Przedsłowie
Przedsłowie
Kiedy dobrych kilka lat temu zobaczyłem w księgarni wyróżniającą się
rozmiarami Wielką ilustrowaną encyklopedię Powstania Warszawskiego, z ciekawością zacząłem ją przeglądać i szukać skorowidza nazwisk. Jeszcze
go nie było, ale według zapowiedzi wydawcy ostatnie tomy miały się
dopiero ukazać i powinny zawierać imienny wykaz powstańców. Postanowiłem
dotrzeć do redakcji i sprawdzić, czy w przygotowywanym tomie pojawi się
mój brat, Jędrek. Niestety, dowiedziałem się, że w zestawie nazwisk na
literę "B" nie ma Andrzeja Brańskiego.
- Cóż, nic prostszego. Mam jakieś szczątkowe dane z formularza
zgłoszeniowego ZBoWiD-u1, wypełnionego przez Jędrka i nigdy
niewysłanego. To powinno wystarczyć.
- Nic z tego - usłyszałem. - Aby uznać kogoś za powstańca, musi być
świadectwo towarzyszy broni, dowódcy albo uczestników wspólnych walk lub
temu podobny "twardy dowód".
Kryteria redakcji były klarowne. A więc szlaban?
No nie, nie zostawię tak tego, pomyślałem. Muszą być jakieś świadectwa
jego uczestnictwa w powstaniu; przecież nie wymyślił tego wszystkiego.
Jędrek zmarł w 1980 roku; gdyby żył, zbliżałby się teraz do
dziewięćdziesiątki. Z pewnością żyje któryś z jego towarzyszy i być może
zachował go w pamięci. Jacek, jego syn, wspomina, że ojciec spotykał się
z jakimiś kolegami z czasów młodości. Zapamiętał, że dowódcą oddziału
ojca był rotmistrz Adam Rzeszotarski, który dowodził Zgrupowaniem
"Żmija". Natomiast ja sam pamiętam, że w czasie okupacji Jędrek nie
mieszkał z nami na Żelaznej, ale przebywał w internacie na Żoliborzu.
Internat mieścił się przy ulicy Czarnieckiego w przedwojennej szkole
należącej do stowarzyszenia "Rodzina Wojskowa"2 wspomagającej
te rodziny, w których mężowie zginęli na wojnie. Nasz ojciec był
lekarzem wojskowym, zginął w Katyniu.
Ze skąpych opowieści Jędrka zapamiętałem, że w czasie walki o Dworzec
Gdański był ranny w nogę. Jackowi natomiast opowiadał, że rana nie goiła
się, ropiała i dopiero w obozie jenieckim został wyleczony. I jeszcze
ważne przy poszukiwaniach pseudonimy, w warunkach konspiracji i powstania zastępujące imię i nazwisko: "Czarny", ale też "Cygan".
Obóz w Altengrabow - to inny możliwy ślad. Trafiło tam ponad tysiąc
powstańców. Jędrek powinien być wymieniony na liście jeńców. To będzie
rozstrzygające, łudziłem się. Poszedłem z Jackiem na spotkanie grupy
"Żywiciela". Prowadząca spotkanie pani Lidia Wyleżyńska "Zora", w czasie
powstania pełniąca funkcję łączniczki-telefonistki w Dowództwie II
Obwodu AK, nie znalazła Jędrka w kartotece zgrupowania, nie miała też
listy powstańców zesłanych do obozów. Jeden z obecnych, też wychowanek
internatu na Czarnieckiego, nie pamiętał ani nazwiska, ani osoby brata.
Na pytanie, czy poświadczenie pobytu brata w Altengrabow będzie
wystarczające do wciągnięcia go do kartoteki, usłyszeliśmy:
- Mógł się tam dostać jako cywil.
- Ależ kto chciałby udawać powstańca i zostać jeńcem? - próbowałem
argumentować. Nikt wtedy nie mógł być pewien, jaki będzie los
powstańców, do niedawna uznawanych za Banditen i często
rozstrzeliwanych na miejscu. To raczej powstańcy, a nawet dowódcy
(między innymi generał Leopold Okulicki) wyszli z powstania z cywilami.
- Jeśli pan tak uważa, to proszę dostarczyć poświadczenie z obozu, a my
sprawę będziemy rozstrzygać kolegialnie. Ale niech pan próbuje dotrzeć
do żyjących członków naszego zgrupowania, może ktoś brata pamięta i da
świadectwo.
* * *
Nie było rady, zacząłem szukać śladów brata w powstaniu. Najpierw samych
dokumentów jego udziału w tym wydarzeniu, ale stopniowo zagłębiałem się
w materię powstania coraz bardziej. Nie mając szansy wysłuchania
wspomnień Jędrka lub odczytania ich z jakiegoś zapisu, utrwalonych w rodzinnych wspomnieniach albo relacjach kolegów - zacząłem odtwarzać
prawdopodobny ciąg wydarzeń z jego życia, poczynając od pobytu w internacie na Czarnieckiego, a kończąc powrotem do kraju z Anglii.
Ta garstka danych, które udało mi się pozyskać z polskich i angielskich
archiwów, umożliwiają odtworzenie trasy jego peregrynacji, podobnie jak
to robią inżynierowie wyznaczający przebieg funkcji na podstawie
znajomości kilku jej wartości. Nie przybliża to jednak przeżyć
"Czarnego" ani jego rozterek, przemyśleń czy zmagań, by przetrwać.
Oczywiście mógłbym fantazjować, dodając wątki fabularne. Jest to
przywilejem pisarzy. Na podstawie znajomości wycinka rzeczywistości i obserwacji tworzą swój wymyślony świat, który znajduje chętnych do
czytania opasłych nieraz dzieł. Zamiast tego postanowiłem odwołać się do
rzeczywistych przeżyć innych powstańców, którzy zostawili po sobie
wspomnienia, w tym jego kolegów z internatu. Przechodząc przez podobne
miejsca i okoliczności jak "Czarny", musieli mieć podobne przeżycia.
Z pewnością spisując wspomnienia, Jędrek ująłby to czy owo inaczej niż
cytowany przeze mnie autor, nie zmienia to jednak wspólnej im wszystkim
istoty doznań: głodu, strachu, bólu, rozterki, tęsknoty... Zdaję sobie
sprawę, że jest tam też element fikcji, ale to z pewnością fikcja
bliższa rzeczywistości niż ta, którą niesie fabuła. W końcu niczego nie
upiększam, jeśli coś dodaję od siebie, to czynię to otwarcie, starając
się ograniczać wątki osobiste. Można by powiedzieć, że ze względu na
brak utrwalonych przeżyć "Czarnego" próba odtworzenia kilku
młodzieńczych lat jego życia na podstawie dostępnych cudzych zapisów
daje obraz losu "statystycznego" chłopaka wciągniętego w wir historii,
jednego z wielu.
Stało się więc tak, że szukając śladów brata, począłem odkrywać genezę
powstania, jego krajowe i światowe uwarunkowania, docierać do istoty
wartości leżących u jego podstawy, zatem i tych, które kształtują
świadomość i tożsamość narodu. W niezaplanowany sposób przyszło mi
zmierzyć się z wątkami dotyczącymi sensu wydarzeń, które tak silnie
wpłynęły na naszą historię i ciągle jeszcze wpływają na nasze "tu i teraz". Mówiąc obrazowo, wybrałem się do lasu na grzyby, a znalazłem...
niewypał.
Podążając śladami Jędrka i borykając się z różnymi ogólnymi problemami,
przywoływałem go dość często. Wybrałem formę pseudodialogu, który w istocie jest monologiem. Los zrządził, że nie mógł to być prawdziwy
dyskurs.
Związek Bojowników o Wolność i Demokrację - działająca w PRL organizacja kombatancka. [wróć]
Ciesząca się dużym prestiżem organizacja wspomagająca przeważnie żony żołnierzy i ich dzieci, założona w 1925 roku; jej honorową przewodniczącą była Aleksandra Piłsudska. [wróć]
I. Okupacja i powstanie
I
Okupacja i powstanie
Pierwsze ślady
Jednym z pierwszych na otrzymanej liście ewentualnych dawnych towarzyszy
Jędrka był Olgierd Budrewicz, poniekąd znajomy. Tak się złożyło, że ten
podróżnik i pisarz reportażysta, śledząc w latach stanu wojennego losy
Polaków w Nigerii, odwiedził mnie w moim afrykańskim domu w Idah nad
Nigrem. Fascynowałem się wtedy jego książkami, lecz nic nie wiedziałem o jego okupacyjnych i powstańczych działaniach. Pan Olgierd był starszy od
mojego brata, szansa, żeby go pamiętał, była niewielka. Tak też się
okazało. W trakcie naszej rozmowy w 2011 roku nie pamiętał nawet, że był
w Idah, choć mam zdjęcie z jego pobytu, a on wymienia tamto spotkanie w jednej ze swoich książek. Wkrótce po naszej telefonicznej rozmowie pan
Olgierd wybrał się w najdłuższą ze swoich podróży, tę, z której się już
nie wraca.
Kolejny wychowanek internatu, znany później pisarz i dziennikarz
związany z "Tygodnikiem Powszechnym", Marek Skwarnicki, wspominając w swojej książce Sen o wolnościk1 tamten okres życia, nie wymienia
zbyt wielu osób z nazwiska, a pytany przeze mnie wprost mówi: "Nie,
Andrzeja Brańskiego nie pamiętam. Byłem w grupie młodzików i ze
starszymi się nie kolegowałem. Wie pan, w tym okresie życia 2-3 lata
czynią znaczną różnicę".
A kiedy na widocznym na okładce zdjęciu przedstawiającym grupę chłopców
rozpoznałem Jędrka i chciałem się tym podzielić z autorem Snu o wolności, to on już udał się na wieczny sen i spoczynek... Muszę wyznać,
że przy podejmowaniu próby odtworzenia kolei losu nieznanego dla ogółu,
mojego "zapomnianego powstańca", presja czasu była czynnikiem
najprzykrzejszym.
