Rozdział I Normalne dzieciństwo. Do czasu, gdy...
Mała Aneta
Przedszkole, dom, zabawa, podwórko. To raczej podstawowe zajęcia sześcioletniej dziewczynki. W moim przypadku do 23 sierpnia 1999 roku. Pamiętam cały dzień, aż do zaśnięcia pod wpływem narkozy. Wszystkie szczegóły nawet dźwięki, gdy moje oko odmówiło posłuszeństwa i zamknęło się. Obraz zanikł, ale słuch nie. Zacznijmy od początku. Rano jak dziecko, wstaje beztrosko. Oczywiście mama już na nogach pomimo zaawansowanej ciąży. Po obiedzie ma zamiar umyć naczynia. Wakacje, wolne od przedszkola. Liczę na to, że siostra weźmie mnie do stadniny na konie. Mama coś przeczuwa. Nie pozwala nam iść, a więc wymyślamy małą podpuchę dla mamy i kombinujemy jak wyjść z domu. Pomaga nam koleżanka, która jeździła z nami. Mówimy, że właściciel stadniny pilnie nas wzywa bo coś się wydarzyło i koniecznie musimy tam iść. Mama odpuszcza. Najpierw sprzątamy boksy z łajna. Dzielnie wynoszę taczki i smród mi nie przeszkadza. Pewnie po jakimś czasie się go nie odczuwa. Następnie wkładamy siodło na konia i jeździmy kolejno. Kończę jazdę i siostra mówi, abym nalała do wanny obok płotu wody dla koni. Jest gorąco i zapewne będzie chciało im się pić. Leje wodę, wanna się napełnia. Podnoszę wzrok i koniec. Nie ma nic. Nie ma ciemności, jasności. Jestem w stanie nieważkości, nicości. Pomalutku odzyskuje świadomość. Próbuję się podnieść, coś zobaczyć, chcę krzyczeć, a mamrotam. Przypuszczalnie leżałam na ziemi jakiś czas. Nikt nie zauważa. Każdy był zajęty swoją pracą. Słyszę jak biegnie do mnie moja siostra i krzyczy. Podbiega żona właściciela. Podnoszą mnie. Ona dzwoni po karetkę. Koleżanka z wrażenia prawie mdleje, ale daję radę. A ja krzyczę i powtarzam dziesiąt razy "Nie dzwońce po kartkę!"Z perspektywy lat zrozumiałam wiele z tego dnia, ale tego, że tak głośno krzyczałam wypowiadając to zdanie, dalej nie pojmuję. Myślę, że bałam się rodziców i zapewne doszedł szok po uderzeniu. Daria i Dorota biorą rowery i jadą ogłosić wiadomość rodzicom, która zmienia ich życie diametralnie, na zawsze...Pani Halinka, żona właściciela stadniny zaprowadza mnie jak najprędzej do łazienki. Stara się, ale sama nie wie jak obmyć to co zostało z mojej twarzy. Najgorsze jest to, że widzę się w lustrze. Pierwszy raz widzę się bez połowy twarzy. Z jedną wielką dziurą w środku która ma w sobie łajno i dużo soczysto zielonej trawy. Tak tą trawę wspomina często moja okulistka, dzięki której żyję. Nie pamiętam przebiegu wydarzeń od czasu lustra do karetki. Potem to już splot wydarzeń, które bardzo głęboko zapisują się w mojej pamięci. Na całe życie. Przyjeżdża karetka. Cieszy mnie myśl, że pojawił się tata. Półprzytomna, ale mój mózg dalej koduje. Tato musi skakać przez płot, aby wejść na teren stadniny bo rzekomo weszłyśmy tam bezprawnie i brama jest zamknięta. Jedziemy do domu. Widzę jeszcze mamę biegnącą od cioci w fioletowej sukience w białe kwiatki, coś krzyczy. Tata nie dopuszcza jej do mnie. Wie, że w 8 miesiącu ciąży mogłaby urodzić. W karetce słyszę krzyki taty. Mówi, aby kierowca mógł jechać szybciej bo nie jedzie na piwo tylko do szpitala. 