Gonitwa
Gonimy codziennie, bo goni nas świat.
Żarłoczna bestia sekundy piszczy i skomli kiedy siedzimy,
To ona wciąż pragnie naszego skupienia,
biegania, budowy i spraw organizacji.
Chce tylko zapomnieć, że tutaj, że tam,
że jest i trwa, bo za szybko przemija.
Brakuje mi teraz i zawsze tak będzie cierpliwości zaklętej w żołędziu, czy pestce.
One potrafią żyć pełnią siebie, milcząco czekają,
aż przyjdzie ich kolej.
Zamknięte w skorupie, pełne siebie do środka,
dla świata zbyt piękne by naruszył ich powłokę przed czasem.
Kiedy jest już czas w erupcji tworzenia i eksplozji życia, pękają i nieśmiało,
jak dzikie koty, początkowo nieufnie, dają życie z zarodka
lub cicho odchodzą przedwcześnie,
dokarmiając żarłoczną grzybnię - skarbnicę
tajemnic, czy innego chętnego naich wątłe ciała.
A gdzie jest na świecie drobniejszy przystanek,
niż świst wiatru w szczelinie,
złotem najszczerszym promień światła
zza chmury połyskujący, gęsta i czysta kropla
pierwsza przed burzą?
Czas wymaga uwagi, a kiedy mu jej brak,
pokrywa milcząco ściany wilgotnym filmem
z porostów i zaczyna tworzyć największe swe dzieło
- obraz rozpadu kruszy ściany,
odrywa w abstrakcyjnym tempie płaty farby,
co kiedyś bieliły okno, różowiły sień
i gankowi nadawały przyjemny zapach
lakierowanego drewna - ostoi skrzypiącego spokoju.
Gdzieś tam jest sens
w tym biegu na oślep, tylko czy wciąż ma sens
wpychać swoje kroki, między śladami innych?
Nas legion biegnących, szukających rozwoju,
bez tlenu w kurniku dyszącego miasta,
co umierając żyje,
a po każdej swej śmierci odradza się
i znów i jeszcze i trochę
wciąż mniej żywe.
Gdzie jest droga do prawdy? Ścieżka sensu bycia tutaj,
na gapę i chwilę w wagonie istnienia?
Czy tu trzeba ekspresu i tempa,
a może wagonu na węgiel,
co nieśpiesznie turkoce metr za metrem
powoli, choć do przodu?
Czy może przesiąść się do drugiej klasy,
raz jechać o czasie, a w przestoju zachwycić się
pięknem mijającego dnia
na starym dworcu gdzieś w miejscu,
co zwykle się tylko mija i pamięta?
Wysiadam, oddycham i znów biegnę na pociąg zagubiony.