Jedyna - Kiera Cass

-
Proszę czekać

Roz­dział 4

Weszłam do Kom­na­ty Dam, za­sta­na­wiając się nad no­wym pla­nem Ma­xo­na. Królowa jesz­cze się nie po­ja­wiła, a po­zo­stałe dziewczęta śmiały się, sku­pio­ne przy oknie.

- Ami, chodź tu­taj! - zawołała po­na­glająco Kriss. Na­wet Ce­le­ste odwróciła się z uśmie­chem i skinęła na mnie ręką.

Byłam trochę za­nie­po­ko­jo­na tym, co może mnie cze­kać, ale mimo wszyst­ko po­deszłam do nich.

- O rany! - pisnęłam.

- Wiem - wes­tchnęła Ce­le­ste.

W ogro­dzie chy­ba połowa gwar­dzistów pałaco­wych ćwi­czyła bie­gi. Byli ro­ze­bra­ni do pasa. Aspen mówił mi, że wszy­scy gwar­dziści do­stają za­strzy­ki wzmac­niające, ale naj­wy­raźniej mu­sie­li także dużo tre­no­wać, aby utrzy­my­wać się w naj­lep­szej kon­dy­cji.

Cho­ciaż wszyst­kie byłyśmy od­da­ne Ma­xo­no­wi, nie mogłyśmy całkiem igno­ro­wać wi­do­ku przy­stoj­nych chłopców.

- Ten blon­dyn - po­wie­działa Kriss. - W każdym ra­zie wy­da­je mi się, że to blon­dyn. Mają strasz­nie krótko ostrzyżone włosy!

- Mnie się po­do­ba ten - stwier­dziła ci­cho Eli­se, kie­dy ko­lej­ny gwar­dzi­sta prze­biegł pod na­szym oknem.

Kriss za­chi­cho­tała.

- Nie do wia­ry, że to ro­bi­my!

- O! O! Ten fa­cet tam, z zie­lo­ny­mi ocza­mi - po­wie­działa Ce­le­ste, wska­zując Aspe­na.

Kriss wes­tchnęła.

- Tańczyłam z nim na balu hal­lo­we­eno­wym i jest równie dow­cip­ny, jak przy­stoj­ny.

- Też z nim tańczyłam - po­chwa­liła się Ce­le­ste. - Bez cie­nia wątpli­wości to naj­przy­stoj­niej­szy gwar­dzi­sta w pałacu.

Nie mogłam się nie roześmiać. Za­sta­na­wiałam się, co by pomyślała, gdy­by wie­działa, że daw­niej był Szóstką.

Pa­trzyłam, jak bie­gnie, i myślałam o tym, jak te ra­mio­na obej­mo­wały mnie set­ki razy. Zwiększa­nie się dy­stan­su między mną a Aspe­nem wy­da­wało się nie­unik­nio­ne, ale na­wet te­raz za­sta­na­wiałam się, czy jest jakiś sposób, żeby za­cho­wać cho­ciaż cząstkę tego, co nas łączyło. A gdy­bym go po­trze­bo­wała?

- A co ty myślisz, Ami? - za­py­tała Kriss.

Je­dy­nym chłopa­kiem, który na­prawdę przy­ku­wał mój wzrok, był Aspen, a w świe­tle tego, o czym myślałam przed chwilą, wydało mi się to okrop­nie płyt­kie. Od­po­wie­działam wy­mi­jająco.

- Nie wiem. Wszy­scy nieźle wyglądają.

- Nieźle? - powtórzyła Ce­le­ste. - Chy­ba so­bie żar­tu­jesz! To naj­przy­stoj­niej­si fa­ce­ci, ja­kich w życiu wi­działam!

- To tyl­ko gro­ma­da chłopaków bez ko­szul - od­pa­ro­wałam.

- Owszem, i mogłabyś się przez chwilę cie­szyć tym wi­do­kiem, za­nim będziesz mu­siała pa­trzeć tyl­ko na nas - od­parła złośli­wie Ce­le­ste.

- Jak uważasz. Ma­xon bez ko­szu­li wygląda równie do­brze, jak do­wol­ny z tych fa­cetów.

- Co ta­kie­go? - pisnęła Kriss.

Se­kundę po tym, jak te słowa wy­rwały mi się z ust, uświa­do­miłam so­bie, co po­wie­działam. Trzy pary oczu wpa­try­wały się we mnie.

- Kie­dy tak dokład­nie ty i Ma­xon byliście półnadzy? - za­py­tała groźnie Ce­le­ste.

- Ja nie byłam!

- Ale on był? - spy­tała Kriss. - Czy o to cho­dziło z tą kosz­marną su­kienką wczo­raj?

Ce­le­ste aż się zachłysnęła.

- Ty zdzi­ro!

- Wy­pra­szam so­bie! - wrzasnęłam.

- No, a jak niby mam cię na­zwać? - warknęła, spla­tając ra­mio­na. - Chy­ba że ze­chcesz nam wszyst­kim po­wie­dzieć, co się wy­da­rzyło, i dla­cze­go zupełnie nie mamy ra­cji.

Nie miałam szans, żeby im to wyjaśnić. Roz­bie­ra­nie Ma­xo­na nie miało nic wspólne­go z ro­man­tyczną sceną, ale nie mogłam im po­wie­dzieć, że mu­siałam opa­trzeć rany na jego ple­cach, za­da­ne mu przez ojca. Przez całe życie ukry­wał ten se­kret, a gdy­bym go te­raz zdra­dziła, wszyst­ko między nami byłoby skończo­ne.

- Ce­le­ste była pra­wie półnaga, kie­dy całowała się z nim na ko­ry­ta­rzu - oznaj­miłam oskarżyciel­sko, wska­zując ją pal­cem.

Otwo­rzyła sze­ro­ko usta.

- Skąd wiesz?

- Czy wszyst­kie roz­bie­rałyście się przy Ma­xo­nie? - za­py­tała ze zgrozą Eli­se.

- Nie roz­bie­rałyśmy się! - krzyknęłam.

- No do­brze. - Kriss także skrzyżowała ra­mio­na. - Mu­si­my to wyjaśnić. Która co robiła z Ma­xo­nem?

Wszyst­kie na chwilę umilkłyśmy, żadna nie chciała mówić pierw­sza.

- Ja się z nim całowałam - po­wie­działa Eli­se. - Trzy razy, ale to wszyst­ko.

- Ja się z nim w ogóle nie całowałam - przy­znała się Kriss. - Ale to był mój wybór. Pocałowałby mnie, gdy­bym mu na to po­zwo­liła.

- Na­prawdę? Ani razu? - za­py­tała za­szo­ko­wa­na Ce­le­ste.

- Ani razu.

- Cóż, ja się z nim często całowałam. - Ce­le­ste od­rzu­ciła włosy na ple­cy i po­sta­no­wiła oka­zać dumę za­miast za­wsty­dze­nia. - Naj­lep­szy raz był na ko­ry­ta­rzu, późnym wie­czo­rem. - Po­pa­trzyła na mnie. - Szep­ta­liśmy so­bie, ja­kie to jest eks­cy­tujące, że ktoś może nas przyłapać.

W końcu wszyst­kie oczy spoczęły na mnie. Pomyślałam o słowach króla, su­ge­rującego, że być może inne dziewczęta są znacz­nie bar­dziej swo­bod­ne, niż ja odważyłabym się być. Te­raz wie­działam, że to był jesz­cze je­den ro­dzaj ata­ku, mającego spo­wo­do­wać, że po­czuję się nie­ważna. Po­sta­no­wiłam mówić prawdę.

- To mnie Ma­xon pocałował pierwszą, nie Oli­vię. Nie chciałam, żeby kto­kol­wiek o tym wie­dział. Mie­liśmy też kil­ka... in­tym­nych mo­mentów i przy jed­nej oka­zji ko­szu­la Ma­xona zo­stała zdjęta.

- Zo­stała zdjęta? To zna­czy co, ma­gicz­nie prze­le­ciała mu przez głowę? - na­ci­skała Ce­le­ste.

- Sam ją zdjął - przy­znałam.

Ce­le­ste, nadal nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­na, do­py­ty­wała się da­lej:

- On ją zdjął, czy ty ją zdjęłaś?

- Chy­ba obo­je.

Po chwi­li napięcia Kriss zno­wu się ode­zwała:

- Do­brze, te­raz wszyst­kie wie­my, na czym sto­imy.

- Czy­li na czym? - za­py­tała Eli­se.

Nikt jej nie od­po­wie­dział.

- Chciałam tyl­ko po­wie­dzieć... - zaczęłam. - Wszyst­kie te chwi­le były dla mnie ogrom­nie ważne i zależy mi na Ma­xo­nie.

