Jednym słowem miłość - Magdalena Kołosowska

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

MAJA

Nie umiem cze­kać! Po­waż­nie! Ni­gdy nie by­łam spe­cjal­nie cier­pliwa. Naj­le­piej gdy­bym wszystko, czego tylko chcę, miała od razu. Już. Pstryk - i jest!

Ostat­nio sta­ram się nad tym pa­no­wać, bo usły­sza­łam od ko­goś: "Na­ucz się cze­kać". Tylko że co z ta­kiego cze­ka­nia może wyjść? Nic. I mó­wię to zu­peł­nie se­rio, bo mam w tym do­świad­cze­nie. Od za­wsze cze­kam. Na wszystko.

A te­raz cze­kam na od­po­wiedź z wy­daw­nic­twa. Aaa, co? Za­sko­cze­nie?

Pi­szę. Dużo pi­szę, a ostat­nio skoń­czy­łam swoją książkę i wy­sła­łam ją (wy­sła­łam!) do wy­daw­nic­twa (wcale nie do jed­nego, żeby była ja­sność). I cze­kam te­raz na ja­kąś po­zy­tywną od­po­wiedź. To dla­tego moja cier­pli­wość jest na wy­czer­pa­niu jak ba­te­ria w te­le­fo­nie ma­ło­lata po ca­ło­noc­nym scrol­lo­wa­niu so­cial me­diów (jakby kie­dy­kol­wiek była na­ła­do­wana!). Dwie od­po­wie­dzi już otrzy­ma­łam. Nie! Tylko tyle? Chyba ja­kieś uza­sad­nie­nie po­winno być? Na przy­kład: "Zwa­żyw­szy na na­sze plany wy­daw­ni­cze, nie je­ste­śmy za­in­te­re­so­wani wy­da­niem Pani książki w tej chwili". Zro­zu­mia­ła­bym. A nie tylko: "Z przy­kro­ścią in­for­mu­jemy, że nie je­ste­śmy za­in­te­re­so­wani pod­ję­ciem współ­pracy z Pa­nią". Ale dla­czego? Się py­tam!

Te od­po­wie­dzi pod­cięły mi skrzy­dła. Oto ja, pełna opty­mi­zmu i wiary, zo­sta­łam mo­men­tal­nie spro­wa­dzona na zie­mię. No masz! Pik, pik. Pik, pik. Mój te­le­fon, wpraw­dzie nie naj­now­szej ge­ne­ra­cji, ale przy­naj­mniej dziel­nie uda­jący wy­pa­sio­nego smart­fo­nika, daje mi znak, że do­sta­łam ese­mesa. Nie mam ochoty pi­sać do ko­go­kol­wiek, a mimo to się­gam po apa­rat. I... to nie ese­mes, to po­wia­do­mie­nie o ma­ilu! Drżącą ręką otwie­ram wia­do­mość wprost w ko­mórce, nie włą­czam na­wet kom­pu­tera. Chcę ją jak naj­szyb­ciej prze­czy­tać. Tekst ła­duje się bły­ska­wicz­nie. Czy­tam, czy­tam... Wy­daw­nic­two! Yes, yes, yes! Do­sta­łam od­po­wiedź! Jesz­cze nie wie­rzę. Hura!!!

Od­pi­sali. Prze­bie­gam szybko wzro­kiem ko­lejne li­nijki i... Mail jak mail, nic wiel­kiego, ja­kieś grzecz­no­ściowe slo­gany: "Sza­nowna Pani, bla, bla, bla, za­po­zna­li­śmy się z Pani tek­stem i bar­dzo nam się spodo­bał. Przed pod­ję­ciem osta­tecz­nej de­cy­zji o wy­da­niu pro­po­nu­jemy Pani jed­nak wpro­wa­dze­nie kilku po­pra­wek". Czy­ta­jąc z wy­pie­kami na twa­rzy, przy­swa­jam treść. Tekst im się po­doba, to raz, pro­po­nują ja­kieś drobne zmiany (przy­słali na­wet su­ge­stie, ho, ho, ho), to dwa, i... "Je­zus Ma­ria! Oni na­prawdę chcą tę moją książkę wy­dać? Ja nie mogę!" - po­my­śla­łam. Ode­tchnę­łam głę­boko, uspo­ko­iłam swoje sza­le­jące ser­du­cho, po­now­nie prze­czy­ta­łam ma­ila... Naj­dziw­niej­sze jest to, że pod­pi­sał się pod nim... Ja­kub Szy­dłow­ski. No co jak co, ale na­prawdę uwa­żam, że to lek­tura skie­ro­wana ra­czej do ko­biet, i za­sko­czyło mnie, że czło­wiek, któ­rego nie znam, męż­czy­zna na do­da­tek, tę moją książkę prze­czy­tał. Wie o mnie w tej chwili wię­cej niż Ja­cek, mój ślubny mąż, od dzie­się­ciu lat ten sam! Co prawda obec­nie prze­by­wa­jący na emi­gra­cji (jak to ład­nie brzmi!) i za­ra­bia­jący na chleb (swój, gwoli ści­sło­ści).

Prawda wy­gląda na­stę­pu­jąco... Około dwóch lat temu naj­lep­szy przy­ja­ciel mo­jego męża, nie­jaki Ar­ka­diusz, wpadł na po­mysł, aby wy­je­chać do Szwe­cji. Zbie­rać coś tam (do dziś nie wiem, czy cho­dziło o ja­gody czy bo­rówki, dla mnie to jedno i to samo). Po­my­śla­łam, że okej, niech tak bę­dzie, trzy mie­siące zlecą jak z bi­cza strze­lił, a do­dat­kowe pie­nią­dze za­wsze się przy­da­dzą. Tym bar­dziej że z kasą u nas było kru­cho. Firma, w któ­rej pra­co­wa­łam, splaj­to­wała (dla­czego mnie to nie dziwi?), a ja z dnia na dzień stra­ci­łam za­ję­cie. Tak że Ja­cek po­je­chał. W lipcu. Miał wró­cić w paź­dzier­niku, ale oka­zało się, że zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie po­ja­wiła się nowa pro­po­zy­cja pracy (ja tam w ta­kie przy­padki nie wie­rzę, za­wsze uwa­ża­łam, że zna­leźli so­bie nową ro­botę, bo nie chcieli wra­cać - i już) i zo­stają. Ale dzie­lące mnie i męża ki­lo­me­try osła­biły mój wpływ na niego. Roz­ma­wia­li­śmy rzadko, raz w ty­go­dniu, bo nie czu­li­śmy po­trzeby, by ro­bić to czę­ściej. I choć świat da­wał nam nie­ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, wy­star­czyło mieć do­stęp do in­ter­netu, na­sze kon­takty ni­gdy nie trwały dłu­żej niż ja­kieś pięć-sie­dem mi­nut. Krótko i na te­mat. Prze­ka­zy­wa­li­śmy so­bie naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje, koń­cząc za­wsze tą samą for­mułką: "do na­stęp­nego". Nie uma­wia­li­śmy się ani kiedy ten "na­stępny" ma być, ani kto za­dzwoni. Za­wsze jed­nak wy­cho­dziło tak, że w ko­lej­nym ty­go­dniu roz­ma­wia­li­śmy.

Jak mó­wi­łam, wy­jazd miał trwać trzy mie­siące. Ja­koś w po­ło­wie wrze­śnia za­czę­łam się za­sta­na­wiać, jak długo jesz­cze po­zo­stanę sło­mianą wdową, a co gor­sza, ro­dzice Jacka za­częli py­tać, czy wiem, kiedy wraca i tak da­lej. Nie wie­dzia­łam. I na­wet nie wie­dzia­łam, czy chcę wie­dzieć. Ale Ja­cek za­dzwo­nił, za­nim zdą­ży­łam za­de­cy­do­wać, co wolę.

- Cześć, Majka - usły­sza­łam w słu­chawce jego ra­do­sny głos. W domu był ra­czej mru­kiem, a od kiedy tam pra­co­wał, mia­łam wra­że­nie, że try­ska ener­gią i do­brym hu­mo­rem.

- Cześć - od­par­łam ci­cho. No nic, ode­bra­łam, to z nim po­roz­ma­wiam, ja­koś tych kilka mi­nut prze­żyję. - Coś się stało, że je­steś taki za­do­wo­lony? - spy­ta­łam, za­nim zdą­ży­łam po­my­śleć.

- Nie­spo­dzianka - usły­sza­łam. Ale mój mąż chyba nie chciał cze­kać, aż zgadnę jaka, bo mó­wił da­lej: - Zresztą... i tak ci po­wiem, więc może od razu?

- Może... - Nie by­łam ani tro­chę tak pod­eks­cy­to­wana jak on.

- Do­sta­li­śmy fajną ofertę pracy! - Cie­szył się jak dziecko.

- Jaką? - za­in­te­re­so­wa­łam się.

- Na bu­do­wie! - Mój mąż wciąż mó­wił z pod­nie­ce­niem w gło­sie.

Aż usia­dłam. Jak to na bu­do­wie? Gdzie na bu­do­wie? Ja­cek i bu­dowa? Chyba się prze­sły­sza­łam.

- Na ja­kiej bu­do­wie? - za­py­ta­łam. - Jako kto? Stróż?

- Pro­szę cię! - Ja­cek nie krył, że go ura­zi­łam.

Wes­tchnę­łam, in­tu­icyj­nie wy­czu­wa­jąc, że na pię­ciu-sied­miu mi­nu­tach ta roz­mowa się nie skoń­czy.

- Na bu­do­wie to na bu­do­wie. Bę­dziemy domy bu­do­wać.

- Taa. Chyba zamki z pia­sku - rzu­ci­łam ką­śli­wie. - Niby jak? I z czego? Prze­cież ty nie od­róż­niasz ce­gły od pu­staka!

- Prze­stań już! Spe­cja­listka się zna­la­zła! Skoro tak się na tym znasz, to dla­czego ta twoja firma splaj­to­wała, co? Ce­gła czy pu­stak, do­bre so­bie!

- Nie ob­ra­żaj się i mnie przy oka­zji, prze­cież to prawda. W ży­ciu nie pra­co­wa­łeś na bu­do­wie! Je­stem po pro­stu cie­kawa, w jaki spo­sób za­mie­rzasz sta­wiać te domy.

- Wła­snymi rę­cami, z bali - wy­pa­lił. - To będą domy drew­niane, ro­zu­miesz? Je­ste­śmy już po roz­mo­wie, za­czy­namy od po­nie­działku.

- Od... po­nie­działku? Ale... - Na­gle za­częło do mnie do­cie­rać, że to coś wię­cej niż tylko zmiana pracy. Kto nor­malny zmie­nia pracę na dwa ty­go­dnie przed po­wro­tem do domu? I po­my­śla­łam tak, wie­dząc na­wet to, co wie­dzia­łam o swoim mężu. Że nie­stały i tak da­lej. - Ja­cek, po­wiedz mi...

- Mó­wię ci...

- Nie rób so­bie jaj.

- Nie ro­bię.

- Aha, tylko co?

- Nic.

- Na li­tość bo­ską, mówże wresz­cie: co to zna­czy?! - krzyk­nę­łam.

- Ojej, coś ty taka zła? Okres masz? A może wła­śnie ci się zbliża?

- Ja­cek! Po­wi­nie­neś wie­dzieć, że ja od za­wsze albo mam okres, albo je­stem tuż przed, więc nie kom­bi­nuj, tylko mów.

- Okej, okej... - Mój mąż się pod­dał.

Oczami wy­obraźni wi­dzia­łam, jak unosi ręce w ge­ście pod­da­nia się.

- Do­sta­li­śmy świetną pro­po­zy­cję, lep­sze za­robki, lep­sze wa­runki.

- Do brzegu - po­na­gli­łam.

- Prze­no­simy się o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów.

- No i?

- I zo­sta­jemy. - Usły­sza­łam wresz­cie to, na co pod­świa­do­mie cze­ka­łam. - Ma­jeczka, nie de­ner­wuj się tylko, pro­szę, wiesz, że ro­bię to dla cie­bie, prawda?

A niech go! Ja­kie "dla mnie"?

- Chyba żar­tu­jesz! Na jak długo zo­sta­je­cie? - Wy­cią­gnę­łam pa­pie­rosa i za­pa­li­łam. Za­cią­gnę­łam się za­chłan­nie, jakby od tego za­le­żało moje ży­cie.

- Jesz­cze nie wiemy...

- Co to zna­czy "jesz­cze nie wiemy"? - drą­ży­łam.

- Na pewno zo­sta­niemy tu­taj trzy mie­siące...

"Trzy mie­siące"! To zna­czy, że nie wróci na Boże Na­ro­dze­nie?

- A po­tem zo­ba­czymy. Wszystko za­leży od tego, czy się spraw­dzimy, a je­śli tak, to czy bę­dziemy chcieli da­lej pra­co­wać.

Coś mi mó­wiło, że mój mąż bę­dzie bar­dzo chciał i zrobi wszystko, żeby tam zo­stać!

- Czyli...? - rzu­ci­łam, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. - Na­stępne trzy mie­siące, tak? W ciągu ostat­nich trzech nie wi­dzie­li­śmy się ani razu!

- Przy­jadę w przy­szły week­end i po­roz­ma­wiamy - obie­cał.

Za­sko­czył mnie. Skoro jed­nak pa­dła taka obiet­nica, po­sta­no­wi­łam się cie­szyć i do­pil­no­wać, by ją zre­ali­zo­wał. Koń­cząc roz­mowę z Jac­kiem, wie­dzia­łam, że mu­szę wy­ko­nać jesz­cze je­den te­le­fon. Do Syl­wii, żony Arka. Mu­sia­łam to wszystko z kimś prze­ga­dać.

- Cześć - po­wie­dzia­łam, kiedy usły­sza­łam "halo". - Ma­ria - przed­sta­wi­łam się bar­dzo ofi­cjal­nie.

- Wiem, wiem prze­cież. - Chyba się ucie­szyła. - Skoro dzwo­nisz, to już pew­nie wiesz?

- Wiem - przy­zna­łam. - I je­stem cie­kawa, co ty o tym my­ślisz.

Syl­wia na chwilę za­mil­kła, a ja nie by­łam pewna, czy to ozna­cza, że się za­sta­na­wia, co po­wie­dzieć, czy też nie ma o czym mó­wić. Nie chcia­łam wy­bie­rać po­mię­dzy moż­li­wo­ściami, mu­sia­łam z nią po­ga­dać! Szcze­rze.

- Ja wie­dzia­łam od po­czątku - usły­sza­łam i opa­dłam na pod­łogę, obi­ja­jąc so­bie przy oka­zji sie­dze­nie.

- Co ty mó­wisz? Od ja­kiego po­czątku? To zna­czy od kiedy? - za­rzu­ci­łam ją py­ta­niami, ocze­ku­jąc na­tych­mia­sto­wej od­po­wie­dzi na wszyst­kie.

- No... jak by ci to po­wie­dzieć... - za­wa­hała się.

- Nor­mal­nie. Po pro­stu.

- Maju, Arek i ja już dawno po­sta­no­wi­li­śmy, że je­śli ten wy­jazd wy­pali, to trzeba bę­dzie zro­bić wszystko, żeby trwał jak naj­dłu­żej. Tak chcie­li­śmy. Wiesz... Wy je­ste­ście tylko we dwójkę i wszystko przed wami, ale my... gnieź­dzimy się z dzie­cia­kami w ta­kiej ka­wa­lerce jak wa­sza. Na­wet nie wiesz, co to zna­czy mieć dwoje ma­lu­chów. Wszę­dzie wejdą, wszystko zo­ba­czą... Arek od po­czątku roz­glą­dał się w Szwe­cji za czymś na stałe, bo prze­cież te ja­gody nie trwają wiecz­nie, i kiedy nada­rzyła się oka­zja z bu­dową do­mów... Sama ro­zu­miesz...

- Ro­zu­miem - przy­tak­nę­łam, nie wie­dząc, co jesz­cze po­wie­dzieć. Wy­szło na to, że wszy­scy so­bie coś tam za­pla­no­wali, a mnie po­sta­wili przed fak­tem.

- Mam na­dzieję, że się nie gnie­wasz. Arek mó­wił Jac­kowi, żeby z tobą po­roz­ma­wiał.

- Roz­ma­wiał.

- I co o tym my­ślisz?

- Sama nie wiem. Za­sko­czył mnie. Wiesz, jaki jest mój mąż. Ni­gdy się spe­cjal­nie nie gar­nął do ro­boty, a tu na­gle Szwe­cja.

- Daj mu szansę, on so­bie tam na­prawdę świet­nie ra­dzi.

Nie by­łam w sta­nie od­po­wie­dzieć. Czy aby na pewno mó­wi­ły­śmy o tym sa­mym czło­wieku?

- My­ślę, że te domy to świetny po­mysł.

- Ale wiesz, że to się nie skoń­czy po trzech mie­sią­cach? - za­da­łam to py­ta­nie, łą­cząc po­szcze­gólne wątki w ca­łość i zda­jąc so­bie na­resz­cie sprawę, co ta wia­do­mość ozna­cza.

Za­sko­czyło mnie mil­cze­nie Syl­wii.

- Je­steś tam? - za­py­ta­łam ci­cho.

- Tak.

- No i?

- Chyba do­jadę do Arka z dzie­cia­kami... One tam pójdą do przed­szkola i szkoły, Arek już szuka dla mnie pracy... Ro­zu­miesz...

Ro­zu­mia­łam! Nie mu­siała tego co chwila po­wta­rzać. Ro­zu­mia­łam wszystko, a szcze­gól­nie to, co się póź­niej stało. Spo­tka­łam się z Jac­kiem, przy­je­chał, jak obie­cał, po­ga­da­li­śmy, nie wiem po co, prze­cież de­cy­zja już zo­stała pod­jęta. Jed­nego by­łam pewna: nie ma­rzy mi się Szwe­cja i nie chcę do­jeż­dżać do męża, więc na ra­zie miało zo­stać, jak było. A chłopcy nie próż­no­wali. Za­ła­twili so­bie dość szybko po­zwo­le­nie na prze­dłu­że­nie po­bytu, zmie­nili miesz­ka­nie - wciąż za te same pie­nią­dze, ale ciut lep­sze wa­runki - i wła­ści­wie od tam­tej pory nie sły­sza­łam już wię­cej o po­wro­cie.

No i chwała Naj­wyż­szemu! Te­raz i na wieki! No bo tak! Mąż, jak to mąż, w ży­ciu się zda­rza! Mnie też się zda­rzył! By­łam sto­ją­cym u progu do­ro­sło­ści dziew­czę­ciem, kiedy po­pro­sił mnie o rękę.

Po­pro­sił! Phi! Nie po­pro­sił! Padł przede mną na ko­lana na oczach ca­łego zgro­ma­dzo­nego to­wa­rzy­stwa, roz­ło­żył ra­miona, jakby się przy­go­to­wy­wał do od­lotu, a nie pro­sił o rękę.

Po­szli­śmy wów­czas ra­zem na im­prezę do Arka. Ze­brała się tam cała znana nam brać stu­dencka, wszy­scy nasi zna­jomi, któ­rzy po­sta­no­wili ra­zem świę­to­wać ko­niec se­sji. Czer­wiec, sło­neczko, a my da­waj... grilla roz­sta­wiać, słone prze­ką­ski roz­kła­dać, al­ko­hol mro­zić... Dziać się miało. I się działo.

Im­preza roz­krę­ciła się dość szybko, al­ko­hol zni­kał jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, co chwila wy­pły­wały nowe po­my­sły, ję­zyki się plą­tały, po­wo­du­jąc wra­że­nie po­ro­zu­mie­wa­nia się na za­sa­dzie bar­dziej prze­wi­dy­wa­nia, "co au­tor miał na my­śli", niż pew­no­ści, że to wła­śnie po­wie­dział. Ja też pi­łam. Na­wet dużo pi­łam. Mia­łam po­wody: se­sję za­li­czy­łam w pierw­szym ter­mi­nie bez żad­nej po­prawki i zro­bi­łam to szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łam. Cie­szy­łam się i świę­to­wa­łam, ma­jąc w per­spek­ty­wie trzy bite mie­siące wa­ka­cji. O! Jak bar­dzo się cie­szy­łam!

Od czasu do czasu zer­ka­łam w kie­runku Jacka, też wsta­wio­nego, choć z cał­kiem in­nego po­wodu. On - w prze­ci­wień­stwie do mnie - miał po­prawkę, więc tak cał­kiem spo­kojny o swoją przy­szłość nie był. Nie prze­szka­dzało mu to jed­nak świę­to­wać, zu­peł­nie jak in­nym.

By­li­śmy ra­zem od kilku mie­sięcy, po­do­bał mi się i lu­bi­łam jego to­wa­rzy­stwo. Na do­da­tek ła­pa­łam się na tym, że za­czy­nam my­śleć o na­szym związku co­raz po­waż­niej. Ma­rzyła mi się sta­bi­li­za­cja. Czu­łam, że to jest to...

Ja­cek bry­lo­wał. Z tym po­ga­dał, z tam­tym się po­śmiał, wciąż roz­ra­do­wany spo­glą­dał w moją stronę, pusz­cza­jąc do mnie oko. A ja nie­zmien­nie pu­ka­łam się w czoło, po­ka­zu­jąc mu, ja­kim jest świ­rem. Kiedy my­śla­łam, że już się uspo­koił, kiedy wy­pi­li­śmy pra­wie cały al­ko­hol, Ja­cek pod­szedł do mnie, po­ca­ło­wał, a po­tem... no wła­śnie, po­tem rąb­nął na pod­łogę tak, że aż za­drżała. I za­czął.

- Wyj­dziesz za mnie? - wrza­snął ra­do­śnie. - Ko­chana moja, żoną moją bądź!

- Prze­stań - po­pro­si­łam go ostat­nimi trzeź­wymi ko­mór­kami umy­słu. Mia­łam, jak i reszta to­wa­rzy­stwa, nie­źle w czu­bie.

- Co prze­stań? Oże­nić się z tobą chcę! Za ty­dzień!

- Kiedy? - za­py­ta­łam za­sko­czona.- Za ty­dzień! Arek mówi, że się nie da tego za­ła­twić, a ja mu mó­wię, że się da! To co? Chaj­tamy się? Za ty­dzień?

Po tych sło­wach całe to­wa­rzy­stwo zgro­ma­dzone na im­pre­zie za­częło kla­skać, do­ma­ga­jąc się mo­jego "tak". Cóż było ro­bić?

"Głos ludu do­brem naj­wyż­szem", zgo­dzi­łam się więc, co zo­stało przy­jęte wrzawą i ko­lej­nymi owa­cjami. I tak oto zo­sta­łam żoną. Nie­stety Ja­cek prze­grał za­kład. Nie po­mo­gło mu ani roz­ta­cza­nie nie­wąt­pli­wego uroku oso­bi­stego, ani po­da­wa­nie w urzę­dzie stanu cy­wil­nego co­raz to no­wych po­wo­dów, dla któ­rych na­le­ża­łoby ce­re­mo­nię przy­spie­szyć. Sym­pa­tyczna urzęd­niczka po­zo­sta­wała głu­cha i ślepa, cier­pli­wie tłu­ma­czyła bez­za­sad­ność na­szego wnio­sku, w co na po­czątku nie mo­gli­śmy uwie­rzyć. Zwłasz­cza Ja­cek, ze wszech miar sta­ra­jący się udo­wod­nić wszyst­kim, a zwłasz­cza Ar­kowi, że nie­moż­liwe za­ła­twi od ręki. Nie za­ła­twił, a mimo to ślub się od­był. Zgo­dzi­łam się wyjść za Jacka, choć wiem, że nie z mi­ło­ści. Za­uro­czona by­łam, za­ko­chana nie. Ja­cek ujął mnie swoim spo­so­bem by­cia, który po la­tach oka­zał się nie­zwy­kle uciąż­liwy. Ale wów­czas po­do­bały mi się jego dość non­sza­lancki styl, lek­kie po­dej­ście do ży­cia i nie­przej­mo­wa­nie się pro­ble­mami. Poza tym Ja­cek miał skłon­ność do pa­ko­wa­nia się w kło­poty i za­kła­da­nia o różne rze­czy: a to, że sko­czy na bun­gee, to znów, że wy­trzyma na mro­zie w sa­mych gat­kach co naj­mniej go­dzinę. Lu­bił ry­zyko. I dla­tego też, w cza­sie tej im­prezy, kiedy al­ko­hol ode­brał mu już zdol­ność my­śle­nia, a kum­ple, bę­dący w po­dob­nym sta­nie, za­częli go pod­pusz­czać, za­ło­żył się z Ar­kiem, że ślub się od­bę­dzie. W ciągu ty­go­dnia. Mimo po­rażki w urzę­dzie nie zre­zy­gno­wa­li­śmy z pla­nów i pew­nego lip­co­wego przed­po­łu­dnia, w pierw­szym moż­li­wym ter­mi­nie, wy­po­wie­dzia­łam for­mułę za­czy­na­jącą się od słów: "Świa­doma praw i obo­wiąz­ków...", choć ze świa­do­mo­ścią było aku­rat róż­nie. Mia­łam dwa­dzie­ścia lat i my­śla­łam, że zła­pa­łam Pana Boga za nogi. By­łam młoda, pod­eks­cy­to­wana tym, co się działo, tym, że wy­cho­dzi­łam za mąż w iście ame­ry­kań­skim stylu i że nikt poza na­szymi świad­kami o tym nie wie­dział. A my ba­wi­li­śmy się świet­nie, z na­masz­cze­niem zwra­ca­li­śmy się do sie­bie "mężu" i "żono", za każ­dym ra­zem wy­bu­cha­jąc śmie­chem, a wie­czo­rem skon­su­mo­wa­li­śmy po raz pierw­szy nasz zwią­zek, po­zba­wia­jąc się po­wodu do jego anu­lo­wa­nia. W końcu by­li­śmy do­ro­śli! Ro­dzice, za­równo moi, jak i Jacka, po­ję­cia nie mieli o na­szych pla­nach. Nie byli za­chwy­ceni ta­kim ob­ro­tem spraw, dość długo przy­zwy­cza­ja­jąc się do za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Tym bar­dziej że w pla­no­wa­niu na­wet przez chwilę nie roz­wa­ży­li­śmy opcji ze ślu­bem ko­ściel­nym, od­kła­da­jąc to na bli­żej nie­okre­ślone "kie­dyś". Miał być szybki ślub i był! W urzę­dzie, tak nam się spie­szyło! Po­le­cie­li­śmy tam, jakby zie­mia pod sto­pami nam się pa­liła, skoro pod­ję­li­śmy de­cy­zję, nie za­mie­rza­li­śmy cze­kać. I - jak się póź­niej oka­zało - by­li­śmy ży­wym do­wo­dem na praw­dzi­wość po­wie­dze­nia "co na­gle, to po dia­ble".

Z oka­zji ślubu po­sta­no­wi­łam ku­pić so­bie kieckę - no cóż, rzadko wów­czas no­si­łam coś in­nego niż spodnie, więc nie mia­łam nic od­po­wied­niego w sza­fie. Cho­dzi­łam, szu­ka­łam i w końcu zna­la­złam. W lum­pek­sie. Su­kienka była nie­mal wi­zy­towa, kosz­to­wała całe sześć zło­tych pol­skich i wy­glą­da­łam w niej jak ko­lo­rowy ptak. Pan młody był za­chwy­cony. Sam wło­żył dżinsy i ko­szulę.

Mój mąż, Ja­cek (ja mam na imię Ma­ria, ale we wcze­snych la­tach szkol­nych do­sta­łam ksywę "Majka" i na­wet ja sama już nie pa­mię­tam, że Maja to nie moje praw­dziwe imię), za­le­d­wie rok ode mnie star­szy, z za­wodu... hm, stu­dent?, za­fun­do­wał mi ży­cie, o ja­kim nie ma­rzy­łam. Po­le­gało ono na: po pierw­sze, kom­bi­no­wa­niu, jak za nie­wiel­kie pie­nią­dze prze­żyć od pierw­szego do pierw­szego, po dru­gie, co by tu zro­bić, aby się nie na­ro­bić, tro­chę za­ro­bić i patrz punkt pierw­szy! Do­póki nie skoń­czy­li­śmy stu­diów (czy­taj: do­póki ja nie skoń­czy­łam stu­diów, bo mój mąż w pew­nym mo­men­cie po pro­stu uznał, że nie są mu one do ni­czego po­trzebne), po­ma­gali nam ro­dzice, ale pew­nego dnia po­wie­dzieli: "Pas! Radź­cie so­bie sami". Ja­kimś cu­dem dość szybko zna­la­złam pracę, mia­łam fart, tro­chę sta­nę­li­śmy na nogi. Ja­cek od czasu do czasu przy­no­sił do domu parę gro­szy, ale głów­nym za­ra­bia­ją­cym by­łam ja. Całe szczę­ście, że jesz­cze przed na­szym ślu­bem jego ro­dzice ku­pili mu miesz­ka­nie, mi­kro­sko­pijną ka­wa­lerkę, ale za­wsze coś. Zresztą do­brze, że było ta­kie małe, mie­li­śmy do­sko­nałą wy­mówkę, aby nie de­cy­do­wać się na dziecko!

No i o czym to ja...? No tak, małe miesz­ka­nie, dzieci brak... A więc dwa lata wstecz Jac­kowi i Ar­kowi wpadł do głowy po­mysł, żeby wy­je­chać! Wtedy chyba po raz pierw­szy mój mąż za­cho­wał się od­po­wie­dzial­nie, po­my­ślał o przy­szło­ści! Wow! Nie spo­dzie­wa­łam się, że bę­dzie dla niego istotne co­kol­wiek, co miało się stać "kie­dyś". Zda­wa­łam so­bie sprawę, że dla mo­jego męża przy­szłość koń­czy się w chwili, gdy idzie spać, ale wtedy... no tak, wtedy mnie za­sko­czył. Roz­mowę za­czął od stwier­dze­nia, że po­win­ni­śmy po­my­śleć o tym, jak chcemy da­lej żyć, może o więk­szym miesz­ka­niu, dziecku (za­po­mnia­łam na­wet, że w mał­żeń­stwie zda­rzają się małe dzieci, czu­łam się jak matka sa­mot­nie wy­cho­wu­jąca do­ro­słego syna!). W mil­cze­niu ki­wa­łam głową, uda­wa­łam, że po­dzie­lam jego po­glądy i ab­so­lut­nie się z nim zga­dzam. W rze­czy­wi­sto­ści za­czę­łam od­li­czać dni do jego wy­jazdu. Nic mu nie wspo­mnia­łam, że za­raz po ich wy­lo­cie jadę z kum­pelą na Ma­zury. Tych kilka dni, które mi­nęły od chwili pod­ję­cia de­cy­zji o wy­jeź­dzie do sa­mego wy­jazdu, spę­dzi­li­śmy na in­ten­syw­nym przy­po­mi­na­niu so­bie, co to jest święty obo­wią­zek mał­żeń­ski. Wy­ro­bi­li­śmy normę za te trzy nad­cho­dzące mie­siące z na­wiązką i z czy­stym su­mie­niem po­że­gna­li­śmy się, obie­cu­jąc so­bie ry­chłe spo­tka­nie.

Gwoli wy­ja­śnie­nia. Kilka lat mał­żeń­stwa utwier­dziło nas (może mnie?) w prze­ko­na­niu, że de­cy­zję o ślu­bie pod­ję­li­śmy zbyt szybko, ale by­li­śmy zbyt wy­godni (ja by­łam?), by pró­bo­wać to skoń­czyć. Nie wiem czemu. Ra­zem miesz­ka­li­śmy, cza­sem mie­li­śmy ja­kieś wspólne plany, od czasu do czasu upra­wia­li­śmy seks (do­słow­nie, upra­wia­li­śmy) i tak mi­jały nam ko­lejne mie­siące. Ja­cek zmie­niał pracę przy­naj­mniej raz w roku, był a to ma­ga­zy­nie­rem, a to ochro­nia­rzem, po­tem kie­rowcą i tak da­lej, i tak da­lej, a ja sta­ra­łam się być bar­dziej wy­trwała. Z róż­nym skut­kiem. Oboje trak­to­wa­li­śmy się jak swoją wła­sność i mo­gli­śmy wy­mie­nić imię współ­mał­żonka mię­dzy in­nymi po­sia­da­nymi do­brami: nową ka­napą czy wła­śnie ku­pio­nym sto­łem. Po pro­stu się mie­li­śmy.

A więc wy­je­chał! Zo­sta­łam wów­czas sama w na­szym li­li­pu­cim miesz­kanku, bez pracy, ale za to z wy­jaz­do­wymi pla­nami. Do­mek nad je­zio­rem, Ma­zury, ci­sza, spo­kój i tylko my dwie, Mo­nika i ja, ni­kogo wię­cej, ty­dzień ab­so­lut­nego le­ni­stwa, do­kład­nie tyle, ile po­trze­bo­wa­łam, aby na­ła­do­wać aku­mu­la­tory. A przy­naj­mniej taką mia­łam na­dzieję. Obie­ca­łam so­bie so­len­nie, że za­raz po po­wro­cie znajdę pracę! Fiu, fiu, fiu! Ład­nie to so­bie wtedy wy­my­śli­łam!

Wra­ca­jąc do te­matu! Mail z wy­daw­nic­twa i Ja­kub Szy­dłow­ski, pierw­szy - poza Mo­niką, moją przy­ja­ciółką - czy­tacz mo­jej po­wie­ści. Z tre­ści wia­do­mo­ści nie wy­nika nic poza tym, że... chyba są za­in­te­re­so­wani. Chyba... Ani tak, ani nie. Wciąż je­stem więc rów­nie głu­pia jak na po­czątku, ani tro­chę mą­drzej­sza. Wpi­sa­łam na­zwi­sko "Szy­dłow­ski" w Go­ogle, ale ni­g­dzie nie zna­la­złam nic poza tym, że... O Jezu! On jest wła­ści­cie­lem wy­daw­nic­twa! Pięk­nie! Czy nie mógł do mnie na­pi­sać ja­kiś sze­re­gowy pra­cow­nik? Mu­siał od razu wła­ści­ciel? To on już nie ma co ro­bić, tylko czyta na­de­słane tek­sty i je prze­siewa? Oczy­wi­ście! Tylko ja mo­głam wy­słać tekst do ta­kiego wy­daw­nic­twa!

Nie wiem, co o tym my­śleć. Cie­szyć się? Cie­szę się, cie­szę, ale... In­for­ma­cji na te­mat pana Szy­dłow­skiego nie ma zbyt wiele, coś tam opu­bli­ko­wał, coś na­pi­sał, ale jego dzia­łal­ność do­ty­czy przede wszyst­kim wy­daw­nic­twa, które za­ło­żył... jesz­cze w cza­sie stu­diów. O matko! Po­dzi­wiam lu­dzi, któ­rzy od razu wie­dzą, co będą w ży­ciu ro­bić. Ja nie wie­dzia­łam. To zna­czy te­raz już wiem, w mo­men­cie po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji do­ty­czą­cej wy­boru kie­runku stu­diów nie wie­dzia­łam. I wy­bra­łam... Te­raz my­ślę, że to śmieszne, bo prze­cież pi­szę od za­wsze, ale... za­bra­kło mi od­wagi, by po­sta­wić wszystko na jedną kartę. Chcia­łam pi­sać, a jed­no­cze­śnie mieć ja­kiś za­wód, i wy­bra­łam... ochronę śro­do­wi­ska! Nie po­lo­ni­stykę, na­wet nie dzien­ni­kar­stwo! Też mi coś! I na­wet tego śro­do­wi­ska nie chro­nię! Ani jed­nego dnia nie prze­pra­co­wa­łam w za­wo­dzie! Od za­wsze ro­bię coś in­nego!

Znów ode­szłam od te­matu!

Ja­kub Szy­dłow­ski i książka, którą na­pi­sał... Nie moja bajka, ab­so­lut­nie. Ni­gdy nie prze­pa­da­łam za fan­ta­styką, może i do­brze, bo prze­czy­ta­łam, że "to lek­tura dla praw­dzi­wych fa­ce­tów". Su­per, chło­pie! Ja­kieś ta­kie elfy, stworki i po­tworki do mnie nie prze­ma­wiają, więc i czy­tać nie mu­szę. To nie mój świat. Ja na­wet w kró­le­wi­cza na bia­łym ko­niu nie wie­rzę, a co do­piero w Li­li­puta z Kra­iny Ciem­no­ści - ga­nia­ją­cego z mie­czem czy ja­kimś in­nym tego ro­dzaju ga­dże­tem - który musi tę Ciem­ność po­ko­nać, aby ura­to­wać świat. Dzię­kuję bar­dzo! Też mi te­mat! Dzie­ciom bajki pi­sać, a nie za­chwa­lać jako lek­turę dla praw­dzi­wego fa­ceta! No, ale re­cen­zja... ab­so­lut­nie ge­nialna! W miarę za­głę­bia­nia się w po­wieść moje unie­sione jesz­cze przed mo­men­tem skrzy­dła co­raz bar­dziej opa­dają. Gdzie mi do niego! Prze­cież moje skromne wy­po­ciny ni­gdy w ży­ciu nie zdo­będą ta­kiego uzna­nia jak ta jego książka, na­wet je­śli za­wiera ja­kieś dyr­dy­mały. Pew­nie nikt ni­gdy nie za­chwyci się hi­sto­rią prze­bo­jo­wej trzy­dziestki po przej­ściach (zero in­spi­ra­cji wła­snym ży­ciem, to­tal­nie pusz­czone wo­dze fan­ta­zji!).

Pa­trzę w ekran kom­pu­tera, jak­bym wi­działa go po raz pierw­szy! No i ten list za­czy­na­jący się sło­wami "Sza­nowna Pani". Czuję się, jak­bym miała przy­naj­mniej osiem­dzie­siąt lat! Je­śli co­kol­wiek mi się w tym li­ście nie po­doba, to wła­śnie ten grzecz­no­ściowy zwrot. Nie że­bym miała coś prze­ciwko, że­bym była nie­za­do­wo­lona z tego, że ktoś od­nosi się do mnie z sza­cun­kiem, ale... "Sza­nowna Pani"? Na jego uspra­wie­dli­wie­nie niech działa to, że się nie znamy, ni­gdy nie po­znamy i na­sza "zna­jo­mość" za­koń­czy się wraz z od­da­niem książki do druku.

"Sza­nowna Pani". Już ja mu po­każę!

Tak więc, jak wspo­mnia­łam, po­peł­ni­łam w ży­ciu książkę. Wła­ści­wie to, od kiedy pa­mię­tam, za­wsze mia­łam głowę pełną róż­nych hi­sto­rii, przy­cho­dziły do mnie nie­pro­szone, a kiedy już nie da­wa­łam so­bie z nimi rady, za­pi­sy­wa­łam je, na czym po­pa­dło. Kiedy wy­szłam za mąż, moja pa­sja gdzieś znik­nęła, ulot­niła się jak kam­fora, po­zo­sta­wia­jąc mnie sa­mej so­bie. Nie bra­ko­wało mi re­ali­zo­wa­nia do­tych­cza­so­wych ce­lów, w końcu uzna­łam, że na­tchnie­nie prze­szło mi jak ka­tar. Mia­łam prze­cież dom, męża, sta­ra­łam się - przy­naj­mniej na po­czątku - ja­koś so­bie ży­cie uło­żyć. I pew­nie zo­sta­łoby tak do dziś, gdyby nie te Ma­zury... gdyby nie Mo­nika i jej bez­gra­niczna mi­łość do tego za­kątka Pol­ski.

Mo­nia jest moją przy­ja­ciółką prze­te­sto­waną w róż­nych sy­tu­acjach. Ko­chamy się i kłó­cimy, po­tra­fimy nie od­zy­wać się do sie­bie przez kilka mie­sięcy, by póź­niej, jakby ni­gdy nic, prze­słać so­bie na­wza­jem ży­cze­nia na imie­niny czy uro­dziny. I znów się od­zy­wać! Po­zna­ły­śmy się osiem lat temu, w mo­jej pierw­szej pracy.

Szu­ka­łam wtedy ja­kie­goś za­ję­cia, za które do­sta­ła­bym pie­nią­dze. Bra­łam wszystko jak leci. Gdyby za­szła taka po­trzeba, ma­lo­wa­ła­bym trawę na zie­lono, na szczę­ście obyło się bez tego. Przez ogło­sze­nie w ga­ze­cie tra­fi­łam do firmy po­szu­ku­ją­cej spe­dy­tora. Naj­le­piej z do­świad­cze­niem i ze swoją bazą klien­tów. Nie mia­łam ani jed­nego, ani dru­giego, a mimo to po­szłam na roz­mowę. Czego ja tam nie opo­wia­da­łam! Jak so­bie przy­po­mnę, to do dzi­siaj jesz­cze się czer­wie­nię. Summa sum­ma­rum wy­szło na to, że wła­ści­wie od ko­ły­ski zaj­mo­wa­łam się spe­dy­cją, mapę Eu­ropy, ba! ca­łego świata, łącz­nie z Drogą Mleczną, mam w ma­łym palcu, mó­wię płyn­nie w trzech ję­zy­kach, a moja baza klien­tów jest ob­szer­niej­sza niż Wi­ki­pe­dia. Prawda była taka, że li­znę­łam tro­chę an­giel­skiego, nie­miec­kiego i hisz­pań­skiego, o żad­nej płyn­no­ści nie mo­gło być mowy, a baza klien­tów wy­glą­dała jak półki skle­powe w cza­sach ko­muny.

Ja­kim cu­dem mnie przy­jęli, nie wiem. Być może roz­to­czy­łam taki urok oso­bi­sty, że nie po­tra­fili mu się oprzeć? A może po pro­stu byli zbyt zde­spe­ro­wani, by gry­ma­sić? Po­sa­dzili mnie obok dziew­czyny w moim wieku i ka­zali pra­co­wać.

Świet­nie! Przy­su­nę­łam fo­tel do biurka, zaj­rza­łam do szu­flad, po­pra­wi­łam dłu­go­pisy sto­jące obok ekranu i za­czę­łam się za­sta­na­wiać, na czym ta praca mia­łaby po­le­gać. Do­sta­łam ko­mórkę, na biurku stał też te­le­fon sta­cjo­narny. I co? Gdzie ci kie­rowcy? Gdzie te ła­dunki?

- Włącz kom­pu­ter - usły­sza­łam głos zza są­sied­niego biurka. Sie­dząca tam dziew­czyna wy­glą­dała jak mo­delka i mi­lion do­la­rów w jed­nym.

- Słu­cham? - za­py­ta­łam grzecz­nie.

- Kom­pu­ter włącz! Chyba że nie za­mie­rzasz pra­co­wać!

- A! Nie... no... dzięki! - Włą­czy­łam sprzęt i po chwili ekran roz­bły­snął ko­lo­rami.

Za­dzwo­nił te­le­fon. Ten na moim biurku! Spoj­rza­łam za­sko­czona na są­siadkę, a ta jakby ni­gdy nic po­wie­działa:

- No, od­bierz!

Ode­bra­łam, ale i tak po trzech se­kun­dach mu­siała in­ter­we­nio­wać, bo cią­gle ją o coś py­ta­łam i nie po­tra­fi­łam od­po­wie­dzieć na żadne py­ta­nie. Kiedy skoń­czyła roz­ma­wiać, po­pa­trzyła na mnie z po­li­to­wa­niem, a po­tem przy­su­nęła swój fo­tel, usta­wiła go obok mo­jego...

- No do­brze - wes­tchnęła. - Za­czy­namy!

- Co? - Nie ro­zu­mia­łam.

- Na­ukę. Pod­stawy. Za­łóż so­bie ze­szyt i no­tuj, bo dwa razy nie będę po­wta­rzać! Dzi­siaj ci wy­tłu­ma­czę, a od ju­tra masz śmi­gać może nie jak TGV, ale nasz ro­dzimy po­śpiech na pewno. A, Mo­nika je­stem. - Wy­cią­gnęła dłoń.

- Ma­ria, to zna­czy Maja, Majka...

Mo­nika unio­sła brew.

- To w końcu jak?

- Mów mi Maja. Każdy tak mówi.

Nie wie­dzieć kiedy się za­przy­jaź­ni­ły­śmy. Za­wdzię­czam jej wszystko, co wiem o spe­dy­cji. Gdyby nie ona, wy­le­cia­ła­bym z ro­boty po dwóch dniach, a tak zo­sta­łam tam na dłu­żej. Po­tem na­sze za­wo­dowe drogi się ro­ze­szły: ona zo­stała przy tym, co lubi ro­bić, ja, zwa­biona per­spek­tywą więk­szego za­robku, a także tro­chę znu­dzona szu­ka­niem ła­dun­ków i uże­ra­niem się z kie­row­cami, zgo­dzi­łam się pra­co­wać w sa­lo­nie jed­nego z ope­ra­to­rów te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Za­ło­żyli mi białą bluzkę, za­wią­zali po­ma­rań­czową apaszkę i po­sa­dzili przed kom­pu­te­rem. Pre­zen­to­wa­łam się cał­kiem nie­źle i na­wet stwier­dzi­łam, że w po­ma­rań­czo­wym mi do twa­rzy. Ka­zali na­uczyć się wszyst­kich ofert, chcia­łam czy nie, opa­no­wa­łam wszyst­kie funk­cje te­le­fonu, po co są, do czego służą i tak da­lej; roz­pra­co­wa­łam bu­dowę ko­mórki, zdo­by­wa­jąc wie­dzę zu­peł­nie nie­po­trzebną, ale po­zwa­la­jącą mi te­raz błysz­czeć, kiedy wy­bie­ram so­bie nowy apa­rat. Za­ro­bek nie był więk­szy, ale stres po­dobny. A przy oka­zji do­wie­dzia­łam się o so­bie jed­nej rze­czy: nie lu­bię pra­co­wać w bez­po­śred­nim kon­tak­cie z klien­tami, z kim­kol­wiek. Wolę so­bie sie­dzieć przy biu­reczku, ro­bić swoje, naj­le­piej we wła­snym po­koju. O rety, jak ja nie zno­si­łam, jak mi ktoś pa­trzył na ręce! Dla­tego po roku stwier­dzi­łam, że te­le­fo­nia ko­mór­kowa, bez względu na to, ja­kiego była ko­loru, nie jest moim po­wo­ła­niem. Znowu szu­ka­łam pracy. Nie­stety bez­sku­tecz­nie. Nikt nie po­trze­bo­wał ma­gi­stra ochrony śro­do­wi­ska. A ja, ma­jąc ta­kiego męża, ja­kiego mam, nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na dłuż­sze bez­ro­bo­cie. Na­ję­łam się więc do pracy w re­stau­ra­cji. Na­uczy­łam się menu, wci­snęli mnie w ko­lo­rową su­kienkę, za­ło­żyli biały far­tu­szek i ka­zali pra­co­wać. Naj­bar­dziej lu­bi­łam na­piwki, ale wie­dząc, że nie je­stem stwo­rzona do pracy z klien­tem, cią­gle szu­ka­łam in­nego za­ję­cia.

Bez en­tu­zja­zmu skła­da­łam CV wszę­dzie, gdzie po­trze­bo­wali ko­goś za roz­sądne pie­nią­dze. I w końcu za­dzwo­nili. Duży skład bu­dow­lany, ro­bota z po­sza­no­wa­niem za­sad ko­deksu pracy, wszyst­kie świad­cze­nia, ubez­pie­cze­nia. Wa­runki mnie sku­siły. Mia­łam być fak­tu­rzystką i do­rad­czy­nią klienta w jed­nym. Na dzień do­bry wy­słali mnie na ty­go­dniowe szko­le­nie do Po­zna­nia, gdzie mia­łam zgłę­bić wszel­kie taj­niki tech­nik sprze­da­żo­wych i jed­no­cze­śnie za­zna­jo­mić się z pro­gra­mem ob­słu­gu­ją­cym skład. O ile sprze­daż po­szła mi nie­źle, o tyle po­słu­gi­wa­nie się pro­gra­mem oka­zało się ka­ta­strofą. Ka­zali się jed­nak nie przej­mo­wać, bo - we­dług ich słów - pro­gram jest wy­ma­ga­jący i tylko re­gu­larna praca umoż­liwi po­ła­pa­nie się we wszyst­kich jego niu­an­sach. Owe niu­anse za­ła­pa­łam, kiedy było już po pto­kach. Bo gdy za­czę­łam się roz­wi­jać i cał­kiem nie­źle od­naj­do­wać w roli fak­tu­rzystki oraz do­rad­czyni klienta, gdy po­zna­łam już ma­te­riały bu­dow­lane, okna da­chowe, drzwi i pod­łogi, to do­wie­dzia­łam się, że wła­śnie tracę pracę. Firma zban­kru­to­wała. Kry­zys, brak za­mó­wień, pro­blemy z płat­no­ściami...

W żad­nej fir­mie nie spo­tka­łam ni­kogo, kto choć tro­chę przy­po­mi­nałby Mo­nikę. Nie tra­fi­łam na ni­kogo tak po­moc­nego i bez­in­te­re­sow­nego, a przy tym... Od tam­tego czasu mam nie­zno­śny zwy­czaj po­rów­ny­wa­nia wszyst­kich z nią. I choć ni­gdy nie ża­ło­wa­łam odej­ścia ze spe­dy­cji, to roz­sta­nia z Mo­niką już tak. Naj­chęt­niej wzię­ła­bym ją ze sobą, za­pa­ko­wała jak ku­bek i po­sta­wiła na ko­lej­nym no­wym biurku. Na szczę­ście sym­pa­tia po­zo­stała. I ma­ile. I te­le­fony. I Fejs. I przede wszyst­kim Mes­sen­ger, na któ­rym na­sze roz­mowy nie miały końca. Ja­cek za Mo­nią nie prze­pa­dał, wie­dzia­łam o tym, choć ni­gdy się na jej te­mat słów­kiem nie za­jąk­nął, ni­gdy jej nie skry­ty­ko­wał. Moni mó­wi­łam wszystko, bo jak ina­czej mo­gła­bym z nią roz­ma­wiać, skoro nie by­łaby wta­jem­ni­czona w moje sprawy? Oczy­wi­ście dzia­łało to w obie strony. Kiedy więc dwa lata wstecz Ja­cek zde­cy­do­wał się wy­je­chać, od razu jej o tym po­wie­dzia­łam. A ona, za­miast mnie po­cie­szać albo ro­bić coś rów­nie sku­tecz­nego, kla­snęła w dło­nie i krzyk­nęła tylko:

- Świet­nie!

Świet­nie?! To ja dzielę się z nią swo­imi wąt­pli­wo­ściami, a je­dyne, co sły­szę, to "świet­nie"? Zwąt­pi­łam w nią przez mo­ment.

Przed­sta­wi­łam jej wszyst­kie swoje obawy. Cho­ciaż nie je­ste­śmy z Jac­kiem zbyt do­braną parą, wów­czas na sercu le­żało mi to, żeby na­sze mał­żeń­stwo ja­koś wy­glą­dało, i za­czę­łam się za­sta­na­wiać, w jaki spo­sób roz­łąka wpły­nie na na­sze wza­jemne re­la­cje. Bar­dziej skła­nia­łam się ku temu, że to bę­dzie ko­niec. Nie oszu­kujmy się, by­łam re­alistką. Je­śli nie ukła­dało nam się na co dzień, je­śli nie było mię­dzy nami che­mii, bo ta wy­pa­ro­wała bły­ska­wicz­nie, to fakt, że przez ja­kiś czas bę­dziemy miesz­kać kil­ka­set ki­lo­me­trów od sie­bie, nie mógł za­dzia­łać zbyt bu­du­jąco. Mo­nia miała swoją teo­rię, a ra­czej dwie. Albo się po­lep­szy, albo się po­pie­przy. Tyle w te­ma­cie. Na­po­my­kała jesz­cze coś o tym, że po­win­nam zna­leźć so­bie no­wego fa­ceta. Uśmie­cha­łam się do niej tylko i ki­wa­łam głową; fa­cet nie chwast, na polu nie ro­śnie.

Nie do­ce­ni­łam jej jed­nak. Już na­stęp­nego dnia się ode­zwała.

"W nie­dzielę je­dziemy na Ma­zury" - na­pi­sała mi na Mes­sen­ge­rze. I przy­słała śmie­jącą się od ucha do ucha buźkę.

"Jak to "je­dziemy"?" - od­pi­sa­łam i po­sta­wi­łam mi­lion zna­ków za­py­ta­nia. Wszak mój mąż, wciąż przy mnie obecny, za­bie­rał na­sze wszyst­kie oszczęd­no­ści, by mieć pie­nią­dze na prze­lot, wy­na­jem miesz­ka­nia i ta­kie tam drobne wy­datki. Nie mia­łam kasy. Go­rzej, by­łam spłu­kana do gra­nic moż­li­wo­ści. Nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na wy­jazd! Tak na­prawdę za­sta­na­wia­łam się, jak prze­żyję na­stępne dni - bez pracy, bez kasy, bez ni­czego.

"Za­cze­kaj" - prze­czy­ta­łam wia­do­mość i w tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Po chwili już ją sły­sza­łam.

- Pa­kuj się, la­ska, za­bie­ram cię w nie­dzielę na Ma­zury! Wła­śnie wzię­łam ty­dzień urlopu!

- Nie, nie, nie, coś ci się chyba po­my­liło, ja ni­g­dzie nie jadę! - za­pro­te­sto­wa­łam na­tych­miast. Z ca­łym sza­cun­kiem dla niej, nie mo­głam so­bie na to po­zwo­lić! W nie­dzielę! Ale wy­my­śliła!

- Bądź kum­pelą, pro­szę! Już wszystko za­ła­twi­łam, za­kle­pa­łam po­kój w pen­sjo­na­cie, spraw­dzi­łam pro­gnozę po­gody - mó­wiła co­raz ra­do­śniej­szym gło­sem. - Bę­dzie pięk­nie, zo­ba­czysz, daj się na­mó­wić! Prze­cież Ja­cek wy­jeż­dża, co bę­dziesz ro­bić sama w domu?

- Szu­kać pracy - po­wie­dzia­łam po­waż­nie, choć do­sko­nale wi­dzia­łam roz­ta­czane przede mną per­spek­tywy. Po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić bez­chmurne niebo, kon­tury ża­gló­wek na je­zio­rach, dłu­gie spa­cery brze­giem, szu­miące do snu lasy. Tak, na­prawdę by­łoby pięk­nie.

- Majka, znaj­dziesz, jak wró­cisz! Ty­dzień cię nie zbawi, a zo­ba­czysz, że na wszystko spoj­rzysz ina­czej, zła­piesz wiatr w ża­gle, może wpad­niesz na ja­kiś ge­nialny po­mysł, co ro­bić da­lej? Zgódź się, pro­szę, pro­szę, pro­szę!

Wła­ści­wie... to nie był głupi po­mysł. Gdy­bym po­je­chała... Roz­ma­rzy­łam się, po czym na­tych­miast so­bie przy­po­mnia­łam, w ja­kiej sy­tu­acji się znaj­duję: zero go­tówki, zero na kon­cie, zero per­spek­tyw i wy­jeż­dża­jący wła­śnie mąż, na do­da­tek pa­trzący na mnie z prze­ką­sem. Mia­łam na­dzieję, że się nie do­my­ślił, jaki jest praw­dziwy po­wód tego te­le­fonu. Ob­ró­ci­łam się na krze­śle, tak by nie wi­dział mo­jej twa­rzy, i kon­ty­nu­owa­łam roz­mowę z Mo­nią.

- Zwa­rio­wa­łaś, ko­bieto! - po­wie­dzia­łam ci­cho. - Ju­tro jadę do War­szawy, od­wożę Jacka na lot­ni­sko, a ty mi wy­ska­ku­jesz z Ma­zu­rami... Je­stem pod kre­ską, nie mogę so­bie po­zwo­lić na­wet na je­den dzień wa­ka­cji, nie mó­wiąc o ty­go­dniu! To bez sensu!

- Sama je­steś bez sensu - usły­sza­łam w od­po­wie­dzi. - Or­ga­ni­zuję ci wa­ka­cje, czy to nic nie zna­czy? Ja sta­wiam i pro­szę cię je­dy­nie o to, że­byś ze mną po­je­chała. To tak dużo? Po­myśl tylko. Przed czym się bro­nisz?

Tak na­prawdę przed ni­czym, sama przed sobą po­win­nam być szczera, nie uda­wać. Pro­po­zy­cja Moni bar­dzo mi się spodo­bała i po dłuż­szej (za­jęło mi to w końcu pra­wie pięć mi­nut!) ana­li­zie, na prze­kór wszyst­kiemu, zgo­dzi­łam się. Yes!

Ja­cek miał wy­le­cieć rano. Kto nor­malny re­zer­wuje lot na ósmą? No tak, mój mąż. Zu­peł­nie jakby ro­bił mi na złość! Ten je­den je­dyny, ostatni raz! Mu­sia­łam wstać bla­dym świ­tem, wła­ści­wie to jesz­cze nocą, wy­je­cha­li­śmy koło pią­tej: mie­li­śmy go­dzinę drogi na lot­ni­sko, pod wa­run­kiem że nie bę­dzie kor­ków, i mu­sie­li­śmy być od­po­wied­nio wcze­śnie przed od­lo­tem. Jakby nie mo­gli pro­mem po­pły­nąć!

Je­cha­li­śmy w sa­mo­cho­dzie we czwórkę: z przodu Syl­wia i Arek, z tyłu my. Nie wy­glą­da­li­śmy na roz­sta­jące się mał­żeń­stwo, Ja­cek nie trzy­mał mnie za rękę, nie pa­trzył mi w oczy, sie­dzie­li­śmy od­su­nięci od sie­bie mak­sy­mal­nie, każde za­pa­trzone w kra­jo­braz za szybą. Na lot­ni­sku od­prawa, bu­zia­czek, ma­chanko i... już. Chwilę pa­trzy­łam na wzbi­ja­jący się w górę sa­mo­lot, de­li­kat­nie się uśmie­cha­jąc.

- Jadę na Ma­zury, jadę na Ma­zury - śpie­wa­łam so­bie pod no­sem.

Tylko do­mek, my dwie, ci­sza, spo­kój, sło­neczko... Całe wieki nie by­łam ni­g­dzie sama, więc czu­łam wzbie­ra­jące pod­nie­ce­nie. Sto­jąca obok mnie Syl­wia wy­glą­dała, jak­by­śmy wra­cały z po­grzebu, cały czas wy­cie­rała nos i po­chli­py­wała w chu­s­teczkę; w prze­ci­wień­stwie do nas ona i Arek byli zde­cy­do­wa­nie uda­nym mał­żeń­stwem, po­sia­da­ją­cym na­wet na­ma­calne tego do­wody w po­staci dwójki ma­lu­chów. Dla nich ta­kie roz­sta­nie było trudne, dla nas... dla mnie... bułka z ma­słem.

Kiedy po po­łu­dniu wrzu­ca­łam resztę rze­czy do wa­lizki, nie­mal w ostat­niej chwili spa­ko­wa­łam też swój wie­kowy lap­top, ot tak, na wszelki wy­pa­dek. A nóż wi­de­lec się przyda...

Mo­nia ma szó­sty zmysł po­zwa­la­jący na wy­ła­py­wa­nie fan­ta­stycz­nych miejsc; wie­dzą to wszy­scy, któ­rzy ją znają, dla­tego to ona za­wsze szuka miej­scó­wek, or­ga­ni­zuje noc­legi, nikt nie może się z nią rów­nać. Harsz od­kryła przez przy­pa­dek, jak wszystko wła­ści­wie, ale za­ko­chała się w tym miej­scu od razu. Przez całą drogę na Ma­zury opo­wia­dała, jak tu tra­fiła, jak po­znała Irenę, wła­ści­cielkę przy­stani, i o tym, co prze­żyła tu w ciągu kilku po­by­tów. Za­chwa­lała wszystko: po­ło­że­nie, at­mos­ferę, wa­runki. Mia­łam się prze­ko­nać, że nie my­liła się w ani jed­nej kwe­stii. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łam, ale rze­czy­wi­ście, mimo że wszę­dzie jest bli­sko, do Gi­życka, Szty­nortu czy Wę­go­rzewa, to i tak miej­sce to spra­wia wra­że­nie za­du­pia za­po­mnia­nego przez Boga i lu­dzi. Tak so­bie po­my­śla­łam, gdy po kil­ku­go­dzin­nej jeź­dzie wy­sia­dły­śmy z sa­mo­chodu. Zo­ba­czy­łam przed sobą stare, nie­chyb­nie wzy­wa­jące po­mocy do­mo­stwo, z od­pa­da­ją­cym ze ścian wy­bla­kłym tyn­kiem, sta­rymi, sfa­ty­go­wa­nymi oknami, sy­pią­cymi się ko­mi­nami i ogrom­nym bo­cia­nim gniaz­dem na da­chu. Z gniazda do­cho­dził gło­śny kle­kot mło­dych.

- Wow! - wes­tchnę­łam.

Kil­ka­na­ście me­trów da­lej, na prawo od domu, stał nie­duży, świeżo od­re­mon­to­wany, po­ma­lo­wany na cie­pły mo­re­lowy ko­lor bu­dy­ne­czek, do któ­rego pro­wa­dziła ścieżka wy­bru­ko­wana po­lnymi ka­mie­niami. Był to - jak się oka­zało - cel na­szej po­dróży, ów pen­sjo­nat, o któ­rym tyle od Moni sły­sza­łam. Przy­ja­ciółka po­cią­gnęła mnie za rękę. Ta jej mina... Wy­gląda, jakby wy­grała mi­lion w to­to­lotka! Jest ocza­ro­wana, wszystko jej się tu po­doba! I sto­jący pod za­da­szoną we­randą stół do bi­larda, i ławki, i plac za­baw dla dzieci w ogro­dzie, i staw ho­dow­lany kilka me­trów da­lej, na środku któ­rego znaj­do­wała się wy­spa, a na niej al­tanka, i bli­skość je­ziora, i las... Jest tu nie po raz pierw­szy, a wy­gląda, jakby ni­gdy tego miej­sca nie wi­działa.

Wła­ści­cielka, zo­ba­czyw­szy Mo­nię, roz­ło­żyła sze­roko ra­miona i tu­ląc ją do sie­bie, mó­wiła ci­cho coś, co było prze­zna­czone chyba tylko dla Mo­ni­nych uszu, po czym po­pro­wa­dziła nas po wą­skich scho­dach na górę, gdzie znaj­dują się cztery sy­pial­nie. We­szły­śmy do pierw­szej po pra­wej. Uro­cza dwó­jeczka z du­żym mał­żeń­skim ło­żem. Par­sk­nę­ły­śmy śmie­chem.

- Gdy­byś za­dzwo­niła pół go­dziny wcze­śniej, do­sta­ły­by­ście po­kój obok, z dwoma łóż­kami - za­częła wła­ści­cielka.

- Spoko, do­brze jest - od­parła Mo­nika, sia­da­jąc na łóżku.

- Je­śli bę­dzie­cie cze­goś po­trze­bo­wać, je­stem na dole - po­wie­działa Irena przed wyj­ściem.

Mo­nia po­ło­żyła się na łóżku z nie­wia­ry­god­nie za­do­wo­loną miną.

- No i co o tym my­ślisz? - za­py­tała.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Za­du­pie - po­wie­dzia­łam na głos. Ja­koś nie po­dzie­lam en­tu­zja­zmu przy­ja­ciółki.

- Ko­cha­nie! - Mo­nia ob­jęła mnie za szyję i po­pro­wa­dziła do drzwi wy­cho­dzą­cych na bal­kon. Otwo­rzyła je i sta­nę­ły­śmy na na­grza­nych słoń­cem ka­fel­kach. - Zo­bacz! - Wska­zała na lewo. Moim oczom uka­zało się je­zioro, wiel­kie, cudne, nie­wy­obra­żal­nie nie­bie­skie je­zioro, po któ­rym su­nęły pro­ce­sje bia­łych trój­ką­ci­ków. Na mo­ment za­parło mi dech w pier­siach. - To są Ma­zury! - Przy­tu­liła swoją twarz do mo­jej. Nie ko­cha­łam Ma­zur jak ona, ale da­łam się po­nieść wy­obraźni.

Tak na­prawdę był to nasz pierw­szy wspólny wy­jazd. W ciągu tych kilku lat, pod­czas któ­rych się przy­jaź­ni­ły­śmy, ni­gdy nie mia­ły­śmy oka­zji po­je­chać ni­g­dzie ra­zem. I tak pew­nie by zo­stało, gdyby nie to, że mój mąż wy­je­chał.

Roz­pa­ko­wa­łam się, zaj­mu­jąc ko­modę, na któ­rej stał te­le­wi­zor; Mo­nia wy­brała małą szafę z szu­fla­dami w rogu po­koju. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach po­kój wy­glą­dał do­kład­nie tak jak to, czym się stał: sie­dli­sko ko­biet. W ła­zience roz­sta­wi­ły­śmy swoje ko­sme­tyki, nie­mal się kłó­cąc o miej­sce.

- No, to te­raz idziemy na piwo! - za­ko­men­de­ro­wała Mo­nika, wy­cho­dząc z ła­zienki.

Wzięła prysz­nic, zdjęła ubra­nie, w któ­rym przy­je­chała, za­stę­pu­jąc je ry­bacz­kami ko­loru khaki i żół­tawą blu­zeczką na nie­wia­ry­god­nie cien­kich ra­miącz­kach (bez biu­sto­no­sza, o zgrozo!). Cho­ciaż po co jej biu­sto­nosz, skoro piersi ma małe, jędrne, trzy­ma­jące się dum­nie i pod­kre­śla­jące jej urodę. Za­bój­czą, na­leży do­dać. Mo­nia jest wy­soka, nie­praw­do­po­dob­nie zgrabna, nie­jedna mo­delka mo­głaby po­zaz­dro­ścić jej fi­gury - i na pewno nie przy­po­mina ko­goś ta­kiego jak Anja Ru­bik czy inny rów­nie chudy pa­ty­czak. Moja przy­ja­ciółka jest ko­bietą co się zo­wie. Umie pod­kre­ślić swoje wa­lory: nie­wia­ry­god­nie nie­bie­skie oczy i dłu­gie włosy w dziw­nym, jak sama nie­jed­no­krot­nie mó­wiła, nie­okre­ślo­nym, szaro-biało-złoto-brą­zo­wym ko­lo­rze. In­nymi słowy, jest blon­dynką. I te­raz te nie­wia­ry­god­nie nie­bie­skie oczy pod­kre­ślone de­li­kat­nie ey­eli­ne­rem pa­trzą na mnie, nie kry­jąc za­sko­cze­nia. Niby czym ja ją za­sko­czy­łam? Tym, że sie­dzę w fo­telu z otwar­tym lap­to­pem, prze­glą­da­jąc pocztę? Szu­kam pracy!

- Jak to na piwo? - zdzi­wi­łam się.

- Wy­cho­dzimy! Nie przy­je­cha­ły­śmy tu, żeby za­mknąć się w po­koju. Chodź! - Po­cią­gnęła mnie za rękę.

- Mo­nia, li­to­ści! Zo­bacz, jak ja wy­glą­dam! - Roz­ło­ży­łam bez­rad­nie ręce.

Spoj­rzała na mnie.

- Masz ra­cję - ode­zwała się w końcu. - Nie mo­żesz się tak lu­dziom po­ka­zać. Ogar­nij się - usły­sza­łam, gdy otwie­ra­łam drzwi ła­zienki.

Spoj­rza­łam na swoje od­bi­cie w lu­strze: spod tony ku­rzu nie wi­dać pie­gów, moje włosy, ciem­niej­sze niż jej, sta­ran­nie wy­szczot­ko­wane przed wy­jaz­dem, wy­glą­dają, jakby zo­stały pod­dane dzia­ła­niu co naj­mniej hal­nego. Zrzu­cam ciu­chy i wcho­dzę pod prysz­nic. Roz­ko­szuję się chłod­nymi kro­plami pa­da­ją­cymi na ciało.

Po kilku mi­nu­tach do mo­ich uszu do­biega ener­giczne pu­ka­nie.

- Go­towa?

Cała Mo­nia!

Ostatni raz pa­trzę na swoje od­bi­cie, po czym, wie­dząc, że moja przy­ja­ciółka i tak po­stawi na swoim, wy­cho­dzę, przy­go­to­wana na spę­dze­nie czasu we­dług jej pla­nów. Lu­struje mnie wzro­kiem, de­li­kat­nie się przy tym uśmie­cha­jąc. Czyli jest okej. W ni­czym jej nie przy­po­mi­nam, ot, nie­cały metr sie­dem­dzie­siąt, brą­zowe włosy, piwne oczy, sto mi­lio­nów pie­gów (li­czy­łam!) na no­sie, po­licz­kach i czole (wi­domy znak, że tę aku­rat ce­chę odzie­dzi­czy­łam po pie­ruń­sko ru­dym przodku). Fi­gura... mo­głaby być lep­sza. Biust... no bez sta­nika się nie da! Nie je­stem pła­ska jak Mo­nia, no­szę 75F! F! Inna sprawa, że mój mąż uwiel­biał mój biust i moją pupę, twier­dząc, że mam ta­kie ape­tyczne ko­biece kształty. Uwiel­biał... przy­naj­mniej na po­czątku. Mam, a jakże... pro­blemy z ku­po­wa­niem ubrań. Bo jak coś pa­suje w udach, to się oka­zuje, że no sorry Gre­gory, ale bio­dra nie ten te­ges, za wiel­kie. I roz­miar w górę! Jak bluzka do­pina się na cyc­kach, to wisi na mnie jak na­miot, a jak się trafi fa­son ide­alny, to cycki chcą bluzkę ro­ze­rwać i wy­raź­nie sły­chać trzesz­cze­nie gu­zi­ków. Efekt taki, że gros ciu­chów ku­puję w lum­pek­sie, a po­tem prze­ra­biam. Na­wet jak coś sknocę, nie szkoda mi wy­rzu­cić. Mo­nia zaś wcho­dzi do sklepu, bie­rze pierw­szą lep­szą rzecz w roz­mia­rze 36 i może ją w ciemno ku­pić. Ja przez ten biust ce­luję w roz­miar 42 (cza­sem tylko udaje mi się zna­leźć coś w mniej­szym, hurra, święto!).

Kiedy usia­dły­śmy przy jed­nym ze sto­li­ków na we­ran­dzie, ma­jąc przed sobą ku­fle z pi­wem i po­piel­niczkę (obie nie­stety kop­cimy jak lo­ko­mo­tywy!), Mo­nia ro­zej­rzała się wo­kół i po­wie­działa z bła­ga­niem w gło­sie:

- Mam na­dzieję, że bę­dzie tu na czym oko za­wie­sić. Nie zniosę już dłu­żej przy­mu­so­wego po­stu - wes­tchnęła.

- Ja­kiego po­stu? O czym ty, do cho­lery... - W ostat­niej chwili zro­zu­mia­łam, co miała na my­śli. - O mój Boże! Nie mó­wisz po­waż­nie! - Pró­bo­wała mnie uci­szyć ge­stem ręki. - Chcesz wy­rwać ja­kie­goś fa­ceta? - Nie wie­dzia­łam, że będę tym tak zbul­wer­so­wana. Miało być to­talne le­ni­stwo, ci­sza, spo­kój... Nie było żad­nych pla­nów na pod­ryw! To zna­czy ja nie mia­łam, ale nie wie­dzia­łam, że ona je ma!

- No co? - Po­pa­trzyła na mnie fi­glar­nie. - Nie rób ta­kiej świę­tosz­ko­wa­tej miny! - Wy­jęła z paczki pa­pie­rosa, za­pa­liła go i za­cią­gnęła się dy­mem. Upiła łyk piwa, krzy­wiąc się nie­znacz­nie. - Je­ste­śmy na wa­ka­cjach, a co się robi na urlo­pie?

- Od­po­czywa? - za­da­łam to py­ta­nie w próż­nię, nie li­cząc, że od­po­wie.

- Maja... no pro­szę cię! Ro­zu­miem, że ty jako szczę­śliwa mał­żonka...

- Nie na­bi­jaj się ze mnie... - prze­rwa­łam jej z bły­skiem w oku.

- Do­brze. No to nie je­steś szczę­śliwa czy nie je­steś mał­żonką?

Mo­nika nie da­wała za wy­graną.

- Mo­nia! - syk­nę­łam, pró­bu­jąc przy­wo­łać ją do po­rządku.

- A więc kon­ty­nu­ując... z nas dwóch to ty masz obec­nie sta­łego part­nera i re­gu­lar­nie ćwi­czysz Ka­ma­su­trę. A ja? Nie bądź więc psem ogrod­nika, two­jego nie biorę!

- Mo­nia! - krzyk­nę­łam.

- Wiesz, co zna­czy żyć w to­tal­nym po­ście? Hor­mony sza­leją, ciało się wy­rywa do dru­giego, po­trzeby ro­sną i co?

Py­ta­nie za­wi­sło w próżni.

- Kup so­bie wi­bra­tor - po­wie­dzia­łam pierw­szą rzecz, jaka mi przy­szła do głowy.

Mo­nia za­cią­gnęła się dy­mem.

- Ku­pi­łam. Ale wierz mi, to nie to! Ja. Po­trze­buję. Chłopa.

Zga­siła pa­pie­rosa i na­tych­miast za­sty­gła.

- Nie od­wra­caj się - po­pro­siła za­pa­trzona w je­den punkt nad moją głową. - O Boże, jest ide­alny - po­wie­działa ci­cho. - Wy­gląda... wy­gląda do­kład­nie jak Ta­keru!

Od­wró­ci­łam się na mgnie­nie oka, chcąc zo­ba­czyć to cho­dzące cudo. Li­czy­łam, że zo­ba­czę ro­do­wi­tego Ja­poń­czyka. Roz­cza­ro­wa­łam się jed­nak, fa­cet jak fa­cet, ciemny bru­net, włosy w to­tal­nym nie­ła­dzie, dość wy­soki, dwu­dniowy za­rost. Co ona po­wie­działa? Że wy­gląda jak kto? Zde­cy­do­wa­nie nie jest Azjatą. Skąd więc to jej sko­ja­rze­nie?

- Ra­czej Zbyszko z Bog­dańca - po­wie­dzia­łam, choć nie mam po­ję­cia, czemu aku­rat on przy­szedł mi do głowy.

- Ta­keru. Bez dwóch zdań - roz­ma­rzyła się Mo­nia.

Nie­zna­jomy usiadł dwa sto­liki da­lej. Wy­gląda, jakby na ko­goś cze­kał. Co chwila prze­cze­suje włosy pal­cami, a raz na­wet zer­k­nął na nas. Uda­ły­śmy, że się na niego nie ga­pimy.

- Jest ide­alny - po­wtó­rzyła Mo­nia, ły­piąc na nie­zna­jo­mego. - Ta­keru... - szep­nęła.

Prze­wra­cam oczami. Co ona w nim wi­dzi? Jaki Ta­keru? Okej, wiem, że jest fanką Ta­keru Sa­toh oraz Ru­ro­uni Ken­shina (i nie tylko!), zna na pa­mięć wszyst­kie do­stępne filmy z jego udzia­łem, za­częła uczyć się ja­poń­skiego, co mie­siąc płaci za wer­sję pre­mium apli­ka­cji o wdzięcz­nej na­zwie Su­gar. Ni­gdy bym nie po­my­ślała, że ta na­zwa ma ja­kieś inne zna­cze­nie, Mo­nia jed­nak wy­tłu­ma­czyła mi, że sa­tou zna­czy wła­śnie cu­kier. Stąd na­zwa. Apli­ka­cja służy jej do łą­cze­nia się z ido­lem. Raz na ja­kiś czas or­ga­ni­zo­wane są live'y i wtedy, choćby się wa­liło i pa­liło, Mo­nia za­kłada słu­chawki i od­pływa na go­dzinę. No i ma jesz­cze LINE, a w nim wszyst­kie ak­tu­al­no­ści udo­stęp­niane przez Ta­keru. Co­dzien­nie przed snem "na­pawa się bo­sko­ścią je­dy­nego Kena". Jed­nym sło­wem ma na jego punk­cie to­tal­nego ho­pla. Do tego stop­nia, że dwa razy udało jej się ku­pić rze­czy z au­tor­skiej marki Ta­keru ABYTS. Za­pła­ciła straszne pie­nią­dze za swe­ter i T-shirt, do tego do­ło­żyła jesz­cze cło, ale po otrzy­ma­niu prze­syłki była naj­szczę­śliw­sza na świe­cie. Mniej wię­cej wiem, o co cho­dzi, nie żyję w próżni, mam do­stęp do in­ter­netu i ko­rzy­stam z Net­flixa. Nie po­dzie­lam jed­nak Mo­ni­nego za­fa­scy­no­wa­nia azja­tyc­kimi pro­duk­cjami. Dla mnie to obcy świat i cał­kiem nie­zro­zu­miała kul­tura. O mó­wie­niu w ich ję­zy­kach rów­nież nie ma­rzę, cho­ciaż zdaję so­bie sprawę z ro­sną­cej po­pu­lar­no­ści wszyst­kiego, co ma "azja­tyc­kie", "ko­re­ań­skie" lub "ja­poń­skie" w na­zwie. Kiedy po­zna­łam Mo­nikę, była już fanką mangi i z cie­ka­wo­ścią się­gała po co­raz to nowe po­zy­cje z ga­tunku "li­te­ra­tura azja­tycka". Nie była jed­nak jesz­cze aż tak za­krę­cona na tym punk­cie. Kiedy jed­nak w jej ży­ciu po­ja­wił się Net­flix, a wraz z nim Ta­keru, z dnia na dzień jej ideał fa­ceta otrzy­mał twarz ja­poń­skiego ak­tora o prze­cięt­nym wzro­ście! No wła­śnie! A Moni on się po­doba! I te­raz po­rów­nuje ja­kie­goś nie­zna­jo­mego fa­ceta do ak­tora, który za­sły­nął tym, że za­grał Wę­drowca z od­wró­co­nym ostrzem. Świat osza­lał. Mo­nia też!

Przy­glą­dam się męż­czyź­nie. Na­wet gdy­bym bar­dzo się sta­rała, nie do­strze­gła­bym żad­nego po­do­bień­stwa po­mię­dzy nim a uwiel­bia­nym przez Mo­nię ak­to­rem. Przez ubra­nie jed­nak wi­dać, że dba o ciało. Po­dej­rze­wam, że pod ko­szulką kryje się po­kaźny sze­ścio­pak! W grun­cie rze­czy nie jest taki zły, jak dla mnie mógłby się ogo­lić, nie lu­bię za­ro­śnię­tych fa­ce­tów, ale poza tym... tak, poza tym w jego oczach jest coś ta­kiego...

Za­uwa­żył, że na niego pa­trzę, i się uśmiech­nął. Wow! Zna się na rze­czy, ciarki prze­szły mi o! stąd, do­tąd! Ina­czej: od karku po... no, tam, gdzie plecy tracą swą szla­chetną na­zwę. Gdyby ogon nie od­padł mi w cza­sie ewo­lu­cji, to na pewno prze­szłyby mi i po nim. "Boszsz... uśmie­chaj się do Moni, uśmie­chaj się do Moni" - po­wta­rzam w my­ślach, od­wra­ca­jąc wzrok.

- Idź po piwo! - usły­sza­łam głos przy­ja­ciółki.

Oczy­wi­ście chce zo­stać sama, aby po­de­rwać fa­ceta, więc mnie wy­syła do baru. A jakże! Wsta­łam, pró­bu­jąc trzy­mać fa­son i uda­wać, że ab­so­lut­nie, nic a nic, w ogóle nie pa­trzę na nie­zna­jo­mego od­pro­wa­dza­ją­cego mnie wła­śnie wzro­kiem. Chyba je­stem naga! Go­lu­sieńka jak święty tu­recki, w prze­ciw­nym ra­zie nie pa­trzyłby na mnie tak, jakby li­czył wszyst­kie pie­przyki na moim ciele i naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wał go ten mię­dzy pier­siami. Czmy­cham ni­czym spło­szona ła­nia. Mo­nia wy­słała mnie po piwo.

Do­bra, przy­niosę ci, szklankę piwa, beczkę piwa, mo­rze piwa... Wcho­dzę do pen­sjo­natu, od­dy­cha­jąc głę­boko. Jak Mo­nika chce, niech go so­bie bie­rze, ja ta­kich spor­tów eks­tre­mal­nych nie po­trze­buję. Nie mu­szę na siłę szu­kać oka­zji, nie po­trze­buję wi­kłać się w żadne wa­ka­cyjne ro­manse.

- Jesz­cze raz to samo - po­pro­si­łam sto­jącą za kon­tu­arem córkę Ireny. Za­sta­na­wia mnie pa­nu­jąca w ba­rze ci­sza. Gdzie są wszy­scy go­ście? Czemu tu tak pu­sto? Dla­czego nie sły­chać szant albo przy­naj­mniej wia­do­mo­ści w nie­śmier­tel­nym TVN24?

Dziew­czyna sta­wia dwa na­peł­nione ku­fle na la­dzie.

- Do­pi­szemy do ra­chunku - po­wie­działa we­soło.

Uśmie­cham się do niej. Do­pi­suj­cie, do­pi­suj­cie!

Piwo jest zimne, na ku­flach po­ja­wiły się kro­pelki wody, piana na wierz­chu aż kusi, by za­nu­rzyć w niej usta. Tak, jesz­cze chwilka, za­raz za­niosę ku­fel Mo­nice, usią­dziemy... Cie­kawe, czy po­de­rwała już tego a la Ken­shina? Ala czy a la, ma chyba w spodniach to, co po­wi­nien?

No wła­śnie! Moja Mo­nika nie miała szczę­ścia do fa­ce­tów. Po­ja­wiali się i zni­kali, za­bie­ra­jąc ze sobą ka­wa­łek Mo­ni­ko­wego serca. Nie wiem, czy w ogóle coś jej jesz­cze zo­stało. I jak ukła­dało jej się ży­cie za­wo­dowe, tak nie miała szczę­ścia w pry­wat­nym i czę­ściej była sin­gielką niż w związku.

Kiedy ją po­zna­łam, spo­ty­kała się od ja­kie­goś czasu ze Sław­kiem. Ojej, ja­kie cia­cho! Jaki ma­cho! Z wy­glądu ni­czego so­bie, po bliż­szym po­zna­niu pu­sty jak wy­dmuszka. Cią­gnął z bied­nej Moni kasę jak z ban­ko­matu. Bo za­wsze na coś mu za­bra­kło. A to na si­łow­nię, a to na ba­sen, a to na sprzęt. In­we­sto­wała w niego przez po­nad rok, a po­tem dała so­bie spo­kój. Na dość długo, bo Sła­wuś dość sku­tecz­nie nad­we­rę­żył jej już i tak nie­wiel­kie za­ufa­nie do fa­ce­tów. No, ale każda rana się kie­dyś goi. Mo­niki też się za­go­iła. Dwa lata po Sławku po­ja­wił się Ste­fan. To­talna cia­majda. Je­dyną jego za­letą było to, że za­cho­wy­wał się opie­kuń­czo i Mo­nia czuła się przy nim bez­piecz­nie, ale kiedy do głosu do­cho­dziły przy­ziemne po­trzeby i ciało do­ma­gało się swo­ich praw, pa­ra­li­żo­wał go strach ja­kiś i oka­zało się, że fa­cet, ow­szem, zro­biłby dla niej wszystko, lecz tego jed­nego aku­rat nie. Bo mu nie wy­cho­dziło. Ni­gdy.

Oj, jak Mo­nia roz­pa­czała! Chyba na­prawdę po­lu­biła Ste­fanka i wią­zała z nim ja­kieś na­dzieje, bo szar­pała się jesz­cze przez ja­kiś czas. A po­tem zro­zu­miała, że piesz­czoty - na­wet naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wane - nie są w sta­nie dać jej tego, czego ocze­kuje. I ze­rwała.

Na ja­kiś czas dała so­bie spo­kój z fa­ce­tami. Żad­nych związ­ków, żad­nych de­kla­ra­cji, nic. Uma­wiała się na nie­zo­bo­wią­zu­jące randki, za­li­czała ja­kiś seks po dro­dze i czuła się za­do­wo­lona.

Aż wresz­cie po­ja­wił się Ka­mil. Jej klient. Od sa­mego po­czątku wie­działa, że ła­mie świętą za­sadę spe­dy­tora, że nie po­winna i tak da­lej. Ale le­ciała do niego jak ćma do świa­tła. Zwią­zek roz­wi­jał się dość szybko. Randki, wspólne miesz­ka­nie, a po­tem plany do­ty­czące kupna cze­goś wła­snego i nie­mal usta­la­nie daty ślubu. Mo­nia była wtedy taka szczę­śliwa. Była. Do tego dnia, kiedy oka­zało się, że jej wspólne z Ka­mi­lem łoże dzieli jesz­cze jedna, bli­żej jej nie­znana dziew­czyna. Nie była za­in­te­re­so­wana jej po­zna­niem. Ani kon­ty­nu­owa­niem zna­jo­mo­ści z Ka­mi­lem. Bo­lało, ale dała radę.

I wła­śnie dla­tego wy­wio­zła mnie do Har­szu. Le­czyć rany. Za­po­mnieć o Ka­milu. Wró­cić do rów­no­wagi.

Łup!

- Co pani robi? - usły­sza­łam na­gle obok sie­bie prze­ra­żony mę­ski głos.

Uno­szę wzrok. W jed­nym ku­flu mam nędzne resztki piwa, a przede mną... przede mną stoi naj­przy­stoj­niej­szy fa­cet, ja­kiego wi­dzia­łam w ca­łym ży­ciu. Brą­zowe włosy, sta­ran­nie wy­sty­li­zo­wane, choć spra­wia­jące wra­że­nie twór­czego nie­ładu, ciemne oczy (piwne chyba, hi, hi, hi), po­cią­gła twarz, ład­nie wy­kro­jone usta. Pie­przyk nad górną wargą. Ma iście spor­tową syl­wetkę, pach­nie... nie wiem czym, ale ten za­pach dziw­nie działa na moje pod­brzu­sze. Otwie­ram sze­rzej oczy, usta... Kon­tem­pluję wi­dok, jak­bym sta­nęła na Eve­re­ście (ee, nie, za wy­soko i za zimno, tam nic nie wi­dać) albo na Gie­won­cie... Jak­bym sta­nęła na Gie­won­cie, a przede mną roz­cią­gała się pa­no­rama Tatr, jak­bym mo­gła sta­nąć na pal­cach i do­tknąć nieba. Jak­bym... Nie­zna­jomy wy­ko­nuje dziwne ru­chy. Nie­na­gan­nie ubrany, ucze­sany, ogo­lony, a na jego stroju wid­nieje mi­lion plam po pi­wie, moim pi­wie... Co ja na­ro­bi­łam?

- Prze­pra­szam... - wy­ją­ka­łam, od­zy­sku­jąc głos. - Za­raz... się... tym... zajmę... - Pró­buję zna­leźć miej­sce dla trzy­ma­nych w dło­niach ku­fli. W końcu nie­zna­jomy bie­rze je ode mnie.

- Po­trzy­mam. - Ofe­ruje mi po­moc, jakby w oba­wie, że znów coś wy­leję. Ła­pię szybko ser­wetkę, chcąc ze­trzeć z jego ciu­chów piwne bry­zgi, ale... jest już za późno, płyn wsiąk­nął w ubra­nie. Bez­rad­nie stwier­dza­jąc, że moje sta­ra­nia nic a nic nie po­ma­gają, ła­jam się w my­ślach. Jak mo­głam być taka nie­zdarna? Jak mo­głam tak się za­my­ślić i nie wi­dzieć ni­czego przed sobą? Co on o mnie po­my­śli? Od­wa­ży­łam się na niego spoj­rzeć. Wow! Ten pie­przyk nad górną wargą jest taki... sek­sowny! Wy­gląda ni­czym u Cindy Craw­ford! Nie, nie, nie! Boże, jaki pie­przyk? O czym ja my­ślę? Wła­śnie wpa­dłam na tego czło­wieka, wy­la­łam na niego nie­mal całe piwo, a te­raz pró­buję coś zro­bić z jego ko­szulą! A on się śmieje! Niech mnie kule biją! Bawi go ta cała sy­tu­acja! To ja go tu prze­pra­szam, zni­żam się do czysz­cze­nia jego ko­szuli, a on się śmieje!

"Ja­kie śliczne oczy!" - my­ślę i... tonę w nich na se­kundę. Oczy, nos, usta... Cho­lera, ten pie­przyk co­raz bar­dziej mi się po­doba...

- Jesz­cze raz prze­pra­szam - po­wie­dzia­łam ci­cho. - Upiorę panu ko­szulę. Tak mi wstyd! - Po­now­nie pró­buję wy­trzeć wi­doczne plamy. No i sta­ram się nie pa­trzeć mu w oczy.

- Po­winno. Jak można być ta­kim...

- Ja­kim? - we­szłam mu w słowo.

- Za­afe­ro­wa­nym. Błą­dzi pani my­ślami gdzieś da­leko i pro­szę - wska­zał na ko­szulę i spodnie - oto skutki!

- Da­leko nie błą­dzi­łam. Za­sta­na­wia­łam się tylko, jak to się stało, że na mo­jej dro­dze zma­te­ria­li­zo­wał się Apollo. - W swoje słowa wsą­czy­łam tyle jadu, ile mo­głam.

- Apollo? - po­wtó­rzył za­sko­czony. - Taki młody czy taki ładny?

- Taki głupi - rzu­ci­łam wprost.

Nie­zna­jomy naj­pierw zbladł, a po­tem się ro­ze­śmiał.

- Już do­brze! - Uniósł ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. - Nie gnie­wam się! Pójdę się prze­brać! Miło było pa­nią po­znać. - Wy­cią­gnął do mnie rękę.

Po­da­łam mu swoją z wa­ha­niem.

- Może się jesz­cze spo­tkamy? - za­py­tał, wcho­dząc na schody.

- Może - po­wie­dzia­łam bar­dzo ci­cho, ma­jąc na­dzieję, że męż­czy­zna nie okaże się go­ściem pen­sjo­natu i nie dane nam bę­dzie po­nowne spo­tka­nie.

Dziew­czyna zza lady sprząt­nęła już roz­lane piwo, a na­wet po­now­nie na­peł­niła ku­fle, ale za­miast dać mi je do ręki, sama za­nio­sła oba do na­szego sto­lika.

KUBA

Ma być faj­nie i miło, je­stem wdzięczny Paw­łowi, że za­pro­po­no­wał ten wspólny wy­jazd, po­trze­buję zmiany. Zmiany wszyst­kiego. Po­rządki w moim ży­ciu roz­po­czą­łem od roz­wodu - i tak z Anetą nic mnie już nie łą­czy (nie­zu­peł­nie, mamy córkę, owoc na­szych sza­lo­nych stu­denc­kich nocy) - i zmiany ad­resu. Aneta... Pierw­sza dziew­czyna, na którą zwró­ci­łem uwagę na stu­diach. Kon­kret­nie na dru­gim roku. Kon­kret­nie na skrzy­żo­wa­niu Mar­szał­ków. Wpa­dłem na nią, nio­sąc książki z bi­blio­teki, za­śmia­li­śmy się oboje, za­czę­li­śmy roz­ma­wiać. Sta­li­śmy wów­czas na ulicy chyba ze dwie go­dziny, ga­da­jąc, jak­by­śmy się znali od za­wsze. Aneta była za­bawna, dow­cipna i z uwagą słu­chała tego, co mó­wi­łem. Nie od­trą­ciła mnie, za­kom­plek­sio­nego, ży­ją­cego we wła­snym świe­cie hu­ma­ni­sty, pró­bu­ją­cego od­na­leźć się na za­rzą­dza­niu. Na­wet wy­da­wało mi się, że mnie ro­zu­mie. Spo­ty­ka­li­śmy się od tam­tej pory czę­sto. Bar­dzo czę­sto. Co­dzien­nie na­wet, bo ja­koś tak wy­pa­dało, że albo ona coś miała do za­ła­twie­nia w oko­licy, albo coś faj­nego grali w ki­nie, albo... Każda wy­mówka była do­bra, żeby się zo­ba­czyć. Sia­dy­wała wów­czas przy mnie, czy­tała moje no­tatki, fe­lie­tony, które pi­sy­wa­łem do stu­denc­kiej ga­zetki, cią­gała mnie ze sobą na ja­kieś spo­tka­nia, wie­czorki, za­mknięte im­prezy. Dzięki niej po­zna­łem kilka osób ma­ją­cych po­dobne pa­sje do mo­jej. I to dzięki niej stwo­rzy­li­śmy małą paczkę. Spo­tka­li­śmy się tą paczką raz i drugi. A to po­szli­śmy na ja­kieś spo­tka­nie au­tor­skie, a to na po­kaz fil­mów. A po­tem... Na­wet nie wiem, w któ­rym mo­men­cie te spo­tka­nia stały się tra­dy­cją. Stwo­rzy­li­śmy coś, co na­zwa­li­śmy Klu­bem Dys­ku­syj­nym, choć tak na­prawdę na­sza dzia­łal­ność wy­kra­czała da­leko poza dys­ku­sje. Któ­re­goś dnia do­łą­czył do nas na­stępny zna­jomy Anety - nie oszu­kujmy się, to ona, stu­dentka po­lo­ni­styki, miała więk­sze pole do po­pisu i przy­cią­gała wszyst­kich chęt­nych. Sta­szek oka­zał się kimś, kogo nam bra­ko­wało. Du­sza to­wa­rzy­stwa, wszę­dzie go było pełno, miał doj­ścia tam, gdzie zwy­kły śmier­tel­nik wa­lił głową w mur. I pi­sał. Dużo pi­sał. Wciąż za­rzu­cał mnie no­wymi frag­men­tami tek­stów, py­ta­jąc, ra­dząc się, zmie­nia­jąc to i owo. Miał świetne pióro. Za­czą­łem go na­ma­wiać, aby wy­słał swoją pro­po­zy­cję do ja­kie­goś wy­daw­nic­twa. Naj­pierw pa­trzył na mnie jak na sza­lo­nego, a po­tem... po­tem wy­słał. By­łem pe­wien, że od razu znaj­dzie chęt­nych do wy­da­nia swo­jej po­wie­ści. Było w niej wszystko. Śmiech i łzy, wojna i po­kój, mi­łość i seks. Po kilku ty­go­dniach oka­zało się jed­nak, że nic z tego. Nie ro­zu­mia­łem, a Sta­szek stwier­dził tylko:

- Nie­znane na­zwi­sko, żad­nych ple­ców, ni­czego, co upew­ni­łoby ich, że książka się sprzeda. Wie­dzia­łem, że tak bę­dzie.

- Jak to wie­dzia­łeś? No co ty! Prze­cież na­pi­sa­łeś świetną po­wieść, aż się prosi, aby ją wy­dać!

- Kuba, dzięki! Ja to wiem i ty to wiesz. I mnie to wy­star­czy.

Ale mnie nie wy­star­czało. Na wła­sną rękę pró­bo­wa­łem zna­leźć wy­daw­nic­two, które by­łoby za­in­te­re­so­wane opu­bli­ko­wa­niem książki Staszka, ale wy­niki mo­ich sta­rań były rów­nie mi­zerne jak Stasz­ko­wych. Spa­so­wa­łem, choć nie po­wie­dzia­łem ka­te­go­rycz­nie "do­syć".

We wszyst­kich dzia­ła­niach to­wa­rzy­szyła mi dziel­nie Aneta. Spo­ty­ka­li­śmy się dość czę­sto, ale nie za­iskrzyło od razu. By­li­śmy po­cząt­kowo kum­plami, czu­łem, że mnie ro­zu­mie, ufa­łem jej i by­łem pe­wien, że ona po­strzega świat jak ja. Jak bar­dzo, prze­ko­na­łem się kilka mie­sięcy póź­niej, gdy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie mnie uwio­dła. A ja, ni­czego nie­świa­domy, da­łem się zła­pać jak mu­cha na lep.

Za­pro­siła mnie na ko­la­cję. Wy­tłu­ma­czyła mi, że jej ko­le­żanka, z którą wy­naj­muje miesz­ka­nie, wy­je­chała i mo­żemy po­sie­dzieć tro­chę dłu­żej, spo­koj­nie po­roz­ma­wiać, prze­dys­ku­to­wać to i owo. Zgo­dzi­łem się, o umó­wio­nej po­rze sta­wi­łem się pod wska­za­nym ad­re­sem. A po­tem... ko­la­cja, wino i pierw­szy w ży­ciu seks.

Do dzi­siaj nie wiem, czy wtedy coś do niej czu­łem, ale po tam­tej nocy by­łem pe­wien jed­nego: Aneta jest moja. I była. Z kum­pli w jed­nej chwili sta­li­śmy się naj­praw­dziw­szą parą, dzie­lącą wspólne za­in­te­re­so­wa­nia. Wszę­dzie by­wa­li­śmy ra­zem, spę­dza­li­śmy ra­zem każdą wolną chwilę, na­wet po­miesz­ki­wa­li­śmy ra­zem, co było wa­run­kiem nie­zbęd­nym, aby ro­bić to, co naj­bar­dziej lu­bi­li­śmy. Mo­gli­śmy się ko­chać za­wsze i wszę­dzie, a im czę­ściej to ro­bi­li­śmy, tym więk­sze mie­li­śmy ape­tyty. Ja­kim cu­dem cho­dzi­li­śmy na za­ję­cia i za­li­cza­li­śmy ko­lejne ko­lo­kwia, do dzi­siaj po­zo­staje dla mnie ta­jem­nicą. Wów­czas ca­łym świa­tem była dla mnie Aneta.

Za­wsze by­łem tra­dy­cjo­na­li­stą. Nie po­pie­ram po­my­słu dłu­go­trwa­łych wol­nych związ­ków, wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, że każdą ko­cią łapę na­leży w końcu usank­cjo­no­wać. I wów­czas też tak my­śla­łem. Dla­tego po trzech mie­sią­cach upra­wia­nia seksu z Anetą po­sta­no­wi­łem przed­sta­wić ją ro­dzi­com, wie­dząc, co ten krok ozna­cza. By­łem pe­wien jed­nego: nie chcia­łem szu­kać, Aneta była wtedy do­kład­nie tym, kogo po­trze­bo­wa­łem.

Oba­wia­łem się tro­chę, jak ta wy­cho­wana w mie­ście dziew­czyna za­re­aguje na naj­praw­dziw­sze go­spo­dar­stwo. W końcu czymś zu­peł­nie in­nym jest o nim słu­chać, a czym in­nym w nim miesz­kać. A ja wy­cho­wa­łem się wła­śnie w ta­kim miej­scu, choć kie­dyś obie­ca­łem so­bie so­len­nie, że ni­gdy... po pro­stu ni­gdy nie spre­zen­tuję swoim dzie­ciom ta­kiego ży­cia. Ta wi­zja była dla mnie, wów­czas dwu­dzie­sto­jed­no­let­niego ab­sol­wenta dru­giego roku za­rzą­dza­nia, od­le­gła, ale wy­ryta w mo­jej pod­świa­do­mo­ści dość głę­boko.

Aneta ucie­szyła się z per­spek­tywy po­zna­nia mo­jej ro­dziny, była pod­eks­cy­to­wana zbli­ża­jącą się wi­zytą, wciąż za­da­wała ty­siące py­tań, a to o moją mamę, co lubi i jaka jest, a to o ojca, na­wet o moją sio­strę. Mu­siała wszystko wie­dzieć, żeby, jak po­wta­rzała, "nie po­peł­nić gafy".

Po eg­za­mi­nach koń­czą­cych drugi rok mo­ich stu­diów wsie­dli­śmy do po­ciągu i trzy go­dziny póź­niej by­li­śmy w moim ro­dzin­nym domu, wy­lew­nie wi­tani przez mo­ich bli­skich. To, czego się oba­wia­łem, ni­jak się nie spraw­dziło. Aneta z miej­sca pod­biła serca wszyst­kich, zwłasz­cza mo­jego ojca, co za­sko­czyło mnie nie­zmier­nie. Roz­ma­wiali go­dzi­nami, moja dziew­czyna cho­dziła z nim po ca­łym obej­ściu, po­ma­ga­jąc i po­zna­jąc pracę w go­spo­dar­stwie od pod­staw. Nie­straszne jej były wcze­sne wsta­wa­nie czy go­dziny spę­dzone na pracy w polu, nie skar­żyła się na ból, na opa­rze­nia, na nic. Ide­alna dziew­czyna na wieś. Mój oj­ciec po­ko­chał ją, co po kilku dniach pod­kre­ślał z dumą.

Mama ulo­ko­wała Anetę w po­koju go­ścin­nym, obok ich sy­pialni. Nie mia­łem po­ję­cia, czy zda­wała so­bie sprawę z tego, na ja­kim eta­pie jest na­sza zna­jo­mość, czy też wo­lała dmu­chać na zimne, fak­tem jed­nak jest, że nie mo­gli­śmy spę­dzać nocy w jed­nym łóżku. Od czego jed­nak ułań­ska fan­ta­zja?

Wie­czo­rami za­bie­ra­łem Anetę na spa­cery, tłu­ma­cząc, że chciał­bym po­ka­zać jej oko­licę. Kra­jo­braz był piękny, zwłasz­cza że oglą­da­li­śmy go z per­spek­tywy krót­kich źdźbeł trawy, krza­ków tru­ska­wek bądź cie­płych ko­pek siana. I na ta­kiej kopce wła­śnie, w pewną lip­cową noc, mimo po­wzię­cia wszel­kich środ­ków ostroż­no­ści, po­częła się na­sza córka. Za­nim się jed­nak do­wie­dzie­li­śmy, że da­li­śmy ko­muś ży­cie, fol­go­wa­li­śmy so­bie, ile­kroć przy­szła nam na to ochota.

Aneta spę­dziła u nas cały mie­siąc, a po­tem szczę­śliwa i opa­lona wró­ciła do domu. Po jej wy­jeź­dzie moi ro­dzice wzięli mnie na roz­mowę. Dla nich by­łem jesz­cze dziec­kiem, chcieli się do­wie­dzieć, co dla mnie ozna­cza zwią­zek z Anetą i co pla­nuję.

- Do­póki nie skoń­czę stu­diów, wszystko po­zo­sta­nie jak do tej pory - za­pew­ni­łem ich, uśmie­cha­jąc się cie­pło.

- I to tyle? - za­py­tał oj­ciec.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Synu. - Jak ja nie­na­wi­dzi­łem tego słowa! - Przy­wio­złeś do na­szego domu dziew­czynę, ko­bietę. Ja­dła z nami, pra­co­wała, spała pod na­szym da­chem. Chyba ro­zu­miesz, co to zna­czy?

Kiw­ną­łem głową. Uśmiech zszedł z mo­jej twa­rzy, już wcale nie by­łem za­do­wo­lony. Po­wyż­sze słowa ojca w wol­nym tłu­ma­cze­niu ozna­czały ni mniej, ni wię­cej, tylko: "Synu, skoro przy­wio­złeś tu­taj tę dziew­czynę, to z pew­no­ścią masz wo­bec niej plany. Skoro z nią spa­łeś, ho­nor na­ka­zuje się z nią oże­nić".

Ro­zu­mia­łem to aż za do­brze, choć wów­czas ani w gło­wie mi było mał­żeń­stwo. Kie­dyś na pewno tak. Aneta zresztą była je­dyną kan­dy­datką.

- No! - Oj­ciec klep­nął dłońmi w ko­lana. - Cie­szę się, że to so­bie wy­ja­śni­li­śmy.

Kiedy dwa mie­siące póź­niej po­in­for­mo­wa­li­śmy ich, że się po­bie­ramy, bo Aneta jest w ciąży, wcale nie wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

W związku z ciążą Anety, którą od po­czątku źle zno­siła, po­sta­no­wi­li­śmy po­brać się szybko, w urzę­dzie, a ewen­tu­alne we­sele wy­pra­wić już po na­ro­dzi­nach dziecka. I tak na po­czątku trze­ciego roku stu­diów po­wie­dzia­łem "tak", two­rząc "pod­sta­wową ko­mórkę spo­łeczną".

Ro­dzice Anety po­ma­gali nam od sa­mego po­czątku. To dzięki nim mie­li­śmy swój wła­sny kąt. Ży­li­śmy z mo­jego pi­sa­nia. Współ­pra­co­wa­łem już nie tylko ze stu­denc­kim pi­smem, ale też z kil­koma in­nymi cza­so­pi­smami, a pod wiele mó­wią­cym pseu­do­ni­mem "Mal­wina Kra­jew­ska" pi­sa­łem krót­kie, ro­man­tyczne hi­sto­rie do ty­go­dnika dla ko­biet. Ale o tej for­mie mo­jej dzia­łal­no­ści na­wet Aneta nie wie­działa.

Jesz­cze przed na­ro­dzi­nami Pauli żona pod­su­nęła mi pewną myśl.

- I po­wi­nie­neś zro­bić coś z... tym - usły­sza­łem, kiedy skła­da­li­śmy so­bie ży­cze­nia no­wo­roczne.

- Z czym? - nie zro­zu­mia­łem.

- Ze swoim pi­sa­niem - szep­nęła Aneta kon­spi­ra­cyj­nym to­nem. - Za­cznij wy­da­wać.

Uśmiech­ną­łem się do niej z po­li­to­wa­niem, pa­mię­ta­jąc wciąż nie­udaną próbę Staszka. Wie­dzia­łem, ja­kie to trudne. W końcu nikt nie cze­kał ani na mnie, ani na niego z otwar­tymi ra­mio­nami.

- Mam na­dzieję, że się nie po­gnie­wasz, ale czy­ta­łam twoją po­wieść...

- Słu­cham? Jak to czy­ta­łaś?

- Nor­mal­nie. Wzię­łam two­jego pen­drive'a.

- Aneta! Uma­wia­li­śmy się...

- Ko­cha­nie! - Ob­jęła mnie za szyję i po­ca­ło­wała. - Po­zwa­la­łeś mi czy­tać frag­menty, by­łam cie­kawa ca­ło­ści. Nie gnie­waj się na mnie. Prze­cież ci mó­wię, że to świetny tekst. Po­wi­nie­neś go wy­słać do ja­kie­goś wy­daw­nic­twa. Nie je­steś taki zu­peł­nie ano­ni­mowy, prawda?

- Pi­sa­nie do­brych fe­lie­to­nów nie gwa­ran­tuje na­pi­sa­nia do­brej książki - zwró­ci­łem jej uwagę.

- Ko­tek, ale ty pi­szesz re­we­la­cyj­nie! Mó­wię ci! Be­st­sel­ler gwa­ran­to­wany. Niech go wy­dają, i to szybko!

Za­ra­ziła mnie w końcu swoim en­tu­zja­zmem i wy­braw­szy trzy wy­daw­nic­twa, wy­sła­łem do nich tekst. Tak bar­dzo uwie­rzy­łem w to, co mó­wiła Aneta, że nie bra­łem pod uwagę in­nej moż­li­wo­ści, jak tylko od­po­wiedź twier­dzącą.

Wraz z na­dej­ściem wio­sny spę­dza­łem co­raz wię­cej czasu z żoną. Nie­uchron­nie zbli­żał się ter­min na­ro­dzin na­szej có­reczki, by­łem pod­eks­cy­to­wany tą per­spek­tywą. To nic, że oboje by­li­śmy mło­dzi, może na­wet zbyt mło­dzi, by stać się ro­dzi­cami, ale sta­ra­li­śmy się, jak tylko mo­gli­śmy.

Paula od razu zdo­była moje serce. Raz na nią spoj­rza­łem i wie­dzia­łem, że to jest to. Jej na­ro­dziny były dla mnie ab­so­lutną re­wo­lu­cją. Chcia­łem uczest­ni­czyć w każ­dym dniu ży­cia có­reczki, an­ga­żo­wa­łem się we wszystko: ką­pa­nie, prze­wi­ja­nie, kar­mie­nie. Aneta zaś ocho­czo ko­rzy­stała z mo­jej po­mocy, by w końcu obar­czyć mnie tymi obo­wiąz­kami na stałe. Ona tylko wy­cho­dziła z Paulą na spa­cery. I pew­nego dnia stwier­dziła, że po wa­ka­cjach wraca na uczel­nię. Paulą miała się za­jąć opie­kunka wy­na­jęta przez mo­ich te­ściów. Pró­bo­wa­łem opo­no­wać, ale w końcu zro­zu­mia­łem, że moje po­stę­po­wa­nie jest zu­peł­nie po­zba­wione sensu. Aneta miała prawo skoń­czyć stu­dia.

Paula ro­sła jak na droż­dżach. Była ide­al­nym ma­leń­stwem, jakby wie­działa, że jest dziec­kiem wciąż uczą­cych się ro­dzi­ców i że ci ro­dzice szkołę skoń­czyć mu­szą. Prze­sy­piała całe noce, w dzień przez więk­szość czasu ga­wo­rzyła. Na­wet ząb­ko­wa­nie nie było po­wo­dem do pła­czu. No i była naj­praw­dziw­szym oczkiem w gło­wie ro­dzi­ców mo­ich i Anety.

Pierw­szy kry­zys w na­szym mał­żeń­stwie po­ja­wił się rok po ślu­bie. Po po­wro­cie na uczel­nię Aneta co­raz wię­cej czasu spę­dzała z ko­le­żan­kami, uma­wiały się na wie­czorne spo­tka­nia, za­kupy, im­prezy. Dwa pierw­sze wyj­ścia prze­mil­cza­łem, ale wi­dząc two­rze­nie się trendu, za­bra­łem głos. Tym bar­dziej że wła­śnie roz­po­czą­łem stu­dia na po­lo­ni­styce i nie mo­głem po­świę­cić córce tyle czasu, ile chcia­łem, zwłasz­cza w week­endy. I usły­sza­łem, jak to ją ogra­ni­czam, jak nic mnie nie ob­cho­dzi to, że ona też stu­diuje i chcia­łaby od­po­cząć (by­łem cie­kaw po czym, bo opiekę nad córką po­wie­rzyła mi bez żad­nego "ale") i tak da­lej. Nie zmie­niła swo­ich przy­zwy­cza­jeń, a ja nie po­dej­mo­wa­łem te­matu, my­śląc na­iw­nie, że się opa­mięta. Za­pa­no­wały mię­dzy nami ci­che dni. Z mil­cze­niem w dzień po­tra­fi­li­śmy so­bie ra­dzić, ale ta ci­sza ozna­czała rów­nież ci­szę w sy­pialni. A to już było trud­niej wy­trzy­mać. I tak przy­ziemne po­trzeby skró­ciły na­sze fo­chy do mi­ni­mum. Dość szybko jed­nak od­by­li­śmy po­ważną roz­mowę, ja po­sta­wi­łem twarde wa­runki, na które moja żona w końcu się zgo­dziła. Mu­siała. I oboje o tym wie­dzie­li­śmy. Pod ko­niec roz­mowy po­żą­da­nie bu­zo­wało w nas jak pło­mie­nie po­lane ben­zyną, nie mo­gli­śmy się wprost do­cze­kać pój­ścia do sy­pialni. A po­tem usta­li­li­śmy nowe za­sady z uwzględ­nie­niem mo­ich po­stu­la­tów. I na­sze wspólne ży­cie znów było nie­mal ide­alne.

W ciągu pół roku od wy­sła­nia książki do wy­daw­nictw otrzy­ma­łem wszyst­kie od­po­wie­dzi. Każdą ne­ga­tywną. Naj­dłu­żej cze­ka­łem na opi­nię z Wy­daw­nic­twa Po­znań­skiego, na któ­rym mi naj­bar­dziej za­le­żało i w któ­rym naj­bar­dziej chcia­łem wy­dać swoją po­wieść. Kiedy przy­słali wresz­cie pierw­szego ma­ila, na­pi­sali, że "tekst ich za­in­te­re­so­wał" i że "jest w czy­ta­niu". Do­pi­sali jesz­cze, że ode­zwą się, jak tylko to czy­ta­nie się skoń­czy. Znowu cze­ka­łem, tym ra­zem zde­cy­do­wa­nie kró­cej. Mail był zwię­zły, w paru sło­wach po­in­for­mo­wano mnie, że pierw­sze czy­ta­nie zo­stało oce­nione bar­dzo po­zy­tyw­nie i że tekst jest te­raz "w dru­gim czy­ta­niu". No i jesz­cze do­dali coś, co po­zwa­lało my­śleć, że do wy­da­nia jest już bli­żej niż da­lej.

Z ra­do­ści za­tar­łem ręce, nie zda­jąc so­bie sprawy, że to jesz­cze nic nie zna­czy. Ale o tym mia­łem się do­piero prze­ko­nać.

Ro­dzice za­pro­sili nas na święta. Aneta uwiel­biała do nich jeź­dzić, nie kryła się z tym, że bar­dzo za­przy­jaź­niła się z moim oj­cem. Na do­da­tek z wza­jem­no­ścią. Nie­ofi­cjal­nie, z ust mo­jej sio­stry Joli, do­wie­dzia­łem się, że ro­dzice mają dla nas nie­spo­dziankę, ale nie po­wie­działa nic wię­cej. Chyba nie wie­działa, o co cho­dzi. Nie­spo­dzianka rze­czy­wi­ście była. Do­wie­dzie­li­śmy się o niej, za­nim usie­dli­śmy do wi­gi­lij­nej ko­la­cji. Ro­dzice po­pro­sili Jolę i mnie i bez dłuż­szych wstę­pów oświad­czyli:

- Dzie­ciaki, prawda jest taka, że mama i ja je­ste­śmy już zmę­czeni pro­wa­dze­niem go­spo­dar­stwa i chcemy je prze­pi­sać. Na jedno z was.

Jola i ja spoj­rze­li­śmy po so­bie.

- Kuba, ty miesz­kasz w Ło­dzi i moim zda­niem nic nie wska­zuje na to, abyś chciał w przy­szło­ści pra­co­wać na roli. - Tata za­wie­sił głos, uśmie­cha­jąc się. Znał mnie, wie­dział, że ni­gdy nie pa­ła­łem mi­ło­ścią do tych wszyst­kich hek­ta­rów. - Jolu... ty miesz­kasz z nami. Po­ma­gasz nam. Twój mąż też. Dla­tego... dla­tego po­sta­no­wi­li­śmy wam prze­pi­sać go­spo­dar­stwo. Kuba, dla cie­bie spłata. Masz ro­dzinę, pie­nią­dze wam się przy­da­dzą. Może ku­pi­cie więk­sze miesz­ka­nie...

- Chcę działkę - ode­zwa­łem się.

- Jaką działkę?

- Tę na­prze­ciwko domu. - Wspo­mniana działka od za­wsze mi się po­do­bała. Kie­dyś był na niej sad, ale po wy­kar­czo­wa­niu sta­rych drzew mama miała tam wa­rzyw­nik.

Nikt nie zgła­szał sprze­ciwu. Dość szybko usta­li­li­śmy szcze­góły, bez opo­rów zgo­dzi­łem się na za­pro­po­no­waną przez ojca kwotę, była spra­wie­dliwa, nikt ni­kogo nie chciał oszu­kać. Na po­czątku stycz­nia umó­wi­li­śmy się na pod­pi­sa­nie aktu u no­ta­riu­sza i nowy rok roz­po­czą­łem od po­tęż­nego za­strzyku go­tówki.

Wy­daw­nic­two osta­tecz­nie od­rzu­ciło moją pro­po­zy­cję. Tak bar­dzo uwie­rzy­łem w swój suk­ces, że prze­łknię­cie tej po­rażki było dość trudne, żeby nie po­wie­dzieć nie­wy­ko­nalne. Moja ura­żona duma pła­kała i pew­nie był­bym się po­grą­żył w roz­pa­czy, gdy­bym pew­nego dnia nie spo­tkał Staszka. Od kiedy zo­sta­łem oj­cem, wi­dy­wa­li­śmy się znacz­nie rza­dziej i bar­dziej nie­re­gu­lar­nie niż wcze­śniej. Ale by­łem na bie­żąco, czy­ta­łem jego nową po­wieść, choć jesz­cze nie wy­dał po­przed­niej.

- Daj spo­kój, ten ry­nek taki już jest - po­wie­dział mię­dzy jed­nym ły­kiem piwa a dru­gim. - Może kie­dyś...

- Jak to kie­dyś? Pi­szesz świetne tek­sty i chcesz je cho­wać do szu­flady?

- Cier­pli­wość, bra­cie. Wiesz, co to jest? To bar­dzo do­bra ce­cha, po­wi­nie­neś się jej na­uczyć - za­śmiał się.

Nie chcia­łem być cier­pliwy. Wie­dzia­łem, że Sta­szek jest uta­len­to­wany, i chcia­łem, aby każdy się tego do­wie­dział. Wie­czo­rem po­dzie­li­łem się swo­imi spo­strze­że­niami z Anetą.

- Ko­tek - usły­sza­łem w końcu - skoro tak uwa­żasz, sam wy­daj jego książkę. - Na­wet nie pod­nio­sła wzroku znad pil­niczka, za po­mocą któ­rego nada­wała ide­alny kształt swoim pa­znok­ciom.

- Ja? Jak to? - zdzi­wi­łem się.

- Nor­mal­nie. - Dmuch­nęła na pa­znok­cie. - Idziesz, za­kła­dasz dzia­łal­ność i wy­da­jesz.

- Za­raz, za­raz... o czym ty mó­wisz? Wiesz cho­ciaż...?

- Ko­tek, wiem. Wy­daje mi się, że od za­wsze sły­szę o książce Staszka. Wy­daj ją, prze­ko­naj się, czy masz ra­cję.

- To kosz­tuje. Nie mamy tyle pie­nię­dzy...

- Masz pie­nią­dze ze spłaty - przy­po­mniała mi.

- Odło­ży­li­śmy je prze­cież na miesz­ka­nie.

- Nie to nie. - Wzru­szyła ra­mio­nami.

Pod­sze­dłem do niej, ob­ją­łem, przy­tu­la­jąc swój po­li­czek do jej po­liczka.

- A je­śli to nie wy­pali?- za­py­ta­łem. - Stra­cimy pie­nią­dze.

- I kto to mówi? No pro­szę cię! Ty po­myśl, co bę­dzie, jak ci się uda! Kuba! Prze­cież wiem, że tak na­prawdę to całe za­rzą­dza­nie wcale nie jest twoim po­wo­ła­niem. Ty po­wi­nie­neś pi­sać, ro­zu­miesz? Pi­sać! Wy­da­wać!

Po­ca­ło­wa­łem ją.

- Wy­da­nie książki to praca wielu osób. Mu­szę mieć re­dak­tora, ko­rek­tora, ko­goś, kto za­pro­jek­tuje okładkę... - Co­raz bar­dziej za­pa­la­łem się do tego po­my­słu.

- Że­byś nie zban­kru­to­wał na dzień do­bry, po­dejmę się re­dak­cji i ko­rekty. Może się na coś te moje stu­dia przy­da­dzą. Okładkę może zro­bić tak na­prawdę każdy. Cho­ciażby Sta­szek. Niech się do tej swo­jej książki przy­łoży.

- Nie wiem, czy on chciałby ją wy­dać... ze mną...

- Po­roz­ma­wiaj z nim, na pewno się zgo­dzi. Poza tym - za­wie­siła na chwilę głos - ta­tuś chyba zna ja­kie­goś wła­ści­ciela dru­karni, po­pro­szę go, po­roz­ma­wia z nim. No, da­lej, uda ci się! Wie­rzę w cie­bie!

Aneta we mnie wie­rzyła i mó­wiła o tym gło­śno, chyba po raz pierw­szy i ostatni. Za­ło­ży­łem firmę. Wy­daw­nic­two. Na­zwa­łem je SAK (od ini­cja­łów na­zwi­ska i na­szych imion) i z mar­szu wy­da­łem książkę Staszka. I cze­ka­łem. Naj­gor­sze było cze­ka­nie.

Jak się oka­zało, samo wy­da­nie książki było pro­ste, zna­le­zie­nie chęt­nych do jej roz­pro­wa­dza­nia i ku­po­wa­nia to już inna bajka. Po­trze­bo­wa­li­śmy do­brego mar­ke­tingu i so­lid­nych pa­tro­nów me­dial­nych. Na szczę­ście Aneta wy­my­śliła, żeby jesz­cze przed wy­da­niem dać tę książkę ko­muś do re­cen­zji, i z miej­sca przy­po­mniała so­bie, że jej trzy ko­le­żanki z uczelni pro­wa­dzą blogi re­cen­zenc­kie. I ja­kaś zna­joma jej mamy. I dwie zna­jome tej zna­jo­mej. Za­ło­żyła na­szemu wy­daw­nic­twu pro­fil w so­cial me­diach, prze­glą­dała In­sta­grama, szu­ka­jąc po­ten­cjal­nych współ­pra­cow­ni­ków. Za­dzia­łała pio­ru­nem, prze­ko­nu­jąc i na­ma­wia­jąc. Udało się. Dzie­sięć eg­zem­pla­rzy re­cen­zenc­kich po­wę­dro­wało do no­wych wła­ści­cieli, a my cze­ka­li­śmy.

Pierw­sza re­cen­zja uka­zała się dwa dni po pre­mie­rze książki. Czy­ta­łem ją z za­par­tym tchem, bo­le­śnie zda­jąc so­bie sprawę, że ważą się losy mo­jej przy­szło­ści. Do­tąd in­we­sto­wa­łem, te­raz na­stał czas, aby coś z tej in­we­sty­cji wy­cią­gnąć. I zro­zu­mia­łem, jak bar­dzo za­leży mi na tym, aby nie po­nieść cał­ko­wi­tej klapy. Bo to było to, co chcia­łem ro­bić. Czy­ta­łem więc re­cen­zję i z każ­dym ko­lej­nym sło­wem ro­zu­mia­łem co­raz wię­cej, a po jej skoń­cze­niu krzyk­ną­łem na całe gar­dło:

- Ta­aaaak!!!!

Za­alar­mo­wa­łem tym Anetę, która zja­wiła się przy mnie mo­men­tal­nie.

- Co się stało? - za­py­tała blada jak ściana.

- Chodź! - Ski­ną­łem dło­nią, od­su­wa­jąc się nieco od biurka. - Sia­daj! - Wska­za­łem na swoje ko­lana. - I czy­taj! - Po­ka­za­łem jej otwartą stronę z re­cen­zją. A tam, czarno na bia­łym: "świetna po­wieść de­biu­tanta... fe­no­me­nal­nie skon­stru­owana... wartka ak­cja... wcią­ga­jąca... po­le­cam... 10/10".

- O rety! - Aneta za­kryła usta dło­nią. Spo­2j­rzała na mnie, ro­zu­mie­jąc wszystko. - Kuba... Kuba... - Unio­sła dłoń, po czym na­brała po­wie­trza w płuca i mó­wiła da­lej: - Ku­buś, to na ra­zie pierw­sza re­cen­zja, spo­koj­nie, zo­ba­czymy, ja­kie będą na­stępne. O matko, jaka cudna! Wi­dzisz? Dzie­siątka! - Spoj­rzała na mnie roz­e­mo­cjo­no­wana, po czym mo­men­tal­nie zmie­niła ton. - Nie no, Anetka, spo­kój... tylko spo­kój może cię ura­to­wać. Kuba... spo­koj­nie, tak? Cze­kamy na ko­lejne?

- Cze­kamy - przy­tak­ną­łem, obej­mu­jąc ją i przy­su­wa­jąc jej usta do swo­ich. - I świę­tu­jemy. - Po­ca­ło­wa­łem ją po­woli.

- Jesz­cze za wcze­śnie na świę­to­wa­nie - usły­sza­łem jej głos, ale nie po­zwo­li­łem po­wie­dzieć już nic wię­cej.

W ciągu ko­lej­nych dni nie dość że uka­zały się inne wspa­niałe re­cen­zje, to na do­da­tek za­chwy­tom nad książką Staszka nie było końca. Po­wieść oka­zała się suk­ce­sem, Sta­szek wy­rósł z dnia na dzień na po­żą­da­nego pi­sa­rza, a ja mo­głem po­woli za­czy­nać się cie­szyć. Wszystko było na do­brej dro­dze, wszystko ukła­dało się wy­śmie­ni­cie. Mo­głem za­cząć my­śleć, aby w ten spo­sób za­ra­biać pie­nią­dze, mo­głem pla­no­wać ko­lejną po­zy­cję do wy­da­nia, iść za cio­sem i przy­go­to­wać coś eks­tra.

Wy­dać swoją książkę.

Aneta i ja ostro wzię­li­śmy się do pracy, ślę­cze­li­śmy nad ma­te­ria­łem, po­pra­wia­jąc go, do­pi­su­jąc tekst w miej­scach, w któ­rych - jak twier­dziła moja żona - cze­goś jej bra­kuje. Aneta jest świetną re­dak­torką: dro­bia­zgową, do­kładną i obiek­tywną. Poza tym - ab­so­lut­nie nie wiem, w jaki spo­sób - "czuła" moją książkę. Pod­po­wia­dała, co zmie­nić, w któ­rym miej­scu do­pi­sać bądź wy­ciąć zbędny frag­ment. Słu­cha­łem jej jak wy­roczni i - jak się mia­łem do­piero prze­ko­nać - słusz­nie. Jej uwagi oka­zy­wały się strza­łem w dzie­siątkę, a kiedy wzięła w swoje ręce tekst i od­dała mi go po re­dak­cji oraz ko­rek­cie, zro­zu­mia­łem, że mam w domu skarb. Stwo­rzy­li­śmy świetny duet. I choć to ja do­wo­dzi­łem, nie uwa­ża­łem się za je­dy­no­władcę.

Po suk­ce­sie książki Staszka przy­szły ko­lejne ty­tuły, w tym moja po­wieść. Aneta miała ra­cję. Wy­daw­nic­two się roz­wi­jało, a wraz z nim i my. Pro­wa­dzi­li­śmy je z pa­sją i za­an­ga­żo­wa­niem, któ­rych nie­stety co­raz bar­dziej bra­ko­wało w na­szym domu. Nie po­tra­fi­li­śmy od­dzie­lić spraw za­wo­do­wych od pry­wat­nych i mał­żeń­stwo, kie­dyś na­miętne, te­raz co­raz bar­dziej przy­po­mi­nało zwią­zek dwóch ob­cych so­bie lu­dzi, któ­rych ab­so­lut­nie nic nie łą­czy. Poza pracą. Wła­ści­wie roz­ma­wia­li­śmy już tylko o niej.

Kie­dyś uwiel­bia­li­śmy się ko­chać, na po­czątku na­szej zna­jo­mo­ści nie­malże nie wy­cho­dzi­li­śmy z łóżka. Od kiedy za­ło­ży­li­śmy wy­daw­nic­two, seks pla­no­wa­li­śmy jak każde inne spo­tka­nie, za­strze­ga­jąc od razu: "mam nie wię­cej niż pół go­dziny". I tak za­zwy­czaj koń­czy­li­śmy wcze­śniej. Bo jak można czer­pać przy­jem­ność z in­tym­nych chwil, gdy się wie, że w pracy czeka stos pro­po­zy­cji, które trzeba przej­rzeć? Kiedy spo­gląda się wciąż na ze­ga­rek w oba­wie, że może zbyt długo...

W re­zul­ta­cie spę­dza­li­śmy w wy­daw­nic­twie co­raz wię­cej czasu, co­raz mniej by­wa­jąc w domu. Ze sobą. We dwoje. Była jed­nak Paula. Moja córka była mo­to­rem wszyst­kich mo­ich dzia­łań. To ona sta­wiała mnie do pionu, dzięki niej wie­dzia­łem, że poza pracą ist­nieje ja­kiś inny świat. Jedno jej słowo czy gest i by­łem go­tów na naj­wyż­sze po­świę­ce­nie. I ona to wie­działa. Tata był naj­waż­niej­szy.

Mama była, ale to ze mną moje dziecko spę­dzało wolny czas. I ja o tym wie­dzia­łem.

Po czte­rech la­tach pro­wa­dze­nia wy­daw­nic­twa po­sta­no­wi­li­śmy ku­pić dom. Paula ro­sła, po­trze­bo­wała co­raz wię­cej miej­sca, dla nas też w miesz­ka­niu było za cia­sno. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się. Nie­stety. Na na­sze nie­szczę­ście dom był duży, mie­li­śmy sporo miej­sca i nie tylko Paula do­stała osobny po­kój. My rów­nież. Wspólna sy­pial­nia prze­szła do hi­sto­rii, co oboje tłu­ma­czy­li­śmy na­wa­łem pracy, a w rze­czy­wi­sto­ści ukry­wa­li­śmy tylko praw­dziwy po­wód ta­kiego stanu. Nie po­trze­bo­wa­li­śmy bli­sko­ści na co dzień. Swo­jej bli­sko­ści. Od­da­li­śmy się cał­ko­wi­cie pracy, przy­pi­su­jąc so­bie osobne po­koje, w któ­rych od czasu do czasu zda­rzył się nam krótki seks. I to był po­czą­tek końca na­szego mał­żeń­stwa, cho­ciaż wy­trwa­li­śmy w tej fik­cji jesz­cze ja­kiś czas, pró­bu­jąc re­ani­mo­wać trupa, któ­rym był nasz zwią­zek. Bez­sku­tecz­nie.

Kiedy Aneta po­znała Darka, sprawy na­brały tempa. Da­rek, były woj­skowy, wszedł w jej ży­cie po­woli, są­cząc się jak kro­plówka. Przez dłuż­szy czas nie było to nic gwał­tow­nego. Oboje się znali i spo­ra­dycz­nie spo­ty­kali, i to wszystko. Długo była to zna­jo­mość tylko pla­to­niczna. Być może dla­tego, że i Aneta, i Da­rek nie byli sa­motni.

Ale po kilku mie­sią­cach coś się zmie­niło. Aneta przy­szła wtedy do mnie do biura w wy­daw­nic­twie, nie w domu, usia­dła na skraju fo­tela, złą­czyła ko­lana, ob­cią­gnęła spód­nicę i za­częła ner­wowo spla­tać dło­nie. Koń­czy­łem wów­czas czy­tać ko­lejną pro­po­zy­cję. Zer­k­ną­łem na nią pewny, że za chwilę usły­szę, z czym przy­szła. Ale ona mil­czała. Kilka mi­nut póź­niej nie wy­trzy­ma­łem.

- Aneta, je­stem za­wa­lony ro­botą, obie­ca­łem so­bie, że dzi­siaj ogarnę te ty­tuły. - Wska­za­łem na stos ma­szy­no­pi­sów.

- Wiem - szep­nęła. - Prze­pra­szam, ale mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

- Słu­cham. - Odło­ży­łem ma­szy­no­pis.

- Ja... ja...

- Co ty?

- Mu­szę się wy­pro­wa­dzić z domu - usły­sza­łem jej drżący głos.

Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy ze zdzi­wie­nia.

- Mu­sisz? - wy­du­si­łem z sie­bie. Nie ro­zu­mia­łem.

- Mu­szę - po­wtó­rzyła, wciąż na mnie nie pa­trząc. - Zro­bię to ju­tro.

- Aneta... o czym ty mó­wisz? Jak to mu­sisz? Dla­czego mu­sisz?

- Zdra­dzi­łam cię, Kuba. - Na­resz­cie na mnie spoj­rzała. Jej oczy błysz­czały.

Zdra­dziła mnie. Była z kimś in­nym. Ktoś inny jej do­ty­kał. Ca­ło­wał ją. Pie­ścił. Ko­chał. Nie po­czu­łem za­zdro­ści, tylko zdzi­wie­nie, że ja jej tego nie da­wa­łem. Uświa­do­mie­nie so­bie tego za­bo­lało.

- Aneta... Aneta... prze­cież... - Szu­ka­łem od­po­wied­nich słów. - Prze­cież... za­sta­nów się. Nie mu­sisz od­cho­dzić tylko dla­tego, że przy­tra­fiła ci się jed­no­nocna przy­goda - po­wie­dzia­łem nie­pew­nie. Nie wie­dzia­łem, w jaki spo­sób po­wi­nie­nem za­re­ago­wać. Nie mia­łem ochoty na awan­tury.

- Kuba... to nie była... to nie jest przy­goda. Ja się za­ko­cha­łam - wy­znała, pła­cząc. - Za­ko­cha­łam i chcę być z nim, nie z tobą. Wy­bacz mi, ale... mu­szę się wy­pro­wa­dzić. Chcę się wy­pro­wa­dzić.

- A Paula? - za­py­ta­łem, bo­jąc się, że znam od­po­wiedź.

- Kuba... - szep­nęła tylko Aneta, jakby prze­pra­sza­jąc.

Unio­słem rękę, tym ge­stem za­wsze pro­si­łem o ci­szę. Nie chcia­łem już nic wię­cej sły­szeć.

Wy­pro­wa­dziła się, jak po­wie­działa. Na­stęp­nego dnia zo­sta­łem sam, choć Paula nie dała się tak ła­two prze­ko­nać. Nie chcia­łem, aby się wy­pro­wa­dzała, ale w końcu zro­zu­mia­łem, że to je­dyne roz­sądne wyj­ście, i prze­ko­na­łem na­szą córkę, żeby za­miesz­kała z matką, jed­no­cze­śnie obie­cu­jąc jej, że kie­dyś wróci do mnie. Nie chcia­łem roz­wodu, chcia­łem mieć ro­dzinę, żonę, córkę... By­łem go­tów obie­cać Ane­cie, że od te­raz będę wzo­ro­wym mę­żem, że le­piej roz­pla­nuję pracę, że znajdę dla niej i Pauli wię­cej czasu, że na­uczę się znów być na­mięt­nym ko­chan­kiem... Ale pa­trząc na nią, na to, z jaką de­ter­mi­na­cją wrzu­cała ko­lejne wa­lizki do swo­jego auta, na jej minę, zro­zu­mia­łem, że już za późno. Aneta pod­jęła de­cy­zję i nie za­mie­rzała jej zmie­niać. Mo­jej... na­szej ro­dziny już nie było. Mia­łem za to swoją pracę.

Roz­wód zo­stał orze­czony dość szybko, obojgu nam za­le­żało na cza­sie. Sprze­da­li­śmy nasz dom, za swoją część uzy­ska­nych pie­nię­dzy ku­pi­łem nie­duże miesz­kanko i cał­ko­wi­cie od­da­łem się swo­jemu wy­daw­nic­twu, po­sze­rza­jąc jego pro­fil, lan­su­jąc i wy­da­jąc de­biu­tan­tów. Mia­łem nosa, po­tra­fi­łem nie­mal ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią wska­zać książkę, którą warto opu­bli­ko­wać. Po pro­stu ufa­łem in­tu­icji, tej sa­mej, która mó­wiła, że po­wieść Staszka bę­dzie suk­ce­sem. Nie po­my­li­łem się, a ci, któ­rzy ją skre­ślili, niech ża­łują. Tak samo było z moją po­wie­ścią. Na­gle się oka­zało, że fan­ta­styka dla męż­czyzn prze­żywa swój re­ne­sans, a ja wstrze­li­łem się w dzie­siątkę. I od­ci­na­łem ku­pony od tego re­ne­sansu.

Wy­daw­nic­two się roz­wi­jało. Za­trud­nia­łem ko­lejne osoby. Mimo roz­sta­nia za­wo­dowe drogi Anety i moje się nie ro­ze­szły. Na po­czątku było mi trudno za­ak­cep­to­wać ten stan, ale kiedy wspo­mniała, że może się zwol­nić, zro­zu­mia­łem, że jest naj­lep­szą re­dak­torką i nie chcę, aby od­cho­dziła. Zo­stała. Na próbę, jak sama pod­kre­ślała. Po­tra­fi­li­śmy jed­nak dojść do po­ro­zu­mie­nia, pra­co­wać ze sobą mimo tego, że roz­sy­pało nam się mał­żeń­stwo. Oboje ko­cha­li­śmy swoją pracę. Zo­stała więc. Już nie na próbę, na do­bre.

Do­sta­wa­li­śmy co­raz wię­cej ma­ili i li­stów z pro­po­zy­cjami wy­daw­ni­czymi. Mam za­sadę, że sam wszystko czy­tam, za­nim prze­każę to współ­pra­cow­ni­kom. In­tu­icja pra­wie ni­gdy mnie nie za­wio­dła. Co­raz wię­cej czasu spę­dza­łem w pracy. Miała mi ona zre­kom­pen­so­wać chwi­lowy za­stój w ży­ciu pry­wat­nym.

W czwartą de­kadę swo­jego ży­cia wkro­czy­łem jako wła­ści­ciel cał­kiem nie­źle pro­spe­ru­ją­cego wy­daw­nic­twa, za to z zu­peł­nie roz­sy­pa­nym ży­ciem pry­wat­nym. Jak­kol­wiek odej­ście Anety nie bo­lało zbyt długo, to brak na co dzień Pauli cho­ler­nie da­wał mi się we znaki. Tę­sk­ni­łem za nią, to dzięki niej nie zwa­rio­wa­łem i nie za­miesz­ka­łem w ro­bo­cie. Do­póki jed­nak nie wpadł mi do głowy inny po­mysł, mu­sia­łem za­do­wo­lić się spo­tka­niami z córką, na szczę­ście nie­li­mi­to­wa­nymi.

W samą porę in­ter­we­nio­wał Pa­weł. Jest moim kum­plem od wie­ków, ra­zem się wy­cho­wa­li­śmy, ra­zem stu­dio­wa­li­śmy, na­wet moje mał­żeń­stwo nie osła­biło na­szych sto­sun­ków. Mo­ich ro­dzi­ców na­zywa "cio­cią" i "wuj­kiem", trak­tuje nie­mal jak swo­ich. Róż­nimy się nie­mal wszyst­kim. Po­cząw­szy od wy­glądu ze­wnętrz­nego, na ro­dzaju słu­cha­nej mu­zyki i oglą­da­nych fil­mach koń­cząc. To z nim roz­ma­wia mi się naj­le­piej. To on wie o mnie wszystko, na­wet to, kim jest Mal­wina Kra­jew­ska. Mamy różne po­my­sły na ży­cie. Ja chcę się oże­nić, mieć ro­dzinę, on ma­rzy o sza­leń­stwach bo­daj do czter­dziestki. Wy­ko­rzy­stuje to, że po­doba się ko­bie­tom. Jest ni­czym Don Juan, za­li­cza każdą, ni­czego nie obie­cu­jąc.

Kiedy Aneta za­szła w ciążę, po­bra­li­śmy się, mimo że Pa­weł prze­ko­ny­wał mnie, by tego nie ro­bić, bo, jak tłu­ma­czył, wszystko może się zda­rzyć, a my je­ste­śmy jesz­cze tacy mło­dzi. Dziś wiem, że miał ra­cję, wów­czas... chyba na­prawdę ją ko­cha­łem, poza tym by­łem pod­nie­cony per­spek­tywą zo­sta­nia oj­cem. Moi ro­dzice też się cie­szyli, dla­tego tak trudno było im przy­jąć do wia­do­mo­ści, że po­sta­no­wi­li­śmy się roz­stać. Oj­ciec mi tego nie wy­ba­czył, co nie­jed­no­krot­nie da­wał do zro­zu­mie­nia. Uwiel­biał swoją sy­nową, z wza­jem­no­ścią!

Pa­weł pod­dał po­mysł, aby­śmy ra­zem po­je­chali na urlop. Zgo­dzi­łem się. Po­trze­bo­wa­łem świe­żej ener­gii, po­wie­trza, no­wego oto­cze­nia. Za­koń­cze­nie mał­żeń­stwa było moją po­rażką, mimo że mnie i Anety od dawna nie łą­czyło uczu­cie.

Mój przy­ja­ciel przy­stą­pił od razu do dzia­ła­nia. Ma­rzyła mu się po­dróż na mo­to­rach do­okoła Pol­ski, zro­bił wstępny plan, za­kre­ślił co cie­kaw­sze miej­sca, po­za­ma­wiał noc­legi i wy­ru­szy­li­śmy. Jazda na mo­to­cy­klu daje mi wol­ność, po­czu­cie kie­ro­wa­nia swoim ży­ciem, trzy­ma­nia swo­jego losu we wła­snych rę­kach. Lu­bię to. Po­ko­cha­łem w mo­men­cie, gdy po raz pierw­szy wsia­dłem na har­leya. Mój in­struk­tor na­uki jazdy miał ta­ko­wego, sho­vel­he­ada. To było coś! Wo­dzi­łem za tym mo­to­cy­klem oczami jak za­ko­chany kun­del. I kie­dyś in­struk­tor, wi­dząc to moje ma­ślane spoj­rze­nie, obie­cał, że je­śli zdam eg­za­min przy pierw­szym po­dej­ściu, po­zwoli mi po­pro­wa­dzić swo­jego sho­vela. Jaka to była dla mnie mo­ty­wa­cja! Do dzi­siaj pa­mię­tam tę ra­dość, kiedy po­czu­łem pod sobą wy­śnioną ma­szynę. I prze­pa­dłem z kre­te­sem, bo od tam­tej chwili wie­dzia­łem, że jazda żad­nym au­tem nie sprawi mi ta­kiej sa­tys­fak­cji jak prze­jażdżka mo­to­rem. Kiedy kilka mie­sięcy póź­niej in­struk­tor po­sta­no­wił sprze­dać swój mo­to­cykl, tak długo wier­ci­łem ojcu dziurę w brzu­chu, aż się zgo­dził go ku­pić. Ro­zu­miał mnie do­sko­nale, sam ma za sobą dość długi mo­to­cy­klowy epi­zod. I tak oto zo­sta­łem wła­ści­cie­lem swo­jego pierw­szego har­leya. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie Pa­weł ku­pił swo­jego in­tru­dera. Od­tąd mo­gli­śmy ra­zem od­da­wać się swo­jej pa­sji. By­li­śmy ni­czym Wy­att i Billy z Easy Ri­der, jak nie­jed­no­krot­nie na­zy­wała nas Aneta. A my kwi­to­wa­li­śmy to wów­czas śmie­chem. Po roz­wo­dzie i sprze­daży domu wy­mie­ni­łem mo­to­cykl na he­ri­tage'a, moje ów­cze­sne ma­rze­nie. W nie­dłu­gim cza­sie Pa­weł za­fun­do­wał so­bie fat boya i nic wię­cej do szczę­ścia nie było nam już po­trzebne. Obaj po­łknę­li­śmy har­ley­owego bak­cyla, spę­dza­jąc na mo­to­rach każdą wolną chwilę, a raz w roku jeź­dzi­li­śmy na zloty. To dla­tego wów­czas nie ku­pi­łem so­bie auta!

Za­czę­li­śmy od za­chod­niego Po­mo­rza.

Ba­łem się, że nasz wspólny urlop okaże się nie­wy­pa­łem, znam w końcu Pawła, wiem, jaki jest. Mimo skoń­czo­nej trzy­dziestki wciąż ma w gło­wie jedno: dziew­czyny. Za­sta­na­wiam się, jak on daje so­bie radę. Prze­cież to wy­maga nie lada kon­dy­cji. Nie­jed­no­krot­nie na­ma­wiał mnie na wspólne wyj­ście, ale nie mia­łem ochoty, nie kręci mnie za­li­cza­nie ko­lej­nych zdo­by­czy. Po­ści­łem więc.

Po raz pierw­szy wy­bra­li­śmy się ra­zem na dłuż­szy wy­jazd na mo­to­rach i mia­łem oka­zję się prze­ko­nać, że Pa­weł jest do­sko­na­łym or­ga­ni­za­to­rem, wszystko było do­pięte na ostatni gu­zik. Nie po­zna­łem go jesz­cze od tej strony.

- Ju­tro bę­dziemy gdzieś tu­taj. - Po­ka­zał na ma­pie miej­sce po­ło­żone mię­dzy dwoma je­zio­rami. Mimo po­sia­da­nia na­wi­ga­cji wciąż po­słu­guje się pa­pie­rową skła­daną kartą. Roz­ło­żył ją na sio­dełku swo­jego mo­toru. - Po­my­śla­łem, że do­brze by­łoby ogar­nąć się tam lekko.

- Ty tu do­wo­dzisz. - Wło­ży­łem kask.

- Dzięki, że mi przy­po­mi­nasz! - za­śmiał się. - To może za­rzą­dzę ja­kiś dłuż­szy po­stój?

- Chcesz coś zo­ba­czyć?

- Kuba! Pro­szę cię! Pró­buję de­li­kat­nie za­su­ge­ro­wać, że przy­da­łyby nam się ja­kieś łowy! - Pa­weł za­ło­żył kask. - Nie masz ochoty na małe co nieco? Po­wiedzmy z po­nętną blon­dy­neczką?

- Prze­stań! Wiesz prze­cież...

- O święty Ja­ku­bie, nie wie­dzia­łem, że ty tak zu­peł­nie nic... Po­wiedz, kiedy ostat­nio mia­łeś ko­bietę?

- Nie twój za­srany in­te­res!

- Jak chcesz! - Pa­weł nie ob­ra­ził się na moje słowa. - To ja ci po­wiem. Nie mia­łeś ni­kogo od wie­ków i nie­długo za­po­mnisz, jak to się robi! Zna­jąc cie­bie, by­łeś wierny Ane­cie jak pies i poza nią ni­gdy nikt...

Nie wy­trzy­ma­łem. Pod­sze­dłem do Pawła, chwy­ci­łem go za kom­bi­ne­zon pod szyją, za­ci­sną­łem, nie dba­jąc o to, że mogę zro­bić mu krzywdę, i po­wie­dzia­łem:

- Za da­leko się po­su­wasz, bra­cie. Po­wta­rzam, nie twój za­srany in­te­res. Ja to­bie w por­tki nie za­glą­dam, nie przy­pro­wa­dzam pa­nie­nek i nie or­ga­ni­zuję czu­łych spo­tkań. Od­wal się ode mnie. Za­pew­niam cię, nie po­trze­buję two­jej po­mocy, dam so­bie radę!

- Wła­śnie wi­dzę! Nie­długo mo­żesz mni­chem zo­stać, w ce­li­ba­cie to już ży­jesz - od­gryzł się Pa­weł.

- Nie za­czy­naj! - Za­ci­sną­łem moc­niej dłoń.

- Kuba... - szep­nął Pa­weł, nie mo­gąc zła­pać od­de­chu. Po­lu­zo­wa­łem uścisk. - Puść - po­pro­sił.

Pu­ści­łem, po czym pod­sze­dłem do swo­jego mo­toru. Włą­czy­łem sil­nik.

- To do­kąd je­dziemy? - za­py­ta­łem.

- Do Har­szu - od­parł, roz­cie­ra­jąc szyję. - Chcia­łeś mnie udu­sić?

- Znasz to miej­sce? - za­py­ta­łem, pusz­cza­jąc jego py­ta­nie mimo uszu. Nie znam Ma­zur.

- Nie. Zna­la­złem info w ne­cie, za­dzwo­ni­łem, za­re­zer­wo­wa­łem. Wła­ści­cielka wy­da­wała się spoko ko­bietą.

- Skąd wiesz, że wła­ści­cielka? - za­py­ta­łem.

- Po­wie­działa mi, stąd wiem. Jak tam do­je­dziemy, to się prze­ko­namy. No, da­lej! - Od­pa­lił swój mo­tor. - Ru­szaj, ma­leńka. - Po­kle­pał z czu­ło­ścią bak. Na­wet mo­tor ma dla niego płeć. Żeń­ską. Na Ma­zury mamy za­re­zer­wo­wane trzy dni. Choćby ich było trzy­dzie­ści, i tak nie zo­ba­czy­li­by­śmy wszyst­kiego, ale nie za­leży nam na tym. Po­sta­no­wi­li­śmy do­pro­wa­dzić się tam do po­rządku, prze­prać zno­szone ciu­chy, zjeść i na­pić się do woli.

Nie są­dzi­łem jed­nak, że się tam za­ko­cham... I nie o wi­doki tu­taj cho­dzi...

Naj­pierw zo­ba­czy­łem oczy, a po­tem tę minę... Chry­ste, wy­lała na mnie chyba hek­to­li­try piwa, moja ko­szula wy­gląda jak psu z gar­dła wy­jęta, a prze­cież do­piero co zdą­ży­łem się prze­brać! Co za ła­maga! Ale wtedy zo­ba­czy­łem te oczy... Nie, ktoś, kto ma ta­kie oczy, nie może być ła­magą, to wy­pa­dek, tylko i wy­łącz­nie, na pewno tego nie chciała. Prze­pra­szała mnie chyba ze sto razy, na­prawdę było jej przy­kro, po­winno być. Czy tak się za­cho­wuje do­ro­sła osoba?

W po­koju zmie­ni­łem ko­szulę, tę ob­laną pi­wem wrzu­ci­łem do mi­ski z wodą i na­mo­czy­łem. Po­ję­cia nie mam, czy po tym trunku zo­staje ja­kiś ślad, czy też cał­ko­wi­cie się spiera. Wolę nie ry­zy­ko­wać.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej by­łem już na dole, od­szu­ka­łem Pawła wzro­kiem... Tak jak my­śla­łem, już po­de­rwał ja­kąś pa­nienkę. Pod­sze­dłem.

- Hej - po­wie­dzia­łem i zwró­ciły się ku mnie trzy pary oczu.

I tylko jed­nej z nich nie zna­łem.

- Cześć, stary, co tak długo? - Pa­weł na­tych­miast wstał i do­ko­nał pre­zen­ta­cji. - Po­znaj Mo­nikę. - Pu­ścił oko do szczu­płej, dłu­go­wło­sej blon­dyny.

Od­wza­jem­niła się tym sa­mym.

- A to jest Maja.

Obok Mo­niki sie­działa dziew­czyna od piwa.

- Wy­obraź so­bie, że dziew­czyny są na­szymi są­siad­kami! - po­in­for­mo­wał mnie z en­tu­zja­zmem.

Wy­obra­żam so­bie. Uśmiech­ną­łem się lekko i usia­dłem obok Mai. No tak, a więc Pa­weł za­rzu­cił sieci i od razu ma bra­nie. Cho­lera! Z nim tak jest za­wsze! Babki lecą do niego jak psz­czoły do miodu, ni­gdy nie ma z tym pro­ble­mów!

A ja? Oże­ni­łem się na stu­diach, bo wpa­dli­śmy; le­dwo za­czę­li­śmy ze sobą sy­piać, a już dziecko było w dro­dze. Pech na ca­łej li­nii! Mia­łem dwa­dzie­ścia dwa lata i zo­sta­łem oj­cem! A po­tem pie­luszki, ciuszki, kaszki, spa­cerki, ząbki... Wy­pa­dłem z obiegu na ład­nych parę lat, po­ję­cia nie mia­łem, jak wy­gląda ży­cie! Mia­łem żonę, nie uma­wia­łem się na randki, nie spo­ty­ka­łem się z kum­plami w klu­bach! No i te­raz nie wiem, o czym roz­ma­wiać! Na­wet nie je­stem pe­wien, czy w ogóle chcę.

Dziew­czyna sie­dzi ci­cho jak mysz pod mio­tłą, pa­trzy tylko w ku­fel pe­łen piwa i mie­sza w nim słomką. Cóż za elo­kwen­cja! Nie mam jej za złe tego, co zro­biła, prze­szło mi. Ale tego, że na­zwała mnie głu­pim... No, kró­lewno, tego tak szybko nie za­po­mnimy!

Nie je­stem przy­zwy­cza­jony, żeby ktoś mnie tak igno­ro­wał, z re­guły pa­nie, które po­znaję, w dość oczy­wi­sty spo­sób oka­zują mi swoje za­in­te­re­so­wa­nie. Po­do­bam się ko­bie­tom, wiem o tym. Pa­weł biega dwa razy w ty­go­dniu na si­łow­nię, dwa razy na ba­sen i dwa razy upra­wia jog­ging. Ja wcze­śniej tre­no­wa­łem no­sze­nie dziecka, te­raz mogę wy­go­spo­da­ro­wać czas tylko na bie­ga­nie. Na szczę­ście mam do­bre geny, ani grama tłusz­czu, w prze­ciw­nym wy­padku, ma­jąc taką pracę i spę­dza­jąc przed kom­pu­te­rem dłu­gie go­dziny, wy­glą­dał­bym jak piłka. Ko­biety, do­wie­dziaw­szy się, co ro­bię, zwy­kle są jesz­cze bar­dziej za­in­te­re­so­wane. A ja to lu­bię, choć ni­gdy nie zdra­dzi­łem żony. Ale żona to czas prze­szły, a ja na po­wrót chcę za­ist­nieć w świe­cie. I co? Zja­wia się taka i od razu "taki głupi"? Do mnie? Oj, pa­niu­siu!

Pa­weł i Mo­nika przy­pa­dli so­bie do gu­stu. I wcale mnie to nie dziwi. Paw­łowi przy­pada do gu­stu zde­cy­do­wana więk­szość ko­biet, bo i tak wszyst­kie są na raz. Nie dziwi mnie jego za­cho­wa­nie. Na­wet wy­si­lać się zbyt­nio nie musi, ta dziew­czyna - Mo­nika - też jest chętna.

A mnie zo­stała Maja. Mo­głem oczy­wi­ście wstać i iść do po­koju, ale roz­wa­żyw­szy wszystko, zde­cy­do­wa­łem, że jed­nak wy­trzy­mam. Przy­naj­mniej spró­buję. Pierw­sze koty za płoty, choć na­sze za­po­zna­nie trudno uznać za kul­tu­ralne.

Nie­stety. Maja jest ma­ło­mówna, co wy­daje mi się nieco dziwne, mimo że jej nie znam. Rzadko pod­nosi wzrok, by na mnie spoj­rzeć, od­po­wiada pół­słów­kami, na­wet nie pije piwa. Cie­kawy je­stem, skąd przy­je­chała i co robi, ale w osta­tecz­no­ści nie za­da­łem na­wet jed­nego py­ta­nia.

- Może ma­cie ochotę po­pły­nąć ju­tro do Mi­ko­ła­jek? - usły­sza­łem frag­ment roz­mowy Pawła i Mo­niki. - Rano od­cho­dzi sta­tek z Gi­życka. By­ły­ście w Mi­ko­łaj­kach?

- Nie! Przy­jeż­dżam tu od kilku lat i jesz­cze ni­gdy nie pły­nę­łam stat­kiem do Mi­ko­ła­jek. - Mo­nika chyba ma tro­chę w czu­bie. Rękę trzyma na udzie Pawła, sie­dzą tak bli­sko, że cały czas się do­ty­kają. Boże, z jaką ła­two­ścią im to przy­cho­dzi! - Majka, co ty na to? Je­dziemy? - zwró­ciła się do przy­ja­ciółki. Wy­daje mi się, czy w jej gło­sie wy­czu­łem bła­galną nutę? Spoj­rza­łem na Mo­nikę. Czyżby była aż tak zde­spe­ro­wana?

- No nie wiem... - Majka wzru­szyła ra­mio­nami, na­wet nie pa­trząc na Mo­nikę.

- Ej, Maja! - Mo­nika na­chy­liła się i przez chwilę coś szep­tały.

Pa­weł spoj­rzał w moją stronę, pu­ścił do mnie oko i się uśmiech­nął. Ależ jest pewny swego!

- Bądź­cie go­towe o ósmej! Po­pły­niemy so­bie w siną dal. - Za­śmiał się, obej­mu­jąc Mo­nikę.

Maja wle­piła oczy w Pawła.

- Nie lu­bię, kiedy ktoś po­dej­muje de­cy­zje za mnie, pro­szę pana - syk­nęła w jego kie­runku.

Pa­weł uniósł brwi ze zdzi­wie­nia, na­wet Mo­nika rzu­ciła krót­kie: "Majka", ale przy­ja­ciółka chyba jej nie usły­szała.

- Je­śli ma pan ochotę, może pan so­bie pły­nąć na­wet do­okoła świata, ale pro­szę mnie nie uwzględ­niać w swo­ich pla­nach bez mo­jej zgody, zro­zu­miano?

Spo­sób, w jaki Pa­weł stał się "pa­nem", za­słu­guje na uwagę. Dziew­czyna wie, czego chce, moje wcze­śniej­sze wy­obra­że­nie o niej było cał­ko­wi­cie mylne. Ona nie sie­działa ci­cho jak mysz pod mio­tłą, ona przy­go­to­wy­wała się do ataku. A kiedy ude­rzyła, nie mo­głem na­pa­trzeć się na Pawła, bo po raz pierw­szy od dłuż­szego czasu nie wie­dział, co ma po­wie­dzieć.

- Do­brze, to może w ta­kim ra­zie za­py­tamy pa­nią, czy ży­czy so­bie być uwzględ­niona w pla­no­wa­niu na­szej ju­trzej­szej wy­prawy? - ode­zwa­łem się w tym sa­mym to­nie co ona.

Spoj­rzała na mnie za­sko­czona i przez chwilę mia­łem wra­że­nie, że to­czymy ja­kiś nie­okre­ślony po­je­dy­nek.

- Majka, pro­szę cię... - usły­sza­łem bła­galny szept Mo­niki. - Może być faj­nie, pro­szę...

- Mo­nia, ale ja...

- Pro­szę...

Wy­mie­niły spoj­rze­nia, co w moim mnie­ma­niu zna­czyło jedno: "Zrób to dla mnie, a będę twoją dłuż­niczką do końca ży­cia".

- Niech bę­dzie - jęk­nęła w końcu zre­zy­gno­wana Maja i przez chwilę mia­łem wra­że­nie, że cho­dzi o coś in­nego niż wy­cieczka.

MAJA

Chło­pak, któ­rego Mo­nia nie­ustan­nie po­rów­nuje do Ta­keru, zor­ga­ni­zo­wał nam wy­cieczkę, trzy­go­dzinny rejs ma­zur­skimi je­zio­rami Gi­życko-Mi­ko­łajki i trzy­go­dzinny po­wrót Mi­ko­łajki-Gi­życko. W ze­sta­wie atrak­cji jest pły­wa­nie je­zio­rami i ka­na­łami, po­dzi­wia­nie ma­zur­skiego kra­jo­brazu i ta­kie tam... Naj­bar­dziej prze­ra­żają mnie trzy go­dziny na statku, naj­pierw w jedną stronę, póź­niej w drugą, na wo­dzie... głę­bo­kiej wo­dzie... "Boże, gdyby coś się stało, umrę na amen, bez moż­li­wo­ści ucieczki". Wy­znam jak księ­dzu na spo­wie­dzi, pa­nicz­nie boję się wody, pa­nicz­nie! Prze­raża mnie świa­do­mość uno­sze­nia się na niej i nie­do­ty­ka­nia dna, nie umiem pły­wać! Kiedy wcho­dzę do wody, od razu przed oczami staje mi wi­dok, jak się to­pię! Bo nie ma in­nego wyj­ścia! "Na pewno się uto­pię albo wy­padnę ze statku, albo fala mnie zmyje, albo... no cóż, na pewno zginę tra­gicz­nie. W wo­dzie! W je­zio­rze! Nie do­płynę do Mi­ko­ła­jek!" Tak przy­naj­mniej my­śla­łam przez całą drogę do Gi­życka. I kom­bi­no­wa­łam, w jaki spo­sób wy­mi­gać się od tej wy­cieczki. Mo­nia ab­so­lut­nie nie przy­jęła do wia­do­mo­ści, że nie po­jadę, nie prze­ko­na­łam jej ani na­szych to­wa­rzy­szy. Nie po­mo­gły wy­mówki, rze­czowe ar­gu­menty ani bła­ga­nia! Mu­sia­łam je­chać! I po­je­cha­łam, a jakże! Wsia­dłam do auta Moni - bo to nim po­sta­no­wi­li­śmy do­trzeć do portu - ma­jąc na­dzieję, że ten dzień szybko mi­nie. Za­ję­łam tylną ka­napę, obok Kuby, jak­żeby ina­czej! Mo­nia za kie­row­nicą, Pa­weł obok niej! Po kilku mi­nu­tach jazdy zro­zu­mia­łam, że dys­ku­sji z przy­ja­ciółką nie bę­dzie, tak bar­dzo jest za­ab­sor­bo­wana nowo po­zna­nym męż­czy­zną. Chcąc nie chcąc, do­sta­łam do pary Kubę. Sta­ram się być miła, od­po­wia­dam grzecz­nie na py­ta­nia, de­li­kat­nie okra­sza­jąc swoje wy­po­wie­dzi sar­ka­zmem. A ten, któ­remu wczo­raj za­fun­do­wa­łam pra­nie (w sen­sie, że Kuba), śmieje się, jak­bym opo­wia­dała dow­cipy. O nie! Już ja mu po­każę!

Zdą­ży­li­śmy w ostat­niej chwili i nie dla­tego, że wy­je­cha­li­śmy zbyt późno, tylko że szu­ka­li­śmy miej­sca par­kin­go­wego, a gdy w końcu je zna­leź­li­śmy, oka­zało się, że przed nami kil­ka­na­ście mi­nut szyb­kiego mar­szu do portu. Na wi­dok cze­ka­ją­cego na nas statku prze­ży­łam roz­cza­ro­wa­nie, które spo­tę­go­wało mój strach. Prawdę mó­wiąc, spo­dzie­wa­łam się cze­goś in­nego, a przy brzegu stały ja­kieś dwa trupy, po­rdze­wiałe, dawno nie­od­na­wiane, spra­wia­jące wra­że­nie, jakby miały za chwilę tra­fić na stat­kowy cmen­tarz. I niby tym mie­li­śmy bez­piecz­nie do­trzeć do Mi­ko­ła­jek?

"O rany! - po­my­śla­łam na ich wi­dok. - Ta kupa złomu, którą na­zy­wają stat­kiem, na pewno nie wy­trzyma ca­łego rejsu. Boże! Ten sil­nik rzęzi, jakby miał się za chwilę za­ciąć! I co wtedy? Z jaką pręd­ko­ścią bę­dziemy pły­nąć? O cho­lera! Wła­śnie od­bi­jamy! W imię Ojca i Syna... Nie chcę umie­rać! Pły­niemy! Su­niemy po­wo­lutku! Uno­simy się na wo­dzie! Za­raz do­stanę cho­roby mor­skiej! Jezu! Pierw­szy raz płynę ja­kim­kol­wiek stat­kiem, po­win­nam do­stać cho­roby mor­skiej! Wszy­scy do­stają! Nie jest mi nie­do­brze! Świet­nie się czuję, nic mi nie jest!" - my­śla­łam in­ten­syw­nie, kur­czowo trzy­ma­jąc się ławki. Ba­łam się na­wet ru­szyć głową, nie było mowy o wsta­wa­niu i po­dzi­wia­niu wi­do­ków! - "Dzię­kuję bar­dzo! Też mi wi­doki! Woda! Jesz­cze raz woda! I jesz­cze wię­cej wody! Co tu jest ta­kiego pięk­nego na tych Ma­zu­rach? Na­wet po­rząd­nej plaży nie ma! Nie jest mi nie­do­brze! Dla­czego nie mam cho­roby mor­skiej? Prze­cież kiwa?!"

Mo­nika i Ta­keru (o, prze­pra­szam, ten chło­pak ma na imię Pa­weł, hi, hi, hi) łażą po ca­łym po­kła­dzie, trzy­ma­jąc się za ręce. Mogę się za­ło­żyć, że wie­czo­rem bę­dzie bzy­kanko! Na pewno! W końcu obojgu bar­dzo na tej wy­cieczce za­le­żało!

A obok mnie usiadł Kuba! Też nie miał gdzie! Mógłby so­bie pójść, nie mam ochoty na ja­kieś grzecz­no­ściowe kon­wer­sa­cje... Wczo­raj wy­głu­pi­łam się to­tal­nie, wy­la­łam na niego piwo! A po­tem ta wy­miana zdań na we­ran­dzie! Chyba mi wy­ba­czył!

- Jak się czu­jesz? - za­py­tał.

- Fan­ta­stycz­nie - od­par­łam. - Świetna po­goda na rejs, prawda?

Po­pa­trzył na mnie uważ­nie.

- Na pewno do­brze się czu­jesz? - po­wtó­rzył py­ta­nie.

- Bre­dzę? - za­py­ta­łam prze­stra­szona.

- Nie - ro­ze­śmiał się. - Ale twoja twarz ma taki ko­lor. - Po­ka­zał po­ma­lo­wany na zie­lono re­ling. Śmiał się do łez. Ha, ha, ha, świetny po­wód do re­cho­ta­nia na całe gar­dło. - Bo­isz się? - za­py­tał tro­skli­wie.

- Nie, skąd! W ogóle! - za­prze­czy­łam na­tych­miast. - Czego tu się bać? Prze­cież pły­niemy! Nic nam się nie sta­nie! Dla­czego mia­łoby się coś stać?

Kuba mi nie uwie­rzył, moje za­pew­nie­nia wziął za oznakę szoku. Za­ci­snę­łam moc­niej dłoń na re­lingu. Niech to szlag, za­uwa­żył!

- Za­mie­rzasz tak sie­dzieć przez trzy go­dziny?

- A dla­czego nie? Po­goda jest fajna, wi­doki też ni­czego... Poza tym co tu można ro­bić? - Głos mi drży. W du­chu mo­dlę się o jak naj­szyb­szy ko­niec tego rejsu.

- Chodź. - Ujął mnie za dłoń.

O nie! Na pewno się nie pod­niosę! Wszystko we mnie krzy­czy. Pa­nicz­nie się boję! A jed­nak gdy mnie po­cią­gnął za rękę, wsta­łam. "Wow! Stoję! Nie wpa­dam do wody!"

Praca sil­nika wy­daje się jed­no­stajna, bez żad­nych nie­po­ko­ją­cych oznak, sta­tek pły­nie wolno, nie szar­pie. Mi­jamy ma­cha­ją­cych nam że­gla­rzy - o nie! Na taką ma­leńką łajbę jak ta ich nikt by mnie nie wsa­dził!

Obok mnie stoi Kuba. Fajny z niego fa­cet. Nie­wiele o nim wiem, tak na­prawdę nic, ale po­doba mi się, tak po ludzku, jak męż­czy­zna ko­bie­cie. Zwłasz­cza ten pie­przyk... Zer­kam na niego co chwila. Cie­kawe, co so­bie o mnie po­my­ślał? Wczo­raj nie by­łam zbyt miła, ba! dla po­stron­nego ob­ser­wa­tora by­łam zoł­zo­watą ję­dzą. W ogóle się nie sta­ra­łam i zro­bi­łam chyba naj­gor­sze pierw­sze wra­że­nie ever! A on wcale nie jest taki zły! Na­prawdę! Wy­soki, co od razu czyni go in­te­re­su­ją­cym. Po­do­bają mi się wy­socy męż­czyźni, przy któ­rych mogę się po­czuć jak mała, słaba ko­bietka. No więc Kuba jest wy­soki. Na do­da­tek przy­stojny, co­kol­wiek to zna­czy. O ko­bie­cie po­wie­dzia­ła­bym, że jest szczu­pła, o fa­ce­cie mówi się "przy­stojny" i każdy ro­zu­mie to, jak chce. Ja ro­zu­miem tak: jest obłędny. I na do­da­tek po tych wszyst­kich do­cin­kach z po­przed­niego dnia od­nosi się do mnie miło i kul­tu­ral­nie. Pa­trzę na niego ukrad­kiem i wi­dzę każdą zmarszczkę mi­miczną, jaka mu się ry­suje, gdy się śmieje; ob­ser­wuję jego twarz i re­je­struję szcze­góły. Wła­ści­wie wszystko różni go od mo­jego męża. Kuba ma po­cią­głą twarz, ład­nie wy­rzeź­bione usta i ten pie­przyk. Ładne oczy. Piwne, jak moje, ale jest w nich coś, co przy­ciąga. I zwraca uwagę. Moją na pewno. Co tu robi taki in­te­re­su­jący chło­pak? Na do­da­tek bez ko­biety? Nie­moż­liwe prze­cież, żeby był sa­motny, w to ja­koś nie chce mi się wie­rzyć! Nie­moż­liwe...

- Słu­cham? - Kuba coś do mnie mówi.

Czyż­bym my­ślała na głos?

- Nie, nic, tak tylko się za­sta­na­wiam... - po­wie­dzia­łam ci­cho, ale po chwili do­da­łam: - Co taki fa­cet robi sam na wa­ka­cjach?

Uśmiech­nął się cie­pło.

- Nie je­stem sam, to po pierw­sze. Pa­weł miał chęć na mo­to­rową wy­prawę, za­ra­ził mnie swoim en­tu­zja­zmem i oto je­ste­śmy...

- Jak kow­boje... - po­wie­dzia­łam. Tylko za­miast ży­wych zwie­rząt mieli pod sobą sta­lowe ru­maki. I cał­ko­witą wol­ność.

- Tak... rze­czy­wi­ście... A ty? Wy? To zna­czy...

Chyba wiem, o co chce za­py­tać.

- Mo­nika wy­cią­gnęła mnie na ty­dzień z domu. Wła­śnie stra­ci­łam pracę, mąż wy­je­chał za gra­nicę. Za­miast sie­dzieć w czte­rech ścia­nach, to­wa­rzy­szę mo­jej przy­ja­ciółce... - Roz­glą­dam się po po­kła­dzie.

Mo­nia i Pa­weł stoją ob­jęci przy re­lingu, naj­wi­docz­niej bar­dzo sobą za­jęci nie zwra­cają uwagi na oto­cze­nie. Co chwila się ca­łują. Je­stem pewna, że na tym się nie skoń­czy.

- Masz męża? - usły­sza­łam py­ta­nie.

Ner­wowo się za­śmia­łam. Dla­czego on pyta o mo­jego męża?

- Tak jakby... - bąk­nę­łam.

- Tak jakby? - po­wtó­rzył. - A co to zna­czy?

- Mniej­sza z tym. - Mach­nę­łam ręką. - Po­wiedzmy, że teo­re­tycz­nie je­stem za­mężna...

- Teo­re­tycz­nie, tak? A prak­tycz­nie?

Po­pa­trzy­łam na niego z iry­ta­cją. Nie mam ochoty opo­wia­dać mu o Jacku.

- Nie twoja sprawa - po­wie­dzia­łam może tro­chę zbyt aro­gancko.

Zro­zu­miał. Sta­li­śmy obok sie­bie, pa­trząc, jak sta­tek prze­cina wodę, jak two­rzą się fale, jak z im­pe­tem wrzy­namy się w błę­kitny mo­no­lit. Ule­ciał ze mnie strach, obawa, że coś złego może mi się stać pod­czas tego rejsu, spo­koj­nie pa­trzy­łam na wodę.

- Spod ja­kiego znaku zo­diaku je­steś? - za­py­tał Kuba.

Nie wiem, po co o to pyta. Dla­czego in­te­re­suje go mój znak zo­diaku?

- Wod­nik - po­wie­dzia­łam szybko.

Kuba się za­śmiał, a wła­ści­wie za­re­cho­tał tu­bal­nie, mocno, z głębi swo­jego je­ste­stwa.

- Pierw­szy raz wi­dzę wod­nika, który pa­nicz­nie boi się wody. - Miał za­łza­wione oczy.

Cho­lera! Fa­cet nie­mal pła­czący ze śmie­chu i ten jego pie­przyk nad górną wargą... Po­czu­łam dreszcz pod­nie­ce­nia. Po­doba mi się! W ni­czym nie przy­po­mina mo­jego męża. Ja­cek jest nie­wy­soki, krępy, za­czyna de­li­kat­nie ły­sieć i ma za­rys mię­śnia piw­nego, a Kuba... no cóż... Z po­wo­dze­niem mógłby wy­stę­po­wać w te­le­wi­zji... Jest taki... taki... atrak­cyjny! Tak, to naj­lep­sze okre­śle­nie, ide­al­nie do niego pa­suje.

Wes­tchnę­łam ci­cho. Jak to się dzieje, że naj­faj­niej­szych fa­ce­tów po­znaje się za późno? Gdy­bym znała go kilka lat wcze­śniej... Gdyby bab­cia miała wąsy - pod­po­wie­dział mi mój we­wnętrzny głos. Bez sensu, to­tal­nie bez sensu... Ale, cho­lera, ładny!

Za­raz, za­raz, o czym to on mó­wił? O wod­niku, który boi się wody? Że niby ja, tak?

- Kie­dyś po­szłam z oj­cem nad za­lew - za­czę­łam. - Mia­łam wtedy osiem lat, we­szłam do wody... Umia­łam pły­wać, ale tam­tego dnia się to­pi­łam, a oj­ciec tylko krzy­czał z brzegu: "Da­waj, da­waj, cór­cia, płyń". Na­wet nie sko­czył do mnie, stał na brzegu i pa­trzył, cze­kał. Pa­mię­tam, że mia­łam wów­czas ta­kiego okrop­nego pie­tra... - Na wzmiankę o tym ze­sztyw­nia­łam, wspo­mnie­nia wciąż są dla mnie trudne. Cią­gle czuję smak wody w ustach. - Oj­ciec chciał mnie zdo­pin­go­wać do wy­tę­żo­nej pracy, ale to nie­stety przy­nio­sło od­wrotny sku­tek. To­pi­łam się. Gdyby nie ja­kiś chło­pak, który zła­pał mnie i do­cią­gnął do brzegu, nie wiem, jak by się to skoń­czyło. Na brzegu tata po­kle­pał mnie po ple­cach i po­wie­dział, że jest ze mnie dumny. A ja chcia­łam, żeby mnie przy­tu­lił, bo tak się ba­łam...

- Prze­pra­szam - usły­sza­łam szept Kuby. Już się nie śmiał. - Nie wie­dzia­łem... - Ob­jął mnie, wi­dząc, że za­drża­łam.

- Nie mo­głeś wie­dzieć - uspra­wie­dli­wi­łam go nie­mal na­tych­miast. Nie prze­szka­dza mi, że wciąż mnie obej­muje, jest to na­wet przy­jemne. - Od tam­tej pory mam cza­sem ta­kie my­śli...

- No już, do­brze. - De­li­kat­nie mnie po­ca­ło­wał. Tak po pro­stu, na­chy­lił się i... cmok! Nie po­tra­fi­łam nor­mal­nie za­re­ago­wać! Po­win­nam była go zblu­zgać, a tym­cza­sem roz­chy­li­łam usta, jak­bym sama o to pro­siła!

MONIKA

Czy ktoś mógłby dać mi kopa w cztery li­tery? I po­wie­dzieć, że je­stem idiotką? Bo je­stem, bez dwóch zdań! To ja wy­cią­gnę­łam Maję na Ma­zury, to ja pro­si­łam, by ze mną po­je­chała, i to ja wresz­cie spo­tka­łam tam fa­ceta mo­ich ma­rzeń. I co z tego? Kło­poty... Pa­weł jest ide­alny: wy­soki, z de­li­kat­nym za­ro­stem, po­tar­ga­nymi wło­sami i roz­ma­rze­niem w oczach. Jakby zma­te­ria­li­zo­wał się wy­twór mo­jej wy­obraźni in­spi­ro­wany głów­nie pew­nym pi­ra­tem. Jest śliczny, per­fek­cyjny...

A ja wcze­śniej bre­dzi­łam coś do Majki o przy­mu­so­wym po­ście i te­raz pew­nie bie­daczka my­śli, że je­stem pusz­czal­ska, niech to ja­sny gwint! Nic dziw­nego, że na statku pa­trzy na mnie tak ja­koś zna­cząco, jakby za chwilę miała po­wie­dzieć: "Uwa­żaj, ko­cha­nie". Uwa­żam, na­prawdę uwa­żam!

Po­sta­no­wi­łam od­po­cząć na tym urlo­pie, po­trze­buję tego. Ha­ro­wa­łam jak wół, za dwóch, trzech, cza­sami za dzie­się­ciu. Ale czego się nie robi dla pie­nię­dzy! Od lat pra­cuję jako spe­dy­torka. Za­czy­na­łam na kra­jówce, a te­raz mogę prze­pro­wa­dzić de­li­kwenta przez cały świat. Je­stem w tym do­bra i lu­bię to, co ro­bię. Jed­nego dnia bar­dziej, dru­giego mniej, ale na ra­zie nie wy­obra­żam so­bie, że­bym mo­gła ro­bić coś in­nego. Kręci mnie to, lu­bię co­dzienną dawkę ad­re­na­liny. Wy­kań­cza mnie, wiem, ale daje też po­rząd­nego kopa.

Rzadko o tym mó­wię, jed­nak ro­bię wszystko, aby nie bra­ko­wało mi od pierw­szego do pierw­szego. Wy­star­czą mi do­świad­cze­nia, ja­kie mam za sobą: nędzne miesz­ka­nie, wiecz­nie za­pity oj­ciec, za­stra­szona matka i no­to­ryczny brak pie­nię­dzy. Kiedy wy­je­cha­łam na stu­dia z jedną wa­li­zeczką, obie­ca­łam so­bie, że ni­gdy do nich nie wrócę. I nie wró­ci­łam. Wy­kre­śli­łam ich ze swo­jego ży­cia raz a do­brze. Nic od nich nie chcia­łam i ma­rzy­łam tylko o tym, żeby oni też dali mi spo­kój. No i mam spo­kój. Cał­ko­wity.

Nie zda­wa­łam so­bie jed­nak sprawy, że będę czuła ich obec­ność każ­dego dnia, że będą wpły­wać na moje ży­cie, na­wet je­śli fi­zycz­nie są nie­obecni. I wpły­wają. Naj­bar­dziej oj­ciec. To przez niego mam pro­blemy ze zbu­do­wa­niem trwa­łej re­la­cji, to do niego po­rów­nuję nie­mal wszyst­kich po­zna­wa­nych męż­czyzn i prę­dzej czy póź­niej tracę do nich za­ufa­nie. Albo wcale go nie na­bie­ram. To, co w re­alu jest nie­mal awy­ko­nalne, re­ali­zuje się w mo­ich ma­rze­niach. To tam, w tym moim dru­gim świe­cie, mam swo­jego Ja­poń­czyka, swoje ży­cie. Ma­rzę więc. O ide­ale, o praw­dzi­wym uczu­ciu, o ro­dzi­nie. Za nic nie po­wie­dzia­ła­bym tego gło­śno, ale ta­kie wła­śnie my­śli cho­dzą mi od ja­kie­goś czasu po gło­wie.

Nie­spełna rok wcze­śniej po­zna­łam Ka­mila. Na pierw­szy rzut oka fa­cet ni­czego so­bie, na­wet mó­wił cał­kiem sen­sow­nie. Był moim klien­tem i an­ga­żu­jąc się w zwią­zek z nim, zła­ma­łam pod­sta­wową za­sadę, nie tylko spe­dy­to­rów, aby jak ognia uni­kać pry­wat­nych związ­ków z kon­tra­hen­tami. Zresztą Ka­mil wy­da­wał się taki inny... roz­sądny... Za­czę­li­śmy się uma­wiać. Po­cząt­kowo pełna re­zerwy, szybko się za­an­ga­żo­wa­łam, bo jak nikt po­tra­fił mnie roz­śmie­szyć. Przy­no­sił mi do­nicz­kowe kwiatki, twier­dząc, że mu szkoda cię­tych, za­bie­rał mnie we wszyst­kie miej­sca, w ja­kie chło­pak po­wi­nien za­brać dziew­czynę. Za­li­cza­li­śmy ko­lejne se­anse w ki­nie, wpa­da­li­śmy do McDo­nalda, spa­ce­ro­wa­li­śmy w świe­tle księ­życa. Po trzech mie­sią­cach po­sta­no­wi­li­śmy ra­zem za­miesz­kać, ot tak, po pro­stu, dla wy­gody. Wpro­wa­dzi­łam się do niego, wy­naj­mo­wał więk­sze miesz­ka­nie, mie­li­śmy za­tem wię­cej miej­sca. A za­raz po­tem po­je­cha­li­śmy na pierw­szy wspólny urlop. Do Fran­cji, do jego ku­zy­no­stwa. Mie­li­śmy do dys­po­zy­cji ich dom i sa­mo­chód. Mo­gli­śmy jeź­dzić, do­kąd tylko za­pra­gnę­li­śmy. Wy­ko­rzy­sty­wa­li­śmy to więc do bólu. By­li­śmy szczę­śliwi, czu­łam, że tra­fi­łam na męż­czy­znę swo­jego ży­cia. Do czasu. Po ko­lej­nych sied­miu mie­sią­cach przy­ła­pa­łam go in fla­granti w na­szym wspól­nym łóżku z inną ko­bietą. Wy­szłam z domu, jak sta­łam, w ca­łym tym nie­szczę­ściu cie­sząc się, że nie zdą­ży­li­śmy ku­pić miesz­ka­nia, o któ­rym mó­wi­li­śmy. Miesz­ka­nie ku­pię so­bie sama, jak będę chciała!

Aby po­zbie­rać się do kupy, po­sta­no­wi­łam wy­je­chać. Za­re­zer­wo­wa­łam ter­min, za­dzwo­ni­łam do Irenki - znam ją od lat - i po­sta­no­wi­łam wziąć do to­wa­rzy­stwa Maję. Mu­sia­łam za­po­mnieć o pracy, o cał­ko­wi­cie nie­uda­nym ży­ciu uczu­cio­wym i choć wciąż prze­ży­wa­łam roz­sta­nie, cza­sem po­zwa­la­łam, aby z mo­ich ust wy­cho­dziły ta­kie wła­śnie tek­sty o po­ście i czymś tam jesz­cze. Oczy­wi­ście, że prze­spa­łam się z Paw­łem, ale nie zro­bi­łam tego z de­spe­ra­cji, co to, to nie! Gdyby tak nie wy­glą­dał, nie zwró­ci­ła­bym na niego uwagi. Chyba...? I choć do­sko­nale zdaję so­bie sprawę z tego, że on ni­jak nie przy­po­mina mo­jego ulu­bio­nego ak­tora, coś jed­nak każe mi na niego pa­trzeć wła­śnie w ten spo­sób. Może to jego włosy, a może piękne, brą­zowe, nie­mal czarne oczy albo roz­ma­rzone spoj­rze­nie... Sama nie je­stem pewna. Wiem tylko tyle, że ile­kroć na niego pa­trzę, przy­cho­dzi mi na myśl Hi­mura. No cóż, mam taką sła­bość, uwiel­biam Bat­to­saia, ko­cham go i całą tę otoczkę wo­kół. No i Ta­keru Sa­toh w roli by­łego za­bójcy to strzał w dzie­siątkę, se­rio!

I na­gle tu, w tej ma­zur­skiej głu­szy, gdzieś na końcu świata, wi­dzę fa­ceta, który nie­ustan­nie przy­po­mina mi mo­jego ulu­bieńca. Moje ma­rze­nia na­brały re­al­nych kształ­tów! Co in­nego mo­głam zro­bić? Nie iść z nim do łóżka - po­wie­dzia­łaby Maja. Jaka ona mą­dra!

Nie ża­łuję jed­nak, było cu­dow­nie. Po raz pierw­szy w swoim krót­kim, bądź co bądź, ży­ciu zro­bi­łam coś tak sza­lo­nego. Po­szłam na ży­wioł, w ogóle nie za­sta­na­wia­jąc się nad kon­se­kwen­cjami. W końcu ja­kie mo­gły być?

Do po­koju wró­ci­łam po pół­nocy, otwo­rzy­łam ci­cho drzwi, sta­ra­jąc się nie na­ro­bić ha­łasu, ale oka­zało się to zu­peł­nie nie­po­trzebne. Majka nie śpi, sie­dzi na łóżku i ogląda swoją ulu­bioną sta­cję in­for­ma­cyjną, dla mnie naj­gor­szą na świe­cie: non stop, przez całą dobę pu­bli­cy­styka, wia­do­mo­ści, re­por­taże. Co ona w tym wi­dzi? Nie ro­zu­miem jej po­trzeby oglą­da­nia wia­do­mo­ści przez cały czas. Brr...

- Jesz­cze nie śpisz? - za­py­ta­łam, bo nie bar­dzo wiem, co po­wie­dzieć. Wie, gdzie i z kim by­łam, nie ma sensu uda­wać, ale czuję się ja­koś nie­zręcz­nie. Szybko zrzu­cam su­kienkę, mu­szę wziąć prysz­nic, od­świe­żyć się. Ma­rzę o tym. Kiedy wy­szłam z ła­zienki, Maja wciąż sie­działa na łóżku, trzy­ma­jąc na ko­la­nach lap­top z otwar­tym do­ku­men­tem. Pra­cuje? Tu­taj? W nocy? Za­py­ta­łam o to.

- Nie mia­łam co ze sobą zro­bić... - Mówi to tak, jakby się tłu­ma­czyła. Oczy­wi­ście, ro­zu­miem.

- Mo­głaś iść spać - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem. - Nie je­stem ma­łym dziec­kiem, nie mu­sia­łaś na mnie cze­kać.

- My­lisz się, mu­sia­łam - po­wie­działa po­woli. No tak, za­pewne za­raz za­cznie swoją prze­mowę, swoje mą­dro­ści typu "przy­pad­kowy part­ner", "wa­ka­cyjny seks"... Nie mam ochoty na słu­cha­nie ka­za­nia. - Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać... - usły­sza­łam i za­mar­łam.

- Te­raz? Nie mo­żesz po­cze­kać do rana? - Za­nim skoń­czy­łam mó­wić, już wie­dzia­łam, że nie może.

- Prze­spa­łam się z Kubą - usły­sza­łam jej ci­chy szept.

Oh my God!

- Co? - za­py­ta­łam i spoj­rza­łam jej pro­sto w oczy. Jak mo­gła się prze­spać z Kubą? Kiedy? Gdzie? Dla­czego? Trwam w bez­ru­chu, zu­peł­nie jak­bym była wy­ku­tym z ka­mie­nia po­są­giem. Maja po­pra­wiła włosy, odło­żyła lap­top, który do tej pory trzy­mała na ko­la­nach, i po­wie­działa gło­śniej:

- Ko­cha­łam się z Kubą.

- Co? - Po raz wtóry py­tam "co"? Wku­rzyła się lekko.

- Prze­pra­szam, na­prawdę nie mia­łam tego w pla­nach, tak ja­koś... - usły­sza­łam. Matko! Ona mnie jesz­cze prze­pra­sza? Za co?

- Ma­jeczko... - Uję­łam jej dło­nie w swoje, są lo­do­wate.

- Czy ty chcesz mi po­wie­dzieć, że... - Wy­daje mi się to tak nie­praw­do­po­dobne, że w ogóle nie wie­rzę.

- Już to po­wie­dzia­łam. - Za­wsty­dzona, na­gle spu­ściła głowę. Moja ko­chana, uwiel­biana przeze mnie przy­ja­ciółka, mę­żatka... wła­śnie przy­pra­wiła Jac­kowi rogi! Tego to bym się ni­gdy po niej nie spo­dzie­wała!

Nie żeby była ja­koś szcze­gól­nie nie­atrak­cyjna czy coś. Maja jest tro­chę niż­sza ode mnie, pew­nie nie ma na­wet me­tra sie­dem­dzie­siąt, ład­nie zbu­do­wana, taka aku­rat. Ni­gdy spe­cjal­nie nie dbała o dietę, nie przej­mo­wała się, gdy waga wska­zy­wała ki­lo­gram czy dwa wię­cej, gu­biła to jakby po dro­dze, bez więk­szych wy­rze­czeń. Wy­gląda jak fajna, zdrowa ko­bieta, ma lekko za­ró­żo­wioną skórę i masę pie­gów na twa­rzy - w tym je­ste­śmy do sie­bie po­dobne! Od ja­kie­goś czasu ma dłu­gie włosy, które ukła­dają się ka­skadą w pięk­nym orze­cho­wym ko­lo­rze na jej ra­mio­nach i ple­cach. Ra­czej nie wiąże ich w kitkę, za­wsze wów­czas na­rzeka, że boli ją głowa - włosy ma na­prawdę gę­ste, nie to, co ja! Ni­gdy się nie za­sta­na­wia­łam, czy Majka wpada w oko fa­ce­tom. Nie jest osza­ła­mia­jącą pięk­no­ścią, ale ma w so­bie cie­pło, które przy­ciąga in­nych, po­wo­duje, że lu­dzie lgną do niej i chcą utrzy­my­wać z nią kon­takt. Jak ja! I zu­peł­nie nie prze­szka­dza mi to, że jej mąż jest ra­czej mru­kiem pa­trzą­cym na jej zna­jo­mych spode łba, na­uczy­łam się go igno­ro­wać. Maja jest mę­żatką. Od ośmiu lat. I choć nie­jed­no­krot­nie roz­ma­wia­ły­śmy o tym, że nie jest to mo­de­lowe mał­żeń­stwo, nie przy­pusz­cza­łam, że chce co­kol­wiek zmie­nić. Dla­tego wia­do­mość, że po­szła do łóżka z Kubą, tak mną wstrzą­snęła, nie są­dzi­łam, że Maja jest do tego zdolna. Za­sta­na­wiam się, kim tak na­prawdę jest dziew­czyna obok mnie. Znam ją od sze­ściu lat, ale jesz­cze ni­gdy, prze­nigdy nie zda­rzyło się, aby zła­mała ja­kie­kol­wiek za­sady. Co ta­kiego się wy­da­rzyło?

Moje prze­my­śle­nia prze­rwał jej głos.

- My­śla­łaś kie­dyś o tym, w jaki spo­sób ży­jesz? Czy ro­bisz to, co chcesz? Czy zro­bi­łaś kie­dyś coś albo cze­goś nie zro­bi­łaś i bar­dzo tego ża­ło­wa­łaś?

No pro­szę! Naj­pierw przy­znaje mi się, że zdra­dziła męża, a te­raz za­czyna roz­mowę o ży­ciu! Fi­lo­zo­fo­wa­nia jej się za­chciało! W środku nocy!

- Chcesz po­wie­dzieć, że drę­czą cię te­raz wy­rzuty su­mie­nia? - za­py­ta­łam za­nie­po­ko­jona. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej pra­gnę, jest de­pre­sja mo­jej przy­ja­ciółki z po­wodu let­niej przy­gody. Na urlo­pie!

- Nie - od­parła miękko. Usia­dła, pod­cią­gnęła pod brodę ko­lana i ob­jęła je ra­mio­nami. Wy­gląda, jakby chciała się scho­wać. - W ogóle nie ża­łuję, że do tego do­szło... tylko...

- Tylko co? - po­na­gli­łam ją. Umie­ram z cie­ka­wo­ści!

- Je­stem ci wdzięczna, że mnie tu przy­wio­złaś - usły­sza­łam i za­mar­łam. Maja mó­wiła, tylko nie to, co chcia­łam usły­szeć. - Zro­zu­mia­łam tu­taj jedną rzecz.

- Jaką?

- Że w moim ży­ciu cze­goś bra­kuje, że nie jest ono ta­kie, ja­kie chcia­ła­bym mieć. Na­prawdę nie masz po­czu­cia, że coś cię omija? Że cze­goś nie zro­bi­łaś? Że chcia­ła­byś coś zmie­nić? Nie wiem, praca...

- Bo ja wiem... - za­czę­łam nie­pew­nie. Po raz pierw­szy sta­ram się sama so­bie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. - Co prawda skoń­czy­łam so­cjo­lo­gię, ale na­wet mi­nuty nie prze­pra­co­wa­łam w za­wo­dzie, tak ja­koś wsią­kłam w spe­dy­cję, wiem, że to jest to, co lu­bię i co chcę ro­bić. Nie szu­kam na ra­zie ni­czego no­wego.

- Tak - wes­tchnęła. - Wiem. - Pa­trzyła w bli­żej nie­okre­ślony punkt na ścia­nie.

- Je­zus Ma­ria! Majka! Co też ci cho­dzi po gło­wie? Je­śli po­trze­bu­jesz do­brego psy­cho­loga, mogę cię do ta­kiego za­pro­wa­dzić, tylko mi tu te­raz nie łap ja­kiejś de­pre­sji, pro­szę cię!

Za­śmiała się.

- Nie mam za­miaru!

- No ja my­ślę! Jak chcesz po­du­mać o tym, co jest w ży­ciu naj­waż­niej­sze, mam coś dla cie­bie. - Się­gnę­łam do torby i wy­cią­gnę­łam z niej nie­dużą książkę no­szącą ślady wie­lo­krot­nego czy­ta­nia i upstrzoną ko­lo­ro­wymi kar­tecz­kami z za­zna­czo­nymi co cie­kaw­szymi frag­men­tami. Dla mnie cała książka jest warta za­zna­cze­nia. If cats di­sap­pe­ared from the world. - Prze­czy­taj, nie po­ża­łu­jesz.

Majka się­gnęła po książkę i przyj­rzała się jej z re­zerwą.

- Co to?

- Książka - od­par­łam zdzi­wiona i za­raz do­da­łam: - Tylko żad­nych uprze­dzeń. Prze­czy­taj, pro­szę.

Majka nie wy­gląda na prze­ko­naną.

- Po pol­sku nie było?

- Nie ma­rudź! - Po­pa­trzy­łam na nią uważ­nie. - I po­wiedz mi wresz­cie, co cię drę­czy.

- Mnie? - Wy­dała się za­sko­czona py­ta­niem. - No cóż... Ze mną to jest tak: kiedy oboje z Jac­kiem za­pra­gnę­li­śmy cze­goś wię­cej w na­szym związku, po­le­cie­li­śmy wziąć ślub. I nie prze­szka­dzało mi to, że tak na­prawdę miał to być żart, że na suto za­kra­pia­nej im­pre­zie, mocno wsta­wieni, za­ło­ży­li­śmy się z kimś, że uda nam się zor­ga­ni­zo­wać wszystko w ty­dzień. Nie udało się, prze­gra­li­śmy, ale ślub i tak się od­był. Wiesz, że Ja­cek był moim pierw­szym fa­ce­tem? Że po­szłam z nim do łóżka do­piero po ślu­bie?

Sta­ram się za­cho­wać po­wagę, choć gdzieś w środku nie wie­rzę w to, co wła­śnie usły­sza­łam.

- Zgry­wasz się? - Mu­sia­łam się upew­nić.

Majka po­krę­ciła głową. Za­cho­wy­wała nie­sa­mo­witą po­wagę.

- Tak było - po­twier­dziła. - Wów­czas uwa­ża­łam, że to w po­rządku. Seks upra­wia się z mę­żem, prawda?

Py­ta­nie za­wi­sło w próżni. Chyba czeka na moją re­ak­cję, a je­dyne, co mi przy­szło do głowy, to:

- Na­prawdę tak my­śla­łaś?

- Oczy­wi­ście, tak zo­sta­łam wy­cho­wana. Naj­pierw ślub. Po stu­diach zna­la­złam pracę, bo też tak wy­pa­dało. Po­trze­bo­wa­li­śmy pie­nię­dzy. Nie zde­cy­do­wa­li­śmy się na dziecko, bo... Dzięki Bogu cho­ciaż w tej ma­te­rii wy­ka­za­li­śmy tro­chę zdro­wego roz­sądku. Wszystko ro­bi­łam, bo tak trzeba. Dla Jacka, dla ro­dzi­ców, dla in­nych. W tym wszyst­kim za­po­mnia­łam o so­bie, o swo­ich ma­rze­niach, pla­nach. Zmie­ni­łam się, i to bar­dzo, nie po­zwa­la­łam so­bie na­wet na odro­binę sza­leń­stwa, na to, by być sobą. Po pro­stu.

- A te­raz je­steś sobą? - Nie mo­głam nie za­dać tego py­ta­nia. Czy praw­dziwa twarz Mai ob­ja­wiała się przez ko­cha­nie się z kimś pra­wie nie­zna­jo­mym? Tego jej bra­kuje?

Za­śmiała się, jakby czy­tała mi w my­ślach.

- Po­wiedzmy, że otwo­rzy­łam oczy na pewne rze­czy. Zro­zu­mia­łam, że ży­łam do tej pory w klatce i nie wi­dzia­łam, co się dzieje na ze­wnątrz. - Za­my­śliła się, po­pra­wiła się na łóżku, sia­da­jąc po tu­recku. - To, co się wy­da­rzyło mię­dzy Kubą a mną, było ta­kie... ra­do­sne, spon­ta­niczne. Zero pla­no­wa­nia. Stało się, bo tego chcie­li­śmy, a nie dla­tego, że tak trzeba. Kiedy tu wró­ci­łam... nie bar­dzo wie­dzia­łam, co ze sobą zro­bić, więc się­gnę­łam po lap­topa. - Uśmiech­nęła się, jakby sama nie wie­rzyła, że to zro­biła. - Wiesz, że w tym wszyst­kim ja po pro­stu za­po­mnia­łam o swo­ich ma­rze­niach? A tyle chcia­łam zro­bić! Skoń­czyć stu­dia, mieć fajną pracę, po­dró­żo­wać, na­pi­sać książkę... Po­patrz, co zro­bili Pa­weł i Kuba. Wsie­dli na mo­tory i ru­szyli w Pol­skę. Ja też bym tak chciała.

Te­raz to już nic nie ro­zu­miem. Czy je­dy­nym wnio­skiem z na­szej roz­mowy ma być to, że Majka ma­rzy o mo­to­rze?

- Chcesz ku­pić so­bie mo­tor? - za­py­ta­łam za­sko­czona.

- Nie! - Maja znów się za­śmiała. - Ale bra­kuje mi wol­no­ści. Nie chcę być ogra­ni­czona przez ni­kogo, nie chcę żyć tak, jak ocze­kują tego inni. Chcę iść wła­sną drogą, po­peł­niać swoje błędy, być szczę­śliwa...

- No do­bra. Co w ta­kim ra­zie ma z tym wspól­nego... - za­czę­łam, ale za­raz zro­bi­łam długą pauzę. Uświa­do­mi­łam so­bie, co Majka przed chwilą po­wie­działa. - Chcesz na­pi­sać książkę?

Spe­cjal­nie ak­cen­to­wa­łam do­bit­nie każde słowo. Po­ję­cia nie mia­łam, że my­śli o czymś ta­kim. Nie znam ni­kogo, kto na­pi­sał książkę, ani tym bar­dziej ni­kogo, kto chciałby to zro­bić. Majka ski­nęła głową spe­szona. Zdała so­bie sprawę z tego, że po raz pierw­szy roz­ma­wiamy na taki te­mat.

- To ci wła­śnie pró­buję po­wie­dzieć. Wpadł mi tu do głowy pe­wien po­mysł i chcę spró­bo­wać na­pi­sać to, co mi sie­dzi w du­szy.

- Faj­nie, chęt­nie prze­czy­tam - za­ofe­ro­wa­łam się na­tych­miast.

Maja sta­nęła w drzwiach pro­wa­dzą­cych na bal­kon, wy­cią­gnęła pa­pie­rosa i za­pa­liła go. Do­łą­czy­łam do niej.

- Ni­gdy nie mó­wi­łaś, że pi­szesz - wró­ci­łam do te­matu.

- Bo nie pi­szę, prze­sta­łam po ślu­bie. Kie­dyś Ja­cek mnie przy­ła­pał i strasz­nie się wku­rzył. Na­wy­my­ślał mi wów­czas, że za­cho­wuję się jak idiotka, że do­ro­sła, od­po­wie­dzialna osoba nie zaj­muje się pi­sa­niem, tylko bie­rze się do ja­kiejś kon­kret­nej ro­boty. Ro­zu­miesz? I to mó­wił on! Czło­wiek, któ­rego przez tyle lat utrzy­my­wa­łam! Nie kłó­ci­łam się jed­nak, tylko odło­ży­łam to wszystko na "kie­dyś". Po pro­stu da­łam so­bie spo­kój.

Pa­trzy­łam na sto­jącą obok mnie przy­ja­ciółkę z nie­od­par­tym wra­że­niem, że oto otwo­rzy­łam puszkę Pan­dory.

KUBA

Pew­nie nie po­wi­nie­nem być zdzi­wiony, że sprawy przy­jęły taki ob­rót. Za­fa­scy­no­wała mnie w mo­men­cie, kiedy wy­lała na mnie piwo, a jej oczy nie­mal mnie prze­śla­do­wały. Cie­szy­łem się, że jej przy­ja­ciółka ewi­dent­nie jest za­in­te­re­so­wana Paw­łem, dzięki temu mia­łem do­sko­nałą wy­mówkę, by spę­dzać czas z Mają. Nie bro­ni­łem się przed tym, dziew­czyna jest ży­wio­łowa i zwa­rio­wana, ale to od­kry­łem do­piero w Mi­ko­łaj­kach, bo na statku przy­po­mi­nała ra­czej Shreka. Nie ze względu na urodę, ale ko­lor skóry, miała nie­mal wy­pi­sane na twa­rzy, że pa­nicz­nie się boi. Nie ro­zu­mia­łem tego - pły­nę­li­śmy rów­nym, spa­ce­ro­wym wręcz tem­pem, nic się nie mo­gło wy­da­rzyć.

Zu­peł­nie na­tu­ral­nym ge­stem ob­ją­łem ją, chcia­łem jej po­ka­zać, że nie ma się czego bać, chcia­łem, by po­czuła się bez­pieczna. Za­wrzało we mnie, gdy wspo­mi­nała swój wy­pa­dek sprzed lat. To­piła się, a jej oj­ciec stał i pa­trzył. Pew­nie chciał ją zdo­pin­go­wać, tylko że zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie stał się przy­czyną jej pa­nicz­nego lęku przed wodą. Moja córka - Paula - ma te­raz dzie­więć lat. Spró­bo­wa­łem so­bie wy­obra­zić, że się topi. Jak ja bym po­stą­pił? Ko­cham ją po­nad wszystko, nie mógł­bym do­pu­ścić, by stało się jej coś złego, pew­nie rzu­cił­bym się do wody i szybko wy­cią­gnął ją na brzeg. A Majka zo­stała sama, mu­siała so­bie po­ra­dzić, wy­do­stać się, mimo że na brzegu stał jej oj­ciec... Cho­lera! Co z niego za pa­ta­łach! Nie znam go, ale jak mógł zro­bić coś ta­kiego wła­snemu dziecku? O tym, jak silne mu­siały to być prze­ży­cia, świad­czył jej wy­gląd, ten strach w oczach, prze­ra­że­nie i pa­nika, chęć ucieczki. Już ro­zu­miem, dla­czego nie wy­ka­zała za­pału, kiedy Pa­weł za­pro­po­no­wał wy­cieczkę. Mocno ją przy­tu­li­łem i zu­peł­nie na­tu­ral­nie po­ca­ło­wa­łem. Nie pro­te­sto­wała. Po­zwo­liła się trzy­mać w ra­mio­nach, do sa­mych Mi­ko­ła­jek kur­czowo ści­ska­jąc mnie za rękę. We czwórkę ze­szli­śmy na brzeg. Mi­ko­łajki w se­zo­nie przy­po­mi­nają we­sołe mia­steczko, przy­wi­tała nas fe­eria świa­teł i ko­lo­rów. Nie mie­li­śmy ochoty sie­dzieć w za­tło­czo­nych przy­brzeż­nych ka­wiar­niach, po­szli­śmy więc do mia­sta; im da­lej by­li­śmy od je­ziora, tym mniej lu­dzi spo­ty­ka­li­śmy, ulice ci­chły, mo­gli­śmy spa­ce­ro­wać bez la­wi­ro­wa­nia mię­dzy prze­chod­niami. Mo­nika i Pa­weł dość szybko odłą­czyli się od nas, wie­dzia­łem, ja­kie mają plany. Znam mo­jego przy­ja­ciela, ni­gdy nie prze­pu­ścił ta­kiej oka­zji. Zje­dli­śmy lekki obiad, Majka za­mó­wiła tylko sa­łatkę z kur­czaka, i ru­szy­li­śmy na spa­cer. Do po­wrot­nego rejsu mie­li­śmy jesz­cze ja­kieś dwie go­dziny. Na uli­cach Mi­ko­ła­jek mi­ja­li­śmy ogromną liczbę stra­ga­nów - za­dzi­wia­jące, czego to lu­dzie nie ku­pują na wa­ka­cjach: ciu­chy, bi­żu­te­ria, AGD, za­bawki... Maja wy­glą­dała jak dziecko, ucie­szone dziecko. Kiedy czuła pod no­gami stały ląd, za­cho­wy­wała się bar­dzo swo­bod­nie, z uśmie­chem pod­cho­dziła do ko­lej­nych sto­isk, przy­glą­dała się ofe­ro­wa­nym to­wa­rom, a jej oczy błysz­czały z pod­eks­cy­to­wa­nia. Na jed­nym ze stra­ga­nów, bar­dzo skrom­nym, wy­glą­da­ją­cym nieco bied­niej niż po­zo­stałe, za­uwa­ży­łem ko­rale, do­kład­nie w ko­lo­rze jej oczu i wło­sów, miały wszyst­kie od­cie­nie brązu. Spodo­bały mi się, po­pro­si­łem, by je przy­mie­rzyła, wie­dzia­łem, że są dla niej stwo­rzone. Ku­pi­łem jej pre­zent. Wzbra­niała się przed jego przy­ję­ciem, ale po mo­ich go­rą­cych proś­bach w końcu ule­gła.

Co­raz bar­dziej mnie fa­scy­nuje. Jesz­cze ni­gdy nie po­zna­łem ta­kiej ko­biety: o nie­spo­ty­ka­nej wręcz ener­gii, we­rwie na­sto­latki, a przy oka­zji nieco py­ska­tej i bar­dzo emo­cjo­nal­nej. Przy niej czuję się, jak­bym miał z dzie­sięć lat mniej. Nie mogę się oprzeć po­ku­sie, by jej nie do­ty­kać. Kiedy wzią­łem jej dłoń w swoją, nie pro­te­sto­wała, tylko spoj­rzała na mnie tak... Nie po­winna tego ro­bić, bo jej oczy mnie pod­nie­cają; kiedy ją ob­ją­łem, rów­nie na­tu­ral­nie od­wza­jem­niła mój uścisk, zu­peł­nie jak­by­śmy mieli to we krwi. Po­ża­ło­wa­łem, że na Ma­zu­rach mamy zo­stać tylko trzy dni i że na­stęp­nego dnia pla­nu­jemy wy­jazd.

Po­now­nie po­ca­ło­wa­łem ją w ja­kiejś ustron­nej uliczce, na­chy­li­łem się, ona już cze­kała, nie było sensu się oszu­ki­wać. Skoro i tak mamy się roz­stać, warto za­sza­leć.

Po po­wro­cie do Har­szu za­bra­łem ją na wy­cieczkę. Pa­weł i Mo­nika po­trze­bują chwili dla sie­bie, nie chcemy prze­szka­dzać, zo­sta­wi­li­śmy ich. Na­wet nie zwró­cili na nas uwagi. Wzią­łem Majkę za rękę. Trudno mi to wy­tłu­ma­czyć, ale po­trze­buję tego, chcę ją czuć. Chcę...

- Spa­cer? - za­py­ta­łem, pa­trząc jej w oczy, które od­po­wie­działy mi wcze­śniej niż usta.

- Chęt­nie - usły­sza­łem.

Wy­szli­śmy. Mi­nę­li­śmy staw, kie­ru­jąc się ku je­zioru. Majka wy­gląda ślicz­nie w ja­snej su­kience w kwiatki, pa­trzę na nią co chwilę. Usie­dli­śmy na po­mo­ście, za­nu­rza­jąc nogi w wo­dzie i ob­ser­wu­jąc pły­wa­jące po je­zio­rze ża­glówki.

- Bo­isz się wody. To dla­tego wczo­raj nie chcia­łaś pły­nąć, prawda? - za­py­ta­łem.

Wzru­szyła ra­mio­nami. Chyba uznała, że wy­star­cza­jąco od­sło­niła się przede mną na statku.

- Dziwne, co nie? - od­po­wie­działa po ja­kimś cza­sie py­ta­niem na py­ta­nie.

- Nie po­wie­dział­bym, że dziwne - szep­ną­łem, ba­wiąc się jej pal­cami. - Ja, na przy­kład, mam klau­stro­fo­bię.

- Na­prawdę? - za­py­tała z nie­do­wie­rza­niem.

- Tak na se­rio to nie, ale chcia­łem cię po­cie­szyć. - Za­śmia­łem się.

- Wa­riat - skwi­to­wała moje słowa.

Par­sk­nę­li­śmy śmie­chem jak na ko­mendę. Spoj­rza­łem na nią. Utkwiła wzrok w za­cho­dzą­cym słońcu, w za­bar­wio­nej na po­ma­rań­czowo wo­dzie.

- Cudny wi­dok, prawda? - stwier­dzi­łem.

Kiw­nęła głową. Chcia­łem ją ob­jąć, przy­tu­lić, po­ca­ło­wać, ale na­gle po­czu­łem dziwny strach, czy nie od­bie­rze tego źle. Gdzieś w tyle głowy wciąż po­ja­wiało mi się jedno słowo: mąż. Ma męża. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie, jak sama stwier­dziła, a ja po­sta­no­wi­łem do­wie­dzieć się, co owo "teo­re­tycz­nie" ozna­cza. Sie­dzę więc obok niej, cie­sząc się jej bli­sko­ścią.

- Może się przej­dziemy? - za­py­tała, wsta­jąc.

Zgo­dzi­łem się. Na usta ci­sną mi się py­ta­nia i słowa, które wię­zną gdzieś w gar­dle i nie znaj­dują uj­ścia. Trzy­mam ją za rękę, zda­jąc so­bie co­raz bo­le­śniej sprawę, że czas mija nie­ubła­ga­nie, a ja... Majka mówi nie­wiele, ja też nie­zbyt dużo, wie­dząc, że na­stęp­nego dnia się po­że­gnamy. Idziemy brze­giem je­ziora po­ro­śnię­tym drze­wami, mię­dzy któ­rymi wije się mało wi­doczna ścieżka. Maja pro­wa­dzi, jakby znała te oko­lice le­piej niż ja. Mi­nę­li­śmy je­den po­most, le­d­wie zi­piący, roz­sy­pu­jący się ze sta­ro­ści. Na­stępny wy­gląda o wiele le­piej. Kie­dyś być może peł­nił funk­cję, do któ­rej zo­stał stwo­rzony, ale te­raz, za­ro­śnięty si­to­wiem, two­rzy oazę dla ta­kich jak my.

- Mo­nia miała ra­cję, tu­taj jest na­prawdę pięk­nie - usły­sza­łem za­chwy­cony głos Mai.

Pa­trzyła na je­zioro co­raz bar­dziej po­grą­ża­jące się w ciem­no­ści. W pew­nym mo­men­cie od­wró­ciła się, ob­jęła mnie i oparła głowę na mo­jej piersi. Oto­czy­łem ją mocno ra­mie­niem, czu­jąc, że drży.

A po­tem mnie po­ca­ło­wała, była w tym taka spon­ta­niczna, ra­do­sna... Za­sko­czony od­da­łem po­ca­łu­nek, już po chwili za­po­mi­na­jąc o wszyst­kich swo­ich wąt­pli­wo­ściach. Nie­cier­pli­wymi dłońmi błą­dzę po jej ple­cach, przez cienki ma­te­riał jej su­kienki i mo­jej ko­szulki czuję, że jej ciało do­maga się tego sa­mego co moje. Nie­śmiało kładę dło­nie na jej ra­mio­nach, wsu­wam palce pod ra­miączka... Od­stę­puję pół kroku, by spoj­rzeć jej w oczy. Za­py­tać i od­czy­tać od­po­wiedź. Po­ru­szyła ra­mio­nami, jakby sama chciała zrzu­cić z nich pa­ski ma­te­riału. Opu­ści­łem je i pa­trzy­łem, jak su­kienka po­woli opada na po­most.

Nie wiem dla­czego, ale pra­gną­łem jej tak, jak jesz­cze ni­gdy ni­kogo. Czy dla­tego, że od dawna nie by­łem z ko­bietą, czy też dla­tego, że to Majka, cał­kiem obca mi osoba, po Ane­cie, je­dy­nej ko­bie­cie, z jaką do tej pory by­łem, cudna od­miana? Do­tyk jej rąk wzma­gał po­żą­da­nie, na­gie ciało ku­siło i obie­cy­wało.

Opa­dli­śmy na de­ski. Za­chłan­nie się ca­łu­jąc, po­zna­wa­li­śmy sie­bie na­wza­jem. Świat prze­stał dla mnie ist­nieć, jest tylko ona. Maja. Ko­cha­li­śmy się długo, Majka wciąż się uśmie­chała, wi­dzia­łem, że czer­pie z tego au­ten­tyczną ra­dość, a ja sma­ko­wa­łem ją, jak­bym do­stał długo wy­cze­ki­wany uro­dzi­nowy tort. Była moją nie­spo­dzianką.

Kiedy wra­ca­li­śmy do pen­sjo­natu, było już ciemno. Ławki na ze­wnątrz opu­sto­szały. Pa­no­wała błoga ci­sza. Obej­mo­wa­łem Majkę mocno, by być z nią bli­sko, bar­dzo bli­sko. Nie chcia­łem się z nią roz­sta­wać.

- Chodź. - Po­cią­gną­łem ją za rękę, gdy mi­ja­li­śmy staw.

Trzy­ma­jąc się ba­rierki, prze­szli­śmy wą­ską kładką do al­tany sto­ją­cej na wy­spie po­środku stawu. Śmie­jąc się, sta­nę­li­śmy pew­nie na twar­dej ziemi.

- I co te­raz? - za­py­tała Maja.

Po­sa­dzi­łem ją na stole. Ob­jęła mnie, a ja po­ca­ło­wa­łem ją, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nie.

Wró­ci­li­śmy późno. Usie­dli­śmy w pu­stym ba­rze na dole, za­mó­wi­li­śmy ko­la­cję, piwo, po­tem do­sta­łem od Majki dłu­giego ca­łusa na do­bra­noc i ona po­bie­gła do swo­jego po­koju, a ja sie­dzia­łem jesz­cze, pró­bu­jąc uło­żyć so­bie w gło­wie to, co się wy­da­rzyło, i za­sta­no­wić się, co da­lej. Musi być ja­kieś "da­lej".

W po­koju zja­wi­łem się do­brze po pół­nocy. Pa­weł przy­szedł kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej, na jego twa­rzy ma­luje się triumf. Wy­gląda ni­czym łowca, który wró­cił do domu z cen­nym łu­pem.

- Nie mu­szę chyba py­tać, jak było? - rzu­ci­łem, gdy za­mknął drzwi.

- Nie mu­sisz - po­twier­dził z bły­skiem w oku. - Dzięki! - Ma pew­nie na my­śli to, że za­opie­ko­wa­łem się Majką.

- Do usług - od­par­łem i rzu­ci­łem się na swoje łóżko. Ręce uło­ży­łem pod głową. Przez okno da­chowe pa­trzę na bez­chmurne niebo, ale za­miast gwiazd wi­dzę tylko jej twarz. I te oczy...

- A ty? Co po­ra­bia­łeś z Mają?

- Ła­zi­li­śmy tro­chę nad je­zio­rem, zje­dli­śmy ko­la­cję, wy­pi­li­śmy piwo...

- Chło­pie, i tak zu­peł­nie nic wię­cej?

Spoj­rza­łem na niego i wtedy zro­zu­miał.

- Ci­cha woda - mruk­nął do sie­bie.

Usły­sza­łem, ale nie chcę wda­wać się w nie­po­trzebne dys­ku­sje.

Nie wie­dzieć kiedy za­sną­łem, by­łem po­twor­nie zmę­czony. Obu­dził mnie prze­raź­liwy dźwięk te­le­fonu. O trze­ciej nad ra­nem!

Nie­przy­tomny od­no­to­wa­łem, że dzwoni moja sio­stra. Je­stem pe­wien, że coś się stało!

- Ku­buś... - Nie cier­pię, kiedy zwraca się do mnie w ten spo­sób, ale ona, od kiedy tylko pa­mię­tam, tak wła­śnie do mnie mówi. - Ta­tuś miał udar, wła­śnie za­brali go do szpi­tala.

- Słu­cham? Jaki udar? - Nic dziw­nego, że za­py­ta­łem, rzadko o trze­ciej w nocy mam otwarty i nor­mal­nie pra­cu­jący umysł.

- Przy­jedź do domu! Ta­tuś miał udar, jest w szpi­talu, stan jest ciężki - mó­wiła przez łzy.

Na­resz­cie do mnie do­tarło. O cho­lera!

Wy­sko­czy­łem szybko z łóżka, wy­cią­gną­łem torbę i za­czą­łem się pa­ko­wać. Pa­weł pa­trzył na mnie nie­przy­tom­nym wzro­kiem.

- Co ro­bisz? - za­py­tał, gdy prze­go­nił z oczu resztki snu.- Mój oj­ciec jest w szpi­talu, wra­cam do domu - mó­wi­łem, ła­du­jąc szybko swoje rze­czy do torby.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łem, że mój przy­ja­ciel robi to samo.

- Nie mu­sisz prze­cież... - za­czą­łem.

- Mam cię zo­sta­wić sa­mego? Osza­la­łeś? Jadę z tobą! I tak mie­li­śmy dzi­siaj wy­je­chać!

Ma ra­cję, tylko że pla­no­wa­li­śmy wy­jazd po obie­dzie, nie nad ra­nem.

- A dziew­czyny? - za­py­ta­łem, gdy wy­cho­dzi­li­śmy.

Za­wa­ha­li­śmy się przy drzwiach pro­wa­dzą­cych do ich po­koju, pra­wie za­pu­ka­li­śmy, ale Pa­weł w końcu po­wie­dział:

- Za­dzwo­nimy do nich. Chodź, nie mamy czasu. Twój oj­ciec...

Ża­den z nas nie po­my­ślał, że nie mamy prze­cież do dziew­czyn żad­nego kon­taktu.

Po­że­gna­li­śmy Harsz po czwar­tej i skie­ro­wa­li­śmy się na po­łu­dnie. Czeka nas kil­ku­go­dzinna jazda.

MONIKA

Po­win­nam była wie­dzieć, że to się tak skoń­czy! O czym ja my­śla­łam? Że zła­pa­łam Pana Boga za nogi, bo spo­tka­łam Pawła? Że te­raz to już bę­dziemy ra­zem, "do­póki śmierć nas nie roz­łą­czy"? O ja na­iwna! O ja głu­pia!

Obu­dzi­ły­śmy się późno, ale w końcu to nic dziw­nego. Po pierw­sze, za­snę­ły­śmy do­brze po pół­nocy, a po dru­gie, za nami był dzień pe­łen wra­żeń. I ta roz­mowa, która się szybko nie skoń­czyła. Jesz­cze ni­gdy tak szcze­rze nie roz­ma­wia­łam z Mają. A już my­śla­łam, że ją do­brze znam. Po­my­li­łam się! Po­przed­niego wie­czoru do­star­czyła mi masę in­for­ma­cji, cią­gle by­łam w szoku po wy­zna­niu, że zdra­dziła Jacka. To było ta­kie do niej nie­po­dobne! A może po pro­stu nie mia­łam po­ję­cia, jaka ona jest na­prawdę? Na pewno jej nie zna­łam.

Da­ro­wa­ły­śmy so­bie śnia­da­nie, nie by­ły­śmy głodne, po­sta­no­wi­ły­śmy za­cząć dzień od obiadu. Tym bar­dziej że ja wciąż cze­ka­łam na przyj­ście Pawła i jego obie­cane pu­ka­nie do drzwi. Ile­kroć po­my­śla­łam o po­przed­niej nocy, na mo­jej twa­rzy po­ja­wiał się uśmiech. By­łam szczę­śliwa. W gło­wie pla­no­wa­łam so­bie cały dzień z Paw­łem, choć tak na­prawdę było mi wszystko jedno, co bę­dziemy ro­bić. Byle z nim. By­łam zde­cy­do­wana zro­bić wszystko, aby tego nie po­psuć, zo­ba­czyć, jak ta zna­jo­mość się roz­wi­nie. By­łam go­towa... od­dać Paw­łowi serce.

Znów się uśmiech­nę­łam. Nie prze­szka­dza mi na­wet, że wciąż nie przy­szedł. Za­pewne od­sy­pia na­sze nocne igraszki. Fa­ceci!

Po­goda jest ide­alna, tem­pe­ra­tura oscy­luje w gra­ni­cach trzy­dzie­stu stopni od pierw­szego dnia na­szego po­bytu. Wsko­czy­łam w krót­kie spodenki, na­rzu­ci­łam kusą blu­zeczkę na ra­miącz­kach, zro­bi­łam de­li­katny ma­ki­jaż; wszystko po to, aby Pa­weł osza­lał z za­chwytu. Jak po­przed­niego wie­czoru!

Majka wy­szła z ła­zienki, skoń­czyw­szy to­a­letę. Uśmiech­nięta, szczę­śliwa, już dawno nie wi­dzia­łam jej w ta­kim sta­nie. Otwo­rzyła drzwi na bal­kon, do po­koju wpa­dło go­rące po­wie­trze. Oparta o ba­lu­stradę ob­ser­wo­wała oko­licę.

- Nie ma mo­to­rów Pawła i Kuby na par­kingu - po­wie­działa w pew­nym mo­men­cie jakby od nie­chce­nia. Par­king dla go­ści znaj­duje się ka­wa­łek da­lej, ale z na­szego okna jest do­sko­nale wi­doczny. - Cie­kawe, do­kąd po­je­chali. Wiesz? - Znów za­brzmiało to tak, jakby ją w ogóle nie in­te­re­so­wało.

- Nie mam po­ję­cia - przy­zna­łam, choć za­sko­czyła mnie ta in­for­ma­cja. Umó­wi­łam się z Paw­łem, że ra­zem zjemy śnia­da­nie... Ale za­raz po­my­śla­łam, że być może chcą nam zro­bić ja­kąś nie­spo­dziankę, i ode­tchnę­łam z ulgą. - Do­wiemy się w swoim cza­sie. - Przyj­rza­łam się hy­bry­dzie na pa­znok­ciach i do­szłam do wnio­sku, że z przy­jem­no­ścią na­ło­ży­ła­bym nowy ko­lor.

Majka wró­ciła do po­koju i za­mknęła drzwi na bal­kon.

- Kuba jest fan­ta­styczny - po­wie­działa ni z tego, ni z owego, kła­dąc się na łóżku. - Było mi wczo­raj cud­nie... - roz­ma­rzyła się.

- Hej, hej, ko­le­żanko! Nie za­po­mi­naj, że w świe­tle prawa masz męża... - Po­gro­zi­łam jej pal­cem. Pierw­szy raz po­wie­dzia­łam o tym tak otwar­cie.

Unio­sła brew za­sko­czona.

- Pa­mię­tam - po­wie­działa. - Ale to ni­czego nie zmie­nia, nie wpę­dzisz mnie w po­czu­cie winy czy coś.

- Na­wet nie pró­buję! - I po chwili do­da­łam: - Na­prawdę zro­bi­ła­byś to jesz­cze raz?

- Raz, dwa, sto, ty­siąc... - za­częła swoją wy­li­czankę.

Dla­czego ja nie mam ta­kiej roz­anie­lo­nej buzi?

- Nie szkoda ci Jacka?

Spoj­rzała na mnie zdzi­wiona.

- My­ślę, że roz­sta­nie tak na­prawdę wyj­dzie Jac­kowi i mnie tylko na do­bre.

Nie wiem, co od­po­wie­dzieć, tak po pro­stu.

- Jak to... roz­sta­nie? My­ślisz o...?

- My­ślę, że nad­szedł czas, aby wresz­cie to za­koń­czyć.

- Mó­wisz tak, bo prze­spa­łaś się z Kubą - wy­pa­li­łam. Nie chcę, aby je­dy­nym wnio­skiem Majki z na­szego po­bytu na Ma­zu­rach była de­cy­zja o roz­wo­dzie. Ow­szem, nie­jed­no­krot­nie mó­wiła, że jej mał­żeń­stwo to po­myłka, ale ni­gdy nie wspo­mi­nała, że chcia­łaby je za­koń­czyć. Dla­czego te­raz?

- Mó­wię tak, bo zro­zu­mia­łam, że nic nie mu­szę ro­bić na siłę. Je­śli jest mi źle, po­win­nam to zmie­nić i już! Idziemy na obiad?

Po­słusz­nie wy­szłam za nią na ko­ry­tarz. Pod na­szymi drzwiami stoi od­ku­rzacz. Czyżby sprzą­tano czyjś po­kój?

Za­mknę­ły­śmy drzwi na klucz. Na scho­dach mi­nę­ły­śmy wła­ści­cielkę.

- No, dziew­czyny, dzi­siaj ba­wi­cie się same? - za­py­tała.

Sta­nę­ły­śmy obie jak na ko­mendę, nie mia­ły­śmy po­ję­cia, o czym ona mówi. Chyba się zo­rien­to­wała, bo za­raz do­dała:

- Wasi zna­jomi wy­je­chali w nocy. - Wska­zała na drzwi do po­koju chło­pa­ków.

I wtedy wszystko stało się ja­sne. Nie ma Kuby. Nie ma Pawła. Zro­zu­mia­łam, czemu nie za­pu­kał, dla­czego nie po­ja­wił się, jak obie­cał, i dla­czego na par­kingu nie ma ich mo­to­rów. Wy­je­chali.

Wa­ka­cje się dla nas skoń­czyły.

KUBA

Wpa­dłem do domu ro­dzi­ców jak tor­nado, nie wie­dząc, czego się spo­dzie­wać; co prawda dzwo­ni­łem do Joli kil­ka­krot­nie, ale nic nie równa się z zo­ba­cze­niem cze­goś na wła­sne oczy. Dało się od­czuć brak ojca w domu. To w końcu on za­wsze wi­tał mnie w progu, cho­dził po obej­ściu od bla­dego świtu i na­wet kiedy spo­koj­nie mógł so­bie od­po­czy­wać - go­spo­dar­stwo wszak tra­fiło w ręce mo­jej sio­stry - nie zmie­nił swo­ich przy­zwy­cza­jeń. I nie cho­dzi o to, że nie ufa Joli i Grze­go­rzowi. Ufa im. Po pro­stu lubi tę pracę i to, że prze­pi­sał im wszystko, nie zna­czy, że prze­sta­nie się an­ga­żo­wać. Dzięki temu Grze­gorz nie musi re­zy­gno­wać z pracy za­wo­do­wej.

Ni­gdy nie my­śla­łem, że moja star­sza sio­stra ma po­wo­ła­nie do pracy w go­spo­dar­stwie, ale od kiedy zo­stała jego wła­ści­cielką, zo­ba­czy­łem, że na­prawdę od­na­la­zła się w tej roli, że ma na to po­my­sły, że za­czyna je re­ali­zo­wać, wpro­wa­dza­jąc zmiany. Po­woli, sys­te­ma­tycz­nie, aby nie był to zbyt wielki szok dla ojca.

Jola jest ode mnie star­sza o sześć lat. Kie­dyś my­śla­łem, że to cała wiecz­ność, ale wraz z upły­wem czasu róż­nice się za­cie­rały i im by­li­śmy starsi, tym le­piej się do­ga­dy­wa­li­śmy. Jest mę­żatką od pięt­na­stu lat, szczę­śliwą matką trzech chło­pa­ków. Świet­nych, roz­sąd­nych mło­dych lu­dzi.

Przez sześć lat była je­dy­naczką. Wszystko krę­ciło się wo­kół niej, miała ro­dzi­ców na wy­łącz­ność. Aż przy­sze­dłem na świat ja. Z opo­wia­dań wiem, że nie cie­szyła się zbyt­nio. Po­ja­wie­nie się młod­szego brata bu­rzyło ist­nie­jący po­rzą­dek. Na do­da­tek by­łem brzydki i łysy, a tego znieść nie mo­gła, bo we­dług sze­ścio­let­niego dziecka bez­włose ro­dzeń­stwo to szczyt ob­cia­chu. Nie za­pra­szała więc ko­le­ża­nek, nie chwa­liła się Ku­bu­siem. A raz na­wet po­wie­działa ojcu, że tak na­prawdę to po­wi­nien mnie wy­mie­nić. Na inny mo­del. Ład­niej­szy, star­szy, więk­szy i ko­niecz­nie owło­siony!

- Jak to, ko­cha­nie? - za­py­tał tata. - Nie da się prze­cież!

- Da się. Za­wieź go z po­wro­tem do szpi­tala. Niech go ktoś inny weź­mie! - tłu­ma­czyła moja sio­stra z po­wagą.

- Nie można dziecka zwró­cić.

- Ale ja go nie chcę! Zrób coś z nim!

- Jolu, to twój bra­ci­szek...

- Jak ty nie chcesz, to ja coś z nim zro­bię.

- Co zro­bisz?

- Wy­rzucę! A po­tem przy­wie­zie­cie mi dru­giego, ład­niej­szego!

Prze­ra­że­nie mo­ich ro­dzi­ców się­gnęło ze­nitu, oj­ciec spraw­dzał wszyst­kie miej­sca, ja­kie we­dług niego mo­gły być po­ten­cjal­nie nie­bez­pieczne, sta­rał się nie spusz­czać Joli z oczu i wzmoc­nił moją ochronę. Moja sio­stra miała nie­tu­zin­kowe po­my­sły.

Kie­dyś po­sta­no­wiła, że na­uczy kury pły­wać. Ra­zem ze swoją naj­lep­szą ko­le­żanką, Re­nią, na­ła­pały pta­ków, wsa­dziły je do worka i za­cią­gnęły nad staw są­siada. A po­tem te wy­stra­szone, le­d­wie żywe zwie­rzęta wrzu­cały na śro­dek stawu. I cze­kały, kiedy przy­płyną. A one, jak na złość, nie przy­pły­wały. Ro­sół za to mie­li­śmy. Przez ty­dzień.

Albo kon­stru­owała statki. Tak mó­wiła. Aby skon­stru­ować taki sta­tek, po­trze­bo­wała: ka­dłuba, czyli bla­chy od cia­sta, kek­sówki naj­le­piej, ża­gla, czyli ka­wał­ków oj­co­wych ko­szul, i masztu - tu­taj była pełna do­wol­ność, byle to było pro­ste. A po­tem za­no­siła te statki nad wspo­mniany wcze­śniej staw i or­ga­ni­zo­wała re­gaty. Pech chciał, że nie wie­dzieć czemu statki to­nęły, nie osią­gnąw­szy li­nii mety. Pal li­cho metę. Mama stra­ciła wszyst­kie bla­chy, oj­ciec kilka wyj­ścio­wych ko­szul, zgi­nęło też parę noży. Jola jak zwy­kle miała minę nie­wi­niątka i nie ro­zu­miała, czego od niej chcą.

Na szczę­ście, ku za­do­wo­le­niu mo­jej sio­stry, ro­słem, a wraz ze mną moje włosy. I by­łem co­raz ład­niej­szy. A skoro tak, nada­wa­łem się na po­ka­za­nie ko­le­żan­kom Joli. Od­wle­kała ten mo­ment dość długo, dla­tego kiedy wresz­cie stwier­dziła, że już bez ob­cia­chu może po­ka­zać swo­jego brata, przy­pro­wa­dziła do domu chyba pół szkoły. Sta­nęło to to­wa­rzy­stwo nade mną, po­wie­trze mi za­brało i da­lej mnie ści­skać, szczy­pać, gła­skać. Zno­si­łem to cier­pli­wie. Do czasu. Kiedy ta banda po­sta­no­wiła, że będę ich có­reczką, wy­dar­łem się na cały głos. Mama mu­siała mnie ra­to­wać, do­brze, że przy­była z od­sie­czą na czas.

Po­nie­waż Jola miała od za­wsze zdol­no­ści ma­nu­alne, w pew­nym mo­men­cie, gdy pod­ro­słem, sta­łem się jej mo­de­lem. Moja sio­stra wy­ko­rzy­stała kie­dyś nie­obec­ność ro­dzi­ców i stwier­dziła, że obe­tnie moje przy­dłu­gie już włosy. A ja się zgo­dzi­łem! Po­sa­dziła mnie na ta­bo­re­cie, okrę­ciła mi ręcz­nik wo­kół szyi, omal mnie nie du­sząc, przy­nio­sła wszyst­kie no­życzki, ja­kie zna­la­zła w domu, ka­zała mi za­mknąć oczy i wzięła się do pracy. Po go­dzi­nie po­wie­działa, że mogę oczy otwo­rzyć, dała lu­sterko w rękę i... Wrzesz­cza­łem jak opę­tany. Moje blond włosy wy­glą­dały... Wcale nie wy­glą­dały! Na gło­wie mia­łem całe place wy­cię­tych lo­ków, spod któ­rych świe­ciła skóra głowy, a te nędzne resztki, ja­kie po­zo­stały, były po­skrę­cane, jakby Jola ko­niecz­nie chciała mi zro­bić dredy. Wy­glą­da­łem kosz­mar­nie. Moja sio­stra była z efektu za­do­wo­lona, choć do dzi­siaj nie wiem, co wtedy chciała osią­gnąć. Kiedy ro­dzice wró­cili i zo­ba­czyli mnie, naj­pierw się prze­że­gnali, a po­tem za­wieźli do praw­dzi­wego fry­zjera, który ob­ciął mnie na zero. Do­słow­nie.

Mimo tych wszyst­kich wy­sko­ków i nie­kon­wen­cjo­nal­nych po­my­słów moja sio­stra za­wsze mnie wspie­rała. Za­wsze. Ja­ki­kol­wiek po­mysł za­kwi­tłby w mo­jej gło­wie, zy­ski­wał jej pełną ak­cep­ta­cję. Za­nim za­ło­ży­łem wy­daw­nic­two, na­ma­wiany przez Anetę, nie omiesz­ka­łem po­ra­dzić się Joli. A ona po­wie­działa krótko: "Zrób to". Zro­bi­łem. Ona jako pierw­sza wie­działa o pro­ble­mach w moim mał­żeń­stwie, prze­ga­da­li­śmy nie­jedną go­dzinę. Po­trze­bo­wa­łem rady ko­biety, aby le­piej zro­zu­mieć żonę. Mał­żeń­stwa nie dało się ura­to­wać, ale wska­zówki sio­stry za­pa­mię­ta­łem.

Jola na­wet męża nie szu­kała. Sam się zna­lazł. Po pro­stu w ze­rówce Grze­gorz stwier­dził, że ona "taka nie­do­bra jest i taka brzydka, że na pewno nikt jej nie ze­chce, to żeby nie było jej smutno, on się z nią ożeni". Zli­to­wał się fa­cet. Słowa do­trzy­mał i ko­niec koń­ców się z nią oże­nił. Szwa­gier jest w po­rządku, w sto­sunku do mnie, do mo­ich ro­dzi­ców i do Joli, którą uwiel­bia i nie wsty­dzi się tego oka­zy­wać. No i świata poza swo­imi urwi­sami nie wi­dzi. Jest dla mo­jej sio­stry wspar­ciem, o czym po raz ko­lejny mo­głem się prze­ko­nać, przy­jeż­dża­jąc po jej noc­nym te­le­fo­nie. Jest ósma rano. Przy­wi­tała mnie za­pła­kana matka, jej łzy po­dzia­łały na mnie dwo­jako. Po pierw­sze, wpę­dziły mnie w po­czu­cie winy, po dru­gie, ode­zwały się we mnie ja­kieś nie­znane mi uczu­cia. Do­wie­dzia­łem się, jak prze­bie­gał po­przedni dzień. Oj­ciec wie­czo­rem po­czuł się źle, bar­dzo wzro­sło mu ci­śnie­nie, za­częły go mę­czyć wy­mioty i ból głowy. W końcu stra­cił przy­tom­ność. We­zwana ka­retka przy­była na miej­sce po dwu­dzie­stu mi­nu­tach - tro­chę późno - i od razu za­brali ojca do szpi­tala. Po wy­ko­na­niu nie­zbęd­nych ba­dań oka­zało się, że to bar­dzo roz­le­gły udar, oj­ciec po­zo­sta­wał nie­przy­tomny, a le­ka­rze wal­czyli o jego ży­cie. Tylko o ja­kie ży­cie?

Bez chwili zwłoki jadę z matką i sio­strą do szpi­tala, mu­szę zo­ba­czyć ojca. Nie wy­obra­żam go so­bie jako cho­rego czło­wieka. Przez całe ży­cie był oka­zem zdro­wia, na­wet bar­dzo rzadko się prze­zię­biał. Nie ro­zu­miem więc, skąd na­gle udar. To tak do niego nie­po­dobne! Jest prze­cież le­d­wie sześć­dzie­się­cio­let­nim czło­wie­kiem. Za­wsze miał w so­bie tyle ener­gii. A te­raz leży na OIOM-ie pod­łą­czony do mi­lio­nów ru­rek, nie­przy­tomny. Le­karz nie po­zo­sta­wia złu­dzeń.

- Stan jest bar­dzo ciężki - po­wie­dział nam nie­mal na wstę­pie. - Mózg zo­stał w znacz­nym stop­niu uszko­dzony. Je­śli pa­cjent z tego wyj­dzie, nie wróci do peł­nej spraw­no­ści. Bę­dzie po­trze­bo­wał opieki.

Pa­trzę na swo­jego ojca z nie­do­wie­rza­niem. Czy jesz­cze kie­dyś z nim po­roz­ma­wiam? Wpraw­dzie od czasu roz­wodu nie do­ga­dy­wa­li­śmy się naj­le­piej, ale jest w końcu moim oj­cem, za­wsze mogę do niego przyjść i z nim po­roz­ma­wiać. Nie ak­cep­tuje mo­jego stylu ży­cia. Bo­czy się, że za­miast zna­leźć so­bie do­brze płatną pracę po za­rzą­dza­niu, po­sta­no­wi­łem pójść swoją drogą, za­ło­żyć wy­daw­nic­two, skoń­czyć po­lo­ni­stykę i... pi­sać. Nie ro­zu­mie, dla­czego chło­pak ze wsi chce zaj­mo­wać się czymś ta­kim. "Skąd u niego taka po­trzeba? Po co mu to?" Nie dys­ku­tuję z nim na ten te­mat, dość że nie ża­łuję raz ob­ra­nej drogi, za­ra­biam na tym ja­kieś pie­nią­dze, wy­star­cza na pod­sta­wowe po­trzeby.

O moim ojcu nie mógł­bym po­wie­dzieć, że jest wy­lewny. Ni­gdy nie był. Więk­szo­ści rze­czy mo­gli­śmy się do­my­ślać, bo rzadko mó­wił wprost o uczu­ciach. Ale nas ko­chał. Ni­komu nie po­zwo­lił mó­wić o nas źle, ale w za­ci­szu do­mo­wym do­sta­wa­li­śmy burę, jak tylko coś zbro­ili­śmy. A o to nie było trudno.

Ni­gdy nie roz­ma­wia­łem z oj­cem na te­mat swo­jej przy­szło­ści. Po­dą­ża­jąc za modą, zło­ży­łem po­da­nie na za­rzą­dza­nie. Wszy­scy wtedy stu­dio­wali na tym kie­runku. Ro­dzice nie wni­kali, dla­czego tak ani co za­mie­rzam ro­bić póź­niej. Kiedy jed­nak za­ło­ży­łem wy­daw­nic­two i po­sta­no­wi­łem stu­dio­wać drugi kie­ru­nek, oj­ciec po­wie­dział, że to zły po­mysł. I tyle.

Pa­trząc te­raz na nie­przy­tom­nego ro­dzica, wiele bym dał, żeby było jak daw­niej. To, jak się cie­szył, gdy przy­wo­zi­łem Paulę, jak z nią roz­ma­wiał, jak się wtedy śmiał, i to, jak lu­bił Anetę... Za­dzi­wia­jące, jest nie­zbyt wy­lew­nym oj­cem, ale dziad­kiem naj­lep­szym na świe­cie, co po­twier­dza za­równo moja córka, jak i sy­no­wie Joli.

Pa­trząc na niego, le­żą­cego w szpi­tal­nym łóżku, przy­po­mi­nam so­bie różne sy­tu­acje z nim zwią­zane. Nie by­łem grzecz­nym dziec­kiem, po­cząt­kowo cał­ko­wi­cie zdo­mi­no­wany przez Jolkę, w końcu po­ka­za­łem rogi. Wy­my­śla­łem różne nie­stwo­rzone hi­sto­rie, zni­ka­łem na całe dni, w za­gaj­ni­kach bu­do­wa­łem sza­łasy, na nieco więk­szych drze­wach spę­dza­łem dłu­gie go­dziny, ukryty wśród li­ści, żeby czy­tać ko­lejną książkę.

La­tem bie­ga­łem nad staw są­siada i wy­ła­py­wa­łem mu ryby, po czym oj­ciec te ryby z po­wro­tem do stawu za­no­sił. Wpusz­czał do wody te, które prze­żyły, za resztę pła­cił, a ja mu­sia­łem je jeść. Zimą, mimo za­ka­zów, śli­zga­łem się po sta­wie sku­tym lo­dem.

To­talna głu­pota z mo­jej strony. I kie­dyś lo­dowa po­krywa pę­kła, na szczę­ście przy brzegu. Wpa­dłem do wody, zmo­czy­łem się po pas i wy­stra­szony wra­ca­łem do domu, krzy­cząc gło­śno: "Nie chcę umie­rać!". Nie umar­łem, ale do­sta­łem wtedy od ojca la­nie, pierw­sze i ostat­nie, które pa­mię­tam do dziś. Na tyle sku­teczne, że wy­biło mi z głowy głu­pie po­my­sły.

Wzią­łem dłoń taty. Jest nie­mal biała. Spra­co­wana, szorstka. Spę­dzi­łem przy jego łóżku kilka go­dzin. Od­szedł wie­czo­rem, nie od­zy­skaw­szy przy­tom­no­ści. Po­czu­łem w sercu pustkę, ża­łuję, że nie zdą­ży­łem po raz ostatni z nim po­roz­ma­wiać.

Po po­grze­bie wró­ci­łem do miesz­ka­nia. Wszystko stało się tak szybko. Pa­weł pró­bo­wał mnie na­mó­wić na do­koń­cze­nie na­szego rajdu po kraju, ale nie mam ochoty.

- Dzwo­ni­łem do Har­szu - po­wie­dział w końcu. Nie my­śla­łem, że bę­dzie chciał się skon­tak­to­wać z dziew­czy­nami. Mam na­dzieję, że usły­szę ja­kąś do­brą wia­do­mość, ża­łuję, że w ten spo­sób roz­sta­li­śmy się z Mają i Mo­niką. - Dziew­czyny wy­je­chały dwa dni temu, a wła­ści­cielka nie po­dała mi nu­meru kon­tak­to­wego do nich.

"Jaka szkoda" - po­my­śla­łem. Po­lu­bi­łem Majkę...

PAWEŁ

- Kurwa mać! - wrza­sną­łem, od­kła­da­jąc te­le­fon.

Przed chwilą dzwo­ni­łem do pen­sjo­natu w Har­szu, żeby po­roz­ma­wiać z Mo­niką, wy­tłu­ma­czyć jej, czemu tak na­gle wy­je­cha­li­śmy i dla­czego nie od­zy­wa­łem się przez dwa dni, a tu wła­ści­cielka, pani Irenka, mówi mi, że dziew­czyny rano wy­je­chały. Rano! Czyli jesz­cze dzi­siaj tam były! W od­po­wie­dzi na moje usilne prośby o po­da­nie nu­meru te­le­fonu Moni pani Irena naj­pierw oświad­czyła, że go nie zna, na­stęp­nie, że zna, ale nie jest upo­waż­niona do po­da­wa­nia go ko­mu­kol­wiek, a w końcu, gdy tro­chę ją przy­ci­sną­łem do muru, wy­ko­rzy­stu­jąc swój nie­wąt­pliwy urok, za­pro­po­no­wała, że za­dzwoni do Mo­niki i prze­każe jej mój nu­mer wraz z prośbą o jak naj­szyb­szy kon­takt.

Nie mogę so­bie da­ro­wać, że zwle­ka­łem z wy­ko­na­niem te­le­fonu do Har­szu. Mu­szę za­ufać ob­cej ko­bie­cie! Dla­czego nie za­dzwo­ni­łem wcze­śniej, jak pla­no­wa­łem? Gdy­bym to zro­bił, po­roz­ma­wiał­bym z Mo­niką. Jezu, ta dziew­czyna go­towa po­my­śleć, że ze mnie ja­kiś na­wie­dzony ca­sa­nova, a prze­cież na­prawdę mi się spodo­bała. Na­wet po­czu­łem do niej coś, czego nie czu­łem ni­gdy wcze­śniej...

Mo­nika ma w so­bie to, co za­wsze lu­bi­łem w in­nych: szcze­rość, luz i brak opo­rów. Nie gra świę­tej i kiedy za­iskrzyło, oboje wie­dzie­li­śmy, co z tym fan­tem zro­bić. Ale ma też w so­bie coś, co spra­wia, że chcę się nią opie­ko­wać. Bo niby taka pewna sie­bie, a gdzieś w środku po­trze­buje ko­goś, kto ją obej­mie, przy­tuli, po­ca­łuje.

Jesz­cze mi się cie­pło robi na wspo­mnie­nie tego, co wspól­nie wy­pra­wia­li­śmy. Naj­pierw w Mi­ko­łaj­kach... Jezu, ko­cha­łem się z róż­nymi dziew­czy­nami, w róż­nych miej­scach, ale ni­gdy nie ro­bi­łem tego w miej­scu pu­blicz­nym, w ja­kiejś bra­mie, w któ­rej mógł nas zo­ba­czyć do­słow­nie każdy. Czy wi­dział, nie wiem... Nie in­te­re­so­wało mnie to wtedy, a te­raz tym bar­dziej nie. A po­tem nad je­zio­rem? Sły­sza­łem, jak kilka kro­ków od nas prze­cho­dzili ja­cyś lu­dzie, a my nie by­li­śmy ci­cho...

A te­raz... Mu­szę to przy­znać: tę­sk­nię za Mo­niką, za jej sza­leń­stwem, spon­ta­nicz­no­ścią. My­śla­łem, że po­cią­gniemy tę zna­jo­mość dłu­żej, by­łem cie­kawy, do­kąd nas to za­pro­wa­dzi. Nie­stety. Nie wiem o niej nic, nie znam żad­nych szcze­gó­łów oprócz imie­nia. Ani ad­resu, ani na­zwi­ska, ani nu­meru te­le­fonu. O so­cia­lach nie wspo­mi­na­jąc. Mo­nika sta­nie się wspo­mnie­niem... Nie chcę tak!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki