ramionach błyszczały trzy srebrne gwiazdy.
- Co masz na myśli...?
- Jeśli coś zrobisz, ona natychmiast umrze - przerwał Scott. Wyjął telefon i wstał. Podał go generałowi. - Przekonaj się sam.
Richards potrząsnął delikatnie głową. Spojrzał na pistolet w dłoni Daviesa. Wiedział równie dobrze, jak atakujący, że nie ma z nim szans. Scott był od niego dwadzieścia lat młodszy i znacznie lepiej wyszkolony, zwłaszcza w walce wręcz. Davies puścił nagranie, przedstawiające śpiącą żonę Richardsa.
- To nie jest film - zauważył. - To dzieje się w tej chwili. Połączyłem się z kolegą przez aplikację.
Richards schylił się ostrożnie i odłożył teczkę na podłogę. Potem spojrzał na pętlę i zamknął oczy.
- Czy tak to się ma skończyć? - zapytał cicho.
Scott skinął głową i cofnął się o kilka kroków, robiąc miejsce dla generała.
- Twój czas na ziemi dobiegł końca. Dziękujemy ci za twoje usługi. Bez twojej pomocy nigdy nie zaszlibyśmy tak daleko.
Richards zacisnął pięść.
- Uspokój się - ostrzegł Scott. - Albo twoja żona umrze. Jej życie jest w twoich rękach. Rób, co mówię, a będzie żyła, masz moje słowo. Jeśli zaczniesz się awanturować, oboje zginiecie.
Philip ponownie zamknął oczy i się skrzywił, jakby same słowa Daviesa sprawiały mu fizyczny ból.
- Nie rób jej krzywdy - wyszeptał.
- Masz moje słowo.
Richards ostrożnie skinął głową, ale było widać, że gorączkowo próbuje zyskać na czasie.
Jednak moment zadania ostatecznego ciosu zbliżał się nieuchronnie.
- Jest jeszcze twój syn, Joseph - odezwał się Scott. - Wkrótce kończy studia w West Point, prawda?
Richards wybuchnął płaczem.
- Proszę, zrobię wszystko.
- Znasz zasady tej gry. - Davies skinął w stronę stołu do ping ponga. - Przeczytaj to i podpisz.
- Co to jest?
- Twój list pożegnalny. - Scott wzruszył ramionami. - Pokrótce opisujesz, dlaczego nie możesz już żyć z powodu prześladujących cię koszmarów. Naoglądałeś się niewyobrażalnych okropieństw, pamiętasz także masę błędnych decyzji przełożonych, przez które poległo wielu żołnierzy. To było całkowicie niepotrzebne i bezsensowne. Nie możesz dłużej żyć ze świadomością, że wysłałeś tak wielu młodych Amerykanów na śmierć. - Davies rozłożył ręce. - Bla, bla, bla.
Richards skierował się w stronę stołu. Podniósł list i przeczytał go po cichu. Odłożył kartkę.
- Nie mam nic do pisania.
- Proszę. - Scott podał mu długopis, który nosił w kieszeni spodni. - Tylko nie próbuj mnie teraz nim dźgnąć, to bardzo skomplikuje sprawę. Będę wtedy musiał zabić wielu ludzi i to tylko dlatego, że byłeś nieposłuszny. Nie potrzebujemy tego, prawda?
Ręka Richardsa zadrżała. Podpisał w milczeniu list i odłożył długopis.
- Fałszywe żmije - wysyczał. - Nabieraliście mnie od samego początku.
- Oczywiście. - Scott cofnął się o krok. Nie dlatego, że się bał, chciał po prostu mieć więcej miejsca, gdyby musiał się bronić, co było jednak mało prawdopodobne, bo Richards musiałby zaryzykować życie swojej żony i syna. - Nie będziemy dzielić się pieniędzmi i nie potrzebujemy żadnych niewygodnych świadków. Zwłaszcza teraz, gdy ujawniłeś wszystko tej pieprzonej dziwce.
Generał zamknął oczy i wykrzywił usta w grymasie.
- Myślisz, że cię nie obserwowaliśmy? - zapytał z uśmiechem Scott.
- Więc to wszystko było na nic? - Richards westchnął z rezygnacją.
- Oczywiście, że nie! Poświęcenie twoje i innych uratuje wiele istnień, a nasza praca będzie kontynuowana. Nie zatrzymamy się teraz, bo wtedy te działania rzeczywiście nie miałyby sensu. - Scott się uśmiechnął. - Po prostu nie zobaczysz rezultatu, nie przejdziesz na emeryturę i nie przeżyjesz swoich ostatnich lat w luksusie.
- Wy dranie! - Richards zbliżył się o krok do Scotta.
- Twoja rodzina! Pamiętaj, że jesteś za nich bezpośrednio odpowiedzialny. To, co teraz zrobisz, zadecyduje o tym, czy przeżyją.
Generał się zatrzymał. Oddychał ciężko, wpatrując się w Daviesa zmrużonymi oczami. Stał tam, jak byk gotowy do szarży.
- Nie masz wyboru - powiedział Scott. - Zaakceptuj stratę i zejdź z tego świata ze świadomością, że uratowałeś życie swoich bliskich.
Oddech Richardsa trochę się uspokoił. Jego ramiona opadły, spuścił wzrok. Po chwili ponownie podniósł głowę i otarł łzy.
- W porządku - powiedział. - Zrobię, co zechcesz.
- Dobrze. - Scott skinął w stronę pętli. - Nie ma sensu tego przeciągać. - Wziął krzesło i pchnął je po podłodze w kierunku Richardsa. - Stań na nim i przeciągnij pętlę przez głowę.
Generał wykonywał polecenia jak zahipnotyzowany. Wszedł na krzesło i chwycił linę.
- Pozwolisz im żyć, prawda?
- Daję ci moje słowo. - Scott przyłożył dłoń do serca. - Przysięgam na swoje życie. Naprawdę. Twoja żona znajdzie cię jutro rano. Będziesz żył w jej pamięci jako ukochany mąż i ojciec. Nikt nie dowie się o tym, co zrobiłeś i umrzesz z honorem. - Davies nie miał powodu, by kłamać. Żona i syn Richardsa mieli zostać oszczędzeni, nie trzeba było ich mordować. Nie teraz, gdy Philip się opamiętał. Nikt nie powinien podejrzewać, że został zamordowany. - Załóż pętlę.
Richards przełknął głośno ślinę, ale był posłuszny. Stanął na baczność, wyprostowany jak struna, z niewzruszonym wyrazem twarzy.
- Wybacz mi moje grzechy - powiedział, spadając z krzesła.
Gdy lina się naprężyła, szarpnęło ciałem, a generał zawisł nad podłogą. Jego ręce powędrowały prosto do pętli, która uniemożliwiała mu zaczerpnięcie powietrza. Kopał nogami, a jego ręce desperacko próbowały złapać się liny, ale na próżno.
To była spodziewana reakcja. Gdy nadszedł krytyczny moment, instynkt przetrwania wziął górę.
Scott stał w milczeniu, obserwując ostatnie sekundy życia generała. Jego ruchy stały się wolne i chaotyczne. Ręce nie mogły już utrzymać się w górze i opadły. Nogi przestały kopać, a ciałem wstrząsnęły drgawki, zanim całkowicie się zatrzymało. Richards stracił przytomność i miał umrzeć w ciągu kilku minut.
Scott stał przez chwilę, po czym zasalutował.
Przecież właśnie widział, jak generał odbiera sobie życie.