- Su­ge­ru­jesz, że nam nie zależy? - warknęła Ce­le­ste.

- Wiem, że to­bie nie zależy.

- Jak śmiesz?

- Ce­le­ste, wszy­scy wiedzą, że zależy ci na kimś, kto ma władzę. Mogę się założyć, że lu­bisz Ma­xo­na, ale nie je­steś w nim za­ko­cha­na. Two­im ce­lem jest ko­ro­na.

Nie próbując za­prze­czać, Ce­le­ste spoj­rzała na Eli­se.

- A co z nią? Nig­dy nie wi­działam, żeby oka­zy­wała cho­ciaż cień emo­cji!

- Je­stem opa­no­wa­na. Też po­win­naś cza­sem tego spróbować - od­pa­ro­wała szyb­ko Eli­se. Ta iskra gnie­wu spra­wiła, że od razu bar­dziej ją po­lu­biłam. - W mo­jej ro­dzi­nie wszyst­kie małżeństwa są aranżowa­ne. Wie­działam, że mnie też to cze­ka, i to wszyst­ko. Mogę nie być za­ko­cha­na w Ma­xo­nie, ale sza­nuję go. Miłość może przyjść z cza­sem.

- To właści­wie smut­ne, Eli­se - ode­zwała się współczująco Kriss.

- Nie­ko­niecz­nie. Są rze­czy ważniej­sze od miłości.

Pa­trzyłyśmy na Eli­se, za­sta­na­wiając się nad jej słowa­mi. Wal­czyłam z miłości dla mo­jej ro­dzi­ny, a także dla Aspe­na. A te­raz, cho­ciaż bałam się o tym myśleć, byłam pew­na, że wszyst­kie moje działania, gdy w grę wcho­dził Ma­xon - na­wet jeśli były roz­pacz­li­wie głupie - brały się z tego uczu­cia. A jed­nak, co by było, gdy­by ist­niało coś ważniej­sze­go?

- Ja po­wiem wprost: ko­cham go - wy­znała Kriss. - Ko­cham go i chciałabym, żeby się ze mną ożenił.

Gwałtow­nie wróciłam myślami do ak­tu­al­nej roz­mo­wy i za­pragnęłam wto­pić się w dy­wan. Co ja zaczęłam?

- No do­bra, Ame­ri­co, przy­znaj się - zażądała Ce­le­ste.

Za­marłam, od­dy­chając płytko. Po­trze­bo­wałam chwi­li, żeby zna­leźć właściwe słowa.

- Ma­xon wie, co czuję, i tyl­ko to się li­czy.

Przewróciła ocza­mi, słysząc moją od­po­wiedź, ale nie próbowała da­lej na­ci­skać. Bez wątpie­nia oba­wiała się, że w ta­kim przy­pad­ku zro­biłabym to samo w sto­sun­ku do niej.

Stałyśmy przy oknie, patrząc na sie­bie. Eli­mi­na­cje ciągnęły się od mie­sięcy, a te­raz w końcu wi­działyśmy ja­sno, jak wygląda ta ry­wa­li­za­cja. Każda miała wgląd w to, ja­kie re­la­cje z Ma­xo­nem mają po­zo­stałe - przy­najm­niej jeśli idzie o je­den ich aspekt - i mogła je porównać ze swo­imi.

Do sali weszła królowa. Dygnęłyśmy przed nią, a po­tem wszyst­kie wy­co­fałyśmy się w kąty i w głąb sie­bie. Może od początku mu­siało do tego dojść. Były tu czte­ry dziewczęta i je­den książę, a trzy z nas mu­siały wkrótce wy­je­chać, za­bie­rając tyl­ko nie­zwy­kle in­te­re­sującą hi­sto­rię o tym, jak minęła nam je­sień.

Roz­dział 3

Zasta­na­wiałam się, czy nie po­wie­dzieć, że mam grypę żołądkową. Albo obezwład­niającą mi­grenę. Albo atak pa­ni­ki. Właści­wie co­kol­wiek, co po­zwo­liłoby mi nie iść na śnia­da­nie.

Po­tem pomyślałam o Ma­xo­nie i o tym, jak po­wta­rzał, że trze­ba za­wsze za­cho­wać opa­no­wa­nie. To aku­rat nig­dy mi szczególnie do­brze nie wy­cho­dziło, ale jeśli przy­najm­niej zejdę na dół i będę obec­na, może do­ce­ni moje sta­ra­nia.

W na­dziei, że uda mi się wy­ma­zać wspo­mnie­nie tego, co zro­biłam, po­pro­siłam po­kojówki, żeby ubrały mnie w naj­skrom­niejszą su­kienkę, jaką miałam. Z sa­mej tej prośby domyśliły się, że nie należy pytać o ostat­ni wieczór. Su­kien­ka miała mniej­szy de­kolt niż te, które zwy­kle nosiłyśmy w ciepłym kli­ma­cie An­ge­les, oraz rękawy pra­wie do łokci. Była kwie­ci­sta i po­god­na, zupełnie od­mien­na od wczo­raj­szej kre­acji.

Le­d­wie odważyłam się spoj­rzeć na Ma­xo­na, kie­dy wcho­dziłam do ja­dal­ni, ale przy­najm­niej trzy­małam wy­so­ko unie­sioną głowę.

Kie­dy w końcu na nie­go po­pa­trzyłam, ob­ser­wo­wał mnie z uśmie­chem. Za­nim wrócił do je­dze­nia, mrugnął do mnie, a ja zno­wu po­chy­liłam głowę, udając, że je­stem bar­dzo za­in­te­re­so­wa­na kawałkiem tar­ty.

- Miło, że dzi­siaj pamiętałaś o założeniu ubra­nia - par­sknęła Kriss.

- Miło, że dzi­siaj je­steś w tak świet­nym hu­mo­rze.

- Co właści­wie w cie­bie wstąpiło? - syknęła.

Pod­dałam się, zniechęcona.

- Nie mam ocho­ty się dziś kłócić, Kriss. Daj mi po pro­stu spokój.

Przez chwilę wyglądała, jak­by miała ochotę za­ata­ko­wać, ale uznała chy­ba, że nie je­stem tego war­ta. Usiadła odro­binę bar­dziej pro­sto i jadła da­lej. Gdy­by wczo­raj wie­czo­rem udało mi się od­nieść ja­ki­kol­wiek suk­ces, byłabym w sta­nie jakoś uspra­wie­dli­wić moje postępo­wa­nie, ale w obec­nej sy­tu­acji nie mogłam na­wet uda­wać, że pękam z dumy.

Za­ry­zy­ko­wałam jesz­cze jed­no spoj­rze­nie na Ma­xo­na, a cho­ciaż nie pa­trzył na mnie, cały czas tłumił uśmiech, krojąc swoją porcję. To mi wy­star­czyło. Nie za­mie­rzałam cier­pieć w ten sposób przez cały dzień. Miałam właśnie się za­chwiać albo złapać za brzuch, zro­bić co­kol­wiek, co po­zwo­liłoby mi wyjść z ja­dal­ni, kie­dy do sali wszedł lo­kaj. Niósł ko­pertę na srebr­nej tacy i skłonił się, kładąc ją przed królem Clark­so­nem.

Król sięgnął po list i szyb­ko go prze­czy­tał.

- Przeklęci Fran­cu­zi - mruknął. - Przy­kro mi, Am­ber­ly, oba­wiam się, że będę mu­siał wy­je­chać w ciągu go­dzi­ny.

- Zno­wu ja­kieś pro­ble­my z umową han­dlową? - za­py­tała królowa przy­ci­szo­nym głosem.

- Tak. Myślałem, że usta­li­liśmy wszyst­ko mie­siące temu. Mu­si­my zająć sta­now­cze sta­no­wi­sko w tej spra­wie. - Król wstał, rzu­cił ser­wetkę na ta­lerz i skie­ro­wał się do drzwi.

- Oj­cze? - za­py­tał Ma­xon, również wstając. - Czy chcesz, żebym je­chał z tobą?

Wydało mi się dziw­ne, że król nie warknął krótkie­go roz­ka­zu, żeby Ma­xon po­szedł z nim - zwy­kle tak właśnie postępował. Gdy tym ra­zem odwrócił się do syna, jego oczy były zim­ne, a głos ostry.

- Kie­dy będziesz po­tra­fił za­cho­wać się, jak na króla przy­stało, będziesz mógł brać udział w tym, co należy do obo­wiązków króla. - Wy­szedł z sali.

Ma­xon stał przez chwilę, za­szo­ko­wa­ny i za­wsty­dzo­ny słowa­mi ojca, który po­sta­no­wił zga­nić go przy nas wszyst­kich. W końcu usiadł i spoj­rzał na matkę.

