Jedno królestwo. Tom 1. Trwoga - Maciej Wasilewski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PO­CZĄ­TEK

Wpis w księ­dze po­kła­do­wej

Ktoś kie­dyś mó­wił mi o zie­lo­nym świe­cie - ogrom­nym, pięk­nym, peł­nym śmie­chu i na­dziei. Ale kiedy po­ja­wił się on, ten, któ­rego imię na­pa­wało trwogą lu­dzi, zmie­niło się wszystko. Po­piół za­stę­po­wał niebo, a zie­mia zo­stała pro­chem.

Al­kid

Naj­więk­szy z por­tów Mo­dar po­ło­żony na wy­spie Azao był usy­tu­owany mię­dzy dwiema ogrom­nymi gó­rami i ra­zem z zam­kiem two­rzył twier­dzę. Na zbo­czach tych gór wznie­siono wa­row­nie, zaś nad por­tem gó­ro­wała ogromna la­tar­nia mor­ska na­zy­wana Cu­dem Azao. Była wi­doczna dla stat­ków z od­le­gło­ści dwu­dzie­stu mil mor­skich. Jej blask wpra­wiał nie­jed­nego ma­ry­na­rza w osłu­pie­nie. Przy­stań mo­gła po­mie­ścić czter­dzie­ści róż­nych jed­no­stek - po­cząw­szy od sza­lup po okręty li­niowe. Po wpły­nię­ciu do portu można było zo­ba­czyć doki, stra­gany i upo­rząd­ko­wane alejki, a pod­no­sząc lekko głowę do góry - za­mek wy­drą­żony w ska­łach.

Zejść na ląd można było po uło­żo­nych rów­no­le­gle most­kach. W por­cie cią­gle się coś działo - a to ja­kiś sta­tek był roz­ła­do­wy­wany, a to któ­ryś wy­pły­wał w mo­rze. Ka­mienna droga pro­wa­dziła z przy­stani do cen­trum mia­sta. Tam roz­wi­dlała się w kie­runku zamku i reszty wy­spy, gdzie znaj­do­wały się zwy­kłe go­spo­dar­stwa oraz domy za­moż­nych lu­dzi. Uwagę osób kie­ru­ją­cych się do zamku przy­ku­wały sta­ran­nie uło­żone ka­mienne bloki two­rzące ogromne mury obronne. W ich środku - jak pasz­cza lwa - roz­wie­rały się po­tężne wrota, za któ­rymi w ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa można było opu­ścić że­la­zną kratę. Da­lej znaj­do­wały się po­ste­runki woj­skowe, a za nimi była mniej­sza brama pro­wa­dząca na dzie­dzi­niec główny. Droga do niego i bie­gnące wzdłuż niej ka­nały od­pro­wa­dza­jące wodę były wy­ło­żone ka­mie­niami. Oczy­wi­ście nie mo­gło rów­nież za­brak­nąć prze­pięk­nych ogro­dów zam­ko­wych, w któ­rych król przyj­mo­wał do­stoj­ni­ków.

Dzie­dzi­niec zam­kowy sta­no­wił ogromną prze­strzeń. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wał się gar­ni­zon, obok niego do­brze strze­żona zbro­jow­nia, schody pro­wa­dzące na mury i do wież straż­ni­czych. Lewa strona to staj­nie kró­lew­skie, z któ­rych do­cho­dziły od­głosy źre­biąt i do­ro­słych ru­ma­ków. Sły­chać było gwar lu­dzi prze­cha­dza­ją­cych się koło fon­tanny po­łą­czo­nej z uro­czym wo­do­spa­dem. Oczom osób zbli­ża­ją­cych się do scho­dów uka­zy­wały się dwa ogromne po­sągi, bu­dzące re­spekt ko­losy. Wrota pro­wa­dzące do zamku wy­ko­nano z drzewa dę­bo­wego. Zdo­biły je pła­sko­rzeźby przed­sta­wia­jące dawne po­tyczki. Da­lej znaj­do­wał się ko­ry­tarz, po obu jego stro­nach ko­lumny oraz schody wio­dące w róż­nych kie­run­kach. Oczy­wi­ście było też zej­ście do ka­ta­kumb pil­no­wane przez straż. No i wresz­cie ostat­nie wrota - do sali tro­no­wej - złote drzwi z wy­rzeź­bio­nymi po­do­bi­znami kró­lów. Po ich prze­kro­cze­niu można było uj­rzeć coś nie­sa­mo­wi­tego - na­tu­ral­nej wiel­ko­ści po­sągi daw­nych wład­ców, roz­ma­itą broń wi­szącą na ścia­nach i piękne mar­mu­rowe płyty na pod­ło­dze. Na środku le­żał dy­wan, po któ­rym do­cho­dziło się do tego naj­waż­niej­szego miej­sca - sto­ją­cego na po­de­ście tronu, któ­rego opar­cie obito ak­sa­mi­tem.

Król Do­rian obu­dził się, kiedy słońce do­piero za­czy­nało wscho­dzić. Lu­bił wi­dok swo­jego kró­le­stwa do­ty­kany bla­skiem bu­dzą­cego się dnia. Wy­glą­dało wtedy tak ma­je­sta­tycz­nie, spo­koj­nie. Udało się je od­bu­do­wać - my­ślał, dra­piąc brodę. W od­dali zo­ba­czył chmarę pta­ków la­ta­ją­cych nad ko­pal­nią. Dzi­siaj miał się tam udać, żeby spraw­dzić, jak idą po­stępy nad wy­do­by­ciem złota, i po­pro­sić swo­jego do­wódcę o opiekę nad jed­nym z bliź­nia­ków.

WY­SPA AGOJ

Za­czy­nał się nor­malny dzień na wy­spie Agoj. Czas pły­nął po­woli. Ro­bot­nicy bu­dzili się wraz z pierw­szymi pro­mie­niami słońca. Warta nocna zo­stała za­stą­piona przez dzienną. Po śnia­da­niu straż­nicy otwie­rali ko­pal­nię i po­miesz­cze­nia z na­rzę­dziami wy­da­wa­nymi ro­bot­ni­kom do pracy.

Wśród tych ro­bot­ni­ków znaj­do­wał się Me­hajro, który za­bie­rał swoją ulu­bioną skrzy­neczkę do pracy i wcho­dził przez ogromne drew­niane wrota. Jak każ­dego ranka po­kle­pał trzy razy prawe skrzy­dło, wi­ta­jąc się ze swoją uko­chaną ko­pal­nią.

Nad jego głową bie­gły liny słu­żące do wy­cią­ga­nia wia­der z mi­ne­ra­łami. Me­cha­nizm dzia­ła­nia ko­palni wy­da­wał się pro­sty: od sa­mej góry do dołu, aż do szy­bów, zo­stały roz­sta­wione po­mo­sty po­łą­czone li­nami, wszystko zaś na­pę­dzane było spe­cjal­nymi ko­łami z blo­ka­dami.

Me­hajro wcho­dził w ko­ry­tarz, gdzie skoń­czył wczo­raj­szego dnia pracę. Znał ko­pal­nię jak nikt inny. Im głę­biej scho­dził, tym bar­dziej od­czu­wał na­ra­sta­jący chłód, na­rzu­cił więc ka­ftan. Do­cie­ra­jąc na miej­sce, wy­jął swój ulu­biony mło­tek i dłuto i za­czął od­ku­wać z ka­mieni bryłę. Dud­nie­nie roz­cho­dziło się po ca­łej gro­cie. Jemu to jed­nak nie prze­szka­dzało.

*

W jed­nej z chat na wy­spie Agoj miesz­kał Sep­tus, główny do­wódca straży. Kiedy jego pod­władni wy­ko­ny­wali już obo­wiązki, on smacz­nie chra­pał. W końcu jed­nak do­bie­ga­jące zza okna krzyki ba­wią­cych się dzieci obu­dziły męż­czy­znę.

- Jest za ja­sno, a niech to szlag, za­spa­łem! - zo­rien­to­wał się na­tych­miast i ze­rwał na równe nogi.

Nie mógł zna­leźć spodni ani ko­szuli. Za­chciało mi się wczo­raj piwa, te­raz mam za swoje - zga­nił się w my­ślach. Ja­koś udało mu się po­zbie­rać rze­czy i już po chwili wy­cho­dził z chatki, do­pi­na­jąc skó­rzany pas z mie­czem, któ­rego głow­nię zdo­bił lew. Po dro­dze mu­siał zajść do chaty słu­żek. Nie lu­bił tego, wo­bec ko­biet ce­cho­wała go nie­śmia­łość i za­wsze się ru­mie­nił. Gdy otwo­rzył tylne drzwi, do jego nosa do­tarły przy­jemne za­pa­chy po­traw. Za­bur­czało mu w brzu­chu, ale nie miał te­raz czasu na je­dze­nie.

Tego dnia przy­pły­wał do ko­palni król i jego sy­no­wie. Sep­tus szyb­kim kro­kiem wszedł na mury, trzy­ma­jąc za głow­nię swój ulu­biony miecz. Jego kroki od­bi­jały się gło­śnym echem od ka­mieni. Wie­dział, że lada mo­ment bę­dzie cu­mo­wał sta­tek z władcą. Siła przy­zwy­cza­je­nia ka­zała mu spraw­dzić, czy przed ko­pal­nią ro­bot­nicy ła­do­wali wozy i czy któ­ryś z nich się nie awan­tu­ruje o roz­le­wane przez służki piwo. Za bramą cze­kało na niego dwóch przy­bocz­nych, któ­rzy bez słowa po­dą­żyli za nim. Im bli­żej portu się znaj­do­wali, tym gło­śniej sły­szeli szum mo­rza. Zdą­żyli na przy­pły­nię­cie władcy w ostat­niej chwili, po­nie­waż za­łoga wła­śnie opusz­czała trap.

- Kła­niam się, królu Do­ria­nie. - Sep­tus schy­lił głowę przed władcą. - Wi­taj­cie i wy, ksią­żęta.

- Jak się masz, przy­ja­cielu. Wi­dzę, że na­wy­ków nie zmie­niasz. - Król wska­zał na miecz w dłoni do­wódcy. - Jak sa­mo­po­czu­cie?

- Dzię­kuję, królu, bar­dzo do­brze. A miecz - Sep­tus zer­k­nął na broń - po­zwala mi ze­brać le­piej my­śli. Pro­szę tędy.

Po­szli w stronę ko­palni drogą usy­paną z drob­nych ka­mieni. Wszy­scy wi­tali króla, ma­cha­jąc i uśmie­cha­jąc się, na co on od­po­wia­dał ski­nie­niem głowy i ser­decz­nym uśmie­chem. Do­stojni go­ście za­częli wi­zytę od krót­kiego spo­tka­nia w sie­dzi­bie do­wódcy. Usie­dli do stołu przy­go­to­wa­nego przez służbę na uro­czy­sty obiad. Król za­jął ho­no­rowe miej­sce na jego szczy­cie. Po jego pra­wej stro­nie usiadł Ty­ron, po le­wej Ty­nos, na­to­miast na­prze­ciw za­siadł ge­ne­rał Sep­tus.

- Opo­wia­daj, ge­ne­rale, jak prze­biega praca - za­pro­po­no­wał król Do­rian.

- Na ra­zie w po­rządku. Wy­do­by­cie idzie spraw­nie, ni­czego nam nie bra­kuje. Cie­kaw je­stem wie­ści z zamku - prze­łknął kęs Sep­tus.

Tym­cza­sem ku­charki na­lały do kie­li­chów naj­lep­szego wina, ja­kie znaj­do­wało się w spi­żarni. Na da­nie główne po­dały pie­czoną rybę z ziem­nia­kami i sa­łatką z se­zo­no­wych wa­rzyw.

- Do­brze - ode­zwał się król, na­kła­da­jąc so­bie na ta­lerz pięk­nie pach­nące da­nia. - Sy­no­wie zdrowi, jak wi­dać. Nie­długo od­bę­dzie się bal z oka­zji za­rę­czyn Ty­rona. Otrzy­masz, ge­ne­rale, ofi­cjalne za­pro­sze­nie. Chciał­bym rów­nież, aby Ty­nos zo­stał tu­taj, pod two­imi roz­ka­zami.

- Będę za­szczy­cony. Za­opie­kuję się księ­ciem i udzielę mu wszel­kich nie­zbęd­nych wska­zó­wek - od­po­wie­dział nieco zszo­ko­wany do­wódca. Nie są­dził, że do­sta­nie kró­le­wi­cza pod opiekę, co sta­no­wiło miłe za­sko­cze­nie.

- Kiedy bę­dzie­cie go­towi do trans­portu złota? - za­py­tał król, koń­cząc pa­ła­szo­wać prze­pyszną rybę.

- Za dwa, może trzy dni, je­śli się po­goda nie ze­psuje - od­po­wie­dział Sep­tus, wy­glą­da­jąc, jakby w gło­wie ana­li­zo­wał ostat­nie wa­runki po­go­dowe.

- Ro­zu­miem. Pro­wadź za­tem do ko­palni - roz­ka­zał Do­rian, wsta­jąc od stołu.

Opu­ścili izbę i ru­szyli za ge­ne­ra­łem, któ­rego na krok nie od­stę­po­wało dwóch straż­ni­ków. Sep­tus, idąc przo­dem, ką­tem oka spraw­dzał, czy ro­bot­nicy wy­ko­nują swoje za­da­nia i nikt nie wsz­czyna awan­tury o piwo. Ro­bił to już z na­wyku, na­wet przy wi­zy­cie króla.

Po wej­ściu do szybu Do­rian po­czuł zimne, wil­gotne po­wie­trze. Przy­wi­tali go pod­dani. Spy­tał ich o wa­runki pracy, więc roz­po­częły się ra­porty. Król po­pro­sił Sep­tusa o we­zwa­nie Me­hajra. Do­wódca wy­słał jed­nego ze straż­ni­ków w głąb ko­palni. Szyb pro­wa­dził po­nad pół­tora ki­lo­me­tra do miej­sca, w któ­rym Me­hajro pra­co­wał. Żoł­nierz, scho­dząc, czuł co­raz więk­szy chłód, a z po­wodu pa­nu­ją­cej wil­goci za­czął ki­chać.

- Me­hajro, król cię wzywa - ode­zwał się, kiedy zo­ba­czył eko­noma.

- Ru­szajmy za­tem, a wy kon­ty­nu­uj­cie pracę - po­le­cił ro­bot­ni­kom i ru­szył z żoł­nie­rzem w drogę po­wrotną.

*

Tym­cza­sem Do­rian, spa­ce­ru­jąc po ko­palni, zmarzł. Mar­twił się o wy­do­by­cie złota. Miał za­miar zejść w głąb szy­bów, kiedy zja­wił się eko­nom.

- Pa­nie, wzy­wa­łeś mnie. - Me­hajro skło­nił się ni­sko.

Na twa­rzy przy­by­łego znaj­do­wały się resztki ja­kiejś dziw­nej masy, co dla po­stron­nych osób mo­gło wy­da­wać się wi­do­kiem nie­co­dzien­nym, ale dla pra­cow­ni­ków sta­no­wiło rzecz tak zwy­czajną jak wschód słońca o po­ranku i jego za­chód wie­czo­rem

- Tak. Pierw­szy raz wi­dzę cię ta­kiego umo­ru­sa­nego. - Uśmiech­nął się Do­rian. - Mu­simy po­roz­ma­wiać na osob­no­ści.

Mo­głem cho­ciaż twarz prze­myć - skar­cił się w my­ślach Me­hajro, wsty­dząc się, że przy­szedł przed ob­li­cze króla w ta­kim sta­nie.

- Może się przej­dziemy? - za­pro­po­no­wał władca, wska­zu­jąc je­den z dłu­gich tu­neli.

Gdy ode­szli wy­star­cza­jąco da­leko, za­częli roz­ma­wiać.

- Co bu­dzi twój nie­po­kój, królu? - za­py­tał nad­zorca ko­palni po­waż­nym gło­sem.

- Mar­twię się o wy­do­by­cie. Mam ja­kieś złe prze­czu­cia, że nie­długo może nam za­brak­nąć złota - rzekł władca.

- W naj­bliż­szym cza­sie to nie na­stąpi. Już moja w tym głowa. Sta­ramy się otwie­rać nowe szyby i prze­bi­jać do in­nych po­kła­dów.

- Oby wam się udało - od­po­wie­dział zmar­twiony Do­rian. - Zo­sta­wiam u was Ty­nosa. Chciał­bym, że­byś go na­uczył za­rzą­dza­nia ko­pal­nią.

- Oczy­wi­ście. To za­szczyt mieć za ucznia two­jego syna, pa­nie. Je­śli po­zwo­lisz, oso­bi­ście od­pro­wa­dzę cię do portu.

*

Przed ko­pal­nią wszy­scy na nich cze­kali.

- Pora wra­cać. Zo­ba­czymy się na balu - po­wie­dział Do­rian, kie­ru­jąc słowa do Sep­tusa, a na­stęp­nie zwró­cił się do syna: - Ty­no­sie, spra­wuj się do­brze i mnie nie za­wiedź.

- Nie za­wiodę cię, oj­cze - przy­rzekł kró­le­wicz i się skło­nił.

WY­SPA AZAO. ZA­MEK

Od po­wrotu z in­spek­cji króla nie opusz­czały po­nure my­śli. Ostat­niej nocy nie mógł za­snąć, a kiedy już udała mu się ta sztuka, drę­czyły go kosz­mary, że jego kró­le­stwo zo­stało za­mie­nione w zglisz­cza, bez lu­dzi i ogra­bione z wszel­kich dóbr. Do­rian prze­bu­dził się z gło­śnym krzy­kiem. Usiadł na łożu i pró­bo­wał się po­zbie­rać po peł­nym grozy śnie. Na ze­wnątrz za­czy­nało świ­tać. Wstał i za­wo­łał służbę.

Po chwili sługa sta­nął w drzwiach sy­pialni i skło­nił się ni­sko.

- Po­proś mo­jego syna i przy­go­tuj mi odzie­nie - za­or­dy­no­wał władca.

Słu­żący ukło­nił się po­now­nie i wy­szedł. Mi­ja­jąc służbę, Falk wy­dał dys­po­zy­cje, a sam udał się do kom­naty księ­cia Ty­rona i za­pu­kał.

- Pro­szę wejść - usły­szał głos zza drzwi.

- Prze­pra­szam, książę, że na­cho­dzę o tak wcze­snej po­rze, ale oj­ciec prosi wa­szą wy­so­kość do sie­bie.

- Za­raz się do niego udam, tylko się ubiorę - od­po­wie­dział mło­dzie­niec.