Wykonałem dalsze telefony i w końcu trafiłem na kogoś, kto nie tylko
pamiętał brata, ale nawet wymienił go w spisanych wspomnieniach. W wydanej własnym sumptem książce zatytułowanej Moje wspomnienia z dzieciństwa i lat wojnyk2, kolega Jędrka, Sławek Zawadzki, zwany
"Korbą" albo "Lopkiem", wymienia go parokrotnie. Ucieszyło mnie to
świadectwo, coś jak migawka z życia brata w okresie okupacji i początku
powstania. On sam nie zadbał o to, nie zdążył utrwalić, choćby dla
synów, czegoś z dni młodości nie tylko "górnej i chmurnej", ale może
nawet bohaterskiej. Cieszy więc, że przynajmniej jego ślad utrwalił się
we wspomnieniach innych.
Kolejny powstaniec, Aleksander Krzemiński, o pseudonimie "Prus", dowódca
drużyny, podkomendny rotmistrza Adama Rzeszotarskiego, trafił też do
Altengrabow, gdzie jako podoficer pracował w kancelarii obozowej. Według
niego Niemcy szczegółowo weryfikowali powstańców zgodnie z posiadanymi
dokumentami i dlatego wyklucza możliwość pobytu w obozie cywila
niebędącego powstańcem. To ważka opinia człowieka znającego niemieckie
procedury obozowe.
Ale to nie wszystko. Dwaj inni powstańcy, też "czarniecczycy" z żoliborskiego internatu, usłyszawszy "Andrzej Brański", bez wahania
oświadczyli, że go pamiętają. Jeden, mieszkający na Wybrzeżu, Wojciech
Rzymowski, powiedział od razu: "Pamiętam. Pamiętam Andrzeja doskonale.
Mam sporo zdjęć, na których można go zobaczyć".
"Koniecznie trzeba się do niego wybrać - powiedziałem Jackowi. - Musimy
skopiować zdjęcia, porozmawiać o internatowym życiu twego ojca, a mojego
brata".
Od innego wychowanka tegoż internatu, Tadeusza Horwata, usłyszałem, że
pamięta nie tylko Andrzeja, ale i to, że miał sympatię, ponoć córkę
generała, która mieszkała na Czarnieckiego.
Co za pamięć! Żebym ja taką miał... To, że "Jeniuś", jak nazywała swego
pupilka ciotka Irka, był przystojniaczkiem, nie budziło moich
wątpliwości, ale żeby od razu startował do córki generała? Zadziwiasz
mnie, braciszku.
Być może pod wpływem mojego zainteresowania losami brata "Korba"
odświeża swoje wspomnienia i pisze do mnie: "Andrzej, przynajmniej w ostatnim okresie przed powstaniem, był w internacie w tej samej grupie
co ja. Pamiętam go jako chłopca wesołego i pełnego energii. Potwierdzam,
że smalił cholewki do dziewczyny z sąsiedztwa, córki generała, nie wiem
którego. Nie wiem jednak, dlaczego nie był w naszej drużynie BS1.
Prawdopodobnie był u nas od niedawna, a drużyna powstała w latach
1942/1943".
I tak oto, przeszło 30 lat po nagłej śmierci brata, powoli zacząłem
układać puzzle jego okupacyjnego i wojennego losu w obraz, który roboczo
nazwałem "Jędrek". Obraz chłopca, jakiego właściwie nie znałem, bo
poznałem go już jako całkiem innego, dorosłego mężczyznę, który pod
wpływem listów matki przyjechał z Anglii w 1947 roku. Podarował mi wtedy
typową brytyjską zieloną wojskową kurtkę z kieszeniami i plecak z pokrywą wykonaną ze skóry wołowej z sierścią, nazywany "cielakiem". Nie
używano wtedy słowa "szpan", ale niewątpliwie bardzo sobie ceniłem obie
rzeczy, kurtkę oraz "cielaka", i chętnie je nosiłem.
Z czasem dowiedziałem się, że na Czarnieckiego stały cztery domy
generalskie, a w okolicznych uliczkach było ich jeszcze więcej; był
również tak zwany plac Czterech Generałów2. Wszak rejon ten
nazywany był Żoliborzem Oficerskim. Zrazu pomyślałem, że to mogło być
dziewczę z rodziny generała Lucjana Żeligowskiego, którego dwie wnuczki
mieszkały w domu rodzinnym na Czarnieckiego. Atoli w czasie okupacji
były jeszcze za małe, żeby stać się obiektem westchnień i umizgów mojego
brata.
Z pozostałych do rozpatrzenia generałów - pod kątem ich córek lub
wnuczek - dwaj urodzili się, tak jak generał Żeligowski, kilka lat po
powstaniu styczniowym, więc niewielkie są szanse znalezienia tamtej
dziewczyny w ich rodzinach. Natomiast generał Feliks Maciszewski urodził
się w 1884 roku, a to już rokuje pewną szansę. Ojciec nasz był tylko o rok starszy. Co prawda, w 1939 roku udało się generałowi wydostać na
Zachód, lecz rodzina jego pewnie pozostała w kraju i jest możliwe, że
mieszkali w domu na Czarnieckiego. Może warto sprawdzić ten ślad,
jeszcze jeden dowód na to, że miłosne sprawy dzieją się w każdych
okolicznościach.