- Szcze­rze mówiąc, nie chciałoby mi się tam le­cieć - po­wie­dział, rozłado­wując napięcie żar­tem. Królowa uśmiechnęła się, bo oczy­wiście nie miała in­ne­go wy­bo­ru, a resz­ta z nas udała, że nic się nie wy­da­rzyło.

Po­zo­stałe dziewczęta skończyły śnia­da­nie i prze­niosły się do Kom­na­ty Dam. Kie­dy na miej­scach zo­sta­liśmy już tyl­ko Ma­xon, Eli­se i ja, po­pa­trzyłam na nie­go. Jed­no­cześnie pociągnęliśmy się za ucho i wy­mie­ni­liśmy uśmie­chy. Eli­se w końcu wyszła, a my spo­tka­liśmy się na środ­ku sali, nie przej­mując się sprzątającymi wokół nas po śnia­da­niu po­kojówka­mi i lo­ka­ja­mi.

- To moja wina, że cię nie za­brał - jęknęłam.

- Możliwe - uśmiechnął się. - Ale uwierz mi, nie po raz pierw­szy próbuje mi po­ka­zać, gdzie jest moje miej­sce. Ma w głowie mi­lion po­wodów, dla których uważa, że po­wi­nien to robić. Wca­le bym się nie zdzi­wił, gdy­by tym ra­zem zro­bił to wyłącznie przez złośliwość. Nie lubi tra­cić nad ni­czym kon­tro­li, a im bliżej je­stem wy­bo­ru żony, tym bar­dziej mu to gro­zi. Cho­ciaż obaj wie­my, że nig­dy mi do końca nie odpuści.

- Równie do­brze możesz mnie po pro­stu odesłać do domu. On nig­dy nie po­zwo­li, żebyś mnie wy­brał. - Nadal nie po­wie­działam Ma­xo­no­wi o tym, że jego oj­ciec roz­ma­wiał ze mną sam na sam i gro­ził mi po tym, jak Ma­xon prze­ko­nał go, żebym mogła zo­stać. Król Clark­son ja­sno dał mi do zro­zu­mie­nia, że mam nie wspo­mi­nać ani słowem o tej roz­mo­wie, a ja nie chciałam mu się narażać. Jed­no­cześnie fa­tal­nie się czułam, ukry­wając przed Ma­xonem roz­mowę z jego oj­cem.

- Poza tym - dodałam, spla­tając ra­mio­na - po ostat­nim wie­czo­rze nie wy­obrażam so­bie, żeby w ogóle szczególnie ci zależało na mo­jej obec­ności.

Ma­xon przy­gryzł wargę.

- Prze­pra­szam, że zacząłem się śmiać, ale na­prawdę, co in­ne­go miałem zro­bić?

- Miałabym kil­ka po­mysłów - mruknęłam, nadal za­wsty­dzo­na moją próbą uwie­dze­nia go. - Czuję się okrop­nie głupio. - Ukryłam twarz w dłoniach.

- Prze­stań - po­wie­dział łagod­nie, biorąc mnie w ra­mio­na.

- Uwierz mi, byłaś na­prawdę bar­dzo kusząca. Ale to po pro­stu do cie­bie nie pa­su­je.

- Ale czy nie po­win­no pa­so­wać? Czy to nie po­win­na być część tego, ja­kie je­steśmy? - jęknęłam z twarzą ukrytą na jego pier­si.

- Pamiętasz tamtą noc w schro­nie? - za­py­tał przy­ci­szo­nym głosem.

- Pamiętam, ale wte­dy się właści­wie żegna­liśmy.

- To było nie­sa­mo­wi­te pożegna­nie.

Cofnęłam się o krok i trzepnęłam go żar­to­bli­wie. Ma­xon roześmiał się, za­do­wo­lo­ny, że udało nam się po­ko­nać skrępo­wa­nie.

- Za­po­mnij­my o tym - za­pro­po­no­wałam.

- Do­sko­na­le - zgo­dził się. - Poza tym mam pe­wien plan, nad którym obo­je mu­si­my po­pra­co­wać.

- Na­prawdę?

- Tak, a sko­ro oj­ciec wy­je­chał, to do­sko­nały mo­ment, żeby zacząć się nad tym za­sta­na­wiać.

- Do­brze - po­wie­działam, pod­eks­cy­to­wa­na na myśl o tym, że wezmę udział w czymś prze­zna­czo­nym tyl­ko dla nas dwoj­ga.

Ma­xon wes­tchnął, co spra­wiło, że od razu za­nie­po­koiłam się, o jaki plan cho­dzi.

- Masz rację. Mój oj­ciec cię nie apro­bu­je. Ale może zo­stać zmu­szo­ny do zmia­ny zda­nia, jeśli uda nam się jed­na rzecz.

- Czy­li?

- Mu­si­my spra­wić, że sta­niesz się ulu­bie­nicą społeczeństwa.

Przewróciłam ocza­mi.

- I to nad tym mamy pra­co­wać? Ma­xo­nie, to nie­możliwe. Wi­działam ran­king w jed­nym z cza­so­pism Ce­le­ste po tym, jak próbowałam ra­to­wać Mar­lee. Lu­dzie mnie nie znoszą.

- Opi­nia pu­blicz­na bywa zmien­na. Nie po­zwo­li­my, żeby ten je­den mo­ment cię pogrążył.

Nadal uważałam, że spra­wa jest bez­na­dziej­na, ale co miałam po­wie­dzieć? Jeśli to była dla mnie je­dy­na szan­sa, mu­siałam przy­najm­niej spróbować.

- No do­brze - po­wie­działam. - Ale mówię ci, to się nie uda.

Ma­xon przy­sunął się bar­dzo bli­sko z psot­nym wy­ra­zem twa­rzy i ob­da­rzył mnie długim, nie­spiesz­nym pocałunkiem.

- A ja ci mówię, że się uda.

Roz­dział 1

Tym ra­zem byłyśmy w Sali Wiel­kiej, męcząc się z ko­lejną lekcją ety­kie­ty, kie­dy przez okna zaczęły wpa­dać cegły. Eli­se na­tych­miast rzu­ciła się na podłogę i zaczęła się czołgać do bocz­nych drzwi, pojękując ze stra­chu. Ce­le­ste wrzasnęła prze­szy­wająco i po­mknęła na tył sali, le­d­wie uni­kając sypiących się odłamków szkła. Kriss złapała mnie za ramię i pociągnęła, więc ra­zem z nią po­biegłam w stronę wyjścia.

- Po­spiesz­cie się! - zawołała Si­lvia.

W ciągu kil­ku se­kund gwar­dziści usta­wi­li się wzdłuż okien i otwo­rzy­li ogień, a huk wy­strzałów dzwo­nił mi w uszach pod­czas uciecz­ki. Spraw­ca aktu agre­sji w po­bliżu pałacu mu­siał zginąć. Nie­ważne, czy miał broń palną, czy ka­mie­nie - skończyła się wy­ro­zu­miałość dla re­be­liantów.

- Nie­na­widzę bie­gać w tych pan­to­flach - mruknęła Kriss, prze­rzu­cając brzeg suk­ni przez ramię i nie od­ry­wając spoj­rze­nia od końca ko­ry­ta­rza.

- Jed­na z nas będzie się mu­siała do tego przy­zwy­czaić - za­uważyła Ce­le­ste, dysząc ciężko.

Przewróciłam ocza­mi.

- Jeśli to będę ja, za­cznę nosić na co dzień te­nisówki. Mam już tego kom­plet­nie dość.

- Mniej ga­da­nia, szyb­sze tem­po! - krzyknęła Si­lvia.

- Jak mamy się stąd do­stać na dół? - za­py­tała Eli­se.

- A co z Ma­xo­nem? - wy­sa­pała Kriss.

Si­lvia nie od­po­wie­działa. Szłyśmy za nią przez la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy, szu­kając zejścia do pod­zie­mi i patrząc, jak je­den za dru­gim mi­jają nas biegnący w prze­ciwną stronę gwar­dziści. Po­czułam, że na­prawdę ich po­dzi­wiam, i za­sta­na­wiałam się, ja­kiej od­wa­gi trze­ba, żeby dla do­bra in­nych biec w stronę nie­bez­pie­czeństwa.

Mi­jający nas gwar­dziści wyglądali wszy­scy tak samo. W końcu mój wzrok przy­kuła para zie­lo­nych oczu. Aspen nie wyglądał na prze­stra­szo­ne­go ani na­wet za­sko­czo­ne­go. Po­ja­wił się pro­blem, a on mu­siał go po pro­stu roz­wiązać. Taki już był.