40 km na godzinę myślę, że nie jest adekwatną prędkością jeśli chodzi o walkę życia sześcioletniego dziecka. Pragnęłam tylko jednego: spać. To pragnienie było tak przenikające, że to jedyne o czym myślałam. Pamiętam tylko głos lekarza, że jak zasnę to zasypiam- na zawsze. W pewnym momencie już czuję, jak mi dobrze. Odpływam. Witam się już nowym światem. Czuję ciepło, jasność. Nie ma dźwięku, słów, bólu. W ostatniej mili sekundzie rozlega się głos: "Aneta! Obudź się!" Krzyczy asystentka lekarza. Bóg w tym momencie mnie ocala. I znów wracam do świata żywych. Wraca dźwięk, ból, a ja tak bardzo nie chcę tam być. Chcę spać!Asystentka lekarza po tej sytuacji zadaję mi cały czas pytania na które muszę odpowiadać. 1,2,3 szpital odmawia przyjęcia. Brak odpowiednich sprzętów, brak lekarzy. Udaję się! Szpital im. Św. Barbary w Sosnowcu przyjmuję mnie pomimo braku załogi lekarzy. Końcówka wakacji więc lekarze na urlopie. Po drugie zapotrzebowanie na wielu specjalistów w takim przypadku przekraczało codzienną liczbę dyżurujących lekarzy w owym dniu. Pani Doktor ledwo co poznająca zasady jakimi kieruję się medycyna nie długo funkcjonująca jako lekarz okulistyki podejmuję się zebrania specjalistów skutkujące wiszeniem przez długie godziny na telefonie, aby ''poskładanie mnie'' było dopięte na ostatni guzik. Reszta było w rękach Pana Boga. Pamiętam to, jak przewozili mnie wózkiem na oddział tak bardzo szybko i głowa mi zwisała po to, abym nie zwymiotowała. Dokładnie pamiętam najgorsze szpitalne wydarzenie sprzed operacji. Nałożenie maski tlenowej na mój brak nosa powodujące duszenie się. Nikt nie zauważa i czuję, że brak mi już sił na walkę o oddech. Któryś z lekarzy lub pielęgniarek orientuję się i odchyla mi maskę. Dosłownie na chwilę i znów nakłada. I znów ten sam cykl od nowa. Na szczęście po raz ostatni. Następnie rezonans magnetyczny czaszki, mózgu i wtedy pewnie powstaje plan operacji. Potem wybieranie pozostałości z kości. Usuwanie łajna, trawy i innych zanieczyszczeń z mojej buzi. Trwa to bardzo długo. I tak musi upłynąć czas do przyjazdu specjalistów ratujących mi życie, twarz, oko... przyszłość. Kilku godzinna operacja kończy się sukcesem. Zostaje wyrwana z rąk śmierci. Teraz zaczyna się walka o moje dalsze życie i funkcjonowanie. Przez 1 dzień pozostawiają mnie w śpiączce farmakologicznej, aby organizm przyzwyczaił się do nowej sytuacji. Po otwarciu oka pamiętam tylko to, że tak strasznie źle patrzyło mi się na te moje ''pół obrazu'', tak to określałam jako 6 letnie dziecko. Pytałam o to tatę. Dlaczego tak jest. Odpowiadał ''Tak już będzie, kochanie''. Teraz kocham te ''pół obrazu'' bo przynajmniej na tyle mogę odbierać świat zmysłem wzroku! Te rurki wszędzie i nawet nie wiem dokładnie gdzie. Z nosa do oka, z oka do nosa. Najbardziej zabawna sytuacja to ta, jak uciekałam z oddziału po gorącą czekoladę za złotówkę z automatu bo tata pokazał mi, gdzie takowy się znajduję :)Najbardziej przejmująca sytuacja z perspektywy czasu to ta, jak na nowo zaczęłam widzieć, na zdrowe oko i mama zaczęła płakać. Pewnie ze szczęścia, a ja zapytałam ""Mamo, dlaczego płaczesz?!" Było to dla mnie niezrozumiałe, dlaczego płaczę. Przecież to dobrze, że widzę. Dziecko zawsze patrzy na poszczególne sytuację z swojej perspektywy. Nie opiszę Ci wszystkich