Internat
Nieoceniony "Korba" z własnej inicjatywy przysłał mi wykonane skany
stron z opracowania harcmistrzyni Jadwigi Luśniak, kierowniczki
internatu na Czarnieckiego. Skromnie zatytułowany
maszynopisk3 liczy ponad 200 stron wspomnień samej
harcmistrzyni oraz wychowanków i wychowawców internatu. Wielokrotnie
pojawia się tam Jędrek, bądź w opisie, bądź na fotografii. Wśród zdjęć
jest jedno z grupą chłopców, wykorzystane na okładce książki
Skwarnickiego Sen o wolności. Zdjęcie jest podpisane, a Jędrek został
wymieniony w opisie.
Budynek internatu ocalał, stoi do dzisiaj. Mieści się w nim teraz szkoła
specjalna. Od czasu wojny wyrosły tu spore już drzewa, ale nie trzeba
wytężać wzroku, żeby dostrzec jego ciekawą architekturę. Gdyby budynki
miały dar opowiadania, usłyszelibyśmy niezwykłą historię wielu ludzi z miejscem tym bardziej lub mniej związanych. Dla tych, co umieją patrzeć
i wnioskować, wielce mówiące będą liczne ślady po kulach i odłamkach, do
dziś niezatynkowane; wybite w cegle klinkierowej niełatwo dają się
uzupełniać.
Budynek powstał w 1934 roku z inicjatywy Stowarzyszenia "Rodzina
Wojskowa" i przeznaczony został na szkołę. Usytuowanie jej wiązało się z rozbudowującym się osiedlem Oficerskiej Spółdzielni Mieszkaniowej,
nazwanym później Żoliborzem Oficerskim. Inicjatorką budowy była sama
marszałkowa Piłsudska, przewodnicząca Sekcji Szkolnej stowarzyszenia, a gmach zaprojektował architekt Jan Koszczyc Witkiewicz, stryjeczny brat
Witkacego, bratanek Stanisława Witkiewicza.
Pierwszą dyrektorką tej placówki została Janina Dunin-Wąsowicz, która w czasie okupacji i powstania prowadziła w budynku stołówkę, zwaną
garkuchnią RGO3, która wydawała posiłki dla sporej liczby ludzi z zewnątrz, w tym wielu Żydów (do 200 obiadów dziennie). Jednocześnie był
to ośrodek działalności konspiracyjnej obejmującej między innymi
wydawanie zapomóg, rodzaj klubu i skrzynki kontaktowej dla osób
szukających bezpiecznego schronienia, ukrywających się na względnie
bezpiecznym Żoliborzu. Działalność pani Dunin-Wąsowicz została przerwana
przez wsypę i aresztowanie całej rodziny. Mąż oraz dwóch synów było
zaangażowanych w działalność konspiracyjną - wszyscy zostali uwięzieni
na budzącym grozę Pawiaku. Szczęśliwie państwa Dunin-Wąsowiczów
zwolniono tuż przed wybuchem powstania, a synowie, wywiezieni do
Stutthofu, doczekali tam końca wojny.
W czasie powstania w budynku szkoły, do wyczerpania zapasów, działała
kuchnia, ale większość pomieszczeń przystosowana została tak, żeby
pełnić funkcję szpitala. Szpitalem (i całą służbą zdrowia na Żoliborzu)
kierowała doktor Celina Zalewska, a chirurgiem był doktor Jerzy Szulc,
zięć generała Żeligowskiego. Dyżury trwały po 16 godzin, lekarze z pomocą pielęgniarek operowali, opatrywali rany, zakładali gips, czyli
prowadzili normalną lazaretową działalność. Po zabiegach chorzy byli
umieszczani w pobliskich prywatnych domach, gdzie personel zmieniał
tylko opatrunki. Z początkiem września, kiedy wzmógł się ostrzał
artyleryjski, szpital został przeniesiony do fortu Sokolnickiego.
To tytułem wstępu. Wrócę jednak do głównej roli budynku przy
Czarnieckiego 49, przed powstaniem internatu dla chłopców, dla których
był domem zastępczym przez szereg lat okupacji (od 1941 roku). Wielu z nich to sieroty i półsieroty, tak jak Jędrek. Z pewnością poglądy i charaktery wychowanków internatu w dużej mierze kształtowało grono
pedagogiczne, którym kierowała druhna Jadwiga Luśniak, do wybuchu wojny
komendantka Pomorskiej Chorągwi Harcerek, nauczycielka w Toruniu.
W listach i wspomnieniach spisywanych już po wojnie, zamieszczonych w Materiałach powtarza się, że była to dla nich prawdziwa szkoła życia.
"(...) jeżeli bez wstydu dzisiaj mogę nazwać się człowiekiem, to w dużej
mierze zawdzięczam to Druhny trudom i wysiłkom włożonym w pracę nad
kształtowaniem mojego niełatwego charakteru i nad ukształtowaniem
odpowiedniej atmosfery internatu" - pisał do Druhny po latach Jan
Grabski.
Wychowankowie internatu byli pogrupowani głównie według kategorii
wiekowych. Grup takich było cztery: "Lotnicy" albo inaczej "Szybownicy",
"Marynarze", "Pionierzy" i "Zagończycy". Jędrek należał do "Pionierów".
W tej grupie byli chłopcy starsi wiekiem, mający 14-18 lat, bardziej
niezależni życiowo i dojrzalsi od swoich młodszych współmieszkańców.