Na­sze spoj­rze­nia spo­tkały się tyl­ko na mo­ment, ale to wy­star­czyło. Tak właśnie było z Aspe­nem - w ułamku se­kun­dy, bez słowa, byłam w sta­nie mu prze­ka­zać: Uważaj na sie­bie. A on bez słowa od­po­wie­dział: Wiem, ty też.

Nie­wy­po­wie­dzia­ne słowa były kojące, nie mogłam jed­nak czer­pać po­dob­nej po­cie­chy z rze­czy wy­po­wie­dzia­nych na głos. Na­sza ostat­nia roz­mo­wa była dość burz­li­wa. Miałam za­raz opuścić pałac i pro­siłam go, żeby dał mi trochę cza­su i po­zwo­lił za­po­mnieć o Eli­mi­na­cjach. A po­tem osta­tecz­nie zo­stałam, ale nie miałam oka­zji wyjaśnić mu dla­cze­go.

Może kończyła mu się już cier­pli­wość do mnie i za­czy­nał tra­cić zdol­ność do­strze­ga­nia we mnie tyl­ko tego, co naj­lep­sze. Mu­siałam coś na to po­ra­dzić. Nie wy­obrażałam so­bie życia, w którym nie byłoby Aspe­na. Na­wet te­raz, cho­ciaż miałam na­dzieję, że Ma­xon mnie wy­bie­rze, ist­nie­nie świa­ta bez Aspe­na wy­da­wało mi się czymś nie­możli­wym.

- Tu­taj! - zawołała Si­lvia, od­su­wając ukry­ty w ścia­nie pa­nel.

Ru­szyłyśmy w dół scho­da­mi, Eli­se i Si­lvia na początku.

- Cho­le­ra, Eli­se, po­spiesz się trochę! - krzyknęła Ce­le­ste. Wku­rzyły mnie jej słowa, ale nic nie po­wie­działam, bo w końcu wszyst­kie myślałyśmy to samo.

Kie­dy scho­dziłyśmy co­raz niżej w ciem­ność, myślałam ze zgrozą o zmar­no­wa­nych go­dzi­nach, które spędzę, cho­wając się jak mysz w no­rze. Szłyśmy da­lej, a odgłosy na­szej uciecz­ki były tłumio­ne przez krzy­ki, aż w końcu nad nami za­brzmiał męski głos:

- Za­trzy­maj­cie się!

Kriss i ja odwróciłyśmy się jed­no­cześnie, mrużąc oczy, dopóki nie zo­ba­czyłyśmy wyraźnie mun­du­ru.

- Cze­kaj­cie! - zawołała Kriss do dziewcząt poniżej. - To gwar­dzi­sta.

Za­trzy­małyśmy się na scho­dach, od­dy­chając ciężko. W końcu mężczy­zna, także za­dy­sza­ny, do­tarł do nas.

- Prze­pra­szam pa­nie. Re­be­lian­ci ucie­kli, kie­dy tyl­ko otwo­rzy­liśmy ogień. Naj­wy­raźniej dzi­siaj nie byli w na­stro­ju do wal­ki.

Si­lvia prze­sunęła dłońmi po ubra­niu, żeby je wygładzić, i od­parła w na­szym imie­niu:

- Czy król ogłosił, że jest bez­piecz­nie? Jeśli nie, naraża pan te dziewczęta na poważne nie­bez­pie­czeństwo.

- Do­sta­liśmy po­le­ce­nie od dowódcy gwar­dii. Je­stem pe­wien, że jego wy­so­kość...

- Nie mówi pan w imie­niu króla. Do­brze, dziewczęta, idzie­my da­lej.

- Na­prawdę? - za­py­tałam. - Mamy się kryć bez po­trze­by?

Si­lvia rzu­ciła mi spoj­rze­nie, które po­wstrzy­małoby chy­ba na­wet ata­kującego re­be­lian­ta. Na­tych­miast umilkłam. Nawiązała się między nami nić przy­jaźni, po­nie­waż nie wiedząc o tym, od­wra­cała moją uwagę od Ma­xo­na i Aspe­na dzięki do­dat­ko­wym lek­cjom. Jed­nak po moim po­pi­sie kil­ka dni temu w cza­sie Biu­le­ty­nu wszyst­ko to należało już chy­ba do przeszłości. Si­lvia odwróciła się do gwar­dzi­sty i mówiła da­lej:

- Proszę przy­nieść roz­kaz od króla, wte­dy wrócimy. Idzie­my da­lej, dziewczęta.

Gwar­dzi­sta i ja wy­mie­ni­liśmy znużone spoj­rze­nia i po­szliśmy każdy w swoją stronę.

Si­lvia nie oka­zała ani cie­nia skru­chy, kie­dy dwa­dzieścia mi­nut później po­ja­wił się inny gwar­dzi­sta, mówiąc nam, że możemy wra­cać na górę.

Byłam tak po­iry­to­wa­na całą tą sy­tu­acją, że nie cze­kałam na Si­lvię ani na po­zo­stałe dziew­czy­ny. Wspięłam się po scho­dach, wyszłam na jakiś ko­ry­tarz na par­te­rze i po­ma­sze­ro­wałam do swo­je­go po­ko­ju, cały czas niosąc pan­to­fle w ręku. Mo­ich po­kojówek nie było, ale na łóżku cze­kała na mnie mała srebr­na tac­ka z ko­pertą.

Na­tych­miast roz­po­znałam pi­smo May i ro­ze­rwałam ko­pertę, łap­czy­wie chłonąc jej słowa.

Ami,

zo­stałyśmy ciot­ka­mi! Astra jest cu­dow­na. Żałuję, że nie ma Cię tu­taj i nie możesz jej sama zo­ba­czyć, ale wszy­scy ro­zu­mie­my, że te­raz mu­sisz być w pałacu. Myślisz, że spo­tka­my się na Boże Na­ro­dze­nie? To prze­cież już niedługo! Muszę kończyć, po­ma­gam Ken­nie i Ja­me­so­wi. Nie mogę uwie­rzyć, jak ona jest ślicz­na! Prze­syłam zdjęcie. Ści­ska­my Cię moc­no!

May

Wyjęłam zza kart­ki błyszczącą fo­to­gra­fię. Byli na niej wszy­scy z wyjątkiem Koty i mnie. Ja­mes, mąż Ken­ny, miał podkrążone oczy, ale stał roz­pro­mie­nio­ny koło żony i córki. Ken­na sie­działa wy­pro­sto­wa­na na łóżku, trzy­mając małe różowe za­wi­niątko, i wyglądała na szczęśliwą, ale i wy­czer­paną. Mama i tata pro­mie­nie­li dumą, a en­tu­zjazm May i Ge­ra­da był wi­docz­ny na­wet na zdjęciu. Oczy­wiście, Koty tu nie było, po­nie­waż obec­ność w tym miej­scu nie wiązała się z żad­ny­mi ko­rzyścia­mi. Ale ja po­win­nam tam być.

Nie było mnie tam.

Byłam tu­taj i chwi­la­mi sama nie ro­zu­miałam dla­cze­go. Ma­xon nadal spędzał czas z Kriss, na­wet po tym wszyst­kim, co zro­bił, żebym mogła zo­stać. Re­be­lian­ci bez­u­stan­nie za­grażali na­sze­mu bez­pie­czeństwu, a lo­do­wa­te słowa króla były zabójcze dla mo­jej pew­ności sie­bie. Przez cały czas krążył wokół mnie Aspen - se­kret, którego nikt nie mógł po­znać. Ka­me­ry po­ja­wiały się i zni­kały, wy­kra­dając okru­chy na­sze­go życia, aby za­ba­wiać pu­blicz­ność. Z każdej stro­ny znaj­do­wałam się pod presją i bra­ko­wało mi wszyst­kich tych rze­czy, które za­wsze były dla mnie ważne.

Przełknęłam łzy złości. Już do­sta­tecz­nie dużo płakałam.

Za­miast tego zaczęłam snuć pla­ny. Je­dyną me­todą, żeby wszyst­ko poukładać, było zakończe­nie Eli­mi­na­cji.

Cho­ciaż nadal od cza­su do cza­su za­sta­na­wiałam się, czy na pew­no chcę być księżniczką, nie miałam cie­nia wątpli­wości, że chcę należeć do Ma­xo­na. Jeśli tak się miało stać, nie mogłam sie­dzieć i cze­kać bez­czyn­nie. Przy­po­mi­nając so­bie ostat­nią roz­mowę z królem, krążyłam po po­ko­ju i cze­kałam na po­kojówki.