- Coś jesz­cze mogę zro­bić dla wa­szej wy­so­ko­ści?

- Może wiesz, dla­czego oj­ciec wzywa mnie o tak wcze­snej po­rze? - za­py­tał Ty­ron, po­pra­wia­jąc man­kiet ko­szuli.

- Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie, ale król nie zwie­rza mi się ze swo­ich pla­nów.

- Oczy­wi­ście, w ta­kim ra­zie je­steś wolny.

Parę mi­nut póź­niej Ty­ron zja­wił się w kom­na­cie króla.

- Oj­cze, wzy­wa­łeś mnie.

- Tak, usiądź - po­le­cił król, wska­zu­jąc jedno ze sta­ran­nie wy­ko­na­nych dę­bo­wych krze­seł. - Jak wiesz, synu, ju­tro przy­będą do nas go­ście z in­nych kró­lestw. Po­sta­no­wi­łem, że wy­pły­niesz na po­wi­ta­nie króla Kor­diana i jego córki An­dże­liki.

- Czy ich przy­by­cie wiąże się z pla­no­wa­nym trans­por­tem złota? - za­py­tał Ty­ron, słusz­nie łą­cząc oba fakty.

- Tak, synu. Ten trans­port jest da­rem dla cie­bie i two­jej przy­szłej żony.

Na ustach Ty­rona po­ja­wił się uśmiech. Kró­le­wicz był wdzięczny ojcu, że chce za­dbać o jego do­sta­tek, jako że nie wy­pa­dało za­wie­rać mał­żeń­stwa bez wy­star­cza­ją­cej ilo­ści złota.

- Dzię­kuję, oj­cze.

- Chodźmy na śnia­da­nie, synu - po­wie­dział król i lekko ski­nął głową, uśmie­cha­jąc się cie­pło.

Prze­szli do ma­łej ja­dalni znaj­du­ją­cej się obok sy­pialni króla. To nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie ze sto­łem na środku było ulu­bio­nym miej­scem Do­riana nad ran­kiem, bo za­pew­niało spo­kój i ci­szę. Kiedy Falk po­da­wał im ko­lejne ta­le­rze, słońce jesz­cze nie­śmiało ob­da­rzało je­dzą­cych swo­imi wcze­snymi pro­mie­niami.

- Coś jesz­cze, pa­nie? - za­py­tał słu­żący.

- Mo­żesz odejść - po­wie­dział król, a po­tem zwró­cił się do Ty­rona: - Twoje mał­żeń­stwo po­łą­czy na­sze kró­le­stwa i umocni so­jusz.

- Wiem. A poza tym - Ty­ron uśmiech­nął się zna­cząco - kró­lewna jest bar­dzo ładna.

- Na przy­ję­ciu ogło­simy wa­sze za­rę­czyny, a póź­niej zor­ga­ni­zu­jemy wy­stawny ślub i we­sele - roz­ma­rzył się Do­rian, wy­obra­ża­jąc so­bie piękną uro­czy­stość. Przed oczami zo­ba­czył ślub i bal na miarę dwóch po­tęż­nych zjed­no­czo­nych so­ju­szem kró­lestw.

- Bar­dzo się z tego cie­szę, oj­cze.

- Król Kor­dian jest wpły­wowy i bo­gaty, ra­zem się wy­cho­wy­wa­li­śmy w dzie­ciń­stwie, ale po­tem na­sze drogi się ro­ze­szły. Od­kąd twój dzia­dek po­kłó­cił się ze stry­jem, nie mie­li­śmy moż­li­wo­ści wi­dy­wa­nia się.

- Za­wsze po­dzi­wia­łem jeźdź­ców, któ­rych szkoli się w kró­le­stwie wuja - przy­znał młody kró­le­wicz.

- Tak, są wspa­niali. Jesz­cze za cza­sów jego te­ścia na tej pięk­nej wy­spie kul­ty­wo­wano szko­le­nia naj­lep­szych sy­nów szla­chec­kich na do­sko­na­łych jeźdź­ców - przy­znał Do­rian i za­raz za­dał py­ta­nie: - A wie­dzia­łeś, że na­sze okręty po­wstają z naj­lep­szego drzewa, które po­ra­stają wy­spę?

- Gdzieś o tym czy­ta­łem, oj­cze. Po­wiesz mi coś in­nego, czego jesz­cze nie sły­sza­łem?

- Hmm, w zamku wuja znaj­dują się se­kretne przej­ścia, o któ­rych wie je­dy­nie kilka osób. Jako dzieci ga­nia­li­śmy się nimi cały czas. Nie­raz się gu­bi­li­śmy i wcho­dzi­li­śmy tam, gdzie nie trzeba.

- Też tak chcę. Szkoda, że u nas nie ma ta­kich ko­ry­ta­rzy - od­po­wie­dział smutny Ty­ron.

Władca pod­niósł się od stołu. Kiedy sta­nął w drzwiach, od­wró­cił się i zer­k­nął na syna.

- Rusz się, chłop­cze - rzu­cił z uśmie­chem.

- Idę, oj­cze.

We­szli do sali ba­lo­wej. Na ścia­nach znaj­do­wały się roz­ma­ite ob­razy człon­ków ro­dziny kró­lew­skiej, a w każ­dym rogu stały prze­piękne po­sągi. Pach­niało kwia­tami, co sta­no­wiło gest w kie­runku panny An­dże­liki. Po pra­wej stro­nie znaj­do­wały się stoły i krze­sła, które ocze­ki­wały na usta­wie­nie. Na środku sali stał Falk i pil­no­wał wszyst­kiego. Cza­sem krzyk­nął na ko­goś, że źle za­wie­sił de­ko­ra­cję, in­nym ra­zem po­chwa­lił za ide­alny do­bór kwia­tów w bu­kie­cie. Był w swoim ży­wiole, a król Do­rian mu­siał przy­znać, że do­sko­nale spraw­dzał się w przy­go­to­wa­niu tak waż­nego wy­da­rze­nia.

- Synu, nie prze­szka­dzajmy Fal­kowi. Le­piej przejdźmy się do portu, by zo­ba­czyć, jak idzie Al­ki­dowi.

WY­SPA AZAO. PORT MO­DAR

Na przy­stani praca aż wrzała. Każdy z ma­ry­na­rzy wie­dział, co miał ro­bić. Jedni czy­ścili ar­maty, inni po­pra­wiali ża­gle. Do­rian z sy­nem szli przez mostki i przy­glą­dali się, jak dum­nie pre­zen­tuje się kró­lew­ska flota. Za­cu­mo­wane okręty za­wsze ro­biły ogromne wra­że­nie na mło­dym kró­le­wi­czu. Od­kąd ów­cze­śnie pa­nu­jący Do­rian prze­jął wła­dzę, ar­mada zmie­niła się nie do po­zna­nia, a pod roz­ka­zami ka­pi­tana Al­kida stała się nie­zwy­kle sku­teczna. Do­rian naj­bar­dziej jed­nak lu­bił po­dzi­wiać la­tar­nię mor­ską.

Przy­po­mniał so­bie, jak ją od­bu­do­wy­wali. Na­wet on sam tar­gał cięż­kie ka­mie­nie, czę­sto upa­da­jąc, za­wsze jed­nak wtedy wsta­wał i wra­cał do pracy. A te­raz mógł po­dzi­wiać to, czego mię­dzy in­nymi sam do­ko­nał.

Po do­tar­ciu do statku re­pre­zen­ta­cyj­nego król i jego syn we­szli na po­kład. Król zwró­cił się do jed­nego z ma­ry­na­rzy, który mo­co­wał liny na bur­cie:

- Gdzie znajdę ka­pi­tana?

- Spraw­dza stan za­opa­trze­nia, pa­nie - od­po­wie­dział mło­dzie­niec z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

- Dzię­kuję.

Za­opa­trze­nie mie­ściło się na sa­mym dole okrętu, dla­tego tam wła­śnie się skie­ro­wali. Schody sta­wały się nie­zwy­kle strome, a kiedy scho­dzili co­raz ni­żej, ro­biło się po­nuro i zimno. Gdzie nie spoj­rzeć, znaj­do­wały się pa­ję­czyny. Króla prze­szły ciarki na samą myśl o tym, że mógłby zna­leźć się sam w tym miej­scu. Tu jest go­rzej niż w lo­chach - po­my­ślał.

- Al­ki­dzie, gdzie cię wy­gnało? Mu­szę scho­dzić do cie­bie w ta­kie okropne miej­sce. - Do­rian skrzy­wił usta w ge­ście nie­za­do­wo­le­nia.

- Król do­brze so­bie ra­dzi - uśmiech­nął się Al­kid. - Mu­szę sam spraw­dzić, czy wszystko go­towe. Te ła­chu­dry my­ślą tylko o ru­mie. Są nie­raz gorsi niż ja. O, mamy mło­dego go­ścia! - Ka­pi­tan do­piero te­raz do­strzegł księ­cia i uśmiech­nął się do niego ser­decz­nie.

- Ty pły­niesz do Agoj, ka­pi­ta­nie. A kto wy­pły­nie okrę­tem re­pre­zen­ta­cyj­nym? - za­py­tał król.

- Mam od­po­wied­niego kan­dy­data - od­po­wie­dział dumny męż­czy­zna. - Jak to do­brze, królu, że ja nie mu­szę pły­nąć. Nie­na­wi­dzę ta­kich ma­ska­rad.

- Wiem o tym - przy­znał król. Był to je­den z po­wo­dów, dla­czego nie Al­kid wy­pły­wał na po­wi­ta­nie go­ści z Kor­ridy. Dru­gim, znacz­nie waż­niej­szym, był fakt, że wy­łącz­nie jemu Do­rian ufał wy­star­cza­jąco, by po­wie­rzyć mu w opiekę tak znaczną ilość złota. - Za­wo­łaj tego czło­wieka.

- Ad­ria­nie, chodź tu, nik­czem­niku!

Kiedy ma­ry­narz scho­dził po scho­dach, jego czarne włosy opa­dały mu na po­liczki, za­sła­nia­jąc oczy. Cały po­kryty ku­rzem, pró­bo­wał się otrze­pać, co nie przy­nio­sło za­mie­rzo­nego skutku. Ła­piąc od­dech, wcią­gnął tro­chę ku­rzu i za­czął kasz­leć. Ma­chał rę­koma, roz­ga­nia­jąc tu­man, po chwili jed­nak za­prze­stał i zre­zy­gno­wany do­łą­czył do reszty.

- Po­znaj, królu, mo­jego bos­mana - przed­sta­wił go ka­pi­tan, po czym za­czął go stro­fo­wać: - Aleś się za­pre­zen­to­wał, wy­glą­dasz, jak­byś się wy­spał w mące.

- Z tobą, bos­ma­nie, po­pły­nie Ty­ron - po­in­for­mo­wał przy­by­łego król. - Mam inne sprawy na gło­wie.

- Z de­cy­zją króla dys­ku­to­wać nie bę­dziemy. Ad­ria­nie, po­każ księ­ciu okręt. Przy­daj się na coś, dla­czego sto­isz jak maszt? - po­spie­szył go, wi­dząc, że ten nie ru­sza się z miej­sca.

- Tak, ka­pi­ta­nie - po­wie­dział bos­man.

- Al­ki­dzie, do­pil­nuj reszty. Wra­cam na za­mek. - Do­rian po­że­gnał się ge­stem dłoni i ru­szył stro­mymi scho­dami w górę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

W woj­nie nie li­czy się złoto,ale ja­kich się ma żoł­nie­rzy.

Nic­col? Ma­chia­velli

WSTĘP

Wpis w księ­dze po­kła­do­wej

Czym jest wojna? Ile­kroć za­da­wa­łem so­bie to py­ta­nie, nie umia­łem zna­leźć od­po­wied­nich słów. Po­trze­bo­wa­łem wiele czasu, by do­ciec, ja­kich użyć ar­gu­men­tów. Wojna dla nie­któ­rych to gra­bie­nie do­mostw i gwałty na nie­win­nych ko­bie­tach. Wy­zwala w czło­wieku naj­gor­sze jego ce­chy - chęć za­bi­ja­nia, tor­tu­ro­wa­nia i po­ni­ża­nia słab­szych. Wi­dzia­łem krzywdy wy­rzą­dzane dzie­ciom oraz ich śmierć i zmro­ziło mnie po­czu­cie nie­od­wra­cal­no­ści. Nie mo­głem znieść my­śli, iż ni­gdy wię­cej te dzieci nie uśmiechną się, nie za­wo­łają "Mamo!".

Al­kid

Prze­peł­niona wo­nią wo­jen kra­ina Ynos wy­ła­niała się z mgły. Każda z czte­rech wysp, na któ­rych była po­ło­żona, swą ma­je­sta­tycz­no­ścią przy­cią­gała po­ranne pro­mie­nie i mor­ską bryzę. Fale roz­bi­jały się o spi­cza­ste klify. Owe wy­spy sta­no­wiły nie­gdyś piękne, bo­gate i wspa­niałe kró­le­stwo, które tęt­niło ży­ciem. Byt miesz­kań­com za­pew­niały liczne szlaki han­dlowe.

Kra­jem tym rzą­dził Da­nvon - ty­ran to­czący nie­ustan­nie wojny z są­sia­dami. Nie in­te­re­so­wał go lud, tylko pa­no­wa­nie i nisz­cze­nie. Czter­na­ście lat jego rzą­dów do­pro­wa­dziło kraj do mi­li­tar­nej i go­spo­dar­czej ru­iny. Pod­czas jed­nej z kru­cjat Da­nvon od­krył nie­znaną do­tąd wy­spę. Spo­wita w mroku jak naj­głęb­sze za­ka­marki pie­kła, przy­cią­gnęła nie­jed­nego śmiałka, który dał się sku­sić mi­ra­żem ła­twych bo­gactw. To wła­śnie w owym miej­scu za­śle­piony zło­tem ty­ran po­niósł tra­giczną śmierć. Nikt się tym nie prze­jął, nikt nie zmar­twił.

Na­stą­pił rok bez­kró­le­wia, który nie przy­niósł ni­czego do­brego, po­nie­waż o tron za­czął się ubie­gać na­miest­nik króla. Pod­dani znali rządcę jako czło­wieka okrut­nego, chęt­nie wtrą­ca­ją­cego lu­dzi do lo­chów za byle prze­winę. Kiedy za­czął po­zby­wać się swo­ich pod­wład­nych, w kró­le­stwie wy­bu­chły za­mieszki. Okres ten za­pa­mię­tamy jako krwawe lata grozy i spu­sto­sze­nia.

Obec­nie znów trwał czas wio­sny, kwit­nie­nia i zie­le­nie­nia się wszyst­kiego w przy­ro­dzie, co przy­no­siło ulgę oczom zmę­czo­nym oglą­da­niem wo­jen­nych okro­pieństw. Serce ra­do­wało się na wi­dok ro­dzin cie­szą­cych się z po­wrotu wo­ja­ków, a za­pach kwia­tów da­wał uko­je­nie.

*

Od­kąd król Do­rian prze­jął wła­dzę po swoim bra­cie, kró­le­stwo Ynos znów stało się bo­gate i upo­rząd­ko­wane. Pięć­dzie­się­cio­dwu­letni władca, za­nim prze­jął ko­ronę, prze­by­wał pięt­na­ście lat na wy­gna­niu wraz ze swoją ro­dziną, świtą i lo­jal­nymi do­wód­cami. Kiedy jego brat zdo­był wła­dzę, ska­zał go na ba­ni­cję, bo­jąc się utraty ko­rony.

Król Do­rian na­le­żał do wład­ców po­tra­fią­cych do­ce­nić naj­prze­cięt­niej­szego ze swych pod­da­nych. Za­mek mo­nar­chy otwie­rał się dla każ­dego, a on sam nie od­ma­wiał ni­komu au­dien­cji, wy­słu­chi­wał wszyst­kich pro­ble­mów miesz­kań­ców, które skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wał i pró­bo­wał roz­wią­zać. Pa­nu­jący ucho­dził za czło­wieka bar­dzo mą­drego i roz­waż­nego, a nade wszystko skrom­nego. Li­czył się z każ­dym wy­da­nym gro­szem. Czę­sto by­wał wśród pod­da­nych, trak­to­wał ich na równi z sobą. Nie lu­bił, kiedy lu­dzie mu się kła­niali. Pod­dani ce­nili go i ko­chali.

Do­rian miał dwóch sy­nów bliź­nia­ków - Ty­rona i Ty­nosa. Jego żona zmarła na wy­gna­niu, za­ata­ko­wana przez stado wil­ków, kiedy chłopcy mieli po czter­na­ście lat. Oj­ciec wy­cho­wał ich naj­le­piej, jak po­tra­fił, aby god­nie za­stą­pili go na tro­nie. Bra­cia byli ze sobą bar­dzo zżyci. Zo­stali wy­szko­leni przez naj­lep­szych fa­chow­ców w sztuce wo­jen­nej, w dy­plo­ma­cji - przez dy­plo­ma­tów, a w han­dlu - przez kup­ców. Służki uczyły chłop­ców do­brych ma­nier, a mę­drzec fi­lo­zo­fii i ję­zy­ków ob­cych. Wszystko po to, by do­brze przy­go­to­wać ich do spra­wo­wa­nia wła­dzy w przy­szło­ści. Sy­no­wie po­ma­gali ojcu we wszyst­kim, ko­chali go i bar­dzo sza­no­wali.

Układy po­ko­jowe z są­sia­dami i wy­miany han­dlowe po­zwo­liły na sta­bi­li­za­cję w kró­le­stwie. Jego roz­bu­dowa ru­szyła pełną parą, a mo­nar­cha prze­pro­wa­dził liczne re­formy: po­wo­łał służbę woj­skową, pod­niósł żołd, wpro­wa­dził sys­tem pracy zmia­no­wej, każ­demu pod­da­nemu dał prawo do od­po­czynku po prze­pra­co­wa­niu dzie­się­ciu go­dzin i do go­dzi­wej za­płaty, a także mia­no­wał radę do roz­strzy­ga­nia spo­rów.

Z roz­kazu pa­nu­ją­cego bu­dow­ni­czo­wie kon­stru­owali umoc­nie­nia chro­niące przed na­jaz­dem wro­gów, sta­wiali huty, wzno­sili obiekty wo­jenne nie­zbędne do pro­duk­cji broni. Gór­mi­strzo­wie zmo­der­ni­zo­wali ko­pal­nie, ulep­szyli wy­do­by­cie, a far­me­rzy wpro­wa­dzili sys­tem na­wad­nia­jący pola. Pod­da­nym żyło się god­nie i do­stat­nio pod rzą­dami króla Do­riana. Do czasu...