Niektórzy podejmowali już różne prace zarobkowe, a wieczorami uczyli się
na utajnionych kompletach. To u nich prowadzone były gorące dyskusje
polityczne, kilku z nich odeszło do czynnej partyzantki.
W Materiałach Jadwigi Luśniak zamieszczone są wspomnienia zarówno
wychowanków, jak i wychowawców. Wielokrotnie pojawia się postać Jędrka,
między innymi w obszernych wspomnieniach Andrzeja Klonowskiego z grupy
"Marynarzy". Bardziej zaintrygowały mnie wspomnienia Danuty Pijewskiej -
młodej, mającej 25 lat, nauczycielki języka polskiego i historii
literatury polskiej oraz opiekunki grup spędzających wakacje na
koloniach letnich w Nowinkach i Zalesiu pod Piasecznem. Ocalały wykaz
ocen z roku 1943 przy pozycji "Brański Andrzej" zawiera wpisy: nb., 4,
3, 2, co na tle innych wypada nieźle.
Na jednej z ostatnich już lekcji rozpoczęła się bardziej ogólna rozmowa
na temat planów na przyszłość, ale też roli pisarzy w okresie
oświecenia, romantyzmu i pozytywizmu. Co ciekawe, romantyzm do chłopców
nie przemawiał.
"Wtedy właśnie jeden z chłopców - wołali na niego "Cygan", zdolny,
inteligentny, ładnie recytował wiersze (to właśnie on latem w Nowinkach
czytał wiersz Tuwima. Jeszcze słyszę jak dobitnie akcentował wersety:
"Niech prawo zawsze prawo znaczy, / A sprawiedliwość - sprawiedliwość...")
- zabrał głos.
Mówił, że pragnie przeżyć wojnę, chce skończyć politechnikę, pracować.
Na życie patrzy realnie, trzeźwo. Rzetelna praca znaczy więcej niż
poezja. Przede wszystkim chce wierzyć w sprawiedliwy pokój. Jest
pacyfistą. Wojna to wynik machinacji światowego kapitału. Nie widzi
żadnej dostatecznej racji, w imię której miałby wziąć do ręki karabin i strzelać do ludzi bądź wystawiać się na strzały".
Trudno się dziwić, że nauczycielka czuła się trochę zaskoczona. Po
chwili milczenia koledzy "buntownika" zaczęli się śmiać i żartować: "Bo
on to taki cygan, proszę pani...".
Wielu pseudonimów w Materiałach nie ma, Jędrek miał aż dwa: "Czarny" i "Cygan". Na zdjęciu dołączonym do wspomnień pani Pijewskiej można
rozpoznać go w grupie opisanej jako "Komplet starszych chłopców z języka
polskiego na koloniach w Nowinkach" i jest wymieniony w podpisie. Miło
byłoby mieć pewność, że to on tak się "wymądrzał"; wygadany to był, bez
dwóch zdań...
Szukając wzmianek dotyczących Jędrka, zacząłem wciągać się w wielorakie
historie opowiadane na kartach maszynopisu Materiałów. Im więcej
czytałem - bardzo oszczędne w przekazie, bez upiększeń spisane
wspomnienia - tym bardziej narastał mój podziw dla wychowawców i nauczycieli internatu oraz dla samej kierowniczki, harcmistrzyni Jadwigi
Luśniak, umiejętnie i bezkonfliktowo sterującej tym heroicznym wręcz
przedsięwzięciem. Wystarczy pomyśleć, ile trudu wymagało zdobywanie
środków do wyżywienia oraz utrzymania sporej gromadki młodocianych
mieszkańców internatu, łącznie z ich opiekunami - ile poświęcenia i nadzwyczajnej sprawności. Czasem chłopcy mieli indywidualnych
wspomagających, którzy łożyli na ich potrzeby, ale o nich też trzeba
było zabiegać.
A nauka? Wychowankowie chodzili do szkół zawodowych, jedynych
działających z przyzwoleniem okupanta, wieczorami natomiast w internacie
odbywały się lekcje z przedmiotów normalnej szkoły ogólnokształcącej, na
różnym poziomie, odpowiadającym wiekowej różnorodności mieszkańców. Do
tego dochodziły zajęcia kulturalne takie jak deklamacje czy śpiew oraz
zajęcia sportowe. Czasami przychodzili z zewnątrz artyści teatralni,
były też koncerty, występy taneczne.
Wszystko to w ciągłym zagrożeniu przed możliwymi groźnymi restrykcjami w przypadku niespodziewanej kontroli. Bo przecież w internacie ukrywali
się żydowski chłopiec i wychowawca, jedna z kucharek też była Żydówką.
W letnich miesiącach większość mieszkańców wyjeżdżała, a jakże, na
kolonie. I znów - należało to zorganizować, zabezpieczyć im pobyt w skromnych, ale zdrowych warunkach podmiejskiego letniska. Lasy
Chojnowskie koło Zalesia to właśnie zapewniały, łącznie z atrakcjami
takimi jak wizyta "leśnych chłopców", czyli partyzantów. Wszystko to
organizował ten sam personel, który nie dostawał urlopów wypoczynkowych.