Od­dy­chałam z tru­dem, więc wie­działam, że nie­wie­le zdołam przełknąć, ale to było war­te poświęce­nia. Mu­siałam po­czy­nić ja­kieś postępy i to jak naj­szyb­ciej. Zgod­nie ze słowa­mi króla, inne dziewczęta czy­niły Ma­xo­no­wi awan­se - fi­zycz­ne awan­se - a jego zda­niem ja byłam o wie­le zbyt po­spo­li­ta, żeby dorównać im pod tym względem.

Jak­by moja re­la­cja z Ma­xo­nem nie była do­sta­tecz­nie skom­pli­ko­wa­na, do­cho­dziła do tego jesz­cze kwe­stia od­bu­do­wy za­ufa­nia. Nie byłam pew­na, czy to ozna­cza, że nie wol­no mi za­da­wać pytań, czy wręcz prze­ciw­nie. Cho­ciaż byłam prak­tycz­nie pew­na, że nie po­sunął się zbyt da­le­ko w re­la­cjach z po­zo­stałymi dziewczętami, nie po­tra­fiłam się nad tym nie za­sta­na­wiać. Nig­dy wcześniej nie próbowałam być uwo­dzi­ciel­ska - nie­mal każdy in­tym­ny mo­ment z Ma­xo­nem był nie­za­pla­no­wa­ny - ale mu­siałam mieć na­dzieję, że jeśli tyl­ko się po­sta­ram, będę mogła ja­sno po­ka­zać, że je­stem za­in­te­re­so­wa­na nim tak samo, jak po­zo­stałe dziewczęta.

Ode­tchnęłam głęboko, uniosłam głowę i weszłam do ja­dal­ni. Ce­lo­wo spóźniłam się o mi­nutę lub dwie z na­dzieją, że wszy­scy zdążyli już zająć miej­sca. Nie po­my­liłam się, ale wy­warłam większe wrażenie, niż się spo­dzie­wałam.

Dygnęłam, prze­su­wając nogę w taki sposób, żeby roz­cięcie w suk­ni roz­chy­liło się i odsłoniło udo nie­mal do sa­me­go bio­dra. Suk­nia miała ko­lor ciem­no­czer­wo­ny, nie za­kry­wała ra­mion i prak­tycz­nie całych pleców, a ja mogłabym przy­siąc, że po­kojówki użyły ma­gii, żeby w ogóle się na mnie trzy­mała. Wstałam i spoj­rzałam na Ma­xo­na, który, jak za­uważyłam, prze­rwał je­dze­nie. Ktoś upuścił wi­de­lec.

Skrom­nie schy­liłam głowę i po­deszłam do swo­je­go miej­sca, sia­dając obok Kriss.

- Ami, ty tak poważnie? - za­py­tała szep­tem.

- Nie ro­zu­miem? - za­py­tałam, udając za­sko­cze­nie.

Kriss odłożyła sztućce i po­pa­trzyłyśmy na sie­bie.

- Wyglądasz na łatwą.

- Cóż, a ty wyglądasz na za­zdrosną.

Mu­siałam tra­fić w dzie­siątkę, bo za­ru­mie­niła się lek­ko i zno­wu zajęła się je­dze­niem. Ja sku­bałam ostrożnie swoją porcję, czując się nie­znośnie ściśnięta. Kie­dy po­sta­wio­no przed nami de­ser, po­sta­no­wiłam prze­stać igo­ro­wać Ma­xo­na i oka­zało się, że pa­trzył na mnie, tak jak miałam na­dzieję. Na­tych­miast pociągnął się za ucho, a ja nie­spiesz­nie powtórzyłam ten gest. Rzu­ciłam szyb­kie spoj­rze­nie królowi Clark­so­no­wi i po­sta­rałam się ukryć uśmiech. Był po­iry­to­wa­ny, co ozna­czało, że ko­lej­na rzecz uszła mi na su­cho.

Wstałam od stołu wcześniej, żeby dać Ma­xo­no­wi okazję do po­dzi­wia­nia mo­jej suk­ni od tyłu, i jak najprędzej poszłam do po­ko­ju. Za­mknęłam za sobą drzwi i roz­pięłam na­tych­miast su­wak, roz­pacz­li­wie po­trze­bując od­de­chu.

- Jak pa­nien­ce poszło? - za­py­tała Mary, pod­chodząc do mnie.

- Wyglądał na oszołomio­ne­go. Tak jak wszy­scy.

Lucy pisnęła, a Anne po­deszła, żeby pomóc Mary.

- Przy­trzy­ma­my to, pa­nien­ka może usiąść - po­le­ciła, więc posłuchałam jej. - Przyj­dzie tu dzi­siaj?

- Tak. Nie wiem kie­dy, ale na pew­no przyj­dzie.

Przy­siadłam na skra­ju łóżka, za­pla­tając ręce na brzu­chu, żeby przy­trzy­mać roz­piętą su­kienkę.

Anne spoj­rzała na mnie ze smut­kiem.

- Przy­kro mi, że będzie pa­nien­ka mu­siała zno­sić te nie­wy­godę jesz­cze przez kil­ka go­dzin. Ale je­stem pew­na, że efekt okaże się tego wart.

Uśmiechnęłam się, sta­rając się wyglądać, jak­by nie prze­szka­dzało mi ta­kie cier­pie­nie. Po­wie­działam po­kojówkom, że chcę zwrócić na sie­bie uwagę Ma­xo­na. Nie wspo­mniałam o mo­jej na­dziei, że jeśli będę miała szczęście, ta suk­nia szyb­ko wyląduje na podłodze.

- Chce pa­nien­ka, żebyśmy zo­stały, dopóki on nie przyj­dzie? - Lucy ki­piała en­tu­zja­zmem.

- Nie, pomóżcie mi tyl­ko zapiąć to z po­wro­tem. Muszę prze­myśleć parę spraw - od­po­wie­działam i wstałam, żeby mogły się mną zająć.

Mary sięgnęła do su­wa­ka.

- Proszę wciągnąć brzuch.

Posłuchałam jej, a kie­dy suk­nia zno­wu za­cisnęła się na mnie, pomyślałam o żołnie­r­zach, idących na wojnę. Miałam inny mun­dur, ale po­dobną de­ter­mi­nację.

Dzi­siaj wie­czo­rem za­mie­rzałam ustrze­lić mężczyznę.

Roz­dział 2

Otwo­rzyłam drzwi bal­ko­no­we, żeby odświeżyć po­wie­trze w po­ko­ju. Był już gru­dzień i chłodny wiatr mu­skał moją skórę. Nie wol­no nam już było w ogóle wy­cho­dzić na zewnątrz, chy­ba że pod eskortą gwar­dzistów, więc to mu­siało mi wy­star­czać.

Prze­biegłam po po­ko­ju, za­pa­lając świe­ce i sta­rając się, żeby wnętrze wyglądało zachęcająco. Usłyszałam pu­ka­nie do drzwi, więc zdmuchnęłam zapałkę, rzu­ciłam się na łóżko, pod­niosłam książkę i rozłożyłam spódnicę. Ależ oczy­wiście, Ma­xo­nie, za­wsze tak wyglądam, kie­dy czy­tam.

- Proszę! - zawołałam ci­cho.

Wszedł Ma­xon, a ja prze­chy­liłam lek­ko głowę, do­strze­gając zdu­mie­nie w jego oczach, kie­dy rozglądał się po na­stro­jo­wo oświe­tlo­nym po­ko­ju. W końcu spoj­rzał na mnie, a jego wzrok ześli­zgnął się na moją odsłoniętą nogę.

- Je­steś na­resz­cie - po­wie­działam, za­my­kając książkę i wstając, żeby się z nim przy­wi­tać.

Ma­xon za­mknął drzwi i pod­szedł do mnie, nie od­ry­wając oczu od mo­ich krągłości.

- Chciałem ci po­wie­dzieć, że wyglądasz dzi­siaj fan­ta­stycz­nie.

Od­rzu­ciłam pa­smo włosów na ple­cy.

- A, ta su­kien­ka? Zna­lazłam ją z tyłu w sza­fie.

- Cieszę się, że ją wyciągnęłaś.

Splotłam pal­ce z jego pal­ca­mi.

- Chodź, usiądź koło mnie. Ostat­nio rzad­ko się spo­ty­ka­my.

Wes­tchnął i posłuchał mnie.

