Jedyni dobrzy Indianie - Stephen Graham Jones

Kup ebooka

35.00 zł
29.75 zł (26,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Williston, Dakota Północna

Wil­li­ston, Dakota Pół­nocna

Nagłó­wek dla Richarda Boss Ribs będzie brzmiał: india­nin zabity w bójce przed barem.

Można to i tak ująć.

Ricky zatrud­nił się przy wier­ce­niach w Dako­cie Pół­noc­nej. Ponie­waż był jedy­nym India­ni­nem w eki­pie, nazy­wali go Wodzem. Ponie­waż był młody i - naj­praw­do­po­dob­niej - zatrud­niony tylko tym­cza­sowo, zawsze wysy­łali go na dół, żeby napro­wa­dzał łań­cuch. Za każ­dym razem, gdy wra­cał z kom­ple­tem pal­ców, pozdra­wiał wszyst­kich przy wieży gestem unie­sio­nych kciu­ków. Poka­zy­wał, że jest far­cia­rzem, któ­rego nic się nie ima.

Ricky Boss Ribs.

Zwiał z rezer­watu zaraz po tym, jak jego młod­szy brat Che­eto przedaw­ko­wał w cudzym salo­nie, przed tele­wi­zo­rem nasta­wio­nym - tak powie­dzieli Ricky'emu - na odbiór sygnału z kamery na par­kingu przed super­mar­ke­tem. Ta myśl nie dawała Ricky'emu spo­koju. Ten kanał oglą­dali tylko naprawdę naj­starsi ze sta­rych; nie­ustan­nie przy­po­mi­nał im, jak bar­dzo gów­niane jest życie w rezer­wa­cie, jak bar­dzo nudne i bez­sen­sowne. A jego młod­szy brat ni­gdy nie oglą­dał nawet nor­mal­nej tele­wi­zji, nie był w sta­nie wysie­dzieć spo­koj­nie przed ekra­nem. Wolał czy­tać komiksy.

Zamiast drep­tać w kółko pod­czas czu­wa­nia przy zwło­kach, a póź­niej ster­czeć na rodzin­nej par­celi za East Gla­cier, gdzie wszy­scy par­ko­wali na leśnej dro­dze i potem musieli pod­je­chać aż pod same groby, żeby zawró­cić, Ricky czmych­nął do Dakoty Pół­noc­nej. Począt­kowo celo­wał w Min­ne­apo­lis, znał tam parę dziew­czyn, ale w pół drogi natknął się na naf­cia­rzy, któ­rzy wer­bo­wali do roboty i powie­dzieli mu, że chęt­nie zatrud­niają Indian ze względu na ich wro­dzoną odpor­ność na zimno. To ozna­czało, że może w zimie nie będą zwal­niać.

Sie­dząc w małej poma­rań­czo­wej przy­cze­pie kem­pin­go­wej, w któ­rej roz­ma­wiali, Ricky kiwał głową, tak, to prawda, Czarne Stopy nie mar­zną, i nie, nie zwieje w poło­wie tygo­dnia i nie zostawi ich na lodzie. Nie powie­dział im, że odpor­ność na zimno nie bie­rze się z faktu, że czło­wiek ma gów­niane ciu­chy, tylko po pro­stu po jakimś cza­sie prze­staje narze­kać, bo od narze­ka­nia nie robi mu się cie­plej. Nie wspo­mniał też o tym, że po pierw­szej wypła­cie rusza dalej, do Min­ne­apo­lis, do widze­nia pań­stwu.

Bry­ga­dzi­sta, z któ­rym roz­ma­wiał, był gruby, ogo­rzały i taki jakby jasno­włosy, z brodą jak dru­ciak do mycia naczyń. Kiedy wycią­gnął rękę ponad sto­łem, żeby uści­snąć dłoń Ricky'ego i spoj­rzeć mu w oczy, ota­cza­jący ich świat współ­cze­sny znik­nął na całe dłu­gie mgnie­nie oka i nagle zna­leźli się w płó­cien­nym namio­cie, bry­ga­dzi­sta był w mun­du­rze ofi­cera kawa­le­rii, a Ricky już kom­bi­no­wał, jak zdo­być taki mun­dur z mosięż­nymi guzi­kami, i w ogóle nie myślał o leżą­cym na stole doku­men­cie, na któ­rym przed chwilą zło­żył pod­pis.

Przez ostat­nie kilka mie­sięcy takie prze­skoki zda­rzały mu się coraz czę­ściej, od czasu mar­nych zimo­wych łowów aż do teraz, do tej roz­mowy o pracę, bez prze­rwy nawet na śmierć Che­eta na tam­tej kana­pie.

Che­eto nie nazy­wał się tak od uro­dze­nia, ale miał piegi i poma­rań­czowe włosy, więc też nie­ła­two mu się było tego imie­nia pozbyć.

Ricky zasta­na­wiał się, jak wypadł pogrzeb. I czy jakiś mulak posztur­chuje w tej chwili nosem dru­ciane ogro­dze­nie dookoła tych wszyst­kich nie­ży­wych Indian. Cie­kawe, co taki jeleń naprawdę tam widzi; może po pro­stu bie­rze dwu­nogi na prze­cze­ka­nie?

Che­etowi na pewno by się spodo­bał, pomy­ślał Ricky. Che­eto ni­gdy nie nale­żał do tych dzie­cia­ków, które wcze­śnie wstają, żeby o świ­cie być już w lesie. Lubił piwo i nie lubił zabi­ja­nia, pew­nie naj­chęt­niej zostałby wege­ta­ria­ni­nem, gdyby w rezer­wa­cie taka opcja wcho­dziła w grę. Przez te poma­rań­czowe włosy i tak był już łatwym celem, gdyby na doda­tek żywił się zie­le­niną jak kró­lik, jesz­cze wię­cej dur­nych Indian usta­wia­łoby się w kolejce, żeby go zała­twić.

A potem i tak umarł na tej kana­pie, i to nawet nie z cudzej ręki, tylko z wła­snej, i wła­śnie wtedy Ricky doszedł do wnio­sku, że czas spie­przać z rezer­watu. Pew­nie, przez tydzień albo dwa mógł być popy­cha­dłem u naf­cia­rzy. Tak jak mógł pomiesz­kać w huś­ta­nej wia­trem przy­cze­pie z trójką bia­łych chło­pa­ków. Nie miał nic prze­ciwko temu, żeby nazy­wali go Wodzem, cho­ciaż miał świa­do­mość, że gdyby żył w cza­sach wojen ple­mien­nych i polo­wań na bizony, byłby zwy­kłym ciurą obo­zo­wym. Obo­jętne, jak w epoce łuków i strzał nazy­wano takich prze­cięt­nia­ków jak on, taka wła­śnie byłaby rola Ricky'ego Boss Ribs.

W dzie­ciń­stwie natknął się w biblio­tece na ilu­stro­waną książkę o sta­dach bizo­nów zaga­nia­nych przez Czarne Stopy na skraj Urwi­ska Zmiaż­dżo­nej Głowy, czy jak ono się tam nazy­wało, i ska­czą­cych w prze­paść. Pamię­tał, że boha­ter tej książki, młody chło­pak, wyty­po­wany do tego, żeby w narzu­co­nej na ramiona pele­ry­nie z cie­lę­cej skóry pędzić na prze­dzie przed bizo­nami, wygry­wał wszyst­kie wyścigi, w któ­rych dzie­ciaki rywa­li­zo­wały na oczach star­szy­zny, i naj­le­piej wspi­nał się na drzewa, bo musiał być szybki, żeby nie dać się stra­to­wać tym wszyst­kim tonom mięsa, i mieć silne, zręczne ręce, żeby po skoku w prze­paść zła­pać się przy­wią­za­nej do szczytu urwi­ska liny i bez­piecz­nie zawi­snąć na niej przy ścia­nie.

Jakie to było uczu­cie, tkwić tam nie­ru­chomo, gdy na wycią­gnię­cie ręki szy­bo­wały w powie­trzu kolejne roz­ry­czane bizony, naj­pew­niej na sztyw­nych nogach, nie­pewne, kiedy dotkną ziemi? Jakie to było uczu­cie, dostar­czać mięsa całemu ple­mie­niu?

W ostat­nie Święto Dzięk­czy­nie­nia pra­wie to zro­bili, Ricky, Gabe, Lewis i Cass, naprawdę chcieli to zro­bić, chcieli choć raz stać się takimi wła­śnie India­nami, poka­zać wszyst­kim w Brow­ning, jak to się robi, ale wtedy syp­nęło obfi­cie mokrym śnie­giem, wszystko się popie­przyło i Ricky wylą­do­wał w Dako­cie Pół­noc­nej, jakby nie wie­dział, że nie ma tu czego szu­kać.

Jebać to.

W Min­ne­apo­lis zapo­luje co naj­wy­żej na taco i jakieś wyro.

A tym­cza­sem wystar­czy mu to piwko.

Klien­tami baru byli sami naf­cia­rze. Na razie obe­szło się bez bitki, ale wie­czór był jesz­cze młody. Był jesz­cze jeden India­nin, chyba Dakota: pocią­gał z flaszki w kącie obok sto­łów bilar­do­wych. Ski­nął Ricky'emu głową na powi­ta­nie, Ricky odpo­wie­dział w ten sam spo­sób, ale poza tym dzie­lił ich dystans nie mniej­szy niż Ricky'ego i resztę jego ekipy.

Co waż­niej­sze, była tam też blond kel­nerka, balan­su­jąca w tłu­mie tacą pustych kufli. Śle­dziło ją co naj­mniej pięć­dzie­siąt par oczu. Ricky'emu przy­po­mi­nała wysoką dziew­czynę, z którą Lewis w lipcu uciekł do Great Falls; pew­nie dawno puściła go kan­tem, więc Lewis sie­dzi gdzieś tam w takim samym barze jak ten i tak samo otwiera piwo.