Jego podopieczni po latach będą przepraszać samą panią Luśniak i jej
ekipę wychowawczą za swoją niesubordynację oraz głupie dowcipy, a także
wygłaszać na cześć swoich wychowawców peany. W jednym na pewno nie
mijali się z prawdą - nie byli łatwi do prowadzenia.
Rzadko który z nich miał pełną rodzinę. W większości byli pół- albo
pełnymi sierotami, których ojcowie zginęli, tak jak nasz, bądź
przebywali w obozach, czasem się ukrywali. Matki na ogół nie miały
zawodów (do wybuchu wojny ich rolę określało się przeważnie: "przy
mężu"), teraz musiały sobie radzić, łapiąc się różnych dorywczych prac,
handlując czymkolwiek lub sprzedając resztki kosztowności. Chłopcy w internacie dostawali to, czego nie mogły dać im ich domy, uczyli się
wielu praktycznych rzeczy, a także pracy i odpowiedzialności za siebie i innych. Dorastając w przyspieszonym tempie, bardzo szybko i samorzutnie
dojrzeli do stworzenia konspiracyjnej formy organizacji, wywodzącej się
z wcześniejszych doświadczeń starszych wśród nich harcerzy.
Wczytując się w pisane bez stylistycznych upiększeń kartki maszynopisu,
zacząłem postrzegać tę zamkniętą społeczność internatu jako coś
niesłychanie symbolicznego, jakby kapsułę uformowaną z tragicznych
elementów okupacyjnej rzeczywistości i przekazaną mi teraz, po przeszło
70 latach. Stało się tak, jak to kiedyś we wczesnej młodości bywało,
kiedy przy czytaniu dobrej powieści stawałem się jej częścią,
identyfikując się z jej postaciami, albo wcielając się w rolę nie zawsze
biernego obserwatora śledzonych wydarzeń.
W deszczowe jesienie południe 2015 roku miała miejsce uroczystość
zawieszenia na ścianie frontowej budynku przy ulicy Czarnieckiego 49
tablicy upamiętniającej dwie wybitne kobiety, które odcisnęły piętno na
życiu wychowanków funkcjonującej tu kiedyś szkoły, a w czasie okupacji
mieszkańców internatu: Janinę Dunin-Wąsowicz i harcmistrzynię Jadwigę
Luśniak. Obie panie wcześniej odznaczone zostały medalem "Sprawiedliwy
wśród Narodów Świata". Oprócz władz dzielnicy obecnych było kilku bardzo
już starszych panów, którzy żywym słowem odtworzyli zebranym dole i niedole internatowego życia oraz późniejszy swój udziału w powstaniu.
Gdyby Jędrek dożył tego deszczowego dnia, to bez wątpienia byłby tam
razem ze swoimi kolegami. Niewiele od nich młodszy, niby w jego imieniu,
stawiłem się ja, licząc na to, że spotkam jego towarzyszy, z którymi co
najwyżej rozmawiałem dotychczas przez telefon.
Wiadomo, że z kilkunastu chłopców działających w konspiracji, w czasie
powstania siedmiu zginęło. Zenek Boliński "Morski", obsługujący
rusznicę, został trafiony pociskiem czołgowym, podobnie zginął Włodek
Kulwieć. Jurek Kalata został zabity w bitwie pod Dworcem Gdańskim. Ciała
jego nie udało się znaleźć, powstała jednak legenda, że został
ściągnięty z pola przed okopami przez Niemców, którzy darowali mu życie.
Ktoś go podobno widział i słyszał, jak ze śmiechem opowiadał o swoim
"zmartwychwstaniu", ale nikt z kolegów ani go nie spotkał, ani nie miał
z nim później kontaktu. Do poległych w powstaniu wychowanków dołączyć
trzeba zabitego na Pawiaku wychowawcę i pierwszego drużynowego, Czesława
Ciećkowskiego.
Potem miałem długą rozmowę z Tadeuszem Horwatem, internatowym kolegą
Jędrka, mającym świetną pamięć i chętnie opowiadającym o codziennym
życiu w internacie. Oprowadził mnie po zakamarkach budynku, objaśniając,
gdzie mieściła się kuchnia, gdzie sypialnie chłopców, a gdzie pokój
kierowniczki. Wejście główne było wtedy zamknięte, a wchodziło się
innym, od podwórka. W budynku były dwie kuchnie: jedna w piwnicy, czyli
"garkuchnia" RGO, wydająca ponoć 200 posiłków ludziom z zewnątrz, a druga mniejsza - dla mieszkańców internatu. Chłopcy oprócz nauki mieli
jeszcze obowiązki gospodarskie. Oczywiście sprzątanie, ale też dostawy
produktów przechowywanych gdzieś przy forcie Sokolnickiego. Jest to
nawet uwiecznione na fotografiach. W niewielkim przyszkolnym ogródku
sadzone były warzywa, które wymagały pielęgnacji. Były też klatki z królikami, które trzeba było karmić i oporządzać.
Tadeusz należał do ekipy organizującej w budynku internatu szpital
powstańczy. Powtórzył teraz to, co powiedział mi kiedyś w rozmowie
telefonicznej - że w okresie przedpowstaniowym Jędrek spotykał się z córką generała, mieszkającą całkiem niedaleko w budynku należącym
obecnie do ambasady włoskiej. Już po 1 sierpnia 1944 spotkał Jędrka
niosącego karabin z wygrawerowanym na kolbie imieniem Ewa. Niech ta
odrobina romantyzmu ozdobi wspomnienie nie tak bardzo romantycznego
żywota tego chłopaka...