- Bar­dzo cię za to prze­pra­szam. Sy­tu­acja jest trochę napięta po tym, jak stra­ci­liśmy tylu lu­dzi w ata­ku re­be­liantów, a sama wiesz, jaki jest mój oj­ciec. Wysłaliśmy część gwar­dzistów, żeby chro­ni­li wa­sze ro­dzi­ny, więc na­sza ochro­na jest słab­sza niż kie­dy­kol­wiek. Oj­ciec za­cho­wu­je się w związku z tym jesz­cze go­rzej niż zwy­kle. Na­ci­ska na mnie, żebym zakończył Eli­mi­na­cje, ale ja nie ustępuję. Po­trze­buję cza­su, żeby wszyst­ko prze­myśleć.

Sie­dzie­liśmy na brze­gu łóżka, więc przy­sunęłam się bliżej do nie­go.

- Oczy­wiście. To ty po­wi­nie­neś de­cy­do­wać.

Skinął głową.

- No właśnie. Wiem, że po­wta­rzałem to tysiące razy, ale do­pro­wa­dza mnie do szału, kie­dy lu­dzie na mnie na­ci­skają.

Lek­ko wydęłam war­gi.

- Wiem.

Umilkł, a ja nie mogłam od­gadnąć ni­cze­go z jego twa­rzy. Próbowałam wymyślić, jak mogłabym po­sunąć spra­wy do przo­du bez na­chal­ne­go na­rzu­ca­nia się, ale nie miałam pojęcia, jak się two­rzy ro­man­tyczną at­mos­ferę.

- Wiem, że to niemądre, ale po­kojówki przy­niosły mi dzi­siaj nowe per­fu­my. Czy nie są trochę za moc­ne? - za­py­tałam, prze­chy­lając głowę, żeby mógł się po­chy­lić i je powąchać.

Zbliżył się do mnie, do­ty­kając no­sem mo­jej miękkiej skóry.

- Nie, skar­bie, są cu­dow­ne - po­wie­dział w zagłębie­nie między moją szyją a ra­mie­niem. Po­tem mnie tam pocałował. Przełknęłam ślinę i spróbowałam się skon­cen­tro­wać. Mu­siałam do pew­ne­go stop­nia kon­tro­lo­wać sy­tu­ację.

- Cieszę się, że ci się po­do­bają. Na­prawdę tęskniłam za tobą.

Po­czułam, że jego dłoń prze­su­wa się za mo­imi ple­ca­mi, więc odwróciłam do nie­go głowę. Zo­ba­czyłam, że wpa­tru­je mi się w oczy, a na­sze war­gi dzielą mi­li­me­try.

- Jak bar­dzo za mną tęskniłaś? - za­py­tał szep­tem.

Jego spoj­rze­nie w połącze­niu z ni­skim głosem spra­wiały, że moje ser­ce biło w dziw­nym ryt­mie.

- Bar­dzo - od­po­wie­działam, także szep­tem. - Bar­dzo, bar­dzo.

Po­chy­liłam się do przo­du, pragnąc pocałunku. Ma­xon pew­nym ge­stem przy­ciągnął mnie bliżej jedną ręką, a pal­ce dru­giej wplótł w moje włosy. Moje ciało pragnęło roz­to­pić się w pocałunku, ale su­kien­ka mi to unie­możli­wiała. Wte­dy, czując nową falę nerwów, przy­po­mniałam so­bie o moim pla­nie.

Prze­sunęłam dłonie w dół ra­mion Ma­xo­na, pro­wadząc jego pal­ce do su­wa­ka z tyłu su­kien­ki z na­dzieją, że to wy­star­czy.

Jego pal­ce znie­ru­cho­miały na mo­ment i kie­dy właśnie za­mie­rzałam po pro­stu po­pro­sić, żeby roz­piął su­wak, Ma­xon wy­buchnął śmie­chem.

To spra­wiło, że na­tych­miast otrzeźwiałam.

- Co jest ta­kie śmiesz­ne? - za­py­tałam prze­rażona, za­sta­na­wiając się, czy uda mi się nie­po­strzeżenie powąchać własny od­dech.

- Ze wszyst­kie­go, co dotąd robiłaś, to jest zde­cy­do­wa­nie naj­za­baw­niej­sze! - Ma­xon po­chy­lił się, kle­piąc ko­la­na ze śmie­chu.

- Prze­pra­szam?

Pocałował mnie ener­gicz­nie w czoło.

- Za­wsze za­sta­na­wiałem się, jak to by wyglądało, gdy­byś się po­sta­rała. - Zno­wu zaczął się śmiać. - Prze­pra­szam, muszę już iść. - Na­wet w jego po­sta­wie widać było roz­ba­wie­nie. - Do zo­ba­cze­nia rano.

A po­tem wy­szedł. Po pro­stu wy­szedł!

Sie­działam jak spa­ra­liżowa­na. Dla­cze­go, na litość boską, wy­da­wało mi się, że to się może udać? Ma­xon mógł nie wie­dzieć o mnie wszyst­kie­go, ale przy­najm­niej znał mój cha­rak­ter - a to? To nie byłam ja.

Po­pa­trzyłam na ab­sur­dalną suk­nię. Była zde­cy­do­wa­nie zbyt śmiała, na­wet Ce­le­ste nie po­sunęłaby się tak da­le­ko. Moje włosy były zbyt sta­ran­nie ułożone, ma­ki­jaż za gru­by. Wie­dział, co próbuję zro­bić, od chwi­li, w której stanął w drzwiach. Wes­tchnęłam i przeszłam się po po­ko­ju, zdmu­chując świe­ce i roz­myślając, jak mam mu ju­tro spoj­rzeć w oczy.

Roz­dział 5

Krążyłam po bi­blio­te­ce na par­te­rze, próbując poukładać w głowie słowa. Wie­działam, że muszę wyjaśnić Ma­xo­no­wi, co właśnie zaszło, za­nim usłyszy o tym od in­nych dziewcząt. Na­prawdę bałam się tej roz­mo­wy.

- Puk-puk - po­wie­dział, wchodząc. Za­uważył mój stra­pio­ny wy­raz twa­rzy. - Co się stało?

- Nie złość się - ostrzegłam, kie­dy do mnie pod­szedł.

Zwol­nił, a troskę na jego twa­rzy zastąpiła nie­uf­ność.

- Spróbuję.

- Dziew­czy­ny wiedzą, że wi­działam cię bez ko­szu­li. - Zo­ba­czyłam, że na usta ciśnie mu się py­ta­nie. - Nie po­wie­działam ni­cze­go o two­ich ple­cach - przy­sięgłam. - Wolałabym, bo te­raz myślą, że bra­liśmy udział w wyjątko­wo gorącej sce­nie.

Ma­xon uśmiechnął się.

- Tak się to skończyło.

- Nie żar­tuj, Ma­xo­nie! Nie­na­widzą mnie te­raz.

Objął mnie, nadal z roz­jaśnio­nym wzro­kiem.

- Jeśli cię to po­cie­sza, nie je­stem zły. Nie prze­szka­dza mi to, o ile nie zdra­dzisz mo­je­go se­kre­tu. Cho­ciaż je­stem lek­ko za­szo­ko­wa­ny, że im to po­wie­działaś. Jak w ogóle po­ja­wił się ten te­mat?

Scho­wałam twarz na jego pier­si.

- Wy­da­je mi się, że nie mogę po­wie­dzieć.

- Hmm. - Jego kciuk prze­su­wał się w górę i w dół po mo­ich ple­cach. - Myślałem, że mamy te­raz pra­co­wać nad obu­stron­nym za­ufa­niem.

- Pra­cu­je­my. Proszę, żebyś mi za­ufał i uwie­rzył, że tyl­ko po­gor­szyłabym sy­tu­ację, gdy­bym ci po­wie­działa. - Może się myliłam, ale byłam pra­wie pew­na, że opo­wie­dze­nie Ma­xo­no­wi, jak gapiłyśmy się na półna­gich, spo­co­nych gwar­dzistów, mogłoby wpa­ko­wać nas wszyst­kie w ja­kieś kłopo­ty.

- No do­brze - po­wie­dział w końcu. - Dziewczęta wiedzą, że wi­działaś mnie częścio­wo ro­ze­bra­ne­go. Coś jesz­cze?

Za­wa­hałam się.

- Wiedzą, że to mnie pocałowałeś pierwszą. A ja wiem o wszyst­kim, co z nimi robiłeś i cze­go nie robiłeś.

Ma­xon od­sunął się.

- Co ta­kie­go?

- Po tym, jak wy­mknęła mi się ta uwa­ga o to­bie bez ko­szu­li, zaczęłyśmy się na­wza­jem okrop­nie oskarżać i w końcu po­sta­no­wiłyśmy pomówić szcze­rze. Wiem, że wie­le razy całowałeś się z Ce­le­ste i że już daw­no pocałowałbyś Kriss, gdy­by ci na to po­zwo­liła. Po­wie­działyśmy so­bie o wszyst­kim.

Ma­xon prze­sunął dłońmi po twrzy i prze­szedł kil­ka kroków, za­sta­na­wiając się nad tym, co przed chwilą usłyszał.

- Czy­li nie mogę już li­czyć na żadną pry­wat­ność? Ab­so­lut­nie żadną? Bo wy po­sta­no­wiłyście porównać swo­je wy­ni­ki? - Ja­sno było widać jego fru­strację.

- Wiesz, jako ktoś, komu tak zależy na uczci­wości, po­wi­nie­neś być za­do­wo­lo­ny.

Za­trzy­mał się i po­pa­trzył na mnie.

- Za­do­wo­lo­ny?

- Gdy­byś mi po­wie­dział, że ja i Ce­le­ste je­steśmy mniej więcej tak samo bli­sko z tobą, jeśli cho­dzi o zażyłość fi­zyczną, nig­dy nie próbowałabym za­cho­wy­wać się wo­bec cie­bie tak jak wczo­raj wie­czo­rem. Wiesz, jaka upo­ko­rzo­na się czułam?

Ma­xon skrzy­wił się i zno­wu zaczął cho­dzić po bi­blio­te­ce.

- Proszę cię, Ami, po­wie­działaś już i zro­biłaś tyle głupich rze­czy, że je­stem za­sko­czo­ny, że w ogóle jesz­cze się cze­goś wsty­dzisz.

Może to dla­te­go, że nie byłam szko­lo­na w elo­kwen­cji, po­trze­bo­wałam do­brej se­kun­dy, żeby w pełni do­tarło do mnie, co po­wie­dział. Ma­xon od początku mnie lubił, a przy­najm­niej tak twier­dził. Wie­działam, że większość jego oto­cze­nia uważa to za nie­do­bry po­mysł. Czy on także tak uważał?

- W ta­kim ra­zie już pójdę - po­wie­działam ci­cho, nie mogąc spoj­rzeć mu w oczy. - Prze­pra­szam, że wy­mknęło mi się to o ko­szu­li. - Skie­ro­wałam się do drzwi, czując się tak mała, że nie byłam pew­na, czy w ogóle mnie za­uważał.

- Daj spokój, Ami. Nie chciałem przez to po­wie­dzieć...

- Nie, nie szko­dzi - mruknęłam. - Odtąd będę bar­dziej uważać na to, co mówię.

Weszłam na górę, sama nie wiedząc, czy chciałabym, żeby Ma­xon za mną po­biegł, czy też nie. Nie zro­bił tego.

Kie­dy wróciłam do po­ko­ju, za­stałam w nim Anne, Mary i Lucy. Zmie­niły pościel i od­ku­rzyły półki.

- Dzień do­bry, pa­nien­ko - przy­wi­tała mnie Anne. - Czy napiłaby się pa­nien­ka her­ba­ty?

- Nie, chcę po­sie­dzieć chwilę na bal­ko­nie. Gdy­by ktoś mnie od­wie­dził, po­wiedz­cie, że od­po­czy­wam.

Anne zmarsz­czyła lek­ko brwi, ale skinęła głową.

- Oczy­wiście.

Spędziłam trochę cza­su, wdy­chając świeże po­wie­trze, a po­tem zajęłam się lek­turą za­daną nam wszyst­kim przez Si­lvię. Zdrzemnęłam się, a następnie poćwi­czyłam trochę grę na skrzyp­cach. W za­sa­dzie nie ob­cho­dziło mnie to, czym się zaj­muję. Ważne, że mogłam być z dala od Ma­xo­na i po­zo­stałej trójki dziewcząt.

Pod nie­obec­ność króla wol­no nam było jeść posiłki w po­ko­jach, więc tak właśnie zro­biłam. Kie­dy jadłam kur­cza­ka z cy­tryną i pie­przem, roz­legło się stu­ka­nie do drzwi. Może za­czy­nałam po­pa­dać w pa­ra­noję, ale byłam prze­ko­na­na, że to Ma­xon. Nie było mowy, żebym mogła się z nim te­raz zo­ba­czyć. Złapałam Mary i Anne za ręce i pociągnęłam je za sobą do łazien­ki.

- Lucy - szepnęłam. - Po­wiedz mu, że się kąpię.

- Jemu? Że się pa­nien­ka kąpie?

- Tak. Nie wpusz­czaj go - po­le­ciłam.

- Co się stało? - za­py­tała Anne, kie­dy za­mknęłam drzwi łazien­ki i przy­cisnęłam do nich ucho.

- Słyszy­cie coś? - od­po­wie­działam py­ta­niem.

Obie przyłożyły uszy do drzwi, sta­rając się wy­chwy­cić ja­kieś słowa.

Usłyszałam stłumio­ny głos, ale za­raz zna­lazłam szcze­linę w drzwiach i roz­mo­wa stała się znacz­nie wyraźniej­sza.

- Bie­rze kąpiel, wa­sza wy­so­kość - od­po­wie­działa spo­koj­nie Lucy. Czy­li to rze­czy­wiście był Ma­xon.

- Aha. Miałem na­dzieję, że jesz­cze je obiad i że będę mógł się przyłączyć.

- Pa­nien­ka po­sta­no­wiła wziąć kąpiel przed je­dze­niem - głos Lucy lek­ko zadrżał, nie lubiła mijać się z prawdą.

No da­lej, Lucy. Trzy­maj się.

- Ro­zu­miem. Cóż, może powtórzysz jej, żeby posłała po mnie, kie­dy skończy. Chciałbym z nią po­roz­ma­wiać.

- Yyyy... to może być bar­dzo długa kąpiel, wa­sza wy­so­kość.

Ma­xon umilkł na chwilę.

- Aha. Do­sko­na­le. W ta­kim ra­zie proszę powtórzyć, że byłem tu­taj i że może po mnie posłać, jeśli będzie chciała po­roz­ma­wiać. Nie musi się mar­twić o go­dzinę, na pew­no przyjdę.

- Tak, wa­sza wy­so­kość.

Na długą chwilę za­padła ci­sza i pomyślałam, że chy­ba już po­szedł.

- Dziękuję ci - po­wie­dział w końcu Ma­xon. - Do­bra­noc.

- Do­bra­noc, wa­sza wy­so­kość.

Ukry­wałam się jesz­cze przez kil­ka se­kund, żeby mieć pew­ność, że już go nie będzie. Kie­dy wyszłam z łazien­ki, Lucy nadal stała przy drzwiach. Po­pa­trzyłam na moje po­kojówki, które rzu­ciły mi py­tające spoj­rze­nia.

- Chciałabym dzi­siaj wie­czo­rem pobyć sama - oznaj­miłam wy­mi­jająco. - Właści­wie chętnie bym się już położyła. Jeśli możecie od­nieść tacę z obia­dem, za­cznę się szy­ko­wać do snu.

- Chce pa­nien­ka, żeby jed­na z nas zo­stała? - za­py­tała Mary. - Na wy­pa­dek, gdy­by jed­nak chciała się pa­nien­ka zo­ba­czyć z księciem?

Wi­działam w ich oczach na­dzieję.

- Nie, chciałabym po pro­stu od­począć. Zo­baczę się z Ma­xo­nem rano.

Dziw­nie się czułam, kładąc się do łóżka ze świa­do­mością, że spra­wy między mną a Ma­xo­nem są za­wie­szo­ne w taki sposób, ale w tej chwi­li nie wie­działam, jak mam z nim roz­ma­wiać. To wszyst­ko nie miało sen­su. Przeżyliśmy ra­zem tyle wzlotów i upadków, tyle prób stwo­rze­nia praw­dzi­we­go związku, ale było ja­sne, że jeśli to miałoby nastąpić, cze­ka nas jesz­cze bar­dzo długa dro­ga.

Zo­stałam bru­tal­nie obu­dzo­na przed świ­tem. Światło z ko­ry­ta­rza wlało się do mo­je­go po­ko­ju, a ja po­tarłam oczy i zo­ba­czyłam wchodzącego gwar­dzistę.

- Lady Ame­ri­co, proszę się obu­dzić - po­wie­dział.

- Co się stało? - za­py­tałam, zie­wając.

- Mamy sy­tu­ację nad­zwy­czajną. Musi pani zejść na dół. W ułamku se­kun­dy krew za­stygła mi w żyłach. Moja ro­dzi­na nie żyła, byłam tego pew­na. Wysłaliśmy gwar­dzistów, uprze­dzi­liśmy ro­dzi­ny, że możliwy jest atak na ich domy, ale re­be­lian­ci byli zbyt sku­tecz­ni. To samo przy­da­rzyło się Na­ta­lie, która opuściła Eli­mi­na­cje po tym, jak re­be­lian­ci za­mor­do­wa­li jej młodszą siostrę. Żadna z na­szych ro­dzin nie była bez­piecz­na.