Ricky uniósł butelkę w geście powi­ta­nia na wskroś dzie­lą­cych ich mil.

Cztery piwa i dzie­więć pio­se­nek coun­try póź­niej stał w kolejce do pisu­aru. Kolejka zaczy­nała się już w holu, a kiedy poprzed­nio szedł się odpry­skać, było widać, że goście leją już także do umy­walki i kosza na śmieci. Już wtedy powie­trze w kiblu miało żółty odcień i ziar­ni­stą fak­turę, pra­wie zgrzyt­nęło mu w zębach, kiedy nie­chcący otwo­rzył usta. Nie było gorzej niż w sra­czu przy wieży wiert­ni­czej, ale na wieży można też było roz­piąć spodnie i lać gdzie popa­dło w ple­ne­rze.

Cof­nął się do baru, dopił piwo, bo gliny wprost uwiel­biają przy­ła­pać India­nina z flaszką pod gołym nie­bem, prze­pchnął się do drzwi, żeby się prze­wie­trzyć i - być może - obsi­kać jakiś słu­pek w pło­cie, który roz­pacz­li­wie dopo­mi­nałby się o pod­la­nie.

Przy wyj­ściu bram­karz zatrzy­mał go, kła­dąc mu masywne łap­sko na piersi, i pora­dził, żeby może jed­nak nie wycho­dził; mówił coś o limi­cie gości w barze i zale­ce­niach straży pożar­nej.

Ricky wyj­rzał przez otwarte drzwi na gro­madę cze­ka­ją­cych na wej­ście robot­ni­ków i kow­bo­jów. Ich oczy zabły­sły, cho­ciaż nie było w nich cie­nia prośby. Musiałby odstać swoje w tej kolejce, żeby wejść z powro­tem - tyle że w tej chwili decy­zja nie nale­żała już do niego, prawda? Za jakieś dzie­więć­dzie­siąt sekund, nie wię­cej, tak czy ina­czej zacznie lać, więc jeśli miał jaką­kol­wiek szansę zro­bić to w miej­scu, w któ­rym się nie obszcza... Cóż.

Chęt­nie postoi potem pół godziny przed barem, żeby znów móc się poga­pić na tę blond kel­nerkę. Obró­cił się bokiem i prze­śli­znął obok bram­ka­rza, ski­nąw­szy mu głową na znak, że wie, co robi. Pierw­szy naf­ciarz z kolejki już pchał się na jego miej­sce.

Nie miał nawet czasu przejść na sztyw­nych nogach na tyły, gdzie cuch­nące worki z odpad­kami zastę­po­wały śmiet­nik. Ruszył przed sie­bie, wszedł pro­sto w morze pic­ku­pów zapar­ko­wa­nych przed barem z grub­sza w rów­nych rzę­dach i zaczął lać, zanim dobrze się zatrzy­mał. Sik­nęło jak z węża stra­żac­kiego, aż musiał się odchy­lić w tył.

Zamknął oczy z czy­stej roz­ko­szy, jakiej nie czuł od tygo­dni. Kiedy je otwo­rzył, odniósł wra­że­nie, że nie jest już sam.

Otrzą­snął się.

Tylko głupi India­nin prze­py­cha się jakby ni­gdy nic obok bia­łych robo­cia­rzy, któ­rzy są świę­cie prze­ko­nani, że zaj­mo­wane przez niego miej­sce w barze należy się - z mocy prawa - im, nie jemu. Nie prze­szka­dza im Wódz w roli poma­giera przy wier­ce­niach, ale kiedy roz­cho­dzi się o to, kto będzie się mógł gapić na białą kobietę, sprawy nagle zaczy­nają wyglą­dać zupeł­nie ina­czej, prawda?

Głupi, zru­gał się w duchu Ricky. Głupi, głupi, głupi.

Pod­niósł wzrok na maskę samo­chodu, po któ­rej zamie­rzał się prze­śli­znąć, i dalej, na pakę ładun­kową pic­kupa, na którą zamie­rzał póź­niej wsko­czyć; miał nadzieję, że nie jest pełna nie­spo­dzia­nek, na któ­rych można skrę­cić kostkę. Banda bia­łych z łatwo­ścią może wkle­pać India­nina w zie­mię, bez dwóch zdań, takie rze­czy zda­rzają się na HiLine co tydzień. Naj­pierw jed­nak muszą go zła­pać. Odkąd zaś stał się o dobre trzy funty cie­czy lżej­szy i szybko trzeź­wiał, nawet były zawo­dowy fut­bo­li­sta nie miałby ani cie­nia szansy, by cap­nąć go za koł­nierz.

Uśmiech­nął się pod nosem i kiw­nął głową, żeby dodać sobie odwagi. W myślach się­gnął po broń, która nie mie­ściła mu się cała w gło­wie, a którą w rze­czy­wi­sto­ści trzy­mał za sie­dze­niem pic­kupa pozo­sta­wio­nego przy wieży. Wyjeż­dża­jąc z Brow­ning, zabrał wszyst­kie strzelby i kara­biny, nawet te nale­żące do wujów i dziadka (trzy­mano je wszyst­kie w jed­nej szafce przy drzwiach), i zgar­nął galo­nową torbę foliową pełną naj­róż­niej­szych nabo­jów. Któ­reś musiały paso­wać.

Spo­dzie­wał się, że po przy­by­ciu do Min­ne­apo­lis będzie potrze­bo­wał pie­nię­dzy, a broń naj­ła­twiej upłyn­nić. Tyle że po dro­dze tra­fiła mu się robota, a potem zaczął roz­my­ślać o tym, w jaki spo­sób wujo­wie zaopa­trzą swoje lodówki przed zimą.

Na roz­le­głym par­kingu robo­ciar­skiego baru w Dako­cie Pół­noc­nej Ricky przy­siągł solen­nie, że ode­śle całą broń z powro­tem do domu. Tylko czy będzie musiał zde­mon­to­wać zamki i wysłać je w osob­nych pacz­kach? Tak żeby kara­biny prze­stały być kara­bi­nami?

Tego nie wie­dział, wie­dział nato­miast, że w tej chwili bar­dzo by mu się przy­dała pół­au­to­ma­tyczna śru­tówka kali­ber .3006 - w razie potrzeby mógłby z niej strze­lać, ale przede wszyst­kim mógłby nią mach­nąć raz i drugi. Lufa zosta­wiała ładne pół­księ­ży­co­wate ślady na policz­kach, czo­łach i klat­kach pier­sio­wych, a kolba ide­al­nie nada­wała się do gru­cho­ta­nia szczęk.

Może legnie tu, na tym par­kingu, w kałuży wła­snych szczyn, ale usmo­lone białe chło­paki zapa­mię­tają tę Czarną Stopę i na przy­szłość dwa razy się zasta­no­wią, czy cze­piać się takiego jak on, gdyby znów poja­wił się w ich barze.

Żało­wał, że nie ma z nim Gabe'a. Gabe lubił takie kli­maty, zabawy w Indian i kow­bo­jów na wszyst­kich par­kin­gach świata. Wydałby ten swój durny okrzyk wojenny i poszedł na całość. Każdy dzień z jego nie­do­rzecz­nego życia był dla niego jak dzień sprzed stu pięć­dzie­się­ciu lat.

Kiedy Gabe był przy nim... Ricky zmru­żył oczy i jesz­cze raz ski­nął głową, żeby dodać sobie otu­chy, choćby uda­wa­nej. Żeby choć tro­chę upodob­nić się do Gabe'a. Bo przy Gabie sam miał ochotę wydać taki okrzyk, a wtedy, odwró­ciw­szy się do bia­łych chło­pa­ków, mógłby się poczuć tak, jakby trzy­mał w ręce toma­hawk; jakby twarz miał poma­lo­waną w gru­zło­wate, kon­tra­stowe czer­nie i biele, może z dodat­kiem gru­bej na palec czer­wo­nej kre­chy na pra­wym policzku.

W takich chwi­lach ubywa czło­wie­kowi lat.

- No dobra - powie­dział.

Zaci­snął pię­ści, pierś zafa­lo­wała mu gwał­tow­niej, i odwró­cił się, żeby mieć to z głowy. Zęby zwarł tak mocno, że nawet gdyby nadział się w tej chwili na czyjś kułak, nie­spe­cjal­nie by nim to wstrzą­snęło. Ale...

Nikogo nie ma?

- Co jest, do... - zaczął i ugryzł się w język.

Coś jed­nak tu było.

Ogromny ciemny kształt gra­mo­lił się na maskę per­ło­wo­bia­łego nis­sana 280Z, który wyglą­dał jak z innej pla­nety. Nie był to koń, któ­rego odru­chowo sobie wyobra­ził. Uśmiech­nął się: to był jeleń. Wapiti. Duży, musku­larny młody samiec z nie­roz­ga­łę­zio­nym poro­żem, za głupi, żeby się zorien­to­wać, że to miej­sce dla ludzi, nie dla zwie­rząt. Prych­nął, sko­czył i zde­rzył się z pic­ku­pem zapar­ko­wa­nym z pra­wej strony; śliczna pochyła maska małego nis­sana zaklę­sła się w środku od racic, a po bokach wywi­nęła do góry jak taco, ale nis­san przy­naj­mniej gło­śno nie pro­te­sto­wał. Za to ude­rzony przez jele­nia pic­kup poczuł się wyraź­nie ura­żony: alarm zawył dono­śnie i zwie­rzak wrył racice w zie­mię. Zamiast jed­nak wybrać któ­rąś z dwu­dzie­stu oczy­wi­stych dróg ucieczki przed prze­raź­li­wym wyciem, przegra­mo­lił się przez maskę jazgo­czą­cego pic­kupa i zsu­nął się na zie­mię po jego prze­ciw­nej stro­nie.

Jak pijany grzmot­nął w kolejny samo­chód, i jesz­cze jeden. Wszyst­kie alarmy zawyły. Wszyst­kie reflek­tory zaczęły bły­skać.

- Co w cie­bie wstą­piło, gościu? - zdu­miał się Ricky.

Był pod wra­że­niem, ale nie trwało to długo, bo jeleń zawró­cił w przej­ściu mię­dzy samo­cho­dami, spu­ścił łeb jak cał­kiem doro­sły byk i popę­dził pro­sto na niego.

Ricky rzu­cił się w bok, na sąsiedni samo­chód. Włą­czył się kolejny alarm.

- Masz coś do mnie? - zawo­łał i się­gnął na oślep na pakę naj­bliż­szego wozu.

Ścią­gnął stam­tąd prze­ro­śnięty klucz nastawny bez dol­nej szczęki, w sam raz do odstra­sze­nia zwie­rzę­cia. Taką przy­naj­mniej miał nadzieję.

Mniej­sza z tym, że jeleń był od niego dobre pięć­set fun­tów cięż­szy.

I że gene­ral­nie jele­nie się tak nie zacho­wują.

Usły­szaw­szy prych­nię­cie za ple­cami, okrę­cił się w miej­scu, zamach­nął i zaokrą­gloną główką klu­cza tra­fił pro­sto w boczne lusterko wyso­kiego forda. Ford roz­ja­zgo­tał się wście­kle, zaczął bły­skać wszyst­kimi posia­da­nymi lam­pami, a gdy Ricky ponow­nie odwró­cił się na dźwięk skro­bią­cych po ziemi racic, stwier­dził, że to nie racice, tylko buty.

Wszy­scy robot­nicy i kow­boje z kolejki przed barem.

- Ale to on... to on... - wyją­kał.

Ści­skał klucz jak łyżkę do opon. Wszyst­kie samo­chody w pobliżu krzy­czały z bólu, oświe­tla­jąc wyrzą­dzone im szkody. On też je zoba­czył - i zoba­czył, co widzą ci biali: oto India­niec został przez kogoś źle potrak­to­wany w barze, a ponie­waż nie wie­dział, kto czym jeź­dzi, zaczął się wyży­wać na wszyst­kich bry­kach jak leci.

Typowe. Za chwilę któ­ryś z nich powie, że Ricky zna­lazł się daleko od rezer­watu, i wtedy to, co i tak musiało się wyda­rzyć, będzie mogło się roz­po­cząć.

Chyba że Ricky chciałby, na ten przy­kład, prze­żyć.

Rzu­cił klucz w błoto i wycią­gnął przed sie­bie rękę.

- Nie, nie, nie, nie rozu­mie­cie...

Ale oni rozu­mieli.

Kiedy ruszyli naprzód, żeby zała­twić go w uświę­cony tra­dy­cją spo­sób, odwró­cił się, prze­sko­czył nad maską 280Z (któ­rego wcale nie zma­sa­kro­wał), prze­żył chwilę grozy, gdy czy­jeś wycią­gnięte palce zaha­czyły o jego szlufkę do paska, wyrwał się okręż­nym ruchem bio­der, pole­ciał w przód, nie­mal upadł, oparł się rękami o zie­mię i prze­biegł parę kro­ków pra­wie na czwo­ra­kach. Butelka po piwie świ­snęła mu koło głowy i roz­trza­skała się na atra­pie chłod­nicy samo­chodu przed nim. Zasło­nił oczy dłońmi i spró­bo­wał obiec pic­kupa z boku. Nie do końca mu się udało: zaha­czył bio­drem o ostatni pio­nowy pręt atrapy, odbił się, zakrę­cił w miej­scu... i zde­rzył się z następ­nym autem, uru­cha­mia­jąc następny durny alarm.

- Kurwa, no! - wydarł się na tego pic­kupa, na wszyst­kie pick upy i wszyst­kich kow­bo­jów, na całą Dakotę Pół­nocną, wszyst­kie pola naf­towe i w ogóle całe Stany.

I kiedy tak pędził pomię­dzy samo­cho­dami i odpy­chał się od luste­rek wstecz­nych, żeby dodat­kowo przy­śpie­szyć (dwa z nich zostały mu w rękach), poczuł, że się uśmie­cha, uśmie­cha się uśmie­chem Gabe'a.

Więc takie to jest uczu­cie...

- Tak! - wykrzyk­nął.

Burza stra­chu i adre­na­liny prze­wa­lała mu się pod czaszką i roz­bi­jała wszel­kie myśli. Odwró­cił się i zaczął biec tyłem, celu­jąc wypro­sto­wa­nymi rękami w gonią­cych go robot­ni­ków. Cztery kroki po wyko­na­niu tego wie­ko­pom­nego gestu wypadł spo­mię­dzy samo­cho­dów na otwartą prze­strzeń, jakby na skraj pola, gdzie nale­ża­łoby zawró­cić pod­czas orki, zaha­czył lewym obca­sem o kamień albo zmro­żoną kępę trawy i wycią­gnął się jak długi.

Patrzył, jak ciemne kształty jed­nym sko­kiem prze­sa­dzają samo­chody, kow­boj­skie kape­lu­sze uno­szą się w powie­trze wraz z nimi, ale zamiast opaść, syl­wetki roz­ta­piały się w mroku nocy.

- Ci biali to potra­fią sko­czyć... - mruk­nął, nie do końca pewny, co wła­ści­wie widzi.

Odwró­cił się, zerwał na nogi i znów puścił się bie­giem.

Kiedy tupot cięż­kich butów roz­legł się bar­dzo bli­sko, zbyt bli­sko, by mógł go spo­koj­nie znieść, gdy wie­dział, że nade­szła wła­ściwa chwila, zła­pał się obszer­nego błot­nika z włókna szkla­nego i wcze­piony weń zro­bił ostry, nie­spo­dzie­wany skręt o dzie­więć­dzie­siąt stopni, po któ­rym powi­nien wyrżnąć pro­sto w skrzy­nię ładun­kową pic­kupa, gdyby jed­no­cze­śnie nie przy­padł na wznak do ziemi i nie spró­bo­wał wśli­znąć pod samo­chód, sunąc po bło­cie śli­skimi obca­sami robo­czych bucio­rów.

Nauczył się tej sztuczki w wieku dwu­na­stu lat, kiedy był gibki i giętki niczym wąż.

Zawie­sze­nie pic­kupa było w sam raz wyso­kie, żeby się pod nim zmie­ścił. Impet pośli­zgu prze­niósł go przez pół drogi; żeby poko­nać drugą połowę i wyczoł­gać się spod auta, musiał się od cze­goś ode­pchnąć. Wycią­gnął rękę do góry w poszu­ki­wa­niu jakie­goś chwytu. Skóra na wnę­trzu dłoni i pal­ców od razu mu zady­miła od dotyku trzy­ca­lo­wej rury wyde­cho­wej. Zaskom­lał, ale nie zawa­hał się ani przez moment i wynu­rzył się po dru­giej stro­nie pic­kupa z takim impe­tem, że od razu wpadł na sto­ją­cego obok grata, który - dla odmiany - nie miał auto­alarmu. Dwa wozy dalej ciemne kształty zawró­ciły w miej­scu, roz­glą­da­jąc się na prawo i lewo w poszu­ki­wa­niu Indiańca.

Schyl się, upo­mniał się w duchu. Znik­nął i zaczął biec na ugię­tych nogach, w pozie, która wyda­wała mu się woj­skowa, jakby zna­lazł się w oko­pach, a w górze fur­ko­tały poci­ski. Tego ostat­niego nie można zresztą było wyklu­czyć.

- Tam jest! - wydarł się jeden z robot­ni­ków.

Jego głos dobie­gał jed­nak z dość daleka i Ricky wie­dział, że facet się pomy­lił. Zaraz rzucą się na kogoś innego, kto zaj­mie ich na następne dzie­sięć, dwa­dzie­ścia sekund, dopóki nie zauważą, że wcale nie jest India­ni­nem.

Dzie­sięć samo­cho­dów od nich wresz­cie się wypro­sto­wał, żeby zer­k­nąć, czy przy­pad­kiem Dakota z baru nie obrywa przez niego.

- Tutaj jestem - zawo­łał, cho­ciaż nie­zbyt gło­śno, po czym odwró­cił się i wyszedł spo­mię­dzy samo­cho­dów w ostat­nim rzę­dzie pro­sto do rowu odpły­wo­wego przy wąskiej wstążce asfaltu, która go tu spro­wa­dziła, oddzie­la­ją­cej bar od cią­gną­cej się całymi milami sku­tej mro­zem pre­rii.

Cze­kała go wędrowna noc. Zimna. Noc ukry­wa­nia się przed reflek­to­rami samo­cho­dów. Dobrze, że jestem India­ni­nem, pomy­ślał. Wcią­gnął brzuch i zapiął suwak kurtki. Zimno nie robi na India­nach wra­że­nia, prawda?

Par­sk­nął śmie­chem i dymiącą dło­nią poka­zał całemu barowi środ­kowy palec, bez odwra­ca­nia się, ot tak, przez ramię, po czym wyszedł na wybla­kły asfalt. W tej samej chwili butelka roz­trza­skała się tuż obok jego buta.

Wzdry­gnął się, sku­lił, obej­rzał do tyłu na masę cieni - rąk, nóg i krót­kich fry­zur prze­my­ka­ją­cych wśród samo­cho­dów. Wypa­trzyli go, dostrze­gli jego indiań­ską syl­wetkę na tle zmro­żo­nych jasnych traw.

Poiry­to­wany syk­nął prze­cią­gle przez zęby, potrzą­snął głową na boki i prze­ciął asfalt w poprzek, żeby spraw­dzić, jak daleko będą chcieli się posu­nąć. Czy aż tak zależy im na dorwa­niu India­nina, że w listo­pa­dzie pobie­gną za nim na pre­rię, czy też wystar­czy im prze­pę­dze­nie go spod baru?

Zamiast zaufać oblo­dzo­nemu żwi­ro­wemu pobo­czu, zje­chał po nim do rowu, pozwo­lił, żeby impet pośli­zgu posta­wił go na nogi, gdy tylko pode­szwy butów przy­szo­ro­wały o trawę, i pochy­lony w przód płyn­nie prze­szedł do biegu.

I tak byłby się prze­wró­cił, nawet gdyby nie zaha­czył brzu­chem o górny drut ogro­dze­nia. Gładko fik­nął koziołka, wyry­wa­jąc przy tym naj­bliż­sze słupki, i z cał­kiem kon­kretną siłą wpadł twa­rzą w chrzęsz­czącą trawę po dru­giej stro­nie. Prze­tur­lał się na plecy i spoj­rzał w usiane gwiaz­dami czarne niebo. Przy­szło mu do głowy, że może powi­nien był po pro­stu zostać w domu, pójść na pogrzeb Che­eta, nie wykra­dać rodzin­nej broni. Może w ogóle nie nale­żało opusz­czać rezer­watu.

Rze­czy­wi­ście, nie nale­żało.

Morze zie­lo­nych oczu wpa­try­wało się w niego z tej strony, z któ­rej powinna się roz­cią­gać tylko otwarta prze­strzeń i oszro­niona pre­ria. Wiel­kie stado wapiti cze­kało na niego, zagra­dza­jąc mu drogę. Dru­gie takie samo stado napie­rało na niego z tyłu - stado ludzi, któ­rzy tym­cza­sem wyle­gli na asfalt: pod­nie­sione głosy, zaci­śnięte pię­ści, łyska­jące białka oczu.

india­nin zabity w bójce przed barem.

Można to i tak ująć.

Piątek

Pią­tek

Lewis stoi w przy­kry­tym sko­śnym stro­pem salo­nie domu, który wynaj­mują z Petą, i patrzy wprost na reflek­to­rek nad komin­kiem, pro­wo­ku­jąc go, żeby się włą­czył wła­śnie teraz, kiedy jest obser­wo­wany.

Bo na razie włą­cza się i świeci nie­mrawo w naj­zu­peł­niej przy­pad­ko­wych momen­tach. Może ma to jakiś zwią­zek z tajem­ni­czą i rzadką kom­bi­na­cją usta­wień włącz­ni­ków świa­tła w całym domu? Może cho­dzi o to, że żelazko w kuchni jest włą­czone do prądu, a zegar na pię­trze nie jest (albo jest)? Lewis woli nie myśleć o wszyst­kich moż­li­wych zależ­no­ściach drzwi garażu, zamra­żarki i reflek­to­rów wyce­lo­wa­nych w pod­jazd.

Ot, tajem­nica i tyle. Co jed­nak waż­niej­sze - jest to tajem­nica, którą zamie­rza roz­wi­kłać i zro­bić Pecie nie­spo­dziankę w cza­sie, który zaj­mie jej pod­je­cha­nie do sklepu i powrót z zaku­pami na kola­cję. Na dwo­rze Har­ley, mala­mu­tant, szczeka mia­rowo i żało­śnie, uwią­zany do drutu na pra­nie; zaczyna już chryp­nąć i Lewis wie, że wkrótce da sobie spo­kój. Gdyby teraz zdjął mu obrożę, to pies by go tre­so­wał, a nie odwrot­nie. Cho­ciaż Har­ley i tak jest za stary, żeby w ogóle dało się go wytre­so­wać. Zresztą podob­nie jak Lewis. Oso­bi­ście Lewis jest zda­nia, że zasłu­żył na jakąś rze­telną indiań­ską nagrodę za doży­cie trzy­dzie­stu sze­ściu lat bez zajeż­dża­nia do dri­ve­thru po bur­gera i frytki, a także bez cukrzycy, nad­ci­śnie­nia i bia­łaczki. Resztę nagród powi­nien zgar­nąć za unik­nię­cie wypadku samo­cho­do­wego, wię­zie­nia i alko­ho­li­zmu, które w jego kul­tu­rze są na porządku dzien­nym. I jesz­cze amfa, ją też powi­nien doli­czyć. A może naj­więk­szą nagrodą jest trwa­jące od dzie­się­ciu lat mał­żeń­stwo z Petą, która prze­cież wcale nie musi tole­ro­wać odma­cza­nia czę­ści moto­cy­klo­wych w zle­wie, śla­dów z chili Wolf Brand, któ­rym Lewis stale kapie gdzieś pomię­dzy sto­li­kiem kawo­wym i kanapą, i ple­mien­nych rupieci, które regu­lar­nie stara się prze­my­cać na ściany ich nowego domu.

Tak jak robi to od lat, wyobraża sobie nagłó­wek w wyda­wa­nym w Brow­ning "Gla­cier Repor­te­rze": dawna gwiazda koszy­kówki nie może nawet zawie­sić w domu pamiąt­ko­wego koca z zakoń­cze­nia szkoły. I wcale nie cho­dzi o to, że Peta ma coś prze­ciw peł­no­wy­mia­ro­wym kocom. Pro­blem polega na tym, że Lewis użył tego faj­nego koca z Hud­son's Bay do owi­nię­cia zmy­warki, którą dwa lata temu przy­wiózł do domu. Na ostat­nim zakrę­cie wie­ziona na pace zmy­warka fik­nęła kozła i oblała koc cuch­nącą gru­zło­watą mazią.

Nawia­sem mówiąc, pół życia temu wcale nie był żadną gwiazdą koszy­kówki.

Zresztą i tak nikt poza nim samym nie czyta jego wyima­gi­no­wa­nej gazety. A jutrzej­szy nagłó­wek?

india­nin, który wspiął się za wysoko. Patrz strona 12b.

Ina­czej mówiąc: ponie­waż wbu­do­wany w sufit reflek­to­rek nie zamie­rza zejść do Lewisa, Lewis będzie musiał wspiąć się do niego.

Spod kar­to­nów w garażu wyciąga czter­na­sto­sto­pową alu­mi­niową dra­binę, wynosi ją - nie bez kło­potu, jak aktor ze sta­rej slap­stic­ko­wej kome­dii - na podwó­rze, wci­ska do środka przez prze­su­wane szklane drzwi (obie­cał, że wykom­bi­nuje jakiś spo­sób zamy­ka­nia ich na klucz) i roz­sta­wia pod tym głu­pim reflek­tor­kiem, który nawet jeśli zacznie dzia­łać, to i tak oświe­tli tylko kawa­łek cegla­nej posadzki przed komin­kiem, przez Petę nazy­wa­nym "ogni­skiem domo­wym".

Białe dziew­czyny mają nazwy na wszystko.

To taki ich pry­watny żar­cik, bo tak wła­śnie się mię­dzy nimi zaczęło. Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia Peta sie­działa przy stole pik­ni­ko­wym obok wiel­kiego hotelu w East Gla­cier, kiedy przy­ła­pała dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego Lewisa na kosze­niu raz po raz tego samego pasa traw­nika. Pró­bo­wał zaj­rzeć jej przez ramię i zoba­czyć, co szki­cuje.

- Pró­bu­jesz go oskal­po­wać? - zawo­łała pro­sto z mostu.

- Hm... - odpo­wie­dział. Puścił kosiarkę. Sil­nik zgasł.

Wyja­śniła mu, że to wcale nie jest żadna wielka obe­lga, tylko tak się wła­śnie mówi, kiedy ktoś przy­cina trawę bar­dzo, bar­dzo krótko, tak jak on w tej chwili. Lewis usiadł naprze­ciwko i zapy­tał, czy przy­je­chała na lato, wędruje z ple­ca­kiem, czy co, jej się spodo­bały jego włosy (nosił wtedy dłu­gie), on chciał zoba­czyć wszyst­kie jej tatu­aże (nie miała już miej­sca na nowe) i nie minęły dwa tygo­dnie, a oni już co wie­czór byli ze sobą u niej w namio­cie, u niego na tyl­nym sie­dze­niu pic­kupa, w salo­nie domu jego kuzyna, aż w końcu jej powie­dział, że przy­mie­rza się do wyjazdu, chce uciec z rezer­watu i w ogóle pier­doli całe to Brow­ning.

I wtedy wła­śnie pomy­ślał, że Peta jest dziew­czyną do rze­czy, bo nie rozej­rzała się dookoła i nie powie­działa: "Ale tu jest tak ład­nie", "Ale jak możesz" ani (to by było naj­gor­sze): "Prze­cież to twoja zie­mia". Potrak­to­wała to bar­dziej jak wyzwa­nie, tak przy­naj­mniej pomy­ślał wtedy Lewis, i nie minęły trzy tygo­dnie, a oni byli ze sobą już nie tylko po nocach, ale także za dnia, zamiesz­kali u jej ciotki w piw­nicy, tutaj, w Great Falls, i posta­no­wili spró­bo­wać. I w dal­szym ciągu im się uda­wało, być może z powodu takich wła­śnie małych, miłych nie­spo­dzia­nek jak napra­wie­nie nie­na­pra­wial­nego reflek­torka.

Wgra­mo­lił się na chy­bo­tliwą dra­binę... i od razu musiał prze­sko­czyć razem z nią o dobre dzie­sięć cali w bok, żeby zawie­szony na czte­ro­sto­po­wym mosięż­nym drągu wen­ty­la­tor nie chla­snął go łopatą po twa­rzy. Gdyby przed tym całym kaska­der­stwem zaj­rzał do Księgi zdro­wego roz­sądku, gdyby choć wie­dział, na któ­rej półce stoi inte­re­su­jący go tom, naj­praw­do­po­dob­niej zna­la­złby w nim zale­ce­nie, żeby przed wspię­ciem się na dra­binę roz­wa­żyć wyłą­cze­nie wszyst­kich wiru­ją­cych urzą­dzeń, które mogą utrą­cić czło­wie­kowi durny kinol.

Kiedy jed­nak wresz­cie znaj­duje się wyżej od wia­traka, kiedy czuje, jak czubki łopat pró­bują przez dżinsy liznąć go po bio­drze, zapiera się czub­kami pal­ców o sko­śny sufit i robi to, co zro­biłby każdy na jego miej­scu: spo­gląda z góry na dół poprzez ten zawie­szony w powie­trzu wir, któ­rego każda łopata prze­rzyna ten sam kawa­łek pokoju od tak dawna, że... że...

Że w coś się wbiły?

Wbiły się w prze­szłość, ale nie byle jaką: tę prze­szłość Lewis roz­po­znaje.

Po dru­giej stro­nie łopat wen­ty­la­tora roz­ma­zu­ją­cych się w ruchu jak wska­zówki pędzą­cego zegara leży młoda łania. Lewis poznaje, że jest młoda, po jej roz­mia­rach, po kan­cia­sto­ści nie­doj­rza­łej syl­wetki, ogól­nej tyko­wa­to­ści. Wie, że gdyby teraz zszedł z dra­biny i sta­nąw­szy na pod­ło­dze, w dal­szym ciągu widział łanię, to grze­biąc jej nożem w pysku, nie zna­la­złby ani kawałka twar­dej zębiny. Taka wła­śnie jest młoda.

Ponie­waż jest mar­twa, nie prze­szka­dza­łoby jej wcale, że ktoś sztur­cha ją nożem po dzią­słach.

A Lewis wie, że jest mar­twa, wie z całą pew­no­ścią, ponie­waż dzie­sięć lat temu to on ją zabił. Jej skórę do dziś trzyma w zamra­żarce w garażu; zamie­rza zro­bić z niej kie­dyś ręka­wiczki, jeśli tylko Peta znów uru­chomi swoją gar­bar­nię. Jedyna róż­nica mię­dzy salo­nem w tej chwili i sceną, w któ­rej poprzed­nio widział tę zabitą łanię, jest taka, że dzie­sięć lat temu leżała na zakrwa­wio­nym śniegu, a teraz leży na brą­zo­wym, z lekka wytar­tym dywa­nie.

Korci go, żeby wychy­lić się na dra­bi­nie i znad wen­ty­la­tora spoj­rzeć na łanię pod innym kątem, zoba­czyć jej zad, spraw­dzić, czy na­dal widać tam ślad po tym pierw­szym strzale, ale powstrzy­muje się i pro­stuje.

Jej prawe oko, takie żółte... Było wcze­śniej otwarte?

Łania mruga. Lewis wydaje cichy okrzyk, cał­ko­wi­cie mimo­wol­nie, wzdryga się, pusz­cza dra­binę, młóci ramio­nami, żeby zła­pać rów­no­wagę, i w trwa­ją­cej uła­mek sekundy chwili nie­waż­ko­ści uświa­da­mia sobie, że to koniec; że zużył już wszyst­kie karty wycho­dzisz-z-cmen­ta­rza; że tym razem na pewno spad­nie; że naroż­nik "ogni­ska domo­wego" ster­czy w górę jakoś wyraź­niej niż zwy­kle i mie­rzy pro­sto w jego poty­licę.

Dra­bina wychyla się w prze­ciw­nym kie­runku, jakby nie chciała mieć nic wspól­nego z całą tą ohydą. Z punktu widze­nia Lewisa wszystko dzieje się w mak­sy­mal­nie zwol­nio­nym tem­pie, spada, a jego umysł reje­struje kolejne sceny, całe mnó­stwo scen, jakby chciał nazbie­rać ich dość, by zgro­ma­dzone na pod­ło­dze zamor­ty­zo­wały upa­dek.

W jed­nej z tych miga­wek jest Peta: stoi przy włącz­niku świa­tła, w zgię­ciu łok­cia lewej ręki przy­trzy­muje torbę z zaku­pami.

A ponie­waż jest Petą, która na stu­diach tre­no­wała skok o tyczce, wcze­śniej, w liceum, wygrała sta­nowe mistrzo­stwa w trój­skoku, a do dziś w każ­dej wol­nej chwili biega sprinty, ponie­waż jest Petą, która przez całe życie nie zaznała choćby jed­nej chwili nie­zde­cy­do­wa­nia, w następ­nej sce­nie upusz­cza zakupy, które miały być kola­cją, i w jakiś spo­sób tele­por­tuje się przez pół pokoju, nie po to jed­nak, by pró­bo­wać zła­pać Lewisa, bo to i tak by nic nie dało, tylko po to, żeby ude­rzyć go w locie bar­kiem i wytrą­cić z tra­jek­to­rii, która grozi mu pewną śmier­cią.

Jej szarża spy­cha go na ścianę z takim impe­tem, że okno dygo­cze w opra­wie, a wen­ty­la­tor roz­chwiewa się na dłu­gim drągu. Sekundę póź­niej Peta przy­pada do Lewisa na klęcz­kach, czub­kami pal­ców wodzi po jego twa­rzy, po oboj­czy­kach, i krzy­czy na niego, że jest głupi, strasz­nie, okrop­nie głupi, a ona nie może go stra­cić, musi być ostroż­niej­szy, musi zacząć na sie­bie uwa­żać, podej­mo­wać lep­sze decy­zje, pro­szę, pro­szę, pro­szę!

W końcu tłu­cze go w pierś bokiem zaci­śnię­tych w pię­ści dłoni, ale nie na żarty, aż boli. Lewis przy­ciąga ją do sie­bie. Peta pła­cze. Jej serce wali jak mło­tem, dosta­tecz­nie sil­nie za nich oboje.

Z góry - Lewis pra­wie uśmie­cha się na ten widok - sypie się na nich drob­niu­teńki, sza­ro­bury, wybla­kły pyłek z wen­ty­la­tora, o który musiał przy spa­da­niu zaha­czyć ręką. Jest jak popiół, jak cukier puder, gdyby tylko ktoś robił cukier puder ze star­tej ludz­kiej skóry. Roz­pusz­cza mu się na war­gach, roz­ta­pia na wil­got­nej powierzchni gałek ocznych.

A w salo­nie nie ma żad­nej łani - cho­ciaż Lewis na wszelki wypa­dek unosi głowę i roz­gląda się ponad ramie­niem Pety. Nie ma łani, ponie­waż nie mogło jej tu być, tłu­ma­czy sobie. Nie tak daleko od rezer­watu. To tylko wyrzuty sumie­nia zakra­dły mu się do głowy, korzy­sta­jąc z chwili jego nie­uwagi.

- Ej - mówi w czu­bek jasno­wło­sej głowy Pety - spójrz.

Peta pro­stuje się powoli i odwraca w bok, we wska­za­nym przez niego kie­runku.

Sko­śny sufit salonu. Reflek­to­rek.

Mruga żółto.

Sobota

Sobota

Pod­czas prze­rwy (powi­nien przy­uczać do roboty tę nową, Sha­ney) Lewis dzwoni do Cassa.

- Długo się nie odzy­wa­łeś - mówi Cass.

Lewis nie wie, od jak dawna nie sły­szał tego śpiew­nego akcentu. Jego wła­sny głos, wygła­dzony i pła­ski od roz­ma­wia­nia wyłącz­nie z bia­łymi, nagle wznosi się, jakby ni­gdy nie opu­ścił rezer­watu. Brzmi mu obco we wła­snych ustach, uszach. Aż się zaczyna zasta­na­wiać, czy nie udaje.

- Musia­łem zadzwo­nić do two­jego ojca, żeby dostać twój numer - wyja­śnia.

- Tak to jest, jak czło­wiek znika na dzie­sięć lat, prawda?

Lewis przy­kłada tele­fon do dru­giego ucha.

- Co sły­chać? - pyta Cass. - Nie dzwo­nisz chyba z wię­zie­nia? Na poczcie wresz­cie się poła­pali, że jesteś India­ni­nem, czy co?

- Chyba dawno wie­dzą, to pierw­sze pole w kwe­stio­na­riu­szu.

- Czyli to ona. - Sądząc po gło­sie, Cass szcze­rzy zęby w uśmie­chu. - Ona się w końcu zorien­to­wała, że jesteś India­ni­nem. Mam rację?

Kiedy ucie­kał z Petą, Cass, Gabe i Ricky zgod­nie twier­dzili, że powi­nien wyta­tu­ować sobie na przed­ra­mie­niu adres zwrotny, żeby mogła ode­słać go do domu, kiedy znu­dzi jej się zabawa w dok­tor Quinn i Czer­wo­no­skó­rego.

- Chciał­byś - mówi do tele­fonu Lewis. Odwraca się i spraw­dza, czy Sha­ney, jego dzi­siej­szy cień, nie stoi przy­pad­kiem w drzwiach świe­tlicy i nie słu­cha. - Pozwala mi nawet obwie­szać ściany moimi indiań­skimi gadże­tami.

- Ale takimi naprawdę indiań­skimi? Czy indiań­skimi tylko przez to, że India­nin jest ich wła­ści­cie­lem?

- Dzwo­nię, żeby cię o coś zapy­tać. - Lewis zniża głos, przy­bliża usta do słu­chawki.

Z całej trójki to wła­śnie Cassa zawsze naj­ła­twiej było nacią­gnąć na poważną roz­mowę, tak jakby auten­tyczny Cass, praw­dziwy, żywy czło­wiek tkwił w nim ukryty pod płyt­szą war­stwą póz, żar­tów i fan­fa­ro­nady niż w przy­padku Ricky'ego i Gabe'a.

Zresztą nie­ży­jący Ricky i tak nie miał już numeru tele­fonu.

Niech to szlag, klnie w duchu Lewis. Od nie­mal dzie­się­ciu lat nie myślał o Ric­kym. Odkąd się dowie­dział.

W gło­wie poja­wia mu się nagłó­wek: india­nin pozba­wiony korzeni wyobraża sobie, że pozo­sta­nie india­ninem, jeżeli będzie mówił jak india­nin.

Robi głę­boki wdech i przed wyde­chem zasła­nia mikro­fon, żeby Cass nie usły­szał go z odle­gło­ści wielu mil.

- Cho­dzi o te jele­nie - mówi.

Mija dość czasu, żeby Lewis był pewny, że Cass dokład­nie wie, które jele­nie ma na myśli.

- No? - mówi Cass.

- Zda­rza ci się... - zaczyna Lewis, wciąż nie­pewny, jak to ująć w słowa, cho­ciaż ukła­dał to pyta­nie w gło­wie przez całą noc, a potem jesz­cze przez całą drogę do pracy. - Zda­rza ci się cza­sem, no wiesz... myśleć o nich?

- Czy na­dal jestem wku­rzony z ich powodu? - odpa­ro­wuje Cass. - Czy gdy­bym zoba­czył przy dro­dze palą­cego się żyw­cem Denny'ego, to zatrzy­mał­bym się, żeby na niego naszczać?

Denny Pease, straż­nik łowiecki.

- On jesz­cze pra­cuje?

- W biu­rze.

- Dalej taki z niego twar­dziel?

- Obrońca Bam­bich - odpo­wiada Cass, tak jakby ten zwrot wciąż był w obiegu dzie­sięć lat póź­niej. Tak wła­śnie mówili o straż­ni­kach, ile­kroć zna­leźli się w lesie, a tamci cze­kali na nich z blocz­kiem man­da­to­wym w gar­ści i strzy­gli uszami. - Czemu o niego pytasz?

- Nie cho­dzi o niego. Tak tylko sobie myśla­łem, wiesz... Mija dzie­sięć lat, nie?

- Kiedy dokład­nie? Za tydzień?

- Za dwa. - Lewis wzru­sza ramio­nami, jakby wcale nie chciał tego tak dokład­nie wyli­czać. - To była ostat­nia sobota przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia, prawda?

- Tak, tak. Ostatni dzień sezonu...

Lewis nie wydaje żad­nego dźwięku, krzywi się tylko i zaci­ska kur­czowo powieki. To prze­cią­gnię­cie zda­nia przez Cassa przy­po­mina mu, że to wcale nie był ostatni dzień sezonu, tylko ostatni dzień, w któ­rym udało im się razem wybrać na polo­wa­nie.

Cho­ciaż, myśli sobie, ponie­kąd był to też dla nich ostatni dzień sezonu.

Potrząsa głową - raz, drugi, trzeci, jakby chciał opróż­nić ją z myśli, i powta­rza sobie, że to nie­moż­liwe, abso­lut­nie nie­moż­liwe, żeby naprawdę widział tę młodą łanię na pod­ło­dze w salo­nie.

Ona nie żyje. Jest mar­twa.

Nawet za nią zapła­cił, dzień przed tym, jak wyje­chał z Petą: wziął całe podzie­lone i popa­ko­wane mięso z łani, prze­szedł od drzwi do drzwi przez cały Zom­bie­land i roz­dał je star­szym ple­mie­nia. Pocho­dziła z regionu zastrze­żo­nego wła­śnie dla nich, naj­lep­szego kawałka kraju, nie­da­leko Duck Lake, odda­nego star­szyź­nie, żeby miała gdzie zaopa­try­wać się w mięso na zimę, zamiast kupo­wać je w super­mar­ke­cie, i wła­śnie dla­tego, że łania stam­tąd pocho­dziła, dostar­cze­nie im oso­bi­ście mięsa do domów sta­no­wiło bar­dzo indiań­skie domknię­cie cyklu. I mniej­sza o to, że Lewis nie mógł zna­leźć swo­ich nakle­jek na mięso i musiał użyć nakle­jek młod­szej sio­stry Ricky'ego, przez co zamiast opi­sów stek, mie­lone albo pie­czeń, rzeź­nicki papier, w który zawi­nął mięso łani, był opa­trzony czar­nymi nalep­kami z odci­skiem łapy szopa, bo do wyboru miał poza tym kwiatki, tęcze i ser­duszka.

Nie było mowy, żeby po dzie­się­ciu latach łania wynu­rzyła się z trzy­dzie­stu garów z gula­szem i prze­szła sto dwa­dzie­ścia mil na połu­dnie, żeby prze­śla­do­wać Lewisa, przede wszyst­kim dla­tego, że jele­nie tak nie robią, ale także dla­tego, że - cokol­wiek by mówić - jej mięso tra­fiło osta­tecz­nie tam, gdzie powinno było tra­fić. Nie zro­bił nic złego. Nie tak naprawdę.

- Muszę lecieć - mówi do Cassa. - Szef, rozu­miesz.

- Jest sobota - zauważa Cass.

- Świą­tek, pią­tek i nie­dziela - odpo­wiada Lewis i roz­łą­cza się szyb­ciej, niżby chciał.

Przy­ci­ska słu­chawkę do wide­łek przez pełne pół minuty, zanim znów ją pod­nie­sie.

Wykręca numer Gabe'a, też otrzy­many od ojca Cassa. Ści­śle rzecz bio­rąc, to jest numer do domu ojca Gabe'a, ale ojciec Cassa wyj­rzał przez okno i powie­dział, że przed domem sta­rego widzi w tej chwili samo­chód syna.

Gabe odbiera po dru­gim dzwonku.

- Tippy's Tacos, słu­cham.

Zawsze tak się zgła­sza, gdzie­kol­wiek jest, przy czy­im­kol­wiek tele­fo­nie. Lewis sobie nie przy­po­mina, żeby w rezer­wa­cie była kie­dyś taka restau­ra­cja.

- Dwa z sar­niną popro­szę - mówi Lewis.

- Aha, czyli indiań­skie taco... - podej­muje zabawę Gabe.

- I dwa piwa.

- Musisz być z Nawaho - mówi Gabe. - Albo z jakie­goś ple­mie­nia ryba­ków. Czarna Stopa wziąłby sze­ścio­pak.

- Zna­łem takich Nawaho, któ­rzy też wcią­gnę­liby szóstkę - odpo­wiada Lewis.

To odstęp­stwo od stan­dardu. Jakby dążył do kon­fron­ta­cji. Odkry­wał karty.

Gabe mil­czy przez jakieś pięć sekund. A potem:

- To ty, Lew, stary dra­niu?

- Tra­fiony, zato­piony. - Lewi­sowi robi się miło, że został roz­po­znany.

- Garu­jesz? - pyta Gabe.

- Kaba­re­ciarz z cie­bie.

- Mię­dzy innymi - mówi Gabe i dodaje, praw­do­po­dob­nie zwra­ca­jąc się do ojca: - To Lewis. Pamię­tasz Lewisa, sta­ruszku?

Lewis nie sły­szy odpo­wie­dzi, sły­szy nato­miast bęb­niący z tele­wi­zora mecz koszy­kówki, pod­krę­cony tak, że hałas nie­sie się po całym domu.

- Co tam sły­chać? - pyta Gabe, wró­ciw­szy do tele­fonu. - Potrze­bu­jesz forsy na auto­bus do domu? Bo jak tak, to dam ci odpo­wiedni namiar. Sam w tej chwili jestem bez kasy.

- Na­dal polu­jesz?

- To się chyba łapie do "mię­dzy innymi".

Oczy­wi­ście, że poluje. Denny musiałby pra­co­wać sie­dem dni w tygo­dniu, dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, żeby prze­chwy­cić choć połowę zdo­by­czy skłu­so­wa­nej w ciągu tygo­dnia przez Gabriela Cross Guns, a ran­ge­rzy z Gla­cier musie­liby haro­wać jesz­cze cię­żej, żeby go wytro­pić, jak prze­kra­cza gra­nice parku naro­do­wego w tę i z powro­tem; kiedy wra­cał, zosta­wiał ślady głęb­sze o dwie­ście fun­tów.

- Co u Deno­rah? - pyta Lewis, bo tak należy zaczy­nać po tak dłu­gim cza­sie.

Deno­rah to córka Gabe'a i Triny, Triny Trigo; ma dziś pew­nie ze dwa­na­ście, trzy­na­ście lat - w każ­dym razie kiedy Lewis wyjeż­dżał, umiała już cho­dzić, tak, na pewno umiała cho­dzić.

- Mówisz o mojej Dziew­czynce z Fina­łów? - upew­nia się Gabe.

Lewis odnosi wra­że­nie, że dopiero teraz jego przy­ja­ciel naprawdę wczuł się w tę roz­mowę.

- O kim? - pyta.

- Pamię­tasz Bia­łego Cur­tisa z Havre? - pyta Gabe.

Lewis nie potrafi przy­po­mnieć sobie nazwi­ska gościa - jakieś nie­miec­kie? - ale ow­szem, pamięta: Cur­tis, uta­len­to­wany dzie­ciak z farmy, jakby stwo­rzony do koszy­kówki. Chło­pak nie tylko miał oczy dookoła głowy, ale wprost czuł grę przez stopy, namie­rzał wszyst­kich jak rada­rem, tak że w ogóle nie musiał myśleć, w którą stronę robić zwód. No i pro­wa­dził piłkę jak przy­wią­zaną na sznurku. Nie wszedł na poziom uni­wer­sy­tecki, bo był za niski, a poza tym nie­po­trzeb­nie upie­rał się, żeby być sil­nym skrzy­dło­wym zamiast rzu­ca­ją­cym obrońcą. W szkole śred­niej - bez pro­blemu, sześć stóp i dwa cale w zupeł­no­ści wystar­czały, żeby prze­bić się w ataku i rzą­dzić w roli sil­nego skrzy­dło­wego. Zwłasz­cza że miał też wyskok, potra­fił zebrać się w sobie i zapa­ko­wać z góry - na roz­grzewce, w kon­tro­lo­wa­nych warun­kach, ale jed­nak. Nie­stety, nie był zbu­do­wany jak Karl Malone, bar­dziej przy­po­mi­nał Johna Stock­tona, tylko że nie był w sta­nie się z tym pogo­dzić, wyobra­żał sobie, że prze­bije się na pozio­mie uczel­nia­nym, będzie roz­trą­cał tych wszyst­kich dry­bla­sów, zamiast odbi­jać się od nich jak kulka we fli­pe­rze. Przez to upie­ra­nie się przy roli skrzy­dło­wego stra­cił tyle zębów, że wyglą­dał bar­dziej jak hoke­ista niż koszy­karz, tak przy­naj­mniej sły­szał Lewis. W dodatku regu­larne wstrzą­śnie­nia mózgu mąciły mu pamięć krót­ko­trwałą. W sumie naj­le­piej dla niego by było, gdyby w ogóle nie zaczy­nał grać.

Ale co z tym Cur­ti­sem?

- Umiał rzu­cać z wyskoku - mówi.

Przed oczami staje mu Biały Cur­tis, który zawisa w powie­trzu i czeka, czeka, aż wszy­scy inni opadną na par­kiet, i dopiero wtedy oddaje per­fek­cyjny rzut, po któ­rym piłka, napro­wa­dzana jego oczami jak lasery, leci w górę, w górę i w końcu do kosza.

- Deno­rah jest taka sama - szep­cze Gabe, jakby dzie­lił się z Lewi­sem naj­taj­niej­szym z sekre­tów - tylko lep­sza. Powaga. Brow­ning ni­gdy kogoś takiego nie widziało.

- Powi­nie­nem przyjść, zoba­czyć, jak gra - mówi Lewis.

- Powi­nie­neś. Tylko nie mów Tri­nie, że ci powie­dzia­łem. Naj­le­piej w ogóle z nią nie roz­ma­wiaj. Jeśli na cie­bie spoj­rzy? Zmień fry­zurę, zmień nazwi­sko i zacią­gnij się do mary­narki.

- Dalej chce mnie zamor­do­wać?

- Umie kobieta cho­wać urazę, to jej trzeba przy­znać.

- Bez powodu, rzecz jasna - mówi Lewis, wra­ca­jąc do stan­dar­do­wego zestawu zdań.

- Czemu więc zawdzię­czam ten tele­fon, panie listo­no­szu? - pyta Gabe niby-ofi­cjal­nym tonem. - Zapo­mnia­łem gdzieś przy­kleić jakiś zna­czek?

- Minęło sporo czasu.

- "Sporo czasu" to minęło osiem, dzie­więć lat temu. Roz­ma­wiasz ze mną, stary.

Lewisa ści­ska w gar­dle. Odchyla głowę w tył, zamyka oczy.

- Przy­po­mniało mi się wła­śnie, jak Denny...

- Jak nas wyru­chał? Powiem ci, że to brzmi zna­jomo...

- Wró­ci­łeś jesz­cze kiedy nad Duck Lake?

- Tam trzeba iść z jakimś sta­rym wygą - mówi Gabe. - Ina­czej nie wolno, prze­cież wiesz. Przy­po­mnij mi, ile cię nie było?

- Cho­dzi mi o to kon­kretne miej­sce. Tamtą stro­mi­znę.

- To miej­sce, to miej­sce... Tak. - Jakby Gabe wbi­jał gwóźdź w serce Lewisa. - Jest nawie­dzone, nie wie­dzia­łeś? Nawet jele­nie tam nie cha­dzają. Założę się, że opo­wia­dają sobie o nim przy jele­nich ogni­skach. Kurna, chło­pie, jeste­śmy dla nich legendą. Cztery potwory... czte­rej rzeź­nicy znad Duck Lake.

- Trzej - mówi Lewis. - Trzy potwory.

- Tego nie wie­dzą.

- Myślisz, że mogłyby pamię­tać? - pyta w końcu Lewis. No, wresz­cie to powie­dział.

- Pamię­tać? - powta­rza Gabe. Tym razem na bank się uśmie­cha. - Kurwa, gościu, to są jele­nie. Nie gawę­dzą przy ogni­skach.

- Poza tym i tak wszyst­kie zabi­li­śmy, prawda?

Lewis mruga zacie­kle. Oczy go pieką. Znów ogląda się za sie­bie w poszu­ki­wa­niu Sha­ney.

- O co ci w ogóle cho­dzi? Cią­gle nie możesz odża­ło­wać tego gów­nia­nego noża?

Lewis musi nie­źle wytę­żyć pamięć, żeby sko­ja­rzyć. To był myśliw­ski nóż z wymien­nymi ostrzami, trzema albo czte­rema, w tym wątłą piłką do prze­rżnię­cia się przez mostek albo mied­nicę.

- Nóż fak­tycz­nie był gów­niany - zga­dza się. - Jeśli go kie­dyś znaj­dziesz, szybko go zgub, dobrze?

- Się wie. - Głos Gabe'a na moment oddala się od tele­fonu. Koszy­kówka chlu­sta do słu­chawki. - Wiesz co, oglą­da­li­śmy wła­śnie...

- Ja też muszę koń­czyć. Miło cię było usły­szeć, palan­cie.

- Ha! Powi­nie­nem ci wysta­wić rachu­nek - mówi Gabe. - Poli­czyć od minuty.

Dzie­sięć, dwa­dzie­ścia sekund póź­niej połą­cze­nie zostaje prze­rwane. Lewis stoi oparty bar­kiem o ścianę i stuka się słu­chawką po czole jak nóżką kur­czę­cia.

- Mam coś zapi­sać, Czarna Stopo? - pyta sto­jąca w drzwiach Sha­ney.

Lewis odkłada słu­chawkę.

Sha­ney jest z Kru­ków, nazy­wa­nie go Czarną Stopą to taki ich wewnętrzny żar­cik, zwa­żyw­szy na odwieczną wro­gość ich ple­mion.

- Przy­po­mniało mi się coś, co Peta powie­działa wczo­raj wie­czo­rem... - kła­mie Lewis.

Zawsze się pil­nuje, żeby przy­po­mnieć Sha­ney, że ma żonę, a potem dla pew­no­ści dodaje coś jesz­cze na jej temat. Nie dla­tego, że jest jakimś wybit­nym kobie­cia­rzem wśród pocz­tow­ców, nic z tych rze­czy, ale dla­tego, że są z Sha­ney jedy­nymi India­nami w tej pla­cówce i od tygo­dnia, odkąd Sha­ney prze­szła przez kan­dy­dac­kie sito i została przy­jęta do pracy, wszy­scy pró­bują z nimi zro­bić to, co robi się z pasu­ją­cymi do kom­pletu fote­lami i sto­li­kami: upchnąć ich razem w kącie, żeby sta­no­wili ide­alny zestaw.

- Mam zano­to­wać coś, co powie­działa twoja żona? - pyta z nie­do­wie­rza­niem Sha­ney.

Lewis prze­ci­ska się obok niej i razem wra­cają do wiel­gach­nej maszyny sor­tu­ją­cej. Włą­cza ją, żeby pod­jąć prze­rwaną lek­cję.

- Mamy w salo­nie taki jeden gów­niany reflek­to­rek - mówi. - Nie włą­cza się, kiedy powi­nien. Peta uważa, że to jakieś zwar­cie w insta­la­cji. Wła­śnie dzwo­ni­łem do zna­jo­mego, który robi różne elek­tryczne fuchy na boku.

- Na boku - powta­rza Sha­ney i pod­tyka maszy­nie kopertę nie­wła­ściwą stroną.

Lewis odpro­wa­dza wzro­kiem kopertę, która prze­pada w brzu­chu bestii, a potem kręci z nie­do­wie­rza­niem głową, kiedy nic się nie zacina, nie mnie, nie zatrzy­muje. Sha­ney posyła mu figlarny uśmiech i przy­gryza dolną wargę.

- Następ­nym razem - mówi i sztur­cha go bio­drem w bio­dro.

Lewis nie reaguje, nie kontr­uje, nic nie robi. Jest w miej­scu odle­głym o wiele lat i mil.

Poniedziałek

Ponie­dzia­łek

Lewis cofa się kaczym kro­kiem, sto­jąc okra­kiem nad swoim zde­kom­ple­to­wa­nym road kin­giem z podwój­nym wyde­chem, który tylko czeka, żeby zła­pać wła­ściwy rytm, gdy dostrzega Jerry'ego na skraju pocz­to­wego par­kingu. Sie­dzący na swoim ostro prze­ro­bio­nym sprin­ge­rze Jerry trzyma wolną prawą rękę opusz­czoną na wyso­ko­ści tyl­nego koła. Prze­biera pal­cami wska­zu­ją­cym i środ­ko­wym w odwró­co­nym geście zwy­cię­stwa, po czym zaci­ska pięść. Lewis nie ma poję­cia, co ten gest ozna­cza, bo ni­gdy nie był w praw­dzi­wym gangu moto­cy­klo­wym - w prze­ci­wień­stwie do Jerry'ego, który ma za sobą mło­dość jak z Easy Ridera. Musi jed­nak zna­czyć coś w rodzaju "za mną" albo "droga wolna", albo "dajemy czadu", bo w tej samej chwili Jerry, Eldon i Silas dodają gazu i Lewis - jak zwy­kle - może tylko łykać kurz spod ich kół, mimo że jadą dzi­siaj do niego, do nowego domu Lewisa przy 13 ulicy.

Ale porzą­dek dzio­ba­nia musi być zacho­wany i Lewis, cho­ciaż już piąty rok prze­rzuca listy, wciąż jest tu nowy. Nato­miast przez to, że jest ostatni, to wła­śnie na jego tylne sio­dełko wska­kuje Sha­ney, kiedy wybiega bocz­nym wyj­ściem. Zdąża w ostat­niej chwili.

- Co jest? - dziwi się Lewis. Dławi prze­pust­nicę.

- Też chcę zoba­czyć - mówi Sha­ney. Potrząsa głową i roz­pusz­cza włosy.

No tak, widok w sam raz dla Pety, kiedy Lewis zaje­dzie pod dom.

Wrzuca bieg i odkręca manetkę. Musi się nie­źle sprę­żać, jeśli nie chce odpaść ze stawki.

Jadą do niego, ponie­waż Har­ley, który ma już pra­wie dzie­sięć lat, nauczył się jak młody psiak prze­ska­ki­wać przez wysoki na sześć stóp płot i Eldon powie­dział, że nie uwie­rzy, póki nie zoba­czy. Więc zoba­czy. Wszy­scy zoba­czą, teraz już włącz­nie z Sha­ney.

Trzeci w szyku jedzie Silas, któ­rego roz­kle­ko­tany scram­bler z tru­dem prze­kra­cza pięć­dzie­siąt mil na godzinę, za to w oko­licy sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu robi się na nim naprawdę zabaw­nie - o ile tylko ktoś lubi igrać ze śmier­cią. Eldon, który sie­dzi Jerry'emu na kole, dosiada bob­bera z obni­żo­nym sio­dłem; jego szczę­ście, że ma bli­sko do pracy, w razie nie­po­gody może przyjść pie­chotą i nie musi opła­cać ubez­pie­cze­nia za samo­chód. Z całej ich czwórki jest też jedy­nym nie­żo­na­tym, więc ma tro­chę wię­cej wol­nych środ­ków, ale Jerry nie­ustan­nie go zapew­nia, że i jego czeka ten sam los co wszyst­kich: "Prę­dzej czy póź­niej kasa się skoń­czy, zoba­czysz, ha, ha, ha". Jerry ma pięć­dzie­siąt trzy lata, jest z nich wszyst­kich naj­star­szy, ma pod­krę­cone siwe wąsi­ska, obsy­paną pie­gami łysinę, skoł­tu­niony kucyk i oczy nie­bie­skie jak lodowce.

Silas jest z natury mało­mówny. Lewis podej­rzewa, że w jego żyłach może pły­nąć tro­chę indiań­skiej krwi - nie dość, żeby nazy­wali go Wodzem przed poja­wie­niem się Lewisa, ale... może jest jej tyle co u Elvisa, jak­kol­wiek nie­wiele tego było? W sam raz, żeby zapeł­nić parę nie­bie­skich zamszo­wych butów? Eldon twier­dzi, że jest jed­no­cze­śnie Gre­kiem i Wło­chem; może to być żart, który Lewis nie do końca łapie. Jerry nic o sobie nie mówi, co naj­wy­żej dopo­mina się o następne piwo.

Dobrze, że ich zna­lazł - po tym jak stra­cił Gabe'a, Cassa i Ricky'ego. Zna­czy, po tym, jak ich zosta­wił.

O tym nagłówki nie wspo­mną. To żadna nowina.

Piąta po połu­dniu, ruch na River Drive spory, wszy­scy kie­rowcy odwra­cają głowy, żeby przez chwilę dłu­żej mieć Sha­ney w kadrze. Pew­nie jej fla­ne­lowa koszula powiewa na wie­trze i wygląda, jakby w każ­dej chwili mogła odfru­nąć.

Super.

Po pro­stu fan­ta­stycz­nie.

Wie, że nie powi­nien był wspo­mi­nać o Har­leyu. Lepiej byłoby samemu pod­je­chać do domu, może rzu­cić parę razy do kosza na pod­jeź­dzie, zanim Peta wróci, ale... Har­ley, tak? Nie jest po pro­stu nie­młody, jest auten­tycz­nie stary jak na psa tej wiel­ko­ści. Dwa razy został potrą­cony przez samo­chód (w tym raz przez śmie­ciarkę), raz postrze­lony w bio­dro - a to i tak tylko te wypadki, o któ­rych Lewis wie, bo poza tym były uką­sze­nia węży, spo­tka­nia z jeżo­zwie­rzami, dzie­ciaki z wia­trów­kami i nor­malne w życiu każ­dego psa psie awan­tury. Nie było mowy, żeby Har­ley zdo­łał prze­sa­dzić ten płot.

Zwłasz­cza że nie miał żad­nego powodu, żeby pró­bo­wać. Mimo to Lewis już cztery razy łapał go na ulicy, a Peta kolejne dwa. Har­ley musi prze­ska­ki­wać przez płot, nie ma innego wytłu­ma­cze­nia... Ale Lewis powi­nien był to zacho­wać dla sie­bie.

Dla­czego tego nie zro­bił?

Dużo myślał o łani na pod­ło­dze w salo­nie, o uja­da­ją­cym na dwo­rze Har­leyu, aż w końcu udało mu się jedno z dru­gim połą­czyć. Czy to moż­liwe, żeby pies szcze­kał wła­śnie na nią? Na łanię? Czy mógł ją widzieć ina­czej niż przez skrzy­dła krę­cą­cego się wen­ty­la­tora? Czy leżała tam przez całe dzie­sięć lat?

I dalej: jeżeli rze­czy­wi­ście wyczu­wał jej obec­ność, to czy wła­śnie z jej powodu prze­ska­ki­wał przez płot? Może wcale nie cho­dziło mu o to, żeby dorwać się do wszyst­kich oko­licz­nych suczek z cieczką, tylko o to, żeby zna­leźć się jak naj­da­lej od domu?

Wyna­jęli dom na dwa­na­ście mie­sięcy; jeżeli spa­kują się i wypro­wa­dzą wcze­śniej, stracą kau­cję.

- Trzy­maj się - mówi do Sha­ney.

Odkręca prze­pust­nicę i prze­ska­kują przez rzekę. Nad torami kole­jo­wymi na chwilę osią­gają stan nie­waż­ko­ści i dzięki temu udaje im się unik­nąć tra­dy­cyj­nego w tym miej­scu dwu­krot­nego (po jed­nym razie na każdą szynę) szczę­ka­nia zębami.

Sha­ney pokrzy­kuje z entu­zja­zmem, a Lewis naj­pierw redu­kuje bieg, zwal­nia i składa się w ostry zakręt w 6 ulicę, a potem roz­pę­dza się, wrzuca czwórkę i grzeje Ame­ri­can Ave­nue. Wysuwa się na czoło stawki, bo prze­cież żaden z tych fra­je­rów jesz­cze u niego nie był. Jesz­cze trzy szyb­kie zakręty - może ciut za szyb­kie, ale chce spraw­dzić Sha­ney - i wjeż­dża na pod­jazd przed domem.

- Jeste­śmy na miej­scu - mówi, kiedy gasną widla­ste dwójki z pan­he­adami i zapada cisza.

Jerry, Eldon i Silas sta­wiają moto­cy­kle na nóżce. Lewis czeka na Sha­ney.

- Aaa tak, jasne - mity­guje się dziew­czyna.

Obiema rękami opiera mu się o plecy i zeska­kuje na zie­mię. Lewis cie­szy się w duchu, że wyszło to cał­kiem nie­źle; nie będzie obra­cał tej sceny w gło­wie przez resztę tygo­dnia.

- No to gdzie jest ten wielki lata­jący pies? - chrypi Jerry.

- A co, dziadku? - drwi Eldon. Trzyma się poza zasię­giem rąk Jerry'ego, ale krok ma lekki i sprę­ży­sty jak bok­ser. - Pora spa­nia się zbliża?

Silas szcze­rzy zęby w uśmie­chu i podzi­wia front domu. Jego wzrok zatrzy­muje się - tak przy­naj­mniej wydaje się Lewi­sowi - przy oknie na pię­trze. Lewis też w nie spo­gląda: to okno ich sypialni, na razie jesz­cze bez zasłon.

- No, listo­no­szu? - odzywa się ponow­nie Jerry.

Lewis jest prak­tycz­nie pewien, że Jerry do wszyst­kich tak się zwraca - pew­nie dla­tego, że zaczyna zapo­mi­nać imiona.

Wbija kod do drzwi garażu, teatral­nie otrze­puje buty przed wej­ściem i zapra­sza wszyst­kich na słynny na całym świe­cie Pokaz Psich Sko­ków Przez Prze­szkody.

- Robi to od nie­dawna - tłu­ma­czy, pro­wa­dząc gości przez kuch­nię; idzie tyłem, jak rasowy prze­wod­nik tury­styczny. - Zawsze podej­rze­wa­łem, że ma w sobie coś z wilka, może z psa zaprzę­go­wego, może z psa do walk. Teraz zaczy­nam cał­kiem poważ­nie myśleć, że także coś z kan­gura.

- Śnieżny kan­gur - mówi Jerry; ogo­rzała skóra wokół jego oczu składa się w kurze łapki.

Silas par­ska śmie­chem, prze­suwa pal­cami po bla­cie stołu i pod­nosi je do oczu. Szuka kurzu.

- Jeśli za pło­tem jest coś, co psa inte­re­suje - wyłusz­cza im Sha­ney - to pies uczy się ska­kać.

Burk­nięta odpo­wiedź Jerry'ego ginie w gąsz­czu wąsów. Lewis prosi, żeby powtó­rzył, ale Jerry zbywa go mach­nię­ciem ręki.

- Gdzie pani domu? - Eldon pokle­puje opar­cie kanapy.

- Kosi gruby szmal. - Lewis w odpo­wie­dzi naśla­duje wyma­chy odbla­sko­wymi poma­rań­czo­wymi pałecz­kami, któ­rymi Peta dyry­guje samo­lo­tami, i przy oka­zji kie­ruje swo­ich tury­stów w prawo, w prawo, bar­dzo pro­simy w prawo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki