Jedwabne zurücklaSSen - Derek Erde

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział IV - Wizna

Schaper wybrał się na poranny spacer po częściowo zniszczonej Łomży. Dopiero wczoraj, dwudziestego czwartego czerwca Wehrmacht zajął całe miasto i ustabilizował sytuację. Była ona opanowana już przedwczoraj, ale chaos panujący w mieście nie dawał poczucia bezpieczeństwa. Rosjanie uciekali w pośpiechu, broniąc się przy tym, ale rozpędzająca się armia Wehrmachtu nie pozostawiała złudzeń, że należy jak najszybciej się ewakuować i wycofać na tereny Białorusi. Tak przynajmniej sądzili Rosjanie.

Ludzie chodzili po ulicach i prowadzili codzienne życie. Zmienił się tylko obraz. Dookoła zamiast żołnierzy w radzieckich mundurach widzieli żandarmów niemieckich oraz coraz więcej żołnierzy w hełmach z oznaczeniem SS i funkcjonariuszy Rzeszy w mundurach z emblematem SD na lewym rękawie. Poza tym po pierwszej panice wywołanej dwudziestego drugiego czerwca wszystko wracało do normy. Tylko społeczność żydowska była mniej widoczna na ulicach.

Schaper szedł wąską uliczką, a właściwie niemal jej środkiem. Przy ulicy Woziwodzkiej panował niewielki ruch, a właściwie go nie było. Po drodze minął kilku przechodniów, którzy gdy go widzieli, spuszczali głowy i szukali czegoś pod nogami. Szedł w kierunku rzeki. Po prawej stronie przy jednopiętrowej kamienicy stał wysoki mężczyzna w czarnym kapeluszu, czarnym płaszczu, czarnych spodniach i czarnych lakierkach. Palił papierosa. Nie wyglądał na funkcjonariusza Rzeszy. Schaper stał się bardziej czujny niż do tej pory. Postanowił przejąć inicjatywę. Zszedł na prawą stronę i kierował się na wprost mężczyzny. Ten zauważył, że Schaper, ubrany w mundur Hauptsturmführera SS, idzie wprost na niego. Nie spanikował. Stał spokojnie.

Schaper podszedł do mężczyzny i zapytał po niemiecku:

- Dzień dobry. Jak najszybciej dojść nad rzekę?

- Dzień dobry - odpowiedział mężczyzna. - Po lewej stronie - wskazał ręką, lekko się odwracając - jest wąska ścieżka, która poprowadzi pana, Hauptsturmführer, nad samą rzekę. Proszę uważać. Jest tam nierówno i wysoka trawa. - Zaciągnął się papierosem.

- Co pan tu robi? - zapytał wprost Schaper.

Mężczyzna spojrzał obok Schapera w kierunku Starego Rynku.

- Przebywam tu chwilowo - odpowiedział. - Peter Schmidt - wyciągnął rękę do Schapera. - Korespondent wojenny z Berlina.

Schaper uścisnął dłoń mężczyzny.

- Hermann Schaper - przedstawił się.

- Jeżeli nie pan nic przeciwko temu, Hauptsturmführer - zaczął mężczyzna - chętnie przejdę się z panem nad rzekę.

- Dobre towarzystwo zawsze jest mile widziane. Chodźmy - zgodził się Schaper.

Skręcili w lewo, w zarośniętą ścieżkę, o której powiedział Peter Schmidt. Szli jeden za drugim, więc nie rozmawiali ze sobą. Przed nimi rozciągał się ze skarpy piękny widok na rzekę i na drugi jej brzeg. Nie podziwiali go jednak, bo uważali, żeby zbyt szybko nie znaleźć się na dole. Dopiero gdy wydostali się z zarośli i weszli na zaniedbane podwórze jakiegoś opuszczonego, zrujnowanego domu, Schaper, nie spoglądając na Schmidta, zagadnął:

- O czym pan będzie pisał?

Schmidt popatrzył na dom z zarwanym częściowo dachem, na połamane dachówki leżące w trawie po sąsiedzku z kawałkami porozrzucanych cegieł. Trochę dalej inny dom wyglądał już inaczej. Bomba lotnicza wybrała akurat tę zagrodę? Bardzo prawdopodobne.

- O prawdzie - odparł enigmatycznie Schmidt.

Schaper uśmiechnął się szczerze.