Od­rzu­ciłam kołdrę i sięgnęłam po szla­frok i pan­to­fle. Prze­mknęłam przez ko­ry­tarz i zbiegłam po scho­dach tak szyb­ko, jak tyl­ko mogłam, dwa razy omal z nich nie spa­dając.

Kie­dy zna­lazłam się na par­te­rze, zo­ba­czyłam Ma­xo­na, roz­ma­wiającego z przejęciem z gwar­dzistą. Pod­biegłam do nie­go, za­po­mi­nając o wszyst­kim, co działo się przez ostat­nie dwa dni.

- Nic im nie jest? - za­py­tałam, sta­rając się nie płakać. - Bar­dzo jest źle?

- Komu? - za­py­tał Ma­xon, przy­tu­lając mnie bez uprze­dze­nia.

- Moim ro­dzi­com, bra­ciom i sio­strom. Nic im nie jest?

Ma­xon szyb­ko od­sunął mnie na długość ra­mie­nia i po­pa­trzył mi w oczy.

- Nic im nie jest, Ami. Prze­pra­szam, po­wi­nie­nem był się spo­dzie­wać, że o tym pomyślisz przede wszyst­kim.

Pra­wie zaczęłam płakać z bez­gra­nicz­nej ulgi.

Ma­xon mówił da­lej, lek­ko zmie­sza­ny.

- W pałacu są re­be­lian­ci.

- Co ta­kie­go? - pisnęłam. - Dla­cze­go się nie cho­wa­my?

- Nie przy­szli, żeby ata­ko­wać.

- No to po co przy­szli?

Ma­xon wes­tchnął.

- To tyl­ko dwójka re­be­liantów z frak­cji północ­nej. Są nie­uzbro­je­ni i chcą roz­ma­wiać właśnie ze mną... i z tobą.

- Dla­cze­go ze mną?

- Nie je­stem pe­wien, ale za­mie­rzam się z nimi spo­tkać, więc pomyślałem, że to­bie także dam szansę, żebyś mogła w tym uczest­ni­czyć.

Po­pa­trzyłam po so­bie i przygładziłam włosy.

- Je­stem w szla­fro­ku.

Ma­xon uśmiechnął się.

- Wiem, ale to całko­wi­cie nie­for­mal­ne spo­tka­nie. Nic nie szko­dzi.

- A czy ty chcesz, żebym brała w nim udział?

- To na­prawdę zależy tyl­ko od cie­bie, ale je­stem cie­kaw, dla­cze­go chcie­li roz­ma­wiać aku­rat z tobą. Nie je­stem pe­wien, czy będą chcie­li wy­ja­wić powód swo­jej wi­zy­ty, jeśli cię nie będzie.

Skinęłam głową, za­sta­na­wiając się nad jego słowa­mi. Nie byłam pew­na, czy mam ochotę roz­ma­wiać z re­be­lian­ta­mi. Uzbro­je­ni czy nie, sta­no­wi­li praw­do­po­dob­nie o ogrom­ne za­grożenie. Ale jeśli Ma­xon uważał, że so­bie po­radzę, może po­win­nam...

- Zgo­da - po­wie­działam, pro­stując się. - Niech będzie.

- Nic ci się nie sta­nie, Ami, obie­cuję. - Nadal trzy­mał mnie za rękę i le­ciut­ko ścisnął moje pal­ce. Odwrócił się do gwar­dzi­sty. - Pro­wadź. Na wszel­ki wy­pa­dek miej broń w po­go­to­wiu.

- Tak jest, wa­sza wy­so­kość - od­parł gwar­dzi­sta i po­pro­wa­dził nas za róg ko­ry­ta­rza, do Sali Wiel­kiej, gdzie stały dwie oso­by oto­czo­ne przez gwar­dzistów.

Po­trze­bo­wałam kil­ku se­kund, by wy­pa­trzeć wśród nich Aspe­na.

- Mógłbyś odwołać swo­je psy? - za­py­tał re­be­liant. Był wy­so­ki, smukły i ja­snowłosy, miał zabłoco­ne długie buty, a spo­so­bem ubie­ra­nia przy­po­mi­nał Siódemkę: ciężkie, do­pa­so­wa­ne spodnie i połata­na ko­szu­la z na­rzu­coną na wierzch pod­nisz­czoną skórzaną kurtką. Na jego szyi wi­siał za­rdze­wiały kom­pas na długim łańcusz­ku, kołyszący się, kie­dy się po­ru­szał. Wyglądał na za­har­to­wa­ne­go przez życie, ale nie na prze­rażającego, co mnie za­sko­czyło.

Jesz­cze bar­dziej nie­spo­dzie­wa­ne było dla mnie to, że drugą osobą oka­zała się dziew­czy­na. Ona także miała wy­so­kie buty, ale poza tym była ubra­na tak, jak­by sta­rała się połączyć ele­gancję z prak­tycz­nością. Miała na so­bie leg­gin­sy i spódnicę z tego sa­me­go ma­te­riału, co spodnie mężczy­zny. Stała swo­bod­nie, wy­su­wając bio­dro, mimo że była oto­czo­na przez gwar­dzistów. Na­wet gdy­bym nie roz­po­znała jej twa­rzy, za­pa­miętałabym jej kurtkę - krótką, dżin­sową, ozdo­bioną czymś, co wyglądało jak tu­zi­ny ha­fto­wa­nych kwiatków.

Jak­by chciała się upew­nić, że ją pamiętam, dygnęła przede mną lek­ko. Wydałam dźwięk będący czymś pomiędzy śmie­chem a wes­tchnie­niem.

- Co się stało? - za­py­tał Ma­xon.

- Później - od­po­wie­działam szep­tem.

Zdzi­wio­ny, ale spo­koj­ny, uścisnął moją rękę, żeby dodać mi otu­chy, i zno­wu skon­cen­tro­wał się na na­szych gościach.

- Przy­szliśmy, żeby po­roz­ma­wiać, z po­ko­jo­wy­mi za­mia­ra­mi - wyjaśnił mężczy­zna. - Je­steśmy nie­uzbro­je­ni, a gwar­dziści już nas prze­szu­ka­li. Wiem, że prośba o roz­mowę w czte­ry oczy byłaby nie­sto­sow­na, ale mamy do omówie­nia rze­czy, których nikt po­stron­ny nie po­wi­nien słyszeć.

- A co z Ame­ricą? - za­py­tał Ma­xon.

- Chcie­li­byśmy roz­ma­wiać także z nią.

- W ja­kim celu?

- Po­wta­rzam - od­parł młody mężczy­zna nie­mal wy­niośle. - Mu­si­my zna­leźć się poza zasięgiem słuchu tych gości - żar­to­bli­wym ge­stem wska­zał wokół sie­bie.

- Jeśli myśli­cie, że możecie ją za­ata­ko­wać...

- Wiem, że nam nie ufasz, i ro­zu­miem dla­cze­go, ale nie mamy po­wo­du, żeby ata­ko­wać które­kol­wiek z was. Chce­my po­roz­ma­wiać.

Ma­xon za­sta­na­wiał się przez mi­nutę.

- Przy­go­tuj nam sto­lik i czte­ry krzesła - po­le­cił jed­ne­mu z gwar­dzistów. - Po­tem wszy­scy cof­nie­cie się, żeby dać na­szym gościom trochę prze­strze­ni.

Gwar­dziści posłucha­li, a my na kil­ka krępujących mi­nut za­mil­kliśmy. W końcu sto­lik zo­stał zdjęty ze sto­su i usta­wio­ny w rogu z dwo­ma krzesłami po każdej stro­nie, a Ma­xon ge­stem za­pro­sił parę re­be­liantów, żeby zajęła miej­sca.

Kie­dy tam po­de­szliśmy, gwar­dziści bez słowa wy­co­fa­li się, stając pod ścia­na­mi sali i nie od­ry­wając wzro­ku od re­be­liantów, jak­by byli go­to­wi w każdej chwi­li otwo­rzyć ogień.

Kie­dy zna­leźliśmy się przy sto­le, mężczy­zna wyciągnął rękę.

- Nie wy­da­je wam się, że po­win­niśmy się przed­sta­wić?

Ma­xon spoj­rzał na nie­go ostrożnie, ale ustąpił.

- Ma­xon Schre­ave, twój mo­nar­cha.

Młody mężczy­zna roześmiał się.

- To dla mnie za­szczyt, wa­sza wy­so­kość.

- A z kim ja mam przy­jem­ność?

- Au­gust Illéa, do usług.