sytuacji. Rodzice pewnie pamiętają ich więcej, ale ja opisuję je z mojej strony. To i tak kolejny cud, że pamiętam, aż tyle szczegółów. Na koniec chcę Ci opisać to, jak po tygodniu pobytu w szpitalu wyszłam. Otwierają się drzwi wyjściowe. Widzę przepiękne duże drzewo w obłoku słońca z soczystymi zielonymi listkami powiewającymi na wietrze. Uwierz mi- Nigdy nie widziałam takiej zieleni i tak błękitnego nieba. W końcu to pierwszy piękny widok od tygodnia. Inny niż szpitalne ściany, schody i ta zatrważająca wszechobecna biel. Śpiewają ptaki, a ja bardzo się cieszę, że to widzę. Nawet przystaję chwilę pod tym drzewem. Wychodzi mała, wielka dziewczynka. Mała bo 6 lat to nie wiele. Wielka bo to już duży bagaż doświadczeń, który nabywa zaledwie w tydzień. Nie tylko ja. Moi rodzice również. To tato w wieku 26 lat spędził ze mną każdą noc i mama rok młodsza, każdy dzień. To oni w tak młodym wieku dostają kopa od życia i tak wiele w ten czas doświadczają. Doświadczają czegoś innego, trudnego, nie do końca zrozumiałego, ale dają radę. Jestem im wdzięczna. Kocham Was i dziękuję! Na koniec tego rozdziału, podsumowując. Chcę Ci przekazać, że tak bardzo chciałabym zobaczyć, przytulić i podziękować wszystkim lekarzom, pielęgniarkom i ludziom, którzy choćby kiwnęli tylko palcem przy ratowaniu mojego życia. Jestem im tak niezmiernie wdzięczna. Jak pomyślę o nich to wielka miłość rodzi się w moim sercu. Wierzę, że Bóg da mi kiedyś ich wszystkich zobaczyć i podziękować za to, co zrobili to dla mnie. Każdy ten mały krok i posunięcie z ich strony spowodował to, że dzisiaj siedzę tutaj w nocy i piszę to do Ciebie. A najbardziej dziękuję Tobie, Panie mój. Za to, że zostawiłeś mnie tu, abym spełniała swoją misję i doświadczała tych rzeczy, które teraz się dzieją.
Rozdział II "Moje życie po... kochaj siebie!"
Wojowniczka lat 16
Po szpitalu i z okresu do gimnazjum najbardziej wkodowały się w moją pamięć momenty, gdy parę dni po moim wyjściu z szpitala poszłyśmy z starszą siostrą i tatą do szpitala przywitać i zobaczyć naszą młodszą siostrę, Oliwię. Taka malutka z czarnymi włosami, śniadą cerą. Słodka dziewczynka, teraz wyższa ode mnie i w tym roku skończyła 18 lat. Niesamowite jak ten czas leci i jak zmieniamy się na przestrzeni lat pod wpływem zachowań, zdarzeń, przeżyć, emocji. Człowiek to niesamowita istota, która ma tu swój określony cel i misję do wypełnienia. Moją misją jest pomaganie ludziom i wypełniam ją w każdej sekundzie mojego życia. Jak tylko mogę i gdzie mogę po to, aby świat stawał się lepszy każdego dnia. Nawet w autobusie uśmiechając się do kierowcy witając go. Polecam robić to i Tobie bo daję to niesamowitą energię i rozsyła dobro, którego ludzie w tych czasach naprawdę potrzebują!Spróbuj, a sam/a zobaczysz jak to działa i jak szybko się rozprzestrzenia miłość płynąca z serca. Jak domino z prędkością światła. Bądź dla kogoś tym światełkiem, a sam będziesz te światełka dostawał i to nawet w najmniej spodziewanych momentach. Nawet wtedy, gdy jest trudno i sytuacja wydaję się beznadziejna i myślisz, że nie ma wyjścia. Wyjścia zawsze są minimalnie dwa, a Ty sam/a odpowiedź sobie jakie. Ja znam dwa na każde z Twoich i moich trudnych sytuacji:
1.Poddaję się.
2.Walczę. Pamiętaj: Masz wybór!Powtórz to jeszcze raz w swojej głowie i sercu "Mam wybór!"Tego krótkiego, istotnego- zdania w moim życiu nauczył mnie 1 października 2016 roku światowej sławy niepełnosprawny prelegent bez rąk i nóg Nick Vujicic, którego miałam zaszczyt widzieć i słyszeć na żywo!Powtórzył to bardzo wyraźnie po polsku. Masz wybór. Zawsze. Pomimo tragedii jaką teraz przeżywasz!Mimo tego, że myślisz, że Bóg, rodzina, bliscy i przyjaciele Cię opuścili i nic nie ma najmniejszego sensu. Gdy jako nastolatka nienawidziłam swojej twarzy bo w mojej głowie wykreował się obraz ten, że przez tą twarz nie zdołam nic osiągnąć, nawiązać prawdziwych relacji i stworzyć prawdziwego związku, rodziny, móc spełniać się i kochać świat też była to dla mnie taka beznadziejna sytuacja. Z resztą moi bliscy niejednokrotnie próbowali mi to wbić w świadomość. Każdego dnia chcieli mi udowodnić, że nic nie osiągnę i będę taką niedorajdą jak dotychczas. Pisząc to już osiągnęłam odwrotność tego. Osiągnęłam w życiu na prawdę wiele pomimo, że dla kogoś może być to niewiele. Zdając prawo jazdy za 10 razem, tak płakałam ze szczęścia, że myślałam że będę krzyczeć przed ośrodkiem egzaminacyjnym z tym papierkiem w ręku i tym magicznym słowem na nim "pozytywny". Opłacało się! Bo teraz jestem jeszcze bardziej niezależna. Kocham prowadzić auto. Było mi to dane. Bóg dał mi taki talent, ale to wszystko nie przychodzi od ręki, już, teraz, w tym momencie. Na to się ciężko pracuję. Kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń, łez, nerwów i pieniędzy, a jeszcze więcej stresu i przezwyciężania swoich lęków i ograniczeń zakodowanych w głowie. To jest ta strefa komfortu z której musimy wyjść, aby tego wszystkiego dokonać!Pozwól sobie samemu/samej na to!Wywal z impetem, z całej siły te ograniczenia, lęki. Porzuć strefę komfortu i zauważ w końcu, że wszystko co piękne i wartościowe znajduję się po drugiej stronie Twojego strachu i lenistwa. Gdy to zrobisz Twoje życie stanie się krainą cudów! Życie jest po to, aby dotykało Cię najlepszym co ma dla Ciebie przygotowane. Ono czeka abyś się otworzył i chciał to przyjąć! Czeka na Ciebie Bóg, który wie po co dzieją się te różne rzeczy w Twoim życiu. On ma plan najlepszy dla Ciebie. Lepszy niż ten, który Ty sam sobie wyimaginowałeś. Uwierz, bo sama tego doświadczam. Nie tylko ja. Przestań się w końcu zamartwiać!Po co chodzisz całymi dniami i pytasz. Kiedy? Po co? Jak? Gdzie? Za ile?Puść te myśli w świat i pozwól na to, aby w końcu się działo!Bez Twojego zbędnego, niszczącego Cię myślenia. 90% rzeczy, o które zamartwiasz się, by się nie wydarzyły i tak nigdy nie następują. Więc po co to wszystko?Oczyść siebie, swoje środowisko z tych toksycznych myśli i ludzi. Niech przestają Cię zabijać. Nie czujesz jak zżerają Cię komórka po komórce? Dzień po dniu?
Bądź sobą. Dla siebie, dla tych którzy Cię kochają i tych, których Ty kochasz. Uśmiechaj się. Żyj po swojemu. Rób tak jak Ty uważasz. Zacznij ŻYĆ, tak naprawdę!Zastanów się czy Twoja dusza już dawno nie jest pochowana, a ciało jeszcze funkcjonuje i chodzi bo... musi?Myślisz, że musisz TYLKO przeżyć każdy kolejny dzień? Położyć się spać i znów wstać? Tak ma być, ale między dniem i nocą działaj tak, abyś poczuł życie w duszy, a nie tylko w ciele. Brakuję Ci motywacji? Znajdź kogoś kto niesamowicie Cię inspiruję. Podpatruj go i zobacz jaka jest jego recepta na szczęśliwe życie. Ja nie piszę o tym, że nigdy nie będzie trudno, ale będziesz zupełnie inaczej patrzył/a na pojawiające się problemy. Będziesz je odbierał/a jako wyzwania, a nie jak coś co ma Cię znów dobić i zniszczyć!Brakuję Ci pieniędzy na spełnienie swych marzeń? Znajdź sposób na ich zarabianie. Ja go znalazłam, szukając. Bo nic nie przychodzi od zaraz. Nie chodzi mi zupełnie o etat, ale jeśli to Ci odpowiada to dlaczego nie? Ja po 8 latach pracy osobiście mam go dość i mam większe ambicję, ale Ty zrób jak uważasz!To Twoje życie i nikt inny nie zdecyduję za Ciebie. Szukasz drugiej połówki? Nie myśl o tym. Miłość jest jak motyl, jak jej nie gonisz to nie ucieka, a wręcz przeciwnie. Kiedyś przyleci i do Ciebie. Uwierz, że jest dla Ciebie przeznaczony ktoś wyjątkowy. Musisz na tą osobę poczekać bo przecież to co piękne jest trudne, ale wartościowe. To wartość, której nie kupisz nigdy za pieniądze. Podobnie jak radość, mądrość, uśmiech, łzy, smutek, szczęście i spokój ducha. Bądź dla siebie najlepszą krainą współczucia, empatii i zrozumienia. Jeśli nie pokochasz siebie to nie dasz rady pokochać drugiej osoby i świata. Pokochaj swoje wnętrze, problemy, swoje małe osiągnięcia. Pokochaj swoje uszy, usta, wzrok bo dzięki nim możesz słyszeć, mówić i widzieć. Zaakceptuj tą wspaniałą osobę. Tym kim jesteś, takim jakim jesteś. Działaj od razu. Nie od poniedziałku. To co najlepsze może przyjść wtedy, kiedy Ty będziesz bezczynnie trwać, a więc może Cię ominąć. Działaj od miejsca w którym jesteś, z tym co masz i co umiesz. Nie czekaj na właściwy moment bo według Ciebie może on nigdy nie nadejść. Porozmawiaj z profesjonalistą. Czyli z samym sobą. Poukładaj wizję, plany, cele. Zapisz je na kartce razem z datami. Wiem, że może wydawać Ci się to absurdalne, ale przerabiałam to bardzo długo i to naprawdę działa. Jasno określone zamierzenia są niezbędne do spełnienia wielkich marzeń. Pamiętaj, że małe rzeczy tworzą te wielkie. Rozwijaj się dzień po dniu. Poszukaj mentora, który doszedł tam, gdzie i Ty chciałbyś dojść. Podążaj jego ścieżką, a będzie ciężko, ale pięknie. Trudne sytuację nazywaj próbami. To one prowadzą Cię do osiągnięcia celów i wyciągania odpowiednich wniosków, a jednocześnie wiele uczą. To lekcje życia, które są bezcenne. Tej wiedzy nie zdobędziesz na żadnym uniwersytecie. Jedynie na studiach zwanych ''życiem''. Zostań studentem swojego życia. Poznaj dokładnie swoje wnętrze i wejdź w nie. Siedź w nim dopóty, dopóki nie poznasz reguły jego działania. Odkryj swoje emocje, nazwij je i pozwól być taką osobą, jaką Pan Bóg Cię stworzył. Nie zmieniaj się, ale się doskonal. Szlifuj jak diament. Kroczek po kroczku. Każdego dnia. Roztapiaj się jak złoto. Tylko tak jesteś w stanie dojść do perfekcji. Bądź dla siebie tym, kim byś chciał by ktoś inny dla Ciebie był. Przeczytaj to zdanie jeszcze raz. Jest ono bardzo ważne. Ten rozdział proponuje przeczytać parę razy, abyś doszczętnie zrozumiał/a sens słów, które są po to, aby wyryły Cię się w sercu, duszy i mózgu. Abyś mógł/a je zastosować i praktykować. Stań się praktykiem, a nie tylko mówcą. Zacznij robić to, co mówisz. Same słowa bez działania nic nie znaczą. Bądź o jeden krok do przodu, codziennie. Dość już tej motywacji. Pamiętaj, że ta książka to wylew mojego serca i tak jak mi ono dyktuje tak piszę więc wiem, że może razić w oczy fakt poplątania mojej historii, moich wydarzeń czy też wspomnień wraz z tym co chcę Ci przekazać. Zawsze idę w życiu zgodnie z głosem intuicji. To głos Boga wewnątrz mnie. Przechodząc dalej do moich wspomnień z tamtego okresu. Pamiętam, gdy po wypadku rodzice wysłali mnie do przedszkola. Było to dla mnie, małej dziewczynki przerażające doświadczenie. Weszłam, a dzieci myślały że jestem jakimś stworem. Kimś do dotykania i pytania co mam na oku. Nie wiedziałam co się dzieje. Nikt mi nie wytłumaczył jak reagować. Myślę, że to błąd rodziców, ale po prostu o tym nie wiedzieli. Nikt nami się nie opiekował. Żaden psycholog. Dlatego pewnie tak wyszło, a nie inaczej. I tutaj opowiem Ci taką anegdotę co do tego okresu. Wizja napisania książki zaczęła się od... nie wiem czy wiesz, od Kasi która zadzwoniła do mnie po tym jak skomentowałam post na Facebooku mamy Kubusia, Wioli która pytała o tym czy ktoś ma doświadczenie w przyjęciu do przedszkola dziecka które jest jednooczne. Kubuś to chłopczyk, który pokonał raka siatkówki zwanym siatkówczakiem. Jedno oko zostało usunięte, drugie w Polsce też zalecali usunąć. Rodzice szukali wszelakich możliwości i tym sposobem znaleźli doktora zajmującego się takowymi przypadkami w Stanach Zjednoczonych. W nie długim czasie udało się uzbierać wielką kwotę na rozpoczęcie trudnej, ale wygranej walki. Ja w ten czas pomogłam Kubusiowi nie wielką kwotą i tak znamy się z Wiolą. Dostałam wspaniały list z podziękowaniami po wszystkim. A o to on:
List od Kubusia i jego mamy
Możesz zauważyć, jedną ważną lekcję. Powiedzenie "pomoc wraca z podwojoną siłą" u mnie sprawdziło się w całej okazałości. Gdyby nie ta symboliczna kwota którą wspomogłam Kubusia nie poznałabym Wioli i Kasi więc może i tej książki by nie było.