Inny kolega z internatu, Paweł Rościszewski, dobrze pamięta Jędrka, lecz
kojarzy go z raczej z inną dziewczyną, Basią, która miała w internacie
brata, Jurka Sowińskiego. Basia była wychowanką internatu żeńskiego na
ulicy Pańskiej, zaprzyjaźnionego z "czarniecczykami". W ramach zajęć
kulturalnych przygotowano wspólnie przedstawienia, takie jak
Kopciuszek według tekstu Janiny Porazińskiej czy Jasełka Lucjana
Rydla. I właśnie w partii tanecznej jako para występowali Jędrek i Basia.
Oprowadzany po budynku internatu przez kolegę brata, który dobrze go
pamięta, chodząc po tych samych schodach, którymi Jędrek zbiegał po
kilka razy dziennie, zaglądając do różnych zakamarków i pokoi, które
musiał znać na wylot, zacząłem odnosić wrażenie wstępowania w jakiś
wyższy krąg wspomnień. Dotychczas wnikałem w zamknięty na spust świat
okupacyjnych dni brata i jego kolegów w internacie tylko poprzez
zapisane na papierze przekazy i wyblakłe fotografie - teraz zacząłem
doznawać wręcz obcowania z materią tamtego świata.
Oto mury, w których oni mieszkali i dorastali, a ten, co mnie oprowadza
po budynku, przecież klepał Jędrka po plecach, wymieniali kuksańce,
razem swawolili i razem chodzili do fortu Sokolnickiego po składowane
tam w kopcach kartofle.
Gdyby nie ten fatalny zawał serca Jędrka, mogliby teraz razem opowiadać
mi, gdzie odbywały się utajnione lekcje, gdzie spali, a gdzie
przygotowywali występy. Jędrek pokazałby mi miejsce, w którym był
opatrywany, gdy trafił tu jako ranny po bitwie o Dworzec Gdański. A ja
spytałbym go: "Powiedz mi bracie, fajna była ta sanitariuszka, która cię
opatrywała? Ale, ale - czy to była Ewa, czy Basia?".
Młodszy brat Jędrka
...czyli ja. Ciekawe, czy gdyby Jędrek wziął się do spisywania swoich
młodzieńczych przeżyć, to wspomniałby o młodszym, niesfornym - to za
delikatnie powiedziane - bracie, który w wieku czterech lat został
znaleziony przez policjanta, gdy był pochłonięty zabawą w rynsztoku (po
deszczu świetnie spływały nim różne "okręty") i doprowadzony do domu.
Kiedy indziej fryzjer w szewskiej pasji wyrzucił go wraz z babcią z zakładu, bo tak mu zaszedł za skórę. Wiele bliskich kontaktów ze sobą
nie mieliśmy, jeden z nas mieszkał na Żoliborzu, a drugi w Konstancinie.
Wychowankowie internatu mieli pozwolenie na spotkanie z bliskimi tylko
raz na dwa tygodnie. To był czas okupacji - trudny czas dla rodzin.
Chyba nie będzie nadużyciem, jeśli próbując odtworzyć powstańczy trop
Jędrka, a więc wchodząc w jego buty, wspomnę tu pokrótce o sobie.
Urodziłem się w 1935 roku - za późno, żeby pretendować do roli
bohaterskiego powstańca, ale w odpowiednim czasie do tego, żeby tę
powstańczą apokalipsę zobaczyć i coś z niej próbować zrozumieć. Jeśli
nie wtedy - to teraz, po latach.
Czy Jędrek był dla mnie bohaterem, takim jak ci z Kamieni na szaniec?
Może trochę, na początku. Koniec lat czterdziestych nie był czasem
przyjaznym dla bohaterów powstania. Zresztą doprawdy nie wiem, co sam
Jędrek myślał o powstaniu, o swoim w nim udziale i o tym, co się działo
potem. Nie tylko w naszym domu, lecz w innych też nie mówiło się wiele o tych sprawach, nie analizowało zawiłości historii ani tego zawieszenia w "niby-landzie", w PRL. Dla mnie - wychowanego na lekturze Małego
Piłsudczyka4, Najwyższego lotu Ferdynanda
Ossendowskiego, Trylogii Sienkiewicza, a jednocześnie świadka rozmów o listach ojca pisanych z Kozielska, które mama ze strachu przed bezpieką
spaliła - powstanie - to powstanie - było świętością, o której się nie
dyskutuje, tylko czci oraz odrzuca potencjalną krytykę. Jeszcze kilka
lat po powstaniu, słysząc w radiu Mazurka Dąbrowskiego, gdziekolwiek bym
się nie znalazł, stawałem na baczność (zaszczepiła mi to przynależność
do harcerstwa, jeszcze niezdominowanego ideologicznie
marksizmem-leninizmem). Czytając Pamiętnik z powstania warszawskiego
Mirona Białoszewskiego, wydany przecież na początku lat 70., kiedy byłem
już w pełni dorosłym człekiem, nie mogłem się pogodzić z jego
beznamiętną relacją o dniach powstańczego zrywu, z chłodnymi
obserwacjami z pozycji nie chłopaka, jakim w powstaniu był Jędrek, lecz
21-letniego mężczyzny siedzącego w piwnicy, nie na barykadzie. Skądinąd
ceniłem i dalej cenię zmysł obserwacji autora, poetycki słuch, twórcze
"opukiwanie" języka codziennego, ale nie trafiały do mnie wtedy te
wyprane z emocji zapiski.
Już bez związku z Białoszewskim. Myślę, że całokształt działań
komunistycznych władz na rzecz pomniejszenia roli powstania, których
symbolem był pamiętny plakat przedstawiający żołnierza AK jako
"zaplutego karła reakcji", wielce przyczynił się do odtrącania przez
część młodych ludzi narzuconego nam systemu pseudopaństwowości i stanowiącej jego fundament ideologii marksistowskiej. Dla niewyrobionych
umysłów przy pierwszym zbliżeniu mogła się ona nawet wydawać atrakcyjna.
Mnie było łatwiej, bo powstanie widziałem własnymi oczami, wiedziałem
też, że Katyń był dziełem bolszewickiej Rosji, która zdradziecko nas
napadła, a tłumaczenie najazdu 17 września "bratnią pomocą" jakoś do
mnie nie trafiało. Jakaż to pomoc - myślałem - kiedy słabnącemu w nierównej walce wbija się nóż w plecy? Za bardzo kojarzyło mi się to z rozbiorami Polski.
Trudno precyzyjnie wykazać, co kształtuje naszą świadomość narodową,
patriotyzm, tolerancję dla innych. Oczywiście rodzina, szkoła, ale w czasie okupacji właśnie te dwie instytucje nie mogły w pełni oddziaływać
- ojca nie było, a szkoła, jeśli była, to tylko w ograniczonej formie.
Wiele trzeba było domyślać się, podpatrywać; jakieś tajemnicze
spotkania, nagłe wyjścia, podsłuchiwane mimo woli rozmowy, strzępki uwag
o sytuacji na mieście i na frontach wojny. Dużo czasu spędzałem w dawnym
prewentorium gruźliczym w Konstancinie, ośrodku także należącym przed
wojną do "Rodziny Wojskowej". Tam było jeszcze mniej źródeł informacji,
możliwości wchłonięcia tego wszystkiego, co kształtuje naszą wrażliwość
i pozwala osiągnąć stopień świadomości, na którym rozwija się to, co
określamy jako patriotyzm, ale też tolerancja, sprawiedliwość i inne
wartości "z wyższej półki".
Domów dziecka prowadzonych przez RGO było w Konstancinie kilka. W pamięci mojej nie utrwaliła się nawet nazwa ośrodka, w którym
przebywałem. Na jedynym zdjęciu, jakie stamtąd posiadam, widać fragment
fontanny. Porównanie z innym zdjęciem wystarczyło, żeby określić miejsce
mojego pobytu - willa "Corso".
W okresie wakacji, w czasie dłuższego pobytu na Żelaznej, zobaczyłem po
drugiej stronie muru getta, który przebiegał środkiem ulicy, wypalone
domy - efekt likwidacji getta w kwietniu 1943 roku. Kiedyś mignęła mi w oknie na czwartym piętrze domu z przeciwka jakaś dziwna sylwetka.
Niemieccy strażnicy, mający swoją budkę wartowniczą pod naszym domem,
zaczęli strzelać do okna. Nie widziałem upadającego ciała, nie słyszałem
krzyku; ludzie mówili, że był to ukrywający się dotychczas Żyd, który
widocznie doszedł do kresu wytrzymałości i postanowił wydać się na
strzał. Jak to możliwe, że zdołał się ukrywać przez kilka miesięcy w tym
na poły wypalonym budynku? Widok tej zjawy w oknie na wysokim piętrze
domu naprzeciwko zapadł mi głęboko w kształtującą się dopiero
świadomość. Może dlatego gdy wróciłem do prewentorium w Konstancinie,
wstrząsnęła mną zabawa moich starszych kolegów - jakieś krzesło
ustawione pod gałęzią drzewa i sznur z pętlą zwisający z gałęzi. Chłopcy
upatrzyli sobie ofiarę, którą chcieli powiesić, na niby rzecz jasna.
Towarzyszyły temu okrzyki "Wieszać żyda! Wieszać żyda!".
Bojowe Szkoły - forma organizacyjna Szarych Szeregów. [wróć]
Skrzyżowanie ulic Mierosławskiego i Śmiałej. [wróć]
Rada Główna Opiekuńcza - organizacja charytatywna dopuszczona do działania przez władze Generalnego Gubernatorstwa. [wróć]
W moim egzemplarzu, wydanym nakładem Głównej Księgarni Wojskowej (Warszawa 1935), autor podpisuje się skromnie: Dr. T. M. Nittman (Tadeusz Michał). Próbka stylu książki, która spełniła swoją propagandową rolę, ale dzisiaj byłaby trudność z jej odbiorem: "Zrozumiesz może wtedy, że "Polska dzisiejsza" mieści się w jednem wielkim słowie: Piłsudski!". [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki