Rozdział 3
Kiedy Maja wysiadła z autobusu w małym, nadmorskim miasteczku, które było ostatecznym celem jej podróży, z nieba lał się żar, mimo że dochodziła już piętnasta. Dziękując w myślach za klimatyzację w autobusie, postanowiła rozejrzeć się za jakimś sklepikiem, żeby kupić sobie wodę. Poprzednią butelkę opróżniła w podróży, a musiała jeszcze dotrzeć do miejsca, w którym miała mieszkać w najbliższych miesiącach. O ile wiedziała, był to kawałek drogi. Spacer w takim upale bez czegoś do picia nie wydawał jej się najlepszym pomysłem, podobnie jak wędrówka bez kremu z filtrem, więc i ten zakup miała w planach.
Na szczęście, gdy tylko autobus odjechał z przystanku, jej oczom ukazał się nieduży sklep spożywczo-monopolowy. Znajdował się po drugiej stronie ulicy. Ciągnąc walizkę, Maja szybko przeszła przez jezdnię, mimo że nie było przejścia dla pieszych. W mieście na pewno nie zrobiłaby czegoś takiego, ale tutaj ruch był niewielki, więc raczej nie ryzykowała za bardzo. Chyba powinna powoli zacząć oswajać się z tym, że życie na wsi rządzi się swoimi prawami, w niektórych sytuacjach całkiem innymi niż w mieście.
Na szczęście wnętrze sklepu było klimatyzowane. Mile zaskoczona tym faktem dziewczyna zamknęła za sobą drzwi i rzuciła "dzień dobry" do pracownicy siedzącej za jedną z dwóch kas.
- Dzień dobry - odparła pogodnie kobieta.
Sklep, czego zupełnie się nie spodziewała, był samoobsługowym minimarketem. Maja zerknęła na wąskie alejki między półkami, a potem na swoją walizkę.
- Mogę z nią wejść czy mam ją gdzieś zostawić?
Kasjerka zmierzyła dziewczynę wzrokiem.
- Niech pani idzie. Chyba pani nic nie ukradnie?
Maja uśmiechnęła się lekko.
- Nie mam takiego zamiaru.
Pociągnęła walizkę i nie zaprzątając sobie głowy wzięciem koszyka, zaczęła buszować między półkami. Dość szybko zlokalizowała lodówkę ze schłodzonymi napojami, a potem w jednej z wąskich alejek wypatrzyła krem z filtrem. Zadowolona dorzuciła przy kasie do zakupów batonik. Uregulowawszy należność i pożegnawszy się z kasjerką, wyszła ze sklepu. Zamiast jednak od razu udać się w dalszą drogę, przystanęła na chwilę pod ścianą budynku i ugasiła pragnienie.
- Dzień dobry! - rzuciła do niej obca kobieta akurat wchodząca do sklepu.
- Dzień dobry - odparła Maja, nieco tym zaskoczona, ale zaraz uprzytomniła sobie, że przecież jest na wsi i tutejsze zwyczaje są inne.
Zjadła batonik i wyjęła telefon, żeby włączyć nawigację. Wtedy przypomniała sobie, że przecież nie ma dostępu do internetu. Wróciła do sklepu, żeby zapytać, czy dostanie kartę SIM.
- Jasne - odparła kasjerka. - Jakiego operatora?
- A jakie są dostępne?
Dziewczyna wyjęła spod lady koszyczek ze starterami i postawiła go przed Mają. Ta przejrzała je pobieżnie. Zdecydowała się na kartę od dostawcy, z którego usług korzystała ostatnio, i zapłaciła. Potem jeszcze zarejestrowała swój numer w myśl obowiązującego prawa, chociaż podała tylko swoje drugie imię, i schowała starter do kieszeni. Miała nadzieję, że nikt się nie zorientuje, że dane są niepełne. Jednakże w sytuacji, w której się znajdowała, raczej nie miała innego wyboru.
- Czy kupię u pani doładowanie, gdy to mi się skończy? - spytała ekspedientkę.
- Tak, jasne. A więc przyjechałaś na dłużej?
- Będę tu pracować przez lato. A przynajmniej mam taką nadzieję.
- O, świetnie. Zechcesz zdradzić, gdzie dokładnie?
- Mam być animatorką zabaw dla dzieci na placu zabaw przy jednym z hoteli.
- U Gałeckich?
- Tak.
- W takim razie nie martw się niczym, na pewno dasz radę dotrwać do końca lata. Gałeccy to uczciwi ludzie i ich pracownicy, nawet ci sezonowi, nie mają zwykle powodów do narzekania.
- Dobrze wiedzieć. - Maja posłała jej uśmiech, bo te słowa nieco ją uspokoiły.
Nigdy wcześniej nie pracowała, nawet dorywczo, nie do końca wiedziała, czego się spodziewać. Zresztą zdobyła tę posadę poprzez rekrutację internetową, więc nawet nie widziała jeszcze swojego pracodawcy.
- Drobiazg - odparła dziewczyna zza lady.
- Jeszcze raz dziękuję za pomoc - rzuciła Maja, przesuwając się do drzwi.
- Nie ma za co. Zawsze możesz się do mnie zgłosić, gdybyś czegoś potrzebowała. W razie czego pytaj o Marlenę.
- Dzięki. Do zobaczenia - odparła Maja, po czym wyszła na zewnątrz.
Ponownie przystanęła przy wejściu, włożyła nową kartę do telefonu, a potem uruchomiła nawigację. Pospiesznie posmarowała też ramiona kremem z filtrem i ruszyła wreszcie ku miejscu, w którym miała spędzić najbliższe miesiące.
Droga do hotelu Gałeckich wiodła przez las. Maja cieszyła się, że nie musi ciągle iść w słońcu. Wdychała przyjemny zapach igliwia, a pod jej nogami gdzieniegdzie leżały szyszki. Mocniejsze podmuchy wiatru niosły ze sobą również słoną woń morza, przez co na chwilę dziewczyna zapomniała o tym, że przyjechała tutaj do pracy, i poczuła się jak turystka. Dawno nie była nad Bałtykiem. Choć w dzieciństwie miała możliwość kąpać się w polskim morzu co roku, potem wiele się zmieniło i nie mogła już tyle wyjeżdżać.
A szkoda - pomyślała z tęsknotą, wspominając dziecięce zabawy na piasku i skakanie przez fale.
Ale takie właśnie było życie - pełne zmian. Do pewnych rzeczy po prostu trzeba się przyzwyczaić.
Zapach wody stawał się coraz wyraźniejszy z każdym krokiem. Maja wiedziała z internetu, że czterogwiazdkowy hotel Gałeckich mieścił się tuż przy plaży i z okien najdroższych pokojów rozciągał się widok na morze. Plac zabaw, na którym miała pracować, również znajdował się nieopodal plaży, więc żywiła cichą nadzieję, że i jej będzie dane co rano cieszyć oczy widokiem spienionych wód Bałtyku. Bo na pokój z oknem wychodzącym na morze nie liczyła. Może i nie miała doświadczenia w pracy w letnim kurorcie, ale trochę już przeżyła i wiedziała, że to nie jest raczej standard w mieszkaniach dla pracowników.
Przeszła jeszcze kilkaset metrów i jej oczom ukazał się biały, wysoki gmach hotelu. Choć Maja już wcześniej dokładnie obejrzała sobie jego zdjęcia w internecie, musiała przyznać, że na żywo robił o wiele większe wrażenie niż na fotografiach. Pięciopiętrowy, ze spadzistym dachem królował nad lasem i wydawał się wręcz majestatyczny. Widać było, że jest zadbany. Od czystej elewacji i szyb odbijały się promienie słoneczne, a na balkonach, które okalały rzeźbione, mosiężne barierki, wisiały doniczki z czerwonymi pelargoniami. I choć Maja widziała na razie tylko te balkony wychodzące na las, pomyślała, że cudownie byłoby wyjść rano na jeden z nich, odetchnąć głęboko, poczuć zapach piasku, nadmorskiego powietrza i wystawić skórę ku słońcu. Ta wizja sprawiła, że się rozmarzyła. Szybko przywołała się w myślach do rzeczywistości, ponieważ po drugiej stronie ulicy dostrzegła bramę prowadzącą na podjazd przed hotelem i musiała skupić się na przejściu przez drogę.
Wtedy też poczuła ukłucie stresu. Oto nie musiała już się zastanawiać, jak to będzie, gdy dotrze w końcu do hotelu i zacznie pierwszą pracę - znalazła się przed nim naprawdę i wszystkie jej wcześniejsze wrażenia zderzyły się z rzeczywistością. Nie zamierzała jednak wyjść na tchórza, zignorowała nieprzyjemny ucisk w okolicach żołądka i z myślą, że raz się żyje, weszła do hotelu przez przeszklone drzwi, tak jak poleciła jej kobieta podczas rekrutacji.
Wnętrze było równie piękne jak budynek z zewnątrz. Jasna podłoga, wyłożona płytkami na wysoki połysk, idealnie komponowała się z pozłacanymi żyrandolami oraz futrynami wszystkich drzwi, które prowadziły z recepcji. Pod dużymi oknami ustawiono welurowe fotele i kwiaty, a na środku pomieszczenia znajdował się marmurowy kontuar. Maja podeszła do niego.
- Dzień dobry - powiedziała do recepcjonistki w koszuli z logo hotelu, nadal walcząc ze stresem. - Mam na imię Maja i przyjechałam do pracy. Szukam pani Anety Słomczewskiej, z którą rozmawiałam podczas rekrutacji.
- O, witam serdecznie. Tak, Aneta mówiła mi, że pani dzisiaj się zjawi. Zaraz do niej zadzwonię i poproszę, żeby przyszła. Proszę chwileczkę poczekać.
- Dziękuję. - Maja posłała jej uśmiech, po czym odeszła kawałek, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie. Wykorzystała tę chwilę, żeby przyjrzeć się szklanym gablotkom ustawionym pod ścianą, w której znajdowała się biżuteria z bursztynów i nieduże witraże.
Pewnie to dzieła jakichś lokalnych artystów - pomyślała, przyglądając się wystawce kolczyków oraz kolorowym szkiełkom.
Po chwili recepcjonistka skończyła rozmowę, więc Maja znowu podeszła do niej.
- Aneta przyjdzie za kilka minut - powiedziała dziewczyna. - A ja jestem Adriana. - Podała jej rękę.
- Maja. Miło cię poznać.
- Ciebie też. Słyszałam, że masz pracować na placu zabaw.
- Też tak słyszałam.
- To fajna fucha. I chyba niezbyt męcząca. Zostajesz na całe lato?
- Bardzo bym chciała, ale zobaczymy, jak wyjdzie.
- Jeśli masz taki zamiar, to na pewno dasz radę do końca sezonu. Pracuję w recepcji już od kilku lat i mało kto z pracowników sezonowych odchodzi przed pierwszym września. Ludzie są zazwyczaj zadowoleni.
- Dziewczyna ze sklepu powiedziała mi to samo.
- No widzisz? Bo to szczera prawda. Gałeccy dbają o swoich pracowników o wiele bardziej niż inni hotelarze w tej okolicy. Jeśli masz zapał do pracy i nie przyjechałaś tu z zamiarem plażowania i wypoczynku, to myślę, że będziesz zadowolona.
- Rozumiem, że ty jesteś?
- No jasne. Czy inaczej pracowałabym tutaj już od kilku lat?
Maja musiała przyznać jej rację. Pogawędziły jeszcze przez chwilę, ale gdy z windy wysiadła kobieta w średnim wieku, musiały skończyć rozmowę.
- Pani Maja? - Kobieta ruszyła w ich stronę, patrząc na Majkę.
- Tak, to ja. - Maja wyciągnęła rękę w jej stronę. Uznała, że ma do czynienia z Anetą Słomczewską. - Miło mi panią poznać.
- Wzajemnie. Dawno przyjechałaś?
- Może jakieś pół godziny temu.
- Szkoda, że nie zadzwoniłaś. Wysłałabym kogoś po ciebie na przystanek. Gorąco dzisiaj, a jednak do hotelu jest stamtąd ponad kilometr. Można się zmęczyć.
- Dziękuję, ale spacer sprawił mi przyjemność. Zresztą nie chciałam sprawiać kłopotu.
- Rozumiem. I wiesz co? Cenię takich pracowników. Nie znoszę ludzi, którzy przybiegają do mnie z każdą błahostką.
Zapamiętam - pomyślała Maja, ale nie odważyła się powiedzieć tego na głos.
- Pewnie jesteś głodna, co? - spytała tymczasem Słomczewska. - Dobrze pamiętam, że pochodzisz spod Warszawy?
- Tak. Z Sochaczewa.
- Musiałaś mieć długą podróż.
- Wyjechałam rano.
- Zapraszam na obiad. Widziałaś już naszą restaurację?
- Jeszcze nie miałam okazji.
- Wobec tego zaraz ci ją pokażę, choć nasi pracownicy jadają zazwyczaj w innym miejscu. Mamy cudowne menu - dodała, po czym ruszyła ku szerokim drzwiom znajdującym się na prawo od recepcji. - Czasami aż ciężko się zdecydować.
Maja posłała uśmiech Adrianie, która kiwnęła do niej głową, i ciągnąc walizkę, ruszyła za Anetą Słomczewską. Musiała przyznać, że właśnie tak wyobrażała sobie menedżerkę tego hotelu - jako elegancką, wygadaną i pewną siebie kobietę. Spodobał jej się również szacunek, z jakim ta zwracała się do pracowników, a zaproszenie na obiad było bezsprzecznie bardzo miłą propozycją. Z przyjemnością usiadła przy jednym ze stolików, zdjęła z ramienia torebkę i odwiesiwszy ją na oparcie krzesła, wzięła od kelnerki kartę dań.
Mimo zachwytów Anety nad menu propozycje w karcie dań raczej nie zaskoczyły Majki - większość z tych potraw jadła, choć nie zamierzała przyznać się do tego nowej przełożonej. Uznała, że lepiej, jeśli kobieta będzie miała ją za prostą dziewczynę, więc postanowiła nie zdradzać, w jakich kręgach dorastała i skąd zna te dania. Tak było lepiej. I na pewno bezpieczniej.
Po krótkim namyśle zdecydowała się na sałatkę z kaczką, pomarańczami i sosem żurawinowym, bo danie wydawało się lekkie i odświeżające, a nie chciała jeść nic ciężkiego i tłustego w ten upał. Słomczewska pochwaliła jej wybór, a potem zamówiły jeszcze napoje i odbyły miłą, kurtuazyjną rozmowę na różne tematy, w tym o nadchodzących wakacjach. Aneta pokrótce przypomniała Majce, co będzie należało do jej obowiązków. Po obiedzie przeszły do biura, gdzie podpisały umowę i dziewczyna dostała kilka koszulek z logo hotelu.
- Możesz do nich zakładać, co chcesz, byleby to nie były bardzo krótkie spódniczki albo spodenki odsłaniające pośladki - wyjaśniła Aneta. - I związuj, proszę, włosy do pracy. Taki panuje tu u nas zwyczaj.
- Oczywiście. Jak pani sobie życzy.
- Masz ze sobą buty na obcasach?
- Nie, nie wzięłam.
- To dobrze. Dzieciaki bywają czasami wymagające i niekiedy trzeba za nimi biegać. W sandałach na płaskiej podeszwie na pewno będzie ci wygodniej.
- Zgadzam się z panią.
- A teraz chodźmy na zewnątrz, pokażę ci, gdzie będziesz mieszkała. - Słomczewska wzięła z szuflady w biurku pęk kluczy, a potem wstała i ruszyła do drzwi.
Maja zabrała swoją torebkę i walizkę, po czym podążyła za menedżerką. Zjechały windą na parter, ale zamiast wyjść na zewnątrz, Aneta najpierw podeszła do Ady - recepcjonistki.
- Wiesz może, które pokoje w hotelu pracowniczym sprzątała dzisiaj pani Monika? Chcę zakwaterować Majkę, a od rana nie mogę się do niej dodzwonić i nigdzie jej nie widziałam.
- Och, Monika wzięła dziś wolne. Coś jej wypadło i dzwoniła rano do szefa z prośbą o urlop na żądanie.
- Naprawdę? To dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Adriana wzruszyła ramionami.
- No dobra, nieważne - odezwała się Słomczewska. - Chociaż właściwie to ważne - dodała po chwili. - Pani Monika miała sprzątać hotelik pracowniczy od rana, bo wcześniej, z tego, co wiem, nie miała na to czasu. Jeśli te pokoje nie są przygotowane, to gdzie ja zakwateruję Majkę?
W recepcji na chwilę zapanowała cisza.
- Hmm... - mruknęła w końcu Adriana. - To może w tym domku, który pan prezes zbudował kiedyś dla swoich dzieciaków? - zaproponowała. - Tam Monika posprzątała już kilka dni temu.
- Ale ja planowałam ulokowanie tam kogoś innego - jęknęła Słomczewska. Szybko odzyskała jednak pewność siebie. - No dobra, trudno - rzuciła po chwili. - Masz tu może klucze do tego domku? - Spojrzała na Adę. - Nie chce mi się wracać po nie na górę.
- Gdzieś powinny być - odparła recepcjonistka, po czym zaczęła przeszukiwać szuflady za kontuarem.
W końcu znalazła to, czego potrzebowały, i wręczyła Słomczewskiej dwa kluczyki na kółku, do których przypięty był nieduży breloczek.
- Chodźmy - zwróciła się menedżerka do Majki, która przysłuchiwała się ich rozmowie, stojąc na uboczu. - Wygląda na to, że masz fart i dostaniesz własne lokum z kuchnią i łazienką zamiast jednego pokoju w hoteliku dla pracowników.
- Och... - wyrwało się Majce.
Tego się nie spodziewała, nie zamierzała jednak protestować. Podobał jej się taki obrót